Dziecko od A do Z. Poradnik dla nowoczesnych rodziców - Michel Cohen


Reflow text when sidebars are open.
[patrz też: Dyscyplina i wyznaczanie granic]
Zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi jest to termin medyczny, za pomocą którego określa się dzieci nadaktywne i impulsywne, mające trudności ze skupieniem i koncentracją. Choroba ta i jej przyczyny są jeszcze słabo poznane. Badacze starają się znaleźć powiązanie z zaburzeniami funkcjonowania mózgu, ale jak na razie nie są w stanie sformułować rozstrzygających wniosków.
Osobiście uważam, że ADHD jest zarówno zbyt pochopnie diagnozowane, jak i leczone. Wiele dzieci, które nie mają ADHD, jest impulsywnych i źle znosi frustrację. Korzenie tego stanu rzeczy mogą sięgać wczesnego dzieciństwa, gdy starsze niemowlę nie zdoła nabyć umiejętności właściwego radzenia sobie z frustracją i wyczucia ograniczeń. Kluczową rolę odgrywają tutaj rodzice - niespójna reakcja na frustracje podrastającego niemowlęcia może sprzyjać rozwojowi nieprawidłowych reakcji. Dzieci są wówczas tak zajęte sprawami samokontroli, że tracą zdolność skupiania się na innych kwestiach, takich jak zajęcia oraz zadania szkolne albo zabawa. To może prowadzić do niskiego poczucia własnej wartości oraz utraty radości życia, co z kolei wzmaga impulsywność. Zbyt często takie dzieci kończą z błędną diagnozą i są leczone na ADHD. Takie pochopne zaklasyfikowanie sugeruje, że np. problemy Jimmy'ego wynikają z niewłaściwego funkcjonowania jego mózgu, a nie z nieporozumień na linii rodzice - dziecko i braku dyscypliny.
Leczenie prawdziwego ADHD polega głównie na stosowaniu stymulatorów mózgu (najpopularniejszy jest Ritalin, czyli metylofenidat, na rynku polskim dostępny pod nazwą Concerta lub Medikinet), które jednak nie leczą choroby, tylko pomagają dziecku skupić się i uspokoić. Nie wiemy dokładnie, dlaczego i do jakiego stopnia działają te leki. Trudno je badać, ponieważ początkowa diagnoza ADHD jest dość subiektywna, a postępy w leczeniu trudne do zmierzenia. Bada się też działanie innych grup substancji, takich jak antydepresanty, ale obecnie jest za wcześnie na ocenę ich skuteczności.
Z mojego doświadczenia wynika, że w wypadkach prawdziwego ADHD leki skutecznie zmieniają zachowanie dziecka już na samym początku ich stosowania. Koncentracja poprawia się szybciej, niż zmniejszają się impulsywność i nadaktywność, są to bowiem zjawiska powiązane: gdy dziecko jest w stanie lepiej się skupić, jego zwiększone poczucie własnej wartości prowadzi do zmniejszenia impulsywności. Dzieci na ogół dobrze tolerują leki przeciw ADHD. Nieliczne, krótkotrwałe skutki uboczne - jak wzmożony apetyt, tiki nerwowe i bezsenność - można łatwo kontrolować, po prostu zmniejszając dawkę. Skutki długoterminowe są równie niewielkie - przynajmniej w wypadku Ritalinu, który stosuje się już od wielu lat.
Większość dzieci z ADHD wyrasta na zrównoważonych dorosłych. Dzięki właściwemu wsparciu uczą się koncentrować i potrafią wybrać zajęcia odpowiadające ich umiejętnościom i zdolnościom.
Jeszcze jedno: szacuje się, że aż 5% amerykańskich dzieci2 wykazuje oznaki ADHD - jest to duży wzrost w porównaniu ze stanem sprzed dziesięciu lat. Firmy farmaceutyczne nie narzekają z tego powodu - choć oczywiście utrzymują, że robią tylko to, co takie firmy robić powinny, czyli pomagają leczyć nowo odkryty problem. Jest oczywiste, że leczenie ADHD stało się intratnym biznesem. W czasopismach medycznych znajduję mnóstwo reklam leków przeciw ADHD, a ich celem jest wpływanie na lekarzy, by nie oszczędzali na receptariuszach. Osobiście uważam, że dzieci z prawdziwym ADHD powinny otrzymać wszelką potrzebną pomoc, ale jako rodzice musimy je chronić przed zakusami firm farmaceutycznych, które chciałyby wyrokować o tym, jak należy rozumieć i traktować zachowanie naszych pociech.
Wyobraźmy sobie książkę, która zawiera proste i wiarygodne informacje na temat opieki nad dziećmi - taką, która traktuje nas jak dorosłych i dostarcza dokładnie takiej wiedzy, jaka jest nam potrzebna. Wyobraźmy sobie książkę, która proponuje mniej restrykcyjne podejście do opieki pediatrycznej i sprzeciwia się nadużywaniu medykamentów; krótko mówiąc, książkę, która nie doprowadza nas do szaleństwa, gdy - jako świeżo upieczeni rodzice - usiłujemy przetworzyć wszystkie dostępne informacje, aby podjąć właściwą decyzję.
Dziesięć lat temu rozpocząłem praktykę pediatryczną w dzielnicy Tribeca na Dolnym Manhattanie. Moim celem było zaoferowanie dzieciom możliwie najlepszej opieki medycznej, pozbawionej jednak wszelkiej zbędnej interwencji. Mając do czynienia z tysiącami rodziców, którzy odwiedzali mnie wraz ze swoimi pociechami, wypracowałem sobie filozofię, która jest ideą przewodnią tej książki: mniej leków to często najlepszy lek.
Opieka zdrowotna wchodzi w nową erę. Z jednej strony technika sprawia, że możliwy jest ogromny postęp w metodach leczenia, ale z drugiej następuje powrót do podstawowej myśli przysięgi Hipokratesa: "Po pierwsze, nie szkodzić". Powoli, lecz nieustannie, pacjenci i lekarze uświadamiają sobie, że nie ma potrzeby stosowania leków w wypadku wszystkich chorób. Nie każdą gorączkę trzeba zbijać, jeśli pomaga ona zwalczać wirusa. Nie każdy kaszel trzeba powstrzymywać, jeśli dzięki niemu oczyścimy drogi oddechowe. Nie każda infekcja bakteryjna musi być zwalczana silnymi antybiotykami, jeśli organizm ma okazję pokonać ją samodzielnie, a tym samym wzmocnić swoją odporność. Ten nowy sposób myślenia jest szczególnie uzasadniony w odniesieniu do dzieci, które z natury są bardzo delikatne. Większość chorób dziecięcych ma łagodny przebieg i ustępują same. Należy uważnie obserwować objawy, ale szanować naturalne mechanizmy obronne organizmu i unikać niepotrzebnych czy wręcz szkodliwych interwencji.
Dziecko od A do Z jest owocem dziesięciu lat mojej praktyki pediatrycznej, wychowania trójki dzieci oraz doświadczeń spoza medycyny. Na stronach tej książki - opracowanej w wygodnej formie alfabetycznego leksykonu - czytelnicy znajdą omówienie ważnych zagadnień z zakresu medycyny i rozwoju dziecka, z jakimi mogą się spotkać w trakcie opieki nad własnym maleństwem. Aby jakoś przybliżyć ten ocean informacji, wprowadziłem dwójkę fikcyjnych pacjentów: niemowlę, dziewczynkę imieniem Lucy, i trochę starszego chłopczyka, Jimmy'ego. Po przeczytaniu tej książki, gdy staniemy w obliczu konkretnej sytuacji, będziemy od razu wiedzieli, czy powinniśmy się martwić, czy nie. Lektura dostarczy informacji, w jakich sytuacjach trzeba aktywnie interweniować, a kiedy lepiej będzie, jeśli sobie odpuścimy. Nauczymy się także ignorować mity, które zakłócają sensowny osąd sytuacji. Mam nadzieję, że książka pozwoli rodzicom zdobyć się na nieco luźniejsze podejście do rozmaitych dziecięcych dolegliwości.