Dziecko dwóch światów. Purgatorium tom 2 (#2) - Oliwia Ciesielska

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (26,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1 - Iskra nadziei

Przekonanie Rosemary, żeby wstała i poszła razem z nami do sali pożegnań, zajęło długie minuty, w czasie których trybuny opustoszały zupełnie. Wreszcie podniosła się, pozwalając mi i Holly prowadzić się za ręce. Joseph i Hugh szli tuż za nami, szeptem rozmawiając na temat zniknięcia Noaha. Chciałam im powiedzieć o tym, co widziałam, jednak obawiałam się wprowadzać jeszcze większe zamieszanie. Noah pobiegł za odchodzącymi opiekunami i zwycięzcami turnieju, a ja zupełnie nie rozumiałam, dlaczego to zrobił. Co planował? Od Lilly wiedziałam, że cała siódemka na pewno udała się do kryjówki Założycieli, ale czego mógł tam szukać Noah?

W sali pożegnań większość osób zajęła miejsca przy stołach, łącząc się w dyskutujące zawzięcie grupki, i już nikt nie sprawiał wrażenia rozbawionego. Widziałam kilka osób z twarzami wykrzywionymi gniewem i rozpaczą, a nieliczni otwarcie płakali, pocieszani przez otaczające ich osoby. Rosemary przy nich wszystkich wyglądała na przerażająco spokojną, jakby żadne z emocji towarzyszących pozostałym jej nie dotyczyły. Pozwalała moim palcom zaciskać się wokół jej dłoni, ale sama nawet w najmniejszym stopniu nie odwzajemniała uścisku. Posadziłam ją przy wolnym stoliku w pobliżu drzwi, a reszta naszych przyjaciół natychmiast przysunęła sobie krzesła, żebyśmy znaleźli się w jak najbardziej zamkniętym kręgu. Rose zupełnie ignorowała wszystkich ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni.

Joseph obserwował ją uważnie, pochylając się do przodu.

- Ktoś wie, co się stało z Noahem? - mruknął, przenosząc wzrok na mnie.

Hugh i Holly też wyglądali, jakby spodziewali się, że ich wszystkich oświecę. Oczywiście, siedziałam najbliżej Noaha, ale nie dlatego wiedziałam, co się z nim stało. Odetchnęłam ciężko, choć moje płuca protestowały, i zerknęłam przelotnie na Rose, zanim odpowiedziałam:

- Nic mi nie powiedział, po prostu wybiegł. Ale... widziałam go chwilę później.

Cała trójka pochyliła się bardziej, bo z każdym słowem mówiłam coraz ciszej. Czekali na wyjaśnienia. Zacisnęłam dłonie w pięści i zdałam sobie sprawę, że zrobiły się kompletnie lodowate. Nie potrafiłam wymazać z pamięci obrazu Aarona upadającego na deski.

- Był na arenie.

Holly pociągnęła nosem. Po jej twarzy spływały łzy, a twarz zniekształciła się nieco pod wpływem powstrzymywanych emocji. Wyciągnęła rękę i machinalnie zaczęła gładzić Rose po ramieniu, choć zdawało się, że robi to bardziej dla zajęcia własnych myśli niż wsparcia przyjaciółki. Ta i tak nie zwracała na nas najmniejszej uwagi. Zaczynałam się o nią coraz bardziej martwić.

- Jak to na arenie? - zapytał Hugh, z nerwów strzelając kostkami u palców. - Po co?

Pokręciłam lekko głową i wsunęłam dłonie między fałdy sukni dla ogrzania. Sama nie rozumiałam postępowania Noaha. Jakim cudem w ogóle trafił na arenę? Żadne z nas nie wiedziało, którędy na nią dotrzeć.

- Widziałam tylko, że pobiegł do drzwi, którymi wyszli zwycięzcy - wyszeptałam, nadal kręcąc głową. To wszystko nie miało sensu. - A potem zniknął.

Joseph odchylił się na swoim krześle, marszcząc w zamyśleniu czoło. Jego oczy podejrzanie lśniły. Hugh, jak zwykle, wyciągnął rękę ku Holly, która zesztywniała lekko pod wpływem jego dotyku. Wszyscy byli zbyt nieobecni, by zauważyć nerwowe spojrzenie, jakie mi rzuciła. Odwróciłam wzrok i rozejrzałam się po sali. Opiekunowie krążyli pod jednym z luster, wymieniając co jakiś czas krótkie zdania, ale nie wyglądali na wzburzonych. Dziwne, że nie zabrali nas od razu do Domów. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami z resztą.

- Na pewno czekają na powrót nowych opiekunów - powiedział Joe, nie patrząc nawet w tamtym kierunku. - Inaczej część Dusz nie mogłaby wrócić.

Jasne, że tak. Nie pierwszy raz poczułam się głupio, że zapytałam o coś tak oczywistego, ale twarz Joego nie zdradzała kpiny czy politowania. Właściwie to wyglądał na koszmarnie zmęczonego, jakby ten jeden wieczór postarzył go o ładnych parę lat. Popatrzyłam po twarzach pozostałych. Hugh przygarbił się na krześle ze wzrokiem utkwionym w podłodze i kciukiem gładził bezwiednie wierzch dłoni Holly. Ona sama opierała głowę na jego ramieniu, a jej oczy były zaczerwienione. Rose nadal wpatrywała się w przestrzeń, niemal nie mrugając.

- Rosemary? - odezwałam się, dotykając delikatnie jej dłoni.

Nie wiedziałam, co mogłabym jej powiedzieć, ale potrzebowałam, żeby wykazała jakąkolwiek reakcję. Powoli przeniosła na mnie spojrzenie piwnych oczu, w których na próżno szukałam emocji. Jakby zatrzasnęła drzwi prowadzące do swojego wnętrza i pozostała tylko skorupą bez wyrazu.

- Gdzie Noah? - zapytała, a jej głos zabrzmiał jak zardzewiałe nożyczki.

Uświadomiłam sobie, że to były jej pierwsze słowa od śmierci Aarona. Wcześniej krzyczała tak bardzo, że w końcu zdarła sobie gardło i mówienie musiało ją teraz boleć, ale nie pokazała tego w żaden sposób. Tak jak nie okazała niepokoju ani zaciekawienia zniknięciem Noaha. Po prostu zadała pytanie, tak jak pyta się o pogodę za oknem albo pracę domową. W dodatku jej słowa świadczyły o tym, że rzeczywiście nie słuchała nas zupełnie.

Zerknęłam na resztę przyjaciół, którzy wpatrywali się w nas ze współczuciem. Czekaliśmy na ten dzień z nadzieją, że koszmar Rose wreszcie się skończy, a teraz okazało się, że zawsze mogło być gorzej.

Trudno było sobie uświadomić, że Aaron już do nas nie dołączy. Że zniknął - nie tylko stąd, ale w ogóle. Moje płuca ściskały się boleśnie, utrudniając normalne oddychanie, a oczy piekły, chociaż robiłam wszystko, byle nie płakać. Odniosłam wrażenie, że wszystkie poprzednie śmierci w turnieju mało mnie jednak obeszły. Wstrząsały i wywoływały emocje, ale przechodziliśmy nad nimi do porządku dziennego. Jakby to nie było nic niezwykłego. Jakbyśmy oglądali jedynie program w telewizji.

Ta śmierć wydała mi się nagle bardziej namacalna. A jednak wciąż nie chciałam przyjąć jej do wiadomości.

Od udzielenia odpowiedzi uratowało mnie nadejście trójki zwycięzców, którzy z niewyraźnymi minami weszli do sali i od razu ruszyli ku opiekunom. Oczy wszystkich zebranych podążyły za nimi i tylko Rose znów zapadła się w sobie, jakby zapominając, że jeszcze chwilę wcześniej ze mną rozmawiała.

Tymczasem Jane, Howard i Alberto zatrzymali się przy grubawym opiekunie, który wcześniej zagonił nas do sali pożegnań po zakończonym turnieju. Stopy zaczynały mi puchnąć po tylu godzinach w obcasach i czułam paski wbijające się w skórę. Opiekunowie wysłuchali Jane, która wyglądała na najbardziej ogarniętą i w końcu odwróciła się twarzą do nas, a Howard i Alberto z lekkim opóźnieniem do niej dołączyli.

- Odbyliśmy audiencję u naszych Władców Założycieli, którzy przydzielili nam odpowiednie Domy - przemówiła, splatając dłonie przed sobą. - Zostałam nową opiekunką Domu Wilka. Howard od dziś będzie zarządzał Domem Owcy, a Alberto Węża.

Mówiąc, wskazywała swoich towarzyszy, jakbyśmy nie poznali ich wystarczająco w czasie ostatnich trzech tygodni. Obaj mężczyźni wyglądali na zdezorientowanych i nie drgnęli nawet, kiedy padły ich imiona. Poruszył się za to krępy opiekun, który od początku skojarzył mi się z nauczycielem. Stanął przy boku Howarda i skinął Jane głową.

- Teraz czas, żebyśmy wszyscy wrócili do Domów - powiedział i spojrzał na trójkę nowych opiekunów.

Howard jako pierwszy załapał aluzję i wystąpił z szeregu.

- W takim razie, Dom Owcy za mną.

Ludzie zaczęli wstawać od stolików, kiedy Howard ruszył w kierunku wyjścia, a gdy tylko zniknęli za drzwiami, kolejny opiekun podążył ich śladem. Modliłam się w duchu, żeby Dante nie spieszył się z powrotem do Domu, bo nie byłam pewna, jak powinnam wytłumaczyć nieobecność Noaha. A gdyby wrócił i zastał pustą kwaterę? Jak wtedy dotarłby do Domu? Wolałam nawet nie myśleć, co bym zrobiła, gdyby w ogóle nie wrócił. Mimowolnie zaczęły mi się trząść nogi, w miarę jak kolejne Domy znikały w korytarzu. Hugh odwrócił się nerwowo, żeby zerknąć na drzwi, jakby mógł w ten sposób wyczarować w nich Noaha.

W sali zostało już tylko troje opiekunów i, ku mojemu przerażeniu, Dante wystąpił z nich jako pierwszy. Mieszkańcy naszego Domu ruszyli za nim i wreszcie my także musieliśmy wstać z krzeseł. Każdy z nas ociągał się do granic możliwości, ale nawet to nie pomogło. Wyszliśmy na korytarz, a Noaha nadal nigdzie nie było.

- Gdzie on jest, do cholery - wymruczał pod nosem Joe, obejmując Rose, która nadal nie zwracała na nas uwagi.

Hugh bez słowa puścił rękę Holly i zaczął przepychać się do przodu. Joe zawołał za nim, ale chłopak nawet się nie obejrzał, wprawiając nas w konsternację. Holly popatrzyła na mnie, nie kryjąc zaskoczenia. Co on wyprawiał?

Chwilę później Hugh wrócił z rozbieganym wzrokiem.

- Powiedziałem Dantemu, że Noah poszedł do toalety - rzucił. - Poczeka na nas przy portalu.

Odetchnęłam z ulgą. Od razu przystanęliśmy całą piątką, oglądając się za siebie. Słychać było zbliżające się kroki, ale nie miałam złudzeń, że należały do Noaha. Po prostu mieszkańcy kolejnego Domu zmierzali do portalu. Chwilę później wyłonili się zza zakrętu z Shamusem na czele. Chociaż spojrzenia, jakie nam rzucali, były pełne ciekawości, nikt nie zapytał, czemu wystajemy na środku przejścia. Minęli nas i wkrótce zniknęli za kolejnym zakrętem.

- Byle tylko Noah się pospieszył - powiedziałam, przestępując z nogi na nogę.

Ostatni Dom minął nas z podobnym zainteresowaniem jak poprzedni i na korytarzu zapanowała cisza. Nikt już nie został i mieliśmy tylko nadzieję, że chociaż Dante czekał nadal w pokoju z portalem. Bez niego utknęlibyśmy tu na dobre.

- Czemu... - odezwała się Rosemary, najwyraźniej wracając na chwilę do rzeczywistości.

Nie dokończyła pytania, bo w tym samym momencie za zakrętem rozległy się pospieszne kroki i chwilę później naszym oczom ukazał się rozpędzony Noah z niepokojem odmalowanym na twarzy. Na nasz widok uśmiechnął się z ulgą, hamując gwałtownie. Miał przyspieszony oddech, jakby biegł od dłuższej chwili.

- Zdążyłem! - wysapał i położył ciężko dłoń na moim ramieniu. - Muszę wam...

- Nie teraz - przerwałam mu. - Jak się nie pospieszymy, to Dante nas tu zostawi.

Nikt nie zaprotestował. Szybkim krokiem ruszyliśmy do wyjścia i nawet Rose włożyła trochę wysiłku w przyspieszenie swojego apatycznego chodu. Wkrótce naszym oczom ukazały się otwarte na oścież drzwi i jedno za drugim wpadliśmy do pomieszczenia, w którym Dante opierał się o łuk portalu i czyścił sobie paznokcie. Skinął głową, kiedy nas zobaczył, i odwrócił się do przejścia. Dotknął kamienia na wysokości swojej głowy i w oknie portalu zobaczyliśmy wnętrze Domu. Bez wahania przeszłam na drugą stronę.

Moi przyjaciele kolejno pojawili się w Domu, a na samym końcu wszedł Dante. Bez słowa wypuścił nas ze swojego gabinetu i pospiesznie zamknął drzwi, nawet się nie żegnając. Skrzyżowałam ramiona na piersi, patrząc ze złością na Noaha. Miałam ochotę mu przywalić.

- Gdzieś ty zniknął?

Noah rozpromienił się i otwarł usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz zmarszczył brwi i rozejrzał się na boki. Nie potrzebowaliśmy wyjaśnień, żeby załapać.

- U mnie - zarządził, ruszając korytarzem.

Podążyliśmy za nim, chociaż z coraz większym niepokojem zerkałam na Rose. Byłam pewna, że Noah nie zachowywałby się tak, gdyby nie chodziło o coś ważnego. A Rosemary i tak wyglądała, jakby było jej wszystko jedno. Nie miałam nawet pewności, czy zauważyła, że wróciliśmy już do Domu.

W pokoju Noaha zaciągnęłam ją na sofę i trzymając za dłoń, czekałam, aż wszyscy się rozsiądą. Holly i Hugh rozłożyli się na łóżku, dosłownie na nie padając, a Joe po prostu osunął się na podłogę z plecami opartymi o drzwi. Noah krążył w tym czasie od łóżka do szafy, nie patrząc na nikogo z nas. Zaciskał i rozprostowywał palce, oddychając ciężko, i chwilę trwało, zanim zatrzymał się w końcu i podniósł wzrok.

- Właściwie to nie wiem, czy powinienem wam o tym mówić - zaczął, a Joe spiorunował go wzrokiem. Wyglądał, jakby bardzo chciał w coś uderzyć... Albo w kogoś. - Ale uznałem, że nie mogę tego zataić.

Zmarszczyłam brwi. Noah zachowywał się co najmniej dziwnie. Po minach pozostałych widziałam, że podzielali moje zdanie, może z wyjątkiem Rose, która zaczęła niepokojąco drżeć, ale wzrok miała nadal nieprzytomny. Noah spojrzał na nią, zagryzając policzek od środka, i strzepnął ramiona, najwyraźniej szykując się do wyznania. Czułam, jak mój żołądek zaciskał się w supeł z niepokoju, kiedy widziałam jego zdenerwowanie.

Wreszcie Noah wziął głęboki wdech i wyrzucił z siebie:

- Poszedłem do kryjówki Założycieli i poprosiłem, żeby oddali nam Aarona.

Opadła mi szczęka. Rosemary zesztywniała i zacisnęła palce na mojej dłoni. Jęknęłam zaskoczona, ale ona nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Wszyscy wbijaliśmy pełne niedowierzania spojrzenia w Noaha, który wyglądał, jakby nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Holly i Hugh podnieśli się do pozycji siedzących.

- Ty zrobiłeś CO? - Głos Josepha zabrzmiał nienaturalnie wysoko.

Noah odwrócił się do nas plecami, żeby na niego spojrzeć. Cała jego sylwetka była spięta.

- Poszedłem za zwycięzcami i powiedziałem Założycielom, że wynik turnieju był niesprawiedliwy, więc powinni przywrócić Aarona do życia.

Rose wciągnęła gwałtownie powietrze, aż spojrzałam na nią z obawą. Odniosłam wrażenie, że słowa Noaha zbudziły ją z jakiegoś snu, w który zapadła po śmierci Aarona. Wyglądała na kompletnie rozdartą, ale wolałam już to niż pustkę widoczną wcześniej na jej twarzy. Jakiekolwiek emocje były lepsze od muru, którym się początkowo odgrodziła.

- Dlaczego cię nie zabili? - zapytał Joe, podnosząc się z podłogi.

Pytanie było wyjątkowo bezpośrednie, ale podejrzewałam, że właśnie wszyscy zadawaliśmy je sobie w głowach.

Noah znów się speszył i podszedł nerwowym krokiem do szafy. Otworzył jedno skrzydło, zdjął z siebie marynarkę i odwiesił ją na wieszaku, a my nadal czekaliśmy. Zaczęłam skubać kosmyk włosów tuż przy twarzy, czując rosnące napięcie. Dłoń Rosemary przypominała imadło, które zaciskało się coraz bardziej na mojej ręce. Pomyślałam, że jeśli Noah się nie pospieszy, to całkiem odetnie mi dopływ krwi do palców.

- Zawarliśmy układ - wyznał w końcu, zamykając szafę.

Nie podobał mi się ton, jakim to powiedział.

- Jaki układ?

- Obiecałem im coś w zamian za puszczenie mnie wolno i zwrócenie nam Aarona. - Przełknął ślinę. - Obiecałem im Liberta.

Moje serce na moment stanęło. Ból w dłoni nagle przestał mi dokuczać, tak bardzo wstrząsnęły mną słowa Noaha. Reszta wytrzeszczała na niego oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Ku ogólnemu zdziwieniu ciszę przerwała Rose:

- Znalezienie ich jest niemożliwe.

Głos jej drżał, ale nie potrafiłam stwierdzić, czy z powodu straty Aarona, czy wyznania Noaha. Być może z obydwu tych powodów po trochu, a także ze znużenia i wycieńczenia organizmu. Mnie samej wydawało się, że nie spałam od wieków.

- Musisz się z tego wycofać - powiedział Hugh, marszcząc brwi. - To samobójcza misja.

- Stanięcie przed Założycielami było samobójczą misją - przypomniał mu Noah. - To jest szansa.

- Szansa? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Nigdy nam się nie uda ich znaleźć. Zgnijemy tu, Noah.

Chłopak spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

- A kto mówił o was? Sam się tego podjąłem.

- Chyba nie mówisz poważnie - uniósł się Joe. - Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, kiedy zostałeś sam w tym lesie?

Noah opuścił ramiona z rezygnacją i popatrzył po nas kolejno. Na twarzy Rose zatrzymał się najdłużej, ale potem wrócił spojrzeniem do mnie.

- Miałem zachować ten układ w tajemnicy - powiedział z błagalną nutą. - Nie mogę się wycofać, nie chcę. Śmierć Aarona była niesprawiedliwa i nie mam zamiaru się na nią godzić.

W oczach stanęły mi łzy. Doskonale wiedziałam, że nic, co byśmy powiedzieli, nie zmieniłoby jego decyzji. Właściwie to byłam nawet dumna z tego, jak postąpił. Obawiałam się jednak, że Hugh miał rację i wyruszenie na poszukiwanie Libert było misją samobójczą. Zwłaszcza jeśli Noah zamierzał podjąć się tego sam. Żyliśmy nadal tylko dlatego, że tworzyliśmy drużynę. Wspieraliśmy się, chroniliśmy i dbaliśmy o siebie nawzajem, a ostatnia Gra dowiodła tylko, jak bezbronni byliśmy w pojedynkę. Nie pierwszy raz myślałam o tych ludziach jak o mojej małej rodzinie zastępczej. Aaron też do niej należał. I nie ochroniliśmy go przed niesprawiedliwością turnieju. Zginął na naszych oczach i tylko Noah zaryzykował, żeby o niego zawalczyć. Akurat on, zważywszy na przeszłość.

Tęskniłam do swojego domu rodzinnego. Nie było dnia, żebym nie wspominała ludzi, których tam zostawiłam. Ostatnie tygodnie poświęciłam na znalezienie sposobu, aby do nich wrócić jak najszybciej. Nie przewidziałam jednak, że sprawy mogły się aż tak skomplikować. Ten świat działał inaczej i wszystko wydawało się w nim intensywniejsze. Ludzie szybciej nawiązywali kontakty, zbliżali się do siebie, odchodzili. Nic nie mogłam poradzić na to, że pokochałam te kilka osób tak mocno, że nie wyobrażałam sobie ich stracić. Nie w taki sposób.

Przeczuwałam, że mogłam prędzej czy później pożałować swojej decyzji. Ale patrząc w twarz Noaha i czując wciąż ten sam ucisk w płucach, nie potrafiłam postąpić inaczej. Wstałam z sofy, zadziwiająco łatwo wysuwając dłoń z uścisku Rose, i spojrzałam prosto w szare oczy przyjaciela.

- Nie pozwolę ci opuścić tego Domu beze mnie - oznajmiłam, starając się mówić pewnym i stanowczym tonem.

Po twarzy Noaha przesunął się cień, ale zanim zdążył się zbuntować, poczułam, że Rose stanęła u mojego boku.

- I beze mnie.

Drżenie zniknęło z jej głosu, zastąpione żarliwym zapałem. Oto pojawiła się nadzieja na odzyskanie Aarona, nawet jeśli nikła i żałosna, i Rose wyrwała się z pęt rozpaczy. Choćby dla samej jej wiary warto było wyruszyć na tę misję. Ponad ramieniem Noaha skrzyżowałam spojrzenie z Josephem, który wyglądał, jakby miał nawet zamiar się uśmiechnąć mimo czerwonych oczu i pobladłej twarzy. Podszedł bliżej.

- Beze mnie też nie.

- I bez nas - zapewnił Hugh, wstając z łóżka.

Holly, którą pociągnął za sobą, wydawała się nie mieć nic przeciwko temu, żeby wypowiadał się za nią. Uniosłam nieznacznie brew, ale nie skomentowałam tego w żaden sposób. To nie była odpowiednia chwila.

Na twarzy Noaha odmalowała się ulga zmieszana z niepewnością. Przesunął się tak, żeby móc patrzeć na nas wszystkich za jednym zamachem. To była osobliwa scena: sześć osób wpatrujących się w siebie z taką mocą, że niemal dało się ją wyczuć pod palcami. Wszelkie myśli o dawnym życiu wyparowały mi z głowy. Liczyło się tylko tu i teraz; decyzja, którą właśnie podjęliśmy.

- Mamy jakiś plan? - zapytał Joe, zupełnie psując podniosły nastrój chwili.

Noah pokręcił głową.

- Mam dobę na przygotowanie się. Potem muszę wrócić do kryjówki Założycieli. I nie wiem, co dalej.

- W porządku. - Joe wzruszył ramionami. - I tak nikt z nas nie ma już sił myśleć. Równie dobrze możemy się przespać i wrócić do tematu rano.

Byłam mu niesamowicie wdzięczna za tę propozycję. Pozostali również przytaknęli ochoczo, mamrocząc coś o najdłuższym wieczorze w życiu. Słaniając się na nogach, opuściliśmy pokój Noaha. Holly i Hugh już oddalali się w kierunku swoich sypialni, a Joe właśnie zamykał za nami drzwi. Złapałam Rose za nadgarstek.

- Hej, chcesz zostać u mnie?

Dziewczyna spojrzała na mnie, momentalnie smutniejąc. Bez słowa skinęła lekko głową, więc poprowadziłam ją do swojej sypialni, przelotnie żegnając się z Joem. Mój pokój wyglądał jak zwykle: mało przytulnie i nazbyt porządnie. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nigdy się w nim nie zadomowiłam. Chociaż do czerwonego fotela czułam dziwny sentyment. Zrzuciłam koło niego obcasy i westchnęłam z ulgą. Rose tymczasem podeszła do łóżka i usiadła na jego skraju z opuszczoną głową. Część włosów wysunęła jej się z upięcia i opadła teraz kaskadą, zasłaniając twarz przed moim spojrzeniem.

- Rosemary?

Zrobiłam krok w kierunku przyjaciółki i przykucnęłam, kładąc dłoń na jej kolanie. Srebrzysty materiał sukni rozłożył się wokół mnie jak otwierający się rankiem kwiat. Marzyłam, żeby wreszcie ją zdjąć. Wydawała się brudna, jakby poplamiła ją krew Aarona. Rosemary podniosła nieznacznie wzrok i spojrzała mi w oczy z tą samą miną co na korytarzu. Zagryzała zęby, jakby usiłowała utrzymać emocje na wodzy, ale mimo to widziałam, jak blisko łez była. Zacisnęłam lekko palce na jej nodze.

- Nie musisz na siłę dusić wszystkiego - zapewniłam. - Masz prawo czuć się źle.

Podbródek zaczął jej drżeć, ale Rose jednocześnie pokręciła głową.

- Nie. Noah zachował się dużo bardziej...

- Noah go nie kocha - wtrąciłam. - Nikt z nas nie kocha go tak jak ty.

Rose zacisnęła powieki, oddychając coraz ciężej. Wiedziałam, że łzy potrafią przynieść ogromną ulgę, dużo większą niż odsuwanie od siebie wszystkich emocji. Ale rozumiałam też opory Rose przed otwarciem się. Sama byłam zbyt dumna, żeby pozwalać innym oglądać moje słabości. Rosemary milczała przez chwilę, próbując się opanować.

- Chcecie zaryzykować wszyscy, żeby go odzyskać - wyszeptała, nadal nie otwierając oczu.

- Tworzymy drużynę, Rose - przypomniałam. - A w prawdziwej drużynie ludzie o siebie dbają.

Moje słowa sprawiły, że coś w niej pękło i pierwsza, powolna łza stoczyła się po zaróżowionym policzku, żeby chwilę później zatopić się w materiale sukni. Rose pełnym irytacji gestem otarła pospiesznie mokry ślad i podniosła się z łóżka.

- Mam po dziurki w nosie tej cholernej sukni - rzuciła, zsuwając przy okazji buty.

Wiedziałam, że zmiana ubrań była tylko pretekstem do urwania tematu, ale nie miałam zamiaru zmuszać jej do niczego. Skinęłam głową i podeszłam do komody. Znalazłam dla Rose jedyny strój nadający się do spania - okropną koszulę nocną, której nigdy nie nosiłam - i rzuciłam jej go bez słowa. Sama też zaczęłam zdejmować suknię, marząc tylko o tym, żeby zakopać się w pościeli i zasnąć.

Kiedy obie przebrałyśmy się już w wygodniejsze ubrania, usiadłyśmy po przeciwnych stronach łóżka, nadal nic nie mówiąc. Myślałam o tym, że kolejnej nocy miałam już nie spędzić w tym Domu. Nie było szans, żebyśmy szukali Libert po całym Purgatorium i nadal sypiali w wygodnych łóżkach.

W ciszy mojego pokoju, gdy emocje po wydarzeniach tego wieczoru opadły, na chłodno zastanowiłam się nad tym, co planowaliśmy zrobić. Bez dachu nad głową, jakichkolwiek wskazówek i wśród istot, które przy każdej okazji próbowały nas rozszarpać, mieliśmy znaleźć legendarne artefakty zaginione przed setkami laty. Niemal wybuchłam tym samym zgorzkniałym śmiechem, który męczył mnie w trakcie ostatniej próby. Byliśmy głupi, uważając, że ten plan mógł się powieść.

Rose za moimi plecami wsunęła się pod kołdrę, więc odetchnęłam głęboko i dołączyłam do niej. Obie leżałyśmy, wpatrując się w misternie zdobiony sufit nad naszymi głowami, ale żadna nie odważyła się przerwać milczenia. Po kilku minutach bezruchu Rosemary przekręciła się na bok, plecami do mnie, a jej ciałem wstrząsnął szloch. Z gardła dziewczyny wydarł się zduszony jęk, jakby próbowała tłumić płacz.

Zamierzałam odezwać się, pocieszyć ją w jakiś sposób, ale gdy tylko obróciłam głowę, zamarła. Potrafiłam uszanować czyjąś prywatność. Rose nie chciała w tym momencie ze mną rozmawiać i wiedziałam, że nie powinnam się wtrącać. Przyszło mi to z ogromnym trudem, ale również okręciłam się plecami do niej i zamknęłam oczy, usiłując udawać, że łóżko wcale nie trzęsie się od płaczu.

ROZDZIAŁ 2 - Przygotowania

Gdy rano otwarłam oczy, Rose drzemała jeszcze słodko z rozchylonymi ustami. Przyglądałam jej się przez chwilę z nadzieją, że o czymkolwiek śniła, było lepsze od rzeczywistości, która na nią czekała.

Sama czułam się jeszcze nie całkiem wypoczęta i zamierzałam właśnie położyć się z powrotem, kiedy ciszę w pokoju przerwało ledwie słyszalne pukanie do drzwi. Zmarszczyłam brwi z konsternacją, ale jednocześnie zsunęłam nogi z łóżka, próbując nie budzić Rose. Brak zegarka nadal był dla mnie udręką. Nie wiedziałam nawet, czy wypada złościć się na nieproszonego gościa, który zakłócał mi poranek. Ledwie nastał świt czy było już po śniadaniu?

Przetarłam oczy, drugą ręką sięgając do klamki. Za drzwiami stali Noah i Joseph, obaj z dziwnymi wyrazami twarzy, jakby nie mogli się zdecydować między determinacją, ekscytacją a niepokojem. Na ich widok rozbudziłam się zupełnie.

Noah zerknął ponad moim ramieniem na Rose nadal w tej samej pozycji, w której się położyła. Mi samej często zdarzało się wiercić przez sen, więc to cud, że przetrwała w ten sposób całą noc. Myles niejednokrotnie obrywał z łokcia lub nogi, przez co ciężko nam było się razem wysypiać.

- Obudziliśmy cię? - zapytał Noah szeptem.

- Jak widać - odparłam, ziewając. Zrobiłam krok do przodu i zamknęłam za sobą drzwi. - Co jest?

- Idziemy właśnie do magazynu zebrać parę potrzebnych rzeczy. Przydałaby się nam pomoc, a ty byłaś pod ręką.

Spojrzałam na nich wzrokiem mówiącym, że "bycie pod ręką" mi nie pasowało, ale nie zamierzałam się o nic sprzeczać w tej sytuacji. Przynajmniej do czegoś mogłam się przydać.

- Dajcie mi pięć minut.

Joe wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie dałam mu szans. Wróciłam bezszelestnie do pokoju, zamykając chłopakom drzwi przed nosem. Starając się nie robić za wiele hałasu, otwarłam szufladę, po czym wyjęłam jeansy i koszulkę. W komodzie nie zostało mi już zbyt wiele wygodnych ubrań, więc zapamiętałam sobie, żeby zabrać jakieś z magazynu. Następnie wymknęłam się na korytarz.

Chłopcy stali kawałek dalej, rozmawiając o czymś przyciszonymi głosami. Podeszłam bliżej, a ich wzrok niemal od razu padł na moje stopy. Joe uśmiechnął się pod nosem.

- To się nigdy nie zmieni, co? - rzucił.

Wzruszyłam ramionami.

- Po tylu godzinach w szpilkach potrzebuję odsapnąć.

- Jasne - zaśmiał się i pokręcił głową.

- Dobra - odezwał się Noah poważnym tonem. - Potrzebujemy więcej broni. Zapas ubrań. Zabierzemy też tyle długoterminowego jedzenia, ile damy radę. W lecznicy znajdziemy jakieś bandaże, ale musimy na razie podebrać je tak, żeby nikt nie zauważył. Nie mam zamiaru się tłumaczyć Dantemu.

Razem z Josephem pokiwaliśmy głowami i ruszyliśmy w kierunku magazynu. Musiało być wcześnie, bo korytarze Domu świeciły pustkami. Noah i Joe szli po obu moich stronach niczym obstawa i byli milczący jak nigdy. Przy nich jeszcze mocniej zaczęłam stresować się tym, co zamierzaliśmy zrobić. Zerknęłam na Noaha.

- Właściwie to nie powiedziałeś nam, skąd wiedziałeś, jak dotrzeć do ich kryjówki - powiedziałam, wsuwając dłonie w tylne kieszenie spodni.

- Od Lany - odparł Noah. - Anne jej powiedziała, jak spotkały się przed drugą próbą.

Pokiwałam w zamyśleniu głową. Zanim jednak zdążyłam zadać kolejne z pytań, które od wczoraj gromadziły mi się w głowie, odezwał się Joe:

- A Założyciele? Jacy byli?

Noah sposępniał.

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Pamiętam, o czym rozmawialiśmy, ale nie mogę przypomnieć sobie, jak wyglądali. Jakby znowu wyczyścili mi wspomnienia.

Na jego czole pojawiła się zmarszczka, kiedy usiłował wygrzebać z umysłu jakieś informacje. Joe otwarł przed nami drzwi do magazynu i wtedy Noah pokręcił z rezygnacją głową.

- To takie frustrujące.

- Myślisz, że to ich sprawka? - zapytał Joe, podchodząc do stojaka z bronią.

- Bez dwóch zdań. - Noah przyjrzał się kolekcji sztyletów. - Kiedy podsłuchiwałem ich rozmowę z Goranem, zapewnili go, że ani on, ani pozostali nie będą nic pamiętać. Pewnie mówili o nowych opiekunach.

- I pewnie dlatego ich figury nigdy nie mają twarzy - zauważyłam. - Bo nie chcą, żeby ktokolwiek je zapamiętał.

Noah potaknął. Przerażało mnie, że Założyciele byli w stanie wymazać pamięć każdemu, kto zobaczył ich twarz. Niby stworzyli cały świat, ale dopiero w tej chwili dotarła do mnie potęga ich mocy. Nic dziwnego, że Noah nie rozważał nawet wycofania się z umowy. Kto wie, jaka kara spotkałaby go za złamanie złożonej obietnicy.

- A co pamiętasz? - dopytywał Joe, nadal przebierając bronie.

W czasie kiedy chłopcy wybierali rzeczy, które uznali za przydatne, i podawali mi je do przechowania, Noah opowiedział o tym, jak dotarł do kryjówki Założycieli i co się w niej działo. Skończył akurat wtedy, gdy przeszliśmy do ubrań.

- Powinniśmy byli jednak zabrać resztę grupy ze sobą - mruknęłam.

Zarówno w kolorach, fasonach i rozmiarach był tak ogromny wybór, że poczułam wdzięczność do pristinów za to, że nie musiałam sama przebierać tego wszystkiego w poszukiwaniu czegoś, co by mi się przydało. Czułam się jak w wyjątkowo chaotycznym second-handzie. Joe nie miał podobnych problemów: sięgnął po pierwszą z brzegu koszulkę i sprawdził rozmiar. Najwyraźniej pasowała, bo zarzucił ją sobie na ramię.

- Weźmiemy komplet ubrań na zmianę i trochę bielizny, ale więcej i tak nie udźwigniemy - zarządził Noah. - Zresztą wątpię, żebyśmy znaleźli tu porządne plecaki turystyczne, więc mamy ograniczoną pakowność.

Wybrałam parę prostych bluzek dla siebie, Rose i Holly, ale większym problemem okazały się spodnie. Właśnie przyglądałam się dwóm parom podobnych jeansów w różnych rozmiarach, kiedy Joseph spojrzał na mnie z politowaniem.

- Po prostu weź obie, a niepasującą zostawisz w pokoju.

W ten sam sposób ostatecznie załatwiliśmy też problem reszty ubrań. Razem z Josephem wyglądaliśmy jak żywe wieszaki. Noah rozejrzał się po magazynie z miną, która przywodziła mi na myśl Dantego, a potem podał nam broń i polecił, żebyśmy schowali ją pod rzeczami.

- Gdybyście paradowali po Domu z zapasem noży, wyglądalibyście podejrzanie. Bardziej niż teraz. Ja wejdę do lecznicy, zabrać parę rzeczy, i spotkamy się w pokoju Tiny. Pamiętajcie, żeby z nikim nie gadać.

Spojrzeliśmy po sobie z Josephem, ale żadne z nas tego nie skomentowało. Dopiero gdy rozdzieliliśmy się na korytarzu i Noah znalazł się poza zasięgiem słuchu, odezwałam się:

- Czy tylko mi się zdaje, czy on wariuje?

Joseph uśmiechnął się bez słowa, ale z jego twarzy bez problemu odczytałam odpowiedź. Ruszyliśmy w kierunku mojej sypialni, usiłując nie upuścić sterty ubrań i broni, którą zebraliśmy.

- Nie spodziewałem się tego po tobie - powiedział nagle Joe dziwnym tonem.

Zerknęłam na niego kątem oka.

- To znaczy, czego?

- Tego, że postanowisz pójść z Noahem.

- Dlaczego?

Miałam nadzieję, że nie zamierzał wrócić do tego, jaką ignorantką, według niego, byłam.

Dotarliśmy pod drzwi mojej sypialni i musiałam nacisnąć klamkę łokciem, a potem pchnąć je nogą, żebyśmy mogli dostać się do środka. Rosemary zniknęła, pozostawiając po sobie idealnie zasłane łóżko. Rzuciliśmy na nie wszystkie rzeczy i rozległ się szczęk stali, kiedy różne bronie zderzyły się ze sobą. Podeszłam do fotela i osunęłam się na niego ze wzrokiem utkwionym w Josephie.

- Dlaczego? - powtórzyłam.

Chłopak westchnął, jakby liczył, że jednak nie wrócę do tego tematu. Ale ja nie zamierzałam odpuszczać, skoro w ogóle zaczął. Patrzyłam, jak podchodzi do łóżka i siada. Dzieliła nas tak mała przestrzeń, że musiałam lekko unieść głowę, żeby widzieć jego twarz.

- Nie miałem nic złego na myśli - zapewnił, składając ręce na piersi. - Po prostu wydawało mi się, że bardziej zależy ci na powrocie do domu.

Pełna sceptycyzmu przybrałam taką samą pozę jak on i uniosłam wysoko jedną brew. Josephowi całkiem często zdarzało się powiedzieć coś, a później twierdzić, że nie miał nic złego na myśli.

- Więc wcale nie chodzi o to, że uznałeś, iż się tym nie przejmę, bo jestem taką ignorantką?

Joe wyglądał na prawdziwie zaskoczonego. Odruchowo wysunęłam szczękę irytującym zwyczajem, jaki miałam jeszcze z dzieciństwa. Nathaniel śmiał się kiedyś, że poznawał po tym, czy byłam faktycznie zła.

- Naprawdę tak sobie pomyślałaś?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym samym momencie otwarły się drzwi i do środka weszła Rosemary. Na nasz widok zamarła w pół kroku i zrobiła zakłopotaną minę.

- Przepraszam, nie wiedziałam, że wróciłaś. - Jej wzrok uciekł w kierunku komody. - Zostawiłam buty.

Podążyłam za jej spojrzeniem bardziej odruchowo niż dla sprawdzenia, czy mówiła prawdę. Przerzuciłam nogi przez podłokietnik, udając, że wcale nie byliśmy o krok od kolejnej sprzeczki. Joseph odchylił się lekko na łóżku i zaczął grzebać w rzeczach, które przynieśliśmy.

- Byliśmy z Noahem w magazynie - poinformowałam Rose. - Wzięliśmy trochę rzeczy.

Wskazałam głową na broń i ubrania. Rosemary podeszła bliżej, żeby przyjrzeć się bałaganowi. Podniosła pierwszy materiał z brzegu, który okazał się męską bluzką z długim rękawem. Spojrzała na mnie.

- Zabieramy to wszystko?

- Noah poszedł właśnie po parę rzeczy do lecznicy - powiedziałam. - W czasie śniadania i obiadu możemy zabrać trochę jedzenia. A potem wybierzemy, co jest naprawdę potrzebne.

- Więc mam sobie coś wybrać? - Podniosła kolejną męską bluzkę.

- Damskiego najlepiej.

Joe wyjął jej z rąk ubranie i przewiesił sobie przez ramię.

Oboje zaczęli przegrzebywać stertę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Obserwowałam ich, zastanawiając się jednocześnie, co chciał powiedzieć Joe, zanim Rose weszła.

- Mam nadzieję, że coś dla nas zostało.

Nawet nie zauważyłam, kiedy w drzwiach stanął Noah.

W rękach trzymał kilka bandaży i coś, co wyglądało jak duża pęseta. Zaraz za nim do pokoju weszli Hugh i Holly. Zdawało się, że nie za wiele spali tej nocy, ale sądząc po ich minach, powodem nie było wyznanie zdrady. Skinęłam im głową z najbardziej pogodnym uśmiechem, na jaki było mnie stać, a następnie odwróciłam wzrok. Podniosłam się z fotela i stanęłam przy boku Josepha, który uniósł właśnie ładny nożyk z ozdobną rękojeścią i ostrym czubkiem. Ledwie zarejestrowałam nagły ruch jego nadgarstka i już srebro mignęło w powietrzu, a potem rozległ się łoskot, kiedy broń odbiła się rączką od ściany i spadła na podłogę.

- Ej! - zganiłam go, podczas gdy inni z zaskoczeniem spojrzeli na nóż leżący na ziemi. - Demolujesz mi pokój.

- Praktycznie już w nim nie mieszkasz - powiedział Joe, idąc po nóż. - Zresztą i tak nie trafiłem.

Westchnęłam z irytacją, powstrzymując się przed rzuceniem jakimś obraźliwym komentarzem. Zamiast tego pochyliłam się nad łóżkiem i zaczęłam oglądać zebrane przez nas rzeczy. Nie przywiązywałam wagi do ich wyglądu, wystarczyło mi, żeby miały odpowiedni rozmiar i ciągliwy materiał. Chwilę później odrzuciłam wybrane ubrania na fotel i bezradnie zerknęłam na broń.

- Ani razu nie użyłam nawet sztyletu, który zabrałam z magazynu - powiedziałam, chociaż planowałam zachować tę myśl dla siebie.

Noah się roześmiał, a mimo to jego oczy pozostały poważne. Wszyscy byliśmy dziś jacyś nieswoi.

- To weź sobie drugi do pary. Nigdy nie wiadomo.

Jego słowa miały być żartobliwe, ale tkwiła w nich jakaś mroczna nuta, jakby widmo ostatniej Gry nadal nad nami wisiało. Właściwie musiałam przyznać, że poprzednie dwie doby nie obfitowały zbytnio w pozytywne wydarzenia. Pomyślałam o Dwaynie, który wydawał mi się teraz zupełnie nierzeczywisty wśród tych wszystkich okropności. Nadal nie wiedziałam, z jakiego był Domu i czy w turnieju stracił kogoś, kogo dobrze znał. A może należał do jednego z tych, których opiekunowie odeszli? Wiedziałam o nim tak niewiele, że nie wydawał się nawet prawdziwą osobą.

Hugh, Holly i Noah podeszli do łóżka, żeby wybrać coś dla siebie, więc chwyciłam pierwszy sztylet, jaki wpadł mi w ręce i sięgnęłam po plecak, który znalazłam kiedyś wśród rzeczy pozostawianych przez pristinów. Kilka dni wcześniej kopnęłam go pod fotel i pewnie w normalnych okolicznościach pokryłby się choć cienką warstewką kurzu, ale w tym dziwnym świecie brud nie zalegał po kątach.

Rozpięłam zamek i zaczęłam układać ubrania na dnie plecaka, a potem podeszłam do komody, żeby wyjąć z niej resztę czystej bielizny, jaka mi została. Tego nigdy za wiele. Oba sztylety wsunęłam w boczne kieszonki usztywniane grubą skórą, a bandaż podany mi przez Noaha umieściłam w siateczce na wewnętrznej ściance plecaka. Brakowało tylko jedzenia i mój żołądek odezwał się jak na zawołanie. Popatrzyłam na resztę, zastanawiając się, czy słyszeli błagalne wycie moich kiszek, ale najwyraźniej byli zbyt zajęci, żeby to zauważyć.

- Czy już jest pora śniadania? - zapytałam z nadzieją, odsuwając plecak, żeby usiąść.

- Już dawno - mruknął Joe, nawet nie patrząc w moim kierunku. Z zainteresowaniem przyglądał się rękojeści nożyka, którym chwilę wcześniej próbował rozłupać ścianę.

Podniosłam się z fotela tak gwałtownie, że plecak przewrócił się i bandaż wyturlał się na podłogę. Umieściłam go na swoim miejscu, a potem odwróciłam się do przyjaciół.

- To dlaczego nie idziemy?

- Bo się pakujemy.

W głosie Josepha było słychać irytację.

Bóg mi świadkiem, że czasem musiałam używać całej swojej siły woli, żeby mu nie przywalić. Miałam wrażenie, że jak tylko coś szło nie po jego myśli, wyżywał się na każdym w zasięgu wzroku. Przesunęłam spojrzeniem po pozostałych. Rose stała z naręczem ubrań pod oknem, Noah też miał już wszystko przygotowane. Hugh zarzucił na ramię ostatnią bluzkę i wyprostował się, spoglądając na Holly, która najwyraźniej nie była pewna, czy bardziej przyda jej się podkoszulek bez rękawów, czy cienki sweter z płytkim dekoltem. Przewróciłam oczami.

- Po prostu weź oba.

Holly drgnęła, jakby nie spodziewała się, że mogę się w ogóle do niej odezwać, i szybko złożyła obie rzeczy w ładną kosteczkę. Pokiwała głową, patrząc na to, co wybrała. Wszyscy wyglądali na gotowych, więc klasnęłam w dłonie i momentalnie poczułam niechęć, przypominając sobie Elijaha. Nie zamierzałam jednak pozwolić, żeby odebrał mi apetyt.

- Zachowujesz się, jakbyś od tygodnia nie jadła - powiedział z lekkim rozbawieniem Hugh, splatając palce z Holly.

- Mam wrażenie, że wczorajszy wieczór trwał tydzień - mruknęłam tak, że tylko ich dwójka mogła mnie usłyszeć.

Hugh skrzywił się, ale nie powiedział już nic więcej. Nawet on stracił nieco swoją zwyczajną energię, która zawsze poprawiała nam wszystkim humory. Miałam nadzieję, że te zmiany nie były trwałe. Wydarzyło się wiele złego, ale jak to możliwe, że świat, który początkowo uznawałam za wymyślony, miał na nas tak wielki wpływ?

W stołówce śniadanie trwało w najlepsze; część osób już wychodziła po skończonym posiłku. Każde z nas nałożyło sobie na talerze znacznie więcej, niż potrzebowaliśmy, wybierając szczególnie takie rzeczy, które nadawały się do jedzenia nawet po kilku dniach. Zajęliśmy stół w kącie, starając się nie zachowywać zbytnio podejrzanie. Noah cały czas powtarzał, że im dłużej będziemy sprawiali wrażenie, jakby nic się nie działo, tym łatwiej wybrniemy z tego bez zbędnych wyjaśnień. Biło przy tym od niego takie napięcie, że żadne z nas się nie kłóciło z tą logiką.

- To jak wyniesiemy stąd całe to jedzenie? - zapytał Hugh, maczając pieczonego ziemniaka w sosie o dziwnym zapachu.

- Poczekamy, aż wszyscy wyjdą - powiedział Noah ze wzrokiem utkwionym w swoim nienaruszonym śniadaniu.

Od dłuższej chwili zdawał się myśleć o czymś intensywnie. Nagle poderwał głowę i przesunął się do przodu, żebyśmy wyraźnie go słyszeli. W jego oczach widziałam napięcie, gdy przyglądał się każdemu z osobna.

- Słuchajcie - zaczął poważnym tonem, a ja ledwie powstrzymałam się od prychnięcia. Od samego rana czekałam na moment, w którym spróbuje nas odwieść od opuszczania Domu. Był taki przewidywalny. - Wiem, że wczoraj działaliśmy wszyscy pod wpływem emocji, ale... jeśli chcecie się wycofać... to w porządku.

Popatrzyłam po twarzach pozostałych. Cała czwórka wyglądała na równie nieprzejętą jego słowami. Nie musiałam pytać, żeby wiedzieć, że nikt nie zamierzał odpuścić i Noah powinien się z tym w końcu pogodzić. Joseph najwyraźniej dostrzegł to samo, bo rzucił lekceważąco:

- Nie pozbędziesz się nas, więc skończ biadolić.

Wreszcie na ustach wszystkich zagościły chociaż blade uśmiechy, kiedy kiwaliśmy głowami na potwierdzenie jego słów. Noah westchnął i sięgnął po szklankę z wodą. Rozmowa nie kleiła nam się zbytnio, kiedy czekaliśmy, aż pozostali opuszczą stołówkę. Każde miało coś do przemyślenia i po raz pierwszy nie czułam się w tym odosobniona. Tym razem jednak nie dręczyłam się wspomnieniami tego, co zostawiłam na ziemi. Za bardzo bałam się, że to zmieniłoby moje nastawienie do pomysłu ratowania Aarona.

Zamiast tego myśli zaprzątało mi Purgatorium i wszystko, co w nim dotychczas przeżyłam. Od poznania ludzi, którzy siedzieli ze mną przy stole, przez pierwsze Gry, turniej, aż do tego momentu. Jak wiele drobnych rzeczy miało wpływ na to, że pakowaliśmy się właśnie na śmiertelnie niebezpieczną misję, której nikt dotychczas nie ukończył. Co jakiś czas zerkałam kątem oka na Rosemary, żeby upewnić się, czy wszystko z nią w porządku. Nie tylko ze względu na obietnicę daną Aaronowi, ale też dlatego, że wiele dla mnie znaczyła. Może przypadek sprawił, że Dante wyznaczył ją do czuwania nade mną, kiedy zjawiłam się w Domu. A może prawdą było to, że nic nie działo się bez powodu.

- Dobra, to już wszyscy - odezwał się nagle Noah, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że faktycznie zostaliśmy w stołówce sami.

Jak jeden mąż wstaliśmy od stołu, podnosząc swoje talerze, i wtedy Rose się skrzywiła.

- Zapomnieliśmy termosów.

Nie pomyślałam nawet o tym wcześniej, ale Rosemary miała rację. Nikt z nas nie wpadł na to, żeby zabrać też napoje. Wszyscy spojrzeliśmy na Noaha, jakby tylko on mógł podejmować jakiekolwiek decyzje. Chłopak wzruszył ramionami, chociaż po jego minie widziałam, że był zły sam na siebie za zapominalstwo.

- Weźmiemy je podczas obiadu.

Całe jedzenie zanieśliśmy do mojej sypialni, która nigdy jeszcze nie wyglądała na równie zamieszkaną: ubrania leżały porozrzucane po każdej płaskiej powierzchni, a pościel na łóżku była tak zmięta, jakby nikt jej wcześniej nie poprawił. Odstawiłam talerz na komodę i spojrzałam z rozbawieniem na Josepha.

- Czuję się jak u ciebie.

Chłopak odpowiedział mi koślawym uśmiechem.

- Pójdę po swój plecak - rzucił w eter, odkładając jedzenie obok mojego.

Wszyscy zgodzili się, że czas najwyższy zacząć się pakować, i ruszyli do wyjścia. Hugh złapał Holly za przedramię i pocałował ją przelotnie.

- Ja ci go przyniosę - zaproponował i zanim Holly zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wyszedł.

Jedno mrugnięcie oka i nagle stałyśmy pośrodku pokoju tylko we dwie. Holly miała minę, jakby wolała raczej zostać zamkniętą z dzikim tygrysem niż ze mną. Nie mogłam się temu dziwić. Sama czułam się tak niezręcznie, że miałam ochotę wyjść z sypialni, byle na nią nie patrzeć.

- Nie powiedziałaś mu - stwierdziłam, gdy cisza zaczęła się stawać nie do zniesienia.

Holly obróciła się plecami i ze wstydem potarła dłonią swoje ramię. Nie chciałam jej atakować. Palący gniew, który poczułam, gdy dowiedziałam się o jej zdradzie, już dawno osłabł. Czy raczej został przesłonięty przez inne, bardziej istotne uczucia. Po prostu przedstawiłam oczywisty fakt: okłamała mnie.

- Chciałam - powiedziała z napięciem w głosie. - Ale po tym, co stało się na turnieju, wszyscy byliśmy zbyt rozbici. A teraz... teraz nie mogę mu powiedzieć, bo musimy pomóc Noahowi.

Przyjmowałam jej tłumaczenia na chłodno. I im dłużej o tym myślałam, tym bardziej zirytowana się czułam - bo to, co mówiła, brzmiało w moich uszach sensownie.

Holly odwróciła się wreszcie, żeby sprawdzić, jaki miałam wyraz twarzy. Na jej własnej malowały się ból i niepewność, a ja poczułam, że mięknę. Gdybym powiedziała Hugh prawdę, istniała gigantyczna szansa, że zerwałby z Holly i nasz cały plan trafiłby szlag. I chociaż Rose miała sporą wiedzę, a Joe nie najgorzej radził sobie z przetrwaniem w tej dziczy, nauczyliśmy się już polegać w terenie na zdolnościach Hugh. Poza tym naprawdę nie potrzebowaliśmy kolejnej katastrofy.

Nawet ja czułam, że każda kolejna wymówka była jeszcze bardziej żałosna.

Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, drzwi sypialni otwarły się ponownie i do środka wszedł Noah. Holly momentalnie się rozluźniła.

- Będziemy potrzebowali jakichś informacji na temat Libert - powiedział, jakby nie zauważył panującej atmosfery. - Jak tylko się spakujemy, pójdziemy do Salonu, poszukać czegoś, co naprowadziłoby nas na jakiś trop.

Mruknęłam na zgodę i podeszłam do swojej torby, żeby upchnąć w środku zrobione zapasy. W międzyczasie do sypialni wrócił Joseph. Oprócz plecaka niósł trzy termosy, które pobrzękiwały w jego rękach.

- Sam nie wiem, skąd ich tyle mam - rzucił, podając mi pojemniki. - Ale pewnie się przydadzą.

Noah nie powtórzył mu tego, co nam, więc musieli rozmawiać o swoich planach już wcześniej. Pakowaliśmy się w ciszy, a kiedy Rose i Hugh też byli już gotowi, zostawiliśmy torby i ruszyliśmy do Salonu. Ledwie weszliśmy, kilka głów zwróciło się w naszym kierunku. Wszyscy rzucali zaciekawione spojrzenia Rosemary, która zdawała się ich nie zauważać.

Przyjrzałam się dziewczynie ukradkiem, gdy usiadła między Noahem a Holly. Nic nie wskazywało na to, żeby była zrozpaczona utratą Aarona. Nie była pogodna ani roześmiana, ale w ostatnich tygodniach właściwie też taka nie bywała. Wydawała się po prostu powściągać emocje, żeby nie ulec żadnym z nich: ani przesadnej nadziei, ani smutkowi.

- Jeśli będziemy szukać wszyscy naraz, to będzie podejrzane - odezwał się Noah. - Więc lepiej by było, jakby część z nas została tutaj.

Na poważnie zastanawiałam się, czy Noah nie ulegał przypadkiem paranoi. Z drugiej strony to on, nie ja, spotkał Założycieli i ryzykował, gdyby uznali, że nie dotrzymał warunków umowy. Pewnie wiedział, co robi.

- Ja poszukam - zaoferowałam się, w tym samym czasie co Rose powiedziała:

- Mogę szukać.

Reszta przyjęła nasze zgłoszenia bez sprzeciwów. Joseph od razu zagadnął Noaha o jakieś mistrzostwa, starając się sprawiać wrażenie rozluźnionego. Hugh pochylił się do nich, chociaż byłam pewna, że nie miał pojęcia, o czym mówili. Zastanawiało mnie, czy ktokolwiek dostrzegał ich sztuczne śmiechy.

Z Rose podeszłyśmy do najbliższego regału i przesunęłyśmy oczami po półkach pnących się wysoko ponad naszymi głowami.

- Ostatnim razem, kiedy szukałam książki, Joe przyniósł skądś drabinę - powiedziałam.

Tamten dzień zdawał się odległy o całe wieki.

- Przydałaby się - zgodziła się Rose. Odwróciła się na pięcie. - Hej, Joe? Załatwiłbyś nam drabinę?

Nie wyglądał na zadowolonego, ale skinął głową i podniósł się z fotela. Kilka minut później wrócił z drabiną i mruknął coś o przysłudze, a potem wskoczył na swoje miejsce, przeskakując spojrzeniem między chłopakami. Zdawało mi się, że Hugh i Noah zdecydowanie porzucili temat sportowy.

- Nie masz wrażenia, że wszyscy są dzisiaj jacyś dziwni? - zagadnęłam Rose, która popatrzyła na mnie bez zrozumienia.

Kiwnęłam głową na Holly i resztę. W milczeniu rozglądali się na boki, jakby szukali tematu wśród otaczających ich mebli. Nagle Hugh coś powiedział, a reszta wzruszyła tylko ramionami i znów zapanowała niezręczna cisza. Joe bez przekonania podjął temat mistrzostw, a Noah kiwał głową, jakby uznał, że udawanie rozmowy to jedyne, na co ich stać. W ich twarzach widać było słabo ukrywany niepokój, a Rose pokręciła głową.

- Smutny widok.

- O tym mówię - powiedziałam, wspinając się na pierwsze stopnie.

Było coś przyjemnego w machinalnym przeglądaniu półek z dala od osobliwie zachowujących się przyjaciół. Na dole Rose przesuwała palcem po grzbietach książek, bezdźwięcznie poruszając ustami, kiedy czytała ich tytuły. Co chwila ściągałyśmy jakieś pozycje z półek, żeby sprawdzić, czym w ogóle były. Pracowałyśmy w ciszy, ale nie czułam, żeby mnie to przytłaczało. Nie myślałam o nikim i o niczym, co okazało się zaskakująco łatwe przy dziesiątkach tytułów do przeczytania.

Poczułam delikatne uderzenie w kostkę i spojrzałam w dół. Rose machnęła mi, żebym zeszła, wyciągając jednocześnie przed siebie jakąś książkę. Zsunęłam się najszybciej jak potrafiłam.

- Co tam masz?

- Jakiś Hossam Aish zdaje się coś wiedzieć na temat Libert. - Rose uniosła książkę na wysokość moich oczu. - I wszystko opisał.

- Myślałam, że to będzie trudniejsze - powiedziałam, unosząc brwi. Liberta były tak tajemnicze, że niemożliwym wydawało mi się, żeby ktoś posiadał o nich jakąkolwiek znaczącą wiedzę i w dodatku umieścił ją w jednej książce. - Co napisał?

Rose postukała palcem w nazwisko autora na okładce. Feliks Bonar.

- To nie ta książka - wyjaśniła. - Ale jest w niej wzmianka o Hossamie, który był kiedyś opiekunem i zniknął w tajemniczych okolicznościach. I chodziły plotki, że to zemsta Założycieli za jego wieloletnie badania nad Libertami.

Wzięłam do ręki książkę i otwarłam ją na pierwszej stronie. Autor zaczął od "Słów wstępu", w których opisał tematykę swojego dzieła - twierdził, że to jego pamiętnik z pobytu w Purgatorium i po jego odejściu przyjaciel umieści go w bibliotece, żeby przyszłe Dusze mogły czerpać wiedzę. Podniosłam wzrok znad czytanego tekstu.

- Jak na to trafiłaś?

- Nie miała tytułu. - Rose wzruszyła ramionami. - A kiedy okazało się, że to pamiętnik, to mnie zaciekawiło. Na kolejnej stronie napisał o książce Hossama, więc uznałam, że to może mieć znaczenie.

Zamknęłam książkę i oddałam ją Rose.

- Pokaż to reszcie, może warto poszukać czegoś o tym facecie.

Kiedy Rose podeszła do kanapy, żeby wyjaśnić pozostałym, co znalazła, ja wspięłam się znów na drabinę, rozglądając się teraz za nazwiskiem byłego opiekuna. W miarę upływu czasu uświadamiałam sobie coraz bardziej, w jak słabej sytuacji się znajdowaliśmy. Nie wiedzieliśmy o Libertach nic, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie, a za kilka godzin musieliśmy wyruszyć na ich poszukiwanie. Gdybyśmy tylko nie musieli robić z tego takiej tajemnicy, być może Dante...

Zamarłam z dłonią nad kolejną książką bez tytułu. Dantemu udało się znaleźć już jedno Liberto. W dodatku, w rozmowie, którą podsłuchałyśmy z Holly, powiedział, że gdyby ktoś się dowiedział o jego poszukiwaniach, natychmiast by zginął. Oczyma wyobraźni zobaczyłam setki książek na regałach w jego gabinecie. Kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przemknęło mi przez myśl, czy ktokolwiek był w Czyśćcu na tyle długo, żeby je przeczytać. Nie wzięłam wtedy nawet pod uwagę, że opiekunowie mieli mnóstwo wolnego czasu na podobne rzeczy. Teraz jednak wszystko do siebie pasowało.

Zeszłam z drabiny, zeskakując w pośpiechu z kilku ostatnich szczebli, aż zakłuło mnie w kostce. Byłam zbyt podekscytowana swoim nowym odkryciem, żeby się tym przejąć. Podeszłam do przyjaciół, którzy pochylali się właśnie nad pamiętnikiem znalezionym przez Rose w poszukiwaniu jakichś informacji na temat tajemniczej książki.

- Tina. - Noah podniósł wzrok. - Znalazłaś coś?

- Nie do końca.

Usiadłam na podłokietniku i cicho streściłam im to, na co sama wpadłam. Cała piątka słuchała mnie z uwagą i kiedy skończyłam, Rosemary pokiwała zamaszyście głową.

- Na sto procent Dante ją zabrał - przytaknęła, a Noah zatrzasnął pamiętnik.

- A to oznacza, że dalej jesteśmy w kropce - mruknął, zaciskając palce u nasady nosa.

- Niekoniecznie - odezwał się Joe.

Po ognikach, które pojawiły się w jego oczach, nie spodziewałam się niczego dobrego.

- Wystarczy, że wywabimy Dantego z gabinetu na wystarczająco długo, żeby go przeszukać - zakomunikował, potwierdzając moje przypuszczenia.

Noah prychnął i pokręcił głową.

- Nie ma mowy. - Jego głos brzmiał stanowczo jak nigdy. - Zbyt wiele rzeczy może pójść nie tak.

Joseph otwarł usta, żeby zaoponować, ale ostatecznie tylko westchnął i opadł na oparcie. Noah spojrzał na niego, jakby było mu przykro.

- Nie wyjaśnilibyśmy tego, gdyby nas przyłapał na myszkowaniu w jego gabinecie - dodał, próbując przekonać przyjaciela do swoich racji.

- Ale bez tej książki możemy tylko błądzić... - zaczęłam i urwałam pod wpływem wzroku Noaha.

- Nie wiemy, co w niej jest - zauważył. - Równie dobrze może się okazać, że ryzykowalibyśmy na darmo.

- I co by nam zrobił, gdyby się dowiedział? - zapytał Hugh, rozkładając ręce. - Wyrzuciłby nas z Domu? I tak odchodzimy.

Noah wyglądał, jakby nie mógł uwierzyć, że cała trójka wystąpiła przeciw niemu. Nie wątpiłam, że był tak spięty z powodu zbliżającego się spotkania z Założycielami, ale jego upór zaczynał być irytujący. Chciałam, żeby znów był chłopakiem, który pryskał się z nami wodą w stawie i żartował z mojej beznadziejnej orientacji w terenie.

- Ta książka to nasz jedyny trop, Noah - powiedziałam, siląc się na spokojny ton.

Widziałam moment, w którym zdał sobie sprawę, że stoi na straconej pozycji. Westchnął ciężko, spoglądając jeszcze na Rose, ale ona tylko wolno skinęła głową. Była z nami.

- Co proponujecie? Jak odciągniemy Dantego?

- Ja się tym zajmę - zaoferowała Rose. - Powiem mu, że chcę porozmawiać o Aaronie, turnieju czy czymkolwiek.

Niemal zachłysnęłam się powietrzem, słysząc jej słowa. Pozostali też wyglądali na kompletnie zaskoczonych, a Holly aż otwarła usta. Rose zagryzła dolną wargę i utkwiła spojrzenie w jakimś punkcie, jakby nie chciała patrzeć na żadne z nas. Taka rozmowa z pewnością wymagała okazania emocji, a ona od samego rana próbowała zamknąć je głęboko w sobie. Niestety, to faktycznie brzmiało jak dobry pomysł.

- To może się udać - zgodził się Noah, kiedy już uporał się z pierwszym szokiem. - A co dalej?

- Dobrze by było, gdyby ktoś kręcił się w pobliżu - powiedział Joe z namysłem. - Jeśli Rose nie uda się zatrzymać Dantego wystarczająco długo, następna osoba musiałaby go czymś zająć.

- Wezmę to na siebie - zaproponował Hugh. - Jestem urodzonym bajkopisarzem, coś wymyślę.

Trudno się było z nim nie zgodzić.

- Holly będzie cię obserwować i przybiegnie nas ostrzec, żebyśmy zdążyli się ewakuować - dodałam. Spojrzałam Noahowi w oczy. - A ty, ja i Joe w tym czasie przeszukamy jego gabinet.

Na twarzach wszystkich, poza Noahem, wykwitły nieco złowieszcze uśmiechy. Nasz plan był grubymi nićmi szyty, ale miał szansę się udać. Holly pierwsza wyciągnęła przed siebie dłoń, grzbietem do góry. Kolejno zaczęły do niej dołączać ręce Hugh, Joe, Rose i moja. Spojrzeliśmy wyczekująco na Noaha, który zamiast na nas, patrzył na stos dłoni przed twarzą. Powoli podniósł swoją i przykrył nią moją rękę.

PROLOG

Noah pierwszy raz w życiu czuł, że warto za coś zginąć. Być może myślał tak tylko dlatego, że nie mógł już zawrócić i się wycofać, ale nie dbał o to. Zrobił dobrą rzecz. Powtarzał to sobie, kiedy wpadł do pustego, szarego pomieszczenia przylegającego do areny, w którym jedynym elementem wystroju był portal. Wiedział, że to on, chociaż nie wyglądał tak jak przejście w gabinecie Dantego. Tamto było zwyczajnym kamiennym łukiem, w najmniejszym stopniu nie dorównującym temu, co miał przed oczami.

Portal prowadzący do kryjówki Założycieli okazał się niezwykły. Miał kształt ostrołuku z zapierającym dech w piersi tympanonem przedstawiającym trzynaście wykutych w złocie postaci bez twarzy. Z figur biła jakaś niewyobrażalna moc, która sprawiła, że ramiona Noaha pokryły się gęsią skórką. Jakby puste twarze obserwowały go i usiłowały przestrzec przed przejściem na drugą stronę. Chłopakowi przypomniało się, jak Michael zamierzał wytatuować sobie na żebrach "Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie". Twierdził, że to słowa jakiegoś znanego pisarza, ale Noah szczerze w to wątpił. Jego brat nie należał do pasjonatów książek. Bardziej prawdopodobne, że usłyszał to w filmie albo sam wymyślił.

Jednak te słowa wydawały się Noahowi idealne w obecnej sytuacji. Rozbrzmiewały mu w głowie, gdy pokonywał dystans od drzwi do portalu i kryjówki Założycieli. Bez zawahania przeszedł na drugą stronę. Spodziewał się poczuć chłód tak jak zwykle, więc zaskoczyło go ciepło rozlewające się po ciele, jakby dotknął czegoś gorącego. Jedno mrugnięcie i kamienna sala zniknęła.

Zastąpiła ją prawdziwa królewska komnata. Gdziekolwiek spojrzeć, wypełniały ją złoto i diamenty: od ścian, przez podłogę, aż po ozdobne wrota dokładnie naprzeciw. Chłopak czuł się w otoczeniu tego przepychu jeszcze bardziej nieswojo niż wcześniej. Jeśli ktoś w taki sposób zaaranżował przedsionek, to jak musiała wyglądać reszta jego posiadłości? Noah wiedział, że istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Opuściły go złość i poczucie niesprawiedliwości, ustępując miejsca paraliżującemu przerażeniu. Nie bał się tak w trakcie żadnej Gry, nieważne, co spotykał na swojej drodze. Nie trzeba było być specjalnie mądrym, żeby wiedzieć, że stawanie przed Założycielami bez ich wyraźnej zgody równało się ze śmiercią. A wpraszanie się do nich z wyrzutami za zabicie jakiejś Duszy? Noah wolał nie myśleć.

Zmusił swoje zesztywniałe nogi do ruszenia naprzód i drżącą ręką nacisnął wysadzaną drogimi kamieniami klamkę. Drzwi ustąpiły bezszelestnie, za co Noah był ogromnie wdzięczny. Czuł irracjonalny lęk przed tym, że ktoś mógłby zauważyć go, nim wymyśliłby, co powiedzieć, żeby nie zostać z miejsca zamienionym w kupkę popiołu. Czy cokolwiek tam groziło mu za niesubordynację.

Reszta posiadłości (Noahowi wydawało się, że dalsze nazywanie jej "kryjówką" było nieodpowiednie) wyglądała równie imponująco. Zarówno korytarz, jak i schody prowadzące w dwóch przeciwnych kierunkach ozdobiono tak bogato, że Noaha rozbolały oczy od patrzenia. W zasięgu wzroku nie było jednak żadnej żywej duszy, co ucieszyło go jednocześnie i zaniepokoiło. Nie miał zielonego pojęcia, w którą stronę powinien się udać.

W posiadłości panowała niczym niezmącona cisza. Nie rozlegały się żadne kroki, niczyje głosy nie niosły się korytarzami. Jakby nikt tam nie mieszkał. A jednak Noah był pewien, że chwilę przed nim tym samym korytarzem przeszła trójka opiekunów i czworo zwycięzców turnieju. Nie mogli tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu.

Nagły rozbłysk światła na piętrze po prawej zwrócił uwagę Noaha, który zamierzał właśnie ruszyć korytarzem przed siebie. Chłopak ledwie powstrzymał się przed wbiegnięciem po schodach i narobieniem przy okazji niepotrzebnego hałasu. Zwalczając ciekawość, zaczął powoli wspinać się na piętro z plecami przyciśniętymi do ściany. Im wyżej się znajdował, tym wyraźniej słyszał, że ktoś jednak przebywał całkiem niedaleko. Głosy musiały być tłumione przez tony złota i diamentów pokrywające wszystkie powierzchnie w zasięgu wzroku.

Wreszcie Noah stanął na piętrze, które okazało się tylko wąskim balkonem prowadzącym do trojga drzwi. Ostatnie były otwarte i to zza nich dobiegały do niego strzępki rozmowy.

- ...skończą, znajdą się z powrotem w kwaterze głównej - mówił chłodny, męski głos. Noah poczuł, że zjeżyły mu się włosy na przedramionach. - Nie będą pamiętać tego wydarzenia. Tak jak wy. Czas, byś wskazał swojego wybrańca, Nikolic.

Nastąpiła długa przerwa i Noah odruchowo przystanął, żeby nie zakłócić ciszy. Podejrzewał, że za otwartymi drzwiami znajdowała się sala tronowa, a docierający do niego głos musiał należeć do któregoś z Założycieli. Słyszał wcześniej zarówno opiekunów, jak i zwycięzców. Rozpoznałby ich. Ten głos natomiast nie brzmiał nawet zbyt ludzko. Noah odnosił wrażenie, że rozbrzmiewał w jego głowie, zupełnie jakby za głośno puścił sobie muzykę w słuchawkach. I nie podobała mu się ona kompletnie.

- Wybrałem Yutaka Ito.

Ten głos znał dobrze. Goran. Serce Noaha zaczęło walić jak oszalałe. Zupełnie, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że znajdował się w tajnej posiadłości Założycieli, której nikt bez ich przyzwolenia nie mógł odwiedzić. Nikt poza Noahem. Miał szansę zobaczyć ich jako jeden z niewielu i...

Noah przełknął ślinę, strofując się jednocześnie za rozpraszające myśli. Nie było ważne, że dostał się do tej posiadłości, dopóki miał zadanie do wykonania. Dotarł już tak daleko i musiał brnąć w to dalej. Nie wiedział jednak, jak przekonać Założycieli choćby do rozmowy. Miał najwyżej kilka minut, zanim pozbędą się Gorana i najpewniej opuszczą salę. I żadnej karty przetargowej.

- Nie możemy sprowadzić tutaj twojego drogiego przyjaciela - przemówił kolejny lodowaty głos. - Nasze moce nie wybiegają poza ten pałac, odkąd utraciliśmy nasze skarby.

Noah mógłby przysiąc, że ton Założyciela złagodniał na ostatnim słowie. Liberta. Nie było wątpliwości, że właśnie o nich mówił. Chłopak przysunął się o kilka centymetrów do drzwi.

- Dopilnujemy jednak, aby antidotum dotarło do wskazanej Duszy. Jeszcze tego wieczora powróci do swojego ludzkiego ciała. Teraz nadszedł czas na twoją nagrodę.

Nie rozległ się żaden dźwięk, nie rozbłysło kolejne światło. Po prostu nastał moment niczym niezmąconej ciszy, a potem ten sam koszmarny głos odezwał się ponownie:

- Wyjdź ze swojej kryjówki, głupcze. Doskonale wiemy, gdzie się chowasz.

Jeśli wcześniej Noah był przerażony, to w tym momencie poczuł tak niewyobrażalny strach, że minęło kilka sekund, zanim choćby zaczął z powrotem oddychać. Założyciele wiedzieli, że wszedł do ich posiadłości. Oczywiście, że tak. Jak mógł sądzić, iż daliby się oszukać? Byli bogami tego świata. Nawet jeśli odebrano im władzę, w pałacu nadal mieli moc - to były ich własne słowa.

Noah wiedział, że nie było sensu uciekać ani się chować. Już przegrał. Mógł tylko wyjść z ukrycia i spróbować dokończyć to, co zaplanował. Albo umrzeć.

Jego ciało było napięte jak cięciwa łuku tuż przed wystrzałem. Obawiał się, że kiedy tylko Założyciele zobaczą twarz intruza, zabiją go bez szansy na wyjaśnienie. Taka właśnie była kara za przeciwstawianie się ich woli. Tego obawiał się Dante. Noah miał tylko nadzieję, że jeśli przyjdzie mu umrzeć, to szybko i bezboleśnie. Usiłował nie myśleć o bliskich, z którymi nie miał szansy się pożegnać, ale ich twarze i tak pojawiały się pod jego powiekami ilekroć mrugał. A więc tak wygląda patrzenie w oczy Śmierci, pomyślał, stając w wejściu.

Przepych i bogactwo pomieszczenia nie zawiodły go w najmniejszym stopniu. Każdy kawałek sali wyglądał, jakby ktoś zebrał wszystkie kosztowności świata i upchnął je w tym miejscu. Ściany, podłogę i sufit wyłożono złotem, brylantami, rubinami, szmaragdami i setkami innych kamieni, których Noah nie potrafił nazwać. A w centralnym punkcie pomieszczenia stało trzynaście tronów, każdy ozdobiony innego rodzaju klejnotami. Sala była tak zajmująca, że Noah dopiero po chwili skupił się na postaciach siedzących tuż przed nim.

Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślał, był rozczarowujący wygląd Założycieli. Nie okazali się ogromni jak góry, a w dodatku posiadali twarze: identyczne, blade, z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi i bez brwi. Jakby patrzył na trzynastoraczki w takich samych ubraniach, które odróżniały jedynie fryzury. Takie same mieli nawet oczy wpatrujące się w niego z chłodem: jasne jak światło księżyca odbijające się w wodzie. Po prostu białe kule utkwione w twarzach bez wyrazu. Ich widok zmroził mu krew w żyłach zupełnie jak głosy, które wcześniej słyszał.

- Kim jesteś, że śmiesz stawać przed obliczem swoich Władców? - przemówił mężczyzna o długich, białych włosach, złączając palce dłoni tuż pod brodą.

Jego ruchy były równie nienaturalne jak głos. Noahowi wydawało się, że ciało Założyciela płynie, zamiast zwyczajnie się poruszać. Nawet włosy mężczyzny żyły własnym życiem i chłopak nie mógł się powstrzymać przed porównaniem ich do grzywy kelpie. Tylko oczy pozostawały puste niczym czysta kartka i Noah poczuł, że pod ich wpływem nie jest w stanie skłamać.

- Nazywam się Noah Watson.

Jego głos zabrzmiał dużo pewniej, niż się spodziewał, jednak przy Założycielach i tak wydawał się słaby jak zamoczony papier, gotów w każdej chwili się rozpaść. A Noah nie chciał się rozpadać. Pragnął umrzeć godnie jak Aaron, który do ostatniej chwili milczał, jakby był zbyt dumny na choćby jęk bólu. W innych okolicznościach Noah pewnie udusiłby się ze śmiechu na myśl, że mógłby chcieć zrobić cokolwiek tak jak on. Ale nie po tym, co zobaczył na arenie.

Założyciele wyglądali, jakby oczekiwali, że powie coś jeszcze. Noah za to nie miał pojęcia, jak podjąć temat. Nie sądził nawet, że uda mu się dotrwać do tej chwili. Każdy kolejny oddech był dla niego jak nagroda, chociaż gardło miał ściśnięte ze strachu.

- Nie marnuj naszego czasu - odezwał się czarnowłosy mężczyzna z pojedynczym białym pasmem zatkniętym za ucho. - Jesteśmy wieczni, ale nie cierpliwi.

Noah wiedział, że powinien się odezwać, jednak nadal nie znalazł nic, czym mógłby zachęcić Założycieli do uratowania Aarona. Oglądał setki filmów, w których bohaterowie wychodzili z takich starć zwycięską ręką, ale żaden z nich nie mówił, jak należało targować się z czymś na kształt bogów. Co mogło być wystarczająco cenne dla Założycieli, żeby nie zabijali go, a w dodatku zgodzili się zwrócić Rosemary ukochanego?

Ledwie powstrzymał się od uderzenia otwartą dłonią w czoło. Oczywiście, że istniała taka rzecz. Trzynaście rzeczy, których Założyciele nie mogli sobie ot tak zabrać z powrotem. Ale gdyby to on im je przyniósł...

- Przyszedłem prosić o przywrócenie do życia mojego przyjaciela - powiedział w końcu, nie patrząc żadnej z postaci w oczy.

Założyciele milczeli, a Noah uznał to za przyzwolenie na dalszą wypowiedź.

- Został niesprawiedliwie zamordowany w czasie ostatniego zadania w turnieju. Zginął, żeby nie być piątym zwycięzcą, chociaż bez problemu przeszedłby próbę.

Przeraźliwie głośny grzmot rozdarł powietrze w sali i Noah odruchowo cofnął się, rozglądając się w popłochu za źródłem dźwięku. Dopiero po chwili zorientował się, że to, co uznał za odgłos pioruna, było w rzeczywistości głosem kolejnego Założyciela, którego twarz wykrzywiła się w złości.

- Jak śmiesz zjawiać się w naszym pałacu i żądać czegoś takiego! Wtargnąłeś tutaj i dyktujesz swoje własne zasady, ale dość tego, mówię! Nie będzie...

- Bracie.

Zadziwiające, ale spokojny, łagodny głos jasnowłosego Założyciela zasiadającego na tronie z pereł przebił się ponad krzyki bez najmniejszego problemu. Spojrzenia mężczyzn skrzyżowały się i Noah odniósł wrażenie, że komunikowali się w ten sposób równie skutecznie, jak za pomocą słów. W końcu obcięty na łyso Założyciel zapadł się w swoim fotelu i pozwolił mówić łagodniejszemu bratu. Ten przeniósł wzrok na Noah i niemal się uśmiechnął.

- Zaiste, wysokie stawiasz wymagania.

Noah odetchnął, usiłując uspokoić rozkołatane serce, choć bez skutku.

- Nie mam zamiaru prosić o nic za darmo. Wiem, że są rzeczy, na których wam zależy. - Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien zwracać się do nich jakimiś tytułami. Postanowił je sobie darować. - W zamian za puszczenie mnie wolno i przywrócenie do życia mojego przyjaciela obiecuję, że znajdę trzynaście Libert i przyniosę je wam jako prawowitym Władcom Purgatorium.

Cisza, jaka nastała po jego słowach, była tak pełna napięcia, że Noah czuł ją niemal fizycznie. Nie odważył się drgnąć ani nawet spojrzeć na któregokolwiek innego Założyciela, ale wiedział, że wyraźnie ich zaskoczył. Jakiś cichy głosik szeptał mu do ucha, że właśnie sam na siebie podpisał wyrok, jednak Noah kazał mu się zamknąć, zanim ta myśl sparaliżowała go zupełnie. Ledwie zdobył panowanie nad sytuacją i musiał trzymać emocje na wodzy, żeby tego nie utracić.

Kolejny Założyciel podniósł się z tronu i splótł palce. W nim także było coś nienaturalnego.

- Rzucasz górnolotnymi obietnicami, lecz czy jesteś w stanie ich dotrzymać? - zapytał spokojnym tonem. - Nikt nie znalazł ich od tak dawna. Dlaczego tobie miałoby się to udać?

Dobre pytanie. Noah nie miał pojęcia, jak mógłby tego dokonać, ale klamka zapadła. Obiecał, co obiecał, i musiał ciągnąć to dalej, jeśli chciał wyjść z tego pałacu żywy.

- Uda się - zapewnił. - Albo zginę, próbując.

Założyciel nie zareagował w żaden sposób na jego słowa. Właściwie to wyglądał na nieobecnego i Noah odniósł wrażenie, że naprawdę komunikował się z pozostałymi mężczyznami bez słów. Ich spojrzenia były wbite w plecy Założyciela i przez chwilę nikt nie zwracał uwagi na nastolatka przebierającego z nerwów palcami. Noah nie potrafił zdecydować, co tak naprawdę czuł w tej chwili. Był z pewnością przerażony, ale także podekscytowany. Jego zachowanie było jednocześnie lekkomyślne, jak i dobrze uzasadnione. W głowie miał burzę emocji, której nie mógł w żaden sposób wyciszyć.

- Dobrze zatem - przemówił ponownie jasnowłosy Założyciel. Noah nie zauważył nawet, że wszystkie twarze znów zwróciły się ku niemu. - Twoje zadanie jednak musi pozostać tajemnicą. Dajemy ci dobę na przygotowanie wszystkiego. Nasz wysłannik cię znajdzie i przyprowadzi do nas ponownie. A teraz odejdź.

Noah przez chwilę stał bez ruchu, trawiąc to, co właśnie usłyszał. Mógł odejść. Przeżył spotkanie z Założycielami i miał szansę uratować Aarona. To więcej niż mógłby sobie wymarzyć. Musiał czym prędzej wrócić do Rosemary i opowiedzieć jej o wszystkim. Skłonił się, wyrzucając z siebie pospieszne podziękowania, a następnie odwrócił się na pięcie i popędził w stronę portalu. Zanim jednak opuścił salę tronową, mógłby przysiąc, że usłyszał ciche, ale bardzo wyraźne słowa:

- Lepiej nie dziękuj.

ROZDZIAŁ 3 - Działania drużynowe

Musiałam przyznać, że Holly całkiem przekonująco odegrała przejętą, kiedy zapukała do drzwi gabinetu Dantego, żeby powiedzieć mu o niepokojącym zachowaniu Rosemary. Wcześniej schowaliśmy się z Noahem i Josephem za zakrętem i czekaliśmy na swoją kolej, siedząc na schodach w kompletnej ciszy. Wreszcie usłyszeliśmy dźwięk zamykanych drzwi, a następnie oddalające się kroki i głos Holly, relacjonującej wymyślone przez siebie wydarzenia. Joseph wychylił się zza ściany.

- Czysto - powiedział i ruszył do gabinetu.

Spojrzałam na Noaha, który nadal zdawał się sceptycznie nastawionym do całego planu. Chciałam w jakiś sposób zapewnić go, że nie mieliśmy innego wyjścia, ale żadne mądre słowa nie wypłynęły z moich ust. Chłopak z nieprzeniknioną miną skinął mi głową, żebyśmy się ruszyli. Wsunęliśmy się do gabinetu, sprawdzając uprzednio, czy nikt nas nie obserwuje, i zamknęliśmy za sobą drzwi. Joseph stał pośrodku pomieszczenia i rozglądał się na boki z zabawnie wykrzywioną twarzą.

- Nie ma drabiny - poinformował nas. Rzeczywiście, to mogło być problemem, zważywszy na fakt, że regały sięgały całkiem wysoko. - Musimy mieć nadzieję, że znajdziemy tę książkę gdzieś na dole.

- Wezmę tę stronę. - Noah wskazał regał na prawo. - Joe, sprawdź resztę. Tina, przeszukaj mu biurko. Może Dante wolał trzymać takie informacje pod ręką.

Zabraliśmy się do pracy, nie tracąc ani chwili więcej. Dante mógł wrócić w każdym momencie, a my mieliśmy całkiem sporo do zrobienia. Większość książek nie posiadała tytułów na grzbietach, więc Noah i Joe musieli je ściągać i otwierać, a to skutecznie spowalniało poszukiwania. Z jakiegoś powodu grzebanie w biurku Dantego wydawało mi się dużo bardziej nieodpowiednie niż przeczesywanie reszty jego gabinetu, ale nie pisnęłam ani słówka. Odsunęłam skórzany fotel, żeby mieć lepszy dostęp, i pociągnęłam za uchwyt pierwszej szuflady z brzegu. W jej wnętrzu znalazłam tylko zeszyt, w którym Dante zwykle odnotowywał naszą obecność w Domu. Wiedziona ciekawością otwarłam go na pierwszej stronie.

U góry kartki Dante starannie wykaligrafował datę: "Około roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego". Niżej zanotował: "opiekun Domu Słonia, dzień pierwszy". Pod spodem naliczyłam dziewięćdziesiąt trzy nazwiska, zapewne Dusz mieszkających tutaj w tamtym czasie. Kolejne strony zawierały podobne treści, chociaż ilość wymienianych osób zmniejszała się z każdym spisem coraz bardziej, aż w końcu dotarłam do pierwszej kartki, na której zobaczyłam swoje imię. Potem pojawiłam się jeszcze sześć razy, po każdej Grze, z której wracałam. Wiedziałam, że po dzisiejszym dniu w Domu ubędzie kilka nazwisk i z tą myślą zatrzasnęłam dziennik. Chowając go do szuflady, powiedziałam Noahowi i Josephowi o swoim znalezisku.

- Dante sam nam mówił, że w Domu nie ma już tylu mieszkańców, co wcześniej. - Noah zmarszczył brwi, ale nie przerwał poszukiwań. Przypomniałam sobie poranek, w którym Dante uświadomił nam, że w Domu znajdowało się jeszcze jedno piętro. Jakby wydarzył się w innym życiu. - Ciekawe, dlaczego.

Ani ja, ani Joe nie znaliśmy odpowiedzi, więc nie odezwaliśmy się nawet słowem. Biurko Dantego nie zawierało żadnych więcej interesujących informacji i w końcu zamknęłam ostatnie drzwiczki. Wyprostowałam się, opierając dłonie zaciśnięte w pięści na biodrach.

- Skończyłam. Co dalej?

- Weź się za regał - polecił Noah, nie odrywając nawet wzroku od książek. - Ten po stronie Joego jest większy.

Pokiwałam głową, chociaż żaden z nich nawet na mnie nie patrzył, i podeszłam do półek. Książki wydzielały charakterystyczną woń starego papieru, kiedy je otwierałam. Każdy kolejny tom, który okazywał się nie tym, czego szukaliśmy, wywoływał u mnie ukłucie zawodu i potęgował stres. Początkowo byłam przekonana, że Dante musiał ukryć książkę o Libertach w swoim gabinecie, ale ta pewność wyparowywała ze mnie powoli, w miarę jak zbliżałam się do Joego. Jakby szansa na odzyskanie Aarona wymykała nam się z rąk.

Jak zwykle w ciszy, moje myśli błądziły daleko, więżąc mnie w świecie, z którego nie potrafiłam się wydostać. Próbowałam jednak szerokim łukiem omijać temat ziemi. Nadal obawiałam się, jak myślenie o rodzinie i moich bliskich mogłoby wpłynąć na decyzje, które podjęłam w ostatnim czasie, i nie zamierzałam tego sprawdzać przedwcześnie. Gdybyśmy chociaż mieli jakiś punkt zaczepienia; coś, co nie stanowiłoby tylko ślepej nadziei. Wtedy mogłabym przynajmniej udawać, że istniały realne szanse na znalezienie Libert i szybki powrót do domu. Sięgnęłam po ostatnią książkę oddzielającą mnie od półki przeglądanej przez Joego. "Historia kryształowych kwiatów i inne zagadki". Brzmiało ciekawie, ale to nie był dobry moment.

Cofnęłam się o kilka kroków, zadzierając wysoko głowę. Książki, do których nie mogliśmy dosięgnąć, wyglądały tak samo nijako jak cała reszta. Tylko one nam zostały na tym regale, ale przynoszenie do gabinetu drabiny mogłoby ściągnąć niepotrzebną uwagę. Wpatrywałam się w grzbiety poza moim zasięgiem z taką intensywnością, jakbym oczekiwała, że właściwy rozjarzy się światłem pod samym wpływem mojego ponaglającego spojrzenia. Byłam bliska odmawiania błagalnych modlitw, kiedy Joe odsunął się od regału ze zrezygnowaną miną.

- Noah, dużo ci zostało? - zapytał, rzucając mi przelotne spojrzenie.

- Możesz mi pomóc - przyznał Noah. Był już za połową dolnej części regału. - Chociaż coraz mniej wierzę, że cokolwiek tu znajdziemy.

No to było nas dwoje. Joe zabrał się za regał Noaha, a ja wróciłam do oglądania książek ponad naszymi głowami. Ile jeszcze Rosemary mogła zatrzymywać Dantego? Nie byłam w stanie nawet stwierdzić, jak długo już myszkowaliśmy w jego gabinecie. Czułam jednak, że nie zostało nam zbyt wiele czasu. Być może byliśmy naiwni, sądząc, że uda nam się znaleźć tę książkę i dzięki niej dokonać niemożliwego. Może...

Zmrużyłam oczy, żeby lepiej widzieć. Jedna z książek na najwyższej półce, chociaż miała tak samo niepozorny odcień błota, różniła się od pozostałych ledwie widoczną linią przecinającą grzbiet. Mogłam się mylić, ale zdawało mi się, że skóra na brzegach lekko odchodziła, jakby ktoś wyżłobił coś w materiale. Podeszłam bliżej regału.

Stojąc z nosem przy książkach, zadarłam głowę i ponownie odszukałam wzrokiem charakterystyczny grzbiet. Z tej perspektywy widziałam wyraźniej, że w skórze wydrążona była linia, jakby ktoś wyciął ją niewielkim nożem. Dlaczego?

Opuściłam oczy i ze zdumieniem dostrzegłam drobinki piasku leżące na półce tuż pod moim nosem. Zawsze lubiłam porządek, ale w tym świecie to było coś więcej. Brud nie osiadł na półce sam, ktoś musiał go tu przynieść. Właściwie to wyglądał, jakby odpadł spod butów, podczas wspinaczki w górę regału. Miałam wrażenie, że światło, którego wcześniej szukałam, wyznaczało mi drogę do pociętej książki.

Obejrzałam się przez ramię na Noaha i Josepha. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, zbyt pochłonięci przeczesywaniem regału po swojej stronie gabinetu. Zostało im już naprawdę niewiele książek, a ja nie zamierzałam informować ich o swoich przeczuciach. Czas uciekał.

Postawiłam prawą stopę na pierwszej półce i naparłam na nią całym ciężarem, sprawdzając wytrzymałość. Nie wydawało mi się wprawdzie, żebym ważyła więcej niż Dante, ale nie zamierzałam ryzykować. Jednak półka nie zatrzeszczała w proteście, jak myślałam. Podciągnęłam się wyżej. Usiłowałam nie zastanawiać się, czy biblioteczka była w ogóle przytwierdzona do ściany, kiedy moje stopy znalazły się na tej samej wysokości, co wcześniej głowa. Zrobiłam jeszcze jeden krok w górę, zaciskając palce na wąskim kawałku drewna.

W tym momencie Noah i Joseph musieli skończyć swoje poszukiwania, bo wreszcie zauważyli moje ekscesy. Usłyszałam, jak wciągają gwałtownie powietrze.

- Tina! - Nie widziałam ich twarzy, ale głos Noaha wyrażał szczere niedowierzanie. - Co ty wyprawiasz?

Nie odpowiedziałam, bo całą siłę woli włożyłam w dosięgnięcie książki z nacięciem. Palce lewej ręki trzęsły mi się niewyobrażalnie, kiedy to na nie spadła odpowiedzialność za utrzymanie równowagi. Sapnęłam, jednocześnie zrzucając książkę na podłogę. W dole Joe uskoczył pospiesznie przed spadającym pociskiem.

- Hej! - obruszył się. Wróciłam do bardziej stabilnej pozycji. - Znalazłaś coś?

Zeszłam na podłogę najszybciej, jak to było możliwe i stanęłam przed chłopakami. Żaden z nich nie podniósł książki, którą zdjęłam z regału. Patrzyli tylko na mnie, w ciszy żądając wyjaśnień.

- Jeszcze nie wiem - powiedziałam tylko, nachylając się. Przesunęłam palcem po, tak jak myślałam, rozciętym grzbiecie. - Po prostu ta książka wydawała mi się dziwna.

Noah i Joe w mgnieniu oka zapomnieli o tym, że przed chwilą balansowałam na regale ponad ich głowami, i pochylili się nad moim znaleziskiem. Odmówiłam w myślach szybką modlitwę i otwarłam książkę. Pierwsza strona była niemal pusta, jeśli nie liczyć dwóch słów nakreślonych naprędce pośrodku.

- Hossam Aish - przeczytał na głos Joseph.

Serce omal nie eksplodowało mi ze szczęścia. Noah wymamrotał coś za moimi plecami, a ja byłam pewna, że do tego momentu nie wierzył w ogóle w te poszukiwania. Popatrzyłam po chłopakach oczami jak spodki. W ich własnych widziałam rozpalone iskierki nadziei i doskonale rozumiałam, co czują. Nareszcie mieliśmy cokolwiek, dzięki czemu ta wyprawa nie wydawała się spisana kompletnie na straty.

- W takim razie zmywajmy się już stąd - rzuciłam, chwytając książkę.

- Czekaj - powiedział Noah, chociaż w jego głosie nie było już tego napięcia, co wcześniej. Spojrzał wymownie w górę. Miejsce na regale ziało pustką. - Zauważy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.