ROZDZIAŁ 2 - Przygotowania
Gdy rano otwarłam oczy, Rose drzemała jeszcze słodko z rozchylonymi ustami. Przyglądałam jej się przez chwilę z nadzieją, że o czymkolwiek śniła, było lepsze od rzeczywistości, która na nią czekała.
Sama czułam się jeszcze nie całkiem wypoczęta i zamierzałam właśnie położyć się z powrotem, kiedy ciszę w pokoju przerwało ledwie słyszalne pukanie do drzwi. Zmarszczyłam brwi z konsternacją, ale jednocześnie zsunęłam nogi z łóżka, próbując nie budzić Rose. Brak zegarka nadal był dla mnie udręką. Nie wiedziałam nawet, czy wypada złościć się na nieproszonego gościa, który zakłócał mi poranek. Ledwie nastał świt czy było już po śniadaniu?
Przetarłam oczy, drugą ręką sięgając do klamki. Za drzwiami stali Noah i Joseph, obaj z dziwnymi wyrazami twarzy, jakby nie mogli się zdecydować między determinacją, ekscytacją a niepokojem. Na ich widok rozbudziłam się zupełnie.
Noah zerknął ponad moim ramieniem na Rose nadal w tej samej pozycji, w której się położyła. Mi samej często zdarzało się wiercić przez sen, więc to cud, że przetrwała w ten sposób całą noc. Myles niejednokrotnie obrywał z łokcia lub nogi, przez co ciężko nam było się razem wysypiać.
- Obudziliśmy cię? - zapytał Noah szeptem.
- Jak widać - odparłam, ziewając. Zrobiłam krok do przodu i zamknęłam za sobą drzwi. - Co jest?
- Idziemy właśnie do magazynu zebrać parę potrzebnych rzeczy. Przydałaby się nam pomoc, a ty byłaś pod ręką.
Spojrzałam na nich wzrokiem mówiącym, że "bycie pod ręką" mi nie pasowało, ale nie zamierzałam się o nic sprzeczać w tej sytuacji. Przynajmniej do czegoś mogłam się przydać.
- Dajcie mi pięć minut.
Joe wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie dałam mu szans. Wróciłam bezszelestnie do pokoju, zamykając chłopakom drzwi przed nosem. Starając się nie robić za wiele hałasu, otwarłam szufladę, po czym wyjęłam jeansy i koszulkę. W komodzie nie zostało mi już zbyt wiele wygodnych ubrań, więc zapamiętałam sobie, żeby zabrać jakieś z magazynu. Następnie wymknęłam się na korytarz.
Chłopcy stali kawałek dalej, rozmawiając o czymś przyciszonymi głosami. Podeszłam bliżej, a ich wzrok niemal od razu padł na moje stopy. Joe uśmiechnął się pod nosem.
- To się nigdy nie zmieni, co? - rzucił.
Wzruszyłam ramionami.
- Po tylu godzinach w szpilkach potrzebuję odsapnąć.
- Jasne - zaśmiał się i pokręcił głową.
- Dobra - odezwał się Noah poważnym tonem. - Potrzebujemy więcej broni. Zapas ubrań. Zabierzemy też tyle długoterminowego jedzenia, ile damy radę. W lecznicy znajdziemy jakieś bandaże, ale musimy na razie podebrać je tak, żeby nikt nie zauważył. Nie mam zamiaru się tłumaczyć Dantemu.
Razem z Josephem pokiwaliśmy głowami i ruszyliśmy w kierunku magazynu. Musiało być wcześnie, bo korytarze Domu świeciły pustkami. Noah i Joe szli po obu moich stronach niczym obstawa i byli milczący jak nigdy. Przy nich jeszcze mocniej zaczęłam stresować się tym, co zamierzaliśmy zrobić. Zerknęłam na Noaha.
- Właściwie to nie powiedziałeś nam, skąd wiedziałeś, jak dotrzeć do ich kryjówki - powiedziałam, wsuwając dłonie w tylne kieszenie spodni.
- Od Lany - odparł Noah. - Anne jej powiedziała, jak spotkały się przed drugą próbą.
Pokiwałam w zamyśleniu głową. Zanim jednak zdążyłam zadać kolejne z pytań, które od wczoraj gromadziły mi się w głowie, odezwał się Joe:
- A Założyciele? Jacy byli?
Noah sposępniał.
- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Pamiętam, o czym rozmawialiśmy, ale nie mogę przypomnieć sobie, jak wyglądali. Jakby znowu wyczyścili mi wspomnienia.
Na jego czole pojawiła się zmarszczka, kiedy usiłował wygrzebać z umysłu jakieś informacje. Joe otwarł przed nami drzwi do magazynu i wtedy Noah pokręcił z rezygnacją głową.
- To takie frustrujące.
- Myślisz, że to ich sprawka? - zapytał Joe, podchodząc do stojaka z bronią.
- Bez dwóch zdań. - Noah przyjrzał się kolekcji sztyletów. - Kiedy podsłuchiwałem ich rozmowę z Goranem, zapewnili go, że ani on, ani pozostali nie będą nic pamiętać. Pewnie mówili o nowych opiekunach.
- I pewnie dlatego ich figury nigdy nie mają twarzy - zauważyłam. - Bo nie chcą, żeby ktokolwiek je zapamiętał.
Noah potaknął. Przerażało mnie, że Założyciele byli w stanie wymazać pamięć każdemu, kto zobaczył ich twarz. Niby stworzyli cały świat, ale dopiero w tej chwili dotarła do mnie potęga ich mocy. Nic dziwnego, że Noah nie rozważał nawet wycofania się z umowy. Kto wie, jaka kara spotkałaby go za złamanie złożonej obietnicy.
- A co pamiętasz? - dopytywał Joe, nadal przebierając bronie.
W czasie kiedy chłopcy wybierali rzeczy, które uznali za przydatne, i podawali mi je do przechowania, Noah opowiedział o tym, jak dotarł do kryjówki Założycieli i co się w niej działo. Skończył akurat wtedy, gdy przeszliśmy do ubrań.
- Powinniśmy byli jednak zabrać resztę grupy ze sobą - mruknęłam.
Zarówno w kolorach, fasonach i rozmiarach był tak ogromny wybór, że poczułam wdzięczność do pristinów za to, że nie musiałam sama przebierać tego wszystkiego w poszukiwaniu czegoś, co by mi się przydało. Czułam się jak w wyjątkowo chaotycznym second-handzie. Joe nie miał podobnych problemów: sięgnął po pierwszą z brzegu koszulkę i sprawdził rozmiar. Najwyraźniej pasowała, bo zarzucił ją sobie na ramię.
- Weźmiemy komplet ubrań na zmianę i trochę bielizny, ale więcej i tak nie udźwigniemy - zarządził Noah. - Zresztą wątpię, żebyśmy znaleźli tu porządne plecaki turystyczne, więc mamy ograniczoną pakowność.
Wybrałam parę prostych bluzek dla siebie, Rose i Holly, ale większym problemem okazały się spodnie. Właśnie przyglądałam się dwóm parom podobnych jeansów w różnych rozmiarach, kiedy Joseph spojrzał na mnie z politowaniem.
- Po prostu weź obie, a niepasującą zostawisz w pokoju.
W ten sam sposób ostatecznie załatwiliśmy też problem reszty ubrań. Razem z Josephem wyglądaliśmy jak żywe wieszaki. Noah rozejrzał się po magazynie z miną, która przywodziła mi na myśl Dantego, a potem podał nam broń i polecił, żebyśmy schowali ją pod rzeczami.
- Gdybyście paradowali po Domu z zapasem noży, wyglądalibyście podejrzanie. Bardziej niż teraz. Ja wejdę do lecznicy, zabrać parę rzeczy, i spotkamy się w pokoju Tiny. Pamiętajcie, żeby z nikim nie gadać.
Spojrzeliśmy po sobie z Josephem, ale żadne z nas tego nie skomentowało. Dopiero gdy rozdzieliliśmy się na korytarzu i Noah znalazł się poza zasięgiem słuchu, odezwałam się:
- Czy tylko mi się zdaje, czy on wariuje?
Joseph uśmiechnął się bez słowa, ale z jego twarzy bez problemu odczytałam odpowiedź. Ruszyliśmy w kierunku mojej sypialni, usiłując nie upuścić sterty ubrań i broni, którą zebraliśmy.
- Nie spodziewałem się tego po tobie - powiedział nagle Joe dziwnym tonem.
Zerknęłam na niego kątem oka.
- To znaczy, czego?
- Tego, że postanowisz pójść z Noahem.
- Dlaczego?
Miałam nadzieję, że nie zamierzał wrócić do tego, jaką ignorantką, według niego, byłam.
Dotarliśmy pod drzwi mojej sypialni i musiałam nacisnąć klamkę łokciem, a potem pchnąć je nogą, żebyśmy mogli dostać się do środka. Rosemary zniknęła, pozostawiając po sobie idealnie zasłane łóżko. Rzuciliśmy na nie wszystkie rzeczy i rozległ się szczęk stali, kiedy różne bronie zderzyły się ze sobą. Podeszłam do fotela i osunęłam się na niego ze wzrokiem utkwionym w Josephie.
- Dlaczego? - powtórzyłam.
Chłopak westchnął, jakby liczył, że jednak nie wrócę do tego tematu. Ale ja nie zamierzałam odpuszczać, skoro w ogóle zaczął. Patrzyłam, jak podchodzi do łóżka i siada. Dzieliła nas tak mała przestrzeń, że musiałam lekko unieść głowę, żeby widzieć jego twarz.
- Nie miałem nic złego na myśli - zapewnił, składając ręce na piersi. - Po prostu wydawało mi się, że bardziej zależy ci na powrocie do domu.
Pełna sceptycyzmu przybrałam taką samą pozę jak on i uniosłam wysoko jedną brew. Josephowi całkiem często zdarzało się powiedzieć coś, a później twierdzić, że nie miał nic złego na myśli.
- Więc wcale nie chodzi o to, że uznałeś, iż się tym nie przejmę, bo jestem taką ignorantką?
Joe wyglądał na prawdziwie zaskoczonego. Odruchowo wysunęłam szczękę irytującym zwyczajem, jaki miałam jeszcze z dzieciństwa. Nathaniel śmiał się kiedyś, że poznawał po tym, czy byłam faktycznie zła.
- Naprawdę tak sobie pomyślałaś?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym samym momencie otwarły się drzwi i do środka weszła Rosemary. Na nasz widok zamarła w pół kroku i zrobiła zakłopotaną minę.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że wróciłaś. - Jej wzrok uciekł w kierunku komody. - Zostawiłam buty.
Podążyłam za jej spojrzeniem bardziej odruchowo niż dla sprawdzenia, czy mówiła prawdę. Przerzuciłam nogi przez podłokietnik, udając, że wcale nie byliśmy o krok od kolejnej sprzeczki. Joseph odchylił się lekko na łóżku i zaczął grzebać w rzeczach, które przynieśliśmy.
- Byliśmy z Noahem w magazynie - poinformowałam Rose. - Wzięliśmy trochę rzeczy.
Wskazałam głową na broń i ubrania. Rosemary podeszła bliżej, żeby przyjrzeć się bałaganowi. Podniosła pierwszy materiał z brzegu, który okazał się męską bluzką z długim rękawem. Spojrzała na mnie.
- Zabieramy to wszystko?
- Noah poszedł właśnie po parę rzeczy do lecznicy - powiedziałam. - W czasie śniadania i obiadu możemy zabrać trochę jedzenia. A potem wybierzemy, co jest naprawdę potrzebne.
- Więc mam sobie coś wybrać? - Podniosła kolejną męską bluzkę.
- Damskiego najlepiej.
Joe wyjął jej z rąk ubranie i przewiesił sobie przez ramię.
Oboje zaczęli przegrzebywać stertę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Obserwowałam ich, zastanawiając się jednocześnie, co chciał powiedzieć Joe, zanim Rose weszła.
- Mam nadzieję, że coś dla nas zostało.
Nawet nie zauważyłam, kiedy w drzwiach stanął Noah.
W rękach trzymał kilka bandaży i coś, co wyglądało jak duża pęseta. Zaraz za nim do pokoju weszli Hugh i Holly. Zdawało się, że nie za wiele spali tej nocy, ale sądząc po ich minach, powodem nie było wyznanie zdrady. Skinęłam im głową z najbardziej pogodnym uśmiechem, na jaki było mnie stać, a następnie odwróciłam wzrok. Podniosłam się z fotela i stanęłam przy boku Josepha, który uniósł właśnie ładny nożyk z ozdobną rękojeścią i ostrym czubkiem. Ledwie zarejestrowałam nagły ruch jego nadgarstka i już srebro mignęło w powietrzu, a potem rozległ się łoskot, kiedy broń odbiła się rączką od ściany i spadła na podłogę.
- Ej! - zganiłam go, podczas gdy inni z zaskoczeniem spojrzeli na nóż leżący na ziemi. - Demolujesz mi pokój.
- Praktycznie już w nim nie mieszkasz - powiedział Joe, idąc po nóż. - Zresztą i tak nie trafiłem.
Westchnęłam z irytacją, powstrzymując się przed rzuceniem jakimś obraźliwym komentarzem. Zamiast tego pochyliłam się nad łóżkiem i zaczęłam oglądać zebrane przez nas rzeczy. Nie przywiązywałam wagi do ich wyglądu, wystarczyło mi, żeby miały odpowiedni rozmiar i ciągliwy materiał. Chwilę później odrzuciłam wybrane ubrania na fotel i bezradnie zerknęłam na broń.
- Ani razu nie użyłam nawet sztyletu, który zabrałam z magazynu - powiedziałam, chociaż planowałam zachować tę myśl dla siebie.
Noah się roześmiał, a mimo to jego oczy pozostały poważne. Wszyscy byliśmy dziś jacyś nieswoi.
- To weź sobie drugi do pary. Nigdy nie wiadomo.
Jego słowa miały być żartobliwe, ale tkwiła w nich jakaś mroczna nuta, jakby widmo ostatniej Gry nadal nad nami wisiało. Właściwie musiałam przyznać, że poprzednie dwie doby nie obfitowały zbytnio w pozytywne wydarzenia. Pomyślałam o Dwaynie, który wydawał mi się teraz zupełnie nierzeczywisty wśród tych wszystkich okropności. Nadal nie wiedziałam, z jakiego był Domu i czy w turnieju stracił kogoś, kogo dobrze znał. A może należał do jednego z tych, których opiekunowie odeszli? Wiedziałam o nim tak niewiele, że nie wydawał się nawet prawdziwą osobą.
Hugh, Holly i Noah podeszli do łóżka, żeby wybrać coś dla siebie, więc chwyciłam pierwszy sztylet, jaki wpadł mi w ręce i sięgnęłam po plecak, który znalazłam kiedyś wśród rzeczy pozostawianych przez pristinów. Kilka dni wcześniej kopnęłam go pod fotel i pewnie w normalnych okolicznościach pokryłby się choć cienką warstewką kurzu, ale w tym dziwnym świecie brud nie zalegał po kątach.
Rozpięłam zamek i zaczęłam układać ubrania na dnie plecaka, a potem podeszłam do komody, żeby wyjąć z niej resztę czystej bielizny, jaka mi została. Tego nigdy za wiele. Oba sztylety wsunęłam w boczne kieszonki usztywniane grubą skórą, a bandaż podany mi przez Noaha umieściłam w siateczce na wewnętrznej ściance plecaka. Brakowało tylko jedzenia i mój żołądek odezwał się jak na zawołanie. Popatrzyłam na resztę, zastanawiając się, czy słyszeli błagalne wycie moich kiszek, ale najwyraźniej byli zbyt zajęci, żeby to zauważyć.
- Czy już jest pora śniadania? - zapytałam z nadzieją, odsuwając plecak, żeby usiąść.
- Już dawno - mruknął Joe, nawet nie patrząc w moim kierunku. Z zainteresowaniem przyglądał się rękojeści nożyka, którym chwilę wcześniej próbował rozłupać ścianę.
Podniosłam się z fotela tak gwałtownie, że plecak przewrócił się i bandaż wyturlał się na podłogę. Umieściłam go na swoim miejscu, a potem odwróciłam się do przyjaciół.
- To dlaczego nie idziemy?
- Bo się pakujemy.
W głosie Josepha było słychać irytację.
Bóg mi świadkiem, że czasem musiałam używać całej swojej siły woli, żeby mu nie przywalić. Miałam wrażenie, że jak tylko coś szło nie po jego myśli, wyżywał się na każdym w zasięgu wzroku. Przesunęłam spojrzeniem po pozostałych. Rose stała z naręczem ubrań pod oknem, Noah też miał już wszystko przygotowane. Hugh zarzucił na ramię ostatnią bluzkę i wyprostował się, spoglądając na Holly, która najwyraźniej nie była pewna, czy bardziej przyda jej się podkoszulek bez rękawów, czy cienki sweter z płytkim dekoltem. Przewróciłam oczami.
- Po prostu weź oba.
Holly drgnęła, jakby nie spodziewała się, że mogę się w ogóle do niej odezwać, i szybko złożyła obie rzeczy w ładną kosteczkę. Pokiwała głową, patrząc na to, co wybrała. Wszyscy wyglądali na gotowych, więc klasnęłam w dłonie i momentalnie poczułam niechęć, przypominając sobie Elijaha. Nie zamierzałam jednak pozwolić, żeby odebrał mi apetyt.
- Zachowujesz się, jakbyś od tygodnia nie jadła - powiedział z lekkim rozbawieniem Hugh, splatając palce z Holly.
- Mam wrażenie, że wczorajszy wieczór trwał tydzień - mruknęłam tak, że tylko ich dwójka mogła mnie usłyszeć.
Hugh skrzywił się, ale nie powiedział już nic więcej. Nawet on stracił nieco swoją zwyczajną energię, która zawsze poprawiała nam wszystkim humory. Miałam nadzieję, że te zmiany nie były trwałe. Wydarzyło się wiele złego, ale jak to możliwe, że świat, który początkowo uznawałam za wymyślony, miał na nas tak wielki wpływ?
W stołówce śniadanie trwało w najlepsze; część osób już wychodziła po skończonym posiłku. Każde z nas nałożyło sobie na talerze znacznie więcej, niż potrzebowaliśmy, wybierając szczególnie takie rzeczy, które nadawały się do jedzenia nawet po kilku dniach. Zajęliśmy stół w kącie, starając się nie zachowywać zbytnio podejrzanie. Noah cały czas powtarzał, że im dłużej będziemy sprawiali wrażenie, jakby nic się nie działo, tym łatwiej wybrniemy z tego bez zbędnych wyjaśnień. Biło przy tym od niego takie napięcie, że żadne z nas się nie kłóciło z tą logiką.
- To jak wyniesiemy stąd całe to jedzenie? - zapytał Hugh, maczając pieczonego ziemniaka w sosie o dziwnym zapachu.
- Poczekamy, aż wszyscy wyjdą - powiedział Noah ze wzrokiem utkwionym w swoim nienaruszonym śniadaniu.
Od dłuższej chwili zdawał się myśleć o czymś intensywnie. Nagle poderwał głowę i przesunął się do przodu, żebyśmy wyraźnie go słyszeli. W jego oczach widziałam napięcie, gdy przyglądał się każdemu z osobna.
- Słuchajcie - zaczął poważnym tonem, a ja ledwie powstrzymałam się od prychnięcia. Od samego rana czekałam na moment, w którym spróbuje nas odwieść od opuszczania Domu. Był taki przewidywalny. - Wiem, że wczoraj działaliśmy wszyscy pod wpływem emocji, ale... jeśli chcecie się wycofać... to w porządku.
Popatrzyłam po twarzach pozostałych. Cała czwórka wyglądała na równie nieprzejętą jego słowami. Nie musiałam pytać, żeby wiedzieć, że nikt nie zamierzał odpuścić i Noah powinien się z tym w końcu pogodzić. Joseph najwyraźniej dostrzegł to samo, bo rzucił lekceważąco:
- Nie pozbędziesz się nas, więc skończ biadolić.
Wreszcie na ustach wszystkich zagościły chociaż blade uśmiechy, kiedy kiwaliśmy głowami na potwierdzenie jego słów. Noah westchnął i sięgnął po szklankę z wodą. Rozmowa nie kleiła nam się zbytnio, kiedy czekaliśmy, aż pozostali opuszczą stołówkę. Każde miało coś do przemyślenia i po raz pierwszy nie czułam się w tym odosobniona. Tym razem jednak nie dręczyłam się wspomnieniami tego, co zostawiłam na ziemi. Za bardzo bałam się, że to zmieniłoby moje nastawienie do pomysłu ratowania Aarona.
Zamiast tego myśli zaprzątało mi Purgatorium i wszystko, co w nim dotychczas przeżyłam. Od poznania ludzi, którzy siedzieli ze mną przy stole, przez pierwsze Gry, turniej, aż do tego momentu. Jak wiele drobnych rzeczy miało wpływ na to, że pakowaliśmy się właśnie na śmiertelnie niebezpieczną misję, której nikt dotychczas nie ukończył. Co jakiś czas zerkałam kątem oka na Rosemary, żeby upewnić się, czy wszystko z nią w porządku. Nie tylko ze względu na obietnicę daną Aaronowi, ale też dlatego, że wiele dla mnie znaczyła. Może przypadek sprawił, że Dante wyznaczył ją do czuwania nade mną, kiedy zjawiłam się w Domu. A może prawdą było to, że nic nie działo się bez powodu.
- Dobra, to już wszyscy - odezwał się nagle Noah, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że faktycznie zostaliśmy w stołówce sami.
Jak jeden mąż wstaliśmy od stołu, podnosząc swoje talerze, i wtedy Rose się skrzywiła.
- Zapomnieliśmy termosów.
Nie pomyślałam nawet o tym wcześniej, ale Rosemary miała rację. Nikt z nas nie wpadł na to, żeby zabrać też napoje. Wszyscy spojrzeliśmy na Noaha, jakby tylko on mógł podejmować jakiekolwiek decyzje. Chłopak wzruszył ramionami, chociaż po jego minie widziałam, że był zły sam na siebie za zapominalstwo.
- Weźmiemy je podczas obiadu.
Całe jedzenie zanieśliśmy do mojej sypialni, która nigdy jeszcze nie wyglądała na równie zamieszkaną: ubrania leżały porozrzucane po każdej płaskiej powierzchni, a pościel na łóżku była tak zmięta, jakby nikt jej wcześniej nie poprawił. Odstawiłam talerz na komodę i spojrzałam z rozbawieniem na Josepha.
- Czuję się jak u ciebie.
Chłopak odpowiedział mi koślawym uśmiechem.
- Pójdę po swój plecak - rzucił w eter, odkładając jedzenie obok mojego.
Wszyscy zgodzili się, że czas najwyższy zacząć się pakować, i ruszyli do wyjścia. Hugh złapał Holly za przedramię i pocałował ją przelotnie.
- Ja ci go przyniosę - zaproponował i zanim Holly zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wyszedł.
Jedno mrugnięcie oka i nagle stałyśmy pośrodku pokoju tylko we dwie. Holly miała minę, jakby wolała raczej zostać zamkniętą z dzikim tygrysem niż ze mną. Nie mogłam się temu dziwić. Sama czułam się tak niezręcznie, że miałam ochotę wyjść z sypialni, byle na nią nie patrzeć.
- Nie powiedziałaś mu - stwierdziłam, gdy cisza zaczęła się stawać nie do zniesienia.
Holly obróciła się plecami i ze wstydem potarła dłonią swoje ramię. Nie chciałam jej atakować. Palący gniew, który poczułam, gdy dowiedziałam się o jej zdradzie, już dawno osłabł. Czy raczej został przesłonięty przez inne, bardziej istotne uczucia. Po prostu przedstawiłam oczywisty fakt: okłamała mnie.
- Chciałam - powiedziała z napięciem w głosie. - Ale po tym, co stało się na turnieju, wszyscy byliśmy zbyt rozbici. A teraz... teraz nie mogę mu powiedzieć, bo musimy pomóc Noahowi.
Przyjmowałam jej tłumaczenia na chłodno. I im dłużej o tym myślałam, tym bardziej zirytowana się czułam - bo to, co mówiła, brzmiało w moich uszach sensownie.
Holly odwróciła się wreszcie, żeby sprawdzić, jaki miałam wyraz twarzy. Na jej własnej malowały się ból i niepewność, a ja poczułam, że mięknę. Gdybym powiedziała Hugh prawdę, istniała gigantyczna szansa, że zerwałby z Holly i nasz cały plan trafiłby szlag. I chociaż Rose miała sporą wiedzę, a Joe nie najgorzej radził sobie z przetrwaniem w tej dziczy, nauczyliśmy się już polegać w terenie na zdolnościach Hugh. Poza tym naprawdę nie potrzebowaliśmy kolejnej katastrofy.
Nawet ja czułam, że każda kolejna wymówka była jeszcze bardziej żałosna.
Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, drzwi sypialni otwarły się ponownie i do środka wszedł Noah. Holly momentalnie się rozluźniła.
- Będziemy potrzebowali jakichś informacji na temat Libert - powiedział, jakby nie zauważył panującej atmosfery. - Jak tylko się spakujemy, pójdziemy do Salonu, poszukać czegoś, co naprowadziłoby nas na jakiś trop.
Mruknęłam na zgodę i podeszłam do swojej torby, żeby upchnąć w środku zrobione zapasy. W międzyczasie do sypialni wrócił Joseph. Oprócz plecaka niósł trzy termosy, które pobrzękiwały w jego rękach.
- Sam nie wiem, skąd ich tyle mam - rzucił, podając mi pojemniki. - Ale pewnie się przydadzą.
Noah nie powtórzył mu tego, co nam, więc musieli rozmawiać o swoich planach już wcześniej. Pakowaliśmy się w ciszy, a kiedy Rose i Hugh też byli już gotowi, zostawiliśmy torby i ruszyliśmy do Salonu. Ledwie weszliśmy, kilka głów zwróciło się w naszym kierunku. Wszyscy rzucali zaciekawione spojrzenia Rosemary, która zdawała się ich nie zauważać.
Przyjrzałam się dziewczynie ukradkiem, gdy usiadła między Noahem a Holly. Nic nie wskazywało na to, żeby była zrozpaczona utratą Aarona. Nie była pogodna ani roześmiana, ale w ostatnich tygodniach właściwie też taka nie bywała. Wydawała się po prostu powściągać emocje, żeby nie ulec żadnym z nich: ani przesadnej nadziei, ani smutkowi.
- Jeśli będziemy szukać wszyscy naraz, to będzie podejrzane - odezwał się Noah. - Więc lepiej by było, jakby część z nas została tutaj.
Na poważnie zastanawiałam się, czy Noah nie ulegał przypadkiem paranoi. Z drugiej strony to on, nie ja, spotkał Założycieli i ryzykował, gdyby uznali, że nie dotrzymał warunków umowy. Pewnie wiedział, co robi.
- Ja poszukam - zaoferowałam się, w tym samym czasie co Rose powiedziała:
- Mogę szukać.
Reszta przyjęła nasze zgłoszenia bez sprzeciwów. Joseph od razu zagadnął Noaha o jakieś mistrzostwa, starając się sprawiać wrażenie rozluźnionego. Hugh pochylił się do nich, chociaż byłam pewna, że nie miał pojęcia, o czym mówili. Zastanawiało mnie, czy ktokolwiek dostrzegał ich sztuczne śmiechy.
Z Rose podeszłyśmy do najbliższego regału i przesunęłyśmy oczami po półkach pnących się wysoko ponad naszymi głowami.
- Ostatnim razem, kiedy szukałam książki, Joe przyniósł skądś drabinę - powiedziałam.
Tamten dzień zdawał się odległy o całe wieki.
- Przydałaby się - zgodziła się Rose. Odwróciła się na pięcie. - Hej, Joe? Załatwiłbyś nam drabinę?
Nie wyglądał na zadowolonego, ale skinął głową i podniósł się z fotela. Kilka minut później wrócił z drabiną i mruknął coś o przysłudze, a potem wskoczył na swoje miejsce, przeskakując spojrzeniem między chłopakami. Zdawało mi się, że Hugh i Noah zdecydowanie porzucili temat sportowy.
- Nie masz wrażenia, że wszyscy są dzisiaj jacyś dziwni? - zagadnęłam Rose, która popatrzyła na mnie bez zrozumienia.
Kiwnęłam głową na Holly i resztę. W milczeniu rozglądali się na boki, jakby szukali tematu wśród otaczających ich mebli. Nagle Hugh coś powiedział, a reszta wzruszyła tylko ramionami i znów zapanowała niezręczna cisza. Joe bez przekonania podjął temat mistrzostw, a Noah kiwał głową, jakby uznał, że udawanie rozmowy to jedyne, na co ich stać. W ich twarzach widać było słabo ukrywany niepokój, a Rose pokręciła głową.
- Smutny widok.
- O tym mówię - powiedziałam, wspinając się na pierwsze stopnie.
Było coś przyjemnego w machinalnym przeglądaniu półek z dala od osobliwie zachowujących się przyjaciół. Na dole Rose przesuwała palcem po grzbietach książek, bezdźwięcznie poruszając ustami, kiedy czytała ich tytuły. Co chwila ściągałyśmy jakieś pozycje z półek, żeby sprawdzić, czym w ogóle były. Pracowałyśmy w ciszy, ale nie czułam, żeby mnie to przytłaczało. Nie myślałam o nikim i o niczym, co okazało się zaskakująco łatwe przy dziesiątkach tytułów do przeczytania.
Poczułam delikatne uderzenie w kostkę i spojrzałam w dół. Rose machnęła mi, żebym zeszła, wyciągając jednocześnie przed siebie jakąś książkę. Zsunęłam się najszybciej jak potrafiłam.
- Co tam masz?
- Jakiś Hossam Aish zdaje się coś wiedzieć na temat Libert. - Rose uniosła książkę na wysokość moich oczu. - I wszystko opisał.
- Myślałam, że to będzie trudniejsze - powiedziałam, unosząc brwi. Liberta były tak tajemnicze, że niemożliwym wydawało mi się, żeby ktoś posiadał o nich jakąkolwiek znaczącą wiedzę i w dodatku umieścił ją w jednej książce. - Co napisał?
Rose postukała palcem w nazwisko autora na okładce. Feliks Bonar.
- To nie ta książka - wyjaśniła. - Ale jest w niej wzmianka o Hossamie, który był kiedyś opiekunem i zniknął w tajemniczych okolicznościach. I chodziły plotki, że to zemsta Założycieli za jego wieloletnie badania nad Libertami.
Wzięłam do ręki książkę i otwarłam ją na pierwszej stronie. Autor zaczął od "Słów wstępu", w których opisał tematykę swojego dzieła - twierdził, że to jego pamiętnik z pobytu w Purgatorium i po jego odejściu przyjaciel umieści go w bibliotece, żeby przyszłe Dusze mogły czerpać wiedzę. Podniosłam wzrok znad czytanego tekstu.
- Jak na to trafiłaś?
- Nie miała tytułu. - Rose wzruszyła ramionami. - A kiedy okazało się, że to pamiętnik, to mnie zaciekawiło. Na kolejnej stronie napisał o książce Hossama, więc uznałam, że to może mieć znaczenie.
Zamknęłam książkę i oddałam ją Rose.
- Pokaż to reszcie, może warto poszukać czegoś o tym facecie.
Kiedy Rose podeszła do kanapy, żeby wyjaśnić pozostałym, co znalazła, ja wspięłam się znów na drabinę, rozglądając się teraz za nazwiskiem byłego opiekuna. W miarę upływu czasu uświadamiałam sobie coraz bardziej, w jak słabej sytuacji się znajdowaliśmy. Nie wiedzieliśmy o Libertach nic, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie, a za kilka godzin musieliśmy wyruszyć na ich poszukiwanie. Gdybyśmy tylko nie musieli robić z tego takiej tajemnicy, być może Dante...
Zamarłam z dłonią nad kolejną książką bez tytułu. Dantemu udało się znaleźć już jedno Liberto. W dodatku, w rozmowie, którą podsłuchałyśmy z Holly, powiedział, że gdyby ktoś się dowiedział o jego poszukiwaniach, natychmiast by zginął. Oczyma wyobraźni zobaczyłam setki książek na regałach w jego gabinecie. Kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przemknęło mi przez myśl, czy ktokolwiek był w Czyśćcu na tyle długo, żeby je przeczytać. Nie wzięłam wtedy nawet pod uwagę, że opiekunowie mieli mnóstwo wolnego czasu na podobne rzeczy. Teraz jednak wszystko do siebie pasowało.
Zeszłam z drabiny, zeskakując w pośpiechu z kilku ostatnich szczebli, aż zakłuło mnie w kostce. Byłam zbyt podekscytowana swoim nowym odkryciem, żeby się tym przejąć. Podeszłam do przyjaciół, którzy pochylali się właśnie nad pamiętnikiem znalezionym przez Rose w poszukiwaniu jakichś informacji na temat tajemniczej książki.
- Tina. - Noah podniósł wzrok. - Znalazłaś coś?
- Nie do końca.
Usiadłam na podłokietniku i cicho streściłam im to, na co sama wpadłam. Cała piątka słuchała mnie z uwagą i kiedy skończyłam, Rosemary pokiwała zamaszyście głową.
- Na sto procent Dante ją zabrał - przytaknęła, a Noah zatrzasnął pamiętnik.
- A to oznacza, że dalej jesteśmy w kropce - mruknął, zaciskając palce u nasady nosa.
- Niekoniecznie - odezwał się Joe.
Po ognikach, które pojawiły się w jego oczach, nie spodziewałam się niczego dobrego.
- Wystarczy, że wywabimy Dantego z gabinetu na wystarczająco długo, żeby go przeszukać - zakomunikował, potwierdzając moje przypuszczenia.
Noah prychnął i pokręcił głową.
- Nie ma mowy. - Jego głos brzmiał stanowczo jak nigdy. - Zbyt wiele rzeczy może pójść nie tak.
Joseph otwarł usta, żeby zaoponować, ale ostatecznie tylko westchnął i opadł na oparcie. Noah spojrzał na niego, jakby było mu przykro.
- Nie wyjaśnilibyśmy tego, gdyby nas przyłapał na myszkowaniu w jego gabinecie - dodał, próbując przekonać przyjaciela do swoich racji.
- Ale bez tej książki możemy tylko błądzić... - zaczęłam i urwałam pod wpływem wzroku Noaha.
- Nie wiemy, co w niej jest - zauważył. - Równie dobrze może się okazać, że ryzykowalibyśmy na darmo.
- I co by nam zrobił, gdyby się dowiedział? - zapytał Hugh, rozkładając ręce. - Wyrzuciłby nas z Domu? I tak odchodzimy.
Noah wyglądał, jakby nie mógł uwierzyć, że cała trójka wystąpiła przeciw niemu. Nie wątpiłam, że był tak spięty z powodu zbliżającego się spotkania z Założycielami, ale jego upór zaczynał być irytujący. Chciałam, żeby znów był chłopakiem, który pryskał się z nami wodą w stawie i żartował z mojej beznadziejnej orientacji w terenie.
- Ta książka to nasz jedyny trop, Noah - powiedziałam, siląc się na spokojny ton.
Widziałam moment, w którym zdał sobie sprawę, że stoi na straconej pozycji. Westchnął ciężko, spoglądając jeszcze na Rose, ale ona tylko wolno skinęła głową. Była z nami.
- Co proponujecie? Jak odciągniemy Dantego?
- Ja się tym zajmę - zaoferowała Rose. - Powiem mu, że chcę porozmawiać o Aaronie, turnieju czy czymkolwiek.
Niemal zachłysnęłam się powietrzem, słysząc jej słowa. Pozostali też wyglądali na kompletnie zaskoczonych, a Holly aż otwarła usta. Rose zagryzła dolną wargę i utkwiła spojrzenie w jakimś punkcie, jakby nie chciała patrzeć na żadne z nas. Taka rozmowa z pewnością wymagała okazania emocji, a ona od samego rana próbowała zamknąć je głęboko w sobie. Niestety, to faktycznie brzmiało jak dobry pomysł.
- To może się udać - zgodził się Noah, kiedy już uporał się z pierwszym szokiem. - A co dalej?
- Dobrze by było, gdyby ktoś kręcił się w pobliżu - powiedział Joe z namysłem. - Jeśli Rose nie uda się zatrzymać Dantego wystarczająco długo, następna osoba musiałaby go czymś zająć.
- Wezmę to na siebie - zaproponował Hugh. - Jestem urodzonym bajkopisarzem, coś wymyślę.
Trudno się było z nim nie zgodzić.
- Holly będzie cię obserwować i przybiegnie nas ostrzec, żebyśmy zdążyli się ewakuować - dodałam. Spojrzałam Noahowi w oczy. - A ty, ja i Joe w tym czasie przeszukamy jego gabinet.
Na twarzach wszystkich, poza Noahem, wykwitły nieco złowieszcze uśmiechy. Nasz plan był grubymi nićmi szyty, ale miał szansę się udać. Holly pierwsza wyciągnęła przed siebie dłoń, grzbietem do góry. Kolejno zaczęły do niej dołączać ręce Hugh, Joe, Rose i moja. Spojrzeliśmy wyczekująco na Noaha, który zamiast na nas, patrzył na stos dłoni przed twarzą. Powoli podniósł swoją i przykrył nią moją rękę.