5. Pierwsza ofiara
- Panie komisarzu, panie komisarzu! - Mierczak biegł przez podwórko
przed komendą za oddalającym się Przytułą.
Ten odwrócił się, w oczach mignął błysk wściekłości na natrętnego
podwładnego, który nie uszanował złego samopoczucia chwilowego zastępcy
komendanta. Było ledwie po południu, ale Przytuła wyszedł, a raczej chciał
wyjść dziś wcześniej z pracy. Złe wiadomości na tyle nadwyrężyły jego
psychikę, że dla odzyskania równowagi wewnętrznej postanowił poddać się
odpowiedniej kuracji. A ostatnie, czego w tej chwili pragnął, to goniący go
Mierczak z kolejnymi sprawami służbowymi. Przyspieszył kroku, nie
zamierzając wcale ułatwiać zadania posterunkowemu. Mierczak dopiero co
chwalił się swoimi osiągnięciami w biegach długich i przełajowych, więc
niech się wykaże. Komisarz miał nawet cień nadziei, że go zgubi. Daremnie.
- Panie komisarzu, panie komisarzu! - Nawet nie był za bardzo
zdyszany, kiedy go dopadł. Rzeczywiście miał chłop kondycję. -
Morderstwo! Zgłoszono morderstwo.
- No i co z tego? - naburmuszył się komisarz. - Chyba mnie nie
podejrzewacie?
- Nie, oczywiście, że nie - zdziwił się Mierczak. - Musimy jechać,
techniczni już tam są. Potrzeba...
- Nie uczcie mnie co trzeba! Dobrze? Niech Wróżka jedzie -
zadecydował tymczasowy zastępca komendanta.
- Już poszedł do domu - doniósł na kolegę posterunkowy służbista. - Jak
tylko pan wyszedł, on również. Myk, myk, i tyle go widzieli.
Tak. To było dokładnie w stylu Wróżki. Leń i dekownik, który jedyne, co
umie zrobić porządnie, to ewakuacja z miejsca pracy w kilkanaście sekund.
W tym był naprawdę dobry, może nawet najlepszy na świecie.
Przytuła zamachał rękoma, jakby się oganiał od natrętnej muchy. Twarz
spurpurowiała mu ze złości.
- Jak tylko się was spuści z oka, natychmiast cała robota staje. To nie do
wytrzymania. Gdzie wasza motywacja i zaangażowanie?! Ja też jestem tylko
człowiekiem, ja też bywam zmęczony, ja też mam prawo do zniechęcenia i
dołka psychicznego! - wrzeszczał Przytuła, kierując się z powrotem do
budynku.
Mierczak potakiwał i chrząkał potwierdzająco. Jednak znał komisarza i
wiedział, że ten zaraz się zajmie pracą, a może nawet go pochwali za
inicjatywę. Znał również aspiranta Wróżkę i wiedział, że w przypadku
tamtego nawet przykucie do stanowiska roboczego nie dałoby żadnego
efektu. Po prostu nie każdemu Bozia dała motywację i chęć do pracy, a
wyroki boskie należy szanować.
Przytuła, nadal wrzeszcząc, przechodził przez pokój dyżurnego. Petenci,
stojący w kolejce do pełniącego tę funkcję grubego Edka, odwrócili na
chwilę głowy, obserwując przemarsz zdenerwowanego policjanta. Po chwili
wyjąca atrakcja dnia zniknęła za ścianą, a Edek powrócił do swojej żmudnej i
monotonnej pracy przyjmowania informacji od ludzi poszkodowanych przez
świat przestępczy w ich powiecie.
Kilka minut później jechali już obaj na miejsce zdarzenia. Zwłoki
mężczyzny znaleziono w jego własnym mieszkaniu. Niestety stało się to
dopiero po wielu dniach nieobecności denata w pracy i ciało było w złym
stanie. Trupi smród wypełniał wszystkie kąty. Na szczęście techniczni już
trochę wywietrzyli lokal i funkcjonariusze mogli oglądać wszystko bez
obawy, że zaraz zwrócą obiad na podłogę. Jedynie sanitariusz ekipy
pogotowia nie miał takiego doświadczenia w obcowaniu z ofiarami zbrodni i
właśnie rzygał do zlewu, kiedy Przytuła i Mierczak wkroczyli do mieszkania.
Powitał ich tam stary znajomy - dzielnicowy Dobrowolski. Przytuła wzniósł
oczy ku niebu, tak jakby chciał w gniewnym szale powiedzieć Opatrzności,
co myśli o ponownym postawieniu na jego drodze tego funkcjonariusza, w
dodatku w tak złym dniu, jak dzisiejszy. Pracował już z Dobrowolskim i za
każdym razem okazywało się, że wspólne działania były niemal niemożliwe
ze względu na różnice charakterów. Po sekundzie się jednak opanował i z
nieudolnie udawaną sympatią zagadnął dzielnicowego:
- Co tam, panie Dobrowolski? Zabójstewko czy inksza inkszość?
- Melduję, panie komisarzu, że ofiara to Krzysztof Boruta. Ósma
trzydzieści siedem dostaliśmy zgłoszenie od kierownika zakładu, gdzie
pracował zamordowany. Powiedział on, że pracownik zaginął kilka dni
wcześniej i nie odpowiada na telefony ani nie otwiera drzwi. Zapisaliśmy je o
ósmej trzydzieści osiem i zgodnie z procedurą rozpoczęliśmy o ósmej
czterdzieści jeden przeglądanie zgłoszeń o niezidentyfikowanych ciałach i
ofiarach wypadków, a o ósmej pięćdziesiąt trzy...
- Omijaj pan te dokładne godziny, z łaski swojej. - Przytuła pragnął
przyspieszyć tok opowieści Dobrowolskiego.
Policjant mówił drżącym ze zdenerwowania głosem. Domyślał się, że
swoim zachowaniem i stylem bycia bezwiednie denerwuje znanego w
mieście komisarza. Po udzielonej reprymendzie zaczerwienił się po czubki
uszu, a następnie powrócił do tematu. Głos trząsł się mu jeszcze bardziej.
Przebieg zdarzeń wyglądał tak: Dobrowolski podczas obchodu postanowił tu
zajrzeć i popytać ludzi z sąsiedztwa o zaginionego. Ci nie wiedzieli nic o
losach swojego sąsiada, Krzysztofa Boruty. Ale poskarżyli się na ohydny
smród wydobywający się gdzieś z okolicy jego mieszkania. Dobrowolski
znalazł już kilka ciał w swojej kilkunastoletniej karierze dzielnicowego, więc
zaniepokojony doniesieniami, postanowił wyważyć drzwi. Tak znaleźli
zwłoki. Przytuła musiał przyznać, że Dobrowolski nieco się otrzaskał od
ostatniego spotkania, kiedy komisarz wyrobił sobie złe zdanie na jego temat.
Mówił składnie, bez dziwnych wtrąceń i niepotrzebnych słów, nie jąkał się i
nie powtarzał w kółko tych samych zdań, jak za ostatnim razem. A z opisu
sytuacji wynikało, że podjął słuszną inicjatywę wyłamania drzwi i jest
znalazcą ciała ofiary.
- Dziękuję. - Przytuła odwrócił się do lekarza zapinającego zamek worka
ze zwłokami. - Panie doktorze, jakieś spostrzeżenia?
- Trochę za wcześnie na wnioski. Wygląda jak zakłuty nożem -
odpowiedział lekarz, pakując swoje rzeczy do torby.
Sanitariusze wynosili zwłoki, jeden z nich ponownie walczył z
nudnościami.
"Boże, jakie to prozaiczne - pomyślał Przytuła. - Jak zwykle, popił z
kolegą, pokłócili się, a ten w pijackim szale zakłuł go nożem. Pewnie teraz
zabójca wyjechał do Ciechocinka i będzie udawał, że jest na wczasach i go tu
nie było od kilku tygodni. A członkowie rodziny trzęsącym się głosem
potwierdzą to lipne alibi, bo jak można skazać człowieka na więzienie za
kilka chwil braku kontroli nad samym sobą. Przecież to taki dobry mąż i
ojciec, tylko czasem lubi się zabawić".
Nie mieszkali w dużym mieście i ciekawe sprawy kryminalne się tu nie
zdarzały. Burdy na weselach, kradzieże, bijatyki to było na porządku
dziennym, ale zabójstwo było rzadkością w tej spokojnej okolicy. Natomiast
jakieś nietypowe morderstwo, na przykład z udziałem seryjnego zabójcy lub
ze skomplikowanym tłem psychologicznym, za czasów pracy Przytuły
wydarzyło się raz, na początku jego kariery w miejscowej komendzie. Po
chwili przypomniał sobie, że było jeszcze jedno nietypowe śledztwo, w
latach sześćdziesiątych zeszłego wieku. Znane jako "sprawa "Wampira" z
Kopalni". Pamiętał z czasów dzieciństwa rozmowy rodziców i sąsiadów na
ten temat. Do dziś krążyły legendy i mrożące krew w żyłach opowieści
starszych policjantów. Facet zabijał chłopców z miejscowej podstawówki. A
dostał taki przydomek, bo okazało się, że często krąży po opuszczonych
budynkach przykopalnianych. To było jednak dawno, bardzo dawno.
"Wampir" pewnie już odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.
A tu leżał zakłuty nożem człowiek. Nic specjalnego. Przaśna polska
rzeczywistość. Przytuła postał jeszcze chwilę, tonąc w myślach o wpływie
naszego umiarkowanego klimatu i tłustej diety na rodzaj popełnianych
zbrodni. Następnie otrząsnął się z zadumy nad otaczającym go światem i
stwierdził, że trzeba popytać o denata w sąsiedztwie. Tymczasem Mierczak
miał rozejrzeć się po mieszkaniu, sprawdzając, czy nie ma śladów rabunku
lub jakichkolwiek innych tropów pomocnych w śledztwie.
Tradycyjnie okazało się, że ludzie mieszkający wkoło dużo mówią, ale w
rzeczywistości człowieka nie znają zupełnie. Kiedyś mieszkał tu z żoną i
dzieckiem, małżeństwo się jednak rozpadło i kobieta opuściła miasto wiele
lat temu. Podobno z kimś młodszym i bogatym. Jednak inni twierdzili, że to
on ją rzucił, a ona z rozpaczy wyjechała. Według jednych jako siostra
misjonarka do dalekich krajów, według innych do pracy w Holandii, na
plantację tulipanów. Jeszcze kolejni nie przypominali sobie żadnej żony ani
dziecka. Według tych lepiej poinformowanych syn Boruty był już dorosły i
nikt z tych, którzy go pamiętali, nie znał miejsca jego obecnego pobytu.
Jednakże z zeznań wynikało, że gdyby się tu pojawił, to na pewno by go
poznali. Tę byłą żonę również. Panował standardowy galimatias informacji,
opinii i przypuszczeń. W klatce schodowej mieszkali ludzie w różnym wieku,
ich profesje były również wielorakie: dwóch pracowników tutejszej fabryki
traktorów, urzędnik, sklepowa w osiedlowym spożywczym i kilku emerytów.
I na tych emerytów Przytuła liczył najbardziej. Zasiedziały od lat w
jednym miejscu posiadacz bezmiaru wolnego czasu jest zazwyczaj
doskonałym obserwatorem otoczenia. Przebywa w domu, kiedy pozostali są
w pracy, zwraca uwagę nawet na z pozoru nieistotne szczegóły otoczenia,
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.