Dziecięce zabawy (#1) - Tomasz Mróz

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Zabójstwo wspólnika (1967)

- Razem!

Dwóch mężczyzn z wysiłkiem przesuwało skrzynkę po podłodze.

Poddawała się ich wysiłkom z oporem, wydając przeraźliwy, skrzypiący

odgłos podkutego dna trącego stalowymi wzmocnieniami o beton.

- Jeszcze trochę!

Skrzynia znowu przesunęła się o kilkadziesiąt centymetrów. Po kolejnych

dwóch zrywach uznali, że robota została wykonana. Prostopadłościenny

kształt w całości tkwił w czarnej czeluści. Oparli się o ścianę, odpoczywając

po wysiłku noszenia i przesuwania dość ciężkiego pojemnika. Jednak po

chwili, gdy tylko nieco uspokoili oddech, zerwali się i podbiegli do drzwi,

żeby sprawdzić, czy nikt nie był świadkiem ich manipulacji. Echo kroków

rozeszło się po betonowej konstrukcji i zgasło w zakurzonych załomach

ścian, nikogo nie napotykając. Poza nimi nie było tam żywej duszy. Jedynie

oni, ta skrzynia i setki metrów ciemnych korytarzy.

- Co teraz? Jak się umawiamy? - Jeden z nich wyciągnął papierosa,

zapalił, a chmurka dymu uniosła się nad jego głową.

- Z nikim się nie umawiam - odburknął jego towarzysz. - Ja tu dowodzę.

Masz czekać na informację.

Drugi rzucił papierosa na ziemię.

- Toś ty taki kolega? Tylko wtedy jestem dobry, kiedy mnie

potrzebujesz?! A jak załatwione, to stulić gębę i czekać? - Nie tak wcześniej

ustalili. Już on wytłumaczy ręcznie temu samozwańcowi, kto dowodzi, a kto

ma czekać na decyzje!

Zaatakowany nie był jednak zaskoczony reakcją wspólnika. Wsadził rękę

do kieszeni i wyszarpnął stamtąd mały czarny pistolet. Padł strzał. Idący na

niego osobnik zamarł w pół kroku, spojrzał zdziwiony na wylot lufy, potem

przeniósł wzrok na swoją pierś, gdzie zakwitła mała czerwona plama. Gdyby

ją szybko namoczyć w zimnej wodzie i potrzeć mydłem, to koszula byłaby

jeszcze do odratowania. Jednak pojawiła się również dziurka z brzydko

poszarpanymi brzegami. To pogarszało sprawę, z przodu będzie widać każde

zacerowanie. Niech to szlag! Najgorzej wyglądał człowiek pod materiałem.

Nagle pobladły, słaniał się przez chwilę na nogach, by w końcu opaść na

kolana i oprzeć głowę o brudną posadzkę. On jednak nie zważał na

zalegający kurz i śmieci. Ręka szukała chwilę czegoś na piersi, właśnie tam,

gdzie uszkodzili mu koszulę. Ruchy stawały się z sekundy na sekundę coraz

bardziej niemrawe, jakby ospałe. W końcu dał spokój. Przestał się martwić o

ubranie, o ustalenia z kolegami, o czyjąkolwiek obecność. Na zawsze przestał

się martwić o cokolwiek.

- Cholera!

Mężczyzna zamarł z jeszcze ciepłym narzędziem zbrodni w ręce. To, co

było ostatecznością, planem awaryjnym, niemal nieprawdopodobnym,

zrealizowało się w ułamku sekundy. Co teraz? Jak każdy mało

prawdopodobny scenariusz, tak i ten nie był dopracowany w szczegółach.

Człowiek rozglądnął się bezradnie, następnie westchnął i pochylił się nad

zastrzelonym. Żyje? To byłoby najgorsze rozwiązanie, gdyby żył i

potrzebował pomocy. A on miałby go wieźć do szpitala i tłumaczyć się z kuli

w ciele? Może jeszcze kogoś tu przyprowadzić? Nigdy. To akurat była

najpewniejsza i niepodlegająca wątpliwości część planu. Nikt niczego nie

może wiedzieć.

Po kilkunastu sekundach rysy twarzy stwardniały wraz z powziętym

postanowieniem. Do nory z tym truchłem! Pochylił się nad ciałem,

przystawił ucho do piersi, uważając, aby nie ubabrać się krwią. Potem

przyłożył dłoń do jego ust. Postrzelony nie oddychał. Trup. Uspokojony,

chwycił go pod ramiona i wciągnął bezwładne ciało w ślad za skrzynką.

Ciężko dysząc, wpychał zwłoki za drewniany kształt, który zajmował sporą

część malutkiego pomieszczenia. Na szczęście w betonowej wnęce zostało

jeszcze trochę miejsca, w sam raz na leżącego człowieka. Ułożył go na

wznak, poświecił latarką, sprawdzając, czy dobrze leży. Przez głowę

przebiegła mu myśl, denerwująca jak diabelski chichot, towarzyszący

ludziom przy ich upadkach i haniebnych momentach życia. Ktoś w jego

wnętrzu śmiał się z niego, z jego wzruszającej, ale i bardzo sztucznej troski o

wygody zamordowanego kolegi.

Nagle się wzdrygnął. Światło latarki musnęło twarz zamordowanego, a w

niej widoczne otwarte oczy. Wcześniej były zamknięte? Dałby sobie rękę

odciąć, że były zamknięte. Skonał, czy może jeszcze oddycha i wypatruje

litości resztką sił? Nie miał odwagi ponownie się upewnić. Wyskoczył jak

oparzony z wnęki, zatrzasnął właz, a potem zasunął przygotowaną zawczasu

gipsową płytę. Dość dobrze imitowała ścianę i na pierwszy rzut oka trudno

było się domyślić, że skrywa stalowe drzwiczki włazu do wnęki. Wszystko

udało mu się zamknąć w kilka sekund, wielokrotnie szybciej, niż

przewidywał wcześniej. To chyba stres zwielokrotnił jego siły. Gdyby tylko

dobrze znał losy tej skrzynki i zawartego w niej skarbu, nie byłby taki

pewien, że to jedynie sprzyjające okoliczności pchały go w kolejne

nieprzewidziane koleje tej historii, a pogrzebanie kogoś żywcem to tylko

część "kosztów", które są niezbędnym elementem planu, gdy ktoś chce mieć

dla siebie złoto ukryte w skrzyni.

3. Kim są ci chłopcy? (1967)

Tak jak często sprawdza się przed wyjściem z domu, czy woda w kranie

albo gazowy płomień pod garnkiem z zupą są zakręcone, tak i w tym

przypadku człowiek obchodził to brudne pomieszczenie, upewniając się, że

żaden, nawet najmniejszy ślad nie wskazuje na miejsce ukrycia skrzyni i ciała

kompana. Rozrzucił pod zasuniętą płytą trochę kamieni i rozkruszonego

szkła, którego pełno tu zalegało po kątach, poruszył nogą kurz na podłodze,

tak żeby smugi ułożyły się chaotycznie w różnych kierunkach i nie było

śladu przesuwania ciężaru. Po kilku minutach pracy uznał, że pomieszczenie

jest dostatecznie przygotowane, by udawać, że nic w nim nie ma. Odetchnął

głęboko, być może z ulgą, że akcja się udała. Jednak twarz nadal wyrażała

napięcie. Po głowie kołatała się myśl, że jest mordercą, nic tego już nie

zmieni i żadne skarby nie odkupią śmiertelnej winy. Wiecznego piętna.

Zacisnął usta, jakby zastanawiając się, co teraz począć. Może walczył z

własnym sumieniem, podpowiadającym słabnącym z minuty na minutę

głosem alternatywne rozwiązania dla zaistniałej sytuacji? W końcu machnął

ręką i skierował się do wyjścia.

Wtedy to usłyszał. Słabe, nierytmiczne, ale wyraźne uderzenia o stalowe

drzwi. Płyta tłumiła odgłosy, ale on był blisko, słyszał je dokładnie. I do tego

jęk. Jeszcze cichszy od odgłosu pięści uderzającej o metal, ale dostatecznie

słyszalny w tle. Nerwowo przełknął ślinę. Co teraz? Przecież nie miał

majaków. Tamten jednak żył... To było jak znak, dana przez Boga szansa,

aby zejść z drogi, która skazywała bliźniego na śmierć. Pozbyć się

brzemienia. Jednak od momentu szybkiej jak błysk światła chwili, kiedy

podjął decyzję o naciśnięciu spustu, stał się innym człowiekiem, a właściwie

wyzbył się ludzkich emocji i odruchów. I teraz krok po kroku zagłębiał się w

ten stan. Odsuwać płytę? Otworzyć pancerne drzwi? Spojrzeć niedoszłej

ofierze w oczy? A przede wszystkim stracić złoto lub podzielić się nim?

Nigdy! Po co zmieniać dobre plany prowadzące wprost do bogactwa i

lepszego życia? Z taką raną postrzałową nikt nie przeżyje. Nie myślał na

razie o tym, jak się tam z powrotem dostanie, jak wytrzyma widok i zapach

ciała osoby, którą właśnie skazuje na śmierć w długich męczarniach. Już nie

impulsywnie, nie w obronie własnej lub w przebłysku paniki, lecz na chłodno

i metodycznie. Szaleństwo zapłonęło w jego oczach spokojnym, ciągłym

ogniem. Nie zrezygnuje z tej wielkiej szansy od życia! Jednak teraz trzeba

dopilnować, żeby nic niespodziewanego się nie wydarzyło, żeby nikt

nieproszony się tu nie pojawił. Znowu uderzenia i jęk, przechodzący powoli

w bolesną skargę na cierpienie i niesprawiedliwość tego świata. Trzeba to

wytrzymać. Chcesz być bogaty? Chcesz być wolny? Wytrzymaj tę godzinę,

może dwie, kiedy ranny kolega na krawędzi życia błaga cię o pomoc. To

idealny trening dla życiowego twardziela, który nie lituje się nad ofiarami

prawa silniejszego kosztem słabszego. Nie ugnie się.

Po kilkudziesięciu minutach odgłosy zamilkły. Szansa powrotu z drogi

zbrodni została zmarnowana. Odczekał kolejnych dwadzieścia minut dla

upewnienia się, że nic się już nie wydarzy. Ponownie obszedł pomieszczenie,

nawet zaglądnął za płytę, tak jakby słabe uderzenia umierającego człowieka

mogły naruszyć warstwę stali. Jednak to, co obiektywnie oczywiste, było dla

jego rozkołysanej świadomości w tym momencie bardzo niepewne.

Wszystko trzeba sprawdzać, wszystko odsuwać od siebie lub niszczyć tak,

aby nic nie zagroziło realizacji planu. Uspokojony, obrócił się ku wyjściu.

Wtedy wyczuł, że ktoś jeszcze był w budynku. Nic nie zobaczył i nie

usłyszał, jednak sygnał przeszywający jego trzewia był jasny i przerażający -

nie był sam i być może ktoś go widział.

Wbiegł w piwniczny korytarz. O ile pomieszczenie z wnęką oświetlał

malutki świetlik pod sufitem, tak tam czerń mieszała się z szarością jedynie

dzięki dwóm okienkom na krańcach. Nikogo nie dostrzegł. Może to było

tylko złudzenie? Nerwy, napięte jak postronki, nie wytrzymały tej próby?

Nie, był pewien, że usłyszał stuknięcie. Tym razem wyraźne, dobiegające od

strony schodów na lewym końcu piwnicznego korytarza. Rzucił jeszcze raz

okiem na "kryptę" ze skarbem i zwłokami wspólnika. Następnie, unikając

hałasu, ostrożnymi ruchami zaczął się przesuwać ku schodom wyjściowym.

Dopadł rogu i gwałtownie zza niego wyskoczył. Pustka. Szare betonowe

schody trwały w niezmąconej ciszy.

"Jeden mały problem i już nerwy siadają? Co będzie dalej, jak się tak

spalasz już na samym początku?" - strofował się w myślach.

Oddychał szybko, urywanym rytmem zmęczonych płuc. Potem krok za

krokiem wspiął się na parter. Tu wpadało więcej światła. Wszechobecny

brud, kurz i śmieci były dużo lepiej widoczne w słonecznych refleksach

wpadających przez otwory okienne z powybijanymi szybami. Stanął

zdezorientowany. Tam również nikogo nie było. Dopadł do najbliższego

okna, skąd widać było wyjście z budynku. Przez gęste zarośla, okalające

alejkę dochodzącą do bramy głównej budynku, przedzierało się kilka postaci.

Nie można było rozpoznać dokładnie sylwetek, ale ich wzrost i zwinny

sposób poruszania się sugerowały, że to nie są osoby dorosłe. Dzieci?

Mężczyzna zaklął. Przez chwilę rozważał poziom niebezpieczeństwa

dekonspiracji, w końcu rzucił się w pogoń. Jednak ta chwila niepewności,

braku zdecydowania zaważyła na losach pościgu. Kołyszące się zarośla już

zastygły, poruszane jedynie od czasu do czasu monotonnymi podmuchami

wiatru. Brnął przez chaszcze w kierunku ulicy, był wolniejszy niż tamci i

prawdopodobieństwo dogonienia intruzów malało z każdą sekundą. Już

wcale nie było pewne, czy uciekli właśnie w tę stronę, w którą on teraz

zmierzał.

Droga za pasem zieleni się rozwidlała, można było wejść na kopalniany

teren, najbliżej dawnego biurowca, ale również przedostać się przez bramę

towarową, oddaloną o kilkadziesiąt metrów. Oprócz tych dwóch głównych

możliwości istniało w tym terenie dziesiątki innych dróg ucieczki. Wydostał

się z zarośniętej alejki, dysząc z wysiłku i emocji, wypadł na ulicę

przylegającą do terenów byłej kopalni. Patrząc w lewo, zauważył czterech

chłopaków odjeżdżających co sił w nogach na rowerach. Nie miał szans ich

dogonić. Zaklął pod nosem i już miał zawrócić w stronę budynku, kiedy

zauważył, że nadchodził jakiś inny chłopiec, który minął tamtych i skierował

się w jego stronę. Mężczyzna zastygł, zastanawiając się, jak może to

wykorzystać. Chłopczyk był coraz bliżej. Brązowe spodnie zaprasowane w

kancik, koszula w kratkę, włosy zaczesane do tyłu. Typowy dobry uczeń

wracający ze szkoły.

- Dzień dobry - uprzejmie ukłonił się mężczyźnie, mijając go.

Tamten odpowiedział skinieniem głowy. Zaraz jednak się odezwał:

- Poczekaj, chłopcze. - Miał nadzieję, że jego głos jest odpowiednio miły

i nie zdradza zdenerwowania.

- Tak, proszę pana? - Chłopiec zatrzymał się i spojrzał wyczekująco.

- Tutaj przejeżdżało przed chwilą kilku... czterech chłopców. Chyba się

minęliście. Pomogli mi przenieść ciężki pakunek i zanim się zorientowałem,

odjechali. Bardzo chciałbym im podziękować i dać po piątaku za fatygę. Ty,

oczywiście, też dostaniesz. - Człowiek wetknął rękę do kieszeni, w której

jednak natknął się tylko na rewolwer. W panice wyrwał dłoń, jakby

metalowy kształt go parzył. Poszperał w drugiej kieszeni i w końcu wyjął

monetę. - Widziałeś ich, znasz ich może?

Wyciągnięta ręka drżała jak gałązka osiki. Chłopiec popatrzył na monetę,

potem na twarz nieznajomego. Zmarszczył brwi. Widać było, że się nad

czymś zastanawia. Coś mu nie pasowało w tej sytuacji. Może ten słodkofałszywy ton głosu? Może brak jakiegokolwiek pakunku, samochodu albo

czegokolwiek leżącego na ulicy, co potwierdzałoby wersję o pomocy i

pominiętych w pośpiechu podziękowaniach? Jednak najbardziej

prawdopodobne było, że wydarzenia ostatnich godzin - strzał do kolegi,

długie wsłuchiwanie się w jęki i drapanie konającego człowieka w stalowe

drzwi, powolne przeistaczanie się sprawcy w istotę owładniętą żądzą

bogactwa, nawet za cenę życia kolegi - że to wszystko było wypisane na

twarzy osoby ofiarującej właśnie pieniądze za informację. Może jego

wstrętna natura widoczna była dla każdego napotkanego na ulicy

przechodnia?

Trudno było wywnioskować z twarzy ucznia, co myślał o tym spotkaniu.

W końcu jednak chłopak wyciągnął rękę, szybkim ruchem porwał podaną

monetę, uśmiechnął się i odpowiedział swobodnym tonem:

- Pewnie, że ich znam. Chodzą do mojej szkoły.

- Świetnie, powiesz mi, jak się nazywają?

- Nie ma sprawy. Chłopaki się ucieszą, że zarobią po piątaku.

5. Pierwsza ofiara

- Panie komisarzu, panie komisarzu! - Mierczak biegł przez podwórko

przed komendą za oddalającym się Przytułą.

Ten odwrócił się, w oczach mignął błysk wściekłości na natrętnego

podwładnego, który nie uszanował złego samopoczucia chwilowego zastępcy

komendanta. Było ledwie po południu, ale Przytuła wyszedł, a raczej chciał

wyjść dziś wcześniej z pracy. Złe wiadomości na tyle nadwyrężyły jego

psychikę, że dla odzyskania równowagi wewnętrznej postanowił poddać się

odpowiedniej kuracji. A ostatnie, czego w tej chwili pragnął, to goniący go

Mierczak z kolejnymi sprawami służbowymi. Przyspieszył kroku, nie

zamierzając wcale ułatwiać zadania posterunkowemu. Mierczak dopiero co

chwalił się swoimi osiągnięciami w biegach długich i przełajowych, więc

niech się wykaże. Komisarz miał nawet cień nadziei, że go zgubi. Daremnie.

- Panie komisarzu, panie komisarzu! - Nawet nie był za bardzo

zdyszany, kiedy go dopadł. Rzeczywiście miał chłop kondycję. -

Morderstwo! Zgłoszono morderstwo.

- No i co z tego? - naburmuszył się komisarz. - Chyba mnie nie

podejrzewacie?

- Nie, oczywiście, że nie - zdziwił się Mierczak. - Musimy jechać,

techniczni już tam są. Potrzeba...

- Nie uczcie mnie co trzeba! Dobrze? Niech Wróżka jedzie -

zadecydował tymczasowy zastępca komendanta.

- Już poszedł do domu - doniósł na kolegę posterunkowy służbista. - Jak

tylko pan wyszedł, on również. Myk, myk, i tyle go widzieli.

Tak. To było dokładnie w stylu Wróżki. Leń i dekownik, który jedyne, co

umie zrobić porządnie, to ewakuacja z miejsca pracy w kilkanaście sekund.

W tym był naprawdę dobry, może nawet najlepszy na świecie.

Przytuła zamachał rękoma, jakby się oganiał od natrętnej muchy. Twarz

spurpurowiała mu ze złości.

- Jak tylko się was spuści z oka, natychmiast cała robota staje. To nie do

wytrzymania. Gdzie wasza motywacja i zaangażowanie?! Ja też jestem tylko

człowiekiem, ja też bywam zmęczony, ja też mam prawo do zniechęcenia i

dołka psychicznego! - wrzeszczał Przytuła, kierując się z powrotem do

budynku.

Mierczak potakiwał i chrząkał potwierdzająco. Jednak znał komisarza i

wiedział, że ten zaraz się zajmie pracą, a może nawet go pochwali za

inicjatywę. Znał również aspiranta Wróżkę i wiedział, że w przypadku

tamtego nawet przykucie do stanowiska roboczego nie dałoby żadnego

efektu. Po prostu nie każdemu Bozia dała motywację i chęć do pracy, a

wyroki boskie należy szanować.

Przytuła, nadal wrzeszcząc, przechodził przez pokój dyżurnego. Petenci,

stojący w kolejce do pełniącego tę funkcję grubego Edka, odwrócili na

chwilę głowy, obserwując przemarsz zdenerwowanego policjanta. Po chwili

wyjąca atrakcja dnia zniknęła za ścianą, a Edek powrócił do swojej żmudnej i

monotonnej pracy przyjmowania informacji od ludzi poszkodowanych przez

świat przestępczy w ich powiecie.

Kilka minut później jechali już obaj na miejsce zdarzenia. Zwłoki

mężczyzny znaleziono w jego własnym mieszkaniu. Niestety stało się to

dopiero po wielu dniach nieobecności denata w pracy i ciało było w złym

stanie. Trupi smród wypełniał wszystkie kąty. Na szczęście techniczni już

trochę wywietrzyli lokal i funkcjonariusze mogli oglądać wszystko bez

obawy, że zaraz zwrócą obiad na podłogę. Jedynie sanitariusz ekipy

pogotowia nie miał takiego doświadczenia w obcowaniu z ofiarami zbrodni i

właśnie rzygał do zlewu, kiedy Przytuła i Mierczak wkroczyli do mieszkania.

Powitał ich tam stary znajomy - dzielnicowy Dobrowolski. Przytuła wzniósł

oczy ku niebu, tak jakby chciał w gniewnym szale powiedzieć Opatrzności,

co myśli o ponownym postawieniu na jego drodze tego funkcjonariusza, w

dodatku w tak złym dniu, jak dzisiejszy. Pracował już z Dobrowolskim i za

każdym razem okazywało się, że wspólne działania były niemal niemożliwe

ze względu na różnice charakterów. Po sekundzie się jednak opanował i z

nieudolnie udawaną sympatią zagadnął dzielnicowego:

- Co tam, panie Dobrowolski? Zabójstewko czy inksza inkszość?

- Melduję, panie komisarzu, że ofiara to Krzysztof Boruta. Ósma

trzydzieści siedem dostaliśmy zgłoszenie od kierownika zakładu, gdzie

pracował zamordowany. Powiedział on, że pracownik zaginął kilka dni

wcześniej i nie odpowiada na telefony ani nie otwiera drzwi. Zapisaliśmy je o

ósmej trzydzieści osiem i zgodnie z procedurą rozpoczęliśmy o ósmej

czterdzieści jeden przeglądanie zgłoszeń o niezidentyfikowanych ciałach i

ofiarach wypadków, a o ósmej pięćdziesiąt trzy...

- Omijaj pan te dokładne godziny, z łaski swojej. - Przytuła pragnął

przyspieszyć tok opowieści Dobrowolskiego.

Policjant mówił drżącym ze zdenerwowania głosem. Domyślał się, że

swoim zachowaniem i stylem bycia bezwiednie denerwuje znanego w

mieście komisarza. Po udzielonej reprymendzie zaczerwienił się po czubki

uszu, a następnie powrócił do tematu. Głos trząsł się mu jeszcze bardziej.

Przebieg zdarzeń wyglądał tak: Dobrowolski podczas obchodu postanowił tu

zajrzeć i popytać ludzi z sąsiedztwa o zaginionego. Ci nie wiedzieli nic o

losach swojego sąsiada, Krzysztofa Boruty. Ale poskarżyli się na ohydny

smród wydobywający się gdzieś z okolicy jego mieszkania. Dobrowolski

znalazł już kilka ciał w swojej kilkunastoletniej karierze dzielnicowego, więc

zaniepokojony doniesieniami, postanowił wyważyć drzwi. Tak znaleźli

zwłoki. Przytuła musiał przyznać, że Dobrowolski nieco się otrzaskał od

ostatniego spotkania, kiedy komisarz wyrobił sobie złe zdanie na jego temat.

Mówił składnie, bez dziwnych wtrąceń i niepotrzebnych słów, nie jąkał się i

nie powtarzał w kółko tych samych zdań, jak za ostatnim razem. A z opisu

sytuacji wynikało, że podjął słuszną inicjatywę wyłamania drzwi i jest

znalazcą ciała ofiary.

- Dziękuję. - Przytuła odwrócił się do lekarza zapinającego zamek worka

ze zwłokami. - Panie doktorze, jakieś spostrzeżenia?

- Trochę za wcześnie na wnioski. Wygląda jak zakłuty nożem -

odpowiedział lekarz, pakując swoje rzeczy do torby.

Sanitariusze wynosili zwłoki, jeden z nich ponownie walczył z

nudnościami.

"Boże, jakie to prozaiczne - pomyślał Przytuła. - Jak zwykle, popił z

kolegą, pokłócili się, a ten w pijackim szale zakłuł go nożem. Pewnie teraz

zabójca wyjechał do Ciechocinka i będzie udawał, że jest na wczasach i go tu

nie było od kilku tygodni. A członkowie rodziny trzęsącym się głosem

potwierdzą to lipne alibi, bo jak można skazać człowieka na więzienie za

kilka chwil braku kontroli nad samym sobą. Przecież to taki dobry mąż i

ojciec, tylko czasem lubi się zabawić".

Nie mieszkali w dużym mieście i ciekawe sprawy kryminalne się tu nie

zdarzały. Burdy na weselach, kradzieże, bijatyki to było na porządku

dziennym, ale zabójstwo było rzadkością w tej spokojnej okolicy. Natomiast

jakieś nietypowe morderstwo, na przykład z udziałem seryjnego zabójcy lub

ze skomplikowanym tłem psychologicznym, za czasów pracy Przytuły

wydarzyło się raz, na początku jego kariery w miejscowej komendzie. Po

chwili przypomniał sobie, że było jeszcze jedno nietypowe śledztwo, w

latach sześćdziesiątych zeszłego wieku. Znane jako "sprawa "Wampira" z

Kopalni". Pamiętał z czasów dzieciństwa rozmowy rodziców i sąsiadów na

ten temat. Do dziś krążyły legendy i mrożące krew w żyłach opowieści

starszych policjantów. Facet zabijał chłopców z miejscowej podstawówki. A

dostał taki przydomek, bo okazało się, że często krąży po opuszczonych

budynkach przykopalnianych. To było jednak dawno, bardzo dawno.

"Wampir" pewnie już odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

A tu leżał zakłuty nożem człowiek. Nic specjalnego. Przaśna polska

rzeczywistość. Przytuła postał jeszcze chwilę, tonąc w myślach o wpływie

naszego umiarkowanego klimatu i tłustej diety na rodzaj popełnianych

zbrodni. Następnie otrząsnął się z zadumy nad otaczającym go światem i

stwierdził, że trzeba popytać o denata w sąsiedztwie. Tymczasem Mierczak

miał rozejrzeć się po mieszkaniu, sprawdzając, czy nie ma śladów rabunku

lub jakichkolwiek innych tropów pomocnych w śledztwie.

Tradycyjnie okazało się, że ludzie mieszkający wkoło dużo mówią, ale w

rzeczywistości człowieka nie znają zupełnie. Kiedyś mieszkał tu z żoną i

dzieckiem, małżeństwo się jednak rozpadło i kobieta opuściła miasto wiele

lat temu. Podobno z kimś młodszym i bogatym. Jednak inni twierdzili, że to

on ją rzucił, a ona z rozpaczy wyjechała. Według jednych jako siostra

misjonarka do dalekich krajów, według innych do pracy w Holandii, na

plantację tulipanów. Jeszcze kolejni nie przypominali sobie żadnej żony ani

dziecka. Według tych lepiej poinformowanych syn Boruty był już dorosły i

nikt z tych, którzy go pamiętali, nie znał miejsca jego obecnego pobytu.

Jednakże z zeznań wynikało, że gdyby się tu pojawił, to na pewno by go

poznali. Tę byłą żonę również. Panował standardowy galimatias informacji,

opinii i przypuszczeń. W klatce schodowej mieszkali ludzie w różnym wieku,

ich profesje były również wielorakie: dwóch pracowników tutejszej fabryki

traktorów, urzędnik, sklepowa w osiedlowym spożywczym i kilku emerytów.

I na tych emerytów Przytuła liczył najbardziej. Zasiedziały od lat w

jednym miejscu posiadacz bezmiaru wolnego czasu jest zazwyczaj

doskonałym obserwatorem otoczenia. Przebywa w domu, kiedy pozostali są

w pracy, zwraca uwagę nawet na z pozoru nieistotne szczegóły otoczenia,

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

2. Szatańskie złoto

W dziewiętnastym wieku, w małej dolnośląskiej wiosce, zagubionej

wśród lasów i łąk, pojawił się pewnego dnia człowiek skupujący pobliskie

ziemie, zazwyczaj za bezcen. Jeżeli jakiś oporny chłop był przywiązany do

ojcowizny ponad ludzki i finansowy rozsądek, wtedy napotykał bandę

rosłych żołnierzy z dalekich krajów. Dobrze wyszkoleni, posłuszni jedynie

woli swojego pana, łatwo robili porządek z krnąbrnymi. Po kilkunastu

miesiącach targów i walk z miejscowymi posiadaczami gruntów zaczęły

powstawać zalążki największego w ówczesnej Europie koncernu górniczohutniczego. Nikt nigdy wcześniej nie bogacił się szybciej niż ten Niemiec,

rozwijający swój biznes na niespotykaną skalę i wprowadzający wręcz

wizjonerskie rozwiązania do ówczesnego przemysłu. W latach trzydziestych

dwudziestego wieku spadkobierca założyciela jeszcze bardziej rozwinął

zakłady, korzystając z osiągnięć ojca i wspaniałej koniunktury kreowanej

przez wzmożone zbrojenia nazistowskiej Trzeciej Rzeszy przed drugą wojną

światową. Tę prosperity ucięła przegrana dla Niemców wojna. Przed

wkroczeniem Armii Czerwonej na te tereny fabryki zostały ewakuowane, a

złoto rodowe ukryte w kopalnianej sztolni, którą bogacz zasypał za pomocą

materiałów wybuchowych. Plotka głosi, że on sam przy tym zginął. Jednak

pojawiły się również pogłoski, że cudem przeżył i od tego dnia oczekuje

możliwości odzyskania bajecznego skarbu. Odnośnie do samego majątku

rodziny niemieckiego fabrykanta - wielu ludzi upatrywało w niesamowitej

skali bogactwa i tempie jego zdobywania pomocy szatana, a samo złoto

uznawano za diabelski instrument podboju ludzkich dusz. Zarówno życiorysy

obu fabrykantów - ojca i syna - jak i los wielu innych ludzi z nimi

związanych świadczyły niezbicie o tym, że to bogactwo szczęścia nie daje i

dobrze się stało, że na wieki zniknęło pod ziemią.

Jedyną pozostałą na powierzchni resztką tego majątku była niewielka

skrzynka pełna złota, przeznaczona na zapłatę dla pomocników pracujących

przy chowaniu skarbu w sztolni. Jak wielu Niemców, tak i oni nie zdołali

przeżyć pierwszych dni władania Armii Czerwonej na tych terenach. Zginęli,

a złoto czekało na swojego znalazcę. Na takiego nie trzeba było czekać

długo.

Większość czerwonoarmistów zajmujących ziemie niemieckie miała

jeden podstawowy cel, który starała się zrealizować podczas wojny -

przeżyć, wzbogacić się i skorzystać z życia. Kończyło się to falą grabieży,

rozbojów i gwałtów, dokonywanych przez żołnierzy radzieckich i państw

sprzymierzonych, pijanych zdobycznymi trunkami, radością ze znalezionego

na zachodzie bogactwa i poczuciem bezkarności w podbitym kraju.

Skrzynka, pozostawiona w samochodzie porzuconym w bocznej uliczce

przykopalnianego osiedla, dostała się początkowo w ręce dwóch sołdatów,

oficerów niższego szczebla: mładszego komwzwoda Zajcewa i atdielnego

kamandira Husowa. Ci w pierwszym zapale postanowili wziąć dla siebie

tyle, ile byli w stanie schować w warunkach wojennych, a o pozostawionej

reszcie znaleziska zameldować swojemu przełożonemu, lejtnantowi

Karmininowi. Sądzili, że tym wybiegiem jednocześnie się wzbogacą i

pozostaną bezpiecznie lojalni wobec władzy. Karminin przyjął meldunek,

osobiście sprawdził zawartość znaleziska i pochwalił podwładnych za

wierność zasadom uczciwego czerwonoarmisty. Gdy tylko "uczciwi"

żołnierze odeszli, aby opić udaną akcję, podpisał rozkaz ujęcia ich z

oskarżeniem o zdradę i kolaborację. Rozkaz wypełniono tego samego dnia, a

następnego wykonano wyrok śmierci, również podpisany przez Karminina.

Wszystko zgodnie z naczelną zasadą Sowietów - "Śmierć szpiegom", nieraz

wykorzystywaną do wewnętrznych porachunków w armii.

Powodem tych czynów była, rzecz jasna, chęć usunięcia świadków

wzbogacenia się jego samego. Skrzynia wylądowała w piwnicy jednego z

opuszczonych domów, przy rynku zajętego miasta, do której miał klucz

jedynie Karminin. Obcych szperaczy i szabrowników odstraszał napis

informujący, że jest to obiekt przeznaczony na potrzeby wojska i dodatkowo

zaminowany od piwnic po strych. Pomimo że logiczne się wydawało nie

zaminowywać własnych obiektów wojskowych, to napis działał skutecznie, a

szczególnie niepokornych intruzów odganiał postawiony strażnik. Rozkazy

dowództwa nie pozwoliły dzielnemu lejtnantowi na pozostanie w mieście i

organizację bezpiecznej drogi ewakuacji zdobyczy. Ruszył on na Berlin,

zostawiając na straży wiernego, ale i niezbyt rozgarniętego krasnoarmiejca

Waliszczewa. Waliszczew dzielnie pilnował domu, pokazując braciom z

Armii Czerwonej papiery z rozkazami od Karminina, a do wszystkich

pozostałych strzelając bez uprzedzenia.

Jednak w kilka tygodni po przejściu frontu zmienił się typ

funkcjonariuszy myszkujących po zajętych terenach. Formacje typowo

bojowe, wlokące się za nimi tabory oraz bandy maruderów oddaliły się na

zachód, natomiast podbite tereny zaczęło kolonizować NKWD. Typowy

funkcjonariusz wszechwładnej służby bezpieczeństwa Związku Radzieckiego

był elitą intelektualną radzieckiej armii, o kilka klas przewyższając

przeciętnego żołnierza w umiejętnościach logicznego rozumowania i sprytu.

Natomiast Waliszczewa o kilkanaście, a o ile ten nie był właśnie upojony do

nieprzytomności samogonem, wtedy różnica intelektualna jeszcze się

powiększała. Dlatego nic dziwnego, że w niedługim czasie skrzynia wpadła

w ręce komendanta miasta - Kozłowa, a Waliszczew został rozstrzelany za

zdradę i kolaborację. Również za Karmininem wysłano rozkaz ujęcia z

oskarżeniem o zdradę i kolaborację, jednak dzielny lejtnant zginął już wtedy

na przedmieściach Berlina, nie doczekawszy realizacji jakiegokolwiek ze

swoich planów związanych ze złotem.

Gdy tylko Kozłow dobrał się do skarbu, przetransportował go do jednego

z budynków warsztatowych na terenie zniszczonej kopalni. Ludzie biorący

udział w transporcie byli następnie przenoszeni pojedynczo do innych

oddziałów i w miejsca służby oddalone o setki lub tysiące kilometrów. W ten

sposób inteligentny Kozłow pozbywał się dyskretnie, ale i bez przemocy

świadków, którzy mogliby mu zaszkodzić plotkami oraz kojarzeniem

niewygodnych faktów. W kilka tygodni od otrzymania funkcji komendanta

miasta pozostał jedynym człowiekiem w mieście, który miał klucz do

solidnych drzwi warsztatu i pojęcie, co się za nimi znajduje.

Tak oto diabelskie złoto zbierało kolejne ofiary. Nie trzeba było daru

jasnowidzenia, żeby twierdzić, że i dla Kozłowa przygoda ze skrzynią nie

skończy się dobrze. Wykreowany przez Stalina radziecki system kontroli

wewnętrznej żądał coraz to nowych podejrzanych o zdradę, a wraz z

zakończeniem działań wojennych i falą powracających do ojczyzny żołnierzy

wzmożono poszukiwania zdrajców we własnych szeregach. Pod koniec lat

czterdziestych Kozłow dostał nominację na wyższe stanowisko i rozkaz

bezzwłocznego powrotu do Moskwy. Zorganizował to tak, żeby zebrany w

kilka lat majątek po wojnie wrócił razem z nim. A jednym z ważniejszych

punktów była skrzynia. Opisana ostrzeżeniami, jako niebezpieczny odpad

medyczny, rozpoczęła swą drogę do Związku Radzieckiego na rampie

kolejowej jednostki wojskowej, czekając na rozkaz od Kozłowa z nowego

stanowiska w Moskwie. Niestety, wezwanie nie nadeszło. Kozłow został po

powrocie aresztowany pod zarzutem zdrady i kolaboracji z wrogami Związku

Radzieckiego, a po krótkim i bolesnym śledztwie zesłany do łagru na

północy imperium, gdzie umarł w 1952 roku z głodu i wyczerpania.

Skrzynka, nie doczekawszy się rozkazu wyjazdu, została ponownie

ulokowana w magazynie jednostki wojskowej i przez kilkanaście lat była

skrzętnie omijana przez wszystkich, którzy odczytali odstraszający opis jej

zawartości. Do czasu...

W roku 1967 dwóch polskich pracowników technicznych, robiących

przegląd instalacji elektrycznej magazynu, odkryło przypadkowo jej

zawartość. Okazało się, że nikt w jednostce wojskowej nie ma pojęcia, co się

w niej znajduje, ani skąd się tam wzięła. Po prostu stała przez tyle lat, że

zdążyło do niej przywyknąć już kilka pokoleń strażników i magazynierów z

ciągle wymienianej obsady obiektu wojskowego. Elektrycy wzmocnili

kamuflaż złota, podrzucając na wierzch otwartej skrzyni trochę złomu i

pudełek z kolejnymi napisami ostrzegającymi przed szperaniem, tak aby nikt

nie domyślił się prawdziwej zawartości. Następnie, przekupiwszy

wojskowych magazynierów kilkoma butelkami wódki, wywieźli zdobycz do

opuszczonych budynków zniszczonej kopalni, które nie były zajęte przez

Armię Czerwoną, a jedynym ich przeznaczeniem w owych czasach było

dawanie fantastycznego miejsca do zabawy chłopakom z pobliskiego osiedla.

Czasem służyły one również jako schronienie dla meneli w zimowe dni lub

jako azyl zdesperowanych w swoich żądzach kochanków, nieposiadających

pomysłu lub środków finansowych na bardziej romantyczne okoliczności

zbliżeń intymnych. Budynki te były solidne, ale i bardzo zniszczone przez

dwadzieścia powojennych lat władzy ludowej nad pozostałościami

świetności przemysłowej tego regionu. Posiadały również rozległe piwnice.

Wszędzie walały się tam rozbite butelki po winie i wódce, śmieci, kawały

gruzu oraz odchody zwierzęce i ludzkie.

W takim niezbyt zachęcającym do przebywania miejscu dwaj mężczyźni

postanowili w piwnicznej komórce przechować złoto, do momentu aż będą

mogli z niego zacząć bezpiecznie korzystać. Po sprzeczce o to, kto jest

ważniejszy w tym duecie, jeden z nich porzucił marzenia o bogactwie na

rzecz wiecznego snu w ciemnej jamie. Natomiast drugi zbierał się do wyjścia

i modlił, żeby nikt go tu teraz nie przyłapał. Nie miałby już gdzie schować

kolejnego ciała. Zgodnie ze swoją diabelską naturą złoto pochłonęło kolejne

ludzkie istnienie.

4. Test, szkolenie i inne nieoczekiwane atrakcje

Komisarz Przytuła klął i sapał gniewnie, czytając pismo po raz kolejny.

- Rany Julek, rany Julek... - zawodził smętnie pod nosem. - Kiedy to

minęło? Przecież dopiero co zdałem ostatni?

Rzucił się do szuflady i zaczął wertować jakieś papiery. Po

kilkudziesięciu sekundach znalazł stary kalendarz i kartkując, doszedł do

szukanej daty.

- Rzeczywiście - mruknął zgaszonym głosem. - To już czas! Cóż, znowu

trzeba będzie to przejść. Każdy ma swoją życiową Golgotę.

Wsadził kartkę do koperty i wsunął do szuflady.

- Też pan to dostał, komisarzu? - Posterunkowy Mierczak czytał właśnie

swoje zawiadomienie.

- Owszem, dostałem - potwierdził Przytuła grobowym głosem.

- Super! Mam nadzieję, że i tym razem padnie jakiś rekord. Na kopertce

nie mam szans, tam młodsi wymiatają, ale na dłuższych dystansach... Kto

wie, kto wie? Trochę się ostatnio trenowało.

Mierczak najwyraźniej był nastawiony entuzjastycznie do wezwania.

Zerwał się od biurka i podbiegł do kalendarza. Czerwonym markerem

otoczył datę. Grubą strzałką pociągnął od zaznaczonej liczby do białego

marginesu i wielkimi jak byk literami napisał to straszne słowo: EGZAMIN.

Przytuła westchnął, widząc, że będzie przez cały miesiąc oglądać czerwone

memento, które jak chmura gradowa zawisło nad jego miłą egzystencją.

Test sprawności fizycznej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa tego

wydarzenia, był czymś w rodzaju plagi, która nieuchronnie nawiedzała jego

życie w regularnych odstępach. Przechodził już przez to wielokrotnie i

równie wiele razy obiecywał sobie, że się w końcu za siebie weźmie. Ustalał

w głowie plan treningów, dietę, cele krótkookresowe i cel ostateczny -

zdanie egzaminu bez łapówek, przymykania oka przez członków komisji,

uruchamiania koneksji w komendzie wojewódzkiej i desperackiego

powoływania się na wieloletnią nienaganną służbę. Wszystko na nic. Plan był

realizowany przez tydzień lub dwa, potem coś mu zazwyczaj strzyknęło w

krzyżu albo zajmował się kolejną stresującą sprawą, gdzie niezbędnym

składnikiem pracy śledczej była konsumpcja piwa, drożdżówek i wysypianie

się do południa. Innymi słowy, okresowy egzamin sprawnościowy zastał go

jak zwykle nieprzygotowanego fizycznie i psychicznie, zaskoczonego

upływem czasu, jak również zgubnym wpływem złego odżywiania i braku

ruchu na organizm.

- Zakres chyba się nie zmienił. Biegi, brzuszki z ciężarkiem, skoki przez

skrzynię... - Mierczak wyliczał z pamięci kolejne stacje Przytułowej drogi

krzyżowej.

Komisarz wszystko pamiętał, jakby to było wczoraj. Wyniszczający

płuca bieg i jego ukończenie jako zdublowany przez wszystkich wrak

człowieka. Niemożność podniesienia obciążonego tułowia do pełnego siadu.

No i ten skok przez skrzynię... Jakiś dowcipniś sfilmował telefonem

komórkowym Przytułę bezskutecznie usiłującego sforsować drewnianą

przeszkodę, a dzień później cały świat mógł sobie oglądnąć na YouTubie

materiał o tajemniczo brzmiącym tytule "Podskakujący pulpet z polskiej

policji". Dobrze, że opublikowano go z zamazaną twarzą, ale wtajemniczeni i

tak wiedzieli, o kogo chodzi. A teraz znowu to wróciło, trzeba będzie

ponownie przeżyć ten koszmar, jakoś to załatwić, wykosztować się.

- Co?! Test sprawnościowy? Znowu? - Aspirant Wruszkowski, zwany

Wróżką, wrócił z długiej kawowej przerwy i właśnie otworzył swoje

wezwanie. Nie wyglądał na zadowolonego i był to jedyny jasny punkt w tej

ponurej historii - inni też nie mają lekko.

Zadzwonił telefon, Przytuła podniósł słuchawkę. Po chwili wstał i

poszedł w kierunku drzwi, mrucząc pod nosem:

- Atrakcja goni atrakcję. Niech to szlag! A coś mi rano mówiło, żeby dziś

zachorować i pójść na L4.

Po wyjściu komisarza Wróżka mrugnął porozumiewawczo do Mierczaka

i syknął kpiącym tonem:

- Stary go wzywa. Poznałem po minie Przytuły. Pewnie znowu jakaś

kontrola się szykuje i tamten jedzie w pilną delegację.

Rzeczywiście dzwonił komendant, który wezwał komisarza, żeby go

powiadomić o nagłym wyjeździe w niecierpiących zwłoki sprawach

służbowych. To była sprawdzona metoda pana komendanta przy

rozwiązywaniu trudnych problemów jednostki. Był on wieloletnim

funkcjonariuszem komendy wojewódzkiej, który z niewiadomych dla swoich

podwładnych przyczyn został przeniesiony na szczebel powiatu. Czyli

mówiąc wprost - zdegradowany. Tu w godzinach pracy zajmował się przede

wszystkim lekturą prasy z rozbieranymi paniami oraz dbałością o to, aby

podległy mu obiekt nigdy nie został wspomniany w jakimkolwiek

negatywnym raporcie na wyższym szczeblu. W przypadkach kontroli,

wizytacji i audytów ulubionym stylem przywództwa pana komendanta była

ucieczka na nieodwoływalny, planowy urlop lub w pilną delegację. A

sygnały miał zawsze wcześniej, jako że komendant wojewódzki był jego

kolegą z czasów szkolnych. Tak było i tym razem.

Przytuła, stojąc przed jego obliczem, musiał przebrnąć przez

kilkuminutowe wyjaśnienia celu delegacji swojego szefa, gdzie pryncypał z

emfazą podkreślał swój żal, że musi ich opuścić na ten krótki czas. Potem

przeszli do głębokich pokładów troski o losy komendy podczas absencji ojca

tutejszej braci policyjnej. Po żalu i trosce komendant przystąpił do działań

motywująco-zachęcających, chwaląc Przytułę jako odpowiednią osobę do

krótkotrwałych epizodów zarządzania pracą zespołu bez nadzoru instancji

wyższej. W końcu doszli do sedna.

- Są dwie sprawy do załatwienia, które muszę wam przekazać. Po

pierwsze, zostałem zaproszony na uroczystą kolację u pana Bratkiewicza. To

biznesmen, inwestuje w okoliczne nieruchomości. Z powodu tej... hm...

niespodziewanej nieobecności muszę was poprosić o reprezentowanie u

niego tutejszej policji. - Ton wyraźnie wskazywał, że komendant żałuje

utraconej okazji do zbudowania kolejnych relacji na linii biznes-

administracja państwowa, jednak nie mógł być jednocześnie w mieście i w

delegacji, przynajmniej oficjalnie.

Komisarz potwierdził, że chętnie będzie reprezentować tutejszą policję na

wszelkich wystawnych przyjęciach organizowanych pod nieobecność

wyższych rangą. Mina szefa mówiła wyraźnie, że ma on pewne wątpliwości

co do jakości działań Przytuły na polu polityki oraz dyplomacji, ale nie ma

lepszego kandydata na swojego delegata na tej imprezie. Po chwili przeszedł

do sprawy, która tak naprawdę wygnała go w ważną delegację.

- Jest jeszcze jedna, drobna informacja - zaczął najdelikatniej jak umiał.

Komisarz nastawił swoje uszy na najwyższą czułość. Za długo zajmował

się kontaktami z ludźmi, żeby nie wyczuć w głosie szefa, że ta "drobna

informacja" jest kołem zamachowym całej paniki wyjazdowej. Domyślał się,

że zaraz dowie się czegoś nieprzyjemnego. - Ma do nas przyjechać pani

trener psycholog ze szkoleniem antymap... antymop... no, tym, żeby nie

straszyć i nie macać innych w miejscu pracy.

Zapadła cisza. Nie macać i nie straszyć innych? Zwariował? Po chwili

nadeszło jednak olśnienie.

- Szkolenie antymobbingowe? - zasugerował Przytuła.

Po minie komendanta poznał, że chodzi właśnie o to. Po tej samej minie

poznał również, że nie powinien w obecności przełożonego popisywać się

znajomością trudnych wyrazów.

Komendant obiecał, że zaraz prześle mejlem informacje o raucie i o

szkoleniu. Audiencja została zakończona i Przytuła został odprawiony lekkim

ruchem dłoni. Po kilku sekundach schodził wolno po schodach, czując się

bardzo nieszczęśliwy oraz pozostawiony sam na sam z nadchodzącymi

problemami. Poranny spokój był już tylko mglistym, mało realnym

wspomnieniem. Dodatkowo przypomniał mu się czerwony napis w

kalendarzu i film z ostatniego testu, z podskakującym grubasem w roli

głównej. Powoli ogarniała go panika. Cholera, od tego czasu chyba jeszcze

trochę utył i sflaczał.

Wszedł do swojego pokoju, głośno stękając, usiadł za biurkiem, potoczył

ciężkim spojrzeniem po współpracownikach i pomyślał, że dużo by dał, aby

było już po wszystkim. Tymczasem Mierczak z wypiekami na twarzy

porównywał wyniki biegów z ostatniego sprawdzianu ze swoimi aktualnymi

osiągnięciami. Twarz wyrażała spore nadzieje na sukces i kolejne rekordy.

Kukułka z zegara ogłosiła południe. Zaczynał się czyściec za wszystkie

grzechy Przytułowego życia.