ROZDZIAŁ II.
Zakład Allana Quatermain.
Nazajutrz o trzy kwadranse na dziesiątą, przybyliśmy do zamku. Po drodze zabrałem naboje, za które kazano mi zapłacić całe trzy gwineje. Kupiec, którego zabraliśmy ze sobą na polowanie, utrzymywał, że cena ta nie jest wcale wygórowana, jako że sam ze swoim pomocnikiem spędził noc nad sypaniem do tutek owego śrutu Nr. 3.
Gdyśmy wysiedli z powozu, zbliżył się do nas jakiś dostojnik w czerwonej kamizelce i aksamitnym garniturze. Trop w trop za dumną tą figurą kroczył Bob z dwiema strzelbami.
- To jest sam nadleśny - szepnął Scroope.-Trzeba go traktować z uszanowaniem.
Głęboko wzruszony, zdjąłem kapelusz i czekałem.
- Czy mam przyjemność mówić z panem Quatermain? - zapytała jego arcydostojność głębokim basem, przyczem dygnitarz leśny obrzucił mnie zimnem i nieżyczliwem spojrzeniem.
- Tak jest, panie nadleśny.
- A zatem, wielmożny panie - rzekł wymawiając owo "wielmożny" z pewnem wahaniem, jakby podejrzewał, że jestem poprostu jego afrykańskim kolegą - otrzymałem od mylorda rozkaz wręczenia panu tych oto dwu strzelb, a spodziewam się, że wielmożny pan obchodzić się z niemi będzie ostrożnie, ponieważ wzięte są z firmy warunkowo. Bob, masz zapoznać pana z mechanizmem tych strzelb, przyczem pamiętaj, żeby kurki były spuszczone. W tej chwili wprawdzie strzelby nie są nabite, lecz nie zawadzi przyuczyć się do ostrożności.
- Dziękuję panu nadleśnemu - rzekłem cokolwiek urażony. - Zdaje mi się jednak, że jestem dostatecznie obeznany ze wszystkiem, co się tyczy broni.
- Cieszy mnie to mocno, rzekła godna osoba z widocznem niedowierzaniem. Bob, o ile słyszałem, wielmożny pan Scroope ma nabijać broń dla tego pana, co czynić będzie spodziewam się, z należytą roztropnością. Ty zaś, z rozkazu mylorda masz nosić naboje, oraz prowadzić rachunek strzałów i zabitej zwierzyny. Tych rzekomo trafionych ptaków, co poszły w krzaki, możesz nie notować. To mnie wcale nie obchodzi.
Te ostatnie wskazówki udzielone były strzelcowi niby na stronie, lecz tak donośnym głosem, że trudno było ich nie słyszeć. Scroope spojrzał na mnie ubawiony, Bob wykrzywił gębę w szyderczym uśmiechu, ja zaś zawrzałem poprostu z oburzenia.
Wziąłem jedną ze strzelb i zacząłem ją oglądać. Była to ładna broń, bardzo dobrej marki.
- Broń jest w porządku, wielmożny panie - zagrzmiał dostojnik w czerwonej kamizelce. - Jeżeli ją pan trzymać będzie prosto, to ona już swoje zrobi. Musię jeszcze panu powiedzieć, że nie mamy tutaj zwyczaju strzelać do nisko lecących bażantów. Dlatego o tem nadmieniam, że ostatni obcy myśliwy, jaki bawił u lorda Ragnall, - jakiś Francuz, zdaje się - zabił przez cały dzień tylko jedną kurę tuż ponad krzakami, lecz zato postrzelił dwóch naganiaczy i trznadla, nie oszczędzając przytem kapelusza mylorda.
Na takie przemówienie, niegodziwiec Scroope roześmiał się na całe gardło, Bob, odwróciwszy się, zaczął skręcać się dziwacznie, jakby go nagle brzuch zabolał, a mnie ogarnęła wściekłość.
Panie nadleśny, - zawołałem - pilnuj pan proszę własnych spraw, a ja już zajmę się sam swojemi.
W tej chwili z poza węgła budynku-była to zdaje się stajnia-ukazał się sam lord Ragnall. Słyszał widocznie naszą rozmowę, gdyż wydawał się zagniewany.
- Jenkins - rzekł zwracając się do leśniczego - czy słyszałeś, co ci powiedział pan Quatermain? Zajmij się tem, co do ciebie należy. Nie wiesz chyba, że ten wielki myśliwy ma na swoim rachunku więcej lwów, słoni, oraz innego grubego zwierza, niż ty marnych kotów? A zresztą, nie twoja rzecz pouczać moich gości. A teraz zajmij się proszę, ustawieniem naganki.
- Przepraszam najmocniej, mylordzie - bąknął Jenkins, którego czerwona twarz pokryła się nagle bladościa, - nie chciałem obrazić pana Quatermain, lecz słonie i lwy nie latają w powietrzu, myśliwi zaś, przyzwyczajeni do polowań na takie przyziemne robactwo, zazwyczaj za nisko strzelają. Co zaś do naganki, to już jest w pogotowiu. Czeka koło Hunt Copse.
To rzekłszy, oddalił się pośpiesznie. Lord Ragnall popatrzał za nim i rzekł wesoło:
- Przepraszam pana za niego, panie Quatermain. Odziedziczyłem tego starego sługę wraz z zamkiem i przyległościami, rozstać się z nim nie mogę. A co najzabawniejsze, to właśnie to, że pomimo wysokiego o sobie mniemania, Jenkins jest jednym z najgorszych i najniebezpieczniejszych strzelców, jakich kiedykolwiek widziałem. Za to na hodowli bażantów zna się doskonale. A teraz panowie, proszę za mną. Bob zajmie się bronią i nabojami.
Weszliśmy do wielkiej sieni pałacowej, gdzie gospodarz zapoznał nas z innymi uczestnikami polowania. Byli to sami pierwszorzędni strzelcy. Nazwiska ich znane mi były w znacznej części ze sprawozdań "Field'a", który to dziennik prenumerowałem stale od lat wielu, chociaż podczas dalszych wypraw w głąb lądu afrykańskiego, nie miałem go czasem w ciągu całych miesięcy.
Z wielkiem zdziwieniem, w gronie myśliwych ujrzałem znajomka. Nie spotykałem się z nim wprawdzie od lat dwunastu, lecz poznałem go odrazu, jako, że nigdy prawie nie zapominam, raz choćby widzianej twarzy. Ta postać nikczemna, ze świdrującemi oczyma, ze śpiczastym czerwonym nosem, to przecież jest Van Koop, osobistość, głośna w Afryce Południowej z szeregu bardzo śmiałych i bezkarnych na razie oszustw, których ofiarą między innymi padłem i ja, tracąc poważną, jak dla mnie sumę 250 funtów.
Rozstaliśmy się wówczas po bardzo burzliwej rozmowie, w której oświadczyłem Van Koopowi, że jeżeli kiedykolwiek spotkam go na swej drodze, to go poprostu zastrzelę. Może być, że z powodu tej właśnie obietnicy, znikł mi z oczu, gdyż był to tchórz, jakich mało.
Dopiero co, widać przybył na polowanie i nie wiedział jeszcze, że ja mam brać w niem udział, gdyż w przeciwnym razie napewno nie byłby się zjawił.
- Allen Quatermain, czyż być może? - ujrzawszy mię, zawołał tonem, zdradzającym tak przykre ździwienie, że aż zwróciło to uwagę lorda Ragnall, tuż obok nas stojącego.
- Tak jest, panie Van Koop - odrzekłem swobodnie, - to ja we własnej osobie. Mam nadzieję, że obaj cieszymy się z tego rzeczywiście niespodziewanego spotkania.
- Czy to nie jakaś pomyłka, panowie? - rzekł lord Ragnall, bacznie nam się przyglądając. - Mój sąsiad, panie Quatermain, nazywa się p. Junjusz Fortescue, sir Junjusz Fortescue od niedawna.
- Wprawdzie - odrzekłem - nie przypominam sobie wcale, aby tego pana tak nazywano, ale to wiem z pewnością, że zdawna jesteśmy - przyjaciółmi.
Lord Ragnall oddalił się, jakby nie chcąc już brać udziału w dalszym ciągu naszej rozmowy, której początku, prócz niego, nikt inny nie słyszał. Van Koop przysiadł się do mnie:
- Panie Quatermain, - rzekł półgłosem - od ostatniego naszego spotkania okoliczności zmieniły się dla mnie zasadniczo.
- Widzę, widzę. Dla mnie natomiast nie zmieniły się wcale i bardzo będę panu obowiązany, jeżeli zechcesz oddać mi sumę, jaka mi się od pana należy, a mianowicie 250 funtów z procentami za lat dwanaście.
- Och, panie Quatermain - odrzekł uśmiechając się z przymusem. - Wie pan chyba, że nie uznałem tego długu.
- Czy tak? Czy może unieważnia pan, przekreśla całą sprawę, zaprzeczy faktom? Szkopuł polega na tem, że niewiem, panie Van Koop, czy panu uwierzą, czy też uwierzą mnie, gdy przedstawię dowody?
- Wyszły przecież nowe prawa od tego czasu, czy pan nie wie o tem - rzekł śmiejąc się szyderczo.
- Żadne nowe prawa istoty rzeczy nie zmieniają. A zatem zapytuję, co pan zamierza uczynić?
- Słuchaj, panie Quatermain. Jako wielkiemu myśliwemu ,proponuję ci co następuje. Jeżeli zabiję dzisiaj więcej ptaków od ciebie, to nie powiesz ani słowa o moich sprawach w Afryce, a jeżeli ty zabijesz więcej, to także nic nie powiesz, lecz ja zapłacę ci 250 funtów z procentami za lat sześć.
Zastanowiłem się chwilę. Widziałem, że Van Koop niezupełnie jest pewny argumentów swych i sytuacji. Mógłbym oczywiście nie przyjąć jego propozycji i wywołać skandal, lecz po pierwsze nie lubię ostrych scen, a powtóre nie pomogłoby mi to wcale do odzyskania moich pieniędzy, które jeżeli zgodzę się na proponowane warunki, mógłbym odzyskać, o ile mi szczęście dopisze.
Rzekłem tedy:
- Dobrze, panie Van Koop, zgadzam się.
- Czy mogę wiedzieć, jaki proponuje panu zakład sir Junjusz? - rzekł lord Ragnall, podchodząc do nas.
- Trochę to długa historja, lecz sprobuję streścić ją w paru słowach. Kilkanaście lat temu, podczas podróży do Afryki Południowej, miałem nieporozumienie z panem Quatermain z powodu sumy 5 funtów, które mu jakoby należały się odemnie, a nie chcąc wieść dalszego sporu o taką drobnostkę, zaproponowałem, aby dzisiejsze nasze strzały o tem rozstrzygnęły.
Lord Ragnall miał widocznie wątpliwości co do sumy przez Van Koopa wymienionej - może słyszał więcej, niżby się zdawało z naszej rozmowy, gdyż odezwał się bardzo poważnie.
- Jeżeli mam być szczerym, sir Fortescue, to powiem panu, że nie jestem zwolennikiem zakładów, a tu przecież właściwie chodzi o zakład. Poza tem mr. Allan Quatermain mówił mi, że nigdy jeszcze nie strzelał w Anglji do bażantów, więc zakład w tym wypadku uważam za niewłaściwy. Lecz panowie wiecie sami najlepiej, jak swoją załatwić sprawę, ja jednak, ponieważ chodzi tu o pieniądze, muszę wyznaczyć kogoś, który będzie liczył zabitą zwierzynę i z wyniku walki zda mi potem sprawę.
- Ależ oczywiście, zgadzamy się najchętniej - rzekł sir Junjusz Fortescue, recte Van Koop.
Ja milczałem, cokolwiek przyznam się, zawstydzony takim obrotem sprawy.
Zdarzyło się, że na pierwszy miot szedłem razem z gospodarzem.
- A więc spotykał pan dawniej nana Fortescue?- zapytał lord Ragnall.
- Tak jest, widywałem nieraz pana Van Koop jakieś dwanaście lat temu. Prowadził wówczas w południowej Afryce, jakieś bardzo znane i bardzo pomyślne spekulacje, poczem znikł nagle z horyzontu.
- Właśnie w tym samym czasie zjawił się w naszej okolicy. Kupił tutaj posiadłość, a trzy lata temu otrzymał tytuł barona.
- Jak taki człowiek może dostać tytuł?
- Kupił go sobie zapewne.
- Jakto? Czyżby w Anglji cytuły były na sprzedaż?
- O, jakże rozbrajająco naiwne stawia mi pan pytanie, panie Quatermain - rzekł śmiejąc się lord. - Przyjaciel pański...
- Przepraszam pana, lordzie Ragnall. Jestem sobie skromniutką osobą, skromniejszą o wiele, niż dostojny Jenkins, nadleśny, a zatem, nie poważyłbym się nigdy nazwać pana Fortescue, byłego Van Koop'a swoim przyjacielem.
Lord Ragnall roześmiał się znowu.
- Otóż, panie Quatermain, z sir Junjuszem tak się rzecz miała. Ofiarował znaczną sumę, podobno piętnaście, czy dwadzieścia tysięcy na potrzeby swojej partji, a w jakiś czas potem otrzymał tytuł barona. Nie wiem, czy była to nagroda za jego hojność, czy też prosty zbieg okoliczności.
Spojrzałem na lorda zdumiony.
- Oto wszystko, co wiem - mówił dalej lord. - Osobiście nie lubię wcale tego pana, lecz strzelec to pierwszorzędny i ten kunszt dał mu wstęp do wszystkich domów. Polowanie, panie Quatermain, to w Anglji uroczystość raczej, obrządek prawie bałwochwalczej czci. W dobrach moich przodków starodawną jest tradycją, że tutaj powinno paść najwięcej bażantów, a zatem ja, w imię tradycji, muszę prosić na polowanie najlepszych strzelców, co nie zawsze znaczy: najmilszych sąsiadów. Zdarza się, że nie jestem rad z ich towarzystwa, lecz tak było zawsze i tak widać być musi.
- Co do mnie, lordzie Ragnall, upewniam pana, że zaniechałbym chętnie całej tej sprawy. Sport miły jest jako sport; stając się interesem, traci cały swój urok. Wiem cośkolwiek o tem, ja, który od lat wielu polowanie traktować muszę, jako rzemiosło.
- To tak się tylko panu zdaje. Gdy ogarnie pana zapał myśliwski, zapomnisz o zakładzie. Zresztą, mam nadzieję, że odzyska pan swoje... pięć funtów od sir Junjusza. Taki z niego pyszałek, że dałbym chętnie nie pięć, lecz pięćdziesiąt funtów, byle go pan zwyciężył.
- Małe są moje szanse - odrzekłem. - Wszak mówiłem panu, że nigdy jeszcze nie polowałem na bażanty. Ale spróbuję chętnie, jeżeli pan sobie tego życzy.
- Dziękuję bardzo, panie Quatermain. A jeżeli pozwolisz, to dam ci dobrą radę, w zamian za tę, jaką od ciebie wczoraj otrzymałem. Polując śrutem na bażanty, trzeba daleko zakładać. Śrut nie idzie tak szybko, jak kula, a lot bażantów bystrzejszy jest, niżby się zdawało. Ale oto przybyliśmy na miejsce. Bob zaprowadzi pana na stanowisko. Życzę powodzenia.
Zaczęło się polowanie. Strzelcy w liczbie siedmiu, stali w linji, tak, że widzieli się wszyscy nawzajem. Byłem tak zajęty obserwowaniem całkiem nowych dla mnie form polowania, że przepuściłem najpierw zająca, potem piękną bażancią kurę, którą to kurę, gdy zawróciła, zabił Van Koop, o dwa stanowiska odemnie stojący.
- Słuchaj, Allan - mruknął Scroope - obudź się nareszcie, jeżeli chcesz pobić swego afrykańskiego przyjaciela. Nie przyglądaj się drzewom, ani wiewiórkom na nich tańczącym.
Ocknąłem się. W tej chwili rozległ się krzyk: Baczność! Myślałem, że to będzie bażant, tymczasem ujrzałem ze ździwieniem pięknego brunatnego ptaka, ciągnącego wprost na mnie poprzez wierzchołki dębów.
- Czy i do tego się strzela? -zapytałem.
- Oczywiście! To dubelt - odrzekł Scroope.
Ptak w tej chwili leciał wprost nademną. Strzeliłem i oczywiście trafiłem, gdyż zakotłowało się w powietrzu od pierza, lecz gdy Bob podbiegł po zdobycz, znałazł tylko głowę o bardzo długim dziobie. Głośny śmiech przeleciał po linji strzelców.
- Słuchaj stary - rzekł Scroope. - Jeżeli się uparłeś strzelać trzecim numerem, to puszczaj ptaka dalej.
Tak się przejąłem owem niepowodzeniem, że chybiłem raz po raz do trzech następnych bażantów, z których aż dwa poszły do torby Van Koopa.
Scroope potrząsnął głową, a Bob mruknął coś pod nosem, mocno niezadowolony. Teraz, gdy już nie byłem współzawodnikiem jego pana, troszczył się widocznie o moją wygraną Niewiadomo, jakim sposobem, wiadomość o moim zakładzie rozeszła się między służbą leśną, mój zaś przeciwnik, nie był mile przez nią widziany.
- Uważaj teraz - szepnął Scroope - wskazując nowego bażanta.
Ptak ciągnął bardzo wysoko. Już trzech myśliwych, między innymi Van Koop, strzelało do niego po kolei, a żaden strzał go nie dosięgnął. Wtedy ja dałem ognia, daleko zakładając, stosownie do rady lorda Ragnall. Ptak poleciał jeszcze trochę dalej, potem jak kamień spadł martwy na ziemię.
- Teraz już lepiej - rzekł Scroope, a chłopakowi rozjaśniło się oblicze.
- Przetarł sobie oczy nareszcie-mruknął zcicha.
Powodzenie dodało mi animuszu. Zacząłem strzelać coraz celniej chociaż naogół trafiałem przeważnie do trudnych ptaków, a przy łatwych strzałach pudłowałem. Van Koop, skończony artysta, nie zabiegał o łatwość strzałów - udawał mu się każdy.
Na następnym zakładzie lord Ragnall, który pilnie obserwował moje niezbyt udatne próby, zaproponował, ażebyśmy obaj, Van Koop i ja, stanęli cokolwiek w tyle poza linją strzelców.
- Widzę, że pana specjalnością są wysokie ptaki; będzie ich tutaj sporo.
Staliśmy teraz w zagłębieniu pomiędzy dwiema porębami. Ta, którą szła naganka, aż roiła się od bażantów. Warto było doprawdy, przypatrzyć się pracy tych kilku dobranych strzelb. Ja sam lepiej już teraz strzelałem; już prawie dorównywałem Ragnallowi, a był to mistrz nielada.
- Brawo - zawołał lord, gdyśmy schodzili ze stanowisk. - Zdaje się, że pan ma widoki wygrania swoich pięciu funtów.
A jednak, gdy w godzinę potem zebraliśmy się na śniadaniu, okazało się, że mam o trzydzieści bażantów mniej od przeciwnika. Zacząłem wątpić o wygranej.
Śniadanie, które spożywaliśmy w domku myśliwskim, zeszło nam bardzo przyjemnie. Ogólną harmonję psuł tylko Van Koop, który mówił bez przestanku, przechwalając się swymi myśliwskimi tryumfami. Drażniło to widocznie gospodarza, a również i niektórych jego gości, bardzo sympatycznych kompanów. Nareszcie pyszałek łaskawie zwrócić się raczył do mnie, w protekcjonalnym rzecz prosta tonie, pytając, jak mi się udały ostatniemi czasy moje wycieczki na słonie.
- Bardzo pomyślnie - odparłem.
- Powinienby nam pan opowiedzieć cokolwiek ze swych nadzwyczajnych przygód. Obiecuję, że niczemu przeczyć nie będę, a ci panowie nie mają takiego, jak my, doświadczenia w polowaniu na egzotyczną grubą zwierzynę.
- Nie wiedziałem wcale, że pan w tej dziedzinie tak wiele ma doświadczenia. Owszem, przypominam sobie, jak kiedyś mówił mi pan w Afryce, że jedyną grubą zwierzyną, jaką zdarzyło ci się ustrzelić, był chory wół. Co zaś do mnie, to myśliwstwo traktuję, jako zawód, nie jako sport, a nie lubię o interesach mówić w licznem towarzystwie.
Van Koop zamilkł nareszcie, myśliwi śmiali się zcicha, a Scroope, zacny mój druh zaczął opowiadać o mnie różne nadzwyczajności. Zawstydzony, wyszedłem przed dom ,aby zobaczyć, jaka zapowiada się pogoda. Od południa zaszła wielka w aurze zmiana; niebo pokryło się chmurami, zerwał się silny wiatr, chwilami miotający płatkami śniegu.
- Widzę, że czeka nas dosyć ciężkie zadanie w najpiękniejszym miocie koło jeziora-rzekł gospodarz.-Powinnoby tam paść około siedmiuset sztuk, a nie wiem, czy do pięciuset dociągniemy. Teraz panie Quatermain, postawię panów na obu flankach. W ten sposób pójdzie na was najwięcej ptaków, gdyż przy takiej wichurze nie wszystkie ośmielą się lecieć przez jezioro. Ja będę już tylko widzem, gdyż na tym zakładzie nie może być więcej, niż sześciu myśliwych, a i tak nie miałem zamiaru dalej dzisiaj polować.
- Boję, się, że sprawię panu zawód - rzekłem zaniepokojony.
- O, nie, nie obawiam się tego wcale. Szczerze mówię, że brak panu tylko wprawy i że w ciągu sezonu możesz stać się najcelniejszym wśród nas strzelcem. Teraz jeszcze nie zdążyłeś zapoznać się ze zwyczajami naszego ptactwa, a przytem i z tą bronią nie oswoiłeś się na razie. A teraz w drogę. Jeszcze kieliszek wiśniówki na wzmocnienie nerwów.
Wychyliłem kieliszek i poszliśmy w las. Rewir, w którym polowaliśmy dotychczas, ciągnął się szerokim pasem długości mniej więcej kilometra. Pod koniec zwężał się nieco i kończył dużym stawem, szumnie zwanym "jeziorem". Linja miśliwska ciągnęła się po drugiej stronie. Czterech strzelców miało stanąć nad wodą, Van Koop i ja po lewej i prawej stronie, w odległości jakichś pięćdziesięciu kroków poza nimi. Pomyślałem sobie z pewnym niepokojem, że przy takiem rozstawieniu, nasi towarzysze będą mogli ze swych stanowisk śledzić dokładnie każdy nasz strzał, przytem w pobliżu zebrał się tłum widzów, wśród których poznałem naszego przyjaciela, rusznikarza.
Na szczęście, gdyśmy szli na stanowisko, zdarzyło się coś, co dodało mi otuchy. Nagle od strony naganki rozległ się gruby głos nadleśnego: "Kuropatwy".
- Baczność, panie Quatermain - szepnął lord Raganll, a Bob prędko wsunął mi strzelbę w rękę.
Po chwili ukazało się stado; gnane wichurą, ciągnęło ponad drzewami z niezwykłą szybkością. Strzeliłem do pierwszej - padła, potem drugi raz - trafiłem także. Z drugiej strzelby zabiłem trzeciego ptaka, gdy przelatywał mi nad głową, a potem, odwróciwszy się, strąciłem jeszcze ostatnią kuropatwę z szeregu. Ten ostatni daleki strzał, był istotnie bardzo piękny.
- Nigdy jeszcze nic podobnego nie widziałem, - zawołał Scroope.
- Lord Ragnall nie skąpił mi pochwał, Bob zaś aż zagwizdnął z radości.
A teraz muszę wyznać całą prawdę i wyspowiadać się ze swej winy. Druga zabita kuropatwa, to nie była ta, do której strzelałem. Zmierzyłem się do drugiej, a spadła trzecia z szeregu. Próżność, marna próżność, zamknęła mi jednak usta. Wieczorem dopiero przyznałem się do wszystkiego.
Cztery kuropatwy, wszystkie na miejscu zabite, zebrano wśród oklasków myśliwych, poczem wsiedliśmy do łódki, aby zająć stanowiska po drugiej stronie jeziora. W łódce zauważyłem, że Bob prócz dawnego worka z nabojami, dźwiga jeszcze jakąś pakę. To poczciwy rusznikarz dodał mu z własnej inicjatywy świeży zapas ładunków, obawiając się, że tamte 250 sztuk mogą dziś nie wystarczyć.
Jakich oczekiwać można nadzwyczajności? Przecież z pierwszego zapasu nie zużyłem nawet połowy.
Stanęliśmy na wyznaczonych stanowiskach. Wiatr stał się jeszcze silniejszym; zdawało się, że dmie ze wszystkich naraz stron. Wrony, wracające na nocne schroniska, gołębie spłoszone przez nagankę, przelatywały ponad nami, jak liście gnane huraganem. Zabiłem kaczkę dziką, która szybowała jak strzała ponad naszą linją. Starę dęby gięły się, jęcząc głucho; wysoki świerk wyrwany wraz z korzeniami, wpadł z pluskiem do jeziora.
- Co za wściekła zawierucha - zauważył lord Ragnall, a Van Koop, zeszedłszy ze stanowiska, cały skurczony od zimna, zaproponował, żeby na dzisiaj zrezygnować z polowania.
Lord Ragnall zapytał, co o tem myślę. Odpowiedziałem, że wolałbym polować do końca, lecz że zdaję się w zupełności na jego zdanie.
- Sir Fortescue - rzekł lord - jesteśmy tu chyba całkiem bezpieczni na tej polanie. A bażanty i tak są już spłoszone, wiatr ich nie powstrzyma. Jeżeli jednak nie chce pan strzelać, to każę przynieść sobie strzelby i zajmę pana stanowisko.
Wobec takiej propozycji Van Koop pozostał na linji.
Naganka ruszyła z miejsca. Wiatr w tej chwili mieliśmy z tyłu; bażanty w coraz większej liczbie ciągnęły dosyć nizko, kierując się na strzelców nad wodą stojących, którzy zresztą nic prawie w takiej sytuacji nie mogli zdziałać. Zapowiedziane było, że nie wolno strzelać do bażantów, lecących z przeciwnej strony. Ja osobiście stosowałem się ściśle do tego polecenia, lecz Van Koop nie krępował się niczem. Zabił parę bażantów, ale kilka strzałów spudłował.
- To nie jest rasowy myśliwy - zauważył lord Ragnall i posłał do niego Boba z odpowiedniem ostrzeżeniem.
Wiatr niespodziewanie zmienił kierunek i dął już od północy ze wzrastającą siłą. A bażanty wciąż leciały gromadą, szukając schronienia poza nami w zagajniku, tam, gdzie się wychowywały. Zagarnięte wichrem, niektóre z nich leciały na znacznej wysokości, gdzie ich już nasze strzały nie dosięgały.
W przeważnej jednak liczbie szły prosto na nas. Przez następne trzy kwadranse miałem takie polowanie, jakiego już zapewne nigdy w życiu nie zobaczę. Ten ostatni miot, jako najdłuższy, zagarnął ogromną moc ptactwa. Wysoko ponad skrzypiącemi drzewami lub ponad jeziorem po mojej lewej ręce w nieskonczonych szeregach mknęły wiatrem gnane bażanty. A mnie powodziło się coraz lepiej. Jeden ptak za drugim padał w krzaki albo do jeziora, a strzelby tak się rozgrzały, że trudno było utrzymać je w ręku. Wśród mrowia celów, mogłem wybierać sobie dogodniejsze strzały. Zauważyłem także ,że zmęczone lotem, w pewnem miejscu zawracały i że najlepiej strzelać do nich w tej właśnie chwili. Podniecenie było ogromne, polowanie udało się wspaniale. Van Koop na drugim flanku pracował niemniej wydatnie, a tylko myśliwi pośrodku stojący, niewiele stosunkowo mieli sposobności do popisu. Musieli biedacy z daleka podziwiać nasze tryumfy.
Pod koniec polowania bażantów było coraz więcej ptaki ciągnęły wysoko i bardzo bystro, zabiłem ostatnie trzydzieści sztuk trzydziestu pięciu strzałami. Kiedy zdawało się, że już przeleciały wszystkie, ukazał się jeszcze w pojedynkę wspaniały kogut. Leciał tak wysoko, że na tej wysokości wydawał się małym.
- Niema co strzelać, nie dosięgnie pan - rzekł lord Ragnall, gdy podnosiłem strzelbę.
Jednak strzeliłem, założywszy bardzo daleko, a bażant zabity na miejscu wpadł z głośnym pluskiem do jeziora. Strzał tak był niezwykły, że wszyscy myśliwi, nawet naganiacze, którzy właśnie do nas się zbliżali, przyjęli go głośnemi okrzykami.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.