1
- Oluwa mi o! O mój Boże!
Chiasoka prowadziła samochód tuż za czerwonym autobusem linii 177, kiedy
poczuła straszliwy ból w brzuchu. Odniosła wrażenie, że
dwudziestopięciocentymetrowy nóż do krojenia mięsa wbił się w jej ciało,
tuż pod pępkiem, aż po samą rękojeść.
Pochyliła się na kierownicę. Jej stopa ześlizgnęła się ze sprzęgła i mini skoczyło gwałtownie do przodu, rozbijając reflektory o tył
autobusu.
Ale Chiasokę skręcał tak potworny ból, że tego nie usłyszała. Niczego
także nie widziała. Po początkowym wrażeniu, że ktoś dźgnął ją nożem,
teraz zdawało się jej, że wielki mikser obraca jej wnętrzności, plącze
je i rozplątuje, prostuje i rozciąga. Zwymiotowała na kierownicę
jajecznicą z bananem, którą zjadła na śniadanie, a jej trzewia wyrzuciły
niewielki strumień kału. Samochód Chiasoki otaczało już sześciu czy
siedmiu przechodniów, a kierowca autobusu zaczął oglądać, jakie
spowodowała szkody. Ona jednak miała zamknięte oczy, z całej siły
zaciskała zęby i czuła, że za chwilę pochłonie ją nieskończona ciemność
- zwiastun śmierci.
Dotarło do niej, że ktoś otworzył drzwi i powiedział:
- Ludzie, popatrzcie na tę kobietę. Ona jest poważnie chora. Niech się
pani trzyma, zadzwonię po pogotowie.
- Muszę... muszę... - zdołała wyszeptać Chiasoka.
- Co pani musi, kochana? Niech się pani niczym nie martwi, już
wezwaliśmy pomoc i... właśnie przyjechała policja.
- Muszę odebrać córkę... ze szkoły.
- Niech się pani tym nie przejmuje, kochana. Powiem o tym gliniarzom.
Zaopiekują się pani córką. Do której szkoły chodzi?
Chiasoką szarpnął kolejny spazm, tak silny, że podskoczyła i uderzyła
czołem w kierownicę. Jeden z mężczyzn przytrzymał jej ramiona i rzucił:
- Niech się pani stara nie ruszać, dobrze? Mam nadzieję, że zaraz
przyjedzie karetka.
- Do szkoły podstawowej imienia Johna Donne'a - wymamrotała Chiasoka. -
Córka ma na imię Daraja.
Ból na chwilę zelżał, wciąż jednak miała wrażenie, że przewalają się jej
wnętrzności i że nawet fotel kierowcy się obraca, powiększając jej
straszny dyskomfort. Na kilka sekund otworzyła oczy i wtedy zobaczyła
pulchną blondynkę, policjantkę, która z zatroskaną miną pochylała się
nad nią.
- Jak się nazywasz, kochana? - spytała.
- Chiasoka. Chiasoka Oduwole. Mieszkam przy Lugard Road. To ostatni dom
przy skrzyżowaniu z Bidwell Street.
- Masz przy sobie telefon? Możemy się z kimś skontaktować?
- Z moją kuzynką. Mieszkamy z nią. Ma na imię Abebi. Telefon... jest
tutaj... w kieszeni.
Chiasoka usłyszała syrenę zbliżającej się karetki. Chciała powiedzieć
policjantce nazwisko kuzynki, ale znowu zaatakował ją tak wściekły ból,
że zesztywniała od stóp po czubek głowy. Zacisnęła dłonie na kierownicy,
a zęby wbiła w dolną wargę tak mocno, że chwilę później po jej brodzie
popłynęła struga krwi.
Jak przez mgłę dotarło do niej jeszcze, że policjantka rozpięła jej pas
bezpieczeństwa. Po chwili zemdlała i ogarnęła ją całkowita ciemność.
Kiedy otworzyła oczy, leżała na łóżku szpitalnym, ubrana w kwiecistą
koszulę nocną i luźne białe skarpety. Znajdowała się w izolatce z umywalką i dwoma krzesłami. Przez okno widać było bezlistne drzewa,
brązowe dachówki na dachu jakiegoś budynku i niskie czarne chmury.
Przesunęła dłonią po brzuchu. Wciąż był miękki i obrzmiały, ale okropny
ból, który zaatakował ją w samochodzie, ustał. Ułożyła się na chwilę na
lewym boku, po czym usiadła, natychmiast jednak zakręciło jej się w głowie. Poczuła się nieswojo, łóżko wydawało się podskakiwać na falach
niczym łódka wiosłowa cumująca w portowym doku. Położyła się więc z powrotem i wykonała kilka głębokich oddechów.
Wciąż starała się uspokoić, kiedy otworzyły się drzwi i do izolatki
gwałtownie weszła rudowłosa pielęgniarka.
- Ach, więc obudziła się pani. Jak się czujesz, kochana?
- Czuję się bardzo... bardzo dziwnie. Gdzie ja jestem?
- W Centrum Medycznym Warren BirthWell w King's College Hospital na
Denmark Hill. Przeniesiono panią tutaj z oddziału ratunkowego.
- Nie rozumiem. Ośrodek BirthWell... co to takiego?
- Nie słyszała pani o nas? Zajmujemy się medycyną matczyno-płodową.
Opieką prenatalną i neonatalną. Jesteśmy w tym najlepsi w kraju.
- Ale co ja tutaj robię?
- Lepiej ode mnie wyjaśni to pani doktor Macleod. Za chwilę przyjdzie.
Właśnie rozmawia z technikami w pracowni USG. Tymczasem... nadal czuje
pani ból?
- Jestem tylko trochę obolała. Co z moją córką? Kiedy źle się poczułam,
jechałam, żeby odebrać ją ze szkoły.
- O ile wiem, policja skontaktowała się z pani kuzynką i to kuzynka po
nią pojechała. Kiedy tylko zrobimy wszystkie badania, zadzwonimy do niej
i będzie mogła panią odwiedzić.
- Badania? Jakie badania? Co się ze mną dzieje?
- Na razie pobraliśmy krew do wstępnych analiz. Doktor Macleod otrzymał
już wyniki z laboratorium i na tej podstawie postanowił zlecić USG. On
sam wszystko pani wyjaśni.
Chiasoka znowu usiadła i opuściła nogi na podłogę. Kiedy jednak
spróbowała wstać, podłoga zakołysała się pod nią niczym fala
przypływowa, więc musiała przytrzymać się dłonią parapetu, żeby nie
upaść.
- Kochana, pani musi leżeć - powiedziała pielęgniarka. Jedną ręką
chwyciła ją za ramię i przycisnęła palce drugiej ręki do jej szyi, żeby
sprawdzić tętno. - Dostała pani bardzo silne środki przeciwbólowe, które
nadal działają, stąd te kłopoty...
- Ma pani moją komórkę? Muszę zadzwonić do kuzynki i upewnić się, że z moją córką wszystko jest w porządku.
- Sprawdzę, gdzie jest pani telefon, i go przyniosę. Och, właśnie idzie
doktor Macleod.
Do izolatki wszedł wysoki mężczyzna w szarym trzyczęściowym garniturze.
Siwiejące włosy czesał z przedziałkiem na środku i nosił okulary w grubej rogowej oprawie, które sprawiały wrażenie, że w każdej chwili
mogą mu spaść z czubka nosa. Towarzyszyło mu dwoje młodszych lekarzy,
mężczyzna pochodzenia azjatyckiego ze starannie przystrzyżoną brodą oraz
biała kobieta o mocno zarumienionej twarzy. Mężczyzna się uśmiechał, ale
kobieta wydawała się zaniepokojona.
- Dzień dobry, pani... - zaczął doktor Macleod, po czym ze zmarszczonym
czołem zerknął na podkładkę z klipsem, którą trzymał - pani Oddywolly.
Mam nadzieję, że poprawnie wymówiłem nazwisko.
Chiasoka milczała. Nie obchodziło jej, jak lekarz wypowiada nazwisko.
Chciała jedynie, żeby powiedział, co się z nią dzieje, i zapewnił ją, że
nie dolega jej nic poważnego.
- Nazywam się Macleod i jestem specjalistą medycyny matczyno-płodowej.
To jest doktor Bhaduri, a to doktor Symonds. Przywieziono panią do
ośrodka z powodu ostrego bólu brzucha, a badania krwi wykazały
podwyższone stężenie hCG.
- Co to znaczy? - zapytała Chiasoka.
- HCG to ludzka gonadotropina kosmówkowa. To hormon, który wskazuje, że
jest pani w ciąży.
- W ciąży? Ale ja nie mogę być w ciąży! To niemożliwe!
- Cóż, dlatego właśnie musimy zrobić ultrasonografię i się upewnić.
Oprócz wysokiego stężenia hCG stwierdziliśmy u pani także gwałtowne
zmiany w obrębie macicy, i to właśnie jest przyczyną tego ogromnego
bólu. Twierdzi pani, że nie może być w ciąży, ale wszystkie objawy na
nią wskazują. Ponadto płód z jakiegoś powodu jest niezwykle aktywny.
Chiasoka z trudem oddychała.
- Nie mogę być w ciąży. Cokolwiek to jest, cokolwiek doprowadziło mnie
do tego stanu, to nie jest dziecko. Przecież od dawna nie byłam z nikim.
Mąż mnie zostawił i wrócił do Nigerii. Mieszkam z kuzynką. Nie byłam z żadnym mężczyzną.
- Cóż, wkrótce się o tym przekonamy, jeżeli zgodzi się pani na USG.
Usilnie zalecam, aby wyraziła pani na to badanie zgodę, ponieważ
koniecznie musimy się dowiedzieć, co się dzieje w pani brzuchu, pani
Oddywolly. Ale chcę być z panią całkowicie szczery: według mnie
przyczyną tych dolegliwości jest ciąża.
Chiasoka popatrzyła na młodą lekarkę. Na jej twarzy malował się taki
niepokój, że do oczu Chiasoki napłynęły łzy.
- Nie mogę być w ciąży - załkała. - Jak to możliwe?
- Proszę mi wierzyć, nie ma powodów do obaw. Badanie nie trwa długo i nie niesie ze sobą żadnego dyskomfortu. Nasi technicy wyjaśnią pani krok
po kroku, co będą robić.
- Byłam w ciąży, owszem. Ale w kwietniu.
- Była pani w ciąży? - zapytał doktor Macleod i zdjął okulary. - Co się
stało?
- Przerwałam ją. Miałam aborcję.
- Rozumiem, że uzgodniła to pani z lekarzem?
Chiasoka pokiwała głową.
- Pani doktor podała mi pierwszą pigułkę, a pozostałe zażyłam w domu.
- Zakładam, że była to najpierw jedna tabletka mifepristonu, a po
czterdziestu ośmiu godzinach zażyła pani jeszcze cztery tabletki
mizoprostolu.
- Nie pamiętam nazw. Miałam po tych tabletkach okropne mdłości.
- W którym tygodniu ciąży to się działo?
- W dziesiątym.
- I skutecznie przerwała pani ciążę? Jest pani tego pewna?
- Tak. Widziałam to...
- I jest pani przekonana, że potem nie mogła ponownie zajść w ciążę?
- Tę ciążę zafundował mi mąż kuzynki. Nie powiedziałam jej, co się
stało, ponieważ moja córka i ja możemy mieszkać tylko u niej. O ciąży
nie powiedziałam też jej mężowi. Ostrzegłam go jednak, że jeśli jeszcze
kiedykolwiek mnie dotknie, wezmę z kuchni nóż i kiedy będzie spał,
odetnę mu k?fe..
- Ojej. Jasne. Chyba wiem, o co chodzi. A jednak bez względu na to, czy
jest pani w ciąży czy nie, koniecznie musimy zrobić USG. W gruncie
rzeczy, jeżeli nie jest pani w ciąży, wydaje mi się to wręcz bardzo
pilne.
Chiasoka zamknęła na chwilę oczy. Wciąż nie wierzyła w to, co się
dzieje. Wydawało się to nierealne, tak samo jak wtedy, kiedy wróciła z dniówki na kasie w Sainsbury's w Peckham i zobaczyła, że Enilo spakował
swoje rzeczy. Tylko po to czekał, aż wróci do ich mieszkania, żeby jej
powiedzieć, że się wyprowadza i wraca do Lagos. O ironio, w języku
joruba imię "Enilo" oznacza "tego, który odjechał".
- A co będzie ze mną i z Darają? - zapytała go.
- Masz pracę. Możesz zatrzymać samochód.
- Ale nie opłacę czynszu z jednej pensji.
- Nie obchodzi mnie to, Chi. Po prostu mnie to nie obchodzi. Nie chcę
dłużej tak żyć. Czuję się w tym kraju jak gówno. Nikt mnie tutaj nie
szanuje, a w naszej ojczyźnie jest jednak inaczej. Wcześniej ci o tym
nie mówiłem, ale w sobotę zatrzymali mnie dwaj policjanci i dokładnie
przeszukali, bo myśleli, że mam nóż.
- Nie powiedziałeś im, że jesteś księgowym?
- Powiedziałem. Ale odburknęli, że to nie ma żadnego znaczenia. Inaczej
mówiąc, skoro jestem czarny, to muszę być przestępcą.
- Już nas nie kochasz, Daraji i mnie?
Enilo odwrócił głowę, tak jakby chciał patrzeć już tylko w przyszłość.
- Jak mogę kogoś kochać, skoro nie kocham samego siebie?
Do izolatki wróciła pielęgniarka. Towarzyszył jej sanitariusz, który
pchał wózek inwalidzki.
- Wszyscy gotowi? - zapytała wesoło pielęgniarka.
Doktor Macleod popatrzył na Chiasokę ze współczuciem, niemal po
ojcowsku.
- Niezależnie od tego, jaki będzie wynik badania, dobrze się panią
zaopiekujemy, pani Oddywolly.
Była godzina piąta po południu i na dworze już szarzało, kiedy doktor
Macleod i jego dwoje asystentów wrócili do pokoju szpitalnego Chiasoki z wynikami badania ultrasonograficznego.
Wcześniej pielęgniarka odnalazła jej telefon i Chiasoka porozmawiała z Darają. Powiedziała jej, że znalazła się w szpitalu z powodu bólu
brzuszka, ale wkrótce wróci do niej i do cioci Abebi. Odebrała także
wiadomość od policji z Peckham: jej zniszczony samochód odholowano na
Lugard Road i pozostawiono na parkingu na tyłach bloku mieszkalnego
kuzynki.
Wciąż kręciło jej się w głowie i bezustannie miała wrażenie, jakby w brzuchu coś się przemieszczało. Jakieś dwadzieścia minut wcześniej
podano jej kubek herbaty z mlekiem, ale kiedy tylko upiła pierwszy łyk,
zwymiotowała na podłogę.
Doktor Macleod usiadł na krześle przy łóżku, a dwoje asystentów stanęło
za jego plecami. Ich spojrzenia wprawiały Chiasokę w konsternację.
Wydawało jej się, że patrzą na nią niemal jak na żywy eksponat w jakimś
gabinecie osobliwości.
- Mam już wyniki - odezwał się doktor Macleod. - I muszę powiedzieć, że
jest pani w ciąży. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
- Jak to możliwe? - zaprotestowała Chiasoka. - Jak to jest możliwe?
Usunęłam to dziecko. Na własne oczy widziałam w toalecie, co ze mnie
wyszło. I przysięgam na Boga, że od tego czasu nie byłam z żadnym
mężczyzną.
Doktor Macleod trzymał zieloną kopertę, ale jej nie otworzył ani nie
podał Chiasoce.
- Przykro mi, pani Oddywolly, ale badanie USG potwierdziło, że w pani
macicy znajduje się żywy płód. Muszę jednak dodać, że ten płód jest
cokolwiek niezwykły. W rzeczy samej, nie wchodząc w szczegóły, jest
nieprawidłowy. Do tego stopnia, że prawie na pewno będziemy musieli
zrobić cesarskie cięcie, żeby go usunąć.
Chiasoka patrzyła na lekarza z przerażeniem.
- Co to znaczy "nieprawidłowy"? - wyszeptała. - Co złego się z nim
dzieje?
- Nigdy dotąd nie zadawałem ciężarnej kobiecie takiego pytania, ale czy
na pewno chce go pani zobaczyć? Zapewniam panią, że ze względu na
deformację płodu nie ma najmniejszej szansy na uratowanie go, i dlatego
zachęcam panią do bezzwłocznego przerwania ciąży. Ujmę to w ten sposób:
dzięki temu będzie pani mogła w ogóle go nigdy nie zobaczyć.
- Czy to możliwe, że jest aż tak źle? Przecież nawet nie wiem, skąd on
się we mnie wziął.
- Kiedy przerwiemy ciążę, przeprowadzimy badania DNA, które pozwolą
ustalić, kto jest ojcem.
- Nie ma ojca.
- Czy wolno mi zatem przyjąć, że możemy czym prędzej przystąpić do
zabiegu?
- Dlaczego spodziewa się pan, że natychmiast wyrażę zgodę na aborcję,
skoro nawet nie wiem, skąd się on wziął i co właściwie się z nim dzieje?
Muszę chociaż go zobaczyć. Nie dbam o to, jak wygląda. Jakkolwiek się
począł, w połowie zrodził się ze mnie.
- Jest pani całkowicie pewna? - zapytał doktor Macleod.
- Niech pan mi go pokaże.
Doktor Macleod odwrócił się i popatrzył na asystentów. Następnie
otworzył zieloną kopertę i wyciągnął z niej zdjęcie USG, które ukazywało
płód w łonie Chiasoki w trzech wymiarach i w kolorze.
Chiasoka wzięła zdjęcie do ręki i uniosła na wysokość oczu. Po chwili
bardzo powoli opuściła dłoń na brzuch, jednocześnie szeroko otwierając
usta. Następnie z absolutnym niedowierzaniem popatrzyła na doktora
Macleoda, po czym zakrztusiła się i zwymiotowała na kołdrę resztki
herbaty.
2
Detektyw Jerry Pardoe zatrzymał się przed recepcją komisariatu policji w Tooting, aby chwilę pogaworzyć z posterunkową Susan Lawrence, ale
zadzwonił jego iPhone. Telefonował sierżant Bristow.
- Gdzie jesteś, Pardoe? Wyszedłeś już do domu?
- Właśnie mam taki zamiar, sierżancie.
- A więc to doskonale, że jesteś na miejscu. Wypracujesz trochę
nadgodzin. Ktoś kogoś dźgnął nożem przed klubem karate na Streatham
Road, przy Tesco. Są tam już dwa nasze radiowozy i karetka pogotowia.
Pojedzie z tobą Mallett.
- Cholera. Jest ofiara śmiertelna?
- Jeszcze nie wiem. Wygląda na to, że dwaj kolesie pokłócili się o jakąś
panienkę.
- Mam nadzieję, że była tego warta. Dobra. Niech pan powie Mallettowi,
że czekam na niego na parkingu.
Odwrócił się do posterunkowej Lawrence i zrobił wymowną minę. Przysłano
ją do Tooting trzy tygodnie temu i od razu mu się spodobała. Miała
wysokie kości policzkowe, kocie oczy i krótkie jasnobrązowe włosy, a biała koszula mundurowa tylko podkreślała jej bardzo duże piersi.
Tony'emu, kumplowi z warsztatu samochodowego, powiedział, że dziewczyna
ma twarz telewizyjnej pogodynki i figurę modelki z "Playboya". Przed
chwilą Jerry zamierzał ją zapytać, czy po pracy poszłaby z nim na tajską
kolację do restauracji Kao Sam przy High Street, ale w tym momencie
wszystko wskazywało na to, że Jerry przez resztę wieczoru będzie się
starał wydobyć sensowne zeznania od zakrwawionych nastolatków o mózgach
otumanionych przez narkotyki.
- Cóż, obowiązki wzywają - powiedział do niej. - Może masz jutro wolny
wieczór?
- Jutro? Nie. Moja partnerka ma akurat wolny dzień. Idziemy na
lodowisko.
- Na lodowisko? Nikt już mnie nie namówi na coś takiego. Ostatnim razem,
kiedy założyłem łyżwy, przez większość czasu ślizgałem się na tyłku.
- Ja także nie jestem dobrą łyżwiarką. Ale moja partnerka jest
doskonała.
- Och. Długo jesteś z tą... partnerką?
- Będzie już prawie rok.
- Aha. Cóż, bawcie się dobrze.
Jerry wyszedł z komisariatu tylnymi drzwiami i po chwili dotarł do
swojego srebrnego forda mondeo, który stał na policyjnym parkingu. Znowu
mój cholerny pech, pomyślał, siadając za kierownicą. Najapetyczniejsza
dupeczka, która pojawiła się na komisariacie w Tooting od czasu, kiedy
sam zaczął tutaj pracować, właśnie okazała się literą L z szerokiego
zestawu LGBTQ.
Detektyw posterunkowy Bobby Mallett wybiegł na parking, zapinając po
drodze ortalion. Szło mu kiepsko, ponieważ miał tylko jedną wolną rękę;
w drugiej trzymał niedojedzoną bułkę z serem i pomidorem. Był niski i przysadzisty, miał sterczące czarne włosy, wyłupiaste oczy i bulwiasty
nos. Wszyscy na komisariacie nazywali go Jeżozwierzem.
Usiadł w fotelu pasażera i wykręcił tułów, szukając pasa bezpieczeństwa.
- Mam nadzieję, że nie nakruszysz mi w samochodzie - powiedział Jerry,
włączywszy silnik. - Ostatnio wydałem dziesięć funtów na dokładne
wyczyszczenie całej kabiny.
- Cholerni gówniarze nie mają co robić, tylko dźgają się po nocach -
odparł Mallett. - To już chyba czwarty raz w tym tygodniu. Łażą po
ulicach z nożami i z maczetami i nic dziwnego, że wygrażają sobie
nawzajem. A potem jeden z drugim jest zaskoczony, że ktoś wykitował,
dźgnięty lub ciachnięty maczetą. Poza tym wciągają albo wąchają jakieś
świństwa i nad ranem nikt niczego nie pamięta, a trup leży na ulicy i jest jak najbardziej realny.
- Chłopak, którego znaleźliśmy wczoraj po południu, ten zasztyletowany
przed Chicks, wcześniej nieźle się naćpał - rzekł Jerry.
- Tak, słyszałem. Miał chyba piętnaście lat?
- Piętnaście skończył w ostatnim tygodniu życia. A ten, który go
zadźgał, miał zaledwie siedemnaście. - Zaczął mówić nosowym głosem
rapera: - Rąbał mi dupę przed kumplami i miałem już tego dosyć. Żaden
facet by tego nie wytrzymał.
- Co za tuman.
- Oto i całe pokolenie Z, Jeżozwierzu - kontynuował Jerry, skręcając w Links Road i jadąc w kierunku Streatham. - To młodzi ludzie, którzy
doskonale potrafią korzystać ze zdobyczy współczesnej techniki, ale w krytycznych sytuacjach nie odróżniają dupy od głowy.
Po niecałych pięciu minutach dotarli na miejsce przestępstwa. Przed
supermarketem Tesco stały już dwa radiowozy błyskające niebieskimi
lampami. Kawałek dalej, przed polskimi delikatesami, parkowała karetka.
Zebrał się niewielki tłumek gapiów, policjanci jednak odgrodzili już
taśmą obszar, na który nikt nie miał wstępu. Jerry zatrzymał auto za
karetką i wysiadł wraz z Mallettem. Był chłodny wieczór i wydychali
obłoczki pary, przez co wyglądali jak dwaj gliniarze z czarno-białego
kryminału z lat pięćdziesiątych.
Ofiara morderstwa leżała pod wiatą przystanku autobusowego naprzeciwko
należącego do niejakiego S. Ayngarana sklepu z azjatycką i karaibską
żywnością, który znajdował się w odległości zaledwie pięciu metrów od
klubu karate. Zabity był młodym Azjatą z fryzurą pompadour i starannie
przyciętą brodą. Ubrany był w popielaty dres marki Fresh Ego Kid. Plamy
krwi na dresie wskazywały, że chłopaka ugodzono w brzuch i klatkę
piersiową sześć, siedem, a może nawet więcej razy. Oczy miał otwarte i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w buty stojącego przy nim krępego
policjanta w kamizelce odblaskowej.
- Dobry wieczór - powiedział Jerry. - Co my tu mamy?
- Wszystko wskazuje na sprzeczkę - odparł policjant. Pociągnął nosem i wyjął z kieszeni notes. - Ofiara to Attaf Hiradż, lat dwadzieścia jeden.
Podejrzany nazywa się Rusul Goraja, dwadzieścia trzy lata. Jest w szatni. Obaj są członkami klubu karate Kun'iku. Według ich instruktora
wieczorem się o coś cholernie posprzeczali i w końcu zaczęli walczyć ze
sobą jak wściekłe psy.
- Rozumiem. A czy ten instruktor wie przypadkiem, o co im poszło?
Policjant pokręcił głową.
- Wydaje mu się, że o dziewczynę, z którą obaj się spotykali, ale nie
jest tego pewien, ponieważ obaj powtarzali tylko ogólniki, takie jak
"jesteś skończony" czy "jesteś śmieciem", i przeklinali jak najęci.
- Medyk sądowy?
- Powinien być na miejscu za jakieś dziesięć minut.
- Jacyś świadkowie?
- Tam czekają. Zgarnęliśmy pięciu. Wszyscy widzieli, jak podejrzany dźga
nożem ofiarę. Paru próbowało go powstrzymać, ale zagroził, że zabierze
się także do nich. Dopiero kiedy chciał stąd odejść, jeden ze świadków
pobiegł za nim i zadał mu cios karate w jaja. Wtedy skoczyli na niego
także pozostali i odebrali mu nóż.
- Rozumiem, dzięki - powiedział Jerry. - Zaraz sobie z nimi
porozmawiamy. Najpierw jednak powinniśmy zamienić kilka słów z nożownikiem. Jeżozwierzu, idziesz ze mną?
Mallett wpatrywał się w ekran swojego iPhone'a.
- ...Co? Jasne. Tak. Musiałem napisać do Margot, że spóźnię się na
kolację.
Weszli do klubu karate i wspięli się po stromych schodach na pierwsze
piętro. Zanim dotarli do szatni, Jerry wyczuł w powietrzu zapach maści
rozgrzewającej Tiger Balm - kamforę i mentol - maskujący odór stęchlizny
i potu.
Szatnia była długa i wąska, a wzdłuż ścian wisiały wilgotne stroje do
karate i torby sportowe. Podejrzany siedział na ławce w kącie, skuty
kajdankami. Dwaj śmiertelnie znudzeni policjanci stali przy nim z rękami
skrzyżowanymi na piersiach. Kiedy zobaczyli Jerry'ego i Malletta, jeden
z nich złapał podejrzanego za łokieć i postawił na nogi.
- Dobry wieczór, panowie - powiedział Jerry. Nie musiał się
przedstawiać. Ci policjanci także pracowali na komisariacie w Tooting. -
A więc to jest nasz Mackie Majcher? Jak się nazywasz, kolego?
Podejrzany miał trochę ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ale
był muskularny, miał grubą szyję z ciemnymi znamionami i nabite bicepsy
typowe dla kogoś, kto codziennie odwiedza siłownię. Włosy splótł w cienkie warkoczyki zaczesane rządkami do tyłu, a w uszy wpiął srebrne
pierścienie. Jerry uznał, że chłopak jest spektakularnie brzydki, jego
twarz wyglądała tak, jakby przez cały czas była przyciśnięta do szyby.
Wciąż był ubrany w luźne białe keikogi, upstrzone na lewym ramieniu
zaschniętą krwią; kształt plamy przywodził na myśl obrazy Jacksona
Pollocka. W jego oddechu wyczuwało się słodkawy zapach owoców, więc
Jerry doszedł do wniosku, że chłopak opił się leanem, mieszanką syropu
na kaszel i kodeiny. Niektóre dzieciaki zwykły pijać trzy lub cztery
butelki tej mikstury tygodniowo, albo i więcej, jeżeli tylko było je na
to stać.
- Zasłużył na to - odezwał się chłopak, wyzywająco unosząc głowę.
- Tak się nazywasz, kolego? Zasłużył Nato?
- Nie, brachu. Rusul jestem. Chciałem powiedzieć, że Attaf sam się
prosił, żeby go dziabnąć.
- Rusul? A nazwisko? - zapytał Jerry spokojnym tonem, jakiego używał
podczas przesłuchań. - Ile masz lat, Rusul? I gdzie mieszkasz?
- Rusul Goraja. Dwadzieścia trzy lata. Zamieszkały w Sumner House pod
numerem 79.
- Sam mieszkasz czy z rodzicami?
- Ze starymi, brachu. Nie mam hajsu na swoje.
- Kim ty jesteś? Gudźarati?
- Zgadza się.
Jerry nie musiał pytać Rusula, dlaczego - chociaż jest Pakistańczykiem -
często używa jamajskich wyrażeń. Tak mówiły właściwie wszystkie
dzieciaki mieszkające na przedmieściach Londynu. W pokoju odpraw na
komisariacie w Tooting wisiał nawet plakat z listą slangowych słów,
którymi posługują się młodzi ludzie, wciąż uaktualnianą. Chociaż Rusul
"robił się na giganta" - pracował nad mięśniami - wciąż był "urodem"
albo "dwójką", co oznaczało, że jest brzydki: mógł dostać tylko dwa
punkty na dziesięć możliwych.
- Przyznajesz więc, że zasztyletowałeś Attafa?
- Jak mówiłem, zasłużył na to. Gość był winny morderstwa, no to
wymierzyłem mu sprawiedliwość, tak jakby to zrobił sąd, więc spoko loko.
Chociaż sąd tylko by go wsadził do ciupy.
- Attaf kogoś zabił?
- Zamordował dziecko, nie?
- Czyje dziecko?
Rusul miał odpowiedzieć, ale nagle zacisnął usta i jego pierś zaczęła
unosić się i opadać, gdy wziął kilka głębokich oddechów. Jerry
obserwował, jak nagle opuszcza go cwaniacka buta, a na twarzy pojawia
się wyraz ogromnego bólu. Rusul złożył skute dłonie i w jego oczach
pojawiły się łzy.
- Moje dziecko, brachu! Moje!
- Attaf zabił twoje dziecko? Jak? Kiedy? Dlaczego nie powiadomiłeś o tym
policji?
- Bo te świnie i tak nic by nie zrobiły!
- Dlaczego nie?
- Bo nie zwijają nikogo za aborcję! Chodziłem z Dżoją już prawie rok, aż
tu pojawił się ten Attaf i mi ją zabrał. Ale wtedy się okazało, że Dżoja
będzie miała ze mną dziecko. To musiało być moje dziecko, bo w ciąży
była już od sześciu tygodni, a z Attafem zadawała się niecały miech.
- Zatem postanowiła przerwać ciążę, tak?
- Attaf znał lekarkę w Brockley i ona dała Dżoi tabletki. A przecież to
jest jak morderstwo, co nie? Kiedy pomagasz w zabiciu kogoś, to jest tak
samo, jakbyś sam zabijał, dobrze gadam?
- I to według ciebie usprawiedliwia zasztyletowanie Attafa? Uznałeś, że
jest mordercą, więc jeśli go zabijesz, ujdzie ci to na sucho?
- A może się spodziewałeś, że dostaniesz za to medal? - wtrącił Mallett.
- Albo happy meal w McDonaldzie za darmo przez rok? Co za bałwan.
Jerry popatrzył na dwóch umundurowanych policjantów i pokręcił głową. Po
chwili powiedział:
- Rusulu Goraja, aresztuję cię za zamordowanie Attafa Hiradża. Nie
musisz teraz nic mówić. Jednak możesz pogorszyć swoją pozycję przed
sądem, jeżeli w czasie przesłuchania zataisz coś, na czym później
zechcesz opierać swoją obronę. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte
jako dowód.
- Zabierzcie go na dołek, chłopcy - dodał Mallett.
Jerry i Mallett odbyli krótkie rozmowy z pięcioma świadkami, wśród
których znalazł się Ken, instruktor karate, były oficer SAS, który
służył w Iraku. Wszyscy zeznali mniej więcej to samo. Rusul i Attaf
przez cały wieczór krążyli wokół siebie nawzajem jak rozwścieczone pumy,
bezustannie obrzucali się obelgami, a kiedy już wybuchła bójka, była tak
gwałtowna, że Ken rozdzielił ich, żeby żaden nie odniósł poważniejszych
obrażeń. Ale później, kiedy Attaf wyszedł na ulicę, Rusul pobiegł za nim
z nożem, pchnął go na wiatę przystanku autobusowego i zaczął szaleńczo
dźgać w klatkę piersiową i brzuch.
- I z tego, co panu wiadomo, chodziło im o tę dziewczynę, Dżoję? -
zapytał Jerry.
- Tak - odparł Ken. - Od czasu do czasu przychodziła do klubu z Attafem.
Ładna dziewczyna, jeśli chce pan wiedzieć. Nie wiem jednak, co widziała
w Rusulu. Jest dobrze zbudowany, to trzeba mu przyznać, ale sam pan
widział, ma twarz jak worek z ziemniakami.
- Nie wie pan może, gdzie ta Dżoja mieszka? Jeśli nie, trudno.
Sprawdzimy telefon Attafa i tak czy inaczej do niej dotrzemy.
- Albo Rusul powie nam na torturach, gdzie jej szukać - wtrącił Mallett.
- Ta dziewczyna chyba mieszka w Streatham. Nie wiem gdzie dokładnie.
- Jej ojciec ma przy High Road w Streatham delikatesy z żywnością halal
- powiedział jeden z młodych ludzi, świadków morderstwa.
- Doskonale, to nam zawęża poszukiwania do jakichś dwudziestu miejsc -
stwierdził Jerry. - Dzięki.
Zapisali nazwiska i adresy wszystkich świadków. Tymczasem wreszcie
przybyli technicy i zaczęli krążyć w niebieskich kombinezonach wokół
miejsca zbrodni, fotografując zwłoki oraz otaczające je lepkie plamy
krwi na trotuarze. Jerry i Mallett odczekali, aż wykonają wstępne
czynności, a sanitariusze zabiorą ciało zamordowanego do karetki.
Mallett wypalił pół papierosa i niespodziewanie zaczął tak intensywnie
kaszleć, że musiał kilkakrotnie uderzyć się otwartą dłonią w pierś.
Pomogło mu to na tyle, że zdołał wypluć do rynsztoka mnóstwo flegmy.
- Może przerzucisz się na e-papierosy? - zasugerował Jerry.
- I co? Miałbym nimi śmierdzieć jak ciota? Daj spokój.
Karetka z ciałem Attafa odjechała. Kierowca nie włączył syreny ani
niebieskich świateł na dachu.
- Wypijemy po piwku, zanim pójdziemy na dołek? - zaproponował Jerry.
Mallett popatrzył na niego.
- Cholera, czytasz w moich myślach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki