Dzieci w chmurze. Edukacja domowa w Polsce - Iwona Dudzik

-
Proszę czekać

Spis treści

Seria Strona tytułowa Strona redakcyjna Epigraf Wstęp Rok szkolny, który zaczął się w niedzielę Pod choinkę od pani minister Przypisy Kolofon

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 211 212 224

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Prawa autorskie Spis treści Epigraf Przypisy końcowe Kolofon

Przypisy

Rok szkolny, który zaczął się w niedzielę

1 Zob. Byliśmy przed MEN..., 2.09.2024, facebook.com, bit.ly/3LMEYG4(dostęp: 6.12.2025).

2 Coraz więcej licealistów wybiera edukację domową!, domowa.edu.pl, bit.ly/4tUVTGQ (dostęp: 21.04.2026).

3 Dane uzyskane od Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy (e-mail z 3.04.2024).

4 Zob. Dlaczego Polacy coraz częściej wybierają edukację domową? - raport Fundacji Edukacji Domowej, domowa.edu.pl, bit.ly/4aYmDA4 (dostęp: 10 grudnia 2025).

Pod choinkę od pani minister

1 Ustawa z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty, Dz. U. 1991, nr 95, poz. 425.

2 Historia edukacji domowej w Polsce, edukacja-domowa-instytut.pl, bit.ly/49tAq0l (dostęp: 22.11.2025).

3 M. Budajczak, Edukacja domowa, Gdańsk 2004, s. 7.

4 Konferencja pt. "Dziecko w edukacji domowej" - 04.03.2023 r. (część 2), youtube.com, bit.ly/3LBMXFW (dostęp: 22.11.2025).

5 M. Budajczak, Edukacja domowa, dz. cyt., s. 122.

6 L. Śliwa, Szkoła? Nie, dziękuję, 29.08.2007, gosc.pl, bit.ly/3LkpVmY (dostęp: 22.11.2025).

7 M. Budajczak, Edukacja domowa, dz. cyt., s. 123.

8 L. Śliwa, Szkoła? Nie, dziękuję, dz. cyt.

9 M. Krzyżanowska-Sołtysiak, Od lat na wojnie, 30.12.2008, wydarzenia.interia.pl, bit.ly/49smMdU (dostęp: 22.11.2025).

10 M. Budajczak, Edukacja domowa, dz. cyt., s. 141.

11 M. Mikulski, Moje dzieci ukończyły tylko podstawówkę, 26.08.2015, miastopoznaj.pl, bit.ly/4pPWpDN (dostęp: 22.11.2025).

12 Ł. Zalesiński, Kruszenie tradycyjnej edukacji - rozmowa z Markiem Budajczakiem, 21.02.2015, rp.pl, bit.ly/48jh0KC (dostęp: 15.02.2026).

Rok szkolny, który zaczął się w niedzielę

Do stolicy zjeżdżają z całej Polski. W Łazienkach rozkładają koce, wyciągają planszówki. Ktoś stroi gitarę, ktoś próbuje żonglerki. Wszędzie spacerują grupki w wiankach na głowie. Między nimi fruwają gigantyczne mydlane bańki. 1 września, w niedzielne południe, w kolorowych stylówkach witają rok szkolny 2024/2025.

Ze sceny słychać, że Szkoła w Chmurze się rozwija, ma więcej placówek i nowe kierownictwo. Za Warszawę i dwanaście szkół w terenie odpowiada czterech dyrektorów. Na podium wchodzi Kamil Stachowiak, nowy dyrektor na Poznań, Kutno i Szczecin. Wyluzowany, szorty, tatuaże, piercing. Tu się celebruje indywidualność.

Za nim Anna Gliszczyńska, szkoła w Warszawie. Duże okulary, czerwona sukienka, zdecydowany głos: "Ślubuję stać na straży tego, aby nasza szkoła w głębokim poważaniu miała miejsca w rankingach". Uczniowie klaszczą, wołają: "Hurra!".

Założyciel Chmury Mariusz Truszkowski zostaje na scenie sam. W białym stroju i sandałach przypomina przywódcę duchowego. "Mam marzenie..." - zaczyna, nawiązując do słów Martina Luthera Kinga. Porównuje nas do uciemiężonych grup, które walczyły o swoje prawa. Do niewolników dążących do wolności. Do Mahatmy Gandhiego stawiającego bierny opór. I do Ignaza Semmelweisa, lekarza wyszydzanego przez współczesnych mu medyków za to, że namawiał ich do dezynfekcji rąk przed zabiegami. "Mam marzenie o szkołach, które indywidualnie podchodzą do uczniów. O całym systemie edukacji, niezależnie od tego, gdzie ktoś mieszka i czy ma pieniądze. By każdy miał prawo do dobrej szkoły. By każdy miał wolność wyboru. A dobra nauka to taka, która odbywa się w zdrowiu, harmonii, bez presji". Spogląda na zgromadzonych, jakby chciał ich wszystkich policzyć. "Jak patrzę, ilu nas jest, to się nie dziwię, że tradycyjny system szkolny się broni i nawet nas atakuje. Mówią: "wracajcie", a my mówimy: "nie chcemy!". Nie poddamy się! Jak kobiety nie dały sobie wmówić, że są jedynie do garów, tak my nie damy sobie wmówić, że zadaniem uczniów jest siedzenie w szkołach, które ktoś skonstruował. Nie może być jednego odgórnego pomysłu, jak się uczyć, minister nie może tak robić!" - przekonuje. "Słyszę często, że babcia, dziadek, znajomi mówią: dlaczego robisz krzywdę dziecku? Te głosy będą zawsze. A my mamy prawo żyć i wybierać, jak czujemy, że jest dobrze!"

Tłum rodziców i dzieci zmienia się w barwny pochód, wraz z cyrkowcami na szczudłach ruszają pod budynek Ministerstwa Edukacji Narodowej. Mają megafony i transparenty. Niosą też petycję. "Tysiące uczniów i uczennic jest dyskryminowanych i marginalizowanych z racji obrania innej, niż konwencjonalna, ścieżki nauczania" - napisali w niej; chodzi o zmniejszenie przyznawanych szkole publicznych środków. Barbara Jędrusiak, od początku prawa ręka Truszkowskiego, zwraca się do nas: "Jesteście najbardziej odpowiedzialną i proaktywną grupą ludzi w Polsce, jaką znam. Chcę i żądam, żeby to było szanowane, a nie podważane, krytykowane czy wręcz dyskryminowane! [...] Kiedy będzie trzeba, wyjdziemy na ulice w jeszcze większej liczbie osób" - zapowiada1.

Rozlegają się krzyki i brawa.

Gdy Zośka przeszła do Szkoły w Chmurze, odkryłam, że wielu znajomych też ma tam dzieci. Adela, córka kolegi, przeszła z renomowanej warszawskiej placówki.

- Myślałam, że im lepsze liceum, tym większą przestrzeń daje indywidualistom, ale było totalnie inaczej, nauczyciele nas ograniczali. Kolegów, którzy dla mnie byli najciekawsi, najbardziej utalentowani, oni traktowali jak nieogarnięte przypadki i ciągle się ich czepiali. Kiedy pojawiła się opcja Chmury, aż siedem osób przeszło, właśnie tych kreatywnych. Nauczyciele najpierw z nich się śmiali, z taką lekką pogardą, potem zaczęli się trochę bać. Koledzy mówili, że mają wolny czas, pełną samodzielność; coś idealnego dla mnie. Ale z drugiej strony miałam takie przeczucie: to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Gdzie jest haczyk? - opowiada o swoich wahaniach Adela. - Któregoś dnia polonistka zebrała zeszyty. Liczyłam na piątkę, dostałam trójkę. Dlaczego? Bo brakowało notatki o Freudzie w interpretacji bohatera oraz strukturalistach i poststrukturalistach. Tylko że ja te tematy znałam bardzo dobrze, mogłam spokojnie od razu to udowodnić. Nie dała mi szansy się odezwać.

"Wystarczy - powiedziała potem do mamy. - To miejsce jest toksyczne. Chcę spróbować inaczej". I w połowie trzeciej klasy odeszła bez żalu, jakby chodziło o przelotną znajomość, którą można zakończyć jednym kliknięciem. Zawsze interesowała się nauką i była samodzielna, więc od tego momentu po prostu siadała do książek sama, według własnego harmonogramu. Bez dzwonków, sprawdzianów i notatek, które trzeba robić nawet wtedy, kiedy nie mają większego sensu.

Adela jest jedną z wielu licealistek i licealistów, którzy zupełnie legalnie zniknęli z tradycyjnych klas w całym kraju. W roku szkolnym 2023/2024 było ich już aż 26 tysięcy2. W Warszawie, stolicy nie tylko Polski, ale także edukacji domowej, co dwudziesty uczeń liceum uczył się właśnie w tym trybie3.

"To nie nasz problem" - odpowiadali dyrektorzy liceów, gdy pytałam ich o uczniów, którzy się wypisują, by uczyć się samodzielnie.

- Klasy i tak są przepełnione. Osoba mniej? Wznosimy ręce do nieba w podziękowaniu za taki prezent od losu - przekonywała jedna z dyrektorek.

W tamtym roku szkolnym w edukacji domowej pozostawało łącznie około 50 tysięcy uczniów podstawówek i liceów. To tyle, ile mieszkańców mają Ostrołęka, Tarnobrzeg albo Wejherowo. Tyle samo w tamtym czasie zarejestrowano w Polsce samochodów elektrycznych. I liczby te rosną z roku na rok. Najwięcej - 28 tysięcy uczniów - uczęszczało do Szkoły w Chmurze.

Dla Adeli, kreatywnej indywidualistki, odejście do Chmury nie było złą decyzją. Mówi, że uczyła się więcej. Zniknęła wewnętrzna blokada: zaczęła tworzyć filmy, publikować je na YouTubie. Biegała, chodziła na siłownię, mądrzej się odżywiała. Przez serwis Reddit poznawała nowych ludzi, każdy z nich miał jakąś pasję: szycie, komputery, muzyka.

- W realu bardzo sympatyczni, tylko trochę wycofani. Dziś już z żadnym z nich nie mam kontaktu - opowiada.

Po niej odeszła jeszcze jedna koleżanka.

- Miała grać na bębnach, zdobyć sławę. Plan nie wypalił. Była spoza stolicy, po przejściu do Chmury została praktycznie odcięta od starej klasy. Nastrój szybko się pogorszył, doszły używki i alkohol. Co się z nią dzieje? Nikt nie wie.

Matura na stadionie Legii dla 2,4 tysiąca uczniów Szkoły w Chmurze przebiegła jak w zegarku. Adela dostała się na wymarzone studia. Ma plan, by zdawać jeszcze na reżyserię do szkoły filmowej w Łodzi.

- Jak Zośka potrafi uczyć się sama, to też da radę. Jeśli nie, to może być ciężko - podsumował tata Adeli.

Co się stało, że młodzi ludzie i rodzice z dziećmi uciekają od tradycyjnego systemu? Czemu nagle chcą brać edukację we własne ręce?

Jakub Celij z Koła Nauk Psychologicznych PRAGMA Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadził na zlecenie Fundacji Edukacji Domowej ankietę wśród rodziców. Wzięło w niej udział prawie pięćset osób.

- Staraliśmy się zachować naukową neutralność, ale to raczej przegląd nastrojów niż badanie z prawdziwego zdarzenia - przyznaje. Wyjaśnia, że ankiety prowadzone były tylko wśród rodziców, którzy już przeszli do edukacji domowej, czyli nie wśród wszystkich, a to poważne ograniczenie.

Badanie składało się z dwóch części. W pierwszej - trzy pytania otwarte: o wady edukacji tradycyjnej, wady edukacji domowej i powody przejścia. W drugiej - prośba o wskazanie, która z wad doskwiera najmocniej. W przesyłanych mailowo odpowiedziach Celij dostrzegł przede wszystkim silne emocje: z większości wylewały się frustracja i złość. Powtarzały się opinie, że "system jest przemocowy", "krzywdzi dzieci", "jest przestarzały", "nauczyciele nadużywają swoich kompetencji". Wyłaniał się z nich obraz ucieczki - nie "do" czegoś, tylko "od": "szkoła każe myśleć szablonowo", "produkuje klony". Tylko w nielicznych bardziej opisowych odpowiedziach można było przeczytać: "Moje dziecko ma niepełnosprawność. Nie odnajdywało się w grupie. W edukacji domowej może uczyć się w swoim tempie". Albo: "Wyjeżdżamy za granicę, a nie wiemy, czy dziecko poradzi sobie z nauką w obcym języku".

Celija zaskoczyło, że ankietowani nastawieni są zero-jedynkowo. System edukacji oceniali skrajnie nisko. Edukację domową - w samych superlatywach. Jeśli pojawiały się jakieś problemy, to na zewnątrz, bo "społeczeństwo źle na nas patrzy", a "państwo nie pomaga".

- Zwykle w ankietach ludzie nie zaznaczają skrajnych odpowiedzi. Tu było ich bardzo dużo. Zastanawiało mnie, skąd te ekstrema.

Wielu rodziców podało w odniesieniu do edukacji domowej: "nie ma wad".

- To zapaliło mi lampkę. Czy jakikolwiek system: edukacji, zdrowia, bezpieczeństwa, może być całkowicie pozbawiony wad? Jeśli ktoś mówi, że nie ma nic do poprawy, to zamyka dyskusję. Często nie znaczy to, że problemów nie ma, tylko że nie chce się ich widzieć. Bo nawet dziecko, które według rodziców "samo szybciej radzi sobie z materiałem", może odczuwać krzywdę, której oni nie zauważają - tłumaczy Celij i dodaje, że polaryzacja bywa niebezpieczna, zakłada klapki na oczy. - Przecież to nie jest kwestia: my dobrzy, oni źli. To nie jest bitwa jak na scenie politycznej, a zaczyna to tak wyglądać.

Sondaż nie dostarczył więc odpowiedzi, na które liczył.

- Chciałem pokazać pełny obraz obu rozwiązań: co w nich działa, jakie są ich ograniczenia. Bo wtedy rodzic może podjąć świadomą decyzję, taką, która odpowie na potrzeby dziecka. Niestety otrzymałem obraz czarno-biały. Były pojedyncze głosy krytyczne, że w edukacji domowej brakuje czasu spędzanego z rówieśnikami, zajęć dodatkowych i dostępu do pracowni specjalistycznych. To pokazuje, że jednak jest tu pole do poprawy.

Celij podkreśla, że praca jego koła powinna być wstępem do większego projektu. Nowych informacji mogłoby dostarczyć badanie porównawcze kompetencji dzieci i młodzieży w obu systemach, prowadzone przez kilka lat.

- Nic nie jest jednoznaczne. Szkoła stacjonarna rozwija kompetencje społeczne. Tak, ale nie zawsze. Czasem je hamuje. Wszystko zależy od kontekstu. Dziecko może tam znaleźć przyjaciół, ale też może doznać przemocy rówieśniczej. Bardzo cenne byłoby poznanie skali i zależności, bo tych danych wciąż brakuje.

Wyniki ankiety Celij zaprezentował w Warszawie na konferencji Fundacji Edukacji Domowej. 28 czerwca 2024 roku do hotelowej sali przyszły tłumy: propagatorzy homeschoolingu, przedstawiciele szkół alternatywnych, rodzice. "Wielkim rozczarowaniem współczesnych rodziców jest to, że szkoły nie odpowiadają na indywidualne potrzeby ich dzieci - komentowała ankiety ze sceny Gabriela Letnovska, która z ramienia Fundacji Edukacji Domowej nadzorowała analizę. - Właśnie to niewpasowanie się dzieci w standardowy szkolny model nauczania jest najczęstszą przyczyną przejścia na edukację domową. System wypycha zarówno dzieci ze szczególnymi potrzebami edukacyjnymi, jak i te wybitnie zdolne"4. Jedna z kobiet, która podczas dyskusji spontanicznie zajęła "gorące krzesło" przygotowane dla rodzica, podzieliła się własną historią o edukacji domowej. "W naszym domu nauka to magiczna przygoda" - opowiadała. Z uniesieniem powtarzała: "wolność od systemu", "czas spędzony na tym, co ważne". Ci, którzy dopiero niedawno zetknęli się z tą formą nauki, notowali i wymieniali wizytówki. Wśród nich - Katarzyna, nauczycielka matematyki.

Przez lata wierzyła, że jest naprawdę dobra w tym, co robi. Aż któregoś dnia nie miała siły wstać z łóżka. Trafiła na długie zwolnienie lekarskie. Na konferencję Fundacji Edukacji Domowej przyjechała z Lublina. Szuka nowego miejsca: innej szkoły, a może nawet innej siebie.

- Teraz liczą się tylko staniny - tłumaczyła mi podczas przerwy na kawę. - Nie słyszała pani?

I wyjaśniła, że kiedy dziecko pisze egzamin ósmoklasisty albo maturę, podawany jest nie tylko wynik procentowy. Jest jeszcze coś - stanin. Nazwa pochodzi od angielskich słów standard nine. Skala staninowa przyporządkowuje każdemu miejsce w jednym z dziewięciu przedziałów na krzywej w kształcie dzwonu (w statystyce mówi się o niej rozkład normalny lub krzywa Gaussa). W krańcowych staninach, najdalszych od środka dzwonu, znajdują się uczniowie z wynikami najgorszymi lub najlepszymi (odpowiednio po cztery procent populacji). W środkowym staninie uczniów jest najwięcej - dwadzieścia procent. To średnia, przeciętność, norma. Stanin nie mówi, ile wiesz. Mówi, jak różnisz się od reszty zdających. Możesz napisać egzamin na 80 procent i być w staninie piątym. Możesz na 70 procent i znaleźć się w siódmym. Zależy, jak poszło innym.

- Szkoły też mają staniny - kontynuowała Katarzyna.

Dzięki raportom Centralnej Komisji Egzaminacyjnej szkoły wiedzą, jak wypadły względem średniej ocen, choć określenie "najlepsza" czy "najgorsza" w nich nie pada. To dane, które krążą wewnętrznie, nie są publikowane. Dlatego, choć do Polski staniny przyszły dość dawno, w 2002 roku, razem z wprowadzeniem systemu egzaminów zewnętrznych, mało kto o nich słyszał. Rozgłos zdobył za to ranking szkół miesięcznika edukacyjnego "Perspektywy" - budzi zainteresowanie rodziców i wywołuje otwartą rywalizację między szkołami. Staniny działają w ukryciu, ale dla dyrektorów potrafią być ważniejsze niż ranking "Perspektyw". Dzięki nim dyrektorzy pokazują organowi prowadzącemu szkołę na przykład: nasi uczniowie są powyżej średniej. I motywują nauczycieli, by trzymali poziom.

- Siódmy stanin to nic, zdobyliśmy ósmy - wspominała Katarzyna. - Wciąż za mało. Ma być dziewiąty. Bo sąsiednia szkoła zdobyła dziewiąty, najwyższy. Dyrektor na radzie pedagogicznej patrzył na nas i pytał: "I co my teraz zrobimy?". Milczałam. Ale miałam ochotę krzyknąć mu w twarz: "Jak to co? Będziemy dbać o dzieci!".

Jakie są konsekwencje tej walki o staniny? Matematyka nie była mocną stroną jednego z uczniów Katarzyny. Kiedy z trudem podciągnął wynik, to był sukces.

- Był szczęśliwy, ja byłam szczęśliwa. Ale szkoła widziała w nim problem. Bo jednak nadal ciągnął nas w dół.

Ostatnio była wychowawczynią klasy ósmej. Osiemnaścioro uczniów i tylko pięcioro bez orzeczeń. Reszta - dysleksja, dysgrafia, ADHD. Dwóm ojcom sąd odebrał prawa rodzicielskie. Jeden chłopiec na indywidualnym nauczaniu, Katarzyna odwiedzała go w domu.

- Wracałam po pracy, moim dzieciom puszczałam bajkę, a sama nadal siedziałam w szkole. Wypełniałam papiery. Dla każdego z uczniów po kilkadziesiąt stron. W którymś momencie nie wytrzymałam. Po prostu nie poszłam do pracy.

Zaczęła na nowo z niewielką grupą dzieci, które nie odnalazły się w szkole rejonowej z powodu różnych problemów - afazji, spektrum autyzmu. Rodzice przenieśli je do edukacji domowej przy jednej z niepublicznych szkół. Działał tam klub z zajęciami dodatkowymi. Katarzyna prowadziła dla nich prywatne lekcje, trzy godziny tygodniowo. Zupełnie inaczej niż w szkole: matma w ruchu, bez ocen i staninów.

- Dziewczynka po trzeciej klasie, z traumą szkolną - opowiadała dalej. - Kroiłyśmy jabłka, rozciągałam nitki na podłodze. Dziewczyna szybko chwytała. Wyniki nie odbiegały od szkolnych. Może nawet były lepsze.

Teraz Katarzyna planuje stworzyć leśną szkołę: wynająć dom pod miastem, gdzie dzieciaki w edukacji domowej będą biegać na bosaka i rozwijać się bez presji. Bez klas z rzędami ławek. Wśród natury.

- Nie chcę już stresu, zmuszania, odpytywania - mówiła mi. - Dzieci powinny się uczyć, bo chcą. Jak mój syn w przedszkolu. Wchodził tam jak zaczarowany, pisał literki, bo go fascynowały. Pani nawet nie zauważyła, jak zaczął czytać. Nie wyobrażam sobie posadzić go w ławce. Kiedy zmuszamy dzieci, one się zniechęcają. I już nigdy nie wracają do tej fascynacji.

Konferencja Fundacji Edukacji Domowej tylko utwierdziła Katarzynę w jej planach.

- Będziemy silni, jeśli będzie nas więcej. Razem powiemy, że nie chcemy tak uczyć dzieci. Nie chcemy stresu i szeregowania według wyników. Tak nie powinno wyglądać ani życie dzieci, ani nauczycieli.

- Wiejskie szkoły nie są sielankowe. W naszej kilku chłopaków siało terror, reszta klasy miała piekło. Wyśmiewanie, wyzwiska, znęcanie się nad kozłem ofiarnym były na porządku dziennym - opowiada Ewa z Podlasia. - W takiej małej społeczności nie bardzo masz gdzie uciec. Jeśli jesteś ofiarą, to naprawdę dojmujące.

Ewa liczyła, że rozmowa z wychowawczynią coś zmieni. Straciła złudzenia, kiedy jeden z chłopaków popchnął Zuzę, jej córkę, na oczach nauczycielki, a ta nie zareagowała. Po tym incydencie Zuza oznajmiła, że do szkoły nie pójdzie za nic. Wiejska podstawówka stała się pułapką.

- Wcześniej nie dawała się, potrafiła tym kolegom odpowiedzieć. Bałam się, że teraz się rozsypie. Nie mogłyśmy się przenieść, bo w okolicy innej szkoły po prostu nie ma.

Ewa niewiele wiedziała o edukacji domowej, ale coś ją tknęło. Może to nie takie głupie? Znajoma psycholożka pokiwała głową, że tak, że super, że coraz więcej osób tak robi: przechodzą na naukę w domu i w końcu oddychają z ulgą. Jest więcej luzu i spokoju. Ewa zrozumiała, że nie ma na co czekać: "Czyli co, uczymy się w domu?" - zapytała córkę. Zuza zgodziła się bez wahania. W czwartej klasie nie poszła już do szkoły.

- Ciesz się, do szkoły masz rzut beretem - przekonywałam córkę, gdy dostała się do liceum. Mieszkamy w Wilanowie. Stamtąd to tylko kilka przystanków autobusem, a po drodze można spotkać jeża albo dziki. W pobliżu szkoły pałac królewski, miejski basen, biblioteka i Muzeum Plakatu. Dawniej konno jeździli tu Marysieńka z Sobieskim. Dziś ścieżkami zasuwają dzieciaki na hulajnogach. W witrynach kawiarni odbijają się zaparkowane SUV-y. Naprzeciwko Miasteczko Wilanów, największe osiedle w stolicy. Apartamentowce z jasnymi dziedzińcami, kolumnami pożyczonymi z innych epok i aspiracjami do pałaców, gdzie odwieczne są tylko marzenia o awansie. Wycięte z katalogu dewelopera, wklejone w rzeczywistość. We wrześniu 2021 roku, półtora roku po wybuchu pandemii, do szkół i na ulice powoli wracała normalność.

Zosia miała jednak minę, jakby przegrała w planszówce. To nie był ten legendarny ogólniak, o którym marzyła. Lecz szybko się okazało, że klasa trzyma poziom. Nauka w nowej szkole zaczęła przypominać jazdę rowerem po dziurach. Kilka dni choroby - od razu gorsze oceny. Trzeba kręcić pedałami szybciej, poprawiać sprawdziany, bo już zaraz nowe. Albo manewrować - robić slalom między szkołą, harcerstwem i wychodzeniem z psem. Zosia walczyła o każdą minutę. Światło w jej pokoju paliło się długo w nocy. Na biurku piętrzyły się puste puszki po Monsterach i resztki zupki chińskiej. Na lekcjach głowa sama opadała.

Pierwsza klasa minęła nawet nie wiadomo kiedy, a po wakacjach Zosia usłyszała o Szkole w Chmurze: niby normalna szkoła, a jednocześnie zupełnie nie. Nie ma tam sprawdzianów i ich poprawiania. Naukę można rozpocząć od razu. Języki obce, rozszerzenia - wybierasz, co chcesz. Stanowczo oznajmiła, że chce się tam przenieść, i znalazła dla nas patrona - tak nazywano rodzica, który poręcza za nowych i ich wprowadza. Wydrukowała dokumenty. Wniosek, rezygnacja z dotychczasowego liceum i oświadczenia. Dużo oświadczeń: o warunkach do nauki, o przystępowaniu do egzaminów, o rozszerzeniach.

Pochylałam się nad tymi papierami i wciąż zastanawiałam: czy to dobry pomysł? Powinnam zaufać jej decyzji, ale wątpliwości nie dawały mi spokoju. "Nie uda się? Najwyżej wróci do szkoły. Normalnej szkoły" - myślałam.

I podpisałam. Drżącą ręką, jak wyrok skazujący oparty na poszlakach. Wrotki zostały odpięte.

- Jestem już w Chmurze! - oświadczyła triumfalnie Zosia parę dni później.

- Co?

- No... już jestem.

Był poranek, wciąż próbowałam poskładać myśli.

- Idź do szkoły! - powiedziałam odruchowo, jakbym chciała się cofnąć do starego porządku. Jedynego, który znałam.

Wróciła już po pierwszej lekcji. Nauczycielka sprawdziła obecność, jej nazwiska nie wyczytała. Już jej nie było.

Jeszcze wczoraj pakowała zeszyty, nastawiała budzik, z kubkiem melisy szła do pokoju. Dźwięczały powiadomienia z Librusa i Messengera. Dziś koniec. Jakby ten rozdział nigdy nie istniał. Bez żadnego uprzedzenia, bez pożegnań. Dawna klasa idzie dalej, nikt się nie ogląda. A my? Zrywamy z lodówki plan lekcji przyklejony taśmą. Rozpoczynamy drogę w nieznane.

Czy to ma szansę dobrze się skończyć? Czy edukacja domowa to tryb awaryjny, który pozwoli nam dotrwać do końca szkoły - czy może wejście na wyższy poziom, test, który zdają tylko ci, którzy naprawdę wiedzą, czego chcą? "Trochę zaufania, sama wiem, co robić!" - powtarzała pewna siebie Zosia. Poskromiłam więc swoją skłonność do kontroli, zajęłam się pracą i przestałam zaglądać do córki pod byle pretekstem. Chciałam wierzyć, że będzie dobrze.

W serii ukazały się ostatnio:

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)

Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet

Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach

Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)

Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy

Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu (wyd. 2 zmienione)

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)

Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry

Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)

Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji

Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 3)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)

Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach

Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo

Marek Szymaniak Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)

Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast (wyd. 2)

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)

Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści w Niemczech

Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości

Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji "Wisła" (wyd. 3)

Emilia Sułek Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 4)

Aneta Pawłowska-Krać Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD

Agnieszka Zielińska Gdzie słońce spędza zimę. Historie z Andaluzji

Katherine Eban Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków

Marcin Stasiak Lekarze prowincjonalni

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 3)

Anna Kiedrzynek Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce

W serii ukaże się m. in.:

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 6)

Pod choinkę od pani minister

Skąd się wzięła edukacja domowa w III RP? Formalnie zaczęło się od prawa oświatowego z 1991 roku, uchwalonego przez liberalny rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego. Jeszcze podczas obrad Okrągłego Stołu deklarowano otwarcie się na pluralizm w szkolnictwie. Członkowie zespołu oświatowego dyskutowali o tym, że do szkół trzeba wpuścić więcej demokracji, zaakceptować społeczne inicjatywy, bo i tak będzie to margines szkolnej rzeczywistości, a wniesie różnorodność, postęp, uwolni talenty.

Zapis w ustawie brzmiał sucho: "Na wniosek rodziców dziecka dyrektor szkoły może zezwolić na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą. Dziecko spełniające obowiązek w tej formie może otrzymać świadectwo ukończenia szkoły podstawowej na podstawie egzaminu klasyfikacyjnego przeprowadzanego przez szkołę, której dyrektor udzielił zezwolenia na taką formę spełniania obowiązku szkolnego"1. Pozwolono więc, by rodzice zapisali swoje dziecko do publicznej placówki, a następnie - jeśli chcieli i czuli się na siłach, a także porozumieli się z dyrektorem szkoły - uczyli je sami w domu. Przepis był, ale zabrakło instrukcji, jak traktować osoby uczące się poza szkołą. Jak je nadzorować? Jak finansować? Nikt tego nie określił. Wszystko zależało od pomysłów i dobrych chęci rodziców oraz dyrektorów. Kontrolę jakości takiej nauki miał zapewnić jeden egzamin na zakończenie szkoły podstawowej.

Ile osób skorzystało wtedy z tego zapisu? Trudno dziś ustalić. Na jednym z blogów poświęconych edukacji domowej można wyczytać, że bezpośrednio po uchwaleniu nowego prawa do edukacji domowej przeszedł na jeden semestr pewien chłopiec z Zielonej Góry, który miał problemy zdrowotne2. Więcej śmiałków pojawiło się kilka lat później. W połowie 1995 roku, gdy rządziła koalicja SLD-PSL z Waldemarem Pawlakiem na czele, o zgodę na tę eksperymentalną formę nauki wystąpili Izabela i Marek Budajczakowie z Ponieca w Wielkopolsce. Budajczak, z wykształcenia pedagog, pracownik Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, czytał książki Rolanda Meighana3, brytyjskiego socjologa edukacji, który w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych atakował system szkolny. W środowisku akademickim Meighan miał opinię po części edukacyjnego heretyka, po części wizjonera. Naukowiec rozwijał pojęcie "ukrytego programu", który szkoła realizuje jakby mimochodem, obok oficjalnych przedmiotów. Nie był pierwszy ani jedyny - już wcześniej badacze edukacji i socjologowie zwracali uwagę, że szkoła nie tylko przekazuje wiedzę, ale też wpaja posłuszeństwo wobec reguł, hierarchii i autorytetów, a także narzuca, jakie zachowania są "właściwe", a jakie nie. Jest instytucją, która - także poprzez sam swój sposób organizacji - utrwala istniejący porządek społeczny, w tym również nierówności. Meighan krytykował traktowanie uczniów jak jednolitej masy, która ma być posłuszna, przewidywalna i łatwa do kontrolowania. Przekonywał, że przyszłość edukacji to podejście indywidualne i szacunek dla ich autonomii.

Marek Budajczak razem z żoną Izabelą postanowili wypróbować nowe idee u dwójki swoich dzieci. Zamiast pójść do szkoły w klasie drugiej i trzeciej, zostały w domu. Od tej pory w mieszkaniu przy ulicy Drożdżyńskiego w Poniecu słychać było języki obce, historię sztuki i dzieła filozofów. "Nasza mama uczyła się najpierw sama języka włoskiego, by potem tę wiedzę przekazywać nam. Podobnie tata, nieznoszący matematyki, gdy sam chodził do szkoły. Dla nas starał się ją zrozumieć, by móc nam ją potem wytłumaczyć"4 - wspominała starsza Emilia. Dyrektor wydał zgodę na nauczanie domowe, pod warunkiem że rodzeństwo co roku przystąpi do egzaminów, i ostrzegł, że w razie niepowodzenia dzieci będą powtarzać klasę. Za pierwszym razem zdały bez problemu. W kolejnym roku egzaminy odbywały się dzień po dniu i były tym trudniejsze, że zabrakło wcześniejszych konsultacji co do ich kształtu. Wicedyrektorka miała przy tym powtarzać: "Oddajcie nam nasze dzieci!"5. Budajczak zaczął w pismach do MEN podważać legalność tego rozwiązania. Tłumaczył, że szczegółowe odpytywanie na egzaminach uniemożliwia mu realizację własnego programu, który jego zdaniem "nie był gorszy od szkolnego". "Nie po to zdecydowałem się na domową edukację"6 - stwierdził wiele lat później w rozmowie z "Gościem Niedzielnym". Odniósł połowiczny sukces, ale w 1999 roku, gdy Emilia kończyła szóstą klasę i po wakacjach miała rozpocząć naukę na poziomie właśnie wprowadzanego gimnazjum, dyrektor ponownie nakazał jej stawić się na egzaminach klasyfikacyjnych. Budajczak odmówił podporządkowania się tej decyzji i skierował sprawę do Naczelnego Sądu Administracyjnego. NSA po półtora roku odrzucił tę skargę7. W tym czasie dyrektor zdążył już cofnąć pozwolenie na edukację domową i odesłał Pawła i Emilię - wtedy, odpowiednio, trzynasto- i czternastoletnich - z powrotem do klasy czwartej i piątej. "Zapowiedział publicznie, że moje dzieci będą w kajdankach doprowadzone do szkoły. Procesowanie się przed sądami administracyjnymi trwało lata"8 - opowiadał Budajczak. W swojej książce Edukacja domowa opisał jeszcze inne perypetie, między innymi brak zniżek dla dzieci w komunikacji miejskiej z racji niewydania im legitymacji szkolnej czy nakładane na nich kary.

Bolesław Lipowicz, dyrektor szkoły podstawowej w Poniecu, inaczej wspominał tamte wydarzenia: "Miałem informacje od nauczycieli, że te dzieci są odizolowane od rówieśników, że siedzą ciągle w domu - mówił w rozmowie z reporterem Interii w 2008 roku, będąc już na emeryturze. - Moim zdaniem im działa się krzywda. Sparzyłem się na historii Budajczaków i drugi raz nie wyraziłbym nikomu zgody na edukację domową. Miejscem do nauki dzieci jest szkoła"9.

Budajczakowie stali się przewodnikami dla innych rodzin. Założyli Stowarzyszenie Edukacji Domowej - pierwszą w Polsce organizację, dzięki której rodzice mogli się integrować, wymieniać doświadczenia i wspólnie walczyć o przepisy, które respektowałyby ich edukacyjne wybory. "Mikroskopijne i wewnętrznie zróżnicowane środowisko polskiej edukacji domowej przechodzi od stanu rozproszenia i izolacji kolejnych rodzin do fazy samopomocy"10 - ogłosił Budajczak w książce Edukacja domowa, która ukazała się niemal równocześnie z rejestracją stowarzyszenia.

Sprawa wykształcenia jego dzieci pozostawała przez lata nierozstrzygnięta. Jako dwudziestolatkowie wciąż formalnie nie mieli ukończonej podstawówki. Zdali wprawdzie w Polsce SAT (Scholastic Assessment Test)11, ale ta "amerykańska matura" nigdy nie była odpowiednikiem polskiej i nie dawała prawa do studiowania na uczelniach wyższych w kraju. Kuratorium nie uznało więc tych dyplomów. "Okazało się później, że Polska nostryfikuje nie świadectwa maturalne, ale świadectwa ukończenia amerykańskiej szkoły średniej. Trzeba było ją zatem konsekwentnie zaliczać. Po kolejnej biurokratycznej batalii dopięliśmy swego"12 - opowiadał Budajczak. Ostatecznie Emilia zrezygnowała ze studiów; pracuje online jako nauczycielka języków obcych i tłumaczka. Paweł ukończył pedagogikę na Uniwersytecie Adama Mickiewicza i psychologię w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz był streetworkerem w jednej z organizacji pozarządowych.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Wstęp

- Chodź, pogadamy - zaproponowała któregoś dnia Zosia.

Ruszyłyśmy na spacer osiedlowym chodnikiem. Serce mi waliło.

- Słyszałaś o Szkole w Chmurze? - zapytała nagle.

Boże, jaka ulga. To nie to, co przyszło mi do głowy. Ale zaraz... Szkoła, do której nie trzeba chodzić? Zatrzymałam się w pół kroku. Na usta cisnęło mi się jedno: "Nie ma mowy!". Edukacja w domu - to brzmi fajnie. Ale co, jeśli Zosia zamknie się w swoim pokoju z YouTube'em i chipsami, a nauka to będzie "zaraz, mamo"? Chyba nie o to nam chodzi.

Wcześniej nie kojarzyłam nikogo, kto nie posyłałby dzieci do szkoły. Gdy sama dorastałam, nie było o tym dyskusji - do szkoły po prostu się szło. Tak robili wszyscy. Szkoła była poligonem przetrwania. Prace domowe odpisywało się nerwowo na kolanie, uważając, żeby nauczyciel nas nie przyłapał. Ściągi harmonijki chowało w rękawie - to była najlepsza kryjówka. Na technice zbijaliśmy z desek półkę według wskazówek Adama Słodowego, a że wciąż się rozwalała, po kryjomu zanieśliśmy ją do stolarza. Gdy stłukliśmy słoik z tasiemcami, nikt się nie przyznał. Pięć kilogramów makulatury - tyle trzeba było przywlec w siatkach, żeby zdobyć plus z zachowania. Paznokcie za długie? Marsz do łazienki, bo trzeba je skrócić, i żadnych protestów. W dzień wagarowicza wkładaliśmy peruki, płaszcze rodziców i uciekaliśmy w miasto - ten tolerowany rytuał miał dowodzić, że życie ucznia nie jest aż tak złe. Bunt brzmiał muzyką: Dezerter, Siekiera, The Clash przegrywane na Grundiga z Rozgłośni Harcerskiej. Koncerty lokalnych kapel w domu kultury w Mysłowicach były świętem. Marzyliśmy o skórzanej kurtce, takiej ze zdjęć z Jarocina oglądanych w "Razem" albo "Na Przełaj". Bez szans.

Edukacja domowa zawsze wydawała mi się ekscentryczna. Czy dzieci naprawdę jej potrzebują, czy są tylko obiektem eksperymentu dorosłych? A może nie istnieje jedna słuszna droga? Przecież Zośka ma piętnaście lat i swoje zdanie. Tylko czy powinnam ją wspierać, gdy doświadczenie podpowiada mi coś zupełnie innego? W mojej głowie kłębiły się teraz sprzeczne myśli. Stałam na chodniku nieruchomo, jak na peronie, gdy tłum już rusza. I nie wiedziałam: zostać tu, gdzie stoję, czy zrobić krok?

Córka nie odpuszczała.

- W szkole tylko tracę czas - przekonywała. - I tak wszystkiego uczę się sama w domu.

Pomyślałam, że może rzeczywiście to nie jest taka wielka różnica. Będzie więcej czasu, mniej zmęczenia. Żadnych zastępstw na przeczekanie i klasowych afer, bo ktoś rzucił żart, a ktoś inny się rozpłakał. Może takie są trendy, tak to się teraz robi?

- Okej, Zosia. Dajmy Chmurze szansę!

Kilka miesięcy później zdała egzaminy na koniec drugiej klasy Szkoły w Chmurze. Średnia - pięć. Rok wcześniej w tradycyjnej szkole - trzy i pół.

Obawy jednak nie zniknęły. Przeciwnie, zrozumiałam, że należy przyjrzeć się dokładniej tym nowatorskim prądom. Edukacja domowa staje się coraz bardziej popularna. Hasła: indywidualne podejście, empatyczna komunikacja, ludzie ważniejsi niż procedury - porywają uczniów, nauczycieli i rodziców. Ale dokąd prowadzą?

O tym jest ta książka. Nie jest ona poradnikiem ani próbą przekonania kogokolwiek. To obraz edukacji domowej, jaki wyłonił się z mojego dochodzenia - dziennikarki, która szukała odpowiedzi, i matki, która uczyła się na własnych błędach. To opowieść o obietnicach składanych przez orędowników tej formy nauczania, o jej sukcesach i związanych z nią rozczarowaniach. I jej ciemnych stronach - bo to także biznes, ambicje i pokusy.

Przeszłam tę drogę od chwili, gdy - niewiele się namyślając - dałam Zosi zielone światło dla porzucenia tradycyjnej szkoły, aż po zdaną przez córkę maturę; od fascynacji po zwątpienie. By zrozumieć, czym jest to, co wybraliśmy, rozmawiałam z rodzicami, nauczycielami, psychologami i decydentami. Czytałam dokumenty, analizowałam liczby oraz historie uczniów i powoli wyłaniał się z tego spójny obraz.

Rodzice traktują edukację domową jak plaster na niemoc systemu. Doznają szybkiej ulgi, ale ich wybór ma długofalowe skutki. Nie każda rodzina skorzysta z tej formy nauki tak, jak zakładała. Kto więc na edukacji domowej zyskuje, a kto traci? Warto przyjrzeć się temu bliżej.

Wszystkie przedstawione tu osoby i zdarzenia są prawdziwe, choć niektóre imiona na prośbę bohaterów zostały zmienione.