ROZDZIAŁ I
MŁODOŚĆ IRENY SENDLEROWEJ
Otwock, 1910-1932
W żydowskich podaniach ludowych historia Polski rozpoczyna się o zmierzchu pewnej spokojnej letniej nocy. Na skraju nieba ciemnieje las[1]. Zmęczona rodzina składa swój dobytek na jego trawiastej krawędzi, przy drodze, i zastanawia się: Jak długo przyjdzie nam się błąkać, zanim dotrzemy do ojczyzny? Czekają na przepowiedziany przez pradawnych przodków znak, lecz nie spodziewają się go tamtego wieczoru. Mają poranione stopy, ktoś szlocha cicho z tęsknoty za domem i żalu.
Wtem z milczącego lasu dobiegają ich dwie piękne ptasie nuty. Rodzina wie, że to na nie czekała. Po lin, po lin, szczebiocze ptaszek. W ich języku znaczy to "żyjcie tutaj". Tutaj, w miejscu, które od tej pory już zawsze nazywali Polską.
Gdzie znajduje się owa wioska w sercu Polski? Tego nikt nie wie. Mogła jednak przypominać niewielką nadrzeczną wieś Otwock, położoną na skraju wielkiego sosnowego lasu, nieco ponad 20 kilometrów na południowy wschód od Warszawy. W XIX wieku, kiedy to odnotowano owo podanie w jidysz, w Otwocku żyła chasydzka wspólnota o długiej już tradycji.
Pod koniec XIX wieku Otwock był domem nie tylko dla chasydów. W latach 90. miejscowość zdobywała sobie cichą sławę. W 1893 roku doktor Józef Marian Geisler otworzył tam uzdrowisko i klinikę dla gruźlików. Otwock był przyjemnie położony na prawym brzegu Wisły, otaczały go wysokie drzewa, a tamtejsze świeże powietrze uważano za wyjątkowo korzystne dla zdrowia. W sielankowej okolicy szybko wyrosły spore drewniane wille w stylu alpejskim, z rozległymi werandami i zdobnymi treliażami wzdłuż okapów dachów coraz to ładniejszych zabudowań. Wioska zamieniła się w modne uzdrowisko. Zaledwie dwa lata później, w 1895 roku, niejaki Józef Przygoda otworzył tam pierwsze sanatorium dla Żydów, ponieważ w tamtych czasach Polacy i Żydzi przeważnie żyli w dwóch odrębnych światach. Jego klinika również szybko zdobyła popularność. Otwock, dom licznej, ubogiej społeczności żydowskiej, szybko stał się ulubionym zaciszem Żydów z wyższej klasy średniej, którzy przyjeżdżali z Warszawy i mniejszych miejscowości z całej środkowej Polski[2].
Irena Stanisława Krzyżanowska - bo tak brzmiało jej panieńskie nazwisko[3] - nie urodziła się w Otwocku, lecz w następnych latach miejscowość ta okaże się ważna dla jej historii. Przyszła na świat 15 lutego 1910 roku w katolickim Szpitalu Świętego Ducha w Warszawie, gdzie jej ojciec Stanisław Henryk Krzyżanowski pracował jako lekarz i badacz chorób zakaźnych. Zmienne koleje losu sprawiły, że doktor Krzyżanowski wraz z żoną Janiną wrócił w rodzinne strony. Matka Ireny była energiczną, ładną kobietą bez żadnego zawodu. Ojciec Ireny był natomiast zagorzałym działaczem politycznym i szczycił się, że należał do pierwszych członków Polskiej Partii Socjalistycznej, która wkrótce zdobyła sobie szeroką popularność. Jako młody mężczyzna musiał zapłacić za swoje zaangażowanie wysoką cenę.
"Radykalny" program Polskiej Partii Socjalistycznej obecnie wydaje się umiarkowany. Stanisław Krzyżanowski wierzył w demokrację, równe prawa dla wszystkich obywateli, swobodny dostęp do opieki zdrowotnej, ośmiogodzinny dzień pracy oraz kres wyniszczającej dzieci tradycji pracy nieletnich. Jednak na przełomie XIX i XX wieku, zwłaszcza w rejonie o feudalnej, imperialnej historii, dla władz były to wysoce niepokojące postulaty polityczne. Stanisław jako student medycyny najpierw w Warszawie, a potem w Krakowie był wydalany z uczelni za udział w kierowaniu strajkami na kampusach i protesty pod rewolucyjnymi hasłami. Upierał się, że należy przeciwstawiać się niesprawiedliwościom tego świata. "Kiedy ktoś tonie, trzeba podać mu pomocną dłoń"[4]. Było to jedno z ulubionych powiedzeń ojca Ireny.
Na szczęście na Uniwersytecie Charkowskim, w położonym ponad 1100 kilometrów na wschód ukraińskim siedlisku tego typu radykalizmu, rzecz miała się zupełnie inaczej, i to właśnie tam Stanisław Krzyżanowski zdołał ukończyć szkołę medyczną. Charków był również jednym z intelektualnych i kulturalnych ośrodków żydowskiego życia i aktywizmu w Europie Wschodniej, a ojciec Ireny nie znosił szerzącego się wówczas w Polsce antysemityzmu. Wszyscy ludzie są równi. Rodzina Krzyżanowskich miała na Ukrainie jakieś korzenie. Podobnie familia jej matki, Grzybowscy. Doktor Krzyżanowski uważał, że dobry Polak mógł wywodzić się z każdego miejsca na świecie.
Po uzyskaniu dyplomu przez Stanisława i ślubie młode małżeństwo wróciło do Warszawy i najpewniej zostałoby tam na stałe, gdyby w 1912 roku dwuletnia Irena nie nabawiła się paskudnego przypadku krztuśca. Doktor Krzyżanowski musiał się przyglądać, jak jego mała dziewczynka walczy o każdy oddech, jak jej drobne żebra podrywają się do góry i ciężko opadają. Wiedział, że dzieci umierają na tę chorobę. Irenę trzeba było wywieźć z dusznego miasta. Świeże wiejskie powietrze pozwoliłoby jej swobodniej oddychać. Otwock był oczywistym rozwiązaniem. Stanisław się tam urodził, jego siostra i szwagier prowadzili tam interesy, było to znane już uzdrowisko, w którym młody energiczny lekarz powinien odnaleźć dla siebie sporo szans. W tym samym roku cała rodzina przeniosła się do Otwocka. Krzyżanowski, przy pomocy agencji nieruchomości szwagra Jana Karbowskiego, otworzył w wiosce prywatną praktykę jako specjalista w leczeniu gruźlicy, i czekał na pierwszych pacjentów[5].
Zamożniejsi miejscowi oraz eleganccy przyjezdni nie przekonali się do niego od razu. Natomiast z trudem wiążący koniec z końcem rolnicy i liczni biedni Żydzi byli mniej wybredni. Wielu polskich lekarzy odmawiało leczenia Żydów, zwłaszcza ubogich. Krzyżanowski był inny. Zależało mu na zmienianiu świata na lepsze. Każdego pacjenta witał serdecznie, z radosnym uśmiechem, i nie dbał o pieniądze[6]. Ponieważ Żydzi stanowili prawie połowę lokalnej ludności, miał pełne ręce roboty[7]. Już wkrótce cały Otwock mówił, że doktor Krzyżanowski to dobry człowiek, a wielu członków żydowskiej społeczności, zarówno biednych, jak i bogatych, kierowało się na wizytę do domu ciężko pracującego lekarza.
Choć Stanisław Krzyżanowski był lekarzem, a znaczną część jego pacjentów stanowili ludzie ubodzy (ponieważ pomocy wielkodusznych zawsze potrzebuje więcej biednych niż bogatych), był człowiekiem zupełnie bezpretensjonalnym. Drzwi jego domu stały otworem dla każdego, a Janina była przyjacielską osobą, która lubiła towarzystwo. Byli zachwyceni, gdy ich córeczka zaprzyjaźniła się z dziećmi z żydowskich rodzin. Rodzin, które również przyjmowały ją bardzo ciepło. W wieku sześciu lat Irena mówiła płynnie w "ulicznym" jidysz, wiedziała, które parowy za sanatorium najlepiej nadają się do zabawy w chowanego i od których murów najlepiej odbija się piłka. Przywykła do widoku żydowskich matek w barwnych chustach na głowach, nauczyła się, że przy odrobinie szczęścia aromat chleba pieczonego z kuminem oznacza smakołyki[8]. "Dorastałam z tymi ludźmi. Ich kultura i tradycje nie były mi obce", opowiadała[9].
Możliwe, że wśród żydowskich dzieci, które Irena poznała w wieku pięciu lub sześciu lat, był Adam Celnikier. Nikt nie zna przebiegu ich pierwszego spotkania. Mogli poznać się już wtedy, ale to wyłącznie domysły. Może Adam był rozmarzonym chłopcem uwielbiającym czytanie. Z całą pewnością był taki jako dorosły. Miał kędzierzawe, rudobrązowe włosy i ciemną skórę, a jego długi, ładny nos pasował do powszechnego wyobrażenia o Żydach. Być może Adam należał do pierwszych towarzyszy zabaw Ireny, choć jego rodzina była bardzo bogata i co nie zdarzało się często, doskonale znała polski. Matka Adama miała na imię Leokadia, a chłopiec miał masę ciotek, wujków i kuzynów o imionach takich jak Jakub czy Józef. Jego rodzina nie mieszkała w Otwocku przez cały rok; domy i firmy posiadała w całej Warszawie. Niemniej podczas beztroskich miesięcy lata Irena mogła spotykać się z Adamem.
Jej pierwsze wspomnienia z dzieciństwa w Otwocku miały magiczną aurę, a ojciec wprost ubóstwiał córkę. Stanisław miał podwinięte wąsy, które wywijały się jeszcze wyżej, gdy się uśmiechał, i nie szczędził jedynaczce ciepłych uczuć. Ciotki Ireny nazywały go "Stasiem", a kiedy przytulał i całował Irenę, napominały go:
- Nie rozpieszczaj jej, Stasiu. No bo co z niej wyrośnie[10]?
Ale Stanisław tylko puszczał Irenie oko, tulił ją jeszcze mocniej i odpowiadał ciotkom:
- Nie wiemy, jak potoczy się jej życie. Może moje objęcia będą jej najmilszym wspomnieniem?
I rzeczywiście, nie mylił się.
Irena wiedziała, że inne dzieci nie miały tyle szczęścia i nie mieszkały w przestronnej drewnianej willi należącej do wuja. Jej rodzina mieszkała w dużym, kwadratowym domu pod numerem 21 przy ulicy Kościuszki[11]. Liczył dwadzieścia pokoi i miał oszkloną werandę, która lśniła w promieniach słońca. Lecz wielu pacjentów doktora Krzyżanowskiego pochodziło z nizin społeczno-ekonomicznych, więc gdy ojciec Ireny obchodził gospodarstwa we wsi lub gdy chorzy przychodzili do rodzinnej kliniki, dziewczynka mogła przyjrzeć się nędzy i ubóstwu. Powoli dowiadywała się też od innych mieszkańców Otwocka, że nie wszyscy Polacy przypominali jej ojca. Irena dobrze poznała żydowską kulturę, a z czasem także trudy żydowskiego życia[12].
W 1916 roku, gdy miała sześć lat, ojciec postanowił dzielić z innymi owe trudy. W tamtym roku Otwock opanowała epidemia tyfusu i jak powiedziałby doktor Krzyżanowski, człowiek nie mógł cofnąć pomocnej dłoni tylko dlatego, że wiązało się to z ryzykiem. Bogaci trzymali się z dala od zatłoczonych, niehigienicznych miejsc, w których epidemia zbierała największe żniwo. Choroba była szczególnie niebezpieczna w domach pozbawionych czystej bieżącej wody i środków czystości. Biedni musieli się bez nich obchodzić, więc tyfus zabrał część żydowskich kolegów Ireny i ich rodziny. Lecz Stanisław Krzyżanowski niezmordowanie leczył chorych, zainfekowanych pacjentów.
Pierwsze dreszcze poczuł późną jesienią lub wczesną zimą 1916 roku. Doskonale wiedział, że tak wygląda początek tej strasznej choroby. Wkrótce przyszła wysoka gorączka, zaczął majaczyć. Ciotki na okrągło mu wymyślały. Mała dziewczynka nie mogła obcować z chorym, więc nie widywała taty. Wszystko wokół niej należało odkażać. Wraz z mamą musiały przenieść się do krewnych. Podczas choroby ojca Irena musiała obchodzić się bez rozpieszczających ją całusów i objęć. Ryzyko, że dziecko się zarazi, było zbyt wysokie.
Doktor zmagał się z chorobą przez wiele tygodni, toczył z nią osobistą, samotną bitwę, lecz do zdrowia już nie wrócił. Stanisław Krzyżanowski zmarł na tyfus 10 lutego 1917 roku. Pięć dni później Irena skończyła siedem lat.
Po pogrzebie matka Ireny starała się zachować spokój i nie płakać zbyt często. Ale Irena czasami słyszała jej szloch, a gdy ciotki myślały, że dziecko ich nie słyszy, wyłapywała ich pełne niepokoju szepty. Irena zastanawiała się, czy teraz będą biedni, tak jak pacjenci ojca. Przecież taki los czeka sieroty. Rozważała w swym dziecięcym umyśle, czy tata odszedł, bo była niegrzeczna, więc z całych sił próbowała być pomocna i posłuszna, żeby tylko mama też jej nie zostawiła. Matka była smutna, a przez smutek ludzie odchodzili. Lecz spokojne, ciche siedzenie w miejscu, podczas gdy ona chciała skakać i biegać po polach, było takie trudne. Nosiła w sercu węzeł strachu i dźwigała na swych drobnych ramionach dojmujący ciężar.
Po śmierci Stanisława wdowa rzeczywiście zubożała. Mieszkali w domu należącym do rodziny, ale mąż nie zostawił po sobie zbyt dużych oszczędności. Janina była młodą kobietą, ale gospodynią i matką, nie lekarką, a prowadzenie kliniki małżonka i opieka na dzieckiem wiązały się z ciężką pracą. Klinika nigdy nie przyniosła oszałamiającego sukcesu finansowego. Stanisław nie dbał o liczby. Nie był rozsądnym przedsiębiorcą, lecz idealistą. Zaczęła się trudna walka z przeciwnościami. Bez pomocy Janina z całą pewnością nie mogłaby sobie pozwolić na opłaty związane z edukacją córki. Wieść o losie wdowy rozeszła się po całym Otwocku i dała społeczności żydowskiej do myślenia. Doktor Krzyżanowski pomagał dzieciom Żydów, mimo że nie było ich stać na zapłatę za leczenie. Teraz oni zamierzali pomóc jego żonie i córce.
Gdy do jej matki przyszli miejscowi Żydzi, Irena siedziała cichutko z boku. Kiedy rabin przemawiał, jego długa broda kołysała się na boki. Miał na nosie malutkie druciane okulary, przez które jego oczy wydawały się ogromne. Przy żydowskich matkach, z ich zaplecionymi w warkocze włosami i dłońmi trzepoczącymi niczym fruwające ptaki, gdy rozmawiały i opiekowały się dziećmi, czuła się jak w domu[13].
- Pani Krzyżanowska - powiedzieli - zapłacimy za edukację pani córki.
Matka Ireny otarła oczy.
- Nie, nie - zaprotestowała stanowczo. - Bardzo wam dziękuję, ale jestem jeszcze młoda. Sama utrzymam córkę.
Janina była dumną i uparcie niezależną kobietą, a Irena ucieszyła się, że matka o nią zadba.
Niemniej z niezależności Janiny wyniknęły niekończące się problemy z pieniędzmi. W klinice było ciężko. Właścicielem budynku kliniki oraz willi był wuj Jan, ale w 1920 roku powiedział "dość". Nadszedł czas zamknięcia i sprzedaży placówki. Wuj Jan i ciotka Maria byli zamożni, lecz matka Ireny nie chciała żyć z ich datków[14]. Nie dopuszczała myśli, że mogłaby stać się dla kogoś brzemieniem, wolała skromnie zarabiać harówką przy haftowaniu. Wolała żyć skromnie i oszczędnie niż prosić o przysługi. Zadarła więc dumnie głowę i odparła szwagrowi: "Nie martw się". Poradzimy sobie w mieście. Zamierzały przenieść się do miasta, z którego wywodziła się rodzina Janiny. Jak dowiedziała się Irena, nazywało się ono Piotrków Trybunalski i leżało niedaleko Warszawy.
***
Życie w Piotrkowie wyglądało inaczej. Sosnowe lasy i drewniane wille Otwocka zniknęły. Zniknęli koledzy. Irena tęskniła za domem. "Nieustannie ciągnęło mnie w tamte okolice [w rejon Otwocka]", powiedziała[15]. Otwock był idyllą, symbolem idealnego polskiego lata. Był jej dzieciństwem.
Jednak pewien etap dzieciństwa Ireny dobiegł końca. Gdy robotnicy przyszli wynieść kufry wypełnione najlepszą rodzinną zastawą i pościelą, Irena zachodziła w głowę, jak to wszystko się zmieści w nowym miejskim mieszkaniu. Piotrków był ruchliwym miastem targowym z 50 tysiącami mieszkańców. Leżał przy głównej linii kolejowej z Warszawy do Wiednia, więc zniknęły też ciche wiejskie wieczory i odgłosy natury. Piotrków pobrzmiewał dzwonkami tramwajów i przenikającymi przez okna nawoływaniami ulicznych sprzedawców. Irenę otoczyły pełne emocji dyskusje o polityce i wolnej Polsce.
Polska przez wieki walczyła o niepodległość z dwoma agresywnymi sąsiadami, Rosją na wschodzie i Niemcami na zachodzie. W roku, w którym Irena przeprowadziła się z matką do Piotrkowa, konflikt z Rosją dotarł do kolejnego punktu zwrotnego. Całe miasto aż buzowało patriotyzmem i lewicowymi poglądami. Gdyby w rewolucyjnych dziejach Polski istniała jakaś "tea party", to Piotrków stałby się jej Bostonem. Panowało głębokie poczucie narodowej dumy, a gdy piotrkowskie dzieci, takie jak Irena, wstępowały do harcerstwa, ich edukacja nie ograniczała się do tekstów ogniskowych piosenek. Uczyły się paramilitarnej taktyki, by bronić granic ojczyzny przed najeźdźcami. Tamtego lata Polacy pobili i odparli spod Warszawy Armię Czerwoną, chociaż powszechnie uważano, że nie mają żadnych szans. Gdyby przyszła kolejna wojna, harcerze byliby najmniejszą armią Polski. Irena z dumą nauczyła się harcerskiego ślubowania. Będzie zaradna i wspaniałomyślna. Będzie można na niej polegać jak na Zawiszy. Dzieci słuchały z szeroko otwartymi oczyma, jak to w dawnych czasach rycerski Zawisza walczył za Polskę i nigdy, przenigdy się nie cofnął. Jednak serce Ireny najmocniej wezbrało determinacją, gdy przyrzekała na honor harcerza, że będzie przyjaciółką każdego, kto poprosi o jej przyjaźń.
Irena i jej matka wprowadziły się do mieszkania przy alei 3 Maja; dziś znajduje się tam tablica pamiątkowa. W roku przeprowadzki skończyła dziesięć lat. Mieszkanie było ciasne i być może nie zawsze idealnie schludne, ale szybko wypełnili je przyjaciele i goście. W końcu Janina wciąż była młodą kobietą, wdową przed trzydziestką, i miała w sobie swobodną, artystyczną iskrę. Uwielbiała zabawę i teatr. Sama także bywała melodramatyczna, ale przede wszystkim była ciepłą i troskliwą polską matką. Budynki otaczające piotrkowski rynek starego miasta, gdzie w weekendy Janina i Irena wybierały się na targ, były pomalowane w radosne odcienie różu, zieleni i żółci. W ciepłe wiosenne dni harcerze urządzali pikniki i ćwiczyli nad rzeką. Dziewczęta dumnie prezentowały umiejętności w udzielaniu pierwszej pomocy i uczyły się maszerować w wojskowym szyku, tak jak chłopcy. Nieskazitelny mundur Ireny ze znakiem lilijki - symbolem harcerzy i skautów z całego świata - wyglądał bardzo elegancko. Kiedy później zaczęła uczęszczać do miejscowego gimnazjum Heleny Trzcińskiej, nie zapomniała o harcerskiej przysiędze: "być czystą w mowie, myśli i uczynku; nie palić papierosów; nie pić alkoholu"[16].
Nie zmienia to faktu, że kochała zabawę i była radosną dziewczynką, która szybko znalazła sobie szkolną sympatię. Chłopak nazywał się Mieczysław "Mietek" Sendler[17]. W przedwojennej katolickiej Polsce po ukradkowych pocałunkach pobożne nastolatki z duszami na ramieniu maszerowały do spowiedzi, ale pod koniec liceum związek Ireny i Mietka nabrał powagi. Następnym nieodzownym krokiem było małżeństwo i obie rodziny przyzwoliły na ślub, gdy tylko młodzi skończą studia. Jesienią 1927 roku Irena i Mietek dostali się na Uniwersytet Warszawski, więc Janina znalazła dla siebie i córki niewielkie mieszkanko w stolicy, żeby Irena w trakcie nauki mogła mieszkać w domu. Jej przyszłość była ustalona.
Jednak już wkrótce cichy głos w umyśle Ireny zaczął szeptać, że wcale nie chce ustalonej przyszłości. Z całych sił próbowała go stłumić. Nauka na uniwersytecie była czymś nowym i ekscytującym. Mietek postanowił studiować filologię klasyczną, a Irena zdecydowała, że zostanie prawniczką. Był to odważny wybór jak na siedemnastoletnią dziewczynę, owszem, bardzo bystrą, ale raczej mało obowiązkową i niespokojną, tym bardziej że na dość staromodnym wydziale prawa nie spotykało się wielu kobiet. Profesorowie na każdym kroku tłamsili jej ambicje. Irena była oburzona, lecz dała za wygraną, po czym przeszła na polonistykę i postanowiła, że zostanie nauczycielką. Wszyscy dookoła byli zgodni, że to zdecydowanie właściwszy zawód dla dobrze wychowanej młodej Polki.
Natomiast zapewne właśnie podczas owego pierwszego roku na wydziale prawa po raz kolejny spotkała Adama Celnikiera, wrażliwego studenta o gęstych ciemnych włosach i zamiłowaniu do poezji romantycznej oraz ekstrawaganckich gestów. Można się zastanawiać, czy nie przypominał jej rycerskiego czarnowłosego Zawiszy, legendarnego bohatera polskich harcerzy. Irena szybko trafiła do grupy studentów, w której mogła go często widywać, pojawiły się elektryzujące uczucia. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Niekiedy siadali razem pod szumiącymi drzewami rosnącymi wzdłuż alejek kampusu i wspominali dzieciństwo. Częściej debatowali o sztuce i polityce. Rozmawiali też o prawie i przyszłości wolnej Polski. Gdy ich dłonie przypadkowo się dotykały, Irena czuła żar na policzkach, zapewne z powodu podniecenia wspólnie wyznawanymi ideami... Dyskusje z Adamem uderzały do głowy. Irena podzielała poglądy polityczne lewicującego, patriotycznego ojca, lecz Adam był radykałem. Był pełen życia, ucieleśniał teraźniejszość. Mietek należał do przeszłości, studiował martwe języki i przypominał Irenie o jej niezdarnej, nastoletniej wersji, której stanowczo próbowała się pozbyć. Adam chciał rozmawiać o otaczającym ich świecie, chciał wpływać na kształt przyszłości.
Lecz nic z tego nie mogło wyjść. Nawet jeśli Irena czasami utyskiwała na swój nastoletni związek, Mietek był jej wybrankiem. Ich życia i rodziny zdążyły połączyć się silnymi więziami. Adam był tylko zauroczeniem, rozsądna młoda kobieta nie zrywała z miłym chłopakiem pokroju Mietka tylko dlatego, że nagle przestała być pewna swoich uczuć. Liczył się obowiązek. Poza tym Adam też był już po słowie i sam doskonale znał dylematy Ireny. Około 1930 roku odbyła się ortodoksyjna uroczystość zaaranżowana przez obie rodziny, podczas której poślubił studiującą z nimi na uniwersytecie Żydówkę. Irena znała tę dziewczynę z zajęć i przyjaźniła się z nią[18].
Podczas długich bezsennych nocy w małym łóżku w mieszkaniu matki na decyzji Ireny zaważyły też inne względy. Oczywiście mogła odkładać ślub z Mietkiem, ale po co? Adam i tak był już zajęty. Ponadto małżeństwo oznaczało wolność. Przede wszystkim wolność dla matki. Z pewnością była jej winna przynajmniej tyle. Dopóki Janina miała córkę na utrzymaniu, musiała brać pieniądze od krewnych, a pragnęła samodzielności. Irena chciała być dobrą córką. Wychodząc za Mietka, uwolniłaby matkę. Na inne rozwiązania było za późno. Tak więc w wieku dwudziestu jeden lat, zaraz po ukończeniu uczelni w 1931 roku, Irena Krzyżanowska zrobiła to, czego wszyscy po niej oczekiwali, i stała się panią Ireną Sendlerową.
Młoda para rozpoczęła budowę wspólnego życia w Warszawie, gdzie ostatecznie zadomowili się w niewielkim, jednopokojowym mieszkaniu. Irena próbowała rozjaśniać swoje otoczenie i poprawiać sobie humor zasłonami w żywych barwach i obowiązkowym prowadzeniem domu. Ale nie pomogło. Nie byli z Mietkiem szczęśliwi. Wieczorami dochodziło do coraz częstszych kłótni, Irena miała coraz więcej tajemnic. W 1932 roku Mietek został młodszym asystentem na wydziale filologii klasycznej, rozpoczynając tym samym karierę wykładowcy, z kolei Irena chciała dalej się uczyć. Pewnego dnia ogłosiła odważnie, że przed rozpoczęciem pracy nauczycielki zamierza zrobić dyplom z opieki społecznej i pedagogiki. Mietek zapewne już się domyślał, że nie warto nawet pytać, czy jego zdanie w tej kwestii ma jakieś znaczenie. Nauczył się, że jego żona jest niezwykle upartą i samodzielną kobietą. Lecz gdyby mieli dzieci, pewnie musiałyby nastąpić jakieś zmiany. Wtedy przecież na pewno zostałaby w domu, prawda? Irenie się do tego nie śpieszyło. Zapisała się na studia z pomocy społecznej na Uniwersytecie Warszawskim.
Dlaczego akurat ten kierunek? Gdyby ktoś zadał Irenie to pytanie, opowiedziałaby o ojcu. Nigdy nie przestała za nim tęsknić. "Mój ojciec był lekarzem, humanistą - wyjaśniała - zaś matka kochała ludzi i pomagała ojcu jak mogła w jego pracy społecznej. Od najmłodszych lat wpajano mi, że ludzie dzielą się na złych i dobrych. To, jakiej są rasy, narodowości czy wyznania, nie ma najmniejszego znaczenia - liczy się jakimi są ludźmi. Taką prawdę wbijano mi do mojej małej dziecięcej głowy"[19]. Z tęsknoty za ojcem próbowała stać się jego definicją dobrej osoby.
Ale chciała też przygód. Ostatecznie miała dopiero dwadzieścia dwa lata, a lata 30. były w Polsce porywającą dekadą. Sowieci zostali pobici i odparci, a Polska znowu była wolna. Lecz wewnętrznie kraj był podzielony politycznie i stał na krawędzi gwałtownych protestów społecznych. Stosunkowo nowatorski kierunek pomocy społecznej korelował z bieżącymi wydarzeniami, a program studiów był radykalny i ożywczy. Na Uniwersytecie Warszawskim studentów zachęcano, aby w ramach nauki zdobywali praktyczne doświadczenie w tej dziedzinie. Irena natychmiast zapisała się na odbywane w całym mieście praktyki społeczne, finansowane przez innowacyjny wydział pedagogiki Wolnej Wszechnicy Polskiej. Słyszała niesamowite rzeczy o szefowej tego wydziału.
Uniwersytet Warszawski, szczycący się wypieszczonym kampusem, elegancką, wręcz pałacową architekturą oraz rozległymi przestrzeniami, był w Polsce instytucją elitarną. Wszechnica należała do innego świata. Tamtejsi wykładowcy pracowali i nauczali w brzydkim pięciopiętrowym budynku o małych, zaśniedziałych oknach, który przypominał zaniedbaną kamienicę w ubogiej dzielnicy. Gdy mrowie studentów pędziło z wykładu na wykład, zalewając korytarze i klatki schodowe, powietrze wypełniała woń potu. Z ulicy dobiegały odgłosy dzwonków rowerów i przyjacielskich rozmów młodzieży. A potem uczelnia ponownie cichła. Podczas pierwszej wizyty we Wszechnicy Irena ściskała w dłoni kawałek papieru i przechylała głowę, odczytując numery kolejnych gabinetów. Szukała tabliczki z napisem: Profesor H. Radlińska.
Irena gruntownie rozważyła różne możliwości praktyk, długo nie mogła się zdecydować. Część studentów z jej kierunku obejmowała zgodne z wykształceniem posady nauczycieli w nowatorskim sierocińcu założonym przez kolegę profesor Radlińskiej, teoretyka edukacji doktora Janusza Korczaka. Inni (zwłaszcza dziewczęta uczące się na pielęgniarki) pracowali przy publicznych badaniach związanych ze służbą zdrowia ze współpracującymi z profesor Radlińską lekarzami. Radlińska pochodziła ze znanej rodziny naukowców, a jej kuzyn, doktor Ludwik Hirszfeld, był jednym z najbardziej uznanych lekarzy całego kursu. Irenę jednak przyciągała jedna z klinik pani profesor, ośrodków charytatywnej pomocy społecznej, które miały na celu walkę z ubóstwem. Miejscowi bezrobotni mogli odbywać w tych placówkach darmowe kursy, a bezdomni i biedni otrzymać bezpłatną pomoc prawną.
Dziś może trudno to sobie wyobrazić, ale w latach 30. było to jedno z najbardziej inspirujących intelektualnie i politycznie lewicowych środowisk w Europie, a Irena nie mogła się doczekać, aż stanie się jego częścią. Profesor Radlińska, wytrwała i krzepka kobieta po sześćdziesiątce, która urodziła się w rodzinie żydowskiej, ale dawno temu przeszła na katolicyzm, była zaiste niezwykłą bohaterką. Dzięki rzednącym siwym włosom oraz obfitej piersi zdobyła sobie na kampusie przydomek "Babcia"; miała wygląd kobiety stale zmartwionej i zatroskanej. Emanowała też jednak zażartą inteligencją i stanowczością, a zgromadzeni wokół niej studenci (wielu z żydowskich rodzin) byli sercem ruchu na rzecz praw obywatelskich, który przypominał płomienny aktywizm studencki, jaki przetoczy się przez Amerykę Północną i Europę w latach 60. Wraz z garstką wybitnych psychologów, nauczycieli i lekarzy Radlińska była pionierką pracy społecznej w Polsce. Ówczesne kursy staną się z czasem wzorem nowoczesnej pracy społecznej i państwowej pomocy w zachodnich demokracjach. Nie da się zrozumieć, w jaki sposób Irena Sendlerowa i jej współkonspiratorzy połączą siły podczas II wojny światowej, nie doceniwszy, że Radlińska związała ich wszystkich w silną sieć społeczną na długo przed niemiecką okupacją.
Irena rozkwitła w orbicie Radlińskiej. Pragnęła takiego intelektualnego pobudzenia i poczucia zawodowego powołania. Pani profesor szybko polubiła tę sumienną i pełną pasji młodą kobietę. Irena idealnie nadawała się do pracy społecznej - była zorganizowana, opanowana, szczerze oburzona niesprawiedliwością i przejęta cierpieniami innych. Do tego stopnia, że profesor Radlińska szybko wzięła ją na pomagierkę - zaoferowała jej nawet nie studencką praktykę, lecz normalnie płatną pracę w swoim biurze, w referacie matki i dziecka Komitetu Obywatelskiej Pomocy Społecznej, który udzielał wsparcia niezamężnym matkom z Warszawy[20].
Rankami Irena czym prędzej wyskakiwała z wąskiego łóżka, które dzieliła z Mietkiem, i cieszyła się na czekający ją dzień pracy. Mietek nie mógł nie zauważyć, że z większą radością wychodzi z domu niż wraca. W 1932 roku mieszkali w nowoczesnym kompleksie mieszkalnym na Woli, przy ulicy Ludwiki 3. Czasami, gdy Irena zbiegała głośno po schodach, ten czy inny sąsiad uchylał drzwi i uśmiechał się do młodej sąsiadki, której wiecznie gdzieś się śpieszyło. Na dole mieszkali sympatyczni Jankowscy, którzy mieli małe dzieci i często również wstawali skoro świt. Dozorca budynku, pan Przeździecki, który z troską dbał o ogrody wspólnoty, każdego ranka machał Irenie na pożegnanie. Inna sąsiadka, Basia Dietrich, prowadziła w kompleksie wspólnotowe przedszkole; może Mietek zachodził czasami w głowę, czy jego dzieciom przyjdzie kiedyś bawić się na dziedzińcu placówki[21]. Aby do tego doszło, musieli na powrót rozniecić przynajmniej część małżeńskiej namiętności, lecz to, że Irena tak chętnie wyskakiwała z łóżka, było sporym problemem. Wydawało się, że interesuje ją wyłącznie praca. Zajmowała się ważnymi sprawami. Nie miała czasu na prowadzenie domu. Przecież pomagała rodzinom będącym w trudnym położeniu dbać o dzieci. Chciała, aby Mietek dostrzegł, jakie to istotne. Natomiast jemu zależało na tym, żeby dla odmiany skupiła się na ich rodzinie.
Przepaść pomiędzy małżonkami stawała się coraz głębsza, ogień ich młodego związku zdążył już wygasnąć. Pozostała im coraz bardziej krępująca przyjaźń. Nie chodziło o to, że Irena nie kochała Mietka, po prostu nie budził w niej namiętności. W ośrodku matki i dziecka miała głębokie poczucie celu. "Wszyscy byli tam szczerze oddani pracy: wszystko, czego mnie uczono, wydawało się tam pożyteczne", starała się wyjaśniać[22].
Ponadto każdego dnia zawierała nowe ciekawe znajomości wśród studentów i pracowników profesor Radlińskiej. "Było to bardzo przyjemne środowisko pracy", mówiła. Ludzie też byli przyjemni. Szczególnie często spotykała się z jednym z nich: z Adamem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki