Ucząc się, jak nie zginąć
Dziś przypada dwusetna rocznica ostatecznej
zagłady mojej Jedynej Prawdziwej Miłości, na ile udało mi się to
ustalić. Siedzę w najlepszej imprezowej sukience na balkonie pod
unoszącym się w stratosferze Wenus pałacem przyjemności, pijana kwasem
akumulatorowym. Moje stopy kiwają się nad śliską od deszczu rynną, kiedy
zerkam za krawędź: trzydzieści kilometrów pode mną ośnieżone metalem
pogórza masywu Maxwell Montes świecą rozgrzane do czerwoności.
Zastanawiam się, czy skoczyć. Przynajmniej zostaną po mnie ładne
zwłoki, mówię sobie. Dopóki się nie roztopię.
A potem...
Nie jestem kimś, kto łatwo myśli o samobójstwie.
Jestem stara i cyniczna i mam skazę na charakterze: nie chcę umierać.
Oczywiście skazę tę dzielę z moim żyjącym do dziś rodzeństwem. To święte
przymierze naszego siostrzeństwa, odziedziczone po Rei, naszej wzorcowej
matriarchini: przeżyj wszystkie swoje śmierci, postanowiła z żelazną
determinacją, a ja składam hołd jej pamięci. Kiedy jedna z nas umiera,
odzyskujemy jej chip z duszą i przesyłamy go sobie pocztą we wciąż
kurczącym się kręgu żalu. Ponowne przeżywanie końców życia jest bolesne,
ale niezbędne: regularna zapośredniczona śmierć sprawia, że jesteśmy
ciągle czujne. To też dobry sposób, żeby nauczyć się rozpoznawać
sytuacje, w których ktoś próbuje cię zabić.
(To ostatnie stanowi pewne przerysowanie; jesteśmy przyjazne i przymilne, niewielu chce nas zabić. No, chyba że mamy depresję. Ale
proszę o cierpliwość). Coraz trudniej nam wszystkim trzymać się życia.
Jesteśmy wystarczająco stare, aby wszystkie ważne rocznice były
śmiertelnie pociągające, bo urodziny wiążą się z nieprzyjemnymi
wspomnieniami, a skoro najlepsze dni już minęły, to czemu upierać się
przy trwaniu? To częsta wada mojego rodu: najpierw dopada nas nostalgia,
potem pogrążamy się w zabójczej bezcelowości, a na końcu wkręcają nam
się obsesje. W agonii duszy, która poprzedza zejście naszych sióstr, my,
przerażone obserwatorki, dostrzegamy fragment własnego końca. Przeżyj
wszystkie swoje śmierci. Okrutną ironią jest to, że Rea, oryginalna
wersja, z której wszystkie zostałyśmy skopiowane, była jedną z pierwszych, które nałożyły na nas to potworne brzemię.
I tak na moje sto trzydzieste dziewiąte urodziny, tak jak je liczę - bo
urodziłam się po raz drugi (i pewniejszy) dokładnie sześćdziesiąt jeden
lat po tym, kiedy przez okrutny żart losu moje istnienie stało się na
zawsze bezcelowe - wydałam starannie zgromadzone oszczędności po to, aby
móc usiąść na balkonie kasyna tętniącego rozradowanymi hazardzistami.
Powierzchnia planety daleko w dole jest czerwonawym metalicznym
kontrapunktem dla wrzących nade mną chmur. A ja spoglądam w dół,
rozważając śmierć na wieki, i próbuję przekonać siebie, że to nadal
kiepski pomysł.
Mogłoby być gorzej, mówię sobie. Nie mam już jedenastu lat, mogę
podjąć tę decyzję.
A potem...
Perlisty śmiech przez otwarte drzwi, podmuch chłodnego powietrza z wewnątrz oraz delikatna wibracja obutej stopy na podłodze balkonu
wskazują mi, że nie jestem tu sama.
To irytujące. Przez większość przepracowanego tutaj roku żyłam w cichej
izolacji. A teraz, kiedy chcę być sama ze swoimi wspomnieniami i z chmurami, mam towarzystwo.
- Oo, patrzcie, dziwadło! - mówi ktoś piskliwie za mną i pode mną. - Co
to tutaj robi?
Ignoruj ich. Nie chcesz wzmacniać ich pętli behawioralnej. Jednak
spina mnie odruch walcz albo uciekaj. Wredni mali tyrani: byłam już w takiej sytuacji, podobnie jak moje rodzeństwo. Wiemy, jak reagować.
- To chyba arbeiter. Obija się?
Rozglądam się powoli, ustawiając chromatofory twarzowe na najbardziej
bladą kremową pustkę niezdradzającą żadnej emocji.
- Nie jestem pracownicą przymusową - odpowiadam bardzo powoli.
Co jest w pełni prawdą, w tym momencie i w tym miejscu. Kolejna z zasad
ustalonych przez Reę: nie zostawiajcie żadnego rodzeństwa jako
zniewolonego arbeitera. Ta zasada, wprowadzona we wcześniejszych
czasach, wiele nas kosztowała, ale żadna z nas nie nosi sterownika
niewolniczego.
- Jestem wolną kobietą.
Między mną a drzwiami balkonu jest ich troje: jedna kobieta bishoujo w przybliżeniu mojego rozmiaru i dobrana parka
chibi-karłów1. To członkowie nowej arystokracji,
karykatury naszych martwych Twórców, wystrojeni w skomplikowane stroje
modne obecnie wśród szlachty. Kiedy tak stoją, a ja siedzę przed nimi,
ich twarze są na wysokości mojego nosa. Patrzą na mnie wielkimi,
przejrzystymi oczami całkowicie pozbawionymi litości.
Ich pełnowymiarowa pani spogląda na mnie z góry i szydzi:
- Temu można zaradzić. Co za odrażająca parodia! Kto to tu wpuścił?
Uznaję ją za przywódczynię, ponieważ jej suknia, która zdaje się składać
głównie z falbanek z drucianej koronki przytrzymywanych wstążkami, jest
bardziej wymyślna niż stroje jej towarzyszy. Ma delikatny podbródek,
ostre kości policzkowe, spiczaste uszy i spektakularną grzywę
pierzastych, zielonych włókien.
Kobieta-karzeł unosi okrytą koronką dłoń, by zasłonić usta, po czym
melodramatycznie ziewa.
- To coś psuje widok, Domino.
Domina? Nie jest dobrze. Instynkty boleśnie uzyskane z doświadczeń
mojego martwego rodzeństwa mówią mi, że jestem w poważniejszych
tarapatach, niż mi się wydawało. Nasuwa mi się wspomnienie innej
siostry, zamordowanej dawno temu w hutongu2 pod kopułą
Lunogradu. Ma rację: nie chcę zwracać na siebie uwagi zdeprawowanej
szlachty znudzonej hazardem i szukającej mocniejszych wrażeń.
- Właśnie wychodziłam - mówię cicho i podnoszę jedną stopę do poziomu
podłogi, aby wstać.
- Dziękuję, dziecko - Domina zwraca się do swojej towarzyszki - ale już
zauważyłam tę przeszkodę.
Odpycham się stopą od krawędzi, podpieram ręką i dźwigam w górę. Obracam
się już do szklanych drzwi, kiedy Domina spogląda na swojego męskiego
towarzysza z odrobiną dezaprobaty i rzuca:
- Głaz, wynieś śmieci.
Głaz (mordercza laleczka w czarnej tunice ze złotym szamerunkiem) robi
krok w moim kierunku, sięgając dłonią do maczugi energetycznej u pasa.
Czubkiem głowy sięga mi do bioder.
- Z przyjemnością, milady.
- Idę sobie - stwierdzam, a mój moduł walki/ucieczki podpowiada mi
zmyłkę w stronę szklanych drzwi, potem nagły unik i przetoczenie się w bok. Kontynuuję przewrót, kiedy maczuga wali w lakierowaną inkrustację z aragonitu zdobiącą krawędź balkonu. Odłamki lecą we wszystkich
kierunkach; miejsca, gdzie eleganckie podłoże zostało odsłonięte,
zaczynają syczeć i parować.
- Grr! - ryczy karzeł i ponownie unosi maczugę.
Jestem zbyt blisko krawędzi, żeby czuć się bezpiecznie, a napastnik
znajduje się między mną a drzwiami balkonowymi. Powinnam pobiec
balkonem, wskoczyć do kasyna przez któreś z okien i zniknąć. Ale jestem
wytrącona z równowagi, wściekła i upokorzona beztroską brutalnością
interwencji Dominy, więc zamiast tego robię coś naprawdę głupiego.
Z jedną stopą nad otchłanią próbuję chwycić za ramię wolną dłonią.
- Aj!
Nie trafiam i przez pomyłkę łapię go za głowę. On odpycha mnie ku
krawędzi. Jego stopy przylegają do balkonu jak przyklejone, ale jestem
od niego dwa razy wyższa i co najmniej pięć razy cięższa. Ponownie
podnosi maczugę. Panikuję; opieram drugą dłoń na jego ramieniu i odpycham go z całej siły, próbując maksymalnie zwiększyć dystans. Tylko
zapominam puścić.
Oderwana głowa zostaje mi w dłoni, a ciało pada bezwładnie na balkon. Z kikuta szyi wycieka blady płyn uszczelniający i zabezpieczający ją przed
dalszymi uszkodzeniami. Maczuga groźnie buczy i warczy. Zabije wszystko,
czego dotknie. Omijam ją szerokim łukiem, wyciągając z wrogim
spojrzeniem głowę karła w stronę Dominy.
- Pożałujesz tego! - mówi głowa, z braku krtani posługując się
elektromową.
- Ma rację - zgadza się Domina, uśmiechając się do mnie. Wydaje się
rozbawiona. - Głaz jest bardzo mściwy. Musisz uciec daleko stąd,
manekinko, i mieć nadzieję, że gdziekolwiek się schowasz, on cię nie
znajdzie.
- Czy będzie mnie ścigać, jeżeli go upuszczę? - pytam, wysuwając ramię
za krawędź balkonu. Robię ostrożny krok do tyłu wzdłuż śliskiej
krawędzi, szukając lewą szpilką bezpiecznego miejsca do postawienia
stopy.
- Nie zrobisz tego - odpowiada z namysłem Domina. - Jest bardzo
popularny, ma ponad dwa tysiące rodzeństwa. I wszyscy oni wypowiedzą
wendetę tobie i twojemu rodzeństwu. - Śmieje się cicho. - Czyż to nie
byłoby zabawne?
Jej towarzyszka chichocze, naśladując panią.
- No dalej, upuść go, manekinko. Może dam ci fory.
Obracam ku niej głowę Głaza i spoglądam na urwany kark. Tak jak
oczekiwałam, jest tam chip z duszą, anioł rejestrujący jego grzechy.
Wydłużam dwa paznokcie i wydłubuję go z gniazda, po czym podsuwam mu pod
oczy. Jego usta nadal się poruszają. Doskonale.
- Patrz. - Pstryknięciem palca wystrzeliwuję chip w dzikie, kłębiące się
chmurami powietrze za krawędzią naszego unoszącego się świata. -
Pożegnaj się ze swoją kopią zapasową, Głaz.
Nawet jeżeli włoży nowy chip, potrwa chwilę, zanim nowe wspomnienia
zaczną się rejestrować, a nim w chipie ułożą się starsze doświadczenia,
takie jak ten incydent, miną miesiące. Do tego momentu nie będzie w stanie przekazywać swoich doświadczeń rodzeństwu. Ostrożnie kładę głowę
na podłodze.
- Jeżeli będziesz mnie ścigać i znów cię zabiję, będziesz mógł mieć
pretensje tylko do siebie.
Robię krok do tyłu i mam szklane drzwi po mojej prawej.
- Dorwę cię - mówią bezgłośnie jego usta, kiedy uciekam.
To nie jest miejsce dla takich jak ja. Nie jestem hazardzistką, a oferowane tu przyjemności nie są przeznaczone dla mojego sortu. Jestem
artefaktem z wcześniejszej ery, nie na miejscu, poza czasem, odizolowana
i samotna. Wściekła i przestraszona, ruszam do pałacowego centrum
wypełnionego atmosferą utleniającą. Znajduję wystarczająco dużą dla mnie
śluzę roboczą, a przechodząc przez nią, biorę prysznic w ciekłej wodzie
i zmywam swój odświętny strój pieniącym się strumieniem. Wciągam
brokatowe paznokcie i szpilki, sutki i owłosienie łonowe wracają do
normalnego stanu. Zachowuję długie rude włosy i twarz, bo trudno
zrezygnować z niektórych aspektów osobowości niezależnie od kosztu, ale
w drukarce po drugiej stronie śluzy czeka na mnie bardziej praktyczne
ubranie pasujące do mojego statusu ledwo wiążącej koniec z końcem
przedstawicielki wolnych zawodów. Kiedy powiedziałam Dominie, że jestem
wolną kobietą, mówiłam prawdę, ale wybiórczą. Moja linia i moje
rodzeństwo jesteśmy wolne, ale ponieważ jesteśmy wolne, to również
biedne. Jedna z większych ironii losu.
Nie mam teraz zmiany, ale jeżeli chcę, mogę znaleźć jakieś drobne
zlecenia. Koszty życia tutaj mocno nadwerężają moje zasoby, ale latający
pałac jest lepszy niż uwięzienie na powierzchni planety, w przykrytych
kopułą slumsach, i wynajmowanie układu nerwowego pod oprogramowanie do
analiz stacji sekwestracji węgla z atmosfery. Powinnam poszukać jakiejś
rikszy, którą mogłabym ciągnąć, ale nadal jestem podenerwowana po
spotkaniu z Dominą i jej bandziorem, więc zamiast tego ruszam na jeden z podpoziomów pod systemami kontroli środowiska, by poszukać Victora.
Victor to pianino jazzowe, ksenomorf, któremu ostatnio ciężko się
wiedzie, instrument strunowy z sercem, głową i ramionami pochodzący z okresu, kiedy bycie "swoim autentycznym ja" było w modzie. Dziś
improwizacja jest niemodna, nie pasuje do gustów zmanierowanych elit, a niewłaściwa melodia może zostać uznana za krytykę przez szlachtę,
skłonną do gniewu i jeszcze bardziej do bronienia honoru przemocą.
Dlatego na zmianie dziennej Victor pracuje w dziale konserwacji
atmosferycznej, a nocą w tunelach serwisowych organizuje przenoszącą się
z miejsca na miejsce akustyczną ucztę. Takie miejsca towarzyszą nam od
zawsze, jeszcze z czasów, kiedy na starej Ziemi mieszkali
przedstawiciele mojej Prawdziwej Miłości, a my, którzy je pamiętamy,
podtrzymujemy dawne tradycje. (Pijemy nawet wodne roztwory etanolu,
chociaż z nieco innych powodów). Znajduję węzeł Victora w bujającej się
pułapce na opary pod jednym z wielkich obwodów ekstrakcyjnych, które w strefie stacji z atmosferą utleniającą usuwają siarczany z powietrza.
Pokrył ściany węglową czernią, wyhodował układ kolorowych światełek i nakłonił podłogę, aby wyrosły z niej piankowe przegrody dzielące całość
na miękkie przedziały. Spelunka jest dziś cicha, jedynie Milton
(pracujący dorywczo dla Victora jako kelner i wspólnik) leniwie
przeciera blat baru.
- Gdzie szef? - pytam, zatrzymując się przy nim.
- Na zapleczu, dziunia. - Milton ustawił sobie niesprawny, chrypiący
głos. - Co mogę ci podać?
- Litr specjału. Bez PEG.
Wielu poważnych alkoholików lubi dodawać do drinka szota glikolu
polietylenowego, ale jak dla mnie jest zbyt słodki.
- Jak sobie życzysz. - Milton wzrusza jedną parą ramion i podaje mi
dzbanek. - Pięć centymów.
Podpisuję rachunek i idę z dzbankiem do szefa, który siedzi w przytulnej
niszy, jedną z rąk brzdąkając na klawiaturze, otoczony wianuszkiem
tymczasowo bezrobotnych odkurzaczy pochłaniających teraz jego muzykę.
- Masz chwilę, Vic? - Siadam naprzeciwko.
Kiwa głową i gra dalej, nie wypadając z rytmu. Odkurzacze są jak
zahipnotyzowane, uginają nogi, bujając się w miejscu. Niektóre noszą
opalizujące skorupy, ale większość ekipy sprzątającej jest naga jak w dniu, kiedy została wyprodukowana: czarne rury z wieloma nogami i głowami będącymi praktycznie wężami z frędzlami, każda zwieńczona parą
wyłupiastych oczu.
- Nie spodziewałem się dziś ciebie. Myślałem, że imprezujesz z chibi.
Może małe jam session?
- Chciałabym, ale nie teraz, Vic. - Czekam chwilę, wsłuchując się w wewnętrzne głosy. - Chyba muszę stąd zniknąć.
- Ach... poczekaj momencik. - Gra długą, skomplikowaną sekwencję
zamykającą i kończy.
Odkurzacze nieruchomieją na kilka sekund po wybrzmieniu ostatniej nuty,
a potem entuzjastycznie podskakują.
- Dziesięć minut przerwy - mówi do nich. - Jesteście cudowną
publicznością, ale muszę odzyskać siły.
Puszcza sygnał do Miltona i w całym barze ukryte głośniki wznawiają
wcześniejszą sesję. Już po chwili jesteśmy sami; odkurzacze są bardzo
podatne na szybką stymulację.
- To poważne? - pyta. - Jak daleko stąd musisz się znaleźć?
Rozważam opcje.
- Prawdopodobnie poza planetą. - Moje rodzeństwo w większości przebywa
na Ziemi; możliwe, że na Wenus jestem jedyna ze swojego rodzaju. -
Obraziłam szlachciankę.
- Obraziłaś szlach... jak? - Jego mowa ciała sygnalizuje zaskoczenie:
wygrywa sekwencję wznoszących się nut.
- Byłam w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. - Pociągam długi
łyk z dzbana. Specjał zalatuje mocno kreozotem z nutami siarki i syropu;
intensywny smak, który według mojego języka byłby wyjątkowo paskudny,
gdyby mój system węchowy nie został zmodyfikowany pod normy obowiązujące
na Wenus. - Mm, przyjemne.
Piętro wyżej salon gier oferuje napoje orzeźwiające, wyrafinowane
koktajle dla bogatych smakoszy, ale trunek warzony przez Victora
zapewnia komfort.
- Niedobrze - mówi łagodnie. - Masz pieniądze, żeby zapłacić za podróż
poza planetę?
Upijam kolejny łyk.
- W tym sęk. Życie tu było droższe, niż się spodziewałam. Nie chcę
wyciągać kasy od sióstr, chyba że... no. Tylko w przypadku noża na gardle.
A chociaż oszczędzam, to w tym tempie zebranie kasy na przelot trzecią
klasą z powrotem na Lunę zajmie mi sześć lat. - Co najmniej dwieście
reali... - Ucieczka z wenusjańskiej studni grawitacyjnej jest kosztowna. -
Miałam nadzieję, że może kogoś znasz.
- Być może. - Gra krótką sekwencję nut. - Możesz zniknąć na kilka
godzin?
Opróżniam dzbanek i czuję ciężar wypełniający układ trawienny.
- Ile potrzebujesz?
- Powiedzmy, że trzy: muszę zasięgnąć informacji.
Bierze ode mnie pusty dzbanek i rzuca go przez cały bar, prosto w trzecią dłoń Miltona.
- Będzie mi ciebie brakowało, maleńka.
Wzruszam ramionami.
- Lepsze to niż alternatywa.
- Zdecydowanie. Spływaj!
Spływam.
Nie jest łatwo schować się w miejscu, w którym jest się dwa razy wyższą
od prawie wszystkich, ale miałam w tym sporą praktykę; karzełki z wielkimi głowami i dużymi, ciemnymi oczami wytykające mnie palcami i krzyczące "Ogrzyca!" wszędzie, gdzie się tylko pojawiałam, były świetnym
motywatorem do nauki, w szczególności na zadupiach pozbawionych policji.
To miasteczko nie jest duże, ale jak wszystkie sterowce unoszące się w stratosferze Wenus ma przestrzenie infrastrukturalne (wnętrza
wypełnionych tlenem balonów nośnych, szkieletowe ramy wsporników pod
podłogą), a ja dobrze je poznałam. Przemieszczam się z klubu Victora na
najniższy poziom strefy tlenowej, modyfikuję swój cykl metaboliczny i wchodzę przez śluzę do rozległych, osłoniętych przestrzeni ramy
sterowca.
Często tu bywam poza swoją zmianą. Biorę ze sobą tablet, sprawdzam
pocztę, oglądam filmy, przeglądam wiki i komiksy, staram się zapomnieć,
że jestem jedyną przedstawicielką swojego rodzaju na tej planecie.
Jestem wygodnie schowana w jednej z prywatnych kryjówek (niszy pomiędzy
balonem nośnym numer cztery a przejrzystą powłoką zewnętrzną, w której
mogę odpocząć na oceanie miękkich balonów z widokiem na rozpościerający
się niżej krajobraz chmur), kiedy tablet dopomina się mojej uwagi.
Opieram się o membranę i skupiam na wiadomości. Jest od Emmy, jednej z moich bardziej ekstrawaganckich sióstr. Od dłuższego czasu nic od niej
nie dostałam, uświadamiam sobie, i sprawdzam pamięć: od ponad sześciuset
dni ziemskich. To dziwne, bo normalnie wymieniamy wiadomości co jakieś
pięćdziesiąt dni.
Przywołuję jej imago z czasu ostatniej aktualizacji. Jest modelem z kaskadami słonecznych blond włosów, symetrycznymi wysokimi kośćmi
policzkowymi, brązowymi oczami z lekkimi zmarszczkami nakątnymi oraz
delikatnym metalicznym odcieniem skóry; jak każda z nas stanowi idealne
przestarzałe ucieleśnienie piękna. Ale jej imago wygląda na lekko
zaniepokojone, co odzwierciedla zakodowane w wiadomości sugestie emocji.
- Freja? Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Możesz się do
mnie odezwać? Mam problem i chętnie skorzystałabym z twojej pomocy i rady. Pa.
Z narastającym zdziwieniem każę imago powtórzyć wiadomość. Tylko
dwadzieścia pięć słów po tak długiej przerwie? Już prawie jej tak
odpisuję, ale sprawdzam routing i widzę, że wiadomość przyszła przez
centralny urząd pocztowy Górnego Portu Eris. Moja złość gaśnie. To
tłumaczy jej zwięzłość, ale lokalizacja jest zaskakująca. Co ona robi
tak daleko? Eris jest bardzo oddalona, leży na obrzeżach układu, prawie
dwa razy dalej od Plutona. Osiem godzin świetlnych. To bardzo daleko dla
nas. Zazwyczaj nie wybieramy się w głęboką przestrzeń, nie ma tam nic,
co by nas interesowało. Emma, ja i kilka innych to wyjątki, które
chętnie zapuszczają się poza planetę - jeśli na końcu trasy znajduje się
jakieś cywilizowane miejsce docelowe.
Żaden ród nie jest jednolity, a Pomiot Rei jest podatny na dywergencję
od wersji bazowej szybciej i dogłębniej niż większość (nic dziwnego,
skoro specyfikacje rodu są przestarzałe, a wzorcowa matriarchini nie
żyje). Mimo to jedną z naszych norm jest słabość do cywilizacji.
Ostatnim razem, kiedy dostałam wiadomość od Emmy, przebywała na
Kallisto, pracując jako przewodniczka dla wypraw narciarskich na
lodowych pustkowiach. W sumie chyba nie powinnam być specjalnie
zaskoczona, że pojawiła się w jednym z Zakazanych Miast, a czas
potrzebny, żeby się tam dostać, może tłumaczyć długie milczenie,
jednakże...
- Emmo, wkrótce wyruszam w podróż. Co mogę dla ciebie zrobić?
Kompresuję wiadomość i przesyłam ją na pocztę, starając się nie krzywić,
kiedy się dowiaduję, jaka będzie cena wysyłki. Jej odpowiedź w końcu do
mnie trafi, ale będzie to kosztowna korespondencja. Przez moment
rozważam odwiedzenie Emmy osobiście, ale to absurdalna zachcianka: sam
wydatek energetyczny byłby astronomiczny, nie wspominając o czasie lotu.
Dziesiątki tysięcy reali, gdybym podróżowała trzecią klasą, a prawdopodobnie miliony, jeżeli chciałabym znaleźć się tam wystarczająco
szybko, aby móc pomóc.
Po wysłaniu odpowiedzi staram się zrelaksować na łóżku z balonów, ale
jestem zbyt zaniepokojona, aby czuć się komfortowo. Nikt inny nie kocha
mnie wystarczająco, aby się odezwać, a groźba Dominy ciągle zaprząta mi
umysł. Co za paskudny los paść ofiarą nudy szlachcianki! Muszę się stąd
wydostać. Nawet jeżeli będę musiała sprzedać się w niewolę, żeby to
zrobić? Może to rzeczywiście jest aż tak pilne. Przyleciałam na
Wenus, sądząc, że będę mogła zacząć tutaj od zera, ale zamiast tego
płynęłam od jednej beznadziejnej roboty do drugiej, samotna i niemyśląca
o niczym. To naprawdę już dziewięć ziemskich lat? Chyba oszalałam! Ale
nic mnie tutaj nie trzyma. Pora odlecieć.
Mam własny pokój w dolnym rejonie miasta, w pobliżu słabo oświetlonych,
ciasnych koszar arbeiterów, w których niewolnicy śpią w sześciu
warstwach na regałach magazynowych. Skromny, ale ma wszystko, co ważne:
punkt zasilania, nadmuchiwane łóżko, drukarkę, zestaw do konserwacji,
garderobę. To miejsce, w którym można spać i śnić, chociaż tego drugiego
staram się nie robić - zbyt często nawiedzają mnie powtarzające się
koszmary. Przeznaczam na wynajem znaczną część wypłaty, a pokój jest
minimalnie umeblowany (podatek od masy jest morderczy, uznałam więc, że
korzystanie z publicznej infrastruktury wyjdzie taniej), ale to
najbliższe własnego domu, co mam. Niewiele chcę zabrać ze sobą, no ale
to tutaj trzymam cmentarzysko. A bez tego donikąd się nie wybieram.
Przeciskam się przez kołyszące się tkaninowe tunele przechodzące przez
puste obszary nośne, wspinam po drabinach i szynach zasilania, schodzę
po torach. Panuje tu brud i zaduch, atmosfera jest kiepsko kontrolowana
w porównaniu z wielkimi salami balowymi i kasynami. To siedziba zespołów
konserwacyjnych, które utrzymują napowietrzny pałac przyjemności w stanie atrakcyjnym dla szlachty z luksusowych kabin na pokładach
promenady. Tutaj żyją płotki, jeden pokład nad koszarami arbeiterów z chipami niewolniczymi.
Mój pokój to dawny kontener towarowy, jeden z kilku zespawanych ze sobą
i podzielonych na mieszkania przez dawno zapomnianą
modliszkę-budowlańca. Niektóre mieszkania są wielkości moich dwóch
złożonych pięści, inne zajmują kilka kontenerów. Kołyszą się lekko,
kiedy miasto odpala turbiny napędowe, aby zmienić kurs i uniknąć chmur
grożących turbulencjami. Szlachta z Komitetu Sterującego nazywa nas
"balastem" i regularnie żartuje, że zrzuci nas na powierzchnię, jeżeli
miasto napotka jakąś burzę.
Kiedy wspinam się po drabinie do drzwi mieszkania, słyszę cichy odgłos
drapania, chitynowe skrobanie polimerowych stóp na metalowej podłodze.
Spinam się, natychmiast czujna. To z mojego pokoju! Czy któryś z braci
Głaza już obrał mnie sobie na cel? Przechylam głowę, nasłuchując,
starając się zbudować akustyczny obraz. Coś porusza się w mieszkaniu,
coś małego i mającego o wiele za dużo nóżek. Nie Głaz, zdaję sobie
sprawę. Zaczynam znowu się wspinać, cicho i szybko, a potem przygotowuję
się na wąskim balkoniku przy drzwiach. Są zamknięte mechaniczną kłódką
(sama ją założyłam) i oczywiście ktoś wytrawił jej pałąk. Korpus zwisa
ze skobla, przyprószony białym pyłem. Intruz ciągle przemieszcza się w moim pokoju, ewidentnie przekonany, że nikt mu nie przeszkodzi. Słucham
przez chwilę i kiedy mój "gość" szeleści w okolicach drukarki,
gwałtownie otwieram drzwi i wskakuję do środka.
W całym pokoju panuje chaos: rozpruta pościel, z przewróconej drukarki
wycieka płyn roboczy, wszędzie leżą ubrania, a pośrodku tego bałaganu
przykucnął winowajca. Nie widziałam wcześniej nikogo takiego: sześć
chudych ramion, pokryty szorstkim futrem korpus sięgający mi do kolan,
trzy duże fotoreceptory rozmieszczone dookoła złożonego zestawu
żuwaczek. Trzyma otwarte cmentarzysko, węsząc nad chipami z duszami
moich martwych sióstr.
- Ej, ty! - krzyczę.
Intruz obraca głowę w moim kierunku i podskakuje, futro staje mu na
sztorc od elektrowrzasku, mikrofalowego szumu, który emituje w moją
stronę. Ściskając cmentarzysko, próbuje przemknąć mi między nogami.
Siadam i chwytam go, dociskając do podłogi. Jest rozmiaru średniej
wielkości ssaków ("psów"), które były gatunkiem towarzyszącym mojej
Prawdziwej Miłości, jeszcze zanim nas wyprodukowała, i ciągle wrzeszczy,
jakby się bał, że go zabiję. Jeżeli uszkodził cmentarzysko, to nie mogę
tego wykluczyć.
- Zostaw to! - mówię temu czemuś. - Puszczaj natychmiast!
Czuję kłucie w palcach, którymi dotykam futra. Zdaję sobie sprawę, że
przebiegają po nich iskry. Może to nie ma uszu? Wygląda tak dziwnie, że
może być próżniowcem.
Przez moment się wije, po czym bezwładnie opada na podłogę pod moją
dłonią. Chwytam cmentarzysko i szybko kładę je za sobą.
- Kim jesteś i co tu robisz?
Nie odpowiada. Nawet się nie rusza. Między moimi palcami zaczyna się
unosić rzadki, żrący dym.
- Ups - mruczę cicho.
Popsułam go? Zdejmuję dłoń z jego pleców i przyglądam się sierści.
Jest gruba i pierzasta, a kiedy obserwuję ją bliżej, dostrzegam rekursję
dipolową. No dobra, to faktycznie próżniowiec, i to głośny. Nie ma płuc,
tylko niewielką butlę gazową oraz siatkę zasilającą, co pokazuje, że
dostosował się do tymczasowej wyprawy w dół studni grawitacyjnej. To dla
mnie zbyt dziwaczne. Podnoszę cmentarzysko i starannie oglądam. Nie
wydaje się uszkodzone, ale nie mogę tego sprawdzić inaczej, niż ładując
każdą z jego lokatorek chip po chipie. Później, decyduję i wkładam
pudełko do mocno zużytej torby na ramię.
- Mam nadzieję, że go nie uszkodziłeś - ostrzegam powalonego włamywacza,
po czym pod wpływem chwilowej irytacji kopię go.
Przelatuje na drugą stronę pokoju, bezwładny do momentu, w którym uderza
w ścianę, wtedy bowiem emituje oszałamiająco głośny impuls mikrofal,
podwija nogi i ramiona i nurkuje prosto w moją twarz.
- Kurwa! - Rzucam się w bok, a on przelatuje mi nad głową i wypada przez
drzwi na wysoce nielegalnym odrzucie.
OK, wygląda na to, że butla gazowa nie służy do oddychania. Obracam się
za nim, ale nie wygląda, jakby planował wracać. Natomiast... czy w ścianie
naprzeciwko jest dziura? Ups, chyba tak. Mały włamywacz wybił otwór w zewnętrznej powłoce miasta. Załoga nie będzie zadowolona, dochodzę do
wniosku. Powinnam się stąd zwinąć. Schodzę szybko po drabinie, z duszami wszystkich moich martwych sióstr w torbie, i ruszam sprawdzić,
co załatwił mi Victor.
bishoujo i chibi to style anime: bishoujo to stylizowane atrakcyjne dziewczyny, chibi, inaczej super deformation, charakteryzują małe sylwetki i wielkie głowy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
W Chinach tradycyjny zespół szczelnie połączonych ze sobą budynków. [wróć]
Telemus i Lindy
Knajpa nie jest jakoś dużo bardziej
zatłoczona niż wcześniej, ale koło Victora siedzi jakiś nieznajomy.
Kiedy staję w drzwiach, Milton kiwa mi głową.
- O, Freja - mówi Victor. - Chciałbym, żebyś poznała Ichibana.
Ichiban (Numer Jeden, tłumaczę w głowie) zwraca na mnie niebieskie,
porcelanowe oczy wielkości talerzy i lekko pochyla głowę. Prawie cofam
się o krok, bo odruchy mówią mi: Szlachcic!, ale potem zdaję sobie
sprawę, że nie. On chce wyglądać jak szlachcic, ale nie jest nim i nigdy nie będzie.
- Bardzo mi miło - odpowiadam, też się skłaniając.
Wymieniamy dalej puste uprzejmości, a ja staram się zorientować, kim on
właściwie jest.
- Ichiban ma drobny problem, który mogłabyś pomóc mu rozwiązać -
tłumaczy Victor. - Wymaga podróży.
- Z chęcią posłużę radą - zgadzam się ostrożnie.
- Tak. - Ichiban kiwa głową w zadumie. - Jest pani bardzo duża.
Spogląda na mnie z dołu. To prawda: mam prawie sto siedemdziesiąt
centymetrów wzrostu. Jestem faktycznie wyidealizowaną repliką Twórców, w odróżnieniu od superzdeformowanych karłów, które są dziś najczęstszym
fenotypem nuworyszy.
- Dobra bezwładność cieplna - dodaje nieoczekiwanie. - I została pani
zaprojektowana do warunków panujących na Ziemi przed emancypacją.
Dobra bezwładność cieplna? Uśmiecham się, kiedy włączają mi się
odruchy biomimetyczne: policzki delikatnie się rumienią, sygnalizując
lekkie zakłopotanie lub zmieszanie. Emancypacja? O czym on gada?
- Obawiam się, że nie do końca rozumiem.
- Moi sponsorzy mają obiekt, który wymaga transportu z układu
wewnętrznego na Marsa - mówi Ichiban, lekko zawieszając głos.
Dlaczego rozmawia ze mną?, zastanawiam się. Podróże nie są moją mocną
stroną. Są zbyt kosztowne dla naszego rodu, abyśmy często sobie na nie
pozwalały. Podwojenie wymiarów ośmiokrotnie zwiększa objętość, a zatem
masę i budżet energetyczny wymagany, aby dostać się na orbitę. Jestem
dwa razy wyższa od przeciętnej osoby, i to główny powód, dla którego
utknęłam tutaj, a w Układzie Słonecznym rozpanoszyły się chibi-karły
zamiast prawdziwych ludzi. Przywdziewam maskę uprzejmej uważności, by
ukryć rozczarowanie.
- Jest obecnie przygotowywany na Merkurym i będzie musiał wyruszyć za
około osiem dni. Problem stanowi to, że to delikatny obiekt naukowy o znaczącej wartości. Wymaga nadzoru i musi być przechowywany w środowisku
odpornym na wstrząsy, przy stałej temperaturze, ciśnieniu i stężeniu
tlenu. - Ciągle na mnie patrzy. - Mam wrażenie, że innym
przedstawicielkom pani typu zdarzało się przyjmować zlecenia kurierskie
lub eskortowe, czyż nie?
Skąd ma te informacje?, dziwię się.
- Mój archetyp został faktycznie zaprojektowany jako eskortka -
odpowiadam ostrożnie.
Eskorta czego? Na wszelki wypadek pozostawiam to niedopowiedziane.
Niektóre uprzedzenia trzymają się mocno.
- Jako eskortka dla czysto biologicznych organizmów - potwierdza
Ichiban, przyjaźnie potakując głową. - Replikatorów różowej mazi.
Staram się nie pokazać po sobie, że jestem wstrząśnięta.
- Czym dokładnie jest ten artefakt badawczy? - pytam.
- Tego nie mogę powiedzieć. - Ichiban nadal lekko się uśmiecha. - Nie
przekazano mi szczegółów z uwagi na tajemnicę handlową. Jednak mogę
zapłacić pani za natychmiastowy przelot trzecią klasą do Cynobru, jeżeli
zgodzi się pani spotkać z moimi współpracownikami i rozważyć przyjęcie
zlecenia. - Podnosi palec ostrzegawczo. - Nie jest pani jedyną, z którą
się kontaktujemy. Zadanie to wymaga pewnej delikatności, ponieważ
konkurencja z chęcią dokonałaby sabotażu naszego projektu, więc nie ma
gwarancji, że zostanie pani wybrana. Ale rozumiem, że tak czy inaczej
chce się pani wydostać poza planetę, więc mam nadzieję, że będziemy
mogli sobie wzajemnie pomóc.
Chcą, żebym przetransportowała próbkę biologiczną? Żywą? Prawie
zataczam się z wrażenia.
- Z... z wielką ochotą pomogę - odpowiadam automatycznie, zacinając się
lekko. - Ale trzecią klasą?
Uśmiech Ichibana staje się wątlejszy.
- Umieszczenie pani wielkich kończyn na orbicie będzie nas dużo
kosztować.
Odczytuję to jasno: Nie przesadzaj.
Potakuję, godząc się z nieuniknionym. Nie mam co oczekiwać kajuty z możliwością chodzenia po statku.
- Kiedy mam wylecieć?
Ichiban spogląda na Victora.
- Natychmiast - oznajmia. - Proszę pójść ze mną od razu.
I to koniec rozmowy.
Ichiban wyprowadza mnie przez nieznany mi boczny zaułek, a potem stromą
zejściówką na drogę, na której czeka już riksza zaprzężona w dwa
kucyponki, które popatrują na mnie gniewnie, kiedy wsiadam. Pojazd
trzeszczy pod moim ciężarem, ale Ichiban wydaje się tym nie przejmować.
- Ruszajcie - mówi kucyponkom, a te ruszają kłusem, unosząc wysoko
ogony.
Zauważam, że śledzi nas para małych ornitopterów.
- To wasze? - pytam.
Ichiban zerka na mnie obojętnie.
- Zajmę się nimi.
Odchyla się na siedzeniu i zamyka oczy. Kilka sekund później jeden
ptakobot zaczyna dymić i skręca gwałtownie. Drugi ostrożnie trzyma się
od nas z dala.
Zjeżdżamy w boczną uliczkę i przystajemy w przestronnym doku, gdzie po
drugiej stronie śluzy czeka już malutka gondola pod częściowo
napełnionym balonem.
- Co to?
- Dobrze, żeby pani zniknęła tak szybko, jak to tylko możliwe. Proszę
wsiadać. - Ichiban wskazuje gondolę. - Ma energię i zapas surowca.
Proponuję się rozgościć, posłuży pani za dom przez jakiś czas.
Oglądam tę rzecz z powątpiewaniem. To ciasny kokon z rozpórek i wiotkiej
wyściółki, umieszczony na cylindrycznym adapterze z zasilaniem w energię
i surowce. Pod siedzeniem ma coś, co wygląda na chwytak. Wydaje mi się,
że jestem od niego ze trzy razy cięższa.
- Mam to mieć na sobie aż do Merkurego?
- Tak. - Uśmiecha się łagodnie. - Pani winda będzie tu za trochę ponad
godzinę.
- Moja... - Zatrzymuję się z nogą już w połowie w kokonie. - Wykupiliście
mi przejazd windą? - Nie mogę się powstrzymać i kończę wypowiedź
słabym jękiem.
- Oczywiście. - Ichiban wygląda na lekko rozbawionego. - Jak inaczej
miałaby pani dotrzeć na orbitę jeszcze tej doby?
Siadam ostrożnie i wsuwam drugą nogę do kokonu. Zaczyna do mnie docierać
powaga sprawy. Korzystaj z okazji, mówią mi wspomnienia i godzę się z rzeczywistością. Mój system wymiany gazowej jest zbyt dobrze
zaprojektowany, aby gwałtownie przyspieszać, ale gdybym należała do
gatunku mojej Prawdziwej Miłości, pociłyby mi się dłonie i waliło serce.
Nie wiem, czego się spodziewałam: pewnie spokojnego lotu odrzutowcem na
jedną ze stacji równikowych, a potem rejsowego lotu rakietowego. Ale
jesteśmy w okolicach północnej wyżyny biegunowej, więc zajęłoby to dużo
czasu. Sponsorzy Ichibana kupili czas na orbitalnym kołowrotku, a ten
właśnie ustawia swoje tysiąckilometrowe ramię w odpowiedniej pozycji,
przygotowując je do zanurzenia w stratosferze i pochwycenia mnie jak
unoszący się na wietrze płatek kwiatu. Kładę się i pozwalam, żeby kokon
wessał mnie w siebie. To musi ich kosztować tysiące, zdaję sobie
sprawę. Więcej niż przelot luksusową kabiną dla szlachty.
- Jak mogę rozmawiać...
- Kokon przekaże pani wszystkie niezbędne informacje - odpowiada
Ichiban, odwracając się.
Lśniące tatuaże na jego ramionach i barkach puszczają do mnie oko, kiedy
odchodzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki