Dzieci Rybaka. Tom I. Utracona magia - Karen Miller

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy Rafel po raz pierwszy oznajmił ojcu, że chce przemierzyć Barlskie Góry, miał pięć lat i niewiele mu brakowało do sześciu. Gdy w odpowiedzi usłyszał, że ekspedycja mistrza Tollina nie potrzebuje małych chłopców do pomocy, płakał... ale niezbyt długo, bo miał nowego kucyka, Wesołka, a mama obiecała, że przyjdzie popatrzeć, jak go dosiada. Później zaś, całe wieki później, ekspedycja powróciła - co zaskoczyło wszystkich, jako że uznano ją za zaginioną - a Rafel się cieszył, że nie poszedł z mistrzem Tollinem i innymi, ponieważ w trakcie wyprawy czterech z siedmiu mężczyzn zachorowało w wyniszczający i straszliwy sposób i zmarło bez przyczyny widocznej dla kogokolwiek. Nawet dla tatka, choć on wiedział wszystko.
Kiedy już ucichło całe zamieszanie, gdy jedni się radowali, inni zaś opłakiwali ludzi pochowanych z dala od domu, mistrz Tollin przyszedł opowiedzieć tacie, co poszło nie tak podczas ich wyprawy przez Barlskie Góry. Spotkali się w wielkim starym pałacu, gdzie działy się wszystkie dorosłe sprawy państwowe i gdzie niegdyś mieszkała rodzina królewska - w czasach kiedy ta rodzina jeszcze istniała.
Chłopiec wiedział o nich wszystko, o tych wspaniałych ludziach, ponieważ Darran lubił opowiadać historie. Tatko mawiał, że Darran to niemądry stary pierdoła, i ogólnie miał rację. Darran był już stary jak świat i otaczała go stęchła woń starego człowieka. Jego włosy całkiem posiwiały i przerzedziły się, a oczy ginęły w pajęczynie zmarszczek. Ale to nie miało znaczenia, gdyż jego historie o rodzinie królewskiej Lur były dobre. Pojawiał się w nich książę Gar, najlepszy przyjaciel taty z tamtych czasów. O nim Darran mówił najwięcej, a później często wycierał nos. W opowieściach występowała także reszta rodziny: bystra księżniczka Fane oraz piękna królowa Dana i dzielny król Borne. Smutne, jak zginęli, spadając poza krawędź Gniazda Salberta. Przy tym wspomnieniu Darran również zawsze płakał... ale i tak opowiadał swoje historie.
"Jesteś za młody na te opowieści, Rafelu, ale ja nie będę żył wiecznie", mawiał; twarz miał gniewną, a głos drżący. "A nie mogę liczyć na to, że twój ojciec ci je opowie. On ma... dziwne podejście, ten hultaj. Ale ty musisz wiedzieć, mój chłopcze. To twoje dziedzictwo".
Tego tak naprawdę nie pojmował. Wiedział tylko, że podobają mu się historie Darrana, więc nie pisnął o nich ani słówka, bo tatko mógłby się o to rozzłościć na staruszka i opowieści by się skończyły.
Szczególnie lubił słuchać o tym, jak tatko uratował księcia przed utonięciem podczas Święta Morza w Westwailing. To była dobra historia. Prawie tak dobra jak ta, w której tatko ocalił Lur przed złym czarnoksiężnikiem Morgiem. Ale tej Darran nie opowiadał mu zbyt często, a jeśli nawet, to później nigdy nie chciał o tym rozmawiać. Nie płakał też potem. Stawał się tylko nieznośnie milczący. Właściwie to było gorsze niż łzy.
Kiedy Rafel podsłuchał, jak tatko zatroskany i gniewny mówi mamie o spotkaniu z mistrzem Tollinem, uznał, że jeśli się nie zakradnie, to nigdy się nie dowie, o co chodzi... a on nie znosił nie wiedzieć. Z rodzicami kłopot jest taki, że dla nich zawsze jest się za małym na to, by wiedzieć różne rzeczy. Chwalą, że jest się bystrym chłopcem, a potem każą iść sobie pobiegać i się pobawić, a nie zawracać sobie głowę sprawami dorosłych.
Tak go złościło, gdy mówili mu takie rzeczy, że musiał się chować w swojej kryjówce i rozłupywać kamienie za pomocą magii, mimo że tata spuściłby mu lanie, gdyby się o tym dowiedział.
Oczywiście, Rafel doskonale wiedział, że nie powinien się zakradać. Nie wolno mu było w ogóle używać magii, nie tylko do rozłupywania kamieni, chyba że byli przy nim tata albo mama. Albo mistrz Rumly, jego nauczyciel. Rodzice mówili, że to niebezpieczne. Mówili, że ponieważ jest kimś wyjątkowym, nadzwyczajnym, musi być bardzo ostrożny, bo inaczej ktoś mógłby ucierpieć. Uważał, że są nudni i niemądrzy z całym tym zamartwianiem się, ale był posłuszny. Zazwyczaj. Zdarzało się, że nie potrafił już dłużej powstrzymywać magii; gdy drażniła go tak mocno, że miał ochotę krzyczeć, kazał liściom tańczyć bez wiatru albo formował z wody śmieszne kształty w kąpieli. Tylko się bawił. W tym nie było nic złego.
W czasie gdy tatko - jak zapowiedział - miał się spotkać z mistrzem Tollinem i rozmawiać o nieudanej ekspedycji, Rafel powinien być na lekcji. Jednak gdy tylko mistrz Rumly zadał mu parę zadań do samodzielnej pracy i wybrał się na pogaduszki z Darranem, chłopiec posłużył się takim rodzajem magii ziemi, jaki pomagał mamie podejść dzikiego królika, którego chciała złapać na kolację - i czmychnął do pałacu z białego kamienia. Musiał zaczekać, aż ludzie przestaną wchodzić i wychodzić przez jego ogromne podwójne drzwi, zanim mógł się schować w łaskoczących żółtych krzakach lamfy obok frontowych schodów. Ciężko było czekać. Ciągle myślał, że mistrz Rumly go znajdzie. Ale mistrz Rumly nie przyszedł ani nikt nie dostrzegł Rafela, gdy gnał w krzaki.
Tata z mistrzem Tollinem nadeszli niedługo później i chłopiec wstrzymał oddech z obawy, że może wybiorą inne miejsce rozmowy niż sala narad na parterze pałacu, gdzie tatko i Rada Magów zwykle podejmowali decyzje istotne dla Lur.
Jednak weszli do sali narad, Rafel popełzł więc na czworakach między krzewy lamfy a ścianę pałacu, aż znalazł się dokładnie pod oknem sali.
A tam, kucając na wilgotnej ziemi wśród żółtych kwiatów łaskoczących go w nos, tak że wciąż musiał go pocierać rękawem - bo gdyby kichnął, dałby się przyłapać i wpakował w nieliche tarapaty - przysłuchiwał się, co takiego miał do powiedzenia o swojej przygodzie mistrz Tollin, a co tatko chciał trzymać w tajemnicy przed wszystkimi.
Ziemie za Murem były mroczne i posępne, mówił mistrz Tollin. Nie było tam żadnej zieleni i nic tam nie rosło. Nie było także ludzi. Wszystko, co znaleźli, to zimna śmierć i stare zgliszcza. Pokryte pleśnią kości i opuszczone domy sypiące się w gruz. Nawet ptak nie śpiewał w skarłowaciałych, powykrzywianych drzewach. Czarnoksiężnik Morg uśmiercił wszystko, powiedział mistrz Tollin. Możliwe, że Lur to teraz jedyne żywe miejsce na całym świecie. Na to wyglądało. Po drugiej stronie Barlskich Gór wydawało się, że są zupełnie sami na największym cmentarzysku, jakie kiedykolwiek miał oglądać człowiek.
Mistrz Tollin mówił to dziwnym głosem, drżącym, ochrypłym i smutnym. Rafela zapiekły oczy, gdy to usłyszał. "Zupełnie sami na świecie". Mistrz Tollin używał trudnych słów, ale chłopiec zrozumiał, co znaczą. Prawie codziennie mama mu powtarzała, że przez swój spryt napyta sobie biedy, lecz jemu nie przeszkadzało takie łajanie, gdyż jej ciemnobrązowe oczy zawsze się uśmiechały.
Później tatko chciał się dowiedzieć, dlaczego mistrz Tollin i reszta złamali obietnicę i nie skontaktowali się z Radą Powszechną za pośrednictwem kamieni Kręgu, które zabrali ze sobą. Nie zdołali, wyjaśnił mistrz Tollin gniewnym tonem. W martwych krainach za Barlskimi Górami ich magia nie działała. Ani łagodna magia olkińska, ani arogancka magia Doran. Próbowali raz po raz, ale musieli wszystko robić własnymi siłami. Zdani tylko na siebie, bez pomocy magii.
Rafel poczuł zimny dreszcz. Żadnej olkińskiej magii? Tak jak wtedy, zanim tata uratował Lur? Toż to okropne. Nie chciał o tym myśleć.
Potem tatko chciał usłyszeć więcej o tym, co się przydarzyło czterem zmarłym mężczyznom. Było wśród nich trzech Olków, w tym dwóch jego przyjaciół, Titch i Derik. Należeli do olkińskiego Kręgu i pomogli mu w walce z Morgiem. Głos taty brzmiał smutno jak głos Darrana, gdy wspomniał ich imiona. Strasznie było słyszeć go zasmuconego. Kuląc się pod oknem sali narad, Rafel próbował sobie wyobrazić, jak sam by się czuł, gdyby jego najlepszy przyjaciel Gąsior umarł. Od tej myśli oczy zapiekły go jeszcze mocniej.
Jednak zanim zdążył usłyszeć, co mistrz Tollin ma do powiedzenia na temat tych ludzi, którzy zachorowali bez powodu, nadszedł mistrz Rumly. Nawoływał Rafela, chcąc sprawdzić, gdzie się podziewa. Wstrętny stary nauczyciel posiadał zmyślny dorański kryształ poszukujący, którego olkińska magia nie była w stanie oszukać. Miał pozwolenie na używanie kryształu, żeby znaleźć Rafela. Tatko tak powiedział.
To nie było w porządku. Wszystkich innych chroniły zasady korzystania z dorańskiej magii wobec ludzi. Ustalono zasady dotyczące niemal każdej rzeczy w związku z magią i kto je złamał, miał spore kłopoty... czasami tak się zdarzało, a wtedy tatko musiał iść do Pałacu Sprawiedliwości i spuścić temu komuś manto dla dorosłych. Tatko nie znosił tego robić. Przemawianie w sprawach magii w Pałacu Sprawiedliwości tak go irytowało, że tylko mama była zdolna go uspokoić.
Mając na uwadze groźne usposobienie ojca, Rafel wyczołgał się spomiędzy krzewów lamfy i popędził dokądś, gdzie mistrz Rumly mógł go znaleźć bez wszczynania rabanu. Gdyby zaczął się raban, tatko wyszedłby zobaczyć, co się stało, a nauczyciel opowiedziałby mu to i owo. Wtedy tata zapytałby, co Rafel kombinuje, a on odpowiedziałby prawdę. Musiałby, bo przecież to tatko. A Rafel nie chciał, by do tego doszło, gdyż kiedy tata mówił: "Rafelu, smyku, za cwany jesteś, nie wyjdzie ci to na dobre", prawie nigdy się nie uśmiechał. Nie było uśmiechu na jego twarzy ani w jego oczach.
Zatem przemknął się do stajni przy wieży, zaczął wałęsać się przy kucyku i tam dał się znaleźć mistrzowi Rumly'emu. Nauczyciel doskonale wiedział, że został wyprowadzony w pole, ględził więc bez końca, gdy wrócili do wieży na lekcje. A Rafel przez całe długie popołudnie się nudził i nie mógł spokojnie usiedzieć, zastanawiając się raz po raz, co jeszcze Tollin opowiedział tacie.
Tego wieczoru przy kolacji, siedząc przy stole w bogatym okrągłym salonie słonecznym, gdzie jadali posiłki, rodzice rozmawiali co nieco o ekspedycji mistrza Tollina. Nie wspominali o żadnych brutalnych szczegółach, ponieważ była tam jego śmierdząca smarkata siostra, która waliła łyżką o talerz i wydawała głupie odgłosy, zamiast wypowiadać prawdziwe słowa jak córeczka wujka Pellena. Rafel wolałby, żeby tata i mama odesłali stąd Deenie, by dało się rozmawiać jak należy.
- No i tak się rzeczy mają - powiedział tatko. Nazwał mistrza Tollina głupcem, tak samo jak pozostałych, mimo że Titch i Derik byli jego przyjaciółmi. - To koniec. I na mój rozum nie będzie żadnych więcej ekspedycji.
- Naprawdę? - Mama uniosła brwi w typowy dla siebie sposób. - Przecież wiesz, jacy są ludzie, Asherze. Upłynie dosyć czasu, a...
Tata siorbnął łyk pikantnej zupy rybnej.
- Załatwiłem to, co nie? - warknął. - Tollin spisuje relację z tego, co się wydarzyło. Każdziuteńki drobiazg, bez owijania w bawełnę. Każę ją skopiować i umieścić gdzieś, gdzie nie zaginie, a jeśli jakiś dureń powie, że mamy posłać więcej ludzi na drugą stronę Barlskich Gór, wtedy opowieść Tollina mu przypomni, dlaczego to nie jest dobry pomysł.
Mama mruknęła coś bez przekonania, ale tatko nie zwrócił na to uwagi.
- Tak czy owak, nie ma powodu, żeby Rada Powszechna wydała zgodę na kolejną ekspedycję - stwierdził. - Tollin wyraził się jasno... za górami nie ma czego szukać.
- Może nie w pobliżu Lur - powiedziała mama - ale Tollin nie dotarł zbyt daleko, Asherze. Nie było go tylko dwa miesiące, a większość czasu borykał się z jedną katastrofą po drugiej.
- Dotarł wystarczająco daleko. - Tata pokręcił głową. - Morg zatruł wszystko, czego dotknął, Dath. Czystą głupotą jest myśleć inaczej albo tracić czas na zamartwianie się tym, co jest tak daleko.
- Och, Asherze - odparła mama i uśmiechnęła się. Jego zrzędzenie niemal zawsze wywoływało u niej uśmiech. - Po sześciuset latach zamknięcia za tymi górami nie możesz mieć ludziom za złe, że są ciekawi.
Sześćset lat. Rafel z trudem to sobie wyobrażał. To jakieś sto razy tyle, ile sam przeżył. Mama miała rację. Oczywiście, że ludzie chcieli wiedzieć. On chciał wiedzieć. Czuł żal, tak samo jak ona, że mistrz Tollin i inni nie znaleźli nic dobrego po drugiej stronie Barlskich Gór.
Ale tatko nie żałował. Zmierzył mamę wzrokiem, po czym namoczył w zupie ostatni kawałek chleba.
- A wyobraź sobie, że mogę - wymamrotał z pełnymi ustami. To nie świadczyło o dobrych manierach, lecz on się tym nie przejął. Zaśmiał się tylko, kiedy mama to powiedziała, i odezwał się jeszcze bardziej gburowato: - Powiedz no mi, Dath, co komu kiedy przyszło z ciekawości, prócz podbitego oka głupca, którego nie zadowalał święty spokój?
Rafel dostrzegł, że matka czujnie na niego zerka, i przybrał minę, jakby go to wcale nie obchodziło, jak gdyby naprawdę był niemądrym małym chłopczykiem, który niczego nie rozumie.
- Tollin i reszta tylko próbowali pomóc - mruknęła. - A mnie jest przykro, że sprawy źle się potoczyły. Chciałam poznać ludzi żyjących po drugiej stronie gór. Chciałam posłuchać ich opowieści. A teraz dowiadujemy się, że nikogo tam nie ma? Myślę, że to wielka szkoda.
Burcząc pod nosem, tatko wyciągnął rękę po piętkę świeżo upieczonego chleba leżącego na desce pośrodku stołu. Oderwawszy kolejny kęs, łypnął gniewnie na mamę. Nie na nią się gniewał, tylko ogólnie na świat, jak to mu się czasem zdarzało. On nigdy nie gniewał się na mamę.
- Coś ci powiem, Dathne - odezwał się, wymachując przed nią chlebem. - Oto prawda oskrobana z łusek, udowodniona przez Tollina... Nie ma nic dobrego z węszenia za tymi całymi górami. Jaką cenę już zapłaciliśmy, co? Titch i Derik nie żyją, a to cholerna szkoda. Pik Mobley też, ten uparty stary krab. No i ten przemądrzały lord Bram. Na mój rozum dorański mag powinien mieć więcej cholernego oleju w głowie, ale on był takim samym postrzelonym głupcem jak reszta. Trzeba było mnie słuchać. Czy to nie ja im mówiłem, żeby nie wyruszali? Czy to nie ja im powiedziałem, że tylko dureń wtyka rekinowi kij w oko? Ja. Ale nie słuchali. Obie cholerne Rady; żadna nie posłuchała. I czym to się skończyło? Tym, że ludziska chlipią na ulicach.
Z westchnieniem mama położyła dłoń na ramieniu taty.
- Wiem. Ale porozmawiajmy o tym później. Kolacja wystygnie, jeśli teraz dalej będziemy to roztrząsać.
- Nie ma o czym gadać, Dath - odpowiedział tatko. Wrzucił chleb do niemal pustej miski i odsunął ją. - Co się stało, to się nie odstanie. Nie pstryknę palcami i nie sprowadzę ich wszystkich z powrotem w jednym kawałku, co nie?
Był teraz tak rozdrażniony, że mówił niczym kuzyni z dalekiego wybrzeża, a nie jak zasiedziały miastowy Olk. Przypominał niebo, kiedy zbiera się na burzę. Chociaż zafajdana Deenie była berbeciem, miała trzy latka i nadal sikała w pieluchy, nawet ona to wiedziała. Rzuciła łyżkę na stół i zaczęła zawodzić.
- No i proszę, Asherze! - powiedziała mama karcącym tonem. - Zobacz, co narobiłeś.
Rafel przewrócił oczami, gdy matka zaczęła się roztkliwiać nad jego nieznośną siostrą. Ojciec, skrzywiony, przyciągnął miskę z powrotem i wybrał łyżką to, co zostało z jego zupy oraz rozmokniętego chleba, mamrocząc pod nosem. Rafel z pochyloną głową też dokończył zupę, ponieważ tatko nie lubił patrzeć, jak się marnuje dobre jedzenie. Kiedy jego miska była już pusta, spojrzał na ojca, mimowolnie otwierając usta. Miał pytanie i wiedział, że będzie go ono dręczyło, póki nie uzyska odpowiedzi.
- Tatku? Mogę cię o coś spytać?
Tatko podniósł wzrok, chmurnie utkwiony w misce po zupie.
- Pewnie, szprocie. Wiesz, że możesz.
Rafel poczuł na sobie spojrzenie mamy, mimo że karmiła małą rozgniecionymi słodkimi warzywami.
- Tatku, nie chcesz, żeby ktokolwiek wyruszył za góry? Nigdy?
- Nie chcę - odpowiedział ojciec i energicznie potrząsnął głową. - Nie ma sensu, Rafe. Wszystko, czego kiedykolwiek moglibyśmy chcieć albo potrzebować, mamy tu pod nosem, w Lur. - Popatrzył na mamę z ciepłem w oczach i łagodnym uśmiechem. Tak mocno ją kochał. Prędko wpadał w złość, lecz równie prędko się uspokajał. - Mamy rodzinę i przyjaciół, i jedzenie na stole. Po co jeszcze mamy się narażać na ryzyko za tymi górami?
Rafel odłożył łyżkę. Tatko był bohaterem, każdy tak mówił. Nie tylko Darran opowiadał mu historie. Tatko nie znosił słuchać, jak ludzie to mówią, robił tak kwaśną minę, że popękałoby od niej szkło, ale to była prawda. Był bohaterem i wiedział wszystko o wszystkim...
"Ale ja mu nie wierzę. Nie w tej sprawie".
Och, to była okropna myśl. Jednak taka była prawda. Tatko się mylił. Było coś do znalezienia za górami, Rafel to wiedział... i pewnego dnia tam wyruszy. Dowie się, co tam jest.
"Wtedy ja też zostanę bohaterem. Będę Rafe'em Śmiałym, wielkim olkińskim odkrywcą. Zrobię coś wyjątkowego dla Lur, całkiem jak mój tatko".
Spór był błahy... ale nie w tym rzecz. Zmęczyło go już powtarza nie: rzecz w tym, że zawleczenie Doranina do Pałacu Sprawiedliwości i zmuszenie go do obrony, bo posłużył się magią, było poniżające. To obelga. Postawienie jakiegoś olkińskiego wściubiającego nos natręta na równi z dorańskim magiem było obelgą. Do tego maczał w tym palce osławiony Asher z Restharven. Jego szemrane zdolności były największą obelgą ze wszystkich.
- Ojcze...
Rodyn Garrick spojrzał w dół na swego syna.
- Co?
Zabrany z klasy, by być tutaj, na najważniejszej lekcji, jaką mógł otrzymać młody Doranin, Arlin wiercił się obok niego na ławie. I to była jeszcze jedna obelga. Za czasów Borne'a dorański członek rady miał zapewnione szacowne miejsce w Pałacu Sprawiedliwości na jednej z galerii... lecz te czasy minęły. Obecnie miejsca na galerii pozostawały puste i nawet najważniejsi Doranie w Lur byli zmuszeni odgniatać sobie siedzenia na twardych drewnianych ławach, rzuceni w środek ogółu mieszkańców.
- Arlinie, co? - powtórzył. - Rozprawa zaraz się zacznie. A ja ci mówiłem, że nie będę tolerował przerywania.
- Nieważne - wyszeptał Arlin. - Spytam później.
Rodyn stłumił gniew. Chłopak był nie do zniesienia. To wina jego matki. Jedyny syn, a ona rozpieszczała go ponad wszelką miarę. Naprawdę dobrze się stało, że umarła. Wystarczająco ciężko było naprawić szkody wyrządzone przez nią w ciągu dziesięciu lat.
W Pałacu Sprawiedliwości brzęczało od stłumionych rozmów, a w chłodnym powietrzu ciężko zawisł już nie tak skutecznie tłumiony nastrój wyczekiwania. Rodyn mu się nie poddawał. Odczuwał jedynie wściekłość i zgrozę. Postanowił usiąść wraz z synem na końcu sali, gdzie było najmniejsze ryzyko, że ktoś ich zauważy. Poza Ain Freidin, przeciwko której wysunięto te urągliwe i rzekome zarzuty, oraz jej rodziną, on i Arlin byli jedynymi obecnymi Doranami. Cóż, oczywiście nie licząc jego znajomej z Rady, Sarnii Marnagh; główna administratorka Pałacu Sprawiedliwości i jej olkiński asystent cicho naradzali się nad pergaminami i papierzyskami, ani razu nie podnosząc wzroku.
Wszyscy czekali na Ashera.
Kiedy w końcu tak zwany zbawca Lur raczył się pojawić, wszedł przez jedne z drzwi w głębi sali, zamiast powoli i z doniosłą godnością opuścić się do niej z wysokości, co było zwyczajem za czasów Borne'a. Tyle zostało z majestatu prawa. Nawet ubiorowi Ashera brakowało należytego przepychu... zwyczajna bawełna z wełną, do tego niegustowna rudawobrązowa brokatowa kamizelka. Toż to Pałac Sprawiedliwości. Może spotkania Rady nie wymagały aksamitów i klejnotów, ale to czcigodne miejsce z pewnością tak.
Był to kolejny przykład olkińskiej pogardy.
Jeszcze bardziej zdenerwował go pełen szacunku ukłon złożony przez Sarnię Marnagh Olkowi, tak jakby był znamienitszy od niej. Jak ta kobieta mogła nadal tu pracować? Nadal podkopywać pozycję własnych rodaków? Znamienitszy? Asher i jego olkińscy pobratymcy nie byli nawet równi Doranom.
Arlin wstrzymał oddech.
- Ojcze?
Ze świadomym wysiłkiem Rodyn rozluźnił zaciśnięte pięści. To urządzone na nowo Lur dławiło go niczym ość w gardle, kłuło i drażniło, całkiem rujnując mu apetyt... ale nie przysłuży się nikomu, niczego nie ocali, jeżeli nie utrzyma nerwów na wodzy. Przybył tu dzisiaj, żeby obserwować, nic więcej. Nic więcej nie mógł zrobić. Pora jeszcze nie dojrzała. Lecz kiedy dojrzeje... och, kiedy dojrzeje...
"Ujrzę z dawna zaległe żniwa".
W odległym krańcu sali, zasiadłszy na imponującym podwyższeniu przy sędziowskim stole, Asher trzy razy uderzył małym młoteczkiem w prastary dzwonek. W przestronnej sali zapadła cisza.
- No dobrze - powiedział, niedbale rozparty na swoim rzeźbionym i wyściełanym krześle. - O co w tym wszystkim chodzi? To ty się skarżysz, mistrzu Tarne, więc najlepiej gadaj pierwszy.
A więc tak brzmiało nazwisko Olka? Wcześniej nie zadał sobie trudu, by je poznać. Nie miało znaczenia, kim był ten człowiek. Liczyło się tylko, że ośmielił się mieszać w sprawy dorańskiej magii. Nawet teraz Rodynowi trudno było w coś takiego uwierzyć. To był policzek dla natury, dla właściwego porządku rzeczy, żeby jakiś Olk podważał prawa Doranina.
Olk podniósł się, a następnie przeszedł na miejsce dla świadka przed podwyższeniem. Pękając z nadmiaru jedzenia i pychy, rzucił triumfujące spojrzenie Ain Freidin, po czym zatknął kciuki za napięte szelki i kołysał się na piętach.
- Mistrz Tarne, zgadza się, panie. I jestem tutaj po to, żebyś rozstrzygnął tę sprawę z moją sąsiadką. Nie należę do takich, co to szukają przykrości. Wolę spokojnie żyć i dać żyć innym. Ale nie dam sobą pomiatać, panie, i nikt mi nie będzie mówił, żebym znał swoje miejsce. Te czasy już minęły. Ja znam swoje miejsce. Znam swoje prawa.
Asher podrapał się po nosie.
- Może i znasz, ale nie o to cię spytałem.
- Proszę o wybaczenie - odpowiedział Olk, zesztywniały z oburzenia. - Ja tylko nakreślam obraz, panie. Żeby zapewnić ci pojęcie o...
- Jedyne, co mi zapewniasz, mistrzu Tarne, to wrzody na tyłku - przerwał Asher. - Tak się składa, że nie jestem w nastroju, żeby tu siedzieć przez cały dzień na obolałym zadku, więc po prostu poczekaj chwilę, a ja zobaczę, czy potrafisz swoją skargę napisać lepiej, niż o niej opowiedzieć.
Gdy urażony olkiński wół z sykiem wciągnął powietrze przez zęby, Asher wziął dokument podany mu przez olkińskiego asystenta Sarnii Marnagh. Zaczął go czytać, ignorując Tarne'a i rozproszone szepty Olków, którzy zaczęli się gapić i drwić z lepszych od siebie. Zignorował także Ain Freidin. Sarnia Marnagh siedziała biernie; jedynym jej wkładem w rozprawę był magiczny zapis tej parodii sprawiedliwości. Co za zdradziecka kobieta. Co za smutne rozczarowanie.
Skazany na bezczynność Rodyn zaplótł ręce. Wyglądało na to, że Asher miał jeden ze swoich humorzastych nastrojów. A co to wróżyło? Od kiedy Mur Barl został zniszczony, to był dwunasty... nie, trzynasty raz, gdy został wezwany do Pałacu Sprawiedliwości, gdzie rozstrzygał w sprawach dotyczących magii. Pięć decyzji zapadło po myśli Doran. Reszta została rozsądzona na korzyść Olków. Czy to dowodziło uprzedzeń? Być może. Ale... ku swemu wielkiemu zawstydzeniu... Rodyn nie potrafił tego stwierdzić z całą pewnością. Nie uczestniczył w żadnej z poprzednich rozpraw. Dopiero w zeszłym roku w końcu, w końcu obudził się ze swojego odrętwienia, by stawić czoło prawdzie, której próbował zaprzeczać tak usilnie... i tak długo.
Lur nie spełniało już oczekiwań Doranina.
- No więc - powiedział Asher, oddając pismo ze skargą. - Mistrzu Tarne. Na twój rozum twoja sąsiadka... ta oto lady Freidin... niszczy twoje zbiory ziemniaków swoim magicznym działaniem. A może źle odczytałem twoją skargę?
- Nie - odpowiedział Olk. - To właśnie robi. I poprosiłem ją, żeby przestała, ale ona nie chce. - Łypnął gniewnie na Ain Freidin. - No to przybyłem tutaj, żebyś jej powiedział, że już nie jest jak za dawnych czasów. Przybyłem, żebyś jej nakazał przestać mącić. Olkińska magia jest tak samo dobra jak jej, tak mówi prawo. I prawo mówi też, że ona nie może wchodzić w drogę mnie i mojej magii.
Arlin, aż do tej chwili posłusznie milczący, wydał cichy kpiący odgłos. Nie do końca niezadowolony Rodyn ostrzegawczo uszczypnął chłopca w kolano.
- Jak właściwie lady Freidin niszczy twoje kartofle, mistrzu Tarne? - spytał Asher, znów nonszalancko rozpierając się na krześle. - I czy masz na to jakiś dowód?
Kolejny oburzony syk.
- Czy moje słowo nie wystarczy? - zapytał ostro hodowca ziemniaków. - Ja jestem Olkiem. Ty jesteś Olkiem. Na pewno...
Wzdychając, Asher pokręcił głową.
- Nie tu, nie w Pałacu Sprawiedliwości. W Pałacu Sprawiedliwości jestem parą oczu i uszu i nie opowiadam się po żadnej ze stron, mistrzu Tarne.
- Są zaprzysiężone oświadczenia - burknął zbesztany Olk. - Masz je przed sobą.
- Ano tak, czytałem je - odparł Asher. - Twoja żona i synowie śpiewają na tę samą nutę, mistrzu Tarne. Ale to nie dowód.
- Panie, skąd twoja nieprzychylność? - powiedział Olk. - Nie szukam kłopotów! To spory wydatek przyjechać tutaj. Wydatek, na jaki nie mogę sobie łatwo pozwolić, jednak go ponoszę, ponieważ to ja mam rację w tym sporze. Straciłem dwa zbiory przez samolubność i złośliwość lady Freidin. A skoro ona nie chce przyznać, że to jej wina, i się poprawić, muszę wnieść sprawę tutaj. Czy mam jakiś wybór?
Asher zmarszczył czoło, słysząc ton mężczyzny.
- Tego nie powiedziałem, mistrzu Tarne. Prawo jest jasne w tej kwestii. Masz rację.
- Wiem doskonale, że nie zaliczam się do najlepszych w magii ziemi - ciągnął Olk, nadal buntowniczym tonem. - Sam pierwszy to przyznam. Ale radzę sobie wystarczająco dobrze. A teraz dwukrotnie dobre ziemniaki zgniły mi w glebie na maź i przepadła rynkowa cena, jaką mogłem za nie dostać. To jest mój dowód. A jak wykarmię i odzieję swoją rodzinę, kiedy przez nią moja kiesa jest w połowie pusta?
Obserwujący rozprawę Olkowie poruszyli się i zamruczeli na znak poparcia. Niezadowolony Asher podniósł rękę.
- Ludziska, trzymajcie gęby na kłódkę albo idźcie do domu. Jedno albo drugie, mnie wszystko jedno. Ale jeśli nie zamkniecie się, to odbiorę wam wybór, jasne?
Rodyn uśmiechnął się. Gdyby miał przy sobie sztylet, mógłby nim dźgnąć w samo serce oburzonego milczenia.
- Mistrzu Tarne - powiedział Asher, wciąż spoglądając surowo. - Nie jestem rolnikiem, ale nawet ja słyszałem o zgniliźnie ziemniaków.
- Cóż, panie, ja jestem rolnikiem i mówię ci wprost, że nie straciłem zbiorów przez zgniliznę ani przez żadną inną naturalną zarazę - odpowiedział Olk. - To dorańska magia tu zawiniła.
- Ty tak twierdzisz - odparł Asher. - Jednak nie wygląda mi na to, żebyś miał choćby cień dowodu.
- Panie, nie ma innego wytłumaczenia! Moja farma znajduje się obok posiadłości lady Freidin. Ona ma zabudowania w pobliżu ogrodzenia oddzielającego moje ziemniaki od jej pól. Spędza sporo czasu w tych budynkach, panie. Co ona tam robi, tego nie potrafię ci powiedzieć, nie widziałem na własne oczy. Ale moje zniszczone plony ziemniaków mówią same za siebie. Dzieje się tam coś szkodliwego i taka jest szczera prawda.
- Szkodliwego? - powtórzył Asher, unosząc brwi, gdy olkińscy widzowie zaryzykowali wypędzenie i rozległy się szepty. - No, to mocne słowo.
Rodyn przeniósł wzrok z niego na Ain Freidin, lecz w dalszym ciągu mógł zobaczyć jedynie tył jej głowy. Siedziała milcząca i wyprostowana, w najmniejszym stopniu nie zdradzając, co sądzi o tych oskarżeniach. Ani czy w ogóle były zasadne. On sam... nie miał pewności. Ain Freidin była znajomą, nic więcej. Nie miał wglądu w jej opinie co do zmian tak surowo narzuconych ich ludowi ani w to, jaką magię uprawia za zamkniętymi drzwiami.
- Ta ziemia obok mojej, zanim stała się dorańską posiadłością, należała do Eby Nye. I dopóki to była farma, moje ziemniaki były najlepsze w okręgu - powiedział Olk i wsparł pięści na szerokich biodrach. - Ani plamki zgnilizny na zbiorach, rok po roku. Dwa lata temu Eby sprzedała ziemię i przeniosła się, i od tamtej pory w obu latach straciłem plony. Nikt mi nie wmówi, że tych faktów nic nie wiąże. - Wskazał na Ain Freidin. - Ta kobieta coś kombinuje. Ona...
- Ta kobieta? - odezwała się Ain, zrywając się na równe nogi przystrojone w kosztowne obuwie. - Masz czelność mówić o mnie w taki sposób? Dla ciebie i dla każdego Olka jestem lady Freidin.
- Możesz usiąść, lady Freidin - odpowiedział Asher. - Nie przypominam sobie, żebym już cię poprosił o podanie twojej wersji.
Młoda i zawzięta Ain Freidin, której cierpliwość najwyraźniej była na wyczerpaniu, musiała dopiero poznać wartość wyczucia czasu. Nie usiadła ani nie pohamowała się.
- Oczekujesz, że zignoruję brak szacunku ze strony tego ciołka?
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, w księgach nie było przepisu, który by głosił, że mistrz Tarne nie może cię nazywać tą kobietą - odparł Asher. - O ile wiem, to nie ma nawet przepisu mówiącego, iż nie może cię nazwać upierdliwą zołzą, jeżeli przyjdzie mu na to ochota. Jestem natomiast pewien, że kiedy w tej sali mówię ludziom, żeby usiedli i się zamknęli, to oni to robią.
- Masz czelność tak się odzywać? - powiedziała Ain Freidin; jej złote włosy zalśniły jasno w promieniach słońca przesączających się przez okno Pałacu i odbiły blask magicznego ognia. - Do mnie?
- A tak, lady Freidin, do ciebie - odparował Asher, jaskrawo okazując całą swoją olkińską arogancję. - Do ciebie i do każdego głupca, który wchodzi tutaj i myśli, że dzięki swojej pozycji jest ważniejszy ode mnie. Tam na zewnątrz? - Wskazał kciukiem najbliższe okno i plac za nim z widocznymi gdzieniegdzie ciepło odzianymi mieszkańcami miasta. - Tam na zewnątrz ty i ja będziemy dokładnie tacy sami. Ale w Pałacu Sprawiedliwości ja przemawiam w imieniu prawa... i w tym królestwie nie ma takiego, co by stał ponad nim. Barl sama stwierdziła to jasno jak słońce. Co więcej, postępujemy w ustalony sposób, jeśli idzie o przepisy i ich przestrzeganie, i nie ty będziesz mówić: "nie, zrobimy to po mojemu".
Urzeczeni olkińscy obserwatorzy z zapartym tchem czekali na odpowiedź Ain Freidin. Arlin też czekał w napięciu. Zerkając na zaabsorbowanego syna, Rodyn ujrzał na jego twarzy bezwzględną pogardę, która go ucieszyła. A zatem przynajmniej skorzystał z tej lekcji. Dobrze.
Asher podniósł młoteczek od sędziowskiego dzwonka.
- Jeżeli tego użyję, lady Freidin - powiedział, teraz łagodny jak wiosenny dzień i równie zmienny - rozprawa się zakończy, a ty nie wypowiesz ani jednego słowa na swoją obronę. Chcesz tego? Czy przyjechałaś taki kawał drogi z Doliny Marling tylko po to, żeby wrócić do domu ze sporo lżejszą sakiewką i nie przedstawić mi własnej wersji, jak mistrz Tarne stracił swoje kartofle?
- Nie można odebrać mi prawa do obrony - oświadczyła Ain Freidin głosem piskliwym z wściekłości. - Ty nie stanowisz tutaj prawa, Asherze z Restharven. Jeden przypadkowy magiczny wyczyn nie daje ci prawa mnie uciszać.
- Nie chcę cię uciszać, lady Freidin - odpowiedział Asher. - Chcę, żebyś odpowiedziała na skargę mistrza Tarne'a. Co majstrujesz w tych swoich zabudowaniach?
- Nie twoja sprawa - warknęła Ain Freidin.
- A wyobraź sobie, że moja, jeżeli przez to, co tam wyrabiasz, mistrz Tarne stale traci plony - oznajmił Asher. Nadal łagodnie, lecz z błyskiem w oku. - Ludzie są przywiązani do swoich ziemniaków, lady Freidin. Gotowane, tłuczone czy smażone; ludziska nie lubią obywać się bez nich. Ostatnie, czego nam potrzeba w Lur, to niedobór ziemniaków.
- A więc to mnie się obwinia za niekompetencję tego człowieka? Czy tak sobie wyobrażasz sprawiedliwość Barl?
Asher bawił się młoteczkiem od dzwonka.
- Odpowiedz na pytanie, lady Freidin.
- To pytanie jest impertynenckie! Nie odpowiadam przed tobą, Asherze z Restharven!
Gdy wśród olkińskiej publiczności rozległy się wstrząśnięte pomruki, a rodzina Ain Freidin szarpała ją za rękaw, szepcząc naglące błagania, Arlin wiercił się na ławie.
- Czy to prawda, ojcze? - zapytał. - Czy ona nie musi nic mówić?
Rodyn zawahał się. Wcześniej nakazał chłopcu milczenie, więc to było nieposłuszeństwo. Jednak pytanie było zasadne.
- Wedle praw ustanowionych po upadku Muru lady Freidin się myli. My, Doranie, musimy rozliczać się z używanej przez nas magii.
- Przed Olkiem?
Ojciec skinął głową.
- Na razie tak.
- Ale...
Rodyn uszczypnął syna, żeby zamilkł.
Krewni Ain Freidin nadal ją upominali; ich głosy były przyciszone, lecz zaniepokojenie rzucało się w oczy. Zdawali się myśleć, że da się ją przywieść do opamiętania. Jednak Asher, wyraźnie poirytowany i nieskłonny nadal jej pobłażać, palnął rozłożoną płasko dłonią w stół przed sobą.
- Wystawiasz moją cierpliwość na próbę, lady Freidin - oświadczył. - Impertynenckie czy nie, to pytanie wymaga twojej odpowiedzi.
- Jestem magiem - odparła Ain Freidin, nadal piskliwym głosem. - Moje magiczne działania są skomplikowane i ważne.
- No proszę! - odezwał się olkiński rolnik. - Przyznajesz to! Coś kombinujesz!
Ain Freidin zmierzyła go wzrokiem pełnym zimnej pogardy.
- Przyznaję, że nie ma nadziei, abyś pojął, co robię. I sugeruję, żebyś trzymał swoje brudne paluchy w ziemi, człowieku, z dala od moich spraw.
- Słyszysz to, panie? - powiedział rolnik, zwracając się do Ashera. - Sama to mówi. Uprawia magię w tych zabudowaniach.
- To nie jest łamanie prawa, mistrzu Tarne - odpowiedział Asher. - Nie jest, jeżeli magia jest pod kontrolą.
- A jak może być pod kontrolą, skoro moje ziemniaki giną?! - wykrzyknął Olk. - Panie Asherze...
Podnosząc rękę, by uciszyć rolnika, Asher ponownie spojrzał na Ain Freidin.
- No właśnie, to jest sedno tego sporu, czyż nie? Lady Freidin, Barl wyłożyła jasno wam, Doranom, jaka magia jest właściwa, a jaka nie jest. A więc... co tam kombinujesz, hę?
- Ty nie jesteś w stanie pojąć złożoności mojej pracy ani trochę lepiej niż ten... ten... kmiotek obok mnie - warknęła Ain Freidin. - Olkińska magia, jeżeli w ogóle można ją nazwać magią, nie jest...
- Powiem ci, czym ona nie jest - przerwał Asher. - Nie jest powodem, dla którego tutaj jesteśmy. I na mój rozum usłyszałem już nadto. - Trzykrotnie uderzył młoteczkiem w dzwonek. - Rozstrzygam sprawę na korzyść mistrza Tarne'a. Lady Ain Freidin zostaje obłożona grzywną równą dwakroć tyle, ile kosztowały jego utracone plony ziemniaków, na pokrycie kosztów sądowych, pięć razy tyle za zniszczenia plus jeszcze jeden raz za brak poszanowania dla przepisów prawa Lur, płatne bezpośrednio jemu. Ponadto wpłaci sto tronnów na rzecz miejskiej kaplicy, jako że Barl nigdy nie darzyła względami dumnych i wyniosłych, kimkolwiek by byli. Stanie także przed Radą Magów z powodu postawionego tutaj pytania o szkodliwą magię. Chyba że... - wychyliwszy się do przodu, Asher zaszczycił Ain Freidin uśmiechem odsłaniającym zęby - wybierze przyjacielską pogawędkę na osobności, kiedy już się załatwi sprawę grzywny i datków na dobroczynność?
Przez moment Rodyn sądził, że głupia kobieta zrobi przykrą scenę. Zorientował się, że wstrzymuje oddech, pragnąc, by zachowała zarówno godność, jak i panowanie nad sobą. Ain Freidin intrygowała go. Miała coś w sobie, wyczuwał to. Posiadała moc. Potencjał. Była kimś, na kogo lepiej mieć baczenie. Lecz jeżeli sprowokuje Ashera...
Jak gdyby zdolna usłyszeć jego myśli, Ain zwiesiła ramiona.
- Rozmowa na osobności jest do przyjęcia - powiedziała głucho.
- No to skończyliśmy - oznajmił Asher z niesmakiem. - Lady Marnagh dopilnuje szczegółów i przyprowadzi cię do mnie, kiedy już umówicie zapłacenie twoich grzywien.
Rodyn podniósł się.
- Chodź, Arlinie.
Pozostawiając Ain Freidin jej losowi oraz olkińską ciżbę, żeby hasała, jak jej się podoba, wyprowadził syna z Pałacu Sprawiedliwości. Stanął na szerokich stopniach, wziął głęboki wdech i usiłował odpędzić gniew. Dorański mag odpowiada przed Asherem z Restharven? Sama myśl była odrażająca. Wstrętna. To ujma dla każdego Doranina w Lur. Jednak w obecnej sytuacji nie był w stanie nic zrobić w tej sprawie.
W obecnej sytuacji.
Minęło południe, lecz pozostało jeszcze dość późnozimowego dnia, żeby wysłać posłańców do dyskretnych przyjaciół, zwołać spotkanie i pomówić o tym, co tu zaszło.
"Trzeba o tym pomówić. Sytuacja z każdym dniem staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Wiem, jak chciałbym się nią zająć. Pytanie tylko, czy jestem sam?"
Tego nie wiedział. Ale nadeszła pora, żeby się dowiedzieć.
- Chodź, Arlinie - powtórzył i ruszył po schodach na dół.
- Wracamy do domu w mieście? - spytał Arlin, nie ruszając się z miejsca. - Ale...
Rodyn obejrzał się na niego.
- Sprzeciwiasz mi się, Arlinie?
- Nie, ojcze - wyszeptał Arlin z szeroko otwartymi oczami. - Oczywiście, że nie, ojcze.
- Dobrze - odpowiedział Rodyn, odwracając się. - To mądre z twojej strony, chłopcze.
- Tak, ojcze - powtórzył Arlin i posłusznie ruszył za nim.
Siedząc przy biurku w kącie biblioteki miejskiej rezydencji i wykonując ćwiczenie, które uważał za tak proste, że z nudów miał ochotę się rozpłakać, Arlin słuchał, jak jego ojciec spiera się ze swoimi gośćmi o lady Ain Freidin i jej rozprawę w Pałacu Sprawiedliwości.
- Nie ma sensu protestować przeciw temu, by zeznawała przed Olkiem, Rodynie - powiedział lord Baden, jeden z najbliższych przyjaciół ojca. - Czas na protesty mamy od dziesięciu lat za sobą. Kiedy Lur z hukiem zawaliło się nam na głowy, wtedy mieliśmy szansę ukształtować królestwo bardziej po naszej myśli. Nie zrobiliśmy tego. I teraz musimy ponosić konsekwencje.
- Wiecznie? - odpowiedział ojciec. - Czyżbyś był takiego właśnie zdania, Sarle'u? Że mamy potulnie akceptować nasze miejsce, nie kwestionując go, póki nie wypali się ostatnia gwiazda na firmamencie?
Arlin drgnął, strącając ćwiczebne klocki na dywan.
- Co ty wyprawiasz, chłopcze? - spytał ostro ojciec. - Czy muszę przerywać swoje sprawy, żeby cię szkolić?
Na czworakach, po omacku szukając pod biurkiem rozsypanych klocków, Arlin usiłował powstrzymać drżenie w głosie.
- Nie, ojcze.
- A więc wstań z podłogi. Wykonuj ćwiczenia. I nie przerywaj więcej, bo pożałujesz.
- Tak, ojcze.
Niezgrabnie tuląc klocki do piersi, chłopiec dostrzegł przelotny błysk współczucia na bladej, wąskiej twarzy Sarle'a Badena. Drugi z gości ojca, lord Vail, zmierzył go wzrokiem z niejasną, zniecierpliwioną niechęcią. Zarumieniony ze wstydu Arlin pozbierał się i wstał z podłogi. Płomienie w kominku biblioteki podskoczyły z trzaskiem.
Lord Baden odchrząknął.
- Rodynie, przyjacielu, myślę, że powinieneś wyrażać się nieco jaśniej. Czy sugerujesz, żebyśmy siali ferment w społeczeństwie? Muszę być z tobą szczery... Wątpię, żeby taki pomysł spotkał się z inną reakcją niż niesmak.
- Zgadzam się - przytaknął lord Vail. - Żyje się wygodnie, Rodynie. To, co Morg zepsuł, dawno już zostało naprawione. Za rodziną królewską nikt nie tęskni. Nie ucierpieliśmy po upadku Muru Barl. Bardzo wątpię, żebyś nakłonił kogoś do wszczynania problemów.
Arlin wstrzymał oddech. Ojciec nienawidził, gdy mu się sprzeciwiano. Klocki, które trzymał w ręku, brzęczały od mocy, stawiały opór, nie chcąc się do siebie zbliżać. Odruchowo je opanował i czekał, co zrobi ojciec.
Ojciec pokiwał głową.
- To prawda, Ennecie - powiedział, zaskakująco spokojny. - Nic się nie zmieniło w Lur. Oczywiście jeśli nie liczysz Olków i ich magii.
- Skądże - odparł lord Vail z pogardliwym uśmieszkiem. - Ty chyba też nie? Nie można nawet powiedzieć, że to magia, Rodynie. Nazywanie magią tego, co robią Olkowie, jest jak nazywanie płomienia świecy pożogą.
Kolejny sprzeciw, a ojciec wciąż jeszcze nie krzyknął, nie warknął. Oszołomiony Arlin odstawił klocki na biurko i znów usiadł na krześle o prostym oparciu. Klocki rozpychały się przed nim, ich energie żywiołowo zmagały się ze sobą nawzajem. Uspokoił je myślą, załagodził ich konflikt. Następnie, podnosząc klocek tworzący podstawę, pozwolił spojrzeniu spod na wpół opuszczonych rzęs powędrować w bok, by zobaczyć, co się dalej wydarzy.
Zamiast stanąć do konfrontacji z lordem Vailem, ojciec spojrzał na lorda Badena.
- Sarle'u, co wiesz o Ain Freidin? Czy nie zalecałeś się do jej kuzynki?
Lord Baden zaśmiał się.
- Wieki temu, bez powodzenia. A Ain była wtedy dzieckiem.
- Jakie miałeś o niej zdanie?
- Zdanie o niej? - Lord Baden popatrzył na ojca zaskoczony. - Ona była dzieckiem, Rodynie. Jakie można mieć zdanie o dziecku?
- Takie, jakie potrzeba - mruknął ojciec, uśmiechając się blado. Potem zmarszczył czoło. - Czy była zdolna jak na swój wiek, kiedy ją poznałeś? Miała skłonność do podejmowania ryzyka?
- Ryzyka? - Lord Baden w zamyśleniu przytknął palec do ust. - Nie wiem, ale skoro o tym wspomniałeś, Rodynie... z pewnością była śmiała.
- Podczas rozprawy została oskarżona o niszczycielską magię.
Lord Vail skrzywił się.
- Wierzysz słowu Olka?
- Nigdy - powiedział ojciec. - Jednak nie mogę zaprzeczyć, że została przyłapana prawdopodobnie na czymś niecnym. Bez sprzeciwu zgodziła się na niekorzystny wyrok oraz grzywny i skwapliwie uniknęła tłumaczenia się przed Radą Magów. To mi mówi, że miała coś do ukrycia.
- Jesteś zdania, że... eksperymentowała? - odezwał się po chwili lord Baden. - Jeżeli tak, to wyrosła na osobę więcej niż śmiałą. - Obejrzał się. - Ale może to nie jest odpowiedni temat do rozmowy. Młody Arlin...
- Nie musisz się martwić o Arlina - powiedział ojciec. - Mój syn potrafi trzymać język za zębami.
- To nie o jego dyskrecję się troszczę, Rodynie. To jeszcze chłopiec. Nie chcę...
- A ja nie chcę wysłuchiwać pouczeń, Sarle'u - warknął ojciec. - Arlin powinien się jak najprędzej dowiedzieć, co to znaczy być Doraninem w tym naszym nowym Lur.
- Na moje życie, Rodynie, nie rozumiem, do czego zmierzasz - pożalił się lord Vail. - Lur się nie zmieniło. My się nie zmieniliśmy. Wszystko jest tak, jak było, pomijając Olków i ich dziecinadę, a jak wciąż ci powtarzam, oni się nie liczą. Nie byli ważni wcześniej i nie są ważni teraz.
Ojciec wychylił się do przodu na swoim wygodnym skórzanym fotelu, opierając łokcie na kolanach, z wyraźnie zachłannym wyrazem twarzy.
- O to mi chodzi, Ennecie. Jak Sarle trafnie to ujął, zniszczenie Muru Barl i upadek rodu Torviga... koniec zaklinania pogody... to był moment, kiedy nasze życie mogło się zmienić. Powinno było się zmienić. Ale my pozwoliliśmy sobie na to, by przewrót nas przytłoczył. Daliśmy przyzwolenie, żeby sparaliżowało nas poczucie winy z powodu Morga, Conroyda Jarralta i Durma. Zamiast pochwycić naszą szansę, by stać się kimś więcej, my się cofnęliśmy. Poniżyliśmy się przed Olkami. Zamiast wysłać tego kundla Ashera w olkiński niebyt, usunęliśmy się i poparliśmy jego wyniesienie na bohatera Lur. I jeszcze gorzej... niektórzy z nas nawet orędowali za tym prostakiem.
Lord Vail i lord Baden wymienili zakłopotane spojrzenia.
- Cóż, mówiąc uczciwie, Rodynie - odezwał się lord Baden - on ocalił nas przed Morgiem.
- A jeśli nawet? - odpowiedział ojciec. - Myślę, że dostrzeżecie, iż on po prostu uratował samego siebie. To traf, że przy okazji ocalił resztę z nas. Ale nawet jeśli tak, to czy powinniśmy teraz, dziesięć lat później, w dalszym ciągu oddawać mu władzę nad naszym życiem?
- Czy masz zamiar podważyć ten ostatni werdykt w Pałacu Sprawiedliwości? - spytał lord Vail. - Nie wiem, jak mógłbyś to zrobić. Jeżeli Ain Freidin rzeczywiście eksperymentowała, złamała prawo magii Barl. To nie ma nic wspólnego z Asherem... ani żadnym Olkiem. Każdy z nas, zasiadając na miejscu sędziego, wydałby wyrok przeciwko niej.
- Prawda - powiedział ojciec i usiadł wygodniej. - Ennecie, to jak najbardziej prawda.
- Tu nie idzie o Ashera czy o Olków, czyż nie? - odezwał się cicho lord Baden. - Tu chodzi o magiczne ograniczenia Barl. O to, co możemy, a czego nie możemy robić jako Doranie. Czy mam rację?
Zamiast odpowiedzieć, ojciec podniósł się z krzesła i podszedł do szafki, w której trzymał trunki oraz kosztowne kryształowe kielichy. Arlin zajął się klockami, udając, że nie słucha. Udawał, że go to nie obchodzi albo że nie rozumie. Zawsze lepiej było, gdy ojciec zapominał o jego obecności.
- Prawo magii Barl - odezwał się ojciec, nalewając brandy sobie i swoim przyjaciołom. - W pełni przyznaję, że służyło swemu celowi... kiedyś. Służyło celowi, kiedy rządziło nami zaklinanie pogody. Magiczne ograniczenia były w tamtych czasach kluczowe. Nie można było dopuścić, by cokolwiek naruszyło równowagę, bo inaczej Mur zostałby zniszczony.
- A teraz nie ma Muru - stwierdził lord Vail. - Zatem nie ma potrzeby takich ograniczeń? Czy tak właśnie uważasz, Rodynie?
Z uśmiechem ojciec podał przyjaciołom kielichy.
- Czy to taka szokująca myśl?
- Chcesz eksperymentować, czy w tym rzecz? - spytał lord Baden. - Jak Ain Freidin? Jeżeli rzeczywiście eksperymentowała. Nie przyznała tego.
- Nie publicznie - powiedział ojciec, wracając na fotel z własnym kielichem. - Dowiem się, do czego przyznała się Asherowi na osobności, gdy tylko znów zbierze się Rada Magów.
- Rodynie, przyjacielu, doskonale rozumiem twoją frustrację - odrzekł lord Baden. - W rzeczy samej. Ale w pomyśle porzucenia ograniczeń Barl wobec eksperymentalnej magii widzę same niebezpieczeństwa. To właśnie nieroztropne poczynania Morgana i Barl pchnęły nasz lud na drogę ku zgubie. Czy skierowałbyś nas ku kolejnej wojnie magów? Skoro to maleńkie królestwo to jedyne nieskażone miejsce, jakie znamy, czy zaryzykowałbyś je tylko dlatego, że jesteś znudzony?
Ojciec pochłonął brandy jednym gniewnym haustem.
- Znudzony? Zapraszam was do mego domu, żebyśmy mogli podyskutować o przyszłości naszego ludu, a ty mówisz, że się nudzę? Sarle'u, czuję się znieważony.
Krzywiąc się, Arlin porzucił ćwiczebne klocki. Lord Baden nie powinien był tak mówić. Był przyjacielem ojca. Czyżby nie znał go lepiej? Może sądził, że ojciec nie będzie krzyczał, ponieważ obaj są mężczyznami.
- Przykro mi, że tak się czujesz, Rodynie - odpowiedział lord Baden. - Obrażanie cię nie było moim zamiarem. I nie mogę cię winić za to, że czujesz się sfrustrowany albo upokorzony, lecz...
Ojciec grzmotnął opróżnionym kryształowym kielichem o szeroki dębowy podłokietnik fotela.
- Upokorzony?
- Zaraz, zaraz, Rodynie, nie ma sensu unosić się gniewem - odparł lord Vail. Miał niespokojny głos. - I nie ma potrzeby żywić urazy, kiedy Sarle mówi, że czujesz się upokorzony. Barl wie, że ja czuję upokorzenie. I ręczę ci, że Sarle czuje się tak samo. To, co mówisz, to prawda. Popełniliśmy błąd w pierwszych tygodniach po Morgu. Pozwoliliśmy Asherowi i jego kobiecie oraz reszcie Olków nami poniewierać. Ale to już się stało i nie da się odwrócić.
- Nie - odpowiedział ojciec. - To, co się stało, można odwrócić, jeżeli mamy wolę i odwagę, żeby tego dokonać. Czy myślicie, że poza Ain Freidin nikogo spośród Doran nie kusi badanie zakazanej magii?
Przyjaciele ojca wpatrywali się w niego.
- Rodynie - odezwał się chrapliwym głosem lord Baden. - Z pewnością nie przyznajesz się do...
- Nie złamałem żadnego prawa - oznajmił ojciec. - Nie jestem takim głupcem. Nie naraziłbym swojego udziału w Radzie Magów. Ktoś musi mieć oko na Ashera. Ale to nie oznacza, że nie myślę... nie marzę... o innej przyszłości. To nie oznacza, że nie wyobrażam sobie czasów, gdy nasz lud zostanie uwolniony z klatki, którą zbudowała dla nas Barl.
Lord Vail upił łyk brandy.
- Uważasz, że jesteś człowiekiem, który przekręci klucz w tym zamku?
- Uważam, że jestem człowiekiem, który dostrzegł, że istnieje zamek - odpowiedział ojciec. - A także klatka.
- Dlaczego więc nas potrzebujesz? - spytał lord Baden. - Po co nas tu wezwałeś?
Ojciec uśmiechnął się.
- Jak powiedziałem, Sarle'u, nie jestem głupcem. Nie mogę dokonać tego sam. Potrzebuję dobrych ludzi, takich jak wy, którzy pomogą mi urzeczywistnić to marzenie.
Przyjaciele ojca znowu wymienili spojrzenia, tym razem ostrożne.
- A co to za marzenie? - zapytał lord Vail. - Te mgliste aluzje nie są ciebie godne, Rodynie. Mów otwarcie, skoro jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Co chcesz urzeczywistnić z naszą pomocą?
Ojciec odwrócił głowę.
- Arlinie.
Chłopiec nieznacznie podskoczył na krześle, po czym wstał.
- Ojcze.
- Chodź tutaj - polecił ojciec, dając mu znak ręką.
Czy chodziło o klocki? Czy zrobił coś nie tak z klockami? Przecież nie, wiedział, że nie. Były teraz doskonale spiętrzone, ich rywalizujące energie prawidłowo zrównoważone. Nic by ich nie roztrąciło. Dopóki ich nie uwolni, stos będzie stał wysoki i mocny.
- Arlinie - powtórzył ojciec i pstryknął palcami, a jego oczy się zwęziły.
Z wysiłkiem skrywając drżenie, Arlin przeszedł przez pokój, by stanąć przed ojcem.
- Panie.
Ojciec podał mu opróżniony kielich po brandy.
- Transmutuj to.
- Co takiego? - odezwał się zaskoczony lord Baden. - Rodynie, chłopiec ma dziesięć lat. Jest za młody, żeby...
- Pokaż mu, Arlinie - powiedział ojciec. Jego oczy lśniły. - Zadaj kłam słowom mego drogiego przyjaciela.
- Tak, panie - odpowiedział Arlin.
Spojrzawszy przepraszająco na lorda Badena, ustawił pusty kryształowy kielich ojca na ostrożnie wyciągniętej dłoni. Zapach brandy wciąż był obecny, unosił się z bursztynowych śladów. Łaskotał go w nos. Drażnił go tak, że chciało mu się kichać. Arlin nie lubił jego ostrego posmaku w gardle. Jednak to się nie liczyło. Liczyło się, by zadowolić ojca.
Pozwolił powiekom na wpół opaść i przywołał uśpione moce do życia. Odpowiedziały mu ochoczo, podatne i uległe, a on zrozumiał, dlaczego wcześniej miał ćwiczyć z klockami. To była rozgrzewka. Konia puszcza się kłusem, zanim się pogalopuje. To nie było nic innego.
Transmutować kielich. W co? Ojciec nie powiedział, więc wybór należał do niego. Może ptak. Lubił ptaki. Zazdrościł im ich skrzydeł i nieba.
Zaklęcie Transmutacji popłynęło równie gładko jak brandy ojca. Symbole tkwiły w jego palcach, czekając na uwolnienie. Poczuł, jak powietrze zapala się przelotnym ogniem. Odczuwał, jak kryształ się ogrzewa, topi i przekształca zgodnie z jego wolą.
- Zdumiewające - powiedział lord Vail i zaśmiał się. - Rodynie, to zdumiewające.
Arlin siłą woli uśpił swoją moc, po czym otworzył oczy.
Na jego dłoni stał stygnący i doskonały kryształowy sokół. Otwarty wygięty dziób, zadziornie ułożone skrzydła - ptak skrzył się w świetle magicznego ognia z żyrandola w bibliotece.
- Ma dopiero dziesięć lat - odezwał się lord Baden. Wpatrywał się w ojca z przedziwnym wyrazem twarzy. - Potrafi to w wieku dziesięciu lat? O ile sobie przypominam, ty borykałeś się z tym zaklęciem, kiedy miałeś... - Urwał i odchrząknął. - Co jeszcze chłopiec umie?
- To i owo - odpowiedział ojciec; jego oczy nadal były przerażające. - Nie jest pozbawiony potencjału. Ale na cóż się zda potencjał, pytam was, skoro jest skuty łańcuchami przeszłości? Jeżeli ograniczają go przestarzałe zakazy? Duszą lęki gorszych od niego? Przyjaciele, spłodziłem maga, który mógłby konkurować z samą Barl, i kto się o tym kiedykolwiek dowie?
- To jest twoje marzenie? - spytał lord Vail. - Uwolnienie Arlina?
Ojciec wstał.
- Uwolnienie nas wszystkich, Ennecie. Przez sześćset lat kuliliśmy się jak polne myszy w pszenicy, przerażeni każdym cieniem, jaki przeleciał nad głową. Ale Morg nie żyje i całe niebezpieczeństwo umarło wraz z nim. Powiadam wam, nadeszła pora, by przestać się kulić. Powiadam, stańmy wyprostowani i dumni w słońcu i odzyskajmy nasze dziedzictwo. Jesteśmy Doranami, przyjaciele. Koniec ze wstydem. Żadnego więcej kajania się. Żadnego więcej strachu.
Lord Baden zmarszczył czoło.
- Poruszające słowa, Rodynie. Ale co one oznaczają?
- Sarle'u - odpowiedział ojciec - oznaczają wszystko, cokolwiek chcemy, by oznaczały. Decyzja należy do nas. Ukształtowanie przyszłości naszego ludu spoczywa w naszych rękach, nie Olków. Ani nie Barl, martwej od sześciuset lat. A więc... czy jesteście ze mną? Czy pomożecie mi otworzyć klatkę, żeby nasi ludzie mogli odzyskać wolność?
- Nie przeczę, że jestem zmęczony odpowiadaniem przed Olkami - rzekł lord Vail. - I nie będę udawał, że sam nie mam marzeń o nieskrępowanej magii. Dobrze zatem. Jestem z tobą, Rodynie... pod warunkiem że nie będziemy przekraczać granic prawa ani prowokować żadnej przemocy.
- Żadnej przemocy - odparł ojciec. - Tylko stanowcza determinacja. Sarle'u?
Lord Baden wpatrywał się w kryształowego sokoła.
- Mam wątpliwości, Rodynie. Myślę, że to nie będzie tak proste, jak sobie wyobrażasz.
- Ja sobie nie wyobrażam, że to będzie proste - odrzekł ojciec - ale wierzę, że to słuszne.
- Racja - mruknął lord Baden. - Cóż. Czas pokaże, jak mniemam. - Skinął głową. - Jestem z tobą. Już dość długo zdawaliśmy się na Olków.
- Doskonale - powiedział ojciec. - Arlinie, możesz odejść. I wrzuć tę rzecz do ognia. Kryształowe cacka są dla dziewczynek.
Nie było sensu protestować.
- Tak, ojcze.
Mijając kominek w drodze do wyjścia z biblioteki, cisnął stworzonego przez siebie sokoła w łapczywe płomienie. Może pewnego dnia zrobi nowego. Kiedy dorośnie, sam będzie sobie panem, a ojciec nie będzie mógł dłużej mu dyktować, co ma robić.
Bardzo, bardzo się starał cicho zamknąć za sobą drzwi.
Dopadło go to, gdy wędrował przez wiśniowy sad, który Dathne kazała zasadzić przy pałacu. Nie było jeszcze wiśni do podkradania; drzewa nie zaczęły nawet wypuszczać pąków. Ale zima już odchodziła: ledwie wyczuwalny sygnał wiosennego ciepła w promieniach słońca pocałował jego policzek. To znaczyło, że wiśniowe drzewka wkrótce obsypią się różowymi płatkami, a potem będą się uginały od owoców. Była to radosna myśl, a on uciekł tutaj, żeby zaznać radości. Żeby pobyć samemu. Odrobina spokoju i ciszy na świeżym powietrzu, pod mlecznobłękitnym niebem, zanim obowiązki w Radzie i Pałacu Sprawiedliwości znów go pochłoną.
I wtedy uderzyła go mdląca fala czegoś złowrogiego, aż musiał się uchwycić najbliższego sękatego pnia, żeby ustać na nogach. Splunął na wilgotną, splątaną trawę, zgiął się niemal wpół i miał nadzieję, że nie pozbędzie się obiadu. To było coś złego. Naprawdę złego. Czegoś tak złego nie odczuwał nigdy dotąd. Pierwszy raz poczuł to na jawie, nie będąc uwięziony we śnie. A to oznaczało, że nie mógł już dłużej udawać. Nie mógł odsunąć tego doznania na bok i uznać go za efekt zbyt dużej porcji szarlotki z bitą śmietaną zjedzonej przed pójściem do łóżka. Tym razem musiał stawić czoło okropnej prawdzie. Coś niedobrego działo się w małym klejnocie ich królestwa.
Serce Ashera waliło jak młotem, w żołądku mu się przewracało. Zamknął oczy i czekał, aż szarpiące nim nudności ustąpią.
- A niech mnie - mruknął, w końcu prostując się ostrożnie. - Cholera, niech się utopię.
Od dawna, bardzo dawna tak się nie bał.
Wytarł usta rękawem, rozejrzał się. Nadal był tu sam, lecz ponieważ mówił ludziom, gdzie będzie, najpewniej długo to nie potrwa. Ten stary cap Darran był szczęśliwy jak nigdy, kiedy miał na co narzekać. Asher potrzebował miejsca, gdzie mógłby to sobie przemyśleć. Gdzieś, gdzie go nie znajdą. Gdzie nikomu nie wpadnie do głowy go szukać. Łatwo się mówi. Będąc tym, kim był... kim się stał wbrew własnej woli... niełatwo mu było znaleźć takie miejsce.
Odpowiedź spadła na niego jak grom.
Komnata Pogody Barl.
Oczywiście. Nie tylko dlatego że panowała tam cisza, ale...
Z wciąż łomoczącym sercem i nadal czując w ustach kwaśny smak, porzucił słodki, spokojny sad i udał się w jedyne miejsce, gdzie - jak sądził - nie miał już nigdy postawić stopy. Tam, gdzie jeden Asher umarł, a narodził się drugi.
Posapując, zgarniając zeschnięte liście i pajęczyny z wełnianego płaszcza, stanął na prawie zarośniętej polanie i spojrzał na budowlę. Tyle czasu minęło, odkąd tu był. Przyszedł tu następnego dnia po tym, jak Morg zburzył Mur Barl, a potem nie przychodził już nigdy więcej.
"Dziesięć lat, jak to zleciało. Niech mnie... to już tak długo?"
Tak. Tak długo. Ponieważ Rafel miał teraz dziesięć lat, a Asher właśnie w ten sposób odmierzał swoje życie: jego cezurą nie była śmierć Gara ani zniszczenie Muru, lecz cud narodzin pierwszego dziecka. Obietnica przyszłości niezbrukanej przez przepowiednię. Przyszłości, co do której kiedyś nie był pewien, czy się urzeczywistni.
W pierwszych dniach i tygodniach po unicestwieniu Morga, po upadku Muru Barl, kiedy uczucia i lęki czasem wciąż odzywały się zbyt mocno, niektórzy wzywali do zrównania Komnaty Pogody z ziemią, tak by nie pozostał kamień na kamieniu, by zmieniła się w kupkę gruzu i spłonęła na popiół. Usunięta ze wspomnień, z historii, jak gdyby nigdy nie istniała. Ale on się na to nie zgodził. Gdyby zburzyć tę budowlę, po latach ludziska mogliby powiedzieć, że to tylko opowiastka. Komnata, magia i to, jak pogoda rządziła Lur. Mogliby mówić, że nic z tego nigdy nie istniało. Że to wymysły. Że to nic tylko kołysanka dla maluchów.
A gdy ludzie tak mówią, stare błędy są popełniane na nowo.
W trudnych chwilach po spustoszeniu królestwa, gdy rodzina królewska zginęła, a życie stanęło na głowie, postawił na swoim. Był Asherem z Restharven, który uśmiercił czarnoksiężnika Morga. Czego tylko zechciał, dostawał bez zbędnych słów. Ludzie, którzy najpierw domagali się jego głowy, a później zawdzięczali mu życie, prześcigali się, by mu pokazać, że co było, minęło. Żadnych pretensji. Nagle wszyscy stali się jego przyjaciółmi.
"Nie nienawidź ich", powiedziała mu Dathne. "Byli słabi i wystraszeni, Asherze, ale nie są źli. Nie tak jak Morg".
I to w zasadzie było prawdą. A poza tym kimże on był, żeby wytykać palcem i narzekać, podczas gdy Gar zginął, ratując jego, a wszystkie te przykre słowa, które między nimi padły, nigdy nie zostały załagodzone? Odsunął więc na bok swoje urazy, najbardziej gorzkie wspomnienia - zgniłe jajka, okrutne drwiny, jeszcze okrutniejsze dźgnięcia piką - i starał się z całych sił, żeby królestwo powróciło na równy kurs. Udało mu się z pomocą osób takich jak Dathne i Pellen Orrick oraz tych członków Kręgu, którzy nie stracili życia wraz z Veirą.
A teraz stał tutaj, wpatrzony w szorstkie kamienne ściany budowli, w wieńczącą ją szklaną kopułę, i czuł w kościach, że Lur znowu jest w tarapatach.
Pokonując rozżalenie, prawie chory z gniewu tupał nogami, żeby je rozgrzać... po czym wkroczył do środka.
Nakryta kopułą komnata była dokładnie taka, jak zostawił ją Morg w dniu swojej śmierci. Okrągłe ściany nadal pokrywały tablice i bazgroły, spuścizna po tamtym utraconym czasie, kiedy wola Barl władała każdym aspektem życia w Lur. Jej magiczna mapa królestwa wciąż zajmowała większą część porysowanej podłogi, prawie cała zbrukana plugawymi działaniami Morga. Trudno było to znieść. Ze wszystkiego, co stworzyła Barl, jej Mapa Pogody była najpiękniejsza. Ashera zachwycała nawet w chwilach, gdy ciosy magii pogody zmieniały go w jęczącą nieruchomą masę... lecz teraz pozostało ledwie parę skrawków jej piękna.
Mimo że przyszedł tutaj zamartwiać się i smucić, uśmiechnął się na widok rozległych, porośniętych trawą Wykrotów oraz maleńkich, rozproszonych, nietkniętych miasteczek i wiosek. Oczywiście, były zamrożone w czasie. Uwięzione między jednym a drugim uderzeniem serca - wieczna pamiątka momentu, gdy upadł Mur Barl, oraz tego, jak ten upadek rozerwał wiekowy mariaż pogody i świata.
Wyciągnął rękę, żeby dotknąć najbliższej krawędzi mapy. Tylko żeby podziękować. Żeby uczcić Barl i wszystko, czego dokonała. Przez sześćset lat zapewniała im bezpieczeństwo i dobrobyt. To, co wydarzyło się dziesięć lat temu, nie było jej winą. Koniuszek jego palca zetknął się lekko z mapą... i iskierka mocy ożyła w jego krwi tam, gdzie magia pogody spała mocno, nie będąc niepokojona od lat.
Wstrząśnięty cofnął rękę.
"Nie. To niemożliwe. Magia Barl umarła. Czy ja i Dath, i reszta z nas nie czuliśmy, jak jej magia umiera? Czy nie widzieliśmy, jak umiera, kiedy Morg zburzył jej Mur?"
Serce na nowo waliło mu jak młotem, krew burzyła się i śpiewała. Dotknął Mapy Pogody po raz drugi, teraz ostrożnie. Pozwolił palcom na niej spoczywać, długo i głęboko nabierając powietrza. Tak. Coś wyczuwał. Barl nie była jeszcze całkiem martwa.
A może... to tylko echo? Drwiące wspomnienie z przeszłości, z krótkiego czasu, kiedy był panem tego miejsca... pogody Lur, jego magii... królem pod każdym względem prócz tytułu.
"Nie żebym kiedykolwiek tego chciał, znaczy się. Nie żebym to robił dla siebie".
Nie. On uczynił to dla Gara, dobrego człowieka. Dla ich niezwykłej przyjaźni. Po to, by pokrzyżować szyki komuś, kogo nie lubił. Z powodów, które później być może już nie miały znaczenia. Zrobił to i za to zapłacił. I w przeciwieństwie do wielu innych przeżył, by nigdy nie opowiedzieć tej historii.
Co dziwne, rozpacz tamtych mrocznych dni w większości zbladła. Pamiętał, że był przerażony. Przypominał sobie, jak spętany i udręczony się wówczas czuł. To była panika. Zamęt. Niekończące się zawodzenie: "dlaczego ja?".
Oczywiście, był wtedy młody. Krnąbrny i w gorącej wodzie kąpany. Teraz był starszy. Żonaty mężczyzna, ojciec dwójki dzieci, niechętny przewodniczący Rady Magów Lur i poważany głos w jego Radzie Powszechnej. Obrońca prawa w Pałacu Sprawiedliwości. Nigdy nie chciał być przywódcą, lecz dziesięć lat później nadal nikt nie zapytał, czego on chce. Mimo że wcale mu na tym nie zależało, miał smykałkę do przywództwa. A po upadku Muru, gdy ludziska, nawet Doranie, byli tacy strapieni i niezorganizowani, potrzebowali kogoś, żeby im rozkazywał. Żeby poganiał ich we właściwym kierunku. Poza tym... po tym, jak ich ocalił, nikt nie chciał pozwolić mu odejść. Nie przyjmowali do wiadomości, że mogliby dać sobie radę bez niego. Zatem pozostał w Doranie, chociaż rozpaczliwie tęsknił za oceanem. Uznał, że tylko tak może zadośćuczynić Garowi.
"Ale to mnie nie czyni królem, bez względu na to, co mówi ten stary pierdoła Darran".
Tak czy owak, to nie było złe życie. Jak mógłby je nazwać złym, skoro miał Dathne, Rafela i małą Deenie do kochania? Skoro miał dobrych przyjaciół, takich jak Pellen Orrick, oraz cel wart, by mu służyć? Byłby niewdzięcznym draniem, gdyby siedział na tyłku i biadolił, że cały świat nie tańczy, jak on mu zagra. Nie byłby wtedy lepszy niż ten martwy ślimak morski Willer.
A jeżeli niekiedy budził się ze snów o burzach śnieżnych, o łagodnie padającym deszczu i zawiłościach kiełkowania nasion, o magii pogody niczym kipiące wino przepalające mu żyły, to cóż... Żadnego życia nie da się przeżyć bez drobnych żalów.
Pod jego palcami mapa Barl szeptała i brzęczała. Nie jako echo, ale prawdziwe skrzenie mocy. Powoli wypuszczając powietrze, Asher ponownie cofnął dłoń, po czym zamknął oczy. Czas pomknął jak burza, a wraz z nim jedno przeszywające wspomnienie: jego pierwsze zaklinanie pogody.
Patrzył, jak jego trzęsące się palce rysują symbole, gdy głos, który ledwie rozpoznawał jako własny, recytuje zaklęcie wywołujące deszcz. Patrzył, jak symbole ogniście budzą się do życia. Zobaczył niebieski płomień tańczący w górę i w dół wzdłuż jego rąk. Poczuł, jak wzbiera magiczny wiatr, z początku łagodny, później silniejszy i silniejszy, aż uderzył w niego niczym oddech sztormu gnającego w stronę lądu przez otwarte morze. Jego krew zakipiała od nieznajomej mocy, która przypominała ocean. Nie mógłby przestać, nawet gdyby chciał.
Barl, ratuj, on nie chciał przestać. Jak to było możliwe?
Powietrze nad mapą zaczęło gęstnieć. Pociemniało. Niechciana moc, którą wzniecił, pokazała pazur w postaci dudniącego grzmotu i przeszywających trzasków błyskawic. Było mu naraz gorąco i zimno. Dygotał i trwał w bezruchu. Ciało mrowiło go, jakby całował setkę ślicznych dziewcząt. Z włosów sypały mu się iskry, a jego palce i cały świat lśniły jaskrawym niebieskim światłem.
I wtem chlusnął deszcz... a świat w okamgnieniu zmienił się z niebieskiego w czerwony, gdy krew eksplodowała poza więzienie jego ciała, paląco tryskając mu z oczu, nosa, ust. I wszędzie, gdzie tylko się obrócił, był tylko ból.
Z krzykiem na ustach, z sercem łomoczącym w klatce piersiowej Asher zatoczył się w tył. Twarz miał zlaną potem, spływającym mu także gorącą falą po plecach. Dotknął nosa, oczu, a później spojrzał na czubki palców, spodziewając się ujrzeć je umazane krwią.
Były czyste.
Ocierając czoło wełnianym rękawem, chodził po komnacie. Celowo nie patrzył na zniszczoną mapę Barl. Powoli, zbyt wolno, ból obudzony w jego ciele słabł, by w końcu dać za wygraną. Oddech się uspokoił. Żywe, skręcające trzewia wspomnienie usunęło się w cień.
"Teraz to wszystko już przeszłość. Wszystko to przeszłość. Nie żyję już dłużej w tym obłędzie".
- A niech się utopię - mruknął, słuchając nierównego stukotu obcasów własnych wysokich butów na porysowanej drewnianej podłodze. - Nie rób tego znowu, ty niedojdowaty przygłupie.
Jego głos był wstrząśnięty i urywany, gdy przełamał ciszę. A potem Asher usłyszał szybkie kroki na kamiennych spiralnych schodach budowli.
- Asherze? Jesteś tam na górze? Asherze!
Dathne.
Weszła przez otwarte drzwi i na jego widok stanęła jak wryta.
- Na miłość Jervale'a, czy dobrze się czujesz?
Mógłby przekroczyć cholerne Barlskie Góry i zniknąć w ciemnościach, spaść w bezdenną, pozbawioną światła otchłań, zatonąć na dnie przystani w Westwailing... a i tak by go znalazła. Przyszłaby, żeby go zawlec do domu. Ona była domem i zawsze będzie.
- Nic mi nie jest, Dath - powiedział, zatrzymując się. "Nie mów jej. Po co ją straszyć. Jeszcze nie teraz". - Ja tylko... ja tylko się chowam przed Darranem.
Spojrzenie Dathne było świdrujące.
- Darran i Rafe kupują książki na mieście.
- Ach - odparł. - Dobrze. Jeszcze przez chwilę jestem bezpieczny.
Dathne w dalszym ciągu patrzyła na niego z powątpiewaniem.
- Hm.
Dziesięć lat i dwójka dzieciaków nie zmieniły jej ani odrobinę. Czasami, patrząc na nią, przyłapywał się na myśli, że za moment ujrzy Matta, tak bardzo w jego oczach przypominała własną młodszą wersję. Tamta Dathne z placu targowego Dorany, tego pierwszego dnia, i ta, która teraz spoglądała na niego spod zmarszczonych brwi, były tą samą kobietą. Drobną, szczupłą i gibką, o ciemnych włosach, długich i uczesanych niedbale, tak samo niedbale ubraną. Stała się ważną Olkinką, lecz nikt by się tego po niej nie domyślił. Nosiła jedwab niczym sfatygowaną bawełnę i śmiała się, kiedy Asher dawał jej klejnoty.
- Asherze... - Pokonała dzielącą ich odległość i oparła dłonie na jego piersi. Odchyliła głowę do tyłu, żeby popatrzeć mu w twarz. - Tu nie chodzi o Darrana.
Kosmyk włosów, który wymknął się z uwięzi warkocza, łaskotał jej kościsty policzek. Asher owinął go sobie wokół palca i delikatnie pociągnął.
- Pewnie, że o Darrana.
- Asherze - powiedziała, ujmując jego podbródek kciukiem i palcem wskazującym. - Nie traktuj mnie jak głuptasa. Nikt nie przychodzi do tej Komnaty Pogody. Nigdy.
- Ty wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć.
Uśmiechnęła się. Kiedy uśmiechała się tak jak teraz, topił się cały jak wosk.
- Cóż... owszem. Jestem spadkobierczynią Jervale'a, pamiętasz? - Jej pięść lekko pacnęła go tuż nad mocno walącym sercem. - A przynajmniej kiedyś nią byłam. - Przepiękny uśmiech zbladł, pozostawiając smutek na jej twarzy i w oczach... błyszczących strachem. - A więc dosyć gierek, mój kochany. Wiem, dlaczego tu przyszedłeś.
I rzeczywiście wiedziała, dostrzegał to. Wyczuwał. Jednak nie chciał, by wypowiedziała to na głos. Kiedy już padną słowa, to, czego doznał w wiśniowym sadzie i w swoich snach, stanie się prawdą... a on nie czuł się gotowy stawić czoła prawdzie. Dane im było dziesięć lat spokoju i stałego dobrobytu.
"Dziesięć lat to nie dość długo. Zasługujemy na więcej".
- Coś niedobrego dzieje się w Lur - powiedziała z nagłą płaczliwą nutą w głosie. - Coś... coś jest nie porządku. To właśnie nie daje ci spać w nocy. A całkiem niedawno... ten sam niepokój, silniejszy niż kiedykolwiek. Nie mów mi, że też go nie odczułeś, bo ci nie uwierzę.
Jak zawsze zaparło mu dech w piersi. Czy jakakolwiek jego cząstka ukryłaby się przed tą kobietą? Jeszcze zanim ujrzał ją na oczy, ona już wiedziała o nim więcej, niż kiedykolwiek sam o sobie wiedział. Jednak wcześniej nie był świadom, że Dathne również wyczuwa pewne rzeczy. To było denerwujące. Jak to możliwe, że zawsze zdołała to przed nim skrywać, kiedy on prawie nigdy nie potrafił ukryć tego przed nią?
- Jeżeli to wyczułaś, Dathne, dlaczego nic nie mówiłaś? - Jego ton brzmiał oskarżycielsko, lecz on o to nie dbał.
Być może jeżeli się nieco posprzeczają, nie będą rozmawiać o tym, co go trapi.
- Chciałam się mylić - szepnęła, odwracając głowę. Powiedziała to ze ściśniętym gardłem, cicho i boleśnie, po czym znów spojrzała na niego. - Oddałabym wszystko, byle się mylić. Ale wiedziałam od samego początku, że tak nie jest. Skąd to się bierze? Czy wiesz?
Od dnia, kiedy zabił Morga... i Gara... niemal wcale nie korzystał z tkwiącej w nim mocy, o którą nigdy nie prosił i której nie pragnął. Nie było takiej potrzeby. W Radzie i w Pałacu Sprawiedliwości zajmował się myśleniem, gadaniem i nakłanianiem ludzi, żeby postrzegali sprawy z sensem. Do żadnej z tych rzeczy człowiek nie potrzebuje magii.
Ale ostatnio miał wrażenie, że magia i tak się w nim kłębi.
"Budzę się bladym świtem, zlany potem. Odczuwam jęki ziemi. Wiem, że pieśń ziemi w Lur przygasła i zmieniła ton... to też. Wszystko to magia, czy mi się to podoba, czy nie".
- Nie jestem pewien, Dath - odpowiedział. - Taka jest prawda.
Zmarszczyła czoło.
- To nie Doranie, czyż nie? To nie ta zadufana w sobie Ain Freidin, której ciągle się zdaje, że jest drugą Barl?
- Nie wydaje mi się. Na mój rozum nie. Bzdury, które kombinowała, nie byłyby w stanie zakłócić spokoju ziemi. I zaklinała się, że wzięła sobie tę nauczkę do serca. Poza tym nie słyszałem od tego rolnika, Tarne'a, żeby stracił kolejne plony, a minął już prawie miesiąc, odkąd dowiedzieliśmy się o tej cholernej kobiecie.
- Mimo to... - W obronnym geście otoczyła się ramionami. - Nie spuszczaj jej z oka, Asherze. Nie można jej ufać.
- Wiem - odpowiedział. - Jeszcze nie odwołuję naszego człowieka.
Co prawda to nie ułatwiało mu życia z Rodynem Garrickiem w Radzie Magów. Już padły ostre słowa, Garrick jasno dał do zrozumienia, że żaden Olk nie będzie przywoływał Doranina do porządku w kwestii magii. Kiedy się dowiedział, że Ain Freidin jest pod obserwacją, pienił się tak, że omal nie dostał ataku. Jednak reszta Rady Magów odrzuciła jego sprzeciw.
"W co gra Garrick? Nie potrafię go rozgryźć. Formalne przesłuchania przed obliczem Rady Magów to kłopot dla wszystkich. Nie da się tego utrzymać w tajemnicy. Czy o to mu chodzi? Żeby ludziska paplali o dorańskiej magii akurat wtedy, gdy Lur praktycznie przestało miewać koszmarne sny o Morgu? Dlaczego?"
To było dobre pytanie, choć bez odpowiedzi. Lecz Rodyn Garrick nie był jedynym zmartwieniem Ashera, który zaczynał się niepokoić wszystkimi Doranami. Teraz gdy magia pogody nie utrzymywała już ludzi w ryzach, ile jeszcze czaiło się takich Ain Freidin próbujących majstrować przy niebezpiecznych zaklęciach? Łamiących prawo Barl? Ain Freidin miała szczęście. Kilka zgniłych kartofli na sumieniu, żadnej poważnej krzywdy. Ale co będzie następnym razem? Następnym razem ktoś może ucierpieć. Albo zginąć.
- Żałuję, że nie ma tu Matta - odezwała się Dathne; smutek kładł się cieniem na jej twarzy. - On by wiedział, kto albo co to powoduje. Nigdy nie znałam nikogo lepszego w wyczuwaniu takich rzeczy.
Racja... i Asher także żałował. Nie było dnia, żeby nie żałował masztalerza Matta. Nie potrafił wejść do stajni przy wieży bez wspominania. Bez odczuwania smutku. Ciągle widział, jak Matt podkuwa ogiera, łata derkę, miesza swoją cuchnącą końską owsiankę na starym piecyku w siodlarni. Podobno czas miał leczyć rany, łagodzić stratę. Trawa miała ponoć zarastać grób zielenią.
"Ale nie jego grób. Nie jego grób i nie grób Gara. Jestem dzisiaj tak samo zraniony jak wtedy, kiedy padli martwi. I nawet Dathne nie jest w stanie uleczyć tych ran".
- Przykro mi - powiedziała, obserwując go uważnie. - Nie chciałam poruszać... - Westchnęła. - Przykro mi. Nigdy o tym nie mówisz, więc czasem zapominam...
- Nie ma o czym gadać, co nie? - odparł ze wzruszeniem ramion. - Nie możemy zmienić przeszłości.
- Nie zrobiłabym tego, gdybyśmy mogli - szepnęła i znów objęła się wpół. Myślała nie tylko o Matcie, lecz także o Veirze, tej władczej, dyrygującej nimi starej jędzy. I o ludziach z jej Kręgu, którzy zginęli, zanim ich poznała. - Nawet jeżeli to nas rani.
Ponieważ cierpiał z powodu jej bólu, ponieważ nie mógł odpędzić go pocałunkami, odwrócił się znów ku Mapie Pogody Barl.
- Nie - zgodził się niechętnie. - Nie zrobilibyśmy tego.
Dath otrząsnęła się.
- To nie myślmy o tym więcej. Mamy problem do rozwiązania tu i teraz, i przy odrobinie szczęścia nadal jest czas, żeby naprawić sytuację, zanim będzie za późno.
Z rozpaczą pokręcił głową.
- Tak myślisz?
- Na mój rozum to jest czas, żebyśmy opowiedzieli jedno drugiemu tyle, ile wiemy. Bo nie będzie dla nas żadnej nadziei, jeżeli będziemy mieć tajemnice - oznajmiła ostro. - Czyż nie obiecaliśmy sobie, że nie będzie żadnych więcej tajemnic?
Racja. Obiecali to sobie. I dotrzymywali tej obietnicy przez dziesięć lat... ponieważ nie było tajemnic do ukrywania. Asher ze smętną miną wbił dłonie w kieszenie.
- Myślałem, że to się skończyło, Dath. Myślałem, że skoro zabiłem Morga, twoja cholerna Przepowiednia także umarła, a magię pogody mam już za sobą. Myślałem, że Lur jest wolne od tego wszystkiego.
Wzięła głęboki, niespokojny wdech.
- Tak jest. Asherze, tak jest.
- Nie, Dath, nie jest tak - odparł i ruchem głowy wskazał na Mapę Pogody. - Bo ta cholerna rzecz nie jest martwa.
- Nie jest martwa? - powtórzyła jak echo. - Asherze, o czym ty mówisz? Spójrz na nią. Morg zniszczył mapę Barl, kiedy zburzył Mur.
- Chciałem w to wierzyć. Ale, Dathne, mówię ci, nadal jest w niej moc. Potrafię ją wyczuć. I to nie może być nic dobrego.
Dathne okrążyła zrujnowaną mapę; oczy miała szeroko otwarte i zalęknione.
- Jak może być w niej moc? W Lur nie ma już magii pogody. Morg...
- Wiem, że tak właśnie sądzimy - odpowiedział ze znużeniem. - Ale się mylimy. Wygląda na to, że dorańska magia nie umiera tak łatwo, niech to cholera. Możliwe, że wcale nie ginie. To jest żywiołowe, Dath. Pali. To chce... żyć.
Tą prawdą nie dzielił się z nią nigdy dotąd, wiedząc, że odebrałaby jej z takim trudem osiągnięty spokój ducha. Właściwie nie była to też tajemnica, niezupełnie. Tylko małe coś, co dla jej dobra zachował dla siebie.
Zatrzymując się za Mapą Pogody, Dathne podniosła na niego wzrok. Jej twarz była wyraźnie blada.
- Wyczuwasz ją? Choć minęło tyle czasu, ty nadal ją czujesz?
Pokiwał głową.
- Ano tak.
Przez niezliczone noce po swojej krwawej konfrontacji z Morgiem kładł się do łóżka przerażony, że przywoła we śnie, w swych koszmarach, tamte bitewne bestie z dorańskiego arsenału, które poznał dzięki Barl. Wiedźmornice i strzygonie, paskudy, mityczne mordercze szkarady. Umierał ze strachu, że obudzi się w swoim łóżku i zobaczy obok siebie Dathne rozszarpaną na strzępy. W końcu, wyczerpany i zdesperowany, zwrócił się do zielarza Niksa. Dorański medyk odurzył go i mamrotał nad nim, kojąc i otulając jego zmęczony umysł zaklęciami. Nauczył go, jak zapieczętować znane mu potworne słowa; słowa, które pozwalały zabijać samą myślą. I Asher odnalazł w tych naukach pewną dozę spokoju.
Ale słowa wciąż żarzyły się w jego wnętrzu, całkiem jak magia pogody. Nawet Nix nie zdołał ich usunąć. Magia Barl napiętnowała go, zmieniła, i nie było od tego odwrotu. Można było tylko iść naprzód, próbując zrozumieć, czym się stał.
Twarz Dathne ściągnęła się z żalu.
- Asherze...
- W porządku. Nie martw się o mnie. Teraz to jest powód do zmartwień.
Wraz z kolejnym głębokim oddechem odpędziła ból. Wbiła wzrok w mapę.
- A więc skoro magia pogody nie umarła, co to oznacza dla Lur?
Dołączywszy do niej, objął jej szczupłe barki. Gdy wsparła się na jego ramieniu, dreszcz złego przeczucia złagodniał, przynajmniej odrobinę.
- Nie wiem - odpowiedział, tuląc policzek do jej pachnących jaśminem włosów. - Mogę tylko być pewien, że to coś, co odczuliśmy, ma związek z tą cholerną Mapą Pogody.
- Asherze... - Jej palce zabębniły po jego piersi. - Od jak dawna czujesz niepokój?
- Ha - odparł, zaciskając ramię. - Ty mi powiedz.
- Cztery dni. A ty?
Dziewięć.
- Coś koło tego.
- Przepraszam, że nic nie mówiłam. - Jej palce zacisnęły się na jego kurtce i potrząsnęły nim. - Ty powinieneś był coś powiedzieć. Pocałował ją.
- Ano tak, cóż. Skoro oboje źle zrobiliśmy, niczyja wina. Co właściwie odczuwasz?
- Zmianę w powietrzu - odpowiedziała przyciszonym głosem. - Zmianę pod stopami. Przykry ton na granicy słyszalności. Tylko szept, aż do dziś. - Zadygotała. - Dzisiaj to był krzyk.
Racja, krzyk jak cholera.
- Nie miałaś żadnej wizji? Nic nie przyszło do ciebie w snach?
- Nie, od lat. Od czasu runięcia Muru. Powiedziałabym ci, gdyby było inaczej.
- O tym mi nie powiedziałaś.
- Zdawało mi się, że mówiłeś: niczyja wina!
Pocałował ją znowu.
- Wybacz.
- I nie chciałam, żeby to była prawda - dodała drżącym głosem. - Byliśmy tacy szczęśliwi, mój kochany. Przetrwaliśmy zawieruchę zburzenia Muru i ujawnienie naszej prawdziwej magicznej natury. Wykuliśmy nowe Lur z gruzów starego i prędko radziliśmy sobie z nowymi problemami. Olkowie i Doranie przeważnie zdołali utrzymać pokój. Nie mogę znieść myśli, że nasze nowe życie wali się nam na głowy.
On także nie mógł. Ale co gorsza, nie potrafił znieść widoku Dathne tak wytrąconej z równowagi. Przyciągnął ją do siebie i mocno przytrzymał. Potrzebował jej kojącego ciepła w swoich ramionach.
- Kto powiedział, że wali się nam na głowy, co? Nie wiemy tego, Dath. Nie mamy pewności. Ale nawet jeżeli tak, zamartwianie się nic nie pomoże. Jakikolwiek kłopot puka do naszych drzwi, przetrwamy go. Po tym, co przeszliśmy, Dath? Ty i ja zdołamy przetrwać wszystko.
Poczuł jej drżenie. Potem wysunęła się z jego uścisku i zaczęła ponownie obchodzić Mapę Pogody dookoła, z odrazą i tęsknotą malującymi się na twarzy.
- A więc ta rzecz jednak nie jest martwa. - Przygryzła wargę, intensywnie się zastanawiając. - Tylko co to znaczy?
- Cóż... - Zaczął okrążać mapę razem z nią. - Mieliśmy sześćset lat magii pogody Barl, Dathne, przesycającej trzewia Lur. A ta mapa stanowiła jej ważną część.
- I skoro ona nie jest martwa, jak sądziliśmy, to... - Wydała stłumiony okrzyk i szeroko otworzyła oczy. - Asherze...
Skinął głową, czując mdłości. Wiedział, że obojgu przyszła do głowy ta sama okropna myśl.
- Na mój rozum odrobina tej magii w dalszym ciągu działa, mimo że Mur runął. Daje tej mapie resztki życia.
- Pozostałości magii pogody - mruknęła. - To by wyjaśniało te dziesięć lat po Morgu. Żadnych powodzi. Żadnych suszy. Żadnego głodu. Lur nie zmieniło się wiele od czasu, kiedy mieliśmy Zaklinacza Pogody. Przyznam, że byłam zaskoczona.
On też wcześniej się temu dziwił... lecz bardziej zdziwiły go słowa Dathne. Zatrzymał się.
- Nigdy nic takiego nie powiedziałaś. Kiedy ludziska pytali, mówiłaś, że nie ma powodu sądzić, by pogoda miała stanąć na głowie.
- Ty także - odparowała, przystając naprzeciwko niego - i oboje wiemy dlaczego. Bo utrzymanie spokoju było naszym najważniejszym zadaniem.
- Racja - przytaknął wzburzony. - Ale ja w to wierzyłem, Dathne. Myślałem, że ty też.
Zakłopotana znów otoczyła się ramionami.
- Kiedy Mur runął, obawiałam się, że te burze nigdy się nie skończą. A potem ustały. Myślałam... miałam nadzieję... że to znaczy, że jednak nic się nie zmieniło. Że nic się nie zmieni. Że przejścia i cierpienia Lur były chwilowe i mamy je za sobą. Byłam głupia. Powinnam była wiedzieć.
- Dlaczego? - zdziwił się. - To nie twoja wina, Dathne. Skąd niby miałaś wiedzieć? Jak ktokolwiek z nas miał wiedzieć? Przecież nic takiego wcześniej się nie zdarzyło.
Zdobyła się na słaby, smutny uśmiech.
- Nic na to nie poradzę. Jestem spadkobierczynią Jervale'a. Ochrona królestwa zawsze była moim zadaniem.
"I moim". Jednak tego Asher nie powiedział na głos. Nie spodobała mu się nawet taka myśl. "Nikt mnie nie spytał, czy chcę tego cholerstwa".
Dathne znowu marszczyła brwi, spoglądając na Mapę Pogody.
- A zatem jeśli ziemia jest teraz poruszona... jeżeli potrafimy wyczuć, że dzieje się coś niedobrego... - Podniosła wzrok; przerażenie odbiło się cieniem w jej oczach, gdy zrozumiała. - Jervale'u, ratuj nas wszystkich.
Asher również nie chciał w to uwierzyć. Na samą myśl ciarki przebiegały mu po skórze.
- Na mój rozum nie ma innego wyjaśnienia, Dath. Magia pogody w końcu się wyczerpuje i Lur to odczuwa. - Przełknął ślinę. - My to odczuwamy. I na mój rozum to, co czujemy, może być dopiero początkiem.
Gniew i strach wyostrzyły jej rysy.
- A więc katastrofa, której lękaliśmy się dziesięć lat temu, zbliża się do nas teraz?
- Możliwe. - Wcisnął ręce w kieszenie.
- A jeżeli tak...
Gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Asherze. Nie możesz.
- Mogę nie mieć wyboru, Dath.
- Zawsze jest wybór! - warknęła. - "Żadnej więcej magii pogody", tak mi powiedziałeś. Jak możesz myśleć o porzuceniu tej decyzji?
- Jak mogę o tym nie myśleć? Stawką jest cholerne królestwo!
- Ale, Asherze, okłamałeś obie Rady. Każdego w Lur. Stwierdziłeś, że zabicie Morga wypaliło magię pogody z twojej krwi. Jeżeli powiesz im, że skłamałeś, zaufanie przepadnie. A kiedy to się stanie...
- Gorsze rzeczy niż zaufanie mogą tutaj przepaść, Dath - odpowiedział. - Skłamałem, żeby Lur mogło zacząć od nowa. Zostawić przeszłość za sobą. Tylko że przeszłość właśnie ugryzła nas w tyłek, co nie?
- Asherze, jeżeli powrócisz do zaklinania pogody, możesz umrzeć. To cię może zabić!
- Nigdy nie mówiłem, że chcę do tego wracać! - zaprotestował. - Uwierz mi, Dath, to ostatnia cholerna rzecz, jakiej chcę. Nie mogłem nawet nabrać powietrza bez bólu przez cały ten czas, kiedy odwalałem dla Gara jego robotę. Każdego dnia to było jak chodzenie po rozżarzonych węglach. Jak wdychanie szkła. Ognia. Mam to za sobą i wcale nie tęsknię. Nie chcę, żeby tamte parszywe dni wróciły. Ale...
- Co? - spytała. - Ale co?
Mdliło go. Sprzeczali się ze sobą. Nigdy się nie sprzeczali. Nie w taki sposób. Nie z powodu zawszonej magii.
- Wiesz co, Dath... Jeżeli przez ostatnie dziesięć lat żyliśmy na resztkach pozostałych po Barl... jeśli to coś, co ty i ja wyczuwamy, to tylko przedsmak rzeczy, które nadejdą... co mamy z tym zrobić? Co ja mam zrobić? Jeżeli jestem jedynym człowiekiem stojącym między nami a zagładą? Co mam zrobić?
- Kto mówi, że jesteś jedyny? Lur to teraz kraina magów, Asherze. Rzuć kamieniem, gdzie chcesz, a trafisz w głowę maga.
Usiłowała go chronić. Był czas, gdy pchnęła go głową naprzód prosto w niebezpieczeństwo... ale to było kiedyś. Może i wyglądała tak samo, lecz była już inną Dathne.
"Na mój rozum pytanie brzmi, czy ja jestem innym Asherem".
- Ano może i tak, ale to nie są tacy magowie jak trzeba, Dath - odrzekł, znając odpowiedź. Czuł znużenie narastające w nim niczym zbrukana krwią fala przypływu. - Poza mną w Lur nie ma mężczyzny ani kobiety zdolnych zaklinać pogodę. Tylko ja żyję z tą magią w sobie. I nie ma sposobu, żeby ją komuś przekazać. Już nie. Wiesz o tym. Cholernie dobrze o tym wiesz.
Z arogancko zadartym szpiczastym podbródkiem i roziskrzonymi oczami spoglądała na niego ponad niepokojącą mapą Barl.
- A więc zapomnij o magii pogody. Znajdziemy inny sposób, żeby naprawić sytuację, jeżeli się okaże, że się popsuła. Ale nie możesz wracać do tamtych dni pełnych krwi i bólu, Asherze. Ja na to nie pozwolę. Jesteś ojcem. Twoje dzieci cię potrzebują. Ja cię potrzebuję.
- Och, Dath... - Na nowo rozgrzany jej zapalczywą miłością i zmrożony przez własne lęki pokręcił głową. - Nigdy nie chodziło o to, czego my chcemy. To, czego chce Lur, zawsze stało na pierwszym miejscu. Sama powiedziałaś, że urodziłem się po to, by je ocalić.
- I ocaliłeś je - odrzekła. Łzy drżały na jej rzęsach. - To już przeszłość.
- A co, jeśli to jeszcze nie koniec? Hę? Co, jeżeli Lur znowu potrzebuje ocalenia?
Łzy popłynęły strumieniem.
- No to ktoś inny może je ocalić, do cholery! Nie wiem nic o takiej przepowiedni, że masz je ocalić dwa razy!
Podszedł do niej. Ukrył ją w bezpiecznym schronieniu swoich ramion.
- No nie, takiej przepowiedni nie ma. Za to na mój rozum jest coś ważniejszego. Sama to powiedziałaś, Dath. Jestem tatą. Myślisz, że istnieje coś, czego bym nie zrobił, żeby uchronić Rafe'a i Deenie przed niebezpieczeństwem?
- Wiem, że nie istnieje - szepnęła. - Ale nie pozwolę, żebyś narażał siebie... i wszystko, na co pracowaliśmy... kierując się jedynie odczuciami. Słyszysz mnie? Nie pozwolę. To jest zbyt ważne. To nasze życie.
Racja, lecz Dathne była upartą, upierdliwą zołzą. Wiedziała, że to nie takie proste. Wiedziała, że tu chodzi o życie wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci w Lur. Że znowu zależy od niego, chociaż wszystkim, czego pragnął, był spokój.
- Dath, Dath... - Był obolały z żalu. - Nie ma sensu odwracać się do tego plecami. Problem jest prawdziwy, oboje to wiemy, i bardzo możliwe, że nie my jedni to odczuwamy. W Lur żyją wrażliwi Olkowie o dużej mocy. Ludzie, którzy otworzyli się na to, kim i czym są. I jeżeli zaczną się miotać, a my nie będziemy gotowi rozproszyć ich obaw? To oznacza konflikt, i to taki, jaki prędko się rozprzestrzeni.
Niechętnie pokiwała głową, dygocząc.
- Wiem. Ale ty nie możesz się narażać na ryzyko, kierując się domysłami i gdybaniem. Musimy wiedzieć z całą pewnością, co się dzieje.
- Ano tak, ale...
- Krąg może nam pomóc - powiedziała, odsuwając się. - To, co z niego zostało. Dotrę do najlepszych: Fernela Pintte'a i Jinny z Huczącego Potoku. I jeszcze jednej czy dwóch innych osób. Zaproszę ich do miasta. Zobaczymy, co oni wiedzą. I wtedy podejmiemy decyzję, co należy zrobić. Zgoda?
Asher westchnął.
- Dobrze. Zgoda.
Jej palec mocno dziabnął go w pierś.
- A to znaczy, że tymczasem nie będzie żadnego zaklinania pogody, Asherze. Żadnego mącenia, zanim nie będziemy pewni, że nie ma dokąd indziej się zwrócić. Obiecaj mi to. Obiecaj.
- Obiecuję - odrzekł, bo cóż innego mógłby powiedzieć? Nie chciał się z nią spierać. Nie chciał doprowadzić jej do płaczu.
Pocałowała go.
- Dobrze. A teraz wyjdźmy stąd. Nigdy nie lubiłam tej komnaty. Zbiera mi się tutaj na mdłości.
W pełnym troski milczeniu, trzymając się za ręce, wracali z Komnaty Pogody sekretnymi ścieżkami, dzięki czemu nie spotkali ludzi kręcących się po publicznej części pałacowych terenów. Gdy wreszcie ich oczom ukazał się dom, Asher poczuł, że palce Dath aż do bólu zaciskają się na jego dłoni.
Zielarka Kerril stała samotnie na stopniach wieży w oddali, elegancka i schludna w swojej zielonej szacie medyka. Wyglądało na to, że na nich czeka.
- Co się stało? - odezwała się Dath i puściła rękę Ashera. - Proszę, tylko nie Rafel. Nie znowu. - Pospiesznie ruszyła przodem.
Asher chciał przyspieszyć razem z nią, lecz zmusił się, żeby iść powoli, jak gdyby nigdy nic. Nie dlatego że się nie przejmował, ale dlatego że przejmował się tak bardzo. A także dlatego że nie czuł się swobodnie, kiedy wszyscy bez wyjątku widzieli, jak głęboko kocha swego syna. To była sfera osobista. To było jego serce; wiedział o tym tylko on i nikt więcej poza Dath.
Ale jeżeli Rafe na nowo napytał sobie biedy, zranił się tak prędko po swojej ostatniej nieostrożnej przygodzie...
"Wykończy mnie ten chłopak. Posiwieję przed czasem".
Gdy tylko zbliżył się do schodów wieży, Dath odwróciła się do niego.
- Nie martw się. Nie chodzi o Rafela.
"Chwała Barl". Nie musiał pytać, czy to Deenie. Jego córka nie była tak niesforna jak jej starszy brat. Deenie była jego szarą myszką, która wzdrygała się przy głośnym dźwięku i krzywo patrzyła na hałaśliwego Rafela.
Jednak wraz z ulgą pojawił się niepokój. Pod uśmiechem Dath kryło się coś bolesnego i okropnego.
- Co? - zapytał, wspinając się po szerokich kamiennych stopniach, by dołączyć do niej i do zielarki. - Co się dzieje, Dathne?
Zamiast odpowiedzieć, Dath obejrzała się na Kerril. Wysoka Doranka o spokojnej twarzy i życzliwych oczach przejęła obowiązki Niksa, gdy ten przeniósł się na wybrzeże. Była w istocie królewską zielarką pod każdym względem prócz tytułu i okazywała żywą i nieustanną troskę o zdrowie swoich pacjentów.
Skinęła głową w geście zwięzłego pozdrowienia złożonego przez jedną władzę - drugiej.
- Asherze. Przykro mi... to Darran.
Asher poczuł, jak jego serce uderzyło mocno, jeden raz. "Darran". Niemądry stary pierdoła. Sól w oku. Wróg, później sojusznik. W pewnym sensie rodzina.
- Nie żyje? - zapytał i usłyszał własny szorstki głos.
- Żyje - odparła Kerril. Wolałby widzieć w jej oczach mniej smutku. - Ale odchodzi. Paraliż.
- Jak prędko odchodzi?
- Chciałabym móc ci powiedzieć, Asherze. Żałuję, że nie mam lepszych wieści.
Gdyby dobre chęci były rybami, nikt by nie głodował.
- Ja też - powiedział. - Jak do tego doszło, tak w ogóle? Przecież dopiero co miałaś go na oku z powodu febry. Stoisz tutaj i mówisz mi, że zupełnie nie zauważyłaś, że zanosi się na paraliż?
Wiedział, że mówi gniewnym tonem, jak gdyby to była wina zielarki. Tak jakby przez to, że przyszła mu o tym powiedzieć, zawiniła, że do tego doszło. Wiedział, że to niesprawiedliwe, ale nie potrafił się powstrzymać. Jeszcze i to, zaraz po wiśniowym sadzie? I Komnacie Pogody? Tego było za wiele.
Dathne cmoknęła językiem.
- Asherze, to doprawdy...
- Nie, to rozsądne pytanie, Dathne - odparła Kerril; jej poważny wyraz twarzy nie zmienił się ani odrobinę. Jeżeli Asher ją uraził albo rozzłościł, nigdy się tego nie dowie. Nie była jak Nix, który się wściekał i robił awantury. - Leczę twoją rodzinę, musisz mieć pewność, że znam swoje rzemiosło. - Splotła przed sobą dłonie i zmarszczyła czoło, zanim odpowiedziała. - Paraliż często uderza bez ostrzeżenia, Asherze. Człowiek jednego dnia może być zdrów jak ryba, a następnego paść martwy na progu własnego domu. Niestety, nie ma tu reguły. Zabija zarówno młodych, jak i starych, mężczyzn i kobiety. Wątpię, by febra Darrana miała z tym cokolwiek wspólnego. Już prawie wydobrzał, pozostał jedynie lekki kaszel.
- A teraz umiera. - Ogarnął go niespodziewany żal, zapierając mu dech w piersi.
Nocne ptaki trzepotały skrzydłami wśród związów rosnących wokół dziedzińca przy wieży. Dzień miał się ku końcowi i ptaki budziły się ze snu.
- Asherze... - Dathne oparła dłoń na jego przedramieniu. - Kerril mówi, że Rafel był z Darranem, kiedy doszło do ataku.
Asher wybałuszył oczy.
- Co? Gdzie on jest?
- W środku - odpowiedziała Kerril. - Nic mu się nie stało. Wezwał pomoc, a potem został przy Darranie, pocieszając go. Mówiono mi, że zachował się jak dzielny chłopiec.
Oczywiście, że tak. Przecież to Rafel. Zirytowany odwrócił się do Dathne.
- A my sterczymy tu na zewnątrz i mielimy ozorami, zamiast iść do naszego syna, bo...
- Bo on nie potrzebuje, żebyśmy się nad nim roztkliwiali - odwarknęła. - Bo cisza i trochę czasu dla siebie koją równie skutecznie jak łagodne słowa.
Kochał ją tak bardzo, że niekiedy zapominał, jaka potrafi być twarda. Lata, które przeżyła jako spadkobierczyni Jervale'a, wycisnęły na niej piętno. Była łagodniejsza niż dawniej, lecz w środku pozostała niezmieniona, twardsza niż żelazo.
- Może mieć jedno i drugie, Dath - powiedział. - Nie ma potrzeby wybierać.
Minął wzrokiem ją i zielarkę Kerril, spoglądając przez otwarte podwójne drzwi wieży w głąb jej okrągłego, wyłożonego marmurową posadzką holu... i ujrzał swego syna siedzącego na spiralnych schodach.
Rafe trzymał kolana podciągnięte do piersi, pochylał głowę i ciemne włosy opadały mu na twarz. Małe dłonie mocno zaciskały się na łydkach.
- Czy mogę zobaczyć staruszka? - zapytał Asher Kerril, nie odrywając wzroku od tego drobnego, nieruchomego ciałka.
- Pytał o ciebie - odpowiedziała Kerril. - Zostań tak długo, jak zechcesz. Zadbałam o jego wygodę o tyle, o ile mogłam, i zostawiłam eliksir. Jeżeli znowu dopadnie go drżączka, jedna łyżka powinna pomóc.
Asher z wysiłkiem odwrócił spojrzenie od Rafela.
- Czy doczeka świtu?
- Jak mówiłam, tych rzeczy nie da się przewidzieć - odparła łagodnie Kerril. Po chwili westchnęła. - Jednak bardzo możliwe, że nie.
- Idź - odezwała się Dathne. Jej ciemne oczy wypełniała cicha boleść. W środku twarda jak żelazo, owszem... ale poza tym kryło się w niej o wiele więcej. - Jeżeli coś nowego wyniknie, zajmę się tym. Nie martw się.
Skinął głową. Nagle nie mógł polegać na własnym głosie.
- Gdybyście mnie potrzebowali, przyślijcie wiadomość do mojej infirmerii - dodała Kerril. - Muszę przypilnować mikstur i podobnych rzeczy. Będę pracować do późnej nocy.
- Dziękuję ci, Kerril - powiedział Asher. Zawstydzony, że na nią naskoczył, że chciał jej dopiec, podczas gdy ona jedynie pomagała. "Powinienem mieć więcej rozsądku. Jestem sobą, nie moim bratem. Zeth rani ludzi bez namysłu. Jestem lepszy niż Zeth". - Na mój rozum w Lur nie ma zielarza, który lepiej by się zatroszczył o Darrana. On jest stary i sterany życiem, taka jest smutna prawda. I myślę sobie, że pokonał już długą drogę. Dłuższą niż większość.
- Rzeczywiście - odparła. - Chociaż to niewielka pociecha.
To nie była żadna pociecha. Barl, ratuj, był już śmiertelnie znużony śmiercią. Skinąwszy głową Kerril i ze słabym uśmiechem dla Dathne, w którym był sam ból bez krzty radości, zostawił kobiety na frontowych schodach wieży i powlókł się do środka.
Słysząc jego kroki, Rafel podniósł wzrok. Jako że zbliżał się wieczór, hol oświetlał magiczny ogień. Kinkiety lśniły na tle zaokrąglonych ścian, rzucając cienie. Ich ciepłe światło ujawniło w oczach Rafela łzy, którym dumny chłopiec nie pozwolił popłynąć. Jego twarz była posępna, a czarne włosy ubrudzone kurzem. Rafe gnał przez życie, jakby to był wyścig. Nie zważał na podrapane kolana i siniaki, nigdy nie przejmował się upadkami. Czym tu się przejmować? Podnosił się i już. Zawsze tak robił.
- Tatku - odezwał się chłopiec. Jego dolna warga drżała. - Na mój rozum ten stary głupiec umiera.
- Ano tak - odpowiedział Asher i usadowił się obok syna. - I mnie się tak zdaje. Ale nie nazywaj go tak, dobrze? On ma imię, Rafe, i dosyć lat na karku, żebyś okazywał mu szacunek, używając jego imienia.
Rafe poruszył chudym ramieniem.
- Ty go nazywasz starym głupcem. Nazywasz go nawet gorzej, sam słyszałem.
- No tak, ale to ja - odparł Asher i objął syna. - Jak ja go nazywam, to nasza sprawa, Rafe. Moja i Darrana. Wiesz, że ten stary człowiek i ja mamy wspólną historię. Ty jesteś jeszcze szkrabem. Nie zyskałeś sobie do tego prawa.
- Nigdy nie zyskam, skoro umiera - odparł Rafe i głos mu się załamał, przechodząc w cichy szloch. - On jest moim przyjacielem, tatku. Nie chcę, żeby umarł.
- Wiem, że nie chcesz, Rafe - wyszeptał Asher i przygarnął syna mocniej do siebie. - Nikt nie chce, żeby jego przyjaciele umierali. To dzięki nim warto żyć na świecie, nawet kiedy wszystko wokół pali się i wali. Ale musisz pamiętać, Rafe, że ludzie nie żyją wiecznie. Nikt nie żyje wiecznie.
Poczuł, jak szczupłe, sprężyste ciało Rafe'a dygocze.
- Tak jak Wesołek?
- Tak - potwierdził łagodnie. - Zupełnie jak Wesołek. Miał dobre długie życie, i Darran też je miał. Nie ma czym się smucić. Ale lepiej, żeby mamusia nie usłyszała, że porównujesz tego starego pierdołę do kucyka. Natarłaby ci za to uszu.
- Natrze uszu tobie za nazywanie Darrana starym pierdołą - powiedział Rafe, uśmiechając się przelotnie. Wyglądał w tej chwili jak jego matka, psotne żywe srebro, o takich samych ciemnych oczach jak ona.
- Racja, pewnie natrze - przytaknął. - Niech więc to będzie nasz sekret, co?
Rafe wydał głębokie westchnienie.
- Tatku...
- Tak, Rafe?
- Czy ty... czy nie możesz żyć wiecznie?
Płaczliwe pytanie przeszyło go niczym harpun przeznaczony na rekina. Przebiło mu serce i zaparło dech. Nie dał popłynąć krwawym łzom. Nigdy nie pozwoliłby chłopcu zobaczyć, jak jego ojciec płacze. Pokręcił tylko głową.
- Nie, Rafe. Ale nie masz się czym martwić, daję słowo. Nigdzie się nie wybieram jeszcze przez wiele długich lat.
- Morg żył wiecznie - powiedział Rafe; jego głos nadal brzmiał słabo i cicho. - Prawie. Żyłby, tyle że ty go zabiłeś. Czy nie możesz... - Pociągnął nosem. - No wiesz.
Wstrząśnięty Asher wpatrywał się w otwarte drzwi holu. Dathne i zielarka Kerril nadal stały na stopniach wieży, plotkując jak to kobiety, chwała Barl. Gdyby Dath była tutaj i słyszała, o co pyta Rafel...
Mocniej objął drobne ciało syna.
- Nie, Rafe. Nie. - Strach trzymał go za gardło i dławił. - Rozmawialiśmy już kiedyś o tym, pamiętasz? Tego rodzaju magia jest zła. I tak czy owak, nie istnieje. Już nie.
- Może i nie. Ale, tatku, jesteś wielkim magiem - powiedział Rafe. Był uparty, tak uparty, że nigdy nie wiedział, kiedy odpuścić. - Mógłbyś ją odszukać. Mógłbyś nigdy nie umrzeć.
Przytłoczony Asher przyciągnął syna bliżej, otoczył go ramionami i przywarł do niego, jakby od tego zależało jego życie.
- Mówiłem ci, szprocie, że nie umieram - powiedział, szepcząc w zakurzone, potargane włosy Rafela. - Wiem, że się martwisz z powodu Darrana, ale to on umiera. Nie ja. A teraz wybij sobie z głowy taki rodzaj magii, słyszysz? Nie wolno nigdy więcej o niej rozmawiać. Ani ze mną, ani z matką, ani z żadną żywą duszą. Rozumiesz?
Rafel pokiwał głową.
- Tak, tatku.
Asher odchylił się w tył i spojrzał w ożywioną twarz syna.
- Tak tylko mówisz, Rafelu? Czy naprawdę mnie posłuchasz? Obiecujesz? Czy uroczyście dajesz słowo, jak dorosły dorosłemu, i za nic go nie złamiesz?
Powstrzymywane łzy teraz trysnęły niepohamowanie i popłynęły mu po policzkach.
- Obiecuję - powiedział, krztusząc się. - Daję słowo, tatku. Jak dorosły dorosłemu.
- A więc dobrze - odparł Asher, w dalszym ciągu przerażony, ponieważ Nix, który znał się na takich sprawach, siedem lat temu powiedział jemu i Dath, że Rafel, ich ukochany syn, nosi w sobie magię jak jego ojciec. I że ten chłopiec to nie żaden słaby olkiński mag, ale dziecko obu światów, zdolne zarówno zadawać ból, jak i go uśmierzać. - W porządku. No to uroczyście dałeś mi słowo i nie będziemy o tym więcej mówić.
- Tak, tatku - szepnął Rafel. - Tatku, ja tylko pytałem. Nie chciałem nic złego.
Ashera przygniotła kolejna fala, jeszcze raz zapierając mu dech w piersi.
- Wiem. Wiem. Dobry z ciebie dzieciak. Wiem.
Poczuł, jak ramiona Rafela owijają się wokół jego szyi. Poczuł mokry, brudny policzek syna przyciśnięty do własnego. Swojego tatę, dobrego, życzliwego człowieka, Asher kochał z całego serca. Ale rybactwo to ciężkie życie; ojciec nigdy nie był chętny do uścisków i całusów. Miłość oznaczała jedzenie na stole, miejsce do spania i dach, który nie przecieka.
Mama go tuliła, lecz ona umarła młodo. Musiał czekać aż na Dathne, by ponownie odczuć taką miłość. I kiedy stał obok jej łóżka dziesięć lat temu, patrząc, jak trzyma ich wrzeszczącego, nowo narodzonego syna, oburzonego i rozzłoszczonego, wciąż lepkiego od krwi po porodzie, obiecał sobie: "On nie będzie we mnie wątpił. Nie będzie się zastanawiał. Uściski i całusy będzie dostawał każdego dnia".
- Muszę iść, Rafe - mruknął, biorąc się w garść. - Muszę się zobaczyć z tym starym pierdołą tam na górze, ze starym umierającym człowiekiem.
- Czy ja też mogę pójść? - zapytał Rafel. - Darran i ja nie dokończyliśmy gry. Nie mogliśmy znaleźć dobrej książki, więc graliśmy w hopki i ja wygrywałem, naprawdę.
- Może będziesz mógł odwiedzić go później - odpowiedział Asher. - Na razie są pewne słowa, które muszą paść między nim a mną i nikim innym.
Pociągając nosem, Rafe wyswobodził się z uścisku.
- A co, jeśli nie będzie żadnego później, tatku? - spytał i przesunął brudnym rękawem po zasmuconej twarzy. - On może umrzeć całkiem nagle. Mama Gąsiora tak odeszła.
- Jeżeli będzie mi się zdawało, że odchodzi, powiem mu coś od ciebie - obiecał Asher. - Co mam powiedzieć?
Rafel stanął na niższym stopniu ze spuszczoną głową, tak że jego oczy i powoli płynące łzy nie były widoczne. Wzruszył ramionami. Potem podniósł wzrok.
- Tatku, powiedz temu staremu głupcowi, że go kocham. Powiedz mu, że dziękuję za jego opowieści.
Asher zmierzwił włosy syna, po czym podniósł się.
- Zrobię to. A teraz idź do mamusi, Rafe. Myślę, że się o ciebie martwi.
Jednak zamiast odejść, Rafel wpatrywał się w niego z ogromną powagą.
- Przykro mi, tatku. To niesprawiedliwe, jak twoi przyjaciele umierają.
- Nie przejmuj się mną, Rafe - odpowiedział Asher w końcu, gdy już mógł zaufać swojemu głosowi, tak bliski był załamania. - Mam ciebie i twoją matkę. Mam twoją siostrę. Wy jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi. Nic mi nie będzie.
Uśmiech Rafela przedarł się przez żal i łzy. To był promienny uśmiech matki, który zamieszkał także na drobnej twarzyczce ich syna.
- Ty też się mną nie przejmuj, tatku. Ja cię nie opuszczę. Nigdzie się nie wybieram.
Asher, stojąc teraz samotnie na wykutych z piaskowca stopniach, spoglądał, jak Rafel w podskokach gna po schodach do holu, lekkimi susami przemierza marmurową podłogę i biegnie do Dathne. Patrzył na ich uścisk i przez jedno uderzenie serca ujrzał Danę i Gara, którzy kochali się nawzajem tak samo jak Dath i Rafel.
A potem odwrócił się i powlókł po spiralnych schodach wieży na górę; okropny ciężar smutku przygniatał mu plecy.
Zielarka Kerril pozostawiła w komnacie Darrana płonący magiczny ogień oraz kadzidełka, więc powietrze pachniało wiosną. Zasłony na oknie były zaciągnięte; ciemnoniebieski aksamit odzwierciedlał barwę nieba w letnią noc. Darran sypiał w tym ciasnym pomieszczeniu od ponad dziesięciu lat. To ten pokój zajmował, kiedy Jarralt - Morg - zesłał go tu wraz z Garem na wygnanie. Kiedy dobiegło końca, a Lur zostało ocalone, zaoferowano mu całe piętro wieży niegdyś zamieszkane przez Gara, prywatną komnatę króla oraz jego gabinet i bibliotekę.
Zszokowany i dotknięty do żywego Darran odmówił. To piętro należało teraz do Rafela. Darran zaś mieszkał tutaj, w komnatce mniejszej niż ćwiartka pojedynczego piętra, tak prostej i skromnej. Darran, który przez całe życie dzień w dzień ubierał się na czarno, nie uznawał wymyślnych tkanin ani ozdóbek. Sypiałby w czarnych koszulach nocnych, gdyby takowe szyto.
Jednak takie nie istniały, więc leżał pod kocami w białej koszuli zapiętej po samą chudą szyję. Jego przerzedzone włosy na poduszce były czystym srebrem, przypominając barwę grzywy i ogona starego Łabędzia. Dłonie o skórze cienkiej jak gaza i pomarszczonej, poznaczone plamami, o wykrzywionych palcach, spoczywały na piersi chudej niczym druciany stojak na grzanki; Darran nigdy nie przytył nawet odrobinę. Wciąż wyglądał jak bocian. Nadal utyskiwał i wzdychał. Jego oddech ledwie poruszał powietrze, gdy jego sparaliżowaną twarzą targały skurcze i drgawki.
Asher zamknął drzwi i podszedł do łóżka. Obok niego stało proste krzesło. Siadając, Asher sięgnął po chudą rękę Darrana. Była zimna jak lód, tak jakby zima trzymająca Lur w okowach nie zelżała, a on przebywał na dworze bez rękawic.
- Co słychać, staruszku? - mruknął. Oczy go piekły. Gardło się zaciskało. - Próżnujesz tutaj, jakby nie było nic do roboty. Co to za przykład dla innych, hę?
Przyglądając się uważniej, dostrzegł, że cienie rzucane przez magiczny ogień skrywają najgorzej powykręcane miejsca lewego policzka Darrana, jego opadające powieki i obwisłe wargi. Ślina pociekła po podbródku starca pokrytym siwą szczeciną. Puściwszy jego dłoń, Asher wziął ręcznik z miski z wodą na zastawionym wzmacniającymi miksturami nocnym stoliku przy łóżku, wykręcił go i wytarł staruszka do czysta. Potem odłożył ręcznik z powrotem i na nowo ujął rękę Darrana, z nadzieją że jego własna ciepła krew ogrzeje kruche ciało tego umierającego człowieka.
- Asherze - odezwał się Darran. Nadal miał zamknięte oczy, a jego głos brzmiał niewyraźnie i cicho. Jak gdyby mówienie było równie ciężkim zadaniem jak przywoływanie deszczu. - Okaż... trochę szacunku.
Asher zacisnął mocniej palce, tylko odrobinę.
- Och, pewnie. Tak jakbyś sobie na niego zasłużył, co nie, ty stary gawronie?
- Szubrawiec - powiedział Darran. Jego powieki podniosły się boleśnie. Pod nimi jego zamglone oczy pochłaniały światło. - Hultaj. Obwieś.
- Ano tak - odparł Asher, krzywiąc się. - Uważasz, że właśnie tym jestem, co nie?
Palce Darrana zacisnęły się z siłą nie większą niż u niemowlęcia.
- Wszystkim tym i więcej. - Zmarszczył czoło. - Co się dzieje?
Upłynęło blisko dwanaście lat, od kiedy poznał tego człowieka. W ciągu tych dwunastu lat zatańczyli niejeden taniec. Nienawidzili jeden drugiego. Ranili się wzajemnie. Szlochali obok siebie w milczeniu.
- Co się dzieje? - Asher powtórzył jak echo. - A jak ci się zdaje, ty stary głupcze?
- Tak, umieram - powiedział Darran zgryźliwie; niemoc nie zdołała osłodzić jego cierpkiego języka. - Ale nie jestem aż takim... starym głupcem, żeby myśleć, iż zżera cię żal z tego powodu. Jest... coś jeszcze, nie... zaprzeczaj. Przez... całe moje życie obserwowałem... wielkich ludzi u władzy. Wiem, kiedy dzieje się coś złego i mąci ich... spokój.
Wielcy ludzie u władzy. "Ten jego paraliż pomieszał mu w głowie".
- Mylisz się - odpowiedział cicho. - To żadna przyjemność patrzeć, jak odchodzisz.
- Asherze... Asherze... - Darran zdobył się na krzywy uśmiech. - Zatrzymałbyś mnie tutaj, w tym... zgasłym, odmawiającym posłuszeństwa ciele? To okrutne... nawet jak na ciebie.
Asher odwrócił wzrok aż do chwili, gdy był pewien, że zdoła mówić i nie pozwoli wymknąć się słowom, których później będzie żałował.
- Ty chcesz umrzeć? Czy tak?
- Chcę, żebyś... mi powiedział... co się dzieje - odrzekł Darran, nadal powoli, nadal cicho... ale z żelazną stanowczością, taką samą jak u Dathne. Bliskość śmierci go nie złamała, to pewne. - Może... zdołam ci pomóc. Chciałbym... myśleć, że mogę. Jedna ostatnia misja... dla królestwa. Myślę... że tyle jesteś mi winien.
Nie było sposobu, by spłacić to, co był winien temu pedantycznemu Olkowi. By wymazać dawne błędy, zaleczyć stare rany.
"Ale jak mogę mu powiedzieć, co podejrzewamy ja i Dath? Jego światło gaśnie. On zasługuje na spokojną śmierć, a nie na niepewność, strach i zamartwianie się tym, na co nie ma wpływu".
- Asherze... - Darran zamknął oczy, tylko na moment, po czym powoli znów je otworzył. - A jeżeli to będzie... moje ostatnie życzenie? Jeśli będę cię błagał? Czy mam... błagać?
- Dlaczego chcesz wiedzieć? - odpowiedział szorstko Asher. - Nie ma nic, co mógłbyś zrobić.
- Mogę posłuchać - odrzekł Darran. - A cokolwiek... mi powiesz, mogę... zabrać to do grobu. To wyjdzie mi... najlepiej ze wszystkiego.
Wzdychając, Asher pozwolił brodzie opaść na pierś. Stary człowiek nie do końca się mylił... Asher mógł powiedzieć Darranowi rzeczy, których nie mógł powiedzieć nikomu innemu. Nawet Dathne. Zwłaszcza jej. Była dzielna, taka dzielna, ale zabiłby ją, mówiąc jej to. Dał jej słowo, wiedząc, że kłamie.
- Asherze - powiedział Darran i nieco mocniej zacisnął palce. - Jeżeli to kwestia... bezpieczeństwa królestwa... nie możesz mnie oszczędzać. Nie możesz... oszczędzać siebie samego. Gar umarł... za Lur. Będziesz tak siedział... i nic nie powiesz?
A to stary drań - żeby wetknąć mu taką szpilę. Pokręcony i podstępny, żeby tak napomknąć o Garze.
Asher popatrzył na Darrana z goryczą.
- Kiedy to ja się oszczędzałem, ty obrzydły staruchu?
- Nigdy - wyszeptał Darran - więc... nie zaczynaj... teraz.
"Niech mnie. Niech mnie. Powinienem odejść. Powinienem trzymać gębę na kłódkę. Jeżeli nie wypowiem tego na głos, to nie stanie się prawdą".
- Nie jesteś... tchórzem - ciągnął nieugięty Darran. - Barl wie, że masz... więcej wad niż bezdomny kundel ma... pcheł, Asherze, ale... - Urwał, a jego oddech utonął w kaszlu. Ta febra jeszcze z nim nie skończyła. - Problem... którego istnieniu się zaprzecza, to... problem nierozwiązany. Ojciec Borne'a... mnie tego nauczył. Dobrze zapamiętałem.... tę lekcję.
Asher wpatrywał się w swoje palce. Gdyby zamknął oczy, mogłoby się wydawać, że nadal czuje w nich iskrzenie mocy po dotknięciu mapy Barl. Gdyby zamknął oczy, poczułby chłoszczącą potęgę jej magii...
- Asherze - powiedział Darran z gardłem ściśniętym z bólu. - Czy Lur... jest zagrożone? Czy tego się obawiasz?
Głośno wciągając powietrze, Asher przytaknął.
- Ano tak. Na to wygląda. I jeżeli tak jest... to możliwe, że będę musiał coś zrobić. Coś, czego robić nie chcę, bo można tym tyle samo naprawić, ile namieszać.
- Ach - odparł Darran, wydając długie, powolne westchnienie żalu. - Masz na myśli... zaklinanie pogody?
Zdumiony Asher popatrzył na niego.
- Wcale tego nie mówiłem. Skąd ci to przyszło do głowy? Nie istnieje już nic takiego jak zaklinanie pogody, Darranie.
Stary człowiek był teraz tak wątły. Oczy się zapadły, skóra poszarzała, porażenie tańczyło na policzku. Cieniutka strużka świeżej śliny pociekła mu po podbródku. Słabo sięgnął ku niej, a potem równie słabo dał znak palcami po wilgotny ręcznik. Tym razem nie zniósłby pomocy przy obmyciu się.
- Nie istnieje... nic takiego? - powiedział, oddając ręcznik. Jego zamglone oczy nie zdołały zamaskować gniewu albo odrazy, jaką czuł wobec powolnego rozpadu swego ciała. - Oczywiście... że istnieje, Asherze. Ty nigdy... nie utraciłeś tej mocy. Ty po prostu... skłamałeś i powiedziałeś... że tak się stało. Dla... większego dobra, ma się rozumieć. Ponieważ Lur musiało... to usłyszeć. Ja zawsze... znałem prawdę. - Mrugając pomału, przycisnął pomarszczone czubki palców do drgającego mięśnia pod cienką jak koronka skórą na policzku. - Ale dlaczego... teraz uważasz... że nasze królestwo może będzie musiało usłyszeć co innego? Czy to... niepewność, jaką odczuwasz... w uśpionej... ziemi?
- Co takiego?! - wykrzyknął Asher, krztusząc się. - Skąd o tym wiesz? Ty nie jesteś... sam mówiłeś, że nie czujesz ani krzty olkińskiej magii we krwi. Czy to było kłamstwo, Darranie? Okłamywałeś mnie?
- A jeżeli... kłamałem? - odparował Darran i w jego głosie zabrzmiało echo młodszych, pełnych wigoru dni. - O sobie? O czymś tak... tak osobistym... i prywatnym? To, czy... urodziłem się z darem, czy nie, czy to... w ogóle jest... twoja sprawa? Nie wydaje mi się. Myślę... - Urwał, kasłając znowu, zbyt już gasnący, by okazywać oburzenie.
- No już, już, ty stary gawronie - odezwał się Asher i pomógł mu wypić łyk wody ze szklanki. - Na mój rozum lepiej, żebyś przestał kłapać dziobem. A najlepiej będzie, jeśli cię zostawię, żebyś odpoczął.
Darran przełknął wodę - tylko dwa łyki - z bolesnym trudem, maleńkimi porcjami, po czym odwrócił twarz od szklanki. Asher pomógł mu się ułożyć z powrotem na poduszkach, odstawił szklankę na nocny stolik i zaczął się zbierać do odejścia. Jednak ręka Darrana zatrzymała go z siłą zrodzoną z desperacji.
- Ja nie wyczuwam... niczego - odpowiedział chrapliwie. Walczył o każdy oddech. - To... Rafel. Rafel mi powiedział. Mówił, że ziemia... wydaje się nie taka jak trzeba.
Rafel? Asher ponownie usiadł, ciężko opadając na krzesło.
- Mój syn ci to powiedział? - "Tobie, a nie mnie?"
- To... mały chłopiec - odrzekł Darran z uśmiechem. - Chłopcy mają... swoje tajemnice, Asherze. - Uśmiech zbladł. - A ty... traktujesz go surowo, sam wiesz. W kwestii magii.
- Przecież muszę tak go traktować! - odparł dotknięty Asher. - Wiesz, co Nix o nim mówił, Darranie. Wiesz, co to mogłoby znaczyć.
- Wiem, że nie... nigdy nie miałeś zaufania do swego własnego... daru - stwierdził łagodnie Darran. - Nigdy... go nie chciałeś. Żałujesz, że go masz. Obwiniasz... magię za każdą... stratę.
- Dlaczego nie miałbym jej winić? A ty tego nie robisz? Nie winisz magii za to, kogo zabiła?
- To nie... magia... go zabiła, Asherze - odrzekł Darran ze smutkiem.
Poderwawszy się na równe nogi, Asher ciężkim krokiem podszedł do okna i odsunął na bok grubą zasłonę. Ta strona wieży wychodziła na pole obok stajni; w prędko zapadającym zmierzchu dojrzał perłowy poblask gęstej zimowej sierści Łabędzia, gdy trzęsący się ze starości koń, bez kantara, podążał za Jedem do bramy. Dobry stary Jed, łagodny jak zawsze, coraz bardziej zdziecinniały z każdym mijającym rokiem. Nawet Nix ani Kerril nie zdołali nic na to poradzić. Uderzenie w głowę przed laty zmieniło go tak, że nie dało się tego odwrócić. Kerril powiedziała, że nadejdzie czas, gdy Jed nie będzie bezpieczny w pobliżu koni. Istniało też spore prawdopodobieństwo, że jego przyjaciel nie doczeka sędziwego wieku.
Śmierć, chciwa i wisząca nad głową i tu, i tam; żadnej ucieczki. Bez wytchnienia. Rafel, który skrywa tajemnice. A teraz jeszcze i ta stara rana otwarta na nowo.
Gar.
- Wiem, co go zabiło, Darranie - powiedział ostro, wciąż odwrócony plecami. - To byłem ja. Ja go zabiłem. Uważasz, że musisz mi mówić, kogo zabiłem? Bo ja nie. Nie potrzebuję też, żebyś mi mówił, jak mnie za to nienawidzisz.
- Nienawidzę cię? - odparł Darran. - Ja cię... nie nienawidzę. Jeżeli istnieje... jakakolwiek nienawiść, Asherze, to tylko... w tobie. To ty... nie chcesz wybaczyć.
Asher odwrócił się.
- O czym ty bredzisz, głupi starcze? Ja go nie nienawidzę! Nigdy go nie nienawidziłem. Był moim przyjacielem.
- Wiem - odpowiedział Darran. Jego zasnute mgłą oczy były pełne łez. - Kochałeś go... jak brata. Ale też... nienawidziłeś go... odrobinę, Asherze. Nie próbuj... zaprzeczać. Umieram, ale... pamiętam. Obaj... pamiętamy.
Racja, pamiętał. Wolałby, żeby tak nie było. Zdawało mu się, że odnalazł spokój w ciągu miesięcy po śmierci Gara. Kiedy Rafel rósł w brzuchu Dathne, Asher sądził, że znalazł sposób, jak żyć z tym, co się wydarzyło. Okazało się, że się mylił. Że są rany zbyt głębokie, by zagoić się jak należy. A teraz, wyczuwając zmiany pod zieloną i żywą skórą Lur, potrafił myśleć wyłącznie o tym, że to wszystko było na próżno.
- Dlaczego o tym rozmawiamy? - spytał. - Teraz to już nie ma znaczenia. Gar odszedł. Ty wkrótce też odejdziesz. Co ty robisz, Darranie? Każesz mi płacić ostatni raz, póki jeszcze możesz?
Ciężko dysząc, Darran poprawił się na poduszkach.
- Ja nigdy... cię nie winiłem, Asherze - powiedział z potwornym wysiłkiem; słodko pachnące powietrze w komnacie dławiło i drażniło mu gardło. - Wiem... że to nie była twoja... wina. Gar... podążył własną drogą. On nigdy... mi nie mówił, co planuje, ale... ja wiedziałem, że na coś... się zanosi. Czyż nie... obserwowałem go... od chwili... gdy przyszedł na świat? Znałem go, Asherze, lepiej niż... jego własna najbliższa rodzina. Wiedziałem... że ukrywa... tajemnice. Ja... potrafiłem dostrzec to... w jego oczach.
Dziesięć lat minęło od tamtej chwili na głównym placu Dorany przy stopniach wielkiej Kaplicy Barl, a ból nadal tak palił. Słowa Zaklęcia Unicestwienia przeszywające Ashera. Gar padający martwy jak kamień u jego stóp. Dziesięć lat i tak wiele milczenia. On i Darran płakali nad trumną Gara i nigdy potem o tym nie rozmawiali. Ani razu. Nawet nie zbliżyli się do tego tematu.
- Ty stary draniu. Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Dłonie Ashera zwinęły się w pięści, miał ochotę w coś grzmotnąć. - Dlaczego pozwoliłeś mu tak zmarnować życie? Magia była moja, nie jego. Przepowiednia była dla mnie.
Wyzbyty z sił Darran opadł na poduszki.
- Ty... wiesz dlaczego - odrzekł prawie zbyt cicho, by go usłyszeć. Jego dotknięty paraliżem policzek wykręcił się. - Ponieważ... by mi nie... wybaczył. Ponieważ był... moim królem. Ponieważ ty mogłeś... go kochać, Asherze, lecz... wciąż byłeś ślepy. Ja nie byłem. Ja widziałem. I złożyłem przysięgę... że będę mu służyć. Nie... swojej woli, tylko... jego.
Wściekłość była niczym burza miotająca Asherem tak, że prawie przestał widzieć na oczy.
- Ślepy? Co ty wygadujesz? Co takiego ty widziałeś, a ja nie?
- To, że nie... oddanie życia za Lur... by go... zabiło - wyszeptał Darran. - Że to, co... zrobił tobie, łamiąc... dane ci słowo, wydał cię... Jarraltowi... Morgowi... Że to, co... ci uczyniono... za sprawą tego potwora... go zabijało. - Darran znowu zakaszlał; jego płuca z trudem chwytały powietrze. - On nigdy... nie płakał nad sobą, Asherze, ale... płakał nad tobą.
- Nie mów mi tego - odpowiedział Asher, odwracając głowę. - Dlaczego mi to mówisz? Już po wszystkim, to przeszłość. Po co to teraz wywlekać?
- Po wszystkim? - odparł Darran. Jego palce skubały koc. - Nigdy... nie będzie po wszystkim. Nie, dopóki ty... go pamiętasz. Skoro Lur jest... w niebezpieczeństwie. On zostawił... swoje królestwo... w twoich rękach, Asherze, żebyś zadbał, by było... bezpieczne. Lecz skoro ty odwracasz się od... swojego daru... to jak może być... bezpieczne? Gdzie tu jest... miłość... do niego?
- Nigdy nie mówiłem, że nie zadbam o bezpieczeństwo Lur. Ale to nie musi oznaczać zaklinania pogody. To nie jest pewne!
Śmiech Darrana był bezgłośny i gorzki.
- Nie jest pewny... los Lur... jeżeli... nie zrobisz... tego, co potrzeba.
- A ty skąd wiesz, czego potrzeba, ty niemądry stary gawronie? - odparował, prawie dławiąc się z oburzenia. - Jak możesz wiedzieć cokolwiek, skoro nie ma w tobie ani krzty magii? Robisz zamieszanie, dyrygujesz mną i mówisz mi, co mam robić! Mówisz mi, co mam myśleć! Co czuć! Wszystko to jest już skończone, słyszysz mnie? Nie wrócimy do tamtych czasów magii, Darranie. Doranie nie będą już zadzierać nosa ani my, Olkowie, kłaniać im się w pas. To nie jest dawne Lur, dawne Lur jest martwe tak jak Gar. A ja nie mam zamiaru ożywiać trupa tamtego Lur, nie mam zamiaru...
- Asherze! Co ty wyprawiasz? Czy całkiem odebrało ci rozum?
Dathne, wstrząśnięta, wbijała w niego wzrok od progu.
Jakoś przełknął niewypowiedziane jeszcze gniewne słowa.
- Dathne, ty...
- Och, cicho bądź, cicho - powiedziała, wchodząc do komnaty i zamykając za sobą drzwi. - Darranie... proszę, wypij trochę mikstury...
Odrętwiały Asher stał plecami do ściany i patrzył, jak Dathne wlewa pełnymi łyżkami eliksir Kerril w usta starego głupca, łagodna i kochająca, jak gdyby był jednym z jej dzieci albo jej ojcem. Poprawiła koce otulające staruszka i roztarła jego zimne dłonie. Odgarnęła włosy z poznaczonego plamami czoła i uśmiechnęła się.
- Nie gniewaj się... na Ashera - wyszeptał Darran. - Wiesz... jak to jest... z nami. Ja... działam mu na nerwy, Dathne. Nic złego... się... nie stało.
- Pozwól mi samej to ocenić - odpowiedziała Dathne; jej głos brzmiał życzliwie, lecz szybko rzucone spojrzenie było pełne furii. - Odpoczywaj. Uspokój się. Oszczędzaj siły, Darranie. Nie chcemy, żebyś odszedł.
W jej głosie były łzy. Jeszcze więcej łez pojawiło się w oczach Darrana i skapnęło na jego drgający policzek.
- Wiem - odparł. Usiłował się uśmiechnąć, chociaż ślina pociekła mu po podbródku. - Ale ja odchodzę. - Jego spojrzenie przesunęło się. - Powinieneś... porozmawiać z synem... Asherze. Musisz poznać jego tajemnicę.
- Nie, ty mi powiedz - odrzekł Asher, krzywiąc się. - Darranie...
Oczy Darrana zamknęły się.
- Pamiętaj... o swoim przyjacielu, Asherze. Pamiętaj... o Garze. Nie... zmarnuj... jego poświęcenia. On umarł... dla ciebie.
Pomieszczenie zamazało mu się przed oczami i Darran razem z nim. Dathne opadła na łóżko obok starego człowieka.
- Nie mogę tu zostać - mruknął Asher. - Nie zostanę tutaj. Potrzebuję powietrza.
- Asherze! - zawołała Dathne, odwracając się. - Asherze, zaczekaj, dokąd ty się...
Nękany przez duchy, ścigany przez żywych wyszedł, zostawiwszy ją ze starym gawronem.
Zakłopotana Dathne spoglądała za swoim nieznośnym mężem. Obok niej w swoim łóżku Darran charczał i ślinił się. Barlski cyc. Starzec zasłużył na to, by umrzeć z godnością po całym życiu bezinteresownej służby dla korony i ludu Lur. Bez Darrana to nie będzie Lur. A przynajmniej nie będzie to taki kraj, jaki znają wszyscy, którzy tu teraz żyją. Zamiast tego będzie wypalony i przeklęty, sprowadzony do zgnilizny i cuchnących wyziewów zła, zupełnie jak ziemie za Barlskimi Górami.
"Tak wiele mu zawdzięczamy. I teraz on umiera, a Asher się z nim kłóci? Mogłabym go walnąć, Matt. Mogłabym go walnąć z całej siły".
Rozmawianie z Mattem było starym nawykiem. Czasami myślała, że powinna się z niego wyzwolić. Rozmowy z nieżyjącym człowiekiem... to z pewnością nie jest dobry pomysł. Lecz tęskniła za nim tak samo mocno teraz jak tuż po jego śmierci, kiedy nie potrafiła uwierzyć w jego brak, nie mogła się do niego zwrócić po radę czy pociechę i czuła się bez niego zupełnie sama. Był jej przyjacielem. Jej bratem. Jej sumieniem.
"Co byś powiedział, Matt, gdybyś tu był? Żałuję, że cię tu nie ma. Żałuję... Żałuję..."
- Dathne - odezwał się Darran; wątłe palce ledwo wyczuwalnie zacisnęły się na jej palcach. - Nie... smuć się. Ja nie... płaczę. Nie... nad sobą.
Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre, a gardło piekące i ściśnięte. Podniosła dłoń Darrana i przycisnęła ją do warg.
- Przykro mi - szepnęła. - On wróci. Wróci.
- Ano może - odpowiedział Darran, który nigdy nie używał tego wiejskiego zwrotu. - Musisz... dbać... o swojego hultaja, moja droga.
Popatrzyła na niego, marszcząc brwi.
- Dbam. Wiesz, że o niego dbam. Darranie, dlaczego ty i Asher się kłóciliście? O jaką tajemnicę chodzi?
Oczy Darrana zamknęły się. Jego policzek zadrżał mocniej, porażone ciało pod skórą podrygiwało i pulsowało.
- Zapytaj Rafela.
- Dlaczego? - spytała z sercem łomoczącym ze zgrozy. - Darranie, co takiego wiesz? Darranie?
Nie odpowiedział. Zawładnął nim sen, otępienie konającego ducha. Dathne puściła jego rękę i snuła się po jego małej komnatce, nagle zemdlona słodką wonią płonących kadzidełek. Tego było zbyt wiele. Zbyt wiele. Znalezienie Ashera w Komnacie Pogody. Strach w jego oczach. I zaraz po tym okropna wieść o Darranie. A teraz Rafel? Jej Rafel?
"Jakie tajemnice może mieć dziecko, na tyle ważne, by przyspieszyć powolną śmierć starego człowieka? By zbrukać jego ostatnie godziny takimi swarami?"
Och, potrzebowała Ashera. Jednak nie mogła opuścić biednego Darrana, żeby ruszyć za nim w pościg. Poza tym któż potrafiłby przemówić mu do rozumu, kiedy był w takim humorze? Może i przybyło mu lat, ale niespecjalnie zmądrzał. Nadal był w gorącej wodzie kąpany, wciąż łatwo się obrażał. Zawsze uparcie stawiał na swoim.
"Nie. Nie, jestem niesprawiedliwa. On się boi. Rzeczy, które czuje, które ja czuję... Aż nazbyt dobrze potrafimy sobie uzmysłowić ich znaczenie. One go przerażają. Przerażają mnie. Myśleliśmy, że w pełni zasłużyliśmy na spokój, za który zapłaciliśmy. Myśleliśmy, że życie jest dobre i że się nie zmieni".
Ale czyż nie tak właśnie uważali ludzie w Lur przed nadejściem Dni Sądu? Tylko że ona, spadkobierczyni Jervale'a, umiała odróżnić prawdę od kłamstwa. Ona i Krąg, który polegał na niej, by prowadziła go na oślep w ciemnościach.
Na myśl o ponownym zwołaniu Kręgu robiło jej się słabo. Nie dlatego że miała znowu zobaczyć przyjaciół, lecz z powodu tego, co takie spotkanie oznaczało. Kolejne napięcia dla Lur, kolejne cierpienia dla jego mieszkańców.
"Och, Jervale'u, jeżeli mnie słyszysz, pozwól, żebyśmy Asher i ja się mylili. Niech to będzie tylko urojenie, wybryk wyobraźni".
Ale pod swoimi stopami czuła, że Lur pręży się i jęczy...
- Mamo - odezwał się cichy głos i Dathne obróciła się na jego dźwięk.
- Rafelu! Co ty tu robisz? Powiedziałam ci, że niedługo do ciebie wrócę.
Czmychnąwszy z pokojów rodziny, gdzie on i Deenie zjedli wczesną kolację, Rafel stał w progu świeżo umyty i z nieszczęśliwą miną. A Deenie stała razem z nim. Zdarzało jej się skusić - tak jak teraz - by podążyć za bratem na psoty, kiedy jej nie odganiał i nie mówił, że jest nieznośną dziewczynką.
- Chciałem się zobaczyć z Darranem - mruknął, wydymając dolną wargę. Nie dbał o to, czy dostanie burę. Zupełnie jak jego ojciec, dumny i pełen animuszu. Dłonie zaciskał w pięści przy najdrobniejszej prowokacji. - Tatko powiedział, że mogę.
- Twój ojciec powiedział, że cię zawołamy, jeżeli Darran będzie w nastroju na przyjmowanie gości - odparowała. - Prawda to nie pęd bluszczu, Rafelu, któremu nadajesz dowolny kształt, jaki ci pasuje. A ty, Deenie - dodała, spoglądając na córkę spod zmarszczonych brwi. - Ty też uciekłaś od Cluny? Co za wstyd.
Deenie była mała jak na swoje osiem lat, smukła niczym młoda topola, dziecko całe jakby utkane z puchu ostu i z szeptów. Oczy miała okrągłe jak bratki w wąskiej twarzy pełnej sekretów. Podczas gdy strofowanie tylko drażniło jej brata, ona więdła pod wpływem najlżejszej krytyki.
- Przepraszam, mamo - powiedziała głosem przerywanym czkawką z przerażenia. - Ja tylko chciałam się pożegnać, tak jak Rafel.
Dathne poczuła, jak łamie jej się serce. "Nie, nie, jest za mała".
- Co to znaczy pożegnać się? Cóż to za bzdura.
Deenie zerknęła na brata, skubiąc w palcach jasnoniebieski bawełniany fartuszek.
- Rafe mówił...
- Skarżypyta! - syknął na nią Rafe i dał jej kuksańca. - Trzymaj język za zębami, mówiłem ci. Teraz zobacz, co narobiłaś. Mama się gniewa!
A więc Rafe powiedział Deenie, że staruszek umiera. W ślad za ściśniętym sercem pojawił się gniew, że tak beztrosko zniweczył niewinność swojej małej siostrzyczki.
Rafel miał zadarty podbródek i brwi ściągnięte w wojowniczym wyrazie twarzy. A teraz to była twarz jego ojca, gotowa warczeć i gryźć; ich temperamenty jaskrawo odzwierciedlały się nawzajem.
- Nikt nie powiedział, żebym nie mówił - mruknął. - Tatko wcale nie zabraniał mi mówić.
Ona również tego nie powiedziała; nie przyszłoby jej do głowy, że powinna. Spojrzała z ukosa na łóżko, na Darrana, i zobaczyła, że wybudził się z drzemki i przygląda się jej spod na wpół przymkniętych powiek. W jego zapadniętych oczach, zamglonych przez wiek i powolne konanie, wciąż odbijało się łagodne rozbawienie. Ach, Darran kochał jej dzieci. Gdyby nie odkryła w sobie przetykanego irytacją przywiązania do Darrana, jeszcze zanim Rafe się urodził, podbiłby jej serce później, roztkliwiając się nad jej dzieckiem. Nad obojgiem jej dzieci, które kochały go za jego łagodność, za jego opowieści oraz życzliwe, choć niegrzeczne żarty z ich ojca.
- Dathne... - Głos Darrana brzmiał jak najsłabszy szept. - Sprawiłabyś mi radość... gdybyś im pozwoliła... zostać.
Chciała mu się sprzeciwić, lecz tylko po to, żeby chronić swoje dzieci. Tak, Rafe i Deenie oboje zetknęli się ze śmiercią, lecz była to mało ważna śmierć zwierząt. Ta śmierć nie była nieistotna. Darran stał się kochającą częścią ich życia. Dathne tak bardzo obawiała się ran, jakie jego zgon zadałby jej synowi i córce.
"Czy ja chciałam przyzwolić, żeby stał się taki ważny? Czy zauważyłam, jak wszyscy nauczyliśmy się na nim polegać, nawet Asher? Kiedy zaczęłam go kochać? Kiedy po raz pierwszy Asher zwrócił się do niego jak do przyjaciela?"
Nie mogła sobie przypomnieć. Wiedziała tylko, że to prawda - że ten stary człowiek, ten stary pierdoła, stary strach na wróble, stary maruda, stanowił część jej rodziny. I że jego śmierć zada jej ukochanym Rafelowi i Deenie ból. Jednak wiedziała, że nie zdoła ich osłonić. Żadna matka nie jest do tego zdolna, choćby oddała własne życie, by ochronić niewinność dzieci przed krzywdą.
- Proszę, mamo - nalegał Rafel; był taki uparty, że nigdy nie dawał za wygraną, nawet w kołysce. - Chcę zostać.
Popatrzyła na syna. Z ukłuciem bólu, z żalem ujrzała, że to już nie jest mały chłopczyk. Miał dziesięć lat i prędko dorastał. Śmiały jak jego ojciec. Zapowiedź przyszłej urody kryła się w dziecinnych rysach jego twarzy.
"Ale jego oczy nie są oczami dziecka. On wie wiele rzeczy. Wyczuwa je. Udawanie, że tak nie jest, nie zmieni prawdy. Ściągnęliśmy na niego przekleństwo, Asher i ja. Kiedy go spłodziliśmy, daliśmy mu moc".
Dokuczała jej myśl, że Darran wie o jej synu coś, czego ona nie wie. Czego nie wie Asher. Że dopiero ten umierający stary człowiek musiał jej powiedzieć, iż jej syn ma bolesną tajemnicę.
- Proszę, mamo - powtórzył Rafel. - Nie każ mi odchodzić. - Zerknął spode łba na Deenie i wykrzywił drobną twarz. - Czy możemy zostać?
Gdyby Asher tu był, prawie na pewno by się nie zgodził. Nie na złość Darranowi, tylko żeby chronić swoje dzieci.
"I myliłby się".
- Tak, Rafe - powiedziała, czując, jak pieką ją oczy. - Możesz zostać... i się pożegnać. - Potem poruszyła się i spojrzała na starca. - Ale nie możecie być tu długo.
- Dziękuję, Dathne - szepnął Darran. - Nie będę... ich zatrzymywał.
Skinęła głową na dzieci, po czym odsunęła się od łóżka w cień, gdy Rafe i Deenie zbliżyli się do Darrana. Widząc uśmiech staruszka, Deenie wdrapała się na materac nakryty kocami i ujęła jego pomarszczoną, poznaczoną plamami starości dłoń swoją rączką. Rafel, gardzący takimi dziecinnymi czułostkami, naśladował swego ojca. Stał z ramionami ściągniętymi w tył, przywołując na twarz groźny grymas.
- Rafelu - wyszeptał Darran. - Deenie. Czy mam... wam opowiedzieć... historię?
Wciąż nachmurzony Rafe wzruszył ramionami.
- Czemu nie. Jeśli chcesz. Mnie tam wszystko jedno.
Ale Dathne, która to obserwowała, wiedziała, że tak nie jest. Rozpaczliwie pragnął posłuchać. Uwielbiał jego opowieści. Tak samo jak Deenie. Asher nigdy nie oglądał się w przeszłość, nawet dla własnych dzieci. Historie Darrana uczyły ich, kim był ich ojciec, który kochał ich ponad wszystko, lecz tak wiele zatrzymywał dla siebie.
Darran wskazał ręką na krzesło przy jego łóżku.
- Zatem usiądź sobie... wygodnie, Rafe - zaprosił go. Jego załzawione oczy wyglądały teraz na rozgorączkowane.
Dathne dostrzegała, że wykrzesał z siebie ostatnie siły dla dobra jej dzieci. Sumienie podpowiadało jej, że powinna je odesłać.
"Ale nie mogę. Nie mogę. One tego potrzebują. I myślę, że on też. Tak jak i ja".
Rafe opadł na krzesło obok łóżka Darrana. Twardo usiłował być dzielny, chociaż jego małe serduszko pękało.
- Wasz ojciec - zaczął Darran, przesuwając wzrok z Rafe'a na Deenie i z powrotem z takim ogromem miłości, że Dathne czuła ją jak żar bijący od rozgrzanego pieca - to awanturnik... i huncwot... i najdzielniejszy... człowiek, jakiego kiedykolwiek... poznałem. Dzielniejszy... nawet niż nasz drogi... zmarły król, a Gar... miał tyle odwagi... że wystarczyłoby dla dwudziestu mężczyzn.
Najdzielniejszy człowiek? Dzielniejszy niż Gar? Dathne usłyszała, jak tętno łomocze jej w uszach. Darran nigdy wcześniej tak nie mówił. Wychwalał Ashera, owszem, lecz ani razu nie stawiał go wyżej niż swego najdroższego księcia, młodzieńca, który dla niego był jak syn.
- Rafelu, wiem... że opowiadałem ci to... wcześniej - powiedział Darran. Jego głos był chrapliwy, przesycone aromatami powietrze w komnacie więzło mu w gardle. - To historia o tym, jak wasz ojciec... uratował... życie Garowi. Ale... nie opowiadałem... tego twojej siostrze. Myślę... Myślę... - Jego spojrzenie powędrowało w stronę cieni. - Pora... żeby Deenie... ją usłyszała.
Dathne założyła ręce na piersi, czując nagły dreszcz. Deenie wiedziała, że jej ojciec jest uważany za bohatera Lur. Jakże mogłaby tego nie wiedzieć? Jednak chronili ją przed poznaniem szczegółów. Nadal była małą dziewczynką. Miała resztę życia, by odkrywać srogą niedawną przeszłość Lur.
Chyba że... coś istotnego przemawiało za tym, żeby usłyszała takie historie o swoim ojcu od Darrana. Przede wszystkim Asher sam nigdy by ich nie opowiedział. Wił się i krzywił, kiedy ktoś próbował wychwalać jego czyny. Nie tylko dlatego że publiczne uznanie nigdy nie sprawiało mu radości, ale też dlatego że jego zwycięstwo nad Morgiem było okupione śmiercią innych. Zwłaszcza śmiercią Gara, która milcząco go prześladowała i pozbawiała spokoju.
Jednak Deenie, podobnie jak Rafel, miała prawo poznać jego wartość. No i było coś szczególnego w historiach opowiadanych nie przez matkę i żonę, lecz przez obcą osobę. Dathne to rozumiała. Wiedziała, ile opowieści Darrana znaczyły dla Rafela. Historie opowiadane przez tego starca były jakby bardziej... prawdziwe.
"A Deenie zasługuje na tę prawdę nie mniej niż jej brat. Zasługuje, żeby wiedzieć, że jej tata to wielki człowiek".
Darran przypatrywał się jej wzrokiem niespokojnym i niecierpliwym. Pragnął podarować jej dzieciom ostatnią opowieść. Jego czas dobiegał końca. Jakże mogła odmówić?
Kiedy skinęła głową, jego blada, sparaliżowana twarz zarumieniła się z zadowolenia. Łza uciekła spod opadającej powieki lewego oka, by popłynąć po drgającym policzku. Deenie wyjęła chusteczkę z kieszeni fartuszka i delikatnie osuszyła mu twarz.
- Dziękuję, Dathne - wyszeptał Darran, kiedy znowu mógł mówić. Później uśmiechnął się. - Deenie. Gardenia. Czy wiesz... Dathne... kiedy powiedziałem... że powinniście nazwać... dziewczynkę tym imieniem... to żartowałem?
Przytaknęła.
- Wiedzieliśmy.
- Ach - odparł i przez chwilę się nie odzywał. Potem znowu zwrócił się do jej dzieci. - Bardzo... dobrze. Opowieść. To się wydarzyło... kiedy wasz ojciec... był zuchwałym... młodzieńcem. Stary król Borne... zachorował. Posłał... swojego syna... księcia Gara... do Westwailing, żeby go zastąpił...
Gdy przechadzka pomogła nieco stłumić gniew, Asher udał się na podwórze stajni przy wieży. Chłopcy stajenni krzątali się przy wieczornych obowiązkach; trzaskały drzwi, jęczał uchwyt pompy, chlupotały napełnione wiadra, latarnie z magicznym ogniem złociły powietrze i rzucały cienie.
Mimo zmartwienia Asher uśmiechnął się, słysząc zniecierpliwienie koni: rżenie i kłapanie zębami, tupanie i stukanie kopytami. Chłodne powietrze pachniało gorącą końską paszą i świeżym nawozem. Znalazł Jeda w paszarni, pieczołowicie odliczającego marchewki do siedmiu czekających wiader. Na widok Ashera jego osobliwie młoda i niepoznaczona zmarszczkami twarz rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.
- Widzisz? - spytał, wskazując z dumą. - Widzisz?
- Ano widzę - odparł Asher i poklepał po ramieniu swego przyjaciela z lat chłopięcych. - Widzę. Jesteś bardzo pomocny, Jed.
Jed pokiwał głową, z czubkiem języka wysuniętym spomiędzy zębów.
Okrutna, wklęsła blizna na jego czole odbijała światło magicznego ognia, połyskując słabo.
- Bardzo pomocny. Bardzo pomocny.
Resztki tlącego się w Asherze rozżalenia zgasły. Tyle utracił. Tak wiele wykradł mu nieprzyjazny los. A teraz miał stracić Darrana, który trząsł się nad nim jak kwoka nad jedynym kurczęciem. Kto by pomyślał, że stary głupiec ma w sobie tak wiele miłości?
"Nie ja. Do głowy by mi nie przyszło. Czasem mi się wydaje, że w ogóle go nie znałem".
Prędko zamieszał końską owsiankę i twarz zapiekła go od pary o ostrej woni. Potem przysiadł na skraju kubła z owsem i zaplótł ręce. - Jed. Jed. Słuchasz mnie, Jed?
Jed skinął głową, pracowicie licząc marchewki. Tamto uderzenie w głowę po pijaku nie skradło mu całego życia. Tylko większość.
- Jed, muszę ci coś powiedzieć. O Darranie.
Twarz Jeda rozpromieniła się.
- Mój przyjaciel Darran. Stary gawron. Stary pierdoła.
- Taaa, stary pierdoła - powtórzył Asher i ból zgniótł mu pierś niczym imadło. - Jed... chodź tutaj, musisz mnie posłuchać.
Za niedomkniętymi drzwiami paszarni chłopcy stajenni pogwizdywali i śmiali się. Tego wieczora byli sami, gdyż masztalerz Divit pojechał do Crackby na pogrzeb krewnego. Następna śmierć. Następny smutek. Ludzie powinni żyć wiecznie. Jed znowu liczył marchewki, zagubiony we własnym mglistym umyśle.
- Jed! - Asher odezwał się ostro i walnął obcasem o kubeł. - Do cholery, posłuchasz mnie?
Jed wzdrygnął się na gwałtowny dźwięk jego głosu i donośnego łupnięcia, aż marchewki wypadły mu z dłoni.
- Przepraszam. Przepraszam.
Z nagłym poczuciem winy Asher przykucnął przed swym zidiociałym przyjacielem i ujął go za nadgarstki.
- Nie ma potrzeby przepraszać - powiedział łagodnie. - Nie zrobiłeś nic złego, Jed. Tylko musisz posłuchać.
Jed skinął głową. Miał szeroko otwarte oczy, rozczochrane ciemne włosy przyprószone siwizną, a jego policzki i podbródek porastała szaro-czarna szczecina.
- Posłuchać.
Nie mógł mu powiedzieć, że Darran umiera. Nawet gdyby Jed zrozumiał słowa, tylko by go zasmuciły.
- Darran wyjeżdża na jakiś czas, Jed. Prosił mnie, żebym się z tobą pożegnał w jego imieniu.
- Wyjeżdża? - powtórzył niepewnie Jed. - Dokąd?
Dobre pytanie. Któż mógł wiedzieć, czy barlsmani mieli rację? Któż mógł wiedzieć, czy istnieje życie po śmierci?
- Na wieś, Jed.
Jed zmarszczył czoło.
- Czy ja mogę jechać? Lubię wieś.
- Wiem, że lubisz - odpowiedział Asher. - Ale nie tym razem. Może kiedy indziej.
- Kiedy indziej. Tak. Tak. - Jed wstał. - Muszę się zająć wodą dla Łabędzia - oznajmił. - To moja praca. Zajmuję się Łabędziem.
Drzwi paszarni zamknęły się za nim z trzaskiem. Asher pozostał jeszcze chwilę w kucki na ceglanej podłodze; palący ból pulsował mu w skroniach. Potem dźwignął się na nogi i zaczął rozdzielać do wiader wieczorną paszę, miarki owsa i sieczki. Znalazł ucieczkę w pracy, która niegdyś tak wiele dla niego znaczyła.
- Smutna noc - odezwał się znajomy głos.
Cholerny Pellen. Skradał się jak kot, chociaż miał tylko jedną zdrową nogę, a ostrugany kawał drewna w miejsce goleni i stopy, które stracił przez Morga.
Kiedy Asher mógł już zaufać własnej twarzy, odwrócił się.
- Ano tak. Skąd wiesz?
Po dziesięciu latach burmistrzowania w Doranie Pellen Orrick doczekał się siwizny i skłonności do ciętego sarkazmu. Ojcostwo wzbudziło w nim ciepło. Pochowanie żony poznaczyło mu twarz jeszcze głębszymi zmarszczkami. Minęły dwa lata, a on nadal ją opłakiwał. Oczywiście. Kochał Ibby całym sercem - sercem, które nigdy nie sądziło, że w Lur istnieje kobieta dla niego.
"Dobrze, że ma małą Charis. Na mój rozum gdyby nie ona, podążyłby za swoją Ibby do grobu".
Opierając się o framugę drzwi do paszarni, Pellen odchrząknął. Już dawno temu porzucił niebiesko-szkarłatny mundur straży z mosiężnymi guzikami na rzecz poważnego, szacownego stroju z brązowej wełny.
- Dathne przysłała wieści. Pomyślała, że powinienem wiedzieć ze względu na pozycję Darrana.
Można polegać na Dath, że będzie pamiętać o takich rzeczach. On był zbyt zagniewany. Zbyt zasmucony.
- Miała rację. Powinieneś.
- Trudno uwierzyć, że go tracimy - powiedział Pellen. - Wydaje się elementem Dorany, tak jak sam pałac.
Asher pokiwał głową.
- Racja.
- Nie mówisz o tym, ale ja wiem, że ty i staruszek zbliżyliście się do siebie w ciągu tych lat - ciągnął cicho Pellen. - Przykro mi, Asherze.
A bodajby tego człowieka i jego cholerne współczucie. "Idź sobie, Pellenie. Czy ja prosiłem, żebyś wtykał nos w to, jak się czuję? Prosiłem?"
- Ano tak. Cóż, taka jest kolej rzeczy, co nie? Nic nie trwa wiecznie, chociaż nam się zdaje, że tak będzie.
Ostra twarz Pellena zastygła; malująca się na niej życzliwość zamarzła.
- Asherze? Co się dzieje? Nie chodzi tylko o Darrana, czyż nie? Coś jeszcze cię dręczy.
Niech to. Najpierw Darran, teraz Pellen. Na tym właśnie polega kłopot z przyjaciółmi. Zauważają różne rzeczy. Nawet gorzej, bo Pellen był strażnikiem, a później kapitanem ponad dwa razy dłużej niźli burmistrzem stolicy. Tamten wyostrzony zmysł nigdy go nie opuścił, i to dlatego w dalszym ciągu był burmistrzem. Nikt nie potrafił trzymać w garści gildii, Doran i wszystkich cholernych Olków w tym mieście tak jak Pellen.
"Och, co tam. I tak od początku miałem zamiar mu powiedzieć".
Asher wzruszył ramionami.
- Ja... wyczuwam pewne rzeczy. Zmiany. W powietrzu. W ziemi.
Pellen spoglądał na niego w milczeniu, a w jego oczach wzbierał strach. Pellen Orrick przelękniony - to dopiero coś.
- W pogodzie?
Oczywiście, domyślił się tego. Pozostało teraz już tylko czworo ludzi - on i Dath oraz Pellen i Darran - znających z bliska i osobiście szczegóły dotyczące Jarralta i Morga. Przetrwało zaledwie czworo z tych, którzy spojrzeli złu prosto w twarz i poczuli jego cuchnący oddech. Reszta Lur, która tego nie zaznała, pomaszerowała naprzód. Ale nie oni. Im ciążyło brzemię wspomnień, przygniatała ich przeszłość. To była cena, którą zapłacili, żeby Lur mogło iść dalej. A teraz Darran umierał...
- Ano może - mruknął. - Ty niczego nie czujesz?
- Ja? - Pellen pokręcił głową. - Nie. Jakąkolwiek magię posiadamy my, Olkowie, mało jej jest w mojej krwi. Wiesz o tym. - Westchnął, a zmarszczki na jego twarzy się pogłębiły. - To Ibby miała dar.
- Nie słyszałeś, żeby ludziska szeptali coś na mieście?
- Nie - odpowiedział Pellen. - Nie wiedziałem, że powinienem nasłuchiwać. Teraz będę, jeżeli to ci potrzebne.
Asher minął wzrokiem Pellena i spojrzał na podwórze stajni, gdzie koń jego przyjaciela rżał z nadzieją w dodatkowym boksie. Całe sprzątanie nawozu, pojenie i okrywanie derkami dobiegło końca. Lada moment chłopcy stajenni wysypią się na podwórze, zmierzając po wieczorną paszę. Konie tłukły o ściany i drzwi boksów jeszcze głośniej niż przedtem. Asher odwrócił się w stronę kubłów, żeby dokończyć rozdzielanie owsa i sieczki.
- Nie jestem pewien, czego potrzebuję. Poza owsianką dla koni. Podaj mi garnek, dobrze? I patyk do mieszania.
W ten sposób burmistrz Dorany pomógł przy oporządzaniu koni i wspólnie zakończyli przygotowywanie wieczornej karmy. Akurat gdy Asher szykował ostatnie porcje parującego jęczmienia i siemienia lnianego z sieczką i owsem, stajenni wpadli do paszarni, krztusząc się z zaskoczenia na widok wielmożnego Pellena Orricka ze śladami końskiej paszy na rękawie.
- Macie tu wszystko - powiedział Asher. - Pasza gotowa, razem z dodatkową porcją dla szkapy Jego Wielmożności. - Zwrócił się do Mizzila, starszego stajennego. - Ty kierujesz stajnią, dopóki mistrz Divit nie wróci do domu, pamiętaj. Niech tylko zobaczę coś nie na swoim miejscu, to sobie pogadamy.
Gdy Mizzil i pozostali stajenni zaklinali się na wszystko, że nie będzie żadnych kłopotów, Asher dostrzegł rozbawiony wzrok Pellena i wyprowadził go na podwórze, gdzie zmierzch w końcu ustąpił miejsca nocy.
- A więc chcesz się zobaczyć z Darranem? - zapytał, gdy chłopcy stajenni wypadli z paszarni z wiadrami owsa i sieczki z gotowaną mieszaniną. - Zanim...
Pellen przytaknął.
- Mogę?
- Kerril powiedziała, że to nie zaszkodzi - odparł Asher i skierował się do wyjścia z podwórza. - Nie może nic poradzić, żeby nas nie opuścił.
- To zajrzę na chwilę - odpowiedział Pellen, idąc za nim. - Ale najpierw powiedz mi, co zamierzasz zrobić z... tą drugą sprawą.
- Cóż, Dath jest za spotkaniem z kilkoma Olkami z Kręgu. Na mój rozum ma rację. Poza nią to najlepsi magowie, jakich mamy.
- Nie - odrzekł Pellen z łagodnym naciskiem. - Ty jesteś naszym największym magiem, Asherze.
To było do niego podobne, tak o tym napomknąć.
- Żaden ze mnie mag, Pellenie. Już nie.
- Wiem, że wolisz tak myśleć - odpowiedział Pellen. - Ale nie będę się z tobą o to spierał. Nie dzisiaj.
Dotarli do drewnianej furtki w murze ogradzającym podwórze stajni, która wychodziła na wijącą się ogrodową ścieżkę wiodącą do wieży. Otworzywszy ją, Asher dał znak ręką Pellenowi, by go minął, po czym zatrzasnął za nimi furtkę. Po krótkiej chwili ukazała się wieża skąpana w blasku magicznego ognia, tak ciepłym i zapraszającym.
Nic nie zdradzało smutku wzbierającego pod jej dachem przykrytym dachówką.
- Nie możesz otwarcie wezwać tu członków Kręgu - powiedział Pellen podczas marszu. Szedł kołyszącym się i niepewnym krokiem, a odgłos żwiru na ścieżce zdradzał brak jednej stopy.
Asher spojrzał na niego z ukosa.
- Dlaczego nie?
- Ponieważ jest bardziej niż prawdopodobne, że zostaną rozpoznani. Jeżeli nie chcesz wywoływać wokół tego zamieszania...
- Co masz na myśli? Już chciałem krzyczeć o naszych problemach z dachu Pałacu Sprawiedliwości.
- Bardzo zabawne - skwitował Pellen. - Ale proszę, przyjacielu, możesz mi odgryźć nos, jeśli to ci poprawi nastrój.
Nastrój mogłoby mu poprawić najwyżej odkrycie, że ten dzień to tylko sen. A skoro na to nie można liczyć...
- Do nich też nie możesz pojechać - dodał Pellen. - Wprawdzie wynika to raczej z życzliwości, ale chociaż obecnie wiedziesz spokojne życie, ludziska nadal żywo się interesują tym, co robisz.
I to była prawda, niech to. Asher wbił ręce w kieszenie.
- No to jak się z nimi spotkać?
- Myślę, że za pomocą odrobiny kuglarskich sztuczek zdołamy sprowadzić tych magów do Dorany bez wzbudzania podejrzeń - oznajmił Pellen po chwili namysłu. - I możemy omówić sytuację u mnie w domu. To znaczy, jeżeli jesteś pewien, że warto podjąć takie ryzyko. Jeśli naprawdę wierzysz... - Westchnął. - Tak bardzo chciałbym, żebyś się mylił.
Zbliżyli się do wieży. Jej podwójne drzwi stały otworem, a magiczny ogień zalewał jej szerokie stopnie i dziedziniec pokryty schludnie zagrabionym niebieskawym i białym żwirem. Asher położył dłoń na ramieniu Pellena i dał mu znak, by się zatrzymał.
- A tobie się zdaje, że ja bym nie chciał? - powiedział, znowu przyciszając głos. - Myślisz, że kiedy tutaj stoję, to się cały nie trzęsę?
Pomimo troski Pellen uśmiechnął się.
- Ty? Trzęsący się? To dopiero byłby widok.
Kiedyś Pellen zaryzykował wszystko - swoje utrzymanie, własne życie - odwrócił się plecami do swej uroczystej przysięgi kapitana straży i ślepo rzucił się na pomoc Asherowi, tylko dlatego że Gar go o to poprosił. Ponieważ był dobrym człowiekiem, który nie mógł znieść myśli o tym, że jego pomyłka sprowadziła cierpienie na kogoś niewinnego. Wyrosła z tego przyjaźń... na swój sposób równie prawdziwa jak ta łącząca Ashera z Garem i Mattem.
Asher zacisnął palce na ramieniu Pellena.
- To nie jest śmieszne, panie burmistrzu. To nie jest... - Pozwolił ręce opaść i przez chwilę tylko oddychał, po prostu oddychał. - Jeżeli świętowaliśmy zbyt wcześnie...
- Sądzisz, że tak było? - spytał Pellen. Opadły mu powieki i mocno ściągnął wargi. - Czy uważasz... że to możliwe... by to był Morg?
- Nie - odparł szybko Asher. - Ja i Gar go unicestwiliśmy. Jest martwy. Ale to nie znaczy, że jego łajdactwa zostały tak samo unicestwione. Pamiętasz, co Tollin zastał za górami? Rozkład i nieszczęście, i nigdzie nic dobrego. W końcu to go zabiło, czyż nie? I pozostałych, którzy z nim wrócili. Trwało to dłużej, ale i tak ich uśmierciło. Na mój rozum Morg pozostawił spuściznę, która zatruła prawie cały świat.
- I nas razem z nim? - powiedział Pellen, nie kryjąc zgrozy. - Asherze... - Odchrząknął. - Czy potrafisz to naprawić? Ty... sam wiesz, co mam na myśli.
Owszem. Wiedział. Tak jak Dathne, Pellenowi także powiedział prawdę o swojej magii pogody. Mógł okłamywać królestwo, lecz nie mógł kłamać przed nimi. Nie po tym, co dla niego poświęcili. Poza tym, tak czy owak, potrzebował ich, by mieli na niego oko, w razie gdyby pewnego dnia coś poszło nie tak z magią, której jako Olk nigdy nie miał dzierżyć.
- Nie wiem, Pellenie - odpowiedział. - Najpierw muszę się dowiedzieć, czy moje domysły są słuszne. A potem, jeżeli mam rację... - Skrzywił się. - Myślę, że przekroczę ten most, gdy się przy nim znajdę.
- My przekroczymy ten most - odrzekł Pellen. - Nie będziesz się z tym mierzył sam, Asherze. Przynajmniej dopóki ja jestem burmistrzem Dorany i członkiem obu Rad, mającym zaprzysiężony obowiązek dbać o bezpieczeństwo miasta i królestwa.
- Dobrze - zgodził się niechętnie. - Ale to nie temat na pogaduszki, Pellenie. Ty, ja i Dath możemy wiedzieć o problemie. Nikt więcej.
- Asherze, mogę się zgodzić niczego nie mówić Radzie Powszechnej, przynajmniej jeszcze nie teraz - przytaknął Pellen, marszcząc brwi. - Jednak Rada Magów ma prawo...
- Nie, do cholery, nie ma. Myślisz, że mogę w tej sprawie ufać Rodynowi Garrickowi? Po tym, jak się na mnie rozeźlił o Ain Freidin? Nie uwierzyłbym mu nawet w odpowiedź na pytanie, która jest godzina!
Pellen wydał potężne westchnienie.
- A co z Barlsmanem Jaffeem i Sarnią Marnagh, i...
- Nie, Pellenie - warknął Asher. - To nie jest bezpieczne. O to, czego nie wiedzą, nie zrobią nam awantury.
- Nie podoba mi się to, Asherze - mruknął Pellen. - Nie jestem przyzwyczajony do tego rodzaju tajemnic.
- No to, do cholery, przyzwyczaj się, Pellenie. Nie mogę się z tym uporać, jeśli Rada Magów będzie mi siedzieć na karku!
- Ta... ta zmiana, którą wyczuwasz - odezwał się po chwili Pellen. - Jak myślisz, kto jeszcze jest w stanie ją poczuć?
"Rafel". Ale tego Asher nie mógł powiedzieć Pellenowi. Z trudem sam o tym myślał. On i Dath uczynili co w ich mocy, żeby ochronić swego syna przed magią, która w nim tkwiła... ale czy to wystarczyło? Czy ledwie dziesięcioletni Rafel, wciąż mały szprot, już wyrastał z tej ochrony?
"Nie. Nie. Oby tak nie było".
- Nie wiem - odparł. - Ale jeśli się pogorszy, dużo więcej ludzi to wyczuje.
- Jeżeli do tego dojdzie, będziesz mógł zapomnieć o utrzymaniu tajemnicy - stwierdził Pellen i przetarł sobie twarz dłonią. - Przed Radą Magów albo przed całym królestwem. Ile mamy czasu, zanim wszyscy się o tym dowiedzą?
- Tego też nie wiem.
- Czy jest coś, co wiesz?
Gryząc się w język, Asher odwrócił głowę. Utarczka z Pellenem tylko dlatego, że obaj byli wystraszeni i przygnębieni, najpewniej w niczym by nie pomogła.
- Wiem, że potrzebuję cię u swojego boku, Pellenie. Potrzebuję twojej wiary w to, że potrafię znaleźć sposób, by nas wydostać z tarapatów.
- Nie bądź głupcem! - odparł dotknięty Pellen. - Cokolwiek złego się stało, ja wiem, że to naprawisz.
W szczerej odpowiedzi przyjaciela nie było żadnej wątpliwości. Jednak raptem zamiast pomóc, wiara Pellena okazała się przeraźliwym brzemieniem.
"A co, jeżeli on się myli? Co, jeśli nie dam rady? Minęło dziesięć lat, a ja od czasu Morga prawie wcale nie sięgałem po swoją magię. Co, jeżeli nie potrafię zrobić tego, co potrzeba? Co, jeśli nie znam właściwych słów?"
Pellen chwycił go za ramię.
- Asherze, nie martw się. Kiedy nadejdzie pora... jeżeli nadejdzie... będziesz wiedział, co robić. I jakiejkolwiek pomocy do tego potrzebujesz, wystarczy, że o nią poprosisz. Ja nie odwrócę się plecami.
- Dobrze - odpowiedział Asher i usłyszał własny ochrypły głos. - To dobrze, Pellenie.
A ponieważ nie zostało już nic więcej do powiedzenia, znów zaczął iść w kierunku wieży. Pellen poszedł z nim. Wspięli się po stopniach z piaskowca i wkroczyli do środka, po czym weszli po spiralnych schodach do cichej, słodko pachnącej komnaty Darrana. Była tam zielarka Kerril, pochylająca się nad starym człowiekiem. A także Dathne w nogach łóżka.
- Prędko gaśnie - szepnęła, witając ich w otwartych drzwiach. Potem zdobyła się na drżący uśmiech dla Pellena. - Przykro mi. Wyczerpał siły dla dzieci.
Asher zmarszczył brwi.
- Pozwoliłaś Rafe'owi i Deenie...
- Tak - odpowiedziała; jej głos przybrał ostrzejszy ton. - To moja decyzja, Asherze. Ty byłeś zbyt zajęty użalaniem się nad sobą.
Nie chciał kłótni. A Rafe mówił wcześniej, że chce się pożegnać. Ale Deenie?
- Ja pozwoliłem Charis pożegnać się z matką - odezwał się Pellen przyciszonym głosem. - Sprawiło jej to ból, lecz to był słuszny wybór. Twoja Deenie to spokojne dziecko, Asherze, ale jest odporna. Myślę, że gdyby nie mogła się pożegnać, byłoby jej trudniej.
Pellen dobrze znał Deenie. Ona i jego Charis były dobrymi przyjaciółkami i trzymały się razem. Między nierozłącznymi dziewczętami był zaledwie rok różnicy wieku - Deenie była młodsza.
Asher popatrzył na Dathne, której oczy były mokre od łez. Na jego sercu, którego tak strzegł, pojawiła się drobna rysa na widok jej cierpienia.
- Nie złoszczę się na ciebie, Dath. Ty jesteś ich mamą, wiesz, co dla nich najlepsze.
- Czy mogę spędzić z nim chwilę? - spytał Pellen. - Nie zostanę długo.
- Oczywiście - odpowiedziała Dathne i pogładziła dłonią rękę Pellena. - Miło z twojej strony, że przyszedłeś.
Gdy Pellen podszedł do łóżka, by się pożegnać, Dathne wytarła mokry policzek wierzchem dłoni.
- Kochany staruszek opowiedział dzieciom jedną ze swoich historii. O burzy w Westwailing. Powiedział, że byłeś najdzielniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznał. Och, Asherze...
Każde słowo było niczym cios młotem, jeszcze bardziej poszerzający wyrwę w jego sercu. "Ten stary głupiec, ten stary strach na wróble, ten okropny staruch". Asher nie był w stanie mówić.
Pellen ponownie do nich dołączył.
- Zostawię was - powiedział głosem chrapliwym od smutku. - Przyślijcie wiadomość, kiedy... przyślijcie wiadomość. We trójkę dopilnujemy, żeby należycie go potraktowano. Lur ma u niego dług, którego nigdy nie pozwolił nam spłacić.
Stanąwszy na palcach, Dathne pocałowała go w policzek.
- Dziękuję, Pellenie.
Asher skinął głową.
- Tak. Dzięki.
Zielarka Kerril puściła nadgarstek Darrana, wyprostowała się i odwróciła.
- Przykro mi - powiedziała, nie zważając na to, że Pellen już wyszedł. - Wątpliwe, by się ponownie obudził.
Gdy zielarka zbierała swoje drobiazgi, Asher rozłożył ramiona. Dathne wpadła w jego objęcia; szloch dławił jej gardło.
- Powinieneś z nim posiedzieć - odezwała się w końcu. - Ja pójdę do dzieci. Któreś z nas musi być przy nich.
- Masz rację - odpowiedział i pocałował ją w czoło.
Dathne odsunęła się.
- Powiedział dzieciom, że cię kocha. Pogódź się z nim, póki jeszcze możesz.
Po tych słowach ona i Kerril wyszły, a Asher został sam w słodko pachnącej komnacie z umierającym starcem. Złapał krzesło stojące obok łóżka, z hałasem przysunął je bliżej i usiadł.
- Dlaczego doprowadziłeś mnie do tego, że na ciebie wrzeszczałem, stary gawronie? - wyszeptał, sięgając po zimną jak lód dłoń Darrana. - Czy nie mam już w życiu dosyć rzeczy, których żałuję? A przez ciebie krzyczę na umierającego starego głupca.
Ślady porażenia na twarzy Darrana złagodniały. Wyglądał spokojnie; oddech miał tak powolny, tak płytki, że trudno było stwierdzić, czy w ogóle oddycha.
- Chcesz, żebym to powiedział, co nie? - dopytywał się Asher. - Chcesz, żebym to powiedział, żebyś mógł mi cisnąć to z powrotem w twarz. - Przesunął jedwabnym rękawem po piekących oczach. - Dobrze, w porządku, ty upierdliwy ramolu. Kocham cię. Zadowolony? Śmiejesz się po raz ostatni? No dalej, ty wścibski draniu. Niech usłyszę twój śmiech. Niech go usłyszę. No, dalej.
Cisza pogłębiała się, tłumiąc wszystko niczym śnieg.
- Ano cóż, to by było w porządku - ciągnął Asher. - Musisz mieć ostatnie słowo, co nie? Musisz mnie rozstawiać po kątach. - Zacisnął palce. - Kiedy Gar umarł, nie nienawidziłem go. Słyszysz mnie, Darranie? Słuchasz? Gdy go zobaczysz, powiedz mu to. Powiedz mu to ode mnie.
Jeszcze głębsze milczenie. Wstrzymany oddech... oczekiwanie... i wtem, niczym na znak błogosławieństwa, poruszyły się zimne palce w jego dłoni.
Lecz podczas gdy on szlochał, Darran wymknął się po cichu.