Dzieci Roślin. Lily and the Moon. Tom 1 - Evanna Shamrock

Kup ebooka

34.33 zł
28.49 zł (29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I hope

In some way they may understand

Green grass and blue skies

A sunset tapestry of mother nature

Bestowed with fragments from the heart of man

Without a language only emotion translates

Say hello to the dreamers of planet earth

Imparting all that we know

In hopes it will show

Everything we're made of

We implore you to measure our planet's worth

A chance to look at ourselves

If life somewhere else isn't just a fable

This is who we really are

Manifested as

A work of art

Our translation of what

It means to be alive

So do you feel as we have?

Will you hear the story

Of us?

Anup Sastry, Story of Us

PrologZ rośliny powstałeś, w roślinę się obrócisz

Fanatycy religijni i zwolennicy dekadenckich teorii o rychłej zagładzie cywilizacji głosili te idee od wieków. Spragnieni dramatyzmu ludzie sięgali po dzieła o końcu świata, szukając w nich rozrywki. Motyw ten towarzyszył ludzkości od zawsze. Z początku był opowieścią o nieuchronnej przyszłości, która czeka wszystkich - zarówno śmiertelników, jak i bogów. Stał się doktryną, nurtem filozoficznym, aż w końcu przyjął formę interesującego, wiecznie żywego w kulturze, a jednak wciąż abstrakcyjnego zjawiska, któremu nikt nie poświęcał uwagi dłużej, niż dwie godziny niezbędne do obejrzenia filmu z gatunku science fiction.

Nic dziwnego, że gdy apokalipsa rzeczywiście nadeszła, nikt nie był na nią gotowy. Co więcej, koniec okazał się nie mieć nic wspólnego z umierającą pomału planetą, atakiem obcej cywilizacji na Bogu ducha winną ludzkość czy klęską żywiołową, po której nie byłoby już czego ratować.

Zagłada nadeszła z najmniej oczekiwanej strony - ze strony roślin.

Niektórzy upierali się, że ludzie sami ściągnęli na siebie ten los. Prześcigano się w tworzeniu teorii. Jedne mówiły, że gniew natury to ostateczny znak, że człowiek zatracił się w grzechu i pysze. Drugie, że to nieuchronna konsekwencja fiksacji na punkcie broni nuklearnej. Jeszcze inne, że to wszystko jest efektem bawienia się w Boga i przekraczania granic, że w końcu spotkała nas karma.

Bunt roślin, odwet Matki Ziemi, choroba kwiatów... Różnie to nazywano, ale koniec końców uniwersalnym określeniem stało się miano Zielonej Zarazy. Zielona, bo pochodząca od drzew, krzewów i traw. Zaraza, bo rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, zajmując coraz to nowe i nowe tereny.

Proces ten nie zaczął się niewinnie. Jego początek był wyjątkowo gwałtowny i przyspieszał z każdą kolejną godziną. W momencie, kiedy to się stało, było już za późno na jakiekolwiek działania.

W XXI wieku, około roku 2050, w jednym z większych ośrodków badawczych na terenie ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec doszło do katastrofalnego wybuchu. Co było katalizatorem - nie wiadomo. Jego konsekwencje miały jednak na zawsze odmienić oblicze Ziemi i los wszystkich jej mieszkańców.

Ci, którzy byli tego świadkami, mówili potem, że rośliny zyskały wolną wolę. Drzewa zaczęły poruszać gałęziami jak rękoma. Pnącza pełzły po chodnikach i budynkach, unieruchamiając tych, którzy mieli nieszczęście stanąć im na drodze. Liście i trawa porastały każdą powierzchnię, jaką tylko były w stanie zająć, a wszelakie kwiaty rozkwitały szaleńczo, jakby jutro miało nigdy nie nadejść.

Zdawało się, że chcą pochłonąć wszystko i wszystkich.

Ludzkość nie pozostawiła tego bez odpowiedzi. Część z nich ruszyła do boju. Uzbrojeni w najlepsze zdobycze technologiczne, gotowi walczyć za pomocą ognia, chemikaliów oraz maszyn, wyszli roślinom naprzeciw. Głęboko wierzyli w to, że uświadomią naturze, kto naprawdę dzierży władzę nad Ziemią.

Żaden z nich nie powrócił.

Niektórych spotkała okropna śmierć. Zginęli rozerwani na strzępy przez potężne korzenie, zgnieceni przez grube łodygi, pokłuci ostrymi kolcami, uduszeni otępiającym zapachem kwiatów. Byli też tacy, których uśmierciły rozszalałe zwierzęta. Każde z nich zwróciło się przeciwko ludziom, stając w obronie braci i sióstr posiadających liście. Później zaobserwowano, że niektóre zwierzęta stały się miniaturowymi, chodzącymi ekosystemami, bowiem ich ciała porosły zielenią, mchem oraz kwiatami.

Innych ludzkich śmiałków spotkał jeszcze gorszy koniec. Widok tych nieszczęśników przypominał kadry z filmów grozy. Kimkolwiek się stali, bez najmniejszych wątpliwości nie byli już ludźmi - zostali w całości przejęci przez florę, która dostała się nie tylko na ich ciała, ale też do ich organizmów. Oderwane kończyny, zastąpione przez kolorowe łodygi, głowy zarosłe świeżym mchem, kilka osób połączonych w jedno za sprawą gałęzi i korzeni... Po niedługim czasie było jasne - mimo że ci biedacy nadal żyli, nie byli już sobą. Stali się jednością z naturą - czy tego chcieli, czy nie.

Nastała masowa panika. Zarządzano spontaniczne ewakuacje, opuszczano domostwa i całe miasta, zamykano granice państw. Wstrzymano wszelaki transport do i z Europy. Pierwotnie sądzono, że powstanie roślin to najgorsze, co mogło się wydarzyć.

Wkrótce okazało się jednak, że wszyscy się mylili.

Pojawili się pierwsi mutanci. Z początku nie mieli żadnej oficjalnej nazwy. Wołano na nich "potwory", "Zieloni", "chwasty". Wyglądali jak ludzie, ale nimi nie byli. Skóra niektórych przypominała korę, inni mieli liście i kwiaty rosnące między włosami. Promieniowanie powstałe w wyniku wybuchu wpłynęło na ich geny i uczyniło z nich rośliny o ludzkich kształtach.

Umieli komunikować się z naturą.

Najpierw uważano ich za nosicieli Zarazy. Obwiniano o całe zło. Ludzie niedotknięci Zielonym Genem, nieposiadający Zielonych Dłoni - jak zaczęto to nazywać - nie chcieli mieć z "napromieniowanymi" nic wspólnego. Naukowcy szacowali, że żaden ze skażonych osobników nie przeżyje choćby roku. Odcinano się od nich, zmuszając do ucieczki, poszukiwania schronienia lub nielegalnych sposobów, by przedostać się na inny kontynent.

Musiały minąć niemal dwie dekady, by zrozumiano, że mutanci to klucz do okiełznania chaosu. Pierwsze kroki okazały się niełatwe. Syndyro[1] - takie bowiem miano przyjął najnowszy ziemski gatunek - mieli w pamięci to, jak potraktowali ich ludzie i nie kwapili się do pomocy. W rezultacie jednak takie rozwiązanie stało się ostatnią rozsądną alternatywą: sytuacja na całym świecie wymagała czyjejś interwencji. Choć rośliny po pierwszym ataku wściekłości uspokoiły się na tyle, by nie stanowić zagrożenia dla ludzi, w dalszym ciągu zajmowały tereny dawnych miast. Nie miały zamiaru ułatwiać egzystencji stworzeniom, które wcześniej wykorzystywały je na każdym kroku. Syndyro musieli stać się mediatorami, pośrednikami pomiędzy naturą a ludzkością - jeśli nie po to, by przywrócić dawny ład, to po to, by zbudować lepszy.

Syndyro okazali się być tak różni, jak różne były rośliny. Potrafili być nieugięci jak róże, mocni niczym dęby albo delikatni na podobieństwo płatków wiśni. Nie zmuszali flory do niczego - rozmawiali z nią tak, jak dzieci zwracają się do swych rodzin. Ich zadanie było jedno i jasne: nakłonić zdziczałą przyrodę do współpracy. Dać ludzkości ostatnią szansę.

Podzielono ich na kilka Generacji, zależnych od stopnia złączenia z daną rośliną.

Przedstawicielami Pierwszej Generacji byli osobnicy całkowicie owładnięci przez rośliny, którzy zrośli się z nimi po wybuchu i zostali roślinami za życia, tracąc wolną wolę i poczucie własnego "Ja" jako istoty ludzkie. Nie przypominali już ludzi prawie wcale. Tym, co odróżniało ich od stuprocentowych roślin była możliwość komunikowania się z członkami następnych generacji telepatycznie. To Pierwsza Generacja rozsiała się po świecie, doprowadzając do dalszego krzyżowania się człowieka z rośliną.

W Drugiej Generacji umieszczono tych, których najsilniejsi przodkowie zdołali przeżyć Zieloną Zarazę bez mutacji w roślinę, przez co ich DNA zmutowało tylko częściowo. Tacy Syndyro posiadali wolną wolę i wyglądali niemal jak zwyczajni ludzie, aczkolwiek przejęli fenotyp od roślin - kolory oczu, włosów, wybór klimatu. Potrafili porozumieć się z Pierwszą Generacją i kontrolować ją z zewnątrz z pomocą Zielonych Dłoni - tak nazwano posiadany przez nich dar komunikacji z florą. Większość Syndyro pochodziło z Drugiej Generacji, co oznaczało, że potrafili kontrolować rośliny z zewnątrz, przez co zachęcali swoje gatunki do współpracy.

Syndyro Trzeciej Generacji również byli jak ludzie, jednak częściej przybierali wygląd roślin. Mieli zmieniające kolor i rosnące w rozmaity sposób włosy przypominające liście czy kwiaty, nawet fragmenty ich ciał były powiązane z florą. Byli też bardziej zależni od zmian klimatycznych, a także odpowiedzialni za kontrolę roślin z wewnątrz. Na pierwszy rzut oka ich dary nie przypominały umiejętności związanych z kontrolowaniem kwiatów, ale przejawiały właściwości przypisane swojej roślinie.

Syndyro Czwartej Generacji potrafili kontrolować rośliny spoza swojego gatunku, jednak nie poświęcono im zbyt wiele zapisków w historii ze względu na ich niewielką ilość lub wysoką śmiertelność.

W miarę upływu czasu przekonano się, że to, co wcześniej widziano jako zagładę, było w rzeczywistości nowym początkiem - początkiem świata, w jakim ludzie musieli ponownie odkryć, co oznaczał szacunek do natury.

Szybko wyszło na jaw, że rośliny nie były mściwymi, łaknącymi krwi stworzeniami. Służyły pomocą, gdy mogły same decydować o własnym losie, zamiast być zdane na łaskę i niełaskę człowieka.

Wbrew pierwszym ponurym prognozom, nauka i technologia także ruszyły do przodu. Świat naukowy opracował świeże systemy, zaplanował udogodnienia oraz aktywnie poszukiwał sposobów, by w tym nowym, dziwnym świecie dało się żyć.

Choć Europa była miejscem, które w pierwszej chwili spisano na straty, to właśnie tam - ku zaskoczeniu niektórych - prężnie rozwinęła się pionierska cywilizacja. Reszta świata została w większości pozostawiona naturze, choć w późniejszych latach nie brakowało tych, którzy szukali szczęścia oraz wrażeń na innych kontynentach. Jednak to właśnie Europa stała się kolebką progresywnej kultury, symbolem odrodzenia, a także głównym ośrodkiem nauki.

Zatarły się granice między krajami - zamiast kolejnych państw, rozpoczęto budowę ekologicznych metropolii, które miały współgrać z dominującymi teraz nad planetą roślinami. Niemal w pełni zaprzestano używania papieru, coraz częściej zwracając się ku technologii. Zaczęto na masową skalę korzystać z energii odnawialnej, głównymi środkami transportu stały się metra, pociągi, rowery i ekobusy, konstruowane tak, by nie zanieczyszczały środowiska. Tworzyły się nowe miasta, a wraz z nimi rozrastała się flora, pokrywając wszystko zachwycającymi odcieniami zieleni i całym wachlarzem barw w miejscach, gdzie pyszniły się kwiaty.

Syndyro stali się szanowanymi członkami społeczeństwa - z ambasadorów Matki Natury przeobrazili się w zwykłych obywateli, bez których funkcjonowanie w rządzącym przez rośliny świecie byłoby znacznie utrudnione.

W żyłach następnych pokoleń płynęło znacznie więcej krwi Syndyro, niż u zarania Zielonej Zarazy. Mieszańcy stali się nie tylko obrońcami, ale i przyjaciółmi ludzi. Nowa, zielona Ziemia i całe jej odrodzone społeczeństwo rosły w siłę.

Prędko jednak pojawił się kolejny problem. Nie każdy Syndyron związany był z niegroźną lub wręcz dobroczynną dla zdrowia rośliną. Geny niektórych Syndyro sięgały trujących, nierzadko śmiertelnych gatunków. Nie wszyscy pochwalali pomysł charytatywnej pracy na rzecz ludzkości, a nawet ogółu narodów. Inni wskazywali niedoskonałości nowego systemu sprawiedliwości, a także rodzącego się uprzedzenia względem osób mających kontakt z trującą florą.

Trudno wskazać konkretny dzień, w którym uformowała się pierwsza grupa odłamu nazwanego później Trucicielami. Nie minęło wiele czasu, gdy do życia powołano przeciwstawną im frakcję, okrzykniętą mianem Ogrodników. Wkrótce obie strony zmieniły się w zwalczające się nawzajem obozy.

Na przełomie XXII i XXIII wieku, w sercu Europy, a dokładniej - u zbiegu dawnych ziem niemieckich, czeskich i polskich - triumfalnie wzniosły się mury metropolii Jorden - miasta będącego symbolem postępu oraz, dla wielu, synonimem wielkich ambicji. Właśnie w tym miejscu wszystko miało swój początek - i, być może, właśnie w tym miejscu wszystko znajdzie też swój koniec.

Redaktor Agnieszka Wiatrowska

Korektor Julia Łysakowska

Ilustrator Evanna Shamrock

Projektant okładki Evanna Shamrock

? Evanna Shamrock, 2022

? Evanna Shamrock, ilustracje, 2022

? Evanna Shamrock, projekt okładki, 2022

XXIII wiek. W Europie Centralnej prężnie rozwija się metropolia Jorden, w której żyją Syndyro, osobnicy mający w sobie gen zarówno ludzki, jak i roślinny. Wśród nich dorasta Lilian Fehér. Marzeniem chłopca jest zostać Ogrodnikiem i chronić miasto przed złoczyńcami, Trucicielami. Nie posiadając daru Zielonych Dłoni, Lilian trenuje z ojcem, pracownikiem laboratorium o nazwie BioLab. Wydarzenia, do których pewnej nocy dochodzi w placówce, zmieniają życie chłopca na zawsze...

ISBN 978-83-8273-441-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero