Dzieci Rewolucji. Tom III trylogii Wielki układ (#3) - Hubert Hunter Gruszczyński


Reflow text when sidebars are open.
Urodził się i wychował w rodzinie leśników, a więc cerberyjski bór świerkowo-sosnowy nie powinien mieć dla niego żadnych tajemnic. Jak podpowiadała logika, powinien sobie w tej leśnej głuszy radzić stosunkowo dobrze. Jednak wojna, pomimo iż na pozór odległa, również tu odciskała swe złowrogie piętno. Od kilku już dni wnyki były puste, a zwierzyna za nic nie chciała iść na strzał. Nawet w miejscach i obszarach, gdzie zazwyczaj w latach ubiegłych łatwo było o zakończenie łowów sukcesem. Jego młoda małżonka i dwójka małych dzieci oraz stary ojciec czekali w domu o kilka mil stąd, a on wiedział, że jeśli wróci z pustymi rękoma, to jemu i jego bliskim głód zajrzy w oczy szybciej niż później. Zima miała się co prawda ku końcowi, ale trwała już dostatecznie długo, aby wyczerpać zapasy poczynione jesienią.
Bardzo cenił sobie niezależność i teraz za to pokutował. Myśliwi, leśnicy i traperzy zrzeszeni w państwowej spółdzielni przetrzebiali populację zwierzyny tych północnych mateczników wydzierając borom ich skarby mające zasilić machinę wojenną Imperium. Efekt był taki, że nieliczni pozostali w okolicy niezrzeszeni przymierali głodem.
W normalnych warunkach rozbiłby na noc obóz, by nieco ogrzać się przy ogniu. Ale warunki były zaiste dalekie od normalnych. Od trapera przed dwoma dniami usłyszał, iż wieś odwiedziła grupa uzbrojonych ludzi wypytujących o domek myśliwski, który przed laty należał do pewnego urzędnika. Dobrze wiedział o który dom chodziło, gdyż jeszcze zanim nowy właściciel go przejął i odremontował, często on sam z niego korzystał, gdy musiał zanocować w czasie polowania w tej okolicy. Nie chciał rozpalać ognia albowiem mogło to ściągnąć na niego uwagę owych zbrojnych. A że był już w sumie dość blisko, ciekawość brała górę nad zdrowym rozsądkiem i teraz skradał się w zaspach śniegu przy świetle gwiazd w kierunku polanki, na której stał budynek. Słyszał głosy dwóch mężczyzn i jednej kobiety przed budynkiem. Były to głosy pełne emocji i ekscytacji.
Nagle poczuł na spowijającym szyję szalu ucisk czegoś twardego i metalowego. Ewidentnie noża. Równocześnie poczuł, jak usta zakrywa mu czyjaś dłoń. Wąska i na swój sposób delikatna w skórzanej rękawiczce. Nie był w stanie stwierdzić jakim cudem tej kobiecie udało się go podejść, ale jedno czego był pewny to tego, że nie zależało jej na jego śmierci. W przeciwnym razie już by nie żył. Nóż niemal bez oporów przeszedł przez zwitki wełnianego szala zrobionego na drutach przez jego żonkę. Oznaczało to, iż puginał jest ostrzejszy od brzytwy, którą sam zwykł się golić. Ostrze zatrzymało się na szyi niemal nie czyniąc szkody. Pojednawczo pokazał puste, rozwarte dłonie rozsuwając szeroko ręce. Napastniczka przesunęła się tak, by mógł ją widzieć i położyła palec na usta. Internacjonalny i ogólnoświatowy gest nakazu milczenia. Kiwnął głową na znak, iż rozumie.
Kobieta była młoda. Spod warstw tkanin wyzierały bystre zielone oczy. Narożnik jednego z nich przyozdobiony był misternym tatuażem, na który spadały kosmki włosów w kolorze niby czarnym, ale w świetle księżyca jakby jednak czerwonym. Zupełnie jak świeża krew utoczona przy szlachtowaniu byka. Dziewczyna wychyliła się nieco aby lepiej widzieć polanę. Dopiero teraz dostrzegł, iż nie licząc noża, nie miała przy sobie bagażu. Przy pasie wisiała jej pusta skórzana kabura, zapewne od długolufowego wojskowego rewolweru. Samej broni jednak nie miała. Ważyła w dłoni nóż i poprawiła uścisk jakby szykując się do natarcia na tamtych ludzi pod wejściem do budynku.
Nie wiedział dlaczego, ale podał jej swą własną strzelbę, dwururkę ściskaną w zgrabiałych z nerwów i zmarzniętych dłoniach. Spojrzała najpierw niepewnie, a następnie wzięła broń dziękując skinieniem głowy. Gdy na niego spojrzała, poczuł się bardzo źle, że w tym czasie krwi i pożogi dziewczyny takie jak ona muszą sięgać po broń. Jednak nie miał czasu się nad tym dłużej rozwodzić, gdyż zaczął się jakiś ruch w drzwiach leśniczówki. Do trojga już stojących tam ludzi dołączyło jeszcze dwóch mężczyzn, którzy nadeszli od strony prowadzącej do wsi drogi. Rozmawiali o czymś gorączkowo, po czym kobieta wydała rozkaz i trzech z nich dobywszy broń weszło do środka. Pozostały z kobietą drab wyjął tytoń i skręciwszy papierosa podał go kobiecie. Gdy wyjął zapałkę, by odpalić skręta, nagle...
***
Zgodnie z rozkazami szefowej weszli do środka, by jeszcze raz, tym razem dokładnie, zrewidować budynek w poszukiwaniu śladów mogących dać im jakikolwiek trop, który daliby radę podjąć. Byli w drodze od kilku miesięcy i co prawda szukali sumiennie śladów, ale bogów w duszy prosili co by niczego nie znaleźć. Wtedy może przy odrobinie szczęścia zluzują ich i nakażą powrót do domu, za którym zaczynali już tęsknić.
Budynek pobieżnie przejrzeli, gdy jakąś godzinę temu po trwających pół dnia podchodach udało im się do niego w końcu dostać. Na ślad zdrajców natrafili w sumie przypadkiem śledząc matrycę mentalną tej całej Lothar. Co prawda od kilku już lat, może ze trzech, była w niełasce, po tym jak zawaliła jakąś obławę. Jednak dopiero z rok temu dorobiła się nakazu aresztowania, po tym jak skumała się z agentem Kruków i zaczęli razem rozrabiać. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie to, że uaktywniła się z magią detekcyjno-poszukiwawczą, to w życiu by jej nie znaleźli. Kobieta była nieuchwytna jak duch. W końcu należała niegdyś do grona najlepszych agentów Królestwa. Sam był kiedyś na jednym czy dwóch szkoleniach, które prowadziła i tym bardziej dziwił się, że popełniła taki szkolny błąd. Ale jak przeciwnik popełnia błędy, to nie należy mu w tym przeszkadzać, a jedynie czerpać pełnymi garściami. Co też sumiennie czynili.
Jego koledzy właśnie rysowali te swoje hokusy-pokusy, a on odwalał robotę śledczą w nieco bardziej klasycznym stylu. Gdy przeglądał zalegające na jednym z regałów papierzyska, jego uwagę przykuło małe, bogato zdobione pudełeczko. Wyglądało na drewniane, ale wszelkie okucia, zawiasiki i zameczek były ewidentnie ze złota. W swojej własnej głowie stoczył straszliwy bój między profesjonalizmem a pragmatyzmem. Gdy zwycięzca został wyłoniony, delikatnie chwycił pudełko upewniając się, że nie odchodzą od niego żadne sznurki czy przewody. Zaniepokoiło go, iż jest nieco cięższe niż zakładałby jego rozmiar, ale niepokój uleciał, gdy okazało się, po delikatnym uchyleniu pokrywki, co ono skrywa.
W środku widać było mały kluczyk leżący luzem koło dwóch przytwierdzonych do podstawek baletnic w wyszukanych figurach. Pudełeczko okazało się być pozytywką, a więc jego masa wynikała ze skrywanego mechanizmu. Dokładnie jeszcze raz obejrzał znalezisko i uśmiechnął się odnalazłszy to czego szukał, czyli dziurkę, do której pasował kluczyk. Jego żona uwielbiała takie puzderka, a on lubił ją uszczęśliwiać. Gdy wróci po długiej nieobecności, to lepiej żeby coś dla niej miał. Nakręcił mechanizm i zwolnił blokadę. Momentalnie ze zgrzytem zębatek wydobyła się z trzewi pozytywki dźwięczna melodia... Marsza pogrzebowego... Co za chory porąbaniec daje taką melodię do pozytywki... Zdegustowany chciał już zamknąć grającą skrzyneczkę, aż tu nagle...
***
Vaux powoli zaczynała wątpić czy ich podstęp się powiódł, aż tu nagle majestat mroków nocy rozjaśnił najpierw głuchy błysk w oknach budynku, a zaraz za nim grom fali uderzeniowej, któremu towarzyszyło staccato wylatujących razem z futrynami szyb i krat okiennych zasypując stojącą przed drzwiami parę gradem odłamków. Siła wybuchu była na tyle duża, by cisnąć nimi przez podwórzec niczym znudzone zabawą dziecko laleczkami z gałganków. Vaux spojrzała na leżącego obok leśniczego, którego przydybała na podchodach. Mężczyzna ewidentnie przerażony przywarł do ziemi wtulając się w śnieg. Odczekała aż płomienie nieco opadną, po czym wstała i jakby nigdy nic otrzepawszy się ze śniegu z dwulufową strzelbą leśnika, ruszyła w stronę oświetlonego łuną pożaru podwórca i wijących się na nim agentów.
W swym czarnym, długim płaszczu z kapturem musiała na tle pożaru wyglądać zaprawdę złowieszczo. Czy może nawet demonicznie, bo leżący w barwiącej śnieżną zaspę na karminowo kałuży krwi mężczyzna miast chwycić za przypasaną broń, zaczął wykonywać w jej stronę egzorcyzmujące gesty dłonią. Jeszcze delikatnie tliło się w nim życie, ale było go już naprawdę niewiele. Kobieta miała nieco więcej szczęścia, ale nie dużo więcej. Żyła. Jednak sposób w jaki się ruszała i płynący z uszu żółtawy płyn wymieszany z czerwienią krwi, dawały jasną diagnozę urazu czaszki i kręgosłupa. Przeżyłaby może, gdyby szybko trafiła do szpitala. Najbliższy jednak był o kilka dni drogi od nich, co dla niej wiązało się jasno z wyrokiem śmierci. Lothar miała właśnie dylemat czy ranną dobić, czy może przenieść jej duszę do tefilinu, gdy przez drzwi płonącego budynku wytoczył się jeden z drabów, których kwestię w momencie wybuchu uznała za załatwioną. Nie czekając na jego reakcję salwą z obu luf wrzuciła go z powrotem do środka. Poprzysięgła sobie solennie dopytać leśnika jakich to zwierząt spodziewał się w okolicy, skoro nabił swą przenośną armatę dwiema brenekami o zwiększonym ładunku miotającym. Z rozważań łowieckich wyrwał ją głos przyjaciela zbliżającego się od strony ściany lasu.
- Patrz, - powiedział radośnie podpierając się pod boki - a mówiłaś, że nie zainteresują się moją pozytywką.
- No cóż, - odparła udając skruchę - muszę przyznać, że miałeś rację Michaelu.
- Bogowie! - Michael Stern uniósł głowę ku rozgwieżdżonemu firmamentowi. - Od lat nikt mnie nie nazwał po imieniu. A co to za jedni?
- Tamtego nie kojarzę - odparła wskazując na drzwi od budynku. - Ten tu to Luis Kart, całkiem zdolny i dobrze zapowiadający się Pisarz.
- A ta półżywa młoda dama?
- To Magda Zielewska, oficer wywiadu komórki pościgowej. Nie daj się zwieść temu słodkiemu obliczu. Szybko zapracowała sobie na pseudonim Pirania, ponieważ jak już zwęszyła krew, to zawsze dorwała ofiarę i zamęczyła na śmierć. Nawet współpracownicy się jej bali.
- Chyba boją - odparł zaczepnie Stern wskazując na wijącą się, niby ryba wyjęta z wody, Piranię. - Dziewczę wciąż żyje i jeśli w mroku mnie wzrok nie myli, to właśnie próbuje uporać się z zatrzaskiem kabury.
Nim Vaux zdążyła cokolwiek powiedzieć, rozległ się strzał z rewolweru, który oddał zbliżający się do nich wolnym krokiem Hunt. Prowadził za uzdy dwa konie zaprzężone w dwukołowy wóz z małą przestrzenią ładunkową w tylnej części zaraz za dwuosobowym kozłem. Stern wzruszył ramionami i oddał Vaux jej własny długolufowy rewolwer. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków począł bezceremonialnie przeczesywać kieszenie zabitych.
Myśliwy, który w końcu wyszedł ze swojej kryjówki o mało co, a również nie zarobiłby kulki od Gustawa Hunta. Vaux grzecznie dziękując oddała mu broń i zadała swoje pytanie.
Usłyszała odpowiedź:
- Spodziewałem się, Pani, najgroźniejszego z drapieżców tutejszych borów. Człowieka.
Leśnik szybko i sumiennie przyrzekł nikomu nie wspominać o tym, co widział. Nawet pomógł grzebać zabitych. Jako człowiek z natury praktyczny wrzucał do swego worka wszystko, co przy zwłokach pozostawili Stern z Huntem, a co przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość czy to finansową, jak obrączka jednego z denatów, czy też praktyczną jak ciepły, zimowy, podszyty futrem płaszcz Piranii. Na obiekcje ze strony Vaux w tej materii odparł, że krew się spiera, a on będzie miał prezent dla małżonki.
Szybko do znajdujących się na wozie skromnych zapasów Hunta i Lothar dołączyła jeszcze zawartość juków grupy pościgowej Piranii i ucieczkowy plecak Sterna. Do burty dowiązali również jednego luzaka, a pieczę nad pozostałą czwórką koni powierzyli Leśnikowi. Ten ucieszył się nad wyraz zachęcając ich by poczekali, aż on poporcjuje mięso. Nie chcieli zwlekać wzywani przez szlak.
***
Mroźny jeszcze, ale już słoneczny świt powitał ich słońcem świecącym w plecy od strony, z której jeszcze biła w niebo wątła smuga dymu pożaru niedawnej rezydencji Sterna. Lekkie bujanie wozu wprawiało Michaela w senność. Fakt, że siedział na pace dwukółki wtulony między pakunki i otulony kocem nie poprawiał sytuacji. Jednak zasnąć nie mógł, gdyż słoneczko nie pozwalało. Hunt powoził dyskutując o jakichś błahostkach z siedzącą obok niego na koźle Vaux. Michael widział, że zżyli się przez ostatnie lata. Z jednej strony nie miał ani do niej, ani do niego pretensji, ale mimo wszystko było mu nieco przykro.
Ostatnie trzy lata upłynęły mu głównie na uciekaniu. Czuł się jak zaszczuty pies i musiał się nieustannie oglądać za siebie. Teraz jakby coś mu spadło z serca i o ile powinien poczuć ulgę, o tyle czuł jedynie pustkę. Zdziwił się, że nawet coś tak okrutnego jak nieustanna obława potrafi nadawać sens życiu. Poza krótką wymianą zdań przed drzwiami jego kryjówki, którą przerwał cichy alarm zainstalowany przez niego na drodze dojazdowej do posesji, nie rozmawiali już na ten temat, a jeszcze kilka kwestii wymagało omówienia. Poprzysiągł sobie, iż na pierwszym popasie rozmowę będzie trzeba dokończyć.
Jeszcze nim słoneczko stanęło w zenicie, gęsty bór ustąpił miejsca zasypanemu grubą warstwą śnieżnego puchu stepowi. Jechali traktem wzdłuż oddalonej o raptem kilkanaście mil granicy w kierunku miejscowości Wrotomierz. W samym mieście planowali doposażyć się w niezbędny ekwipunek i przedarłszy się przez granicę dostać się do Saltus. Był to plan na zgubienie i zmylenie ewentualnego pościgu. W tej dzikiej krainie będącej w zasadzie luźną federacją wojowniczych plemion, chcieli znaleźć jakiś statek czy choćby rybacką krypę, którą mogliby dostać się do portu w Gnieździe lub w Imperze. Było to dość ryzykowne posunięcie, ale w ich sytuacji konieczne. Tym bardziej, że niepodjęcie tego ryzyka również niosło za sobą niemałe ryzyko i zapewne kolejne ofiary, podobne do tych spoczywających w bezimiennych dobrze zakamuflowanych grobach przy wypalonej ruinie pośrodku niczego.
Z zamyślenia wyrwało go szarpnięcie hamującego wozu. Hunt postanowił zatrzymać się w niewielkim dającym minimum osłony od wiatru i wścibskich oczu zagajniku przy drodze. Zszedł z wozu i dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo od siedzenia na zimnych deskach ścierpł mu tyłek. Rozejrzał się po okolicy i stwierdził, że miejsce na popas było w sumie właściwie wybrane. Jak wzrokiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągała się biała pustka. Sam zagajnik okazał się niewielką, płytką kotlinką bądź kraterem o płytkim dnie porośniętym na krawędziach drzewami i gęstymi krzewami. Bez problemów wprowadzili konie na dno. Pewnym było, że przed zmrokiem szanse na znalezienie lepszego miejsca na nocleg były znikome, więc pomimo iż pozostało im jeszcze kilka godzin słońca, to rozpoczęli rozbijać obóz.
Był szesnasty secundus roku czterysta dziewięćdziesiątego dziewiątego według rachuby kalendarza wolności. Mieli za sobą nieprzespaną, pełną wrażeń i nerwów noc. Konie spętali nieopodal ogniska i zaobroczyli. Zdjęli z wozu derki oraz koce i ułożywszy się wokół wesoło trzaskającego ognia zaczęli odgrzewać jakieś resztki wydłubane z sakw. Milczeli aż do momentu, w którym ciszę przerwała Vaux.
- Po naszym ostatnim spotkaniu dużo czasu zajęło mi zanim przestałam Cię nienawidzić i gardzić tobą za to, że zdradziłeś to o co walczyliśmy i za co przelewaliśmy krew. - Zamilkła na kilka chwil tępo patrząc w ogień jakby szukała tam odpowiedzi. - Jeszcze więcej czasu zajęło mi zrozumienie dlaczego to zrobiłeś. Wtedy zaczęłam nienawidzić cię jeszcze bardziej, że mi nie zaufałeś...
- Vaux... - chciał coś powiedzieć, jakoś się usprawiedliwić lub chociaż ją pocieszyć. Nie wiedział jak. Na szczęście mu przerwała nim się ośmieszył.
- Wtedy na sam koniec zrozumiałam, iż tak naprawdę to postawiłeś wszystko co masz na jedną kartę. Na coś w co wierzysz. I straciłeś to. Jeśli ktoś traci wszystko, a ma przyjaciół, to jest to tylko ich wina, bo zawiedli. - Zamilkła, po czym dokończyła już szeptem - wtedy znienawidziłam siebie.
- Ze mną skontaktowała się na Petrze, gdy podsumowywaliśmy likwidację grupy Wspólne Dobro, którą to operacją dowodziłem - kontynuował opowieść Hunt widząc, że jeśli ona powie jeszcze choćby słowo, to się rozpłacze. A tego wszyscy bardzo nie chcieli. - Po tym jak puściła Cię wolno, wsadzili ją na kilka miesięcy do twierdzy na Petrze i przesłuchiwali, aż okazało się, że faktycznie nic nie wie i nie współpracowała z Tobą. Już wtedy zaczynałem wątpić w to co zrobiliśmy i czy na pewno było to najlepsze rozwiązanie problemów społecznych. Owszem, wojna była, jest i niestety, ale najpewniej po wsze czasy będzie stymulantem rozwoju społeczeństw i cywilizacji. Jednak zaczęło wtedy do mnie docierać, że wojna zarządzana centralnie to hipokryzja i zbrodnia pomimo, iż faktycznie niosła ze sobą rozwój i postęp. Tylko dlatego złamałem przysięgę wojskową i nie doniosłem na nią dowódcom. Znaczy się, nie żebym nie chciał. Już szedłem do swojego przełożonego...
***
Korytarze Twierdzy Rostro na wschodzie Kondominium Petra były zimne i złowieszcze. Nawet gdy człowiek był tu po raz setny i nigdy nie spotkało go tu nic złego, to i tak miało się, przemierzając te posępne korytarze i komnaty mrożące krew w żyłach, wrażenie że za następnymi drzwiami czeka kat z nakazem tortur. Nic dziwnego, że imperialni dyplomaci przebywający na wyspie zaglądali tu jedynie w ostateczności i nawet wtedy czas pobytu w twierdzy starali się ograniczać do minimum.
Hunt, gdy bywał na Petrze służbowo również nie wyłamywał się z tej zasady. Mieszkał w pokoju w pałacu petryjskim i wszelkie swoje obowiązki starał się tam sprawować. Jednak po rozmowie z dawną przyjaciółką zwyczajnie musiał złożyć raport przełożonemu, który z bliżej nieznanych mu przyczyn ubóstwiał te diaboliczne wnętrza. Szedł więc na spotkanie pewny, że wieczorem będzie musiał odreagować to w portowej tawernie. Z jednej strony czuł się jak skończona szuja, albowiem osoba która miała go za przyjaciela i to nie bez wzajemności, zwierzyła mu się ze swoich wątpliwości, a on od razu szedł złożyć z tego raport. Ale cóż.. Przyjaźń przyjaźnią, a patriotyzm patriotyzmem.
W końcu wojna, którą prowadzili i którą zarządzali, i tak była nieuniknioną koniecznością dziejów. Tak przynajmniej była pod kontrolą. Ofiary, straty i tragedie, które niosła były drobiazgowo skalkulowanym ryzykiem, które społeczeństwu opłacało się podjąć. No, ale co zrobić gdy społeczeństwo jako całość jest głupie. To durna masa, która musi mieć pasterza, aby mogła funkcjonować jak należy. I to właśnie robili. Byli pasterzami. A wojna... Wojna to miejsca pracy, zamówienia rządowe, nakłady na naukę oraz dotacje dla naukowców i badaczy. Wojna to możliwość rozwoju i badań w dziedzinach, których pokój nie byłby w stanie finansować. Bo i po co. Wojna to remedium na przeludnienie i przesycenie rynku pracy. Wojna to... Wdowy i sieroty. Kalecy i obłąkani.
Dalsze rozważania przerwał mu fakt dotarcia do celu. Sekretarz zaanonsował go i zadziwiająco błyskawicznie został wpuszczony do biura szefa.
- Siadaj Gustawie, siadaj - rzekł przełożony Hunta, wiceszef wywiadu strategicznego Imperium. - Pomożesz mi w jednej kwestii.
- To zależy w jakiej szefie - odparł Hunt rozpierając się w fotelu.
- Słuchaj. Za miesiąc mamy przejąć spory obszar przygraniczny Nullius Ager w okolicy naszego Dystryktu Dąbrowskiego. - Rozmówca Hunta wyjął na stół mapę i wskazał odpowiednie miejsce. - O tu. Nie. Czekaj. Bardziej tutaj. Zgodnie z planami na ten rok będziemy ją zajmować przez nieco ponad osiemnaście miesięcy. Jest to obszar porośnięty gęsto dąbrowami.
- No tak, ale skoro wszystko wiadomo, to w czym ja mam szefowi doradzić? - Gustaw nie do końca rozumiał, o co przełożonemu mogło chodzić.
- Już wyjaśniam. - Szef wsparł brodę na zaplecionych palcach obu dłoni. - Mam możliwość przez pośrednika zupełnie legalnie kupić tam całkiem zacny kawałek lasu. Jakieś lekką ręką licząc tysiąc hektarów. Całkiem tanio. Jak to zajmiemy, nasz przemysł tartaczny będzie miał owiązek wypłacić mi odszkodowanie za eksploatację lub kupić drewno po cenach rynkowych.
- A co ja mam do tego?
- Twoja rodzina, jeśli dobrze kojarzę, ma kilka tartaków w dystrykcie wzdłużnym, więc liczyłem, że mi doradzisz jak bardzo mi się to opłaci.
- Wybaczy Pan, ale nie orientuję się zupełnie w rynku obrotu drewnem, gdyż nie ja, tylko moja siostra zajmuje się tą branżą. - Major Hunt starał się za wszelką cenę nie palnąć czegoś, czego potem będzie żałował. - Ja jestem tylko prostym trepem, nie biznesmenem jak Pan.
- No w sumie niby fakt - odparł dowódca Hunta tracąc nieco entuzjazm i jakby poważniejąc. - Jednak jak dobrze rozumiem, przyszedłeś do mnie w jakimś konkretnym celu, a nie na pogaduszki o rodzinnych koligacjach.
- Tak proszę Pana - odparł Hunt stając na baczność. - Chciałbym odebrać zaległy urlop i wyjechać trochę odpocząć w górach na południu.
***
- Poczułem wtedy jak coś we mnie pęka - kończył swą opowieść patrząc tępo w ogień. - Jeszcze tego samego wieczora odnalazłem Vaux i ustaliliśmy, że trzeba coś z tym wszystkim zrobić, bo daliśmy władzę absolutną służbom specjalnym i wojsku.
- Stare ludowe powiedzenie mówi, że władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie - dodała już nieco spokojniej Lothar. - Nieważne kto ją dzierży.
Okazało się, że pościg szedł w ślad za Sternem niemal od momentu jego ucieczki z mniejszą lub większą intensywnością. Vaux pod pretekstem odzyskania reputacji i zadość uczynienia za błędy, włączyła się w akcję. Gustaw tymczasem szedł jej śladem stanowiąc odwód, na wypadek jakby kwestia ich prywatnej inicjatywy wyszła na jaw.
Czas upływał, a Stern tak dokładnie zacierał swoje ślady, że wszelkie starania spełzły na niczym. Niemal rok przed tym jak Vaux niespodzianie odwiedziła Miedziaka na jego urodzinach, sprawa straciła na priorytecie, a większość agentów w tym Vaux oddelegowano do innych zadań. Wtedy to podjęła długie i żmudne przygotowania, aby w miarę dyskretnie skanować konkretne obszary świata korzystając z matrycy mentalnej, jaka wytworzyła się dzięki relacjom jakie ją z Michaelem łączyły.
Natrafiła na jego ślad nie bez wysiłku jakieś dwa miesiące temu, ale przygotowania do wyprawy poszukiwawczej z Huntem u boku okazały się trudniejsze, niż można by się było spodziewać. Szybko okazało się, że oboje są na cenzurowanym i zawsze gdzieś w pobliżu kręcił się jakiś agent z kontrwywiadu. Zależało im na tym, aby sprawę załatwić w miarę możliwości bez ofiar i ściągania na siebie niepotrzebnej uwagi. Okazało się to niemożliwe, a pomoc przyszła z najmniej spodziewanej strony. Cały misterny plan ułożył i przedstawił Vaux Lothar szef specjalnej komórki kontrwywiadu Imperialnej Służby Bezpieczeństwa do spraw tak zwanego zagrożenia wewnętrznego, świętej pamięci pan Pułkownik James Lambert. Vaux spytała go o radę podczas comiesięcznej pielęgnacji tefilinu, w którym przebywała jego dusza jeszcze od czasów planowania zamachów w Gnieździe.
***
Zasunęła szczelnie zasłony swojego mieszkanka w Modron. Zapaliła dwa kaganki. Co prawda nie miało to aż tak wielkiego znaczenia, ale niwelowało szansę na popełnienie błędu. Na stoliku rozłożyła czarny aksamitny materiał. Delikatnie wyjęła z piórnika drobne, bardzo ostro zakończone pędzelki z borsuczego futra oraz pustą miseczkę z dymnego szkła i całą baterię buteleczek z odczynnikami oraz jedną zawierającą fioletowy proszek o konsystencji drobnego cukru. Małą srebrną łyżeczką przełożyła nieco proszku do miseczki po czym za pomocą pipet zakropliła odpowiednią ilość pozostałych składników i szklanym pręcikiem wymieszała dokładnie zawartość miseczki.
Umoczyła w tak powstałym tuszu koniec jednego z pędzli i delikatnie zaczęła poprawiać już widniejące na białej, sferycznej powierzchni tefilinu wzory zaklęcia. Kuleczka, pomimo iż wykonana z kryształu, szybko wpijała tusz. Gdy skończyła, jeszcze raz dokładnie przyjrzała się swojemu dziełu i upewniwszy się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, położyła tefilin na tkaninie i zaczęła chować magiczne utensylia do małego okutego kuferka. Już chciała wstać i odsłonić okna, gdy jeszcze coś przyszło jej do głowy. Skupiła się pochylona nad tefilinem i wyszeptała aktywującą formułę. Kulka rozjarzyła się mlecznym blaskiem i po kilku sekundach nad nią z fioletowej mgły zmaterializowała się głowa duszy zamieszkującej klejnot.
- Witaj, James - powiedziała gdy wszystko się wyklarowało.
- Witaj, moja droga - odparł były pułkownik Imperium Ravenclowd. - Co tam nowego u Ciebie?
- Dawno się nie odzywałam, ale sam wiesz jak to jest na służbie.
- Dobrze wiem o czym mówisz - odparł duch, a wyraz jego twarzy zdradzał faktyczne strapienie. - Służba nie drużba, co?
- Dokładnie James. Mam mały problem i jestem bardzo ciekawa twojego zdania na ten temat.
- Zamieniam się w słuch.
Dłuższą chwilę zajęło zreferowanie mu całej sytuacji ostatnich niemal trzech lat, a także sytuacji geopolitycznej na targanym wojną świecie. Vaux odniosła wrażenie, że na świętej pamięci pułkowniku nie zrobiło to przesadnego wrażenia. Ot, kolejne polityczne perturbacje. Ale tak jak Lothar przewidziała miał też wiele dość konstruktywnych uwag do całości, a i dla jej problemu miał gotowe szybkie i zdawało się skuteczne rozwiązanie. Polecił jej udać się do przewodniczącej rady miejskiej pod byle jakim pozorem. Byle tylko znalazła się z nią w sytuacji w cztery oczy. Wtedy w rozmowę należało wpleść swą deklarację w kwestii poglądów mizoginistycznych, skądinąd zakazanych w Matry Marchii prawnie. Dalej następowała wymiana durnych haseł i odzewów. Gdy wszystko pójdzie jak trzeba, przewodnicząca powinna zorganizować dla niej przerzut w dowolne miejsce w Imperium bezpiecznymi kanałami. Na koniec dusza Jamesa Lamberta podziękowała za zmiany wprowadzone przez Lothar w opisie na tefilinie, dzięki czemu dusza w jej wnętrzu żyła w czymś na kształt iluzji wiejskiej rezydencji, zamiast pogrążać się w letargowym półśnie. Takie zaklęcie wymagało częstszej konserwacji, ale Vaux uważała, że warto, bo w końcu szacunek dla majestatu śmierci i wdzięczność za okazywaną pomoc zobowiązywały ją do tego. Poza tym za każdym razem jak dusza wykazała się, można było ją nagrodzić dodając do iluzji nowe elementy.
***
Ranek okazał się wyjątkowo mroźny przez co nie dało rady dospać i jeszcze przed wschodem słońca już dawno byli w drodze. Wiał przenikający do szpiku kości wiatr, który ujmujące zimno wtłaczał w płuca nie dając oddychać i przeciskał się przez najdrobniejsze nawet sploty tkanin. Stawy kostniały od mrozu, a skóra aż piekła. Wszechobecne było uczucie jakby w każdy centymetr ciała ktoś wbijał miliardy mikroskopijnych igiełek. W śnieżnej zamieci ledwo dało się cokolwiek dojrzeć, gdyż zacinające kryształki lodu siekły boleśnie po oczach.
Już obawiali się, że kolejną noc przyjdzie im spędzić w szczerym polu, gdy za niewielkim wzniesieniem ich oczom ukazały się światła Wrotomierza. Fakt, iż miasto było bodajże trzecim, jeśli nie drugim największym miastem dystryktu wcale nie oznaczał, że było duże. Gdy zbliżyli się do niego okazało się, że miasteczko posiada ciągle jeszcze całkiem nieźle utrzymane mury miejskie i wcale mocno poza ich obrys się nie rozrosło. Zamieszkiwało je może kilka, bo na pewno nie kilkanaście tysięcy ludzi.
To co z oddali wzięli za światła domostw okazało się być latarniami oraz koksownikami rozmieszczonych i obsadzonych wartami czujek na murach. Wjazd do miasta prowadził przez barbakan. Jak się okazało, nadzieje na nocleg w ciepłym łóżku okazały się zaprawdę płonne. Jak wyjaśnili im wartownicy przy bramie, zgodnie z rozporządzeniem rady cechów miejskich nikt w nocy nie mógł przekroczyć bram miasta. To skazało ich na nocleg w murach barbakanu. Plusem tej sytuacji było to, iż tu przynajmniej nie wiało, a licznie poustawiane co kawałek koksowniki dawały poza rzucającym na kamienne mury groteskowe cienie światłem, również nieco przyjemnego ciepła dającego ułudę komfortu. Strażnicy sporadycznie jedynie wyzierali z kordegardy. Zapewne w mniejszym stopniu by zadbać o bezpieczeństwo kilkunastu osób, które zmierzch zastał poza miejskimi murami, a bardziej aby być pewnym, iż nikt nie przydybie ich na spaniu na służbie.
Wraz z Lothar, Sternem i Huntem podającymi się za podążających na północ na mocy prawa osadniczego kupców, w murach barbakanu zanocować przyszło jeszcze pięciu babom wracających z lasu z chrustem, dwóm traperom z załadowanym skórami wozem, którzy zmierzali na targ, grupie wędrownych mnichów, kilku żebrakom oraz skrybie cechu bednarzy, który zabalował u szwagra w jednej z okolicznych wsi i nie zdążył do domu przed zmierzchem. I o właśnie ten, na oko czterdziestoletni lekko jeszcze wstawiony mężczyzna okazał się być nieocenionym źródłem informacji wszelakiej. Jako że w pakunkach na ich wozie Gustaw znalazł jeszcze mały antałek piwa, skryba z wdzięczności za klina opowiedział szeroko o wszystkim co się w mieście działo i jakie według szefów cechu, dla których pracował były tego powody.
Miasto było raptem dzień jazdy wozem konnym od granicy i jedynie trzy dni od pierwszej osady po stronie Saltus, czyli portowego Wilburga. W tej materii lokalizacja Wrotomierza była zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem. Główny szlak lądowy wiodący z osad wojowniczych ludów północy prowadził przez to miasto, ale również główna trasa wypraw łupieżczych przez nie przechodziła. Stąd zarówno duże spichlerze, magazyny, targi jak i również spory miejski garnizon złożony tylko z zawodowych żołnierzy oraz zadbane i dozbrojone mury miejskie rodem z poprzedniej epoki.
Dowiedzieli się że w mieście schronienie znajduje każdy kto chce pracować dla jego dobra bez względu na to, gdzie i czym zajmował się wcześniej. Utarło się powiedzenie, że tutaj przeszłość można zostawić za murami. Niestety jako byli agenci służb specjalnych wiedzieli aż nadto dobrze, że tego typu gwarantujące amnestię miejsca zawsze przyciągały wszelkiej maści sprzedajnych kapusiów oraz konfidentów. Podjęli postanowienie, iż z rana Vaux uda się konno do poleconego przez skrybę zajazdu "U bobra Macieja" i wynajmie tam pokój. Hunt zrobi to samo tyle, że pójdzie pieszo. Miedziak natomiast weźmie wóz, drugiego luzaka i uda się najpierw na targ, gdzie popołudniu dołączy do niego Gustaw. Na nocleg mieli wrócić do zajazdu, a z samego rana po otwarciu bram ruszyć w drogę do Wilburga.
Plan zakładał, iż w Wilburgu oni zaciągną się na statek, ona jako pasażerka ruszą drogą morską do Impery. Pieniądze dużym problemem nie były, gdyż Stern miał niemało odłożone na czarną godzinę. Hunt formalnie był na urlopie i dalej otrzymywał stałe wynagrodzenie, które dzięki książeczce rozliczeniowej mógł odebrać w każdym garnizonie. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, ale zawsze była taka ewentualność. Vaux też przed wyjazdem na poszukiwania spieniężyła wszystko co mogła i wyczyściła swoje konto w banku. Wychodziły z tego niemałe pieniądze, nawet jeśli pominąć gotówkę i bilety bankowe zrabowane ze zwłok Piranii oraz jej drużyny. Bilety postanowili oszczędzać na czarną godzinę, albowiem ich zrealizowanie wiązało się z pozostawieniem w systemie bankowym dość wyraźnego śladu, który mógł naprowadzić odpowiednie służby na ich trop. Tak więc, gdy panowie pod wieczór wrócili z wozem załadowanym workami obroku, skrzynką suszonego wołowego mięsa, bukłakami na wodę i antałkami piwa oraz co najważniejsze trzema grubymi futrzanymi płaszczami, Vaux właśnie wyszła ze znajdującej się w podziemiach zjazdu łaźni wygrzana i zrelaksowana.
Ich pokoje choć najmowane niezależnie mieściły się szczęśliwym zrządzeniem losu obok siebie. Gdy zmierzch zagościł również we wnętrzach zajazdu, po tym jak dziewki służebne pogasiły gazowe latarnie na korytarzach, Vaux szybciutko i zwiewnie niczym kot przekradła się do pokoju zajmowanego przez chłopaków. W czasie gdy oni toczyli nierówny bój z przekupkami i straganiarzami, aby wytargować jak najlepsze ceny za potrzebne im do dalszej podróży dobra jednocześnie nie rzucając się w oczy, ona nie próżnowała. Po drodze spod bramy do zajazdu zauważyła warsztat rusznikarski i pracownię kartograficzną. Jak już się zameldowała niespiesznym spacerem udała się oba sklepiki odwiedzić. U pierwszego rzemieślnika zakupiła mały, zabytkowy rewolwer wiązkowy, odprzodowe maleństwo z zamkiem kapiszonowy oraz dwa nieco bardziej współczesne dwustrzałowe derringery na nabój zespolony. Kartograf natomiast miał sporą kolekcje map, zarówno współczesnych jak i historycznych. Wśród tych pierwszych całkiem tanio udało się Lothar zdobyć nawet dość dokładną mapkę obszaru od Wrotomierza jakąś setkę kilometrów na północ, a więc obszaru który ich życiowo interesował na najbliższe dni. Drugim zakupionym dokumentem była książka, historyczna i to dość bardzo. Nosiła tytuł "Spisek prochowy, czyli krecie tunele czasu Wyzwolenia". Znajdowało się w niej wiele rycin i mapek oraz dokładne opisy czy związane z nimi ciekawe historie okresu wojny o wolność sprzed niemal pięciu wieków. Na mapach i szkicach w sposób wręcz artystyczny rozrysowano sieć kanalizacyjną oraz tunele minerskie, kontr-minerskie i liczne łączące je korytarze, podziemne przesmyki oraz tajne przejścia w dawnej stolicy, czyli w Imperze. Był tam również cały rozdział o tunelach kontr-minerskich i pocztowych łączących forty oraz schrony bojowe na obszarze dawnego rejonu ufortyfikowanego obozu rebeliantów tamtej wielkiej wojny, na miejscu którego nieco później od podstaw wybudowano obecną stolicę imperium, czyli Gniazdo. Największą jednak uwagę zwróciło jedno zdanie: Oba systemy są połączone tunelem powstałym wskutek połączenia się tuneli minerskich obu stron konfliktu.
Niestety wstępny ogólny entuzjazm nieco ostygł, gdy dotarło do nich, iż owszem dawało to ogromne możliwości, ale i miało spore ograniczenia. Primo: od czasu świetności tuneli dzieliło ich pięć wieków, a jako iż powstawały w czasie szalejącej wojennej zawieruchy raczej wątpliwą była wysoka jakość ich konstrukcji oraz użytych materiałów. Secundo: wieki przebudowy miast na pewno zmieniły tę krecią sieć, zawalając, zasypując bądź przedzielając je, co mogło uczynić tunele bezużyteczną pułapką. Tertio: jeśli tunele były dalej drożne, to dlaczegóżby nie miały ich używać służby lub na ten przykład poczta, albo ludzie z przestępczego półświatka. No i na koniec quatro: książka miała ze sto lat i ponoć była efektem prac badawczych jakiegoś walczącego o profesurę uczonego. Pytanie brzmiało czy oparł "badania" na siedzeniu w jeszcze starszych, pokrytych patyną dziejów wolumenach, czy pokusił się jednak o pracę w terenie celem potwierdzenia teorii w praktyce. Bo mogło też być tak, że zobaczył dwie połączone piwnice i kanał burzowy, a resztę sobie dopowiedział.
No ale póki co nie miało to aż tak dużego znaczenia, gdyż zanim wiedza z książki mogła mieć szansę im się przydać, milion rzeczy mogło pójść nie tak. Zaczynając od najbardziej palącej kwestii opuszczenia miasta, a kończąc na zamarznięciu w czasie kilkudniowej przeprawy przez leśne dukty skąpane w śnieżnych zamieciach. Secundus co prawda powoli miał się już ku końcowi, ale do wiosny pozostały jeszcze może dwa, a może i trzy tygodnie, a tu na północy nawet i miesiąc.
Gustaw zreferował ich całodzienne zakupy i stan zapasów, a Stern wydawał się nieco nieobecny myślami. Jednak co się dziwić, skoro ostanie dni przyniosły mu tyle nowości, że ciężko było je ogarnąć. A o pogodzeniu się z niektórymi ciężko choćby i wspomnieć. Ludzie, z którymi współpracował zostali zgładzeni przez Hunta, a on sam już niemal pogodził się z rychłym i nieuchronnym opuszczeniem tego świata. Na dodatek z roli zaszczutej przez obławę ofiary znów stał się łowcą. A ofiara jaką ich wataha wzięła na cel była naprawdę grubym zwierzem. Tylko głupiec mógł podejrzewać, iż nie będzie się broniła.
Ustalili, iż na dwie godziny przed wschodem słońca Vaux pojedzie do bramy zachodniej, a następnie ujechawszy kilka kilometrów skręci pierwszym dostępnym szlakiem na północ. Oni natomiast ruszą w kierunku granicy z najbliższą bramą. Jako iż wóz turlał się dużo wolniej niż jeździec na koniu, zwłaszcza tak drobny jak Lothar, przewidywali iż spotkają się na rozstajnych drogach jeszcze przed zmierzchem. Ustalili konkretny punkt zborny.
Resztę wieczoru Michael siedział tępo patrząc w spowity mrokiem świat za oknami zajazdu. Nawet nie wiedział kiedy zasnął. Zdziwił się gdy Gustaw obudził go ponaglając do zbierania się do drogi. Na całe szczęście wozu nie musieli pakować. Z racji faktu iż zajazd posiadał własną stajnię z wozownią pod stałym dozorem pana Mietka, który za parę groszy opiekował się nie tylko końmi i powozami, ale także pozostawionym przy nich dobytkiem. Jako iż Mietek dostał od Sterna dość znaczną, jak na Mietkowe standardy kwotę pięciu koron, to gdy rano zjawili się w stajni, ich skromny dobytek był nietknięty, wóz wyczyszczony a koń wyszczotkowany, nakarmiony i gotowy do drogi. Stajenny pomógł również konia zaprząc do wozu, za co zresztą dostał kolejną koronę i jeszcze dwie za nagły zanik pamięci na wypadek jakby ktoś o nich wypytywał.
Gdy wyjechali w rześki świt, poranny mróz aż zatkał im oddech w piersiach. Mróz wręcz kłuł pomimo, iż nie dało się odczuć najmniejszego nawet powiewu wiatru. Zupełnie jakby cały świat zamarzł w jednej chwili. Raptem kilku opatulonych po same uszy rzemieślników i robotników sunęło bezgłośnie wąskimi uliczkami miasteczka z niemą skargą w oczach na podły los, który mimo kaca i niewyspania zmusił ich do wyjścia ze względnie ciepłego mieszkania na ziąb i mróz.
Nim dotarli do bramy zdążyli już marznąć, ale za to słońce zdołało nieco podnieść się nad horyzont, więc niewiele czasu zmarnowali czekając na zmianę warty i otwarcie bram miejskich. Czas zresztą nie do końca należało uznać za stracony, ponieważ dobrze go spożytkowali na przyodzianie ciepłych podszytych futrem płaszczy. Wcześniej tego nie zrobili ponieważ w ciepłej stajni głupio sądzili iż ich własna odzież, w której przyjechali wystarczy. Nie wystarczała jednak w konfrontacji ze schyłkiem zimy, która jakby chciała wszem i wobec udowodnić, iż jeszcze nie przegrała w konfrontacji ze zbliżającą się wiosną.
Jechali wolno siedząc ramię w ramię na koźle. Długo milczeli. Ciszę przerwał Hunt, który mówił starając się dokładnie dobierać słowa odpowiednie do delikatnego poruszenia niedelikatnego tematu.
- Wiesz, że ona Cię dalej kocha prawda?
- Kochała mnie na pewno kiedyś. Jeszcze w czasie poprzedniej wojny - po chwili namysłu odparł Miedziak, również starając się ważyć słowa. - Potem pojawił się Król.
- To nie do końca tak... - Hunt widział, że Stern chce mu przerwać, więc gestem ręki nakazał mu milczenie. - Daj mi dokończyć! To nie do końca tak jak myślisz. Ona Cię wtedy pochowała, co zresztą ciężko odchorowała. Potem zwyczajnie postanowiła jednak żyć dalej, a nie wiecznie posypywać głowę popiołem siedząc na twoim grobie.
- Za tamto nie mam ani żalu, ani pretensji. Zwłaszcza, że gdy wróciłem, jak to teatralnie byłeś uprzejmy ująć, zza grobu ewidentnie jasno opowiedziała się, iż jestem tym najważniejszym. Jednak wystarczyło, że Daniel Drugi skinął, a ona poleciała w jego ramiona nie dając mi nawet chwili posłuchu.
-Wiesz dobrze, że nie szło ani o Ciebie, ani o Daniela. - Hunt odparł w końcu po przedłużającym się milczeniu. - Zresztą gdy wtedy zniknąłeś Król szybko odsunął ją od siebie i od dziecka, zapewne dowiedziawszy się o was.
- Nie wiedziałem... - Stern chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co i czuł się z tym bardzo źle.
- Bo i skąd miałeś wiedzieć?
Gustaw starał się jak mógł nie zabrzmieć sarkastycznie. Nie wyszło.
- Najpierw pochowałeś się żywcem w górach, a potem podjąłeś swoją samotną walkę z systemem. Ona w tym czasie była zupełnie sama. Sporo zresztą wycierpiała przez Ciebie. Zwłaszcza, że po tym jak umożliwiła Ci ucieczkę, trafiła do więzienia. A nikt kogo znam lepiej nie zrozumie tego co ona tam musiała przejść, nim w końcu bez słowa przeprosin ją wypuścili. A siedziała w twierdzy Styga, tak jak Ty...
Gustaw i Michael dalej jechali w ciszy zupełnie jakby obaj mieli pretensje do samych siebie za to co się wydarzyło i za to co zostało powiedziane lub przemilczane. W końcu Hunt dodał po cichu, tak aby nikt tego nie usłyszał:
- Ja też znam kazamaty Stygi, a mimo wszystko chciałem ją sprzedać.
Na rozstajne drogi, na których według mapy ustalili punkt zborny, dotarli na długo przed zmierzchem. Wykorzystali więc czas na rozbicie przy drodze prowizorycznego biwaku, rozpalenie ognia i przygotowanie ciepłej, pożywnej zupy z posiadanych zapasów. Było już dobrze po zmroku, gdy usłyszeli najpierw stukot końskich kopyt, a potem nawoływanie ich towarzyszki do szybkiego zbierania się do drogi. Nauczeni doświadczeniem nie zwlekali, tylko w mniej niż kwadrans byli już w drodze. Oni na koźle, a ona zmarznięta na pace z ciepłą zupą w ręku i opatulona w koce.
***
Dopiero za bramą zorientowała się, że wśród grupki konnych jadących tym samym co ona szlakiem, kilku mężczyzn zbyt intensywnie i od zbyt długiej chwili się jej przygląda. Udawała, że niczego nie widzi i zaczęła kluczyć na kolejnych zakrętach. Fakt, że jechali wciąż za nią, tylko upewniło ją w przeświadczeniu, iż jest śledzona. Mieli przewagę liczebną. Było ich czterech rosłych mężczyzn kontra ona sama, jedna, drobna dziewczyna. Ale właśnie dzięki temu mógł jednak zajść niewielki paradoks, że to ona ma przewagę. Na pewno i oni zauważyli zaistniałą dysproporcję sił, co mogło doprowadzić do faktu zlekceważenia przez nich przeciwnika.
Gdy już obmyśliła jako taki plan działania, poderwała konia do karkołomnego galopu, który miał pozwolić jej zniknąć choć na chwilę z pola widzenia przeciwników. Na jej szczęście droga lawirowała między gęstymi kępami wielkich rozłożystych świerków i jodeł oraz sporymi i częstymi w tej okolicy ostańcami. Gdy dostrzegła, iż wysforowała się na tyle, by móc przygotować się do obrony, wstrzymała konia i zeskoczywszy z niego jeszcze w biegu pognała go do dalszego galopu.
Droga w tym miejscu przechodziła między dwoma małymi zagajnikami niskich iglaków. Szybko przywiązała wydobytą z kieszeni jeszcze w trakcie jazdy linkę do jednego z drzewek na wysokości kolan. Przebiegłszy przez drogę poczęła mocować ją również po tamtej stronie, gdy zza załomu drogi wyłonili się jeźdźcy w pełnym pędzie. Ostatni węzeł skończyła wiązać dokładnie w monecie, w którym pierwsze dwa konie dosłownie przekoziołkowały podcięte w pęcinach jej pułapką. Dosiadający ich mężczyźni znaleźli się nagle na ziemi, z tym że jeden nie zdążył uskoczyć spod konia i został jego kilkusetkilogramowym cielskiem przyduszony z głuchym chrupnięciem do ziemi. Drugi co prawda odtoczył się w bok dzięki niesamowitemu refleksowi. Szczęścia i chyżości zabrakło mu nieco jednak, gdy kolejny z jego kompanów widząc co się dzieje, poderwał swego wierzchowca do skoku i lądując stratował niedoszłego szczęściarza. Ostatni najwolniejszy z jeźdźców zdążył swego karosza wyhamować zmusiwszy go do drobnienia kopytami po śniegu. Zdążył się jeszcze tylko zadowolony z siebie uśmiechnąć, gdy Lothar bez chwili zwłoki wyskoczyła na drogę i z bliskiej odległości wygarnęła do niego z rewolweru wiązkowego. Broń ta miała mały zasięg i zadawała stosunkowo niewielkie obrażenia, ale dziewczyna świadoma tych ograniczeń w trakcie strzału celowała z dość bliska prosto w twarz przeciwnika. Jak się okazało nie tylko obrażenia i zasięg były mankamentem tegoż rewolweru, ale również jego celność. Kula miast jak zakładała strzaskać kości twarzoczaszki i utkwić w mózgu rozdarła jedynie bok szyi przeciwnika. Wystarczyło to na szczęście by wyłączyć go z dalszej akcji, gdyż chwyciwszy się za ranę runął z konia na ziemię starając się powstrzymać uciekające gęstą czerwienią przez palce życie. Ostatni z jeźdźców nie zamierzał dawać dziewczynie szans. Nawrócił konia i w pełnym pędzie starał się mijając ją uderzyć ją w głowę trzymaną w żelaznym uścisku pałką. Była to porządnie wykonana długa na jakiś metr, okuta i owinięta skórą pałka do ogłuszania bydła. Widać też było, że właściciel używał jej nie raz i to nie przeciw bogom ducha winnej jałówce. Gdy jeździec był już bardzo blisko, wyskoczyła na jego spotkanie w kilku krokach skracając dystans, aby zmusić go do skrócenia zamachu. Udało się. Uderzył lżej niż by mógł i pod nieodpowiednim kątem. Wyrzutem ramienia zbiła pałkę ujmując ją jednocześnie w rękę. Szarpnęła mocno wysadzając jeźdźca z siodła. Nim jeszcze zdążył uderzyć plecami o skutą lodem ziemię, niemal z przyłożenia wpakowała mu kulę w lewy bok. Prosto w serce. Nim jeszcze zdążył zrozumieć co właśnie się stało, jego dusza sunęła już ku krainie zmarłych starając się dogonić kolegów z drużyny.
Do uszu Vaux stojącej nad trupem zastrzelonego pałkarza dobiegł cichy, ale całkiem jeszcze żywy męski głos dobiegający ze strony leżących na drodze dwóch, jak dotychczas zakładała, ciał jeźdźców powalonych w pierwszym starciu za pomocą linki. Odciągnęła kurek rewolweru przez co mechanizm przesunął nabita lufę w pozycję gotowości do strzału i celując w miejsce, z którego dochodził głos ostrożnie i przede wszystkim cicho poszła rozeznać się w sytuacji. Na drodze zauważyła tylko wygniecione w śniegu miejsce, gdzie koń przydusił swego jeźdźca całe upstrzone ciemną czerwienią. Ranny miał dość sił by odczołgać się z miejsca zasadzki. Na szczęście krwawy ślad na śniegu zdradzał kierunek ucieczki oraz jasno określał, iż jeśli chciała z rannego cokolwiek wyciągnąć, musiała się śpieszyć. I to bardzo, albowiem utrata krwi była znaczna.
Szła krwawym tropem, ale ostrożnie nie przestając celować wszędzie tam, gdzie kierowała wzrok. Po raptem siedemnastu krokach znalazła rannego po drugiej stronie zagajnika, opartego plecami o sporą jodłę. Gdy tylko ją ujrzał, wypalił w jej kierunku ze swojego rewolweru. Był już jednak tak słaby, że odrzut wyrwał mu broń z ręki. Był blady jak śmierć. Kości lewego uda wystawały przez rozdartą tkaninę spodni poniżej pospiesznie, ale umiejętnie założonej opaski uciskowej z paska od spodni. Stopa drugiej nogi była nienaturalnie wygięta. Oddychał ciężko a z ust sączyła mu się spieniona różowa krew, co sugerowało, że miał przebite co najmniej jedno płuco, a może i inne urazy wewnętrzne.
- Nie doceniliśmy Cię, Lothar - przyznał z trudem łapiąc oddech. - Mała kotka, a wklepała starym wilkom.
- Jak tam Luisie? - spytała rozpoznając w rannym podwładnego z oddziału, który wspierała z ramienia wywiadu jeszcze podczas poprzedniej wojny. -Co Ty tu właściwie robisz?
- Razem z chłopakami mieliśmy przygotować dywersję pod jakiś większy desant z morza... - Zaniósł się krwawym kaszlem. - ale jak Cię zauważyliśmy, priorytety się nieco zmieniły...
- Wysłali za mną list gończy?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.