Dzieci Ragnaröku - Cinda Williams Chima

Kup ebooka

59.90 zł
49.72 zł (49,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pewnego ranka późną jesienią w roku, w którym skończył pięć lat, Eirik z rodu Halvora doił właśnie krowy w letniej oborze, kiedy usłyszał, jak woła go modir.

- Eiriku! Wrócili!

Zerwał się na równe nogi; w pośpiechu o mało nie kopnął parującego wiadra. Nie musiał pytać, o kogo chodzi. Większość statków wróciła już na zimę do Selvagru, ale jego fadir i grandfadir wypłynęli z wioski samotnie późnym latem i nikt nie wiedział, co się z nimi dalej działo. Wiele razy w ciągu dnia modir wspinała się na cypel i patrzyła w morze. W miarę jak dni stawały się coraz krótsze, coraz ciemniejsze i chłodniejsze, w jej oczach narastał niepokój.

Odstawił mleko na bok, zdjął pęta z nóg krowy i pobiegł na plażę. Langskip już wyciągnięto na piasek, a grandfadir Björn brodził tam i z powrotem, wyładowując łupy. Nie było tego zbyt wiele - żadnego złota, srebra, narzędzi czy innych dóbr, które przywozili zwykle z letnich najazdów.

I coś jeszcze było nie tak. Fadir Leif zszedł na brzeg, trzymając za rękę małą dziewczynkę. Sylvi, modir Eirika, stała z rękoma skrzyżowanymi na piersi, z niebezpiecznym błyskiem w oczach.

Eirik chciał przywitać się z fadirem i grandfadirem, ale między dorosłymi panowało tak wielkie napięcie, że nie odważył się do nich podejść.

Dziewczynka miała złotą skórę, kasztanowe oczy, złocistomiodowe włosy - i zaciśnięte pięści. Była wyższa niż Eirik, zatem musiała być też starsza. W postrzępionej tunice w kolorze mchu wyglądała jak jeden z landv?ttirów, leśnych duchów z opowieści Björna.

Czy tylko taki skarb przywieźli po tygodniach spędzonych na morzu?

Björn stał z boku, nic nie mówiąc. Leif przyprowadził dziewczynkę do Sylvi.

- Sylvi, to moja dottir - powiedział. - Ma na imię Liv.

Leif zawsze był małomówny. Wolał, by przemawiała za niego stal miecza i pięści.

- Nie nazywam się Liv - zaprzeczyła dziewczynka drżącym głosem. - Mam na imię Heidin. Przyniosłam do Asgardu dar magii, ale oni mnie zdradzili. Wróciłam, żeby się z nimi rozliczyć.

Leif jakby jej nie słyszał.

- Poznałem jej modir latem po tym, jak ty i ja się pobraliśmy. Teraz ona nie żyje.

Lekko popchnął Liv w stronę Sylvi.

- Ona żyje - oznajmiła wszystkim Liv. - Nie potrzebuję innej modir.

- Ani ja nie potrzebuję kolejnej gęby do wykarmienia - warknęła Sylvi.

Leif nie ustępował.

- Proszę, Sylvi - rzekł cicho. - Ona nie ma nikogo.

- Nikogo nie potrzebuję - syknęła Liv, ściskając wisior na łańcuszku na szyi. Eirik widział jednak, że w jej oczach zbierają się łzy - zaraz pewnie się rozpłacze.

Być może Sylvi też to zauważyła. Zawahała się, przygryzając wargę, choć na jej twarzy nadal malował się gniew.

- Sylvi, ta dziewczynka ma w sobie magię - rzekł cicho Björn. - A temu światu przydałoby się jej trochę.

Eirik podszedł bliżej, żeby na własne oczy zobaczyć tę magię. Jedna strona twarzy Liv była pomarszczona i pokryta bliznami tak bardzo, że dziewczynka z trudem mogła otworzyć lewe oko. Jej lewe ramię również połyskiwało bliznami. Czy to zrobiła jej magia?

Jeśli tak, to on, Eirik, nie chciał mieć z tą magią nic wspólnego.

- Jak widać, wiele przeszła - dodał Björn, bo Sylvi nadal milczała. - Potrzebuje bezpiecznego schronienia.

Sylvi spojrzała na Björna wzrokiem tak chłodnym, że zmroziłby krowie mleko w wymionach.

- To twoja wina, fadirze - powiedziała. - Obiecałeś mi, że tam nie wrócisz.

A potem zwróciła się do Leifa.

- Jeśli mam przyjąć to dziecko, musisz mi przyrzec, że już tam więcej nie popłyniesz.

- Sylvi, ja...

- Musisz mi przysiąc - powtórzyła. - Albo odpłyń ze swoją dottir na zawsze.

- Dobrze - powiedział Leif. - Przysięgam.

- Obaj musicie to przyrzec. - Sylvi przeniosła wzrok na Björna.

- Przysięgam - odparł Björn, nie patrząc jej w oczy.

- Słyszałam już wiele obietnic - rzekła. - Abym była pewna, że dotrzymasz przyrzeczenia, musisz oddać mi kamień słoneczny.

- Nie! - zaprotestował Björn. - To nie w porządku. Odkąd to dottir mówi fadirowi, co ten ma robić?

- Odkąd jej fadir łamie obietnice. - Sylvi wzruszyła ramionami.

- Dałem ci farmę, kiedy wyszłaś za mąż! - oburzył się Björn.

- Owszem - przyznała Sylvi. - Więc powinnam móc decydować, kto tu mieszka, dla kogo gotuję, dla kogo przędę, sadzę, robię masło i ser. Wolałabym żyć bez siekańca przy duszy i dachu nad głową, ale dumna, niż pozwolić, by mnie lekceważono we własnym domu.

- Dobrze - powiedział w końcu Björn. - Kamień jest twój.

Sylvi wyciągnęła dłoń.

- Od teraz.

Eirik przysunął się bliżej do nieznajomej.

- Co to jest kamień słoneczny? - wyszeptał z nadzieją, że powie mu to, czego na pewno nie wyjawią mu dorośli.

- Bądź cicho, barbarzyńco - parsknęła dziewczynka.

Björn pogrzebał w torbie i wyciągnął woreczek z foczej skóry. Niechętnie położył go na dłoni Sylvi, która przeniosła wzrok na Leifa.

- I jej amulet.

Dziewczynka zacisnęła ręce na wisiorku.

- Nie! - zawołała.

- Pozwól jej go zatrzymać - poprosił Leif. - To jedyna rzecz, którą ma od...

- Jeśli ma mieszkać w naszym domu, to taka jest cena. Mówisz, że ma w sobie magię. Nie mogę ryzykować, że pod jednym dachem będzie tu z nami urażona ośmioletnia czarownica.

Żeby odebrać Liv wisiorek, Leifowi musiał pomóc Björn. Potem dziewczynka zbiegła z powrotem na brzeg, chwyciła za dziób langskipa i próbowała zepchnąć go z piasku na wodę. W końcu Leif przerzucił ją sobie przez ramię, zaniósł z powrotem do Sylvi i postawił na nogi, ale trzymał rękę na jej ramieniu, aby znowu nie próbowała uciekać.

- Oddaj mi go - syknęła Liv. - Oddaj albo pożałujesz. - Powiedziała to takim tonem, że groźba zabrzmiała przekonująco.

- Zostaw moją modir w spokoju! - krzyknął Eirik i stanął przed matką.

- No, no, jaki mały, zaciekły wojownik - prychnęła Liv, mierząc go wzrokiem.

- Eiriku. - Sylvi powstrzymała go spojrzeniem. - Liv straciła swoją modir i jest daleko od domu. Pomyśl, to musi być dla niej coś przerażającego.

- Nie jestem przerażona. - Liv spiorunowała ją wzrokiem. - Zatrzymujecie mnie tu na własne ryzyko.

Sylvi schowała słoneczny kamień i wisior, a potem uklękła obok Eirika, położyła mu rękę na ramieniu i zwróciła się do dziewczynki.

- Liv, witaj w Sundgardzie.

- Mam na imię Heidin - odpowiedziała Liv.

Sylvi przyjrzała się jej twarzy.

- Masz starą duszę i na pewno wiele imion. Ale tutaj w Sundgardzie twoim imieniem będzie Liv. - Zamilkła, lecz dziewczynka nic nie odpowiedziała. - To mój syn, Eirik. Przydałaby mu się starsza systir.

Eirik poczuł się jak przygwożdżony spojrzeniem brązowych oczu dziewczynki. Liv przez dłuższą chwilę patrzyła na niego z góry, a potem jakby podjęła decyzję.

- Wygląda na to, że dobrze mu zrobi moja pomoc - powiedziała. - Na razie tu zostanę.

Od tego dnia farma w Sundgardzie stała się gospodarstwem najbogatszym i cieszącym się najlepszymi plonami na całym Muckleholmie.

Saga ta rozpoczyna się tuż po przesileniu zimowym, w roku, w którym Eirik Halvorsen skończył szesnaście lat, a jego systir Liv miała ich dziewiętnaście. W roku, w którym urodził się ich brodir Ivar.

Gdyby Eirik otrzymał dar widzenia przyszłości, być może sprawy potoczyłyby się inaczej. On jednak takiego daru nie miał. Zresztą być może nie miałoby to żadnego znaczenia. Grandfadir Björn zawsze mówił, że gdy człowiek się rodzi, jego los jest już wpleciony w tkaninę świata.

Ale jeśli grandfadir naprawdę w to wierzył, dlaczego obstawał, by wypalić znaki ochronne na burtach i wiośle sterowym łodzi, którą wspólnie zbudowali? Dlaczego nadal oddawał cześć bogom i nalegał, aby Eirik też to robił?

Jeśli mieszkańcy Selvagru naprawdę w to wierzyli, to po co skazywali ludzi na wygnanie za coś, do czego zmusił ich los?

W tamtych czasach Eirik nie wierzył jednak w przepowiednie, w bogów ani w nic poza toporem w rękach. Większość dnia spędzał w lesie, rąbiąc i rozłupując powalone drzewa, a potem chodził tam i z powrotem, milę w każdą stronę, ciągnąc rozszczepione kłody do komórki na drewno obok domu. Kiedy kończył, był spocony i wyczerpany, ale wiedział, że drewna starczy na podtrzymanie ognia aż do rana, choć właśnie mieli do czynienia z najzimniejszymi, najciemniejszymi nocami najzimniejszego roku za ludzkiej pamięci. Niektórzy porównywali to do Fimbulvinter, ponurej, straszliwej zimy, która miała nastąpić przed Ragnarökiem.

Praca w lesie stanowiła także pretekst do wyjścia z domu, w którym panowała pełna emocji atmosfera - tak gęsta, jak stojąca przez cały dzień w garnku owsianka.

Problemem był jego ojczym.

Leif, fadir Eirika, zmarł kilka lat wcześniej. Fadir jego modir, Björn Eiriksen, podążył za Leifem na tamten świat dwa lata później. Kłopoty zaczęły się rok po jego śmierci, gdy modir Eirika poślubiła Stena Knudsena.

Sten był synem Gustava Knudsena, najbogatszego i najpotężniejszego człowieka w Selvagrze. Wysoki i przystojny, miał płomiennorude włosy i okazałe mięśnie, które wyrobił sobie przy pracy w dołach smolnych swojego fadira.

W małżeństwie prawie od początku dochodziło do kłótni. Sylvi wniosła w związek swoją farmę w Sundgardzie, którą przekazał jej Björn. Należała do jej rodziny od pokoleń. Powszechnie uważano, że to najżyźniejsze ziemie i najlepsze pod uprawę miejsce w okolicy. Gdzieś indziej plony usychały, bydło chorowało, krowy nie dawały mleka, w domy uderzały pioruny, a jabłonie rodziły kwaśne i pomarszczone owoce - ale nie w Sundgardzie.

"Sundgard to dziwne miejsce" - mówili ludzie, a w ich oczach malowała się zawiść. Halvorsenowie nie należeli do bogaczy, ale w tym jałowym, zubożałym regionie żyzna farma była warta fortunę.

Sten zakładał, że gospodarstwo dostanie się mu na własność jako posag Sylvi. Zamiast tego Sylvi dała mu worek srebrnych monet, które Björn przywiózł z jednej ze swoich wypraw, i zatrzymała farmę we własnym władaniu.

- Nie ożeniłem się z tobą dla worka srebra! - krzyknął Sten przy jednej z pierwszych sprzeczek.

- Czyli mówisz, że ożeniłeś się ze mną dla mojej farmy? - warknęła Sylvi.

Nie musieli długo czekać, by się okazało, że Sten to brutalny i gwałtowny człowiek, którego nie dawało się zadowolić, nawet gdy był trzeźwy. Gdy pił, stawał się jeszcze gorszy. Nie szczędził razów swojej nowej rodzinie. Eirik większość z nich brał na siebie, ale modir i systir też się czasem dostawało. Najbardziej niebezpieczną porę roku stanowiła zima, bo zła pogoda zatrzymywała wszystkich w domu.

Sylvi oznajmiła Stenowi, że chce się z nim rozstać, on jednak odmówił wyprowadzki, a ona też nie chciała się wynieść, bo wówczas zostawiłaby gospodarstwo w jego posiadaniu. Tak więc życie w długim domu weszło w impas, przerywany chwilami przemocy.

W końcu modir zaszła w ciążę. Oczekiwała dziecka Stena i od tamtej pory mężczyzna nigdy już nie podniósł na Sylvi ręki.

Jego ulubionym celem stał się Eirik. Wystarczyło, że przebywali w tej samej izbie przez chwilę, żeby Sten zaczął szukać pretekstu, by na niego ponarzekać lub go uderzyć. Chłopak nie mógł się doczekać sezonu żeglugi, kiedy wejdzie na pokład łodzi i zostawi za sobą Sundgard i ojczyma.

Tego dnia Eirik zwlekał tak długo, jak tylko mógł, zanim wszedł do domu z naręczem drewna. Liv siedziała przy krośnie, przesuwając czółenko między ustawioną pionowo osnową i dociskając wątek do gotowej tkaniny. Krótki zimowy dzień prawie się skończył i Eirik miał wrażenie, że systir pracuje teraz już tylko na wyczucie. Modir siedziała blisko ognia, robiąc skarpetki dla dziecka. Kościana igła połyskiwała w blasku ognia. Kiedy Eirik dołożył drew, strzeliły płomienie, oświetlając zarys wielkiego, napinającego suknię brzucha Sylvi. Dziecko miało wkrótce przyjść na świat.

Z początku nie zauważył Stena i zrozumiał swój błąd, dopiero gdy ojczym chwycił go za ramiona i obrócił do siebie.

- Śmierdzi tu jak w chlewie, chłopcze - warknął. - Kiedy ostatnio sprzątałeś zagrody?

Obora zimowa znajdowała się na końcu długiego domu, aby łatwo było się do niej dostać w zimnych porach roku. Kiedy nie sprzątano jej na bieżąco, łatwo dawało się to wyczuć w izbach mieszkalnych.

- Posprzątałem wczoraj - powiedział Eirik. - Nic nie czuję.

- Powiedziałem, że śmierdzi! - krzyknął Sten i pchnął chłopaka na ścianę. Pochylił się, przybliżając do niego twarz. Do jego brody przylepiły się zaschnięte resztki jedzenia. Eirika owionął jego cuchnący piwem oddech. - Obżerasz nas w domu i poza nim. Mógłbyś przynajmniej zarobić na swoje utrzymanie.

Eirik, który od dawna starał się trzymać z dala od ojczyma, w osłupieniu zdał sobie nagle sprawę, że teraz jest od niego wyższy. Kiedy to się stało?

Sten nadal był cięższy o połowę, ale też mocno się roztył w ciągu tego roku, spędzonego poza dołami smolnymi.

Eirik spojrzał ojczymowi w oczy i uśmiechnął się lekko.

Sten zauważył to, zmrużył powieki i zacisnął usta, jakby uświadomił sobie, że to tylko kwestia czasu, zanim Eirik zacznie mu się naprawdę przeciwstawiać.

- Zostaw go, Stenie - powiedziała Sylvi, podnosząc wzrok znad swojej robótki. - Podam nattmal, jak tylko skończę ten rządek. Kiedy zjemy, wszystkim poprawi się nastrój.

- Myślisz, że siądę do jedzenia, kiedy od tego smrodu robi mi się niedobrze?

Eirik, zmęczony i obolały, nie miał nastroju na wysłuchiwanie narzekań Stena. Choć prawdę mówiąc, nigdy nie był w nastroju na słuchanie ojczyma.

- Jeśli tu śmierdzi - rzucił - to nie z obory.

To był jego drugi błąd.

- Uch, ty! - wrzasnął Sten i uderzył go w twarz tak mocno, że Eirik stracił równowagę i upadł na ziemię.

Z rozciętej wargi popłynęła krew. Musiał odwrócić głowę w bok, żeby się nie zakrztusić.

Liv poderwała się i stanęła między nimi.

- Zostaw go w spokoju! - syknęła. - Kto spędził cały dzień na rąbaniu drewna? Kto łowi ryby przez całe lato, żebyśmy mieli co jeść przez całą zimę? Robi tu o wiele więcej niż...

- Stul pysk, wiedźmo! - warknął Sten. - Zawsze czaisz się w pobliżu i mamroczesz coś pod nosem. Na widok twarzy takiej jak twoja człowiek mógłby się zamienić w kamień! Wszyscy tu wiedzą, że przynosisz pecha!

- Powinieneś posłuchać, co mówią o tobie - odparowała Liv. - Każdego dnia wyglądasz coraz bardziej jak...

- Dosyć, Liv! - krzyknęła rozpaczliwie Sylvi. - Wracaj do krosna. Już prawie ciemno.

Eirik dźwignął się na kolana, po czym wstał i wytarł rękawem krew z twarzy. Gotowało się w nim od gniewu. Z zaciśniętymi pięściami stanął naprzeciw ojczyma.

- Eiriku - powiedziała Sylvi i zrzucając robótkę z kolan, z trudem podniosła się na nogi. - Idź do szopy na łodzie.

- Nie, niech zostanie - rzekł powoli Sten. - Jeśli chce walki, to będzie ją miał. Najwyższy czas, żeby zrozumiał, że to ja jestem tu teraz głową domu.

- Nie jesteś głową tego domu - warknął Eirik. - Jesteś nikim. Jesteś niechcianym darmozjadem na farmie mojej modir. Gdybyś miał choć odrobinę honoru, odszedłbyś.

Sten rzucił się na niego, ale Eirik zrobił unik i podstawił mu nogę. Mężczyzna potknął się i uderzył głową w stół. Niewątpliwie miał w tym zasługę trunek, który popijał przez cały dzień. Leżał teraz na podłodze, jęcząc i przeklinając, i przez dłuższą chwilę nie mógł się podnieść.

- Eiriku Halvorsenie - rzekła modir cichym, drżącym głosem. - Kazałam ci iść do szopy na łodzie. Oczekuję, że mnie posłuchasz. - Przerwała, położyła dłoń na swoim wielkim brzuchu, a potem wyszeptała: - Proszę.

Chłopak wyszedł, kipiąc z wściekłości.

W szopie było zimno i ciemno. Eirik wrzucił drewno na podpałkę do paleniska i rozpalił ogień krzesiwem.

"To jedyne, co mi dobrze wychodzi" - pomyślał gorzko - "wzbudzanie pożarów".

Ogień już dobrze się palił, a Eirik nadal nie potrafił się uspokoić. Grzał sobie ręce i wpatrywał się ponuro w płomienie. Był zły na Stena, rozczarowany sobą i sfrustrowany widoczną uległością modir, zastraszanej przez ojczyma.

Gdyby tak mógł znaleźć się gdzieś indziej - gdziekolwiek indziej. Björn opowiadał, że na południowym oceanie panuje tak dobra pogoda, że można tam żeglować przez cały rok. Eirik żałował, że nie wie, która z pieśni grandfadira mogłaby go tam zaprowadzić.

Żałował, że nie jest choć rok lub dwa lata starszy. Wówczas mógłby być może zwerbować własną załogę, na tyle liczną, by popłynąć na wyprawę langskipem.

Sylvi zawsze powtarzała, że gdyby życzenia wyglądały jak ryby, wszyscy mieliby pełne sieci.

W wieku szesnastu lat Eirik przewyższał wzrostem niemal wszystkich innych mężczyzn. Według prawa był wystarczająco dorosły, aby się ożenić. Kiedy chodził do Selvagru, dziewczyny pokazywały go palcami i plotkowały o nim szeptem, on jednak nauczył się szukać miłostek dalej od domu. Osada była za mała, a pamięć jej mieszkańców zbyt długa.

Eirik znajdował się jeszcze w tym okresie życia, w którym musiał wyrywać rzadkie, rude włoski rosnące mu na brodzie i nad górną wargą. Starannie czesał i splatał swoje jasne włosy. Wciąż wyrastał z ubrań. Modir i systir nie nadążały z przędzeniem, tkaniem i szyciem, by przyodziać całą rodzinę. Od owiec i lnu do koszul i spodni droga była długa...

Ludzie mówili, że przypomina fadira - wysokiego, barczystego, o jasnych włosach i niebieskich oczach. Leif Halvorsen przybył do Selvagru, kiedy pewnego lata zaciągnął się do załogi Björna.

- Jak tylko twoja modir zobaczyła Leifa, nie chciała nikogo innego - opowiadał mu Björn. - Ostrzegałem ją, że to nie jest typ mężczyzny, który siedzi w jednym miejscu lub pozostaje długo z jedną kobietą. Powiedziała mi, że woli spędzić jeden rok z Leifem niż całe życie z którymkolwiek innym mężczyzną. Kiedy następnego lata wrócił do Sundgardu, wyszła za niego za mąż.

Każdego lata Leif wyprawiał się z Björnem na morze, ale zawsze wracał. Wypłynął też na morze tego lata, kiedy urodził się Eirik.

W wieku ośmiu lat chłopak stał się już wystarczająco duży i silny, by przez cały dzień pracować wiosłem lub obsługiwać wiadro. Dołączył wtedy do załogi i od tamtej pory spędzał każde lato na wodzie, ucząc się sztuczek żeglarskich i sterowania. Już wtedy cechowała go duma i porywczość, a załoga nie pobłażała mu ze względu na jego wiek czy pochodzenie. Ćwiczył walkę na topory i włócznie, a także brutalne zapasy lausatok, rodzaj walki bez broni - wytrenowany w niej człowiek zawsze był gotowy do starcia.

Dopiero gdy wyruszył w morze, dowiedział się, że bogowie i jötunowie z opowieści grandfadira wymordowali się nawzajem wieki temu. Ludziom pozostał Midgard, w którym walczyli o przetrwanie, oraz kraina umarłych - Hel, dokąd trafiali po przegranych bitwach.

To właśnie wtedy Eirik zaczął dorastać.

Po śmierci Leifa i Björna Sylvi ubłagała syna, aby nie zaciągał się na wyprawy, bo wówczas spędzałby poza domem całe lato. Nie lubił służyć pod kimś innym, więc zgodził się i na następne dwa lata zostawił langskip w szopie. Wynajął jednego członka załogi i zabierał swoją malutką karve na połowy przy brzegach Archipelagu. Czasami dołączała do nich Liv. Miała instynkt czytania w wiatrach i przewidywania, czego chce Eirik, zanim on sam to sobie uświadomił. Chciałby, żeby cały czas była w jego załodze, ale Sylvi potrzebowała jej na farmie.

Gdy już się ogrzał, odszedł od ognia, usiadł przy stole warsztatowym i wziął w ręce konika, którego rzeźbił dla dziecka. Musiał tylko wykończyć grzywę i ogon i natrzeć drewno olejem lnianym - zabawka była już prawie gotowa.

Chwycił ośnik i zaczął ścinać ostre krawędzie.

Zaburczało mu w brzuchu. Sten miał rację co do jednego: Eirik był zawsze głodny, a teraz ominęło go nattmal, wieczorny posiłek.

Drzwi otworzyły się i jakby przywołana tą myślą do szopy weszła Sylvi, trzymając w dłoniach miskę parującej owsianki. Postawiła ją na ławce obok niego. Na wierzchu leżał duży kawałek wędzonej ryby i kromka owsianego chleba.

- Wiedziałam, że będziesz głodny.

- Ano jestem. - Nic więcej nie powiedział, bo wciąż czuł złość i nie chciał ryzykować, że wyrwie mu się coś niemiłego. Rozdrobnił łyżką rybę, zmieszał ją z owsianką i odgryzł duży kęs.

Modir opadła ciężko na drugi koniec ławki. Była blada i mimo chłodu spocona.

- Musisz stąd wyjechać, zanim dziecko się urodzi.

Eirik o mało nie zakrztusił się chlebem.

- Co?

- Sten planuje cię zabić, żeby jego dziecko mogło odziedziczyć farmę. - Głos Sylvi był niski, rzeczowy. Zmroził mu krew w żyłach.

- Powiedział ci to? - Eirik czuł się tak, jakby jego głowę wciśnięto pod wodę i zabrakło mu nagle powietrza.

- Kiedy dwa tygodnie temu odwiedził nas wuj Finni, podsłuchałam ich rozmowę. To dlatego Sten próbował wszcząć z tobą bójkę. Uważa cię za główną przeszkodę w swoich planach. Myśli, że gdy usunie cię z drogi, będzie mu łatwiej zapanować nad Liv.

- Jeśli tak myśli, to nie zna Liv - parsknął Eirik, zapominając o kolacji.

Sylvi skrzywiła się, zaciskając usta, jakby ją coś bolało.

- Dobrze się czujesz, modir? - Chłopak odstawił owsiankę na bok, gotowy jakoś pomóc, w razie potrzeby pobiec po systir.

Sylvi wzięła głęboki wdech, wypuściła powietrze i zignorowała pytanie.

- Ulff Stevenson wiele razy mówił, że przyjmie cię na ucznia. Możesz mieszkać nad jego warsztatem.

Stevenson był kowalem w Selvagrze.

- Nie zamierzam przeprowadzić się do wioski i zostawić ciebie i Liv z Knudsenem. Jeśli odejdę, odejdziesz ze mną.

- Nie - odparła Sylvi. - To jest moja farma. Jeśli ją opuszczę, Sten dostanie to, czego chce. Nie będzie niepokoił Liv, kiedy będziesz mieszkał w pobliżu. Wie, że jeśli ją skrzywdzi, przyjdziesz się z nim policzyć.

- Jak dotąd to go nie powstrzymywało - burknął z goryczą Eirik.

- Nie - powiedziała Sylvi. - Gdy jesteś tutaj... - Urwała i zgięła się wpół.

- Modir?! - wykrzyknął Eirik, już całkiem zaniepokojony. - Zabiorę cię z powrotem do domu, tam jest cieplej.

Sylvi potrząsnęła głową i powoli się wyprostowała.

- Kiedy będziesz starszy, poradzimy sobie we troje ze Stenem tak, że nikt się na tym nie pozna. Ale teraz chcę, żebyście z Liv po prostu do tego czasu przeżyli.

- Mam szesnaście lat - powiedział Eirik. - Jestem już wystarczająco silny. Zabiję go.

- Nie - odparła, ściskając jego dłoń tak mocno, że aż zabolało. - Obiecaj mi, że nie będziesz próbował. Sten tego właśnie chce. Nadal ma większą krzepę niż ty. Do tego to doświadczony wojownik, zdecydowanie bardziej od ciebie.

- Kiedy pije, przestaje nim być.

- Nie łudź się, Sten jest niebezpieczny nawet po pijaku - westchnęła Sylvi. - Znajdzie sposób, żeby cię zabić. I nie musi to być uczciwa walka. Dlatego powinieneś teraz odejść.

"Może nie jestem jeszcze wystarczająco silny" - uznał Eirik w duchu - "ale wkrótce będę".

Jakby czytając w jego myślach, Sylvi oświadczyła:

- Nawet jeśli ci się uda, staniesz przed tingiem oskarżony o morderstwo. Ojciec i bracia Stena należą do tingu, a większość pozostałych jego członków robi z nimi interesy. Zostaniesz wyjęty spod prawa, a potem rodzina Stena cię zabije. On nie jest tego wart, Eiriku.

- Dlaczego za niego wyszłaś? - W chłopaku znów wezbrała złość. - Radziliśmy sobie dobrze sami.

- Nie - powiedziała bez ogródek Sylvi. - Nie. To duża farma, za duża dla Liv i dla mnie. Nie zdołałybyśmy same sobie na niej poradzić każdego lata, podczas gdy ty wypływałbyś na wiking.

Wiking. Słowo, które kiedyś znaczyło dużo więcej niż dziś. Oznaczało żeglowanie brzegiem morza, najazdy, poszukiwanie przygód, w których drużyna rozlewała krew we wspólnej sprawie. I każdy mężczyzna mógł codziennie udowadniać, czego jest wart.

Słowo, które znaczyło więcej niż łowienie ryb.

- Trzeba mi było powiedzieć... - Eirika ogarnęło poczucie winy. - Mógłbym zostać w domu.

- Nie jesteś rolnikiem, Eiriku - odparła modir. - Jesteś jak twój fadir i grandfadir, za bardzo ich przypominasz, żeby siedzieć cały czas na lądzie. Zawsze bardziej interesowało cię to, co jest za horyzontem, niż to, co za tobą. - Zamilkła, jakby zastanawiając się, czy mówić dalej. - Björn twierdził, że jest potomkiem Njörda, boga mórz. Jednego z Wanów - rzekła w końcu. - Ale mówił też, że mądry człowiek czci wszystkich bogów.

- Pewnie dlatego zawsze nalegał, żebym ich szanował - powiedział Eirik. - Chociaż nie widzę w tym sensu, skoro bogowie nie żyją.

Przez dłuższą chwilę Sylvi milczała. Potem wyciągnęła rękę i dotknęła wisiora Eirika - tego, który zostawił mu fadir.

- Dałam go Leifowi, kiedy się pobraliśmy - rzekła. - Twój fadir wywodził się od bogów wojowników. Jesteś bardzo podobny do fadira, ale tkwi też w tobie coś z grandfadira. Masz wybór. Wybieraj ostrożnie.

- Nie rozumiem.

- Walka to nie jest jedyna droga do zwycięstwa. - Zmierzwiła mu włosy na znak, że jeśli nie pojmuje, nie będzie próbowała mu dalej tego wyjaśniać. - Powiedz, że pójdziesz do Stevensona - poprosiła.

- Pomyślę o tym. - Tylko tyle mógł jej obiecać.

- Myśl szybko. - Sylvi otarła czoło rękawem. Miała bladą, lepką skórę, oddychała szybko i płytko. - Jeśli nie przeżyję porodu, chcę, żebyś coś zrobił.

- Modir! - Eirik znów poczuł niepokój. - Czy...

- Pod moją ławą do spania jest kamień w podłodze. Znajdziesz pod nim małą szkatułkę. Weź stamtąd moje ozdoby - brosze, srebrną bransoletę i bursztynowy naszyjnik - dla twojej systir. Resztę włóż z powrotem do schowka i nigdy nikomu o tym nie mów. Nawet Liv.

Dlaczego miałby nie mówić o tym Liv?

- Nie rozumiem, dlaczego...

- Przysięgnij mi, Eiriku Halvorsen - przerwała mu Sylvi, a każde jej słowo było niczym stalowy grot - że resztę zwrócisz do schowka i nigdy nikomu o tym nie wspomnisz.

- Przysięgam - szepnął.

- Jeśli coś mi się stanie, Sundgard przejdzie na ciebie i Liv. Nie pozwól, aby Knudsenowie wam go odebrali.

- Nic ci się nie stanie!

- Musisz mi przysiąc.

- Przysięgam, modir - rzekł Eirik i od razu poczuł na swoich ramionach ciężar tej obietnicy. Przysięgi w Midgardzie traktowano poważnie i nie można było ich lekceważyć.

- Pomóż mi wstać - powiedziała, wyciągając ręce. Chłopak pomógł modir stanąć na nogi i zobaczył, że jej suknia jest przemoczona, a między stopami błyszczy kałuża. - Wracajmy do domu. Twój mały brodir pcha się już na świat.

Reggin Eiklund stała w drzwiach karczmy Gunnara, patrząc w dół zatłoczonej ulicy, gdzie pod wzgórzem rozciągało się nabrzeże. Port pełen statków handlowych ze zdjętymi i przymocowanymi do nadburci masztami przypominał wykarczowany las.

Był to czas Disting, święta pługów, bogiń i nowych początków. Tutaj, w Langviku, największym porcie na dużej wyspie Muckleholm, obchodzono również święto statków. Chociaż kry lodowe jeszcze kołysały się w porcie, święto stanowiło początek sezonu żeglugowego.

Dla większości ludzi, również tych, którzy nie przepadali ani za boginiami, ani za pługami, oznaczało to też pierwszy od święta Jul pretekst, żeby upić się do nieprzytomności.

Była to już szósta noc Reggin u Gunnara, a zatem i ostatnia.

Jutro czekała ją długa, piesza wędrówka do innego miasta. Lub jakiś ciasny kąt na statku.

Jej pan, Asger, lubił miasta portowe, bo przewijało się tam wielu ludzi. Zawsze nowe tłumy. Z łatwością można było się też z nich wymknąć. Czy byli już kiedyś w Langviku? Po pewnym czasie wszystkie miejscowości jej się zlewały.

Nigdzie nie zatrzymywali się na dłużej niż tydzień. Zupełnie jakby Asger uciekał przed niewidzialnymi demonami, które mogłyby go schwytać, gdyby zbyt długo pozostawał w jednym miejscu. Niestety demon Reggin podążał za nią, dokądkolwiek się udała.

Dziewczyna słyszała, jak Gunnar, właściciel karczmy, krząta się za jej plecami, rad na myśl o zyskach, których się spodziewał w najbliższych dniach. Z okazji święta prawie wszystkie karczmy w mieście były pełne, włącznie z oberżą Gunnara.

Reggin zaproponowała mu, że będzie śpiewać, grać na flecie, uzdrawiać i wróżyć podczas trwających siedem dni obchodów, a on z radością się zgodził, zwłaszcza że za te usługi miał jej zapłacić tylko miejscem do spania i wyżywieniem - napiwki wzięli na siebie klienci.

Nie widziała Asgera przez cały tydzień, co zapewne znaczyło, że jego uwagę zaprzątają inne sprawy. Ale równie dobrze mógł przebywać przez cały czas w pobliżu. Przypominał jedną z tych jaszczurek, które potrafią zmieniać kolory, żeby dopasować się do otoczenia. Każdy z bywalców mógł być Asgerem, bo jej pan umiał upodobnić się do żeglarza, rolnika czy pasterza. Nie miała pojęcia, kiedy znów - jakby znikąd - zjawi się przy niej i kiedy poczuje na skórze pocałunek płomienia.

- Dlaczego to robisz? - Kiedyś Reggin zebrała się na odwagę i postanowiła go o to zapytać. - Aż mnie dreszcze przechodzą.

- Chcę tylko, żebyś była uczciwa, meylo - odparł Asger, świdrując ją pełnymi ognia oczami. Włosy migotały mu jak płomienie. Zawsze mówił do niej "meylo" - dziewczynko.

"W tym, co robię, nie ma przecież nic uczciwego" - pomyślała wtedy Reggin.

Może z wyjątkiem muzyki. Ze wszystkich talentów, do których się przyznawała (a było ich wiele), tylko muzyka stanowiła prawdziwą magię. No, może jeszcze uzdrawianie.

Asger na pewno stawi się tu dziś wieczorem. Nigdy nie pomija ostatniej nocy takich uroczystości, kiedy pieniądze rzeczywiście płyną strumieniami i nadchodzi czas, by zabrać jej to, co zarobiła.

Niektórzy goście wychylali już kubki miodu i piwa, ale to była tylko krótka chwila wytchnienia przed prawdziwym szaleństwem. Najpierw nattmal, kolacja z gulaszem z jagnięciny i jęczmienia, a potem jeszcze więcej pijaństwa i zabawy. Reggin nie cieszyła się na myśl o kolejnej nocy w tej hałaśliwej sali, w której codziennie musiała zmagać się z klientami zakładającymi, że oferuje również inne usługi, a nie tylko zaklęcia, uzdrawianie i przepowiednie.

Wygładziła suknię i poprawiła pasek obwieszony ozdobnymi woreczkami, błyskotkami, lekami i amuletami, które zamierzała sprzedać klientom przed upływem nocy. Kościany flet nosiła w oddzielnej torbie ze skórzanym paskiem, który przecinał jej tors. Były to jej narzędzia do pracy - w równej mierze jak jej umiejętności i spryt.

To wszystko, co miała. Wszystko, co kiedykolwiek posiadała.

Sukienkę na jej ramionach utrzymywały ramiączka z wąskich krajek. Dół lnianej tuniki zdobiła inna krajka. Spod spódnicy wystawały wytworne, czerwone, skórzane buty. Jej niesforne włosy miały kolor liści dębu w zimie, przetykany miedzianymi i rudymi pasmami. Zaplatała je w długi warkocz, dziś zwinięty w siateczce ze złotym brokatem.

Jak każdy kuglarz czy aktor ubrała się stosownie do roli - wyglądała na cieszącą się powodzeniem spakonę, jasnowidzącą, którą warto poprosić o radę.

Na razie jednak stała tylko w drzwiach i oddychała morskim powietrzem, marząc o odległych krainach. Krainach, w których nigdy nie odnalazłby jej Asger Eldr.

Omal nie straciła równowagi na drewnianym progu, kiedy zdyszany służący w płowożółtym odzieniu przecisnął się obok niej i wpadł do środka.

- Dokąd ci tak śpieszno? - mruknęła Reggin pod nosem.

Służący przedarł się przez tłum do Gunnara. Po krótkiej rozmowie, przy której wymachiwał z ożywieniem rękami, znów przecisnął się obok dziewczyny, trącając ją łokciem, i wybiegł na ulicę.

Karczmarz, rozpromieniony, prawie podskakiwał z radości, co dla kogoś tak otyłego stanowiło nie lada wyczyn.

- Mamy dzisiaj ważnych gości! - zawołał do Thurstona, swojego thralla. - Rusz się żywiej!

Reggin nie wytrzymała.

- Nie wiem, jak mógłby pracować ciężej niż teraz - warknęła.

Bo była to prawda. Dziewczyna nie widziała, żeby Thurston kiedykolwiek się obijał - a na pewno ani razu w ciągu ostatniego tygodnia (czego nie mogła powiedzieć o sobie). Jako jedyny niewolnik Gunnara, musiał nadrabiać robotę za swojego pana, który dużo mówił, ale pracował mało.

Thurston był bardzo lubiany wśród stałych bywalców. Kiedy przeciskał się między stołami, wielu gości życzliwie go pozdrawiało. Jeśli ludzie wracali do karczmy Gunnara, to właśnie ze względu na Thurstona, bo z pewnością nie na potrawkę z baraniny.

Gunnar tymczasem wciąż rozwodził się nad wspaniałością swoich przyszłych gości.

- No dobrze - rzekła Reggin, wiedząc, że karczmarz nie zamilknie, dopóki ktoś go o to nie zapyta. - To powiedz, kto taki przybywa.

- Strażniczka. - W głosie Gunnara brzmiała ledwie skrywana duma.

- To rzeczywiście zaszczyt - stwierdziła Reggin, kiwając głową. - A czego strzeże?

- Niczego nie strzeże. - Gunnar wydawał się rozczarowany, że nie wywarł na niej większego wrażenia. - To najwyższa kapłanka Świątyni w Gaju.

- Czyli to... wyznawczyni starej wiary? - zdziwiła się Reggin. W tych czasach mało kto czcił bogów. Poświęcone im drewniane chramy rozbierano na opał, choć kamienne nadal stały. Amulety i figurki zostały przetopione i zrobiono z nich inne rzeczy. Bogowie nie wtrącali się już w ludzkie sprawy, więc po co było się im kłaniać?

- Ale nie ma to nic wspólnego z bogami - powiedział Gunnar. Brzmiało to tak, jakby wymyślał wyjaśnienie na poczekaniu. - Kobiety poświęcone świątyni nazywane są prządkami losu. To ostatnie wölwy.

Wölwy były czarodziejkami, uzdrowicielkami i wieszczkami - za taką osobę starała się uchodzić Reggin. Jej modir Tove nauczyła ją vardlokkur - magicznych pieśni wölw - zanim sprzedała ją Asgerowi.

- I co, ta... Strażniczka pracuje w karczmach i długich domach? - spytała.

- Nie! - parsknął z oburzeniem Gunnar. - To prawdziwa prządka losu. Jej wysłanniczki są tu co roku, ale sama przybywa rzadko. Podobno robi to tylko wtedy, kiedy proszą ją o radę królowie i jarlowie od Gr?nlandu po Frakkland.

Reggin poczuła się dotknięta. Nie tyle tym, że karczmarz dawał w ten sposób do zrozumienia, że ona sama jest szachrajką, ile sugestią, że Strażniczka szachrajką nie jest. A na pewno chodziło po prostu o kolejną kuglarkę, która miała lepszy scenariusz i piękniejszy kostium, a do tego działała na większą skalę.

- Cóż - prychnęła - ja nie jestem ani jarlem, ani królem. Pewnie dlatego o niej nie słyszałam.

- Możliwe - powiedział Gunnar, zupełnie nie chwytając ironii. - Kiedy na Archipelag przybywają prządki losu, proszą tylko, żeby pozwolono im odwiedzać przytułki, sierocińce i targi niewolników. Zabierają stamtąd sieroty. Większość ludzi chętnie się ich pozbywa, bo mają dzięki temu mniej gąb do wykarmienia.

No tak. Czasy były ciężkie, odkąd Reggin sięgała pamięcią. Bydło często nie przeżywało mroźnych zim, a latem usychały plony. Rybacy wracali do domu z pustymi sieciami. W miastach i wioskach szalały zarazy, po których na ulicach błąkały się osierocone dzieci, a starsi nieraz chodzili do lasu, by tam umrzeć.

Ale przynajmniej czasy te sprzyjały sprzedaży lekarstw i talizmanów. I przepowiadaniu lepszej przyszłości. Reggin też była podrzutkiem, dopóki nie przygarnęła jej Tove. Gdy o tym pomyślała, przyszło jej do głowy pytanie.

- Po co im te sieroty?

- Szukają tych, które mają dar, żeby służyły w ich świątyni.

- Jak poznają, że sieroty mają dar?

- A skąd mam wiedzieć? - Gunnar wzruszył ramionami. - Ale te, które wybiorą, mają szczęście. Ludzie mówią, że świątynia jest jak pałac, podłogi są wysadzane klejnotami, a meble ze złota i srebra. Ryby wyskakują z morza na ich skinienie, a drzewa owocowe same zrzucają do ich koszy wiśnie i jabłka. Ich stoły uginają się od sera, masła, skyru, ryb i dziczyzny oraz wszelkich jagód.

"W takim razie na pewno polubiłyby twój gulasz z baraniny" - pomyślała Reggin, na głos zaś powiedziała:

- Gdzie jest ta Świątynia w Gaju?

- Nikt nie wie. Podobno na wyspie, którą skrywa magia. Jeśli statek zboczy z kursu i rozbije się na brzegu, całą załogę pożrą morskie potwory. Nikt nie przeżyje, żeby o tym opowiedzieć.

- To skąd to wszystko wiesz? - zapytała Reggin.

Gunnar wytrzeszczył oczy, zaskoczony.

- Skąd to wiem?...

- Skoro nikt nie przeżył, żeby opowiedzieć tę historię, to skąd o tym wiesz? - Reggin widziała, że karczmarz zaczyna się denerwować, ale miała tu spędzić jeszcze tylko jedną noc, więc się tym nie przejęła.

Gunnar przewrócił oczami.

- Tak mówią ludzie.

Dziewczyna postanowiła zmienić temat.

- Strażniczka przybywała tu już wcześniej na takie uroczystości?

Bo to by mogło oznaczać niepożądaną konkurencję.

Gunnar pokręcił głową.

- Wcale nie zamierzała tu przybyć. Jej statek został poważnie uszkodzony w sztormie u wybrzeży. Przypłynęli do portu, żeby go naprawić. Nie mieli pojęcia o święcie, dopóki nie dowiedzieli się, że wszystkie karczmy są pełne.

- A pomyślałby kto, że gdyby była naprawdę dobra w tym, co robi, przewidziałaby nadejście burzy i trzymałaby się od niej z daleka. - Reggin uniosła brwi. - Albo przynajmniej wiedziałaby o Distingu.

Oczy karczmarza rozszerzyły się w przestrachu.

- Nie chcę słyszeć takiego gadania, kiedy ona tu będzie - syknął.

- Nie martw się - powiedziała Reggin. - Zapytam ją tylko o świątynię i żeglarzy. Na pewno mi o tym opowie.

Nie miała wątpliwości, że Gunnar wybuchnie.

Nie zawiódł jej.

- Nie! - krzyknął zduszonym głosem. - Nie chcę, żebyś rozmawiała z nią ani z jej świtą o czymkolwiek! Po prostu zamknij się i rób swoje.

"Nie mogę pracować, nie otwierając ust" - miała ochotę wypalić, ale karczmarz zdążył już pokazać jej plecy.

"Jak mogę mieć tyle odwagi wobec Gunnara, a kulę się jak myszka, gdy muszę stawiać czoła Asgerowi?" - pomyślała gorzko.

Cóż - różnica między Gunnarem a Asgerem była wielka jak ocean.

- Pomyślałem, że będziesz chciała zjeść kolację, zanim się zacznie młyn.

Thurston. Oczywiście. Wskazał jej mały stolik, na którym postawił miskę gulaszu i kufel piwa z beczki.

- Dziękuję - odparła Reggin, zaskoczona jego troskliwością. Usiadła, przysunęła do siebie miskę i zaczęła jeść, podczas gdy Thurston stał przy niej, przestępując z nogi na nogę. Najwyraźniej miał jeszcze coś do powiedzenia.

Rozejrzała się dookoła i ostrożnie powęszyła. Czy możliwe, że Asger już tu był? Gdyby zobaczył, że siedzi z Thurstonem, mógłby...

Nie. Nie było go. A gdyby nawet był, powiedziałaby mu, że to w interesach. Chociaż w przeszłości nie zawsze to działało.

- Proszę. Usiądź ze mną - rzekła. - Ty też powinieneś coś zjeść.

Thurston rzucił szybkie spojrzenie w stronę kąta, w którym czaił się Gunnar, po czym nałożył sobie trochę potrawki, nalał odrobinę piwa i usiadł naprzeciw niej.

- Chcę, żebyś wiedziała... Oglądałem twoje występy w tym tygodniu i nigdy nie widziałem lepszych - wyznał. - Wiesz wszystko o ziołach i leczeniu. A twoja muzyka... twój głos, a zwłaszcza flet... - Położył dłoń na piersi. - Ta piosenka o pani z moczarów trafia prosto w serce.

- Och! - Reggin zawstydziła się, ale też wzruszyła, że thrall Gunnara poczuł potrzebę, by jej to powiedzieć. - Dziękuję.

- Przypomina mi to dźwięk fletów z moich stron - dodał. - Mówi się, że najdłużej zapada w pamięć zapach, ale dla mnie to muzyka. - Zamilkł. - Kiedyś tam wrócę.

- Och! - Dziewczyna zerknęła w stronę szynkwasu, gdzie Gunnar nalewał piwo do kufli.

Thurston podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.

- Oszczędzam pieniądze - szepnął, dotykając obroży niewolnika na szyi. - Chcę się wykupić. Ale najpierw potrzebuję przepowiedni. Muszę wiedzieć, czy powinienem zapytać o to Gunnara już teraz, czy później.

- Nie - powiedziała Reggin z zakłopotaniem. - Nie powinieneś podejmować decyzji na podstawie tego, co ci powiem.

- Ale... - Thurston zawahał się, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Reggin dopiero teraz zauważyła, że ma rude nawet rzęsy. - Robisz to każdego wieczoru. Prawda? Mówisz ludziom, co skrywa przyszłość.

- Tak, ale...

- Mogę zapłacić. - Wyciągnął spod koszuli skórzaną sakiewkę i potrząsnął nią, żeby zabrzęczało.

Reggin westchnęła. Jeszcze raz się rozejrzała. Potem poddała się i wyciągnęła coś z sakiewki.

"Widzisz, Asgerze? Na tym polega robienie interesów".

- Masz - szepnęła. - Potrzymaj to.

- Co to jest? - spytał podejrzliwie Thurston. - Nie widziałem, żebyś tego wcześniej używała.

- To łękotka, kość z kolana owcy. Odpowiada na pytania "tak" lub "nie". Zadajemy pytanie, a potem ją rzucamy. Odpowiedź zależy od tego, jak upadnie. Jeśli stroną z wgłębieniem do góry, odpowiedź brzmi "nie". Jeśli w dół, "tak".

Thurston ostrożnie wziął kość w dłonie. Reggin zacisnęła palce na jego rękach i zaintonowała wezwanie duchów zmarłych - v?ttirów.

- Odpowiedzcie mi, czcigodni v?ttirowie, na pytania, które wam zadam. Czy Thurston kupi dziś swoją wolność?

Odczekała chwilę, po czym powtórzyła wersety.

Thurston zaczął promienieć aż po końce niestarannie przystrzyżonych włosów, zupełnie jakby światło przenikało od wewnątrz przez jego skórę, tak że Reggin widziała teraz nawet zarys jego kości.

Nie zdążyli rzucić łękotki, gdy w jej głowie odezwał się zwielokrotniony echem głos:

Odnajdzie wolność,

Bo wolność przychodzi do każdego z nas.

Kupi swą wolność,

Lecz zapłaci cenę bogów.

Odnajdzie wolność w Helgafjell.

Helgafjell. W krainie umarłych.

Reggin krzyknęła, a Thurston drgnął i upuścił kość. Upadła na podłogę, odbiła się raz i znieruchomiała.

- No więc... - Thurston przyklęknął, żeby na nią spojrzeć. - Co to znaczy?

Dziewczyna splotła palce, by ukryć drżenie dłoni. Rozejrzała się - kto mógł wyszeptać jej te słowa do ucha?

- To nic nie znaczy. Nic. Kiedy tak upada, to znaczy, że duchy nie chcą odpowiedzieć.

- Och - westchnął Thurston. - Możemy spróbować jeszcze raz?

- N... nie - odparła Reggin. Podniosła kość i włożyła ją z powrotem do sakwy. - V?ttirowie nie lubią, jak się ich wzywa po raz drugi w tej samej sprawie. Ale na twoim miejscu dzisiaj nie mówiłabym o tym z Gunnarem.

Thurston skinął głową.

- Skoro tak twierdzisz - powiedział, wyraźnie rozczarowany.

- Obiecaj mi. - Wbiła w niego surowy wzrok.

- Obiecuję.

- A teraz lepiej weźmy się oboje do roboty. Gunnar cały czas się na nas gapi. - Reggin wstała, opierając się o stół, żeby nie upaść.

- Ile jestem ci winien? - Thurston wsunął palce do sakiewki.

- Nic! - Machnęła ręką. - Zachowaj to dla kogoś, kto może udzielić ci lepszej odpowiedzi.

O STWORZENIU

W niepamiętnych czasach istniał w pustce

Jötun Ymir.

Pierwszym był z jötunów

I z jego ciała

Powstało Dziewięć Światów,

Które łączyło drzewo Yggdrasil.

Światy Innangardu: Asgard i Midgard.

Asgard: twierdza gwałtownych bogów Asów.

Midgard: kraina ludzi.

Całym Innangardem rządzili

Twardą ręką

Wojowniczy bogowie: Asowie i Wanowie.

Wszystko inne za ich granicami

To Utangard.

Alfheim - dom elfów.

Nidavellir - ziemia jaskiń krasnoludów.

Jötunheim - kraina twórczego chaosu i wolności.

Hel - siedziba umarłych.

Muspelheim - kraina żywiołu ognia, siedziba Surtra, ognistego jötuna.

Niflheim - świat ciemności i lodu.

Wanaheim - pierwotna ojczyzna bogów Wanów.

Dzika, barbarzyńska, niebezpieczna.

Twórcza.

Wolna.

Kipiąca magią.

Wieczna pokusa dla mieszkańców

Krain wewnętrznych.

Niebezpieczne miejsce

Dla młodych bogów.

Jötunowie wymyślili zaklęcia na wilki i wszystkie zwierzęta

Na lądzie i w morzu.

Na łagodne deszcze, aby ugasić płomienie Muspelu,

I na ciepłe słońce, aby budzić kwiaty

I drzewa, i wszystko, co dobre i rośnie.

Przemienili Utangard w ogród.

Zazdrośni bogowie przekroczyli granice,

Zabijali jötunów, kradli skarby:

Miód poezji, srebro, złoto i drogie kamienie,

Magiczne runy

I z Utangardu porywali kobiety,

Które znały proroctwa i magię.

Heidin przybyła do bogów jako wysłanniczka.

Wiele darów przyniosła do siedziby Odyna:

Szaty utkane z rosy i snów.

Pieśni zaklęć, by usidlić gwiazdy.

Zaklęcia na wilki i wszystkie zwierzęta

Na lądzie i w morzu.

Na łagodne deszcze, aby ugasić płomienie Muspelu,

I na ciepłe słońce, aby budzić kwiaty

I drzewa, i wszystko, co dobre i rośnie.

Przemieniła jałowe światy w ogród.

Te rzeczy dała bogom.

Dobre rady dawała, wieszczyła i leczyła,

I wskrzeszoną wiedzą umarłych im służyła.

Bogowie Asgardu, zdjęci przerażeniem,

Oczy zasłonili przed jej blaskiem.

Wiedźmą ją nazwali i czarownicą.

Zazdrościli jej mocy.

Za jej hojność zdradą odpłacili.

Po trzykroć ją zabili w pałacu Odyna.

Zadźgali ją i spalili, a mimo to,

Mimo to przeżyła i zabrała krwawą ich odpowiedź znów do Utangardu.

Taki był początek końca świata.

O RAGNARÖKU

Odyn Allfadir wezwał wieszczkę

Z jej łoża pod kamieniami

I przepowiedni zażądał.

Spakona ostrzegła,

Że sieć już utkana została.

Cena przepowiedni

To myślenie bez końca o tym,

Czego zmienić nie można.

Allfadir wyłożył jednak srebro

I odpowiedzi zażądał.

Wieszczka przemówiła o końcu dni,

O poniżeniu potężnych bogów.

Bracia walczyć będą ze sobą i się zabijać,

A synowie sióstr więzy krwi skalają;

Czas toporów, czas mieczy, tarcze pękać będą;

Czas wiatrów, czas wilków, zanim świat upadnie;

Bogowie ni ludzie oszczędzać się nie będą.

Oto los sądzony mieszkańcom Asgardu.

Wysłuchawszy wölwy, Odyn przemierzył Dziewięć Światów w przebraniu,

Szukając tego, co mogłoby

Upadkowi bogów zapobiec.

Oddał oko

I pił ze studni wiedzy.

Dziewięć nocy wisiał

Na smaganym wiatrem drzewie

I skradł runy -

Narzędzia starej magii.

Jednooki bóg przemierzał Midgard, świat ludzi.

Budząc żądzę walki, umarłych wezwał

I zebrał armię w Walhalli.

Heidin zaś tka swoje sieci i czeka na swój czas.

Asgard karmił kruki

Krwią jötunów, elfów, krasnoludów i ludzi.

Zielone lasy zwalą, by burze strzał grzmiały,

A ziemia wyda stal na miecze.

Heidin kości rzuciła i czeka na swój czas.

Nadchodzi czas rozliczeń.

Czarne słońce wstanie, ziemia w morzu utonie,

Gorące gwiazdy, wirując, z nieba spadną;

Okrutnie buchnie życiodajny płomień,

Aż ogień wysoko się wzbije, ponad samo niebo.

Teraz znów widzę ziemię,

Jak z fal się podnosi, cała zielona;

Opadnie ciemność i orzeł się wzniesie,

I łowić będzie ryby pod klifami.

Wtedy nieobsiane pola wydadzą dojrzałe owoce.

Gdy Heidin powróci - wszystkie rany się zagoją.

Jötunowie na łąkach Idavöllru się zbiorą

I oglądać będą

Kości Jörmunganda, Węża Midgardu.

I wspominać

Klęskę Ragnaröku,

Heidin zdradzoną

I podstępną wyprawę Odyna.

Tam w trawie

Odnajdą na nowo

Złote pionki z gry.

Należały do nich

W pierwszych dniach.

Pani wstąpi na złoty tron.

Wielką przeszłość

Przywołają

I starożytne runy

Do domu wrócą.