Saga ta rozpoczyna się tuż po przesileniu zimowym, w roku, w którym Eirik Halvorsen skończył szesnaście lat, a jego systir Liv miała ich dziewiętnaście. W roku, w którym urodził się ich brodir Ivar.
Gdyby Eirik otrzymał dar widzenia przyszłości, być może sprawy potoczyłyby się inaczej. On jednak takiego daru nie miał. Zresztą być może nie miałoby to żadnego znaczenia. Grandfadir Björn zawsze mówił, że gdy człowiek się rodzi, jego los jest już wpleciony w tkaninę świata.
Ale jeśli grandfadir naprawdę w to wierzył, dlaczego obstawał, by wypalić znaki ochronne na burtach i wiośle sterowym łodzi, którą wspólnie zbudowali? Dlaczego nadal oddawał cześć bogom i nalegał, aby Eirik też to robił?
Jeśli mieszkańcy Selvagru naprawdę w to wierzyli, to po co skazywali ludzi na wygnanie za coś, do czego zmusił ich los?
W tamtych czasach Eirik nie wierzył jednak w przepowiednie, w bogów ani w nic poza toporem w rękach. Większość dnia spędzał w lesie, rąbiąc i rozłupując powalone drzewa, a potem chodził tam i z powrotem, milę w każdą stronę, ciągnąc rozszczepione kłody do komórki na drewno obok domu. Kiedy kończył, był spocony i wyczerpany, ale wiedział, że drewna starczy na podtrzymanie ognia aż do rana, choć właśnie mieli do czynienia z najzimniejszymi, najciemniejszymi nocami najzimniejszego roku za ludzkiej pamięci. Niektórzy porównywali to do Fimbulvinter, ponurej, straszliwej zimy, która miała nastąpić przed Ragnarökiem.
Praca w lesie stanowiła także pretekst do wyjścia z domu, w którym panowała pełna emocji atmosfera - tak gęsta, jak stojąca przez cały dzień w garnku owsianka.
Problemem był jego ojczym.
Leif, fadir Eirika, zmarł kilka lat wcześniej. Fadir jego modir, Björn Eiriksen, podążył za Leifem na tamten świat dwa lata później. Kłopoty zaczęły się rok po jego śmierci, gdy modir Eirika poślubiła Stena Knudsena.
Sten był synem Gustava Knudsena, najbogatszego i najpotężniejszego człowieka w Selvagrze. Wysoki i przystojny, miał płomiennorude włosy i okazałe mięśnie, które wyrobił sobie przy pracy w dołach smolnych swojego fadira.
W małżeństwie prawie od początku dochodziło do kłótni. Sylvi wniosła w związek swoją farmę w Sundgardzie, którą przekazał jej Björn. Należała do jej rodziny od pokoleń. Powszechnie uważano, że to najżyźniejsze ziemie i najlepsze pod uprawę miejsce w okolicy. Gdzieś indziej plony usychały, bydło chorowało, krowy nie dawały mleka, w domy uderzały pioruny, a jabłonie rodziły kwaśne i pomarszczone owoce - ale nie w Sundgardzie.
"Sundgard to dziwne miejsce" - mówili ludzie, a w ich oczach malowała się zawiść. Halvorsenowie nie należeli do bogaczy, ale w tym jałowym, zubożałym regionie żyzna farma była warta fortunę.
Sten zakładał, że gospodarstwo dostanie się mu na własność jako posag Sylvi. Zamiast tego Sylvi dała mu worek srebrnych monet, które Björn przywiózł z jednej ze swoich wypraw, i zatrzymała farmę we własnym władaniu.
- Nie ożeniłem się z tobą dla worka srebra! - krzyknął Sten przy jednej z pierwszych sprzeczek.
- Czyli mówisz, że ożeniłeś się ze mną dla mojej farmy? - warknęła Sylvi.
Nie musieli długo czekać, by się okazało, że Sten to brutalny i gwałtowny człowiek, którego nie dawało się zadowolić, nawet gdy był trzeźwy. Gdy pił, stawał się jeszcze gorszy. Nie szczędził razów swojej nowej rodzinie. Eirik większość z nich brał na siebie, ale modir i systir też się czasem dostawało. Najbardziej niebezpieczną porę roku stanowiła zima, bo zła pogoda zatrzymywała wszystkich w domu.
Sylvi oznajmiła Stenowi, że chce się z nim rozstać, on jednak odmówił wyprowadzki, a ona też nie chciała się wynieść, bo wówczas zostawiłaby gospodarstwo w jego posiadaniu. Tak więc życie w długim domu weszło w impas, przerywany chwilami przemocy.
W końcu modir zaszła w ciążę. Oczekiwała dziecka Stena i od tamtej pory mężczyzna nigdy już nie podniósł na Sylvi ręki.
Jego ulubionym celem stał się Eirik. Wystarczyło, że przebywali w tej samej izbie przez chwilę, żeby Sten zaczął szukać pretekstu, by na niego ponarzekać lub go uderzyć. Chłopak nie mógł się doczekać sezonu żeglugi, kiedy wejdzie na pokład łodzi i zostawi za sobą Sundgard i ojczyma.
Tego dnia Eirik zwlekał tak długo, jak tylko mógł, zanim wszedł do domu z naręczem drewna. Liv siedziała przy krośnie, przesuwając czółenko między ustawioną pionowo osnową i dociskając wątek do gotowej tkaniny. Krótki zimowy dzień prawie się skończył i Eirik miał wrażenie, że systir pracuje teraz już tylko na wyczucie. Modir siedziała blisko ognia, robiąc skarpetki dla dziecka. Kościana igła połyskiwała w blasku ognia. Kiedy Eirik dołożył drew, strzeliły płomienie, oświetlając zarys wielkiego, napinającego suknię brzucha Sylvi. Dziecko miało wkrótce przyjść na świat.
Z początku nie zauważył Stena i zrozumiał swój błąd, dopiero gdy ojczym chwycił go za ramiona i obrócił do siebie.
- Śmierdzi tu jak w chlewie, chłopcze - warknął. - Kiedy ostatnio sprzątałeś zagrody?
Obora zimowa znajdowała się na końcu długiego domu, aby łatwo było się do niej dostać w zimnych porach roku. Kiedy nie sprzątano jej na bieżąco, łatwo dawało się to wyczuć w izbach mieszkalnych.
- Posprzątałem wczoraj - powiedział Eirik. - Nic nie czuję.
- Powiedziałem, że śmierdzi! - krzyknął Sten i pchnął chłopaka na ścianę. Pochylił się, przybliżając do niego twarz. Do jego brody przylepiły się zaschnięte resztki jedzenia. Eirika owionął jego cuchnący piwem oddech. - Obżerasz nas w domu i poza nim. Mógłbyś przynajmniej zarobić na swoje utrzymanie.
Eirik, który od dawna starał się trzymać z dala od ojczyma, w osłupieniu zdał sobie nagle sprawę, że teraz jest od niego wyższy. Kiedy to się stało?
Sten nadal był cięższy o połowę, ale też mocno się roztył w ciągu tego roku, spędzonego poza dołami smolnymi.
Eirik spojrzał ojczymowi w oczy i uśmiechnął się lekko.
Sten zauważył to, zmrużył powieki i zacisnął usta, jakby uświadomił sobie, że to tylko kwestia czasu, zanim Eirik zacznie mu się naprawdę przeciwstawiać.
- Zostaw go, Stenie - powiedziała Sylvi, podnosząc wzrok znad swojej robótki. - Podam nattmal, jak tylko skończę ten rządek. Kiedy zjemy, wszystkim poprawi się nastrój.
- Myślisz, że siądę do jedzenia, kiedy od tego smrodu robi mi się niedobrze?
Eirik, zmęczony i obolały, nie miał nastroju na wysłuchiwanie narzekań Stena. Choć prawdę mówiąc, nigdy nie był w nastroju na słuchanie ojczyma.
- Jeśli tu śmierdzi - rzucił - to nie z obory.
To był jego drugi błąd.
- Uch, ty! - wrzasnął Sten i uderzył go w twarz tak mocno, że Eirik stracił równowagę i upadł na ziemię.
Z rozciętej wargi popłynęła krew. Musiał odwrócić głowę w bok, żeby się nie zakrztusić.
Liv poderwała się i stanęła między nimi.
- Zostaw go w spokoju! - syknęła. - Kto spędził cały dzień na rąbaniu drewna? Kto łowi ryby przez całe lato, żebyśmy mieli co jeść przez całą zimę? Robi tu o wiele więcej niż...
- Stul pysk, wiedźmo! - warknął Sten. - Zawsze czaisz się w pobliżu i mamroczesz coś pod nosem. Na widok twarzy takiej jak twoja człowiek mógłby się zamienić w kamień! Wszyscy tu wiedzą, że przynosisz pecha!
- Powinieneś posłuchać, co mówią o tobie - odparowała Liv. - Każdego dnia wyglądasz coraz bardziej jak...
- Dosyć, Liv! - krzyknęła rozpaczliwie Sylvi. - Wracaj do krosna. Już prawie ciemno.
Eirik dźwignął się na kolana, po czym wstał i wytarł rękawem krew z twarzy. Gotowało się w nim od gniewu. Z zaciśniętymi pięściami stanął naprzeciw ojczyma.
- Eiriku - powiedziała Sylvi i zrzucając robótkę z kolan, z trudem podniosła się na nogi. - Idź do szopy na łodzie.
- Nie, niech zostanie - rzekł powoli Sten. - Jeśli chce walki, to będzie ją miał. Najwyższy czas, żeby zrozumiał, że to ja jestem tu teraz głową domu.
- Nie jesteś głową tego domu - warknął Eirik. - Jesteś nikim. Jesteś niechcianym darmozjadem na farmie mojej modir. Gdybyś miał choć odrobinę honoru, odszedłbyś.
Sten rzucił się na niego, ale Eirik zrobił unik i podstawił mu nogę. Mężczyzna potknął się i uderzył głową w stół. Niewątpliwie miał w tym zasługę trunek, który popijał przez cały dzień. Leżał teraz na podłodze, jęcząc i przeklinając, i przez dłuższą chwilę nie mógł się podnieść.
- Eiriku Halvorsenie - rzekła modir cichym, drżącym głosem. - Kazałam ci iść do szopy na łodzie. Oczekuję, że mnie posłuchasz. - Przerwała, położyła dłoń na swoim wielkim brzuchu, a potem wyszeptała: - Proszę.
Chłopak wyszedł, kipiąc z wściekłości.
W szopie było zimno i ciemno. Eirik wrzucił drewno na podpałkę do paleniska i rozpalił ogień krzesiwem.
"To jedyne, co mi dobrze wychodzi" - pomyślał gorzko - "wzbudzanie pożarów".
Ogień już dobrze się palił, a Eirik nadal nie potrafił się uspokoić. Grzał sobie ręce i wpatrywał się ponuro w płomienie. Był zły na Stena, rozczarowany sobą i sfrustrowany widoczną uległością modir, zastraszanej przez ojczyma.
Gdyby tak mógł znaleźć się gdzieś indziej - gdziekolwiek indziej. Björn opowiadał, że na południowym oceanie panuje tak dobra pogoda, że można tam żeglować przez cały rok. Eirik żałował, że nie wie, która z pieśni grandfadira mogłaby go tam zaprowadzić.
Żałował, że nie jest choć rok lub dwa lata starszy. Wówczas mógłby być może zwerbować własną załogę, na tyle liczną, by popłynąć na wyprawę langskipem.
Sylvi zawsze powtarzała, że gdyby życzenia wyglądały jak ryby, wszyscy mieliby pełne sieci.
W wieku szesnastu lat Eirik przewyższał wzrostem niemal wszystkich innych mężczyzn. Według prawa był wystarczająco dorosły, aby się ożenić. Kiedy chodził do Selvagru, dziewczyny pokazywały go palcami i plotkowały o nim szeptem, on jednak nauczył się szukać miłostek dalej od domu. Osada była za mała, a pamięć jej mieszkańców zbyt długa.
Eirik znajdował się jeszcze w tym okresie życia, w którym musiał wyrywać rzadkie, rude włoski rosnące mu na brodzie i nad górną wargą. Starannie czesał i splatał swoje jasne włosy. Wciąż wyrastał z ubrań. Modir i systir nie nadążały z przędzeniem, tkaniem i szyciem, by przyodziać całą rodzinę. Od owiec i lnu do koszul i spodni droga była długa...
Ludzie mówili, że przypomina fadira - wysokiego, barczystego, o jasnych włosach i niebieskich oczach. Leif Halvorsen przybył do Selvagru, kiedy pewnego lata zaciągnął się do załogi Björna.
- Jak tylko twoja modir zobaczyła Leifa, nie chciała nikogo innego - opowiadał mu Björn. - Ostrzegałem ją, że to nie jest typ mężczyzny, który siedzi w jednym miejscu lub pozostaje długo z jedną kobietą. Powiedziała mi, że woli spędzić jeden rok z Leifem niż całe życie z którymkolwiek innym mężczyzną. Kiedy następnego lata wrócił do Sundgardu, wyszła za niego za mąż.
Każdego lata Leif wyprawiał się z Björnem na morze, ale zawsze wracał. Wypłynął też na morze tego lata, kiedy urodził się Eirik.
W wieku ośmiu lat chłopak stał się już wystarczająco duży i silny, by przez cały dzień pracować wiosłem lub obsługiwać wiadro. Dołączył wtedy do załogi i od tamtej pory spędzał każde lato na wodzie, ucząc się sztuczek żeglarskich i sterowania. Już wtedy cechowała go duma i porywczość, a załoga nie pobłażała mu ze względu na jego wiek czy pochodzenie. Ćwiczył walkę na topory i włócznie, a także brutalne zapasy lausatok, rodzaj walki bez broni - wytrenowany w niej człowiek zawsze był gotowy do starcia.
Dopiero gdy wyruszył w morze, dowiedział się, że bogowie i jötunowie z opowieści grandfadira wymordowali się nawzajem wieki temu. Ludziom pozostał Midgard, w którym walczyli o przetrwanie, oraz kraina umarłych - Hel, dokąd trafiali po przegranych bitwach.
To właśnie wtedy Eirik zaczął dorastać.
Po śmierci Leifa i Björna Sylvi ubłagała syna, aby nie zaciągał się na wyprawy, bo wówczas spędzałby poza domem całe lato. Nie lubił służyć pod kimś innym, więc zgodził się i na następne dwa lata zostawił langskip w szopie. Wynajął jednego członka załogi i zabierał swoją malutką karve na połowy przy brzegach Archipelagu. Czasami dołączała do nich Liv. Miała instynkt czytania w wiatrach i przewidywania, czego chce Eirik, zanim on sam to sobie uświadomił. Chciałby, żeby cały czas była w jego załodze, ale Sylvi potrzebowała jej na farmie.
Gdy już się ogrzał, odszedł od ognia, usiadł przy stole warsztatowym i wziął w ręce konika, którego rzeźbił dla dziecka. Musiał tylko wykończyć grzywę i ogon i natrzeć drewno olejem lnianym - zabawka była już prawie gotowa.
Chwycił ośnik i zaczął ścinać ostre krawędzie.
Zaburczało mu w brzuchu. Sten miał rację co do jednego: Eirik był zawsze głodny, a teraz ominęło go nattmal, wieczorny posiłek.
Drzwi otworzyły się i jakby przywołana tą myślą do szopy weszła Sylvi, trzymając w dłoniach miskę parującej owsianki. Postawiła ją na ławce obok niego. Na wierzchu leżał duży kawałek wędzonej ryby i kromka owsianego chleba.
- Wiedziałam, że będziesz głodny.
- Ano jestem. - Nic więcej nie powiedział, bo wciąż czuł złość i nie chciał ryzykować, że wyrwie mu się coś niemiłego. Rozdrobnił łyżką rybę, zmieszał ją z owsianką i odgryzł duży kęs.
Modir opadła ciężko na drugi koniec ławki. Była blada i mimo chłodu spocona.
- Musisz stąd wyjechać, zanim dziecko się urodzi.
Eirik o mało nie zakrztusił się chlebem.
- Co?
- Sten planuje cię zabić, żeby jego dziecko mogło odziedziczyć farmę. - Głos Sylvi był niski, rzeczowy. Zmroził mu krew w żyłach.
- Powiedział ci to? - Eirik czuł się tak, jakby jego głowę wciśnięto pod wodę i zabrakło mu nagle powietrza.
- Kiedy dwa tygodnie temu odwiedził nas wuj Finni, podsłuchałam ich rozmowę. To dlatego Sten próbował wszcząć z tobą bójkę. Uważa cię za główną przeszkodę w swoich planach. Myśli, że gdy usunie cię z drogi, będzie mu łatwiej zapanować nad Liv.
- Jeśli tak myśli, to nie zna Liv - parsknął Eirik, zapominając o kolacji.
Sylvi skrzywiła się, zaciskając usta, jakby ją coś bolało.
- Dobrze się czujesz, modir? - Chłopak odstawił owsiankę na bok, gotowy jakoś pomóc, w razie potrzeby pobiec po systir.
Sylvi wzięła głęboki wdech, wypuściła powietrze i zignorowała pytanie.
- Ulff Stevenson wiele razy mówił, że przyjmie cię na ucznia. Możesz mieszkać nad jego warsztatem.
Stevenson był kowalem w Selvagrze.
- Nie zamierzam przeprowadzić się do wioski i zostawić ciebie i Liv z Knudsenem. Jeśli odejdę, odejdziesz ze mną.
- Nie - odparła Sylvi. - To jest moja farma. Jeśli ją opuszczę, Sten dostanie to, czego chce. Nie będzie niepokoił Liv, kiedy będziesz mieszkał w pobliżu. Wie, że jeśli ją skrzywdzi, przyjdziesz się z nim policzyć.
- Jak dotąd to go nie powstrzymywało - burknął z goryczą Eirik.
- Nie - powiedziała Sylvi. - Gdy jesteś tutaj... - Urwała i zgięła się wpół.
- Modir?! - wykrzyknął Eirik, już całkiem zaniepokojony. - Zabiorę cię z powrotem do domu, tam jest cieplej.
Sylvi potrząsnęła głową i powoli się wyprostowała.
- Kiedy będziesz starszy, poradzimy sobie we troje ze Stenem tak, że nikt się na tym nie pozna. Ale teraz chcę, żebyście z Liv po prostu do tego czasu przeżyli.
- Mam szesnaście lat - powiedział Eirik. - Jestem już wystarczająco silny. Zabiję go.
- Nie - odparła, ściskając jego dłoń tak mocno, że aż zabolało. - Obiecaj mi, że nie będziesz próbował. Sten tego właśnie chce. Nadal ma większą krzepę niż ty. Do tego to doświadczony wojownik, zdecydowanie bardziej od ciebie.
- Kiedy pije, przestaje nim być.
- Nie łudź się, Sten jest niebezpieczny nawet po pijaku - westchnęła Sylvi. - Znajdzie sposób, żeby cię zabić. I nie musi to być uczciwa walka. Dlatego powinieneś teraz odejść.
"Może nie jestem jeszcze wystarczająco silny" - uznał Eirik w duchu - "ale wkrótce będę".
Jakby czytając w jego myślach, Sylvi oświadczyła:
- Nawet jeśli ci się uda, staniesz przed tingiem oskarżony o morderstwo. Ojciec i bracia Stena należą do tingu, a większość pozostałych jego członków robi z nimi interesy. Zostaniesz wyjęty spod prawa, a potem rodzina Stena cię zabije. On nie jest tego wart, Eiriku.
- Dlaczego za niego wyszłaś? - W chłopaku znów wezbrała złość. - Radziliśmy sobie dobrze sami.
- Nie - powiedziała bez ogródek Sylvi. - Nie. To duża farma, za duża dla Liv i dla mnie. Nie zdołałybyśmy same sobie na niej poradzić każdego lata, podczas gdy ty wypływałbyś na wiking.
Wiking. Słowo, które kiedyś znaczyło dużo więcej niż dziś. Oznaczało żeglowanie brzegiem morza, najazdy, poszukiwanie przygód, w których drużyna rozlewała krew we wspólnej sprawie. I każdy mężczyzna mógł codziennie udowadniać, czego jest wart.
Słowo, które znaczyło więcej niż łowienie ryb.
- Trzeba mi było powiedzieć... - Eirika ogarnęło poczucie winy. - Mógłbym zostać w domu.
- Nie jesteś rolnikiem, Eiriku - odparła modir. - Jesteś jak twój fadir i grandfadir, za bardzo ich przypominasz, żeby siedzieć cały czas na lądzie. Zawsze bardziej interesowało cię to, co jest za horyzontem, niż to, co za tobą. - Zamilkła, jakby zastanawiając się, czy mówić dalej. - Björn twierdził, że jest potomkiem Njörda, boga mórz. Jednego z Wanów - rzekła w końcu. - Ale mówił też, że mądry człowiek czci wszystkich bogów.
- Pewnie dlatego zawsze nalegał, żebym ich szanował - powiedział Eirik. - Chociaż nie widzę w tym sensu, skoro bogowie nie żyją.
Przez dłuższą chwilę Sylvi milczała. Potem wyciągnęła rękę i dotknęła wisiora Eirika - tego, który zostawił mu fadir.
- Dałam go Leifowi, kiedy się pobraliśmy - rzekła. - Twój fadir wywodził się od bogów wojowników. Jesteś bardzo podobny do fadira, ale tkwi też w tobie coś z grandfadira. Masz wybór. Wybieraj ostrożnie.
- Nie rozumiem.
- Walka to nie jest jedyna droga do zwycięstwa. - Zmierzwiła mu włosy na znak, że jeśli nie pojmuje, nie będzie próbowała mu dalej tego wyjaśniać. - Powiedz, że pójdziesz do Stevensona - poprosiła.
- Pomyślę o tym. - Tylko tyle mógł jej obiecać.
- Myśl szybko. - Sylvi otarła czoło rękawem. Miała bladą, lepką skórę, oddychała szybko i płytko. - Jeśli nie przeżyję porodu, chcę, żebyś coś zrobił.
- Modir! - Eirik znów poczuł niepokój. - Czy...
- Pod moją ławą do spania jest kamień w podłodze. Znajdziesz pod nim małą szkatułkę. Weź stamtąd moje ozdoby - brosze, srebrną bransoletę i bursztynowy naszyjnik - dla twojej systir. Resztę włóż z powrotem do schowka i nigdy nikomu o tym nie mów. Nawet Liv.
Dlaczego miałby nie mówić o tym Liv?
- Nie rozumiem, dlaczego...
- Przysięgnij mi, Eiriku Halvorsen - przerwała mu Sylvi, a każde jej słowo było niczym stalowy grot - że resztę zwrócisz do schowka i nigdy nikomu o tym nie wspomnisz.
- Przysięgam - szepnął.
- Jeśli coś mi się stanie, Sundgard przejdzie na ciebie i Liv. Nie pozwól, aby Knudsenowie wam go odebrali.
- Nic ci się nie stanie!
- Musisz mi przysiąc.
- Przysięgam, modir - rzekł Eirik i od razu poczuł na swoich ramionach ciężar tej obietnicy. Przysięgi w Midgardzie traktowano poważnie i nie można było ich lekceważyć.
- Pomóż mi wstać - powiedziała, wyciągając ręce. Chłopak pomógł modir stanąć na nogi i zobaczył, że jej suknia jest przemoczona, a między stopami błyszczy kałuża. - Wracajmy do domu. Twój mały brodir pcha się już na świat.