Dzieci prawdy i zemsty - Tomi Adeyemi

Kup ebooka

31.92 zł
24.90 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 5

Kiedy trap opada cicho na mokry piasek, mieszkańcy Zarii nie wiwatują. Stoją w zupełnym bezruchu.

Tylko patrzą.

Wzdłuż ścieżki prowadzącej do miejsca wiecu stoją arystokraci, niektórzy z białymi pasmami w ciemnych włosach. Za nimi gromadzą się kosidanie, w ich tłumie są też oficerowie i zwykli żołnierze. Ludzie tacy jak ja, o białych włosach wystających spod kapturów, stoją na obrzeżach.

Cisza i bezruch potęgują wrażenie doniosłości chwili. Otwieramy nowy rozdział w historii Oriszy. Nie mogę uwierzyć, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, wreszcie tu dotarliśmy. Bogowie, myślę.

To się dzieje naprawdę.

- Nie czuję nóg.

To Amari stanęła obok mnie. Wygląda imponująco w swojej zbroi. Na królewskiej pieczęci wciąż widnieje krew. Starannie dobrany hełm całkiem zakrywa pasmo bieli we włosach.

Ja też mam na sobie ukradziony pancerz. Tam, gdzie poprzedni właściciel trzymał miecz, wetknęłam kij.

Chce mi się wymiotować, lecz Amari nie musi o tym wiedzieć.

- Nie takie rzeczy już robiłaś - mówię, poklepując ją po ramieniu. - Dasz sobie radę.

Amari kiwa głową, lecz ręce wciąż jej się trzęsą. Ostatni raz widziałam u niej taki strach na targowisku w Lagos, kiedy jeszcze się nie znałyśmy. Wtedy była tylko księżniczką, która uciekła z pałacu. A ja - córką ubogiego rybaka. Wtargnęła znienacka do mojego życia - i przez to Orisza już nigdy nie będzie taka sama.

- Dasz radę - powtarzam. Choć wiele mnie to kosztuje, zmuszam się, by spojrzeć jej w oczy.

Na szczęście ukryła biały kosmyk pod hełmem; dzięki temu łatwiej mi zobaczyć jej twarz, a nie twarz jej brata, który złamał mi serce.

- Ojciec i Inan szykowali się do tej roli przez całe życie - odpowiada Amari. - A ja miałam na to niecały miesiąc.

- Ale już teraz dałaś królestwu więcej niż wszyscy twoi poprzednicy i poprzedniczki. Bez twojej pomocy nie zdołałabym przywrócić magii. - Chwytam ją za ręce i splatam nasze palce. - Bogowie cię wybrali. Tak jak wcześniej wybrali ciebie, żebyś wykradła ten pergamin. - Choć wypowiadam te słowa z uśmiechem, w środku czuję ból.

Jeśli bogowie ją wybrali do tego zadania, to mnie wybrali do cierpienia.

Wybrali mnie, żebym straciła Babę.

- Naprawdę w to wierzysz? - Amari odwraca wzrok. - Mimo że jestem tytanką?

Nerwowo zaciskam usta. Lecz mój stosunek do takich jak ona nie ma w tej chwili znaczenia. Moje rany, śmierć Baby - wszystko to nabierze sensu, gdy Amari zostanie królową. Będę mogła zrzucić z siebie wielki ciężar. Wreszcie uwolnię się od bólu.

Nachylam się bliżej.

- Ja to wiem. To przeznaczenie. Bogowie się nie mylą.

Amari przytula mnie z taką siłą, że aż tracę równowagę. Śmiejąc się, obejmuję ją w pasie. Zdążyłam zapomnieć, jakie to miłe uczucie.

- Dziękuję ci - szepcze w moje warkocze głosem na krawędzi płaczu.

- Jesteś gotowa - odpowiadam jej szeptem. - Będziesz najlepszą królową w historii Oriszy.

- Nie zapomnij o najważniejszym - wtrąca się Roën. Wyrósł jak spod ziemi, w zębach trzyma papierosa. - Jako królowa będziesz rozporządzała królewskim skarbcem.

Amari przewraca oczami.

- Przy tobie trudno o tym zapomnieć choć na chwilę. Czy twoi ludzie są rozstawieni?

- Droga wolna. - Roën wskazuje gestem trap, a potem puszcza do mnie oko. - Czekamy na twój sygnał, królowo.

Amari wzdycha, potrząsa dłońmi, zaczyna mamrotać pod nosem swoją przemowę.

- Nazywam się Amari Olúborí. Nazywam się Amari Olúborí.

Gdy tak chodzi w kółko, podnoszę dwa palce do ust i gwiżdżę. Natychmiast dobiega mnie zgrzytanie pazurów o metalową podłogę. Parę sekund później Najla jest już obok.

Amari unosi brwi.

- Co robisz? - pyta, widząc, że odpinam Najli pas, do którego przymocowane są cugle i siodło.

- To musi być wjazd godny królowej. - Splatam dłonie w koszyczek, by pomóc jej dosiąść wierzchacza. - No i nie zapominaj, że jesteś Lworożką.

Gdy Amari na grzbiecie Najli schodzi po trapie na ląd, w tłumie rozlega się zbiorowy jęk zachwytu. Sama też jestem pod wrażeniem. Za mną Tzain mruga, jakby chciał się pozbyć łzy z oka.

Odbite od zbroi Amari promienie słońca migoczą przy każdym ruchu Najli. Powiedzieć, że Amari z rękoma opartymi na rogach mojej lworożki wygląda królewsko, to nie powiedzieć nic.

Wygląda bosko.

- Bądź czujna - szepcze mi do ucha Roën. - To nie jest koronacja.

Podążam za jego wzrokiem w stronę chudego żołnierza, który stoi na obrzeżach tłumu z dłonią na rękojeści miecza. Przeciska się obok arystokratów i kosidan, na jego pancerzu połyskuje w słońcu królewska pieczęć. Harun na znak Roëna przechwytuje żołnierza, zanim ten zdąży się zbliżyć do Amari, po czym odciąga go na bok.

- Nie rozumiem - mówię. - Myślałam, że naszym jedynym zmartwieniem są iyika.

- Wieść, że królowa jednak żyje, nie wszystkich ucieszyła - wyjaśnia Roën. - Wojsko wie, że Amari sympatyzuje z magami. Myślano o niej dużo cieplej, kiedy nie żyła.

Ciało mi sztywnieje. Zerkam na Amari w nadziei, że niczego nie zauważyła. Inni żołnierze co prawda nie dobywają mieczy, ale trudno powiedzieć, żeby bili pokłony przed nową władczynią. Dwójki patrolują tłum po obu stronach piaszczystej ścieżki; tytanów pozdrawiają skinieniem głowy, ale magom przyglądają się nieufnie, z dłońmi zawieszonymi nad bronią o majacytowych ostrzach.

Armia urządza polowanie na magów. Nowy admirał w zasadzie wypowiedział im wojnę.

Przypominam sobie te słowa Roëna i znów spoglądam na członków mojego ludu, którzy pozostają na obrzeżach tłumu, bojąc się podejść bliżej. Mimo prażącego słońca większość ukrywa się pod wzorzystymi opończami. Choć odzyskaliśmy nasze dary, nadal żyjemy w strachu.

- Jeszcze tylko kawałek. - Roën wskazuje ruchem głowy wielką piaskową kopułę kilkadziesiąt metrów przed nami.

Stoi na samym brzegu morza, spienione fale rozbijają się o zdobiący ściany budowli deseń z prostokątów. Kopuła jest tak wysoka, że niemal przesłania słońce.

- O rety - dobiega mnie z góry szept zachwyconej Amari. Radość rozjaśnia jej twarz, szybko jednak gaśnie na widok czerwonej plamy na ścianie kopuły. Choć farba została rozmazana, wciąż wyraźnie widać kształt litery I.

Amari zerka w moją stronę. Dla otuchy ściskam ją za kostkę u nogi.

- Nic się nie martw. Nie pozwolę żadnemu rebeliantowi się do ciebie zbliżyć.

- Jagunjagun!

Spoglądam przed siebie i widzę drobnego maga z odstającymi uszami i pieprzykiem na brodzie. W odróżnieniu od reszty stoi w pierwszym szeregu, kręcone białe loki wystają mu spod kaptura. Choć słowo, które szeptem wypowiedział, oznacza w języku joruba żołnierza, raczej nie chodzi mu o królewską pieczęć na moim pancerzu. Kiedy się do niego uśmiecham, robi wystraszoną minę, aż oczy prawie wychodzą mu z orbit.

Baba właśnie tego chciał, uświadamiam sobie nagle. Dla niego i wszystkich takich jak on. Od dziś nie będą już musieli się ukrywać. Nadszedł czas, by moi ludzie stanęli w słońcu.

Amari powściąga Najlę przed sklepionym wejściem do kopuły i zeskakuje na piasek. Bierze głęboki wdech, po czym wchodzi do środka.

Nie odstępuję jej na krok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

Staram się o nim nie myśleć.

Ale kiedy mi się zdarza, słyszę fale.

Baba był ze mną, gdy usłyszałam je po raz pierwszy.

Kiedy po raz pierwszy je poczułam.

Ich szum był jak kołysanka, prowadził nas lasem ku morzu. Bryza rozwiewała mi luźno opadające kosmyki. Przez rzednące listowie sączyły się promienie słońca.

Nie wiedziałam, co tam znajdziemy. Jakie dziwy kryje w sobie ta kołysanka. Wiedziałam tylko, że muszę tam dotrzeć. To było tak, jakby w tych falach znajdował się brakujący kawałek mojej duszy.

W końcu je zobaczyliśmy, a moja drobna dłoń wyślizgnęła się z dłoni Baby. Otworzyłam usta w osłupieniu. W tej wodzie była magia. Pierwsza magia, jaką poczułam, odkąd ludzie króla zabili Mamę.

- Zélie r?ra o! - zawołał Baba, gdy szłam w kierunku fal.

Wzdrygnęłam się, kiedy morska piana obmyła mi stopy. Jeziora na Ibadanie zawsze były zimne - ale ta woda była ciepła jak zapach ryżu mamy. Ciepła jak blask jej uśmiechu. Baba poszedł za mną i podniósł głowę ku niebu.

Wyglądał, jakby kosztował promieni słońca.

Potem złapał mnie za rękę; wsunął zabandażowane palce między moje i spojrzał mi w oczy. Wiedziałam w tamtej chwili, że choć Mama odeszła, wciąż mamy siebie. Możemy przetrwać.

A teraz...

Otwieram oczy i widzę zimne szare niebo; wyjący ocean uderza o skalne klify Dżimety. Nie mogę pozostać w przeszłości.

Nie mogę utrzymać ojca przy życiu.

Szykując się do pochowania ciała, wciąż myślę o rytuale, który Baba przypłacił życiem. Jego cierpienie rozsadza mi serce; myślę o ofierze, którą poniósł, aby jego córka mogła przywrócić magię.

- Już dobrze.

Mój starszy brat Tzain staje przy mnie i podaje mi rękę. Choć oliwkowa skóra twarzy porosła mu brodą, wiem, że Tzain mocno zaciska szczękę.

Chowa moją dłoń w swojej. Delikatna mżawka przechodzi w ulewny deszcz. Przenika nas okropny ziąb. Czyżby nawet bogowie nie mogli powstrzymać się od płaczu?

Przepraszam, zwracam się w duchu do Baby, żałując, że nie mogę mu tego powiedzieć osobiście. Ciągnąc za linę, którą przywiązano trumnę do skalistego brzegu Dżimety, dziwię się swojej naiwności: z jakiegoś powodu sądziłam, że pogrzeb jednego z rodziców przygotuje mnie na pochowanie drugiego. Ręce wciąż mi się trzęsą od niewypowiedzianych słów. Gardło piecze od zdławionych krzyków, które wydostają się na zewnątrz w postaci łez. Tłumiąc to wszystko w sobie, sięgam po słoik z resztką oleju pogrzebowego.

- Ostrożnie - mówi Tzain, widząc, że drżącą ręką uroniłam odrobinę.

Zdobycie odpowiedniej ilości oleju zajęło nam trzy tygodnie, więc każda kropla tej substancji jest na wagę złota. Wylewam resztkę na pochodnię, a Tzain ze łzami na policzkach zaczyna krzesać iskry. Nie marnując czasu, przygotowuję słowa ?b?kún - specjalnego błogosławieństwa, które Żniwiarka przekazuje zmarłym.

- Dar życia pochodzi od bogów - szepczę w języku joruba - i bogom trzeba go zwrócić. - Dziwnie się czuję, wypowiadając tę formułę. Jeszcze parę tygodni temu żaden Żniwiarz ani Żniwiarka nie władali magią niezbędną do wykonania ?b?kún. Tak było przez jedenaście lat. - Bé?ni aayé tabí ikú k? le ya wá. Bé?ni ay? tabí ?run k? le sin wá nítorí ?yin l? ngbé inú ? mi. ?yin la ó máa rí...

Magia nagle mnie wypełnia, zapiera mi dech. Moje dłonie jaśnieją fioletowym światłem asz?, boskiej energii, która zasila nasze święte dary. Ostatni raz czułam jej ciepło podczas rytuału, który przywrócił Oriszy magię. Gdy duch Baby wdarł się do moich żył.

Zataczam się do tyłu na nogach jak z waty. Magia spycha mnie w przeszłość, na próżno stawiam jej opór.

- Nie! - Krzyk odbija się echem od murów świątyni. Ląduję ciężko na kamiennej posadzce, a chwilę później z głuchym łoskotem upada na nią Baba, sztywny jak deska.

Zrywam się, żeby mu pomóc, ale jego otwarte oczy są nieruchome, patrzą niewidzącym wzrokiem. Z piersi wystaje grot strzały.

Tunika zalewa się krwią...

- Zél, uważaj!

Tzain rzuca się, by złapać upuszczoną przeze mnie pochodnię. Jest szybki, ale jego refleks nie wystarcza. Żagiew wpada między huczące fale i gaśnie.

Tzain usiłuje zapalić ją ponownie, ale pakuły nie chcą się zająć. Wzdrygam się, gdy rzuca bezużyteczną szczapę w piach.

- I co my teraz zrobimy?

Zwieszam głowę, bo nie wiem, co mu odpowiedzieć. Królestwo jest pogrążone w chaosie; zdobycie oleju może nam zająć kolejnych parę tygodni. Trwają zamieszki, brakuje jedzenia, dziś trudno nawet o worek ryżu.

Poczucie winy mnie dusi, zamyka w grobowcu moich własnych błędów. Może to znak, że nie zasłużyłam na to, by pochować Babę.

W końcu zginął przeze mnie.

Tzain ściska dwoma palcami grzbiet nosa.

- Przepraszam - wzdycha.

- Nie masz za co przepraszać - odpowiadam przez zaciśnięte gardło. - To wszystko moja wina.

- Zél...

- Gdybym nie dotknęła tego zwoju... Gdybym się nie dowiedziała o tym rytuale...

- Daj spokój - przerywa mi. - Baba oddał życie, żebyś mogła przywrócić magię.

I w tym sęk, myślę. Chciałam odzyskać magię, żeby Baba był przy mnie bezpieczny, a tymczasem sprowadziłam na niego śmierć. Na co mi te moce, skoro nie mogę chronić swoich najbliższych?

Na co mi magia, skoro nie mogę wskrzesić Baby?

Tzain chwyta mnie za ramiona. Mam przed sobą brązowe oczy naszego ojca; oczy, które wybaczają, nawet kiedy nie powinny.

- Przestań się obwiniać - słyszę. - Jeśli nie przestaniesz teraz, nie przestaniesz nigdy. Jesteśmy sami, musimy na sobie polegać. Tylko to nam zostało.

Wydycham powietrze i ocieram łzy. Tzain bierze mnie w objęcia. Choć oboje przemokliśmy do suchej nitki, robi mi się trochę cieplej. Tzain pociera mi plecy, tak jak to robił Baba, kiedy mnie ściskał.

Oglądam się na trumnę Baby: unosi się wśród fal, czekając na ogień, którego nie dostanie.

- Jeśli nie możemy go spalić...

- Czekajcie! - Amari zbiega po żelaznym trapie okrętu, który od czasu rytuału pozostaje naszym domem. W przemokniętej białej tunice, która lepi się do jej oliwkowej skóry, ani trochę nie przypomina oriszańskiej księżniczki strojnej w kolorowe szaty i zawoje. Po chwili staje przed nami obok huczących fal. - Macie. - Podaje Tzainowi zardzewiałą pochodnię z kajuty kapitańskiej i dzban oleju z własnych skromnych zapasów.

- A co ze statkiem? - pyta Tzain, marszcząc brwi.

- Przeżyjemy. - Amari wyciąga pochodnię w moją stronę.

Mój wzrok pada na biały kosmyk przylepiony do mokrego policzka dziewczyny. To dowód na to, że w jej żyłach płynie teraz magia. Podobnie jak w żyłach setek innych oriszańskich arystokratów.

Odwracam się, żeby nie dojrzała w moich oczach bólu. Ilekroć przypominam sobie rytuał, który obdarzył ją mocą - i chłopaka, który złamał mi serce - ściska mnie w żołądku.

- Gotowa? - pyta Tzain.

Kiwam potakująco głową, choć to nieprawda. Tzain zapala pochodnię krzesiwem, a ja opuszczam płomień na linę.

Ogień zaczyna szybko wędrować po nasączonym olejem sznurze. Gdy chwilę później trumna staje w płomieniach, odruchowo chwytam się za serce. Czerwone i pomarańczowe języki tańczą na tle szarego horyzontu.

- Títí di ?dí kej?. - Szepcząc słowa sakramentu, Tzain pochyla głowę.

Zaciskam zęby i robię to samo.

Títí di ?dí kej?.

Do zobaczenia po tamtej stronie.

To wypowiedziane na głos zdanie przenosi mnie w czasie do pogrzebu Mamy. Znów staje mi przed oczami jej płonące ciało. Myślę o wszystkich, którzy mogli razem z nią spocząć w alâfii. O wszystkich, którzy zginęli po to, abyśmy mogli wskrzesić magię.

O Lekanie, dzielnym s?ntaro, który poświęcił się, aby obudzić we mnie moc. O Salimie i Zulajsze, przyjaciołach zamordowanych przez królewskich żołnierzy w dniu naszego święta.

O Mamie Agbie, Jasnowidzce, która zawsze opiekowała się mną i pozostałymi ibawitami z Ilorinu.

O Inanie, księciu, którego - tak mi się wydawało - pokochałam.

Títí di ?dí kej?, zwracam się do ich duchów. Przypominają mi o mojej misji.

Nasza bitwa jeszcze nie jest skończona.

Wręcz przeciwnie, dopiero się zaczyna.

ROZDZIAŁ 4

Na drugi dzień rano w ciasnej kabinie kapitańskiej mój głos rozbrzmiewa echem. Zbliżamy się do brzegów Zarii, a ja usiłuję napisać odezwę, która przekona mieszkańców Oriszy, by wsparli mnie w zabiegach o tron.

- Nazywam się Amari Olúborí - oznajmiam. - Jestem córką króla Sarana. Siostrą zmarłego następcy tronu.

Stoję przed pękniętym lustrem i próbuję poczuć moc zawartą w tych słowach. Ale choć powtarzam je wiele razy, brzmią jakoś fałszywie.

Zresztą nie tylko one.

Ściągam przez głowę czarną tunikę i rzucam ją na rosnącą stertę ubrań na łóżku. Przez wiele tygodni musiało mi wystarczyć tyle rzeczy, ile byłam w stanie udźwignąć; teraz dziwnie się czuję, przebierając w ubraniach zdobytych dla mnie przez ludzi Roëna.

Przypominają mi się poranki w pałacu; to, jak się gryzłam w język, gdy służące na rozkaz matki wpychały mnie w coraz to nowsze stroje. Ona nigdy nie była zadowolona z tego, jak wyglądam. W jej bursztynowych oczach zawsze byłam zbyt ciemna. Zbyt duża.

Podnoszę z podłogi złoty zawój. Matka lubiła ten kolor. Naciągając zawój na skronie, mam w uszach jej głos.

Tym to można co najwyżej podetrzeć zad lampartusowi.

Robi mi się sucho w gardle. Odkładam zawój. Tak długo starałam się ją w sobie zagłuszyć. Teraz nie mam wyboru.

Skup się, Amari.

Sięgam po granatową tunikę i ściskam jedwab w palcach, żeby się nie rozpłakać. Jakie mam prawo do żałoby, skoro Orisza tyle wycierpiała przez grzechy mojej rodziny?

Naciągam na siebie tunikę i znów staję przed lustrem. Nie ma czasu na łzy.

Dziś muszę odpokutować za tamte grzechy.

- Staję przed wami, aby ogłosić koniec dawnych podziałów! - wołam. - Nadszedł czas zjednoczenia. Razem będziemy... - Urywam w pół zdania, zmieniam pozę i oglądam swoje pęknięte odbicie.

Na ramieniu, na tle skóry w kolorze dębu, niczym błyskawica odcina się nowa szrama. Przez lata ukrywałam przed światem bliznę po ranie, którą zadał mi brat. Dziś po raz pierwszy musiałam też ukryć bliznę po ojcu.

Dziwna to szrama, jakby miała w sobie coś z żywej istoty. Jakby nienawiść ojca wciąż we mnie krążyła. Chciałabym się jej pozbyć. Albo raczej pozbyć się jego...

- Nieba!

Moje palce rozbłyskują niebieskim światłem asz?. Krzywię się, mrużę oczy, próbuję zgasić granatowy blask, którym jaśnieje moja dłoń, lecz magia wciąż we mnie wzbiera, pokój zaczyna wirować.

Z czubków palców niczym iskry wystrzeliwują granatowe nitki. Ręce mnie pieką, skóra mi pęka, blizny się otwierają. Z gardła wyrywa się bolesny jęk.

- Pomocy! - wołam.

Zaraz potem wpadam na lustro. Na moim odbiciu odciska się szkarłatna plama. Ledwie oddycham, tak wielki to ból. Krew spływa mi na piersi. Upadam na kolana. Próbuję krzyczeć, ale wydobywam z siebie tylko charkot.

- Amari!

Głos Tzaina, podobny do tłuczonego szkła, wyrywa mnie z niemocy. Fale obezwładniającego bólu z wolna słabną.

Dochodzę do siebie na mokrej podłodze, na wpół rozebrana, z jedwabną tuniką w zaciśniętej pięści. Rozmazana krew, którą jeszcze przed chwilą widziałam na lustrze, zniknęła bez śladu.

Moje blizny też wyglądają całkiem normalnie.

Tzain okrywa mnie szalem i bierze na ręce. Przywieram do niego, a mięśnie robią mi się ciężkie, jakby wyczerpane przypływem magii.

- To już drugi raz w tym tygodniu - zauważa.

Tak naprawdę to czwarty. Ale nie mówię mu tego, bo widzę po nim, jak bardzo się martwi. Nie musi wiedzieć, że mi się pogarsza. Nikt nie musi o tym wiedzieć.

Wciąż nie wiem, co sądzić o tych nowych zdolnościach. Co to znaczy być Konektorką, tytanką. Rytuał sprawił, że magowie odzyskali utracone moce, ale tytani, ludzie tacy jak ja, nigdy przedtem nie władali magią.

Z tego, co mi wiadomo, tytani pochodzą z arystokracji: to ludzie błękitnej krwi nieświadomi, że wywodzą się od magów. Co by rzekł ojciec, gdyby się dowiedział, że w żyłach jego dzieci płynie krew tych, których znienawidził? Których nazywał glistami?

- Bogowie. - Tzain ogląda moją dłoń. Skórę mam czerwoną i wrażliwą na dotyk, usianą żółtymi pęcherzykami. - Magia nie powinna boleć. Gdybyś porozmawiała z Zélie...

- Zélie nie używa swojej magii. Przyglądanie się mojej to pewnie ostatnia rzecz, na jaką ma teraz ochotę.

Chowam biały kosmyk między włosy. Najchętniej po prostu bym go sobie obcięła. Być może Tzain nie zauważył, jakim wzrokiem Zélie na niego patrzy; mnie jej grymas nie umknął ani razu. Dość się wycierpiała z powodu swojego daru, a teraz jak na ironię ci, którzy najbardziej ją skrzywdzili, sami władają magią.

Doskonale rozumiem, dlaczego Zélie znienawidziła magię, czasem jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to mną gardzi. A przecież teoretycznie łączy nas przyjaźń. Jak zareagują inni magowie, gdy się dowiedzą, że stałam się tytanką?

- Coś wymyślę - mówię z westchnieniem. - Gdy tylko zdobędę tron. - Znów wtulam się w szyję Tzaina, wodzę palcami po jego zaroście.

- Próbujesz mi coś powiedzieć?

Uśmiecham się szelmowsko.

- Dobrze ci z brodą. Podoba mi się.

Przesuwa kciukiem po mojej twarzy. Jego dotyk wznieca pożar niemal tak potężny jak moja magia. Wstrzymuję oddech, gdy zbliża swoją głowę do mojej. Już prawie stykamy się ustami, gdy nagłe szarpnięcie okrętu wyrywa nas ze swoich objęć.

- Nieba, co to było? - Wstaję prędko i przyciskam czoło do brudnej szyby iluminatora.

Przez ostatnie trzy tygodnie rozciągał się za nią tylko szary bezkres morza. Teraz w turkusowej wodzie widać barwne rafy koralowe.

Wybrzeże Zarii wypełnia już cały horyzont. Nasz okręt ostrożnie wpływa między porośnięte bluszczem klify. Z gulą w gardle spoglądam na tłum, który zebrał się na białym piasku. Setki ludzi.

Kto wie, czy nie tysiące.

- Gotowa?

Tzain staje za mną i obejmuje mnie w talii.

- Nawet nie wiem, co na siebie włożyć.

- Mogę ci pomóc.

Unoszę brew.

- Pomożesz mi wybrać ubranie?

Tzain się śmieje.

- Dużo ci się przyglądam, Amari. We wszystkim wyglądasz pięknie.

Czuję gorący rumieniec na policzkach. Tzain zerka na stertę odrzuconych ubrań.

- Ale dziś żadnej tuniki. Bądź co bądź jesteś królową Oriszy. - Zwraca się w stronę zbroi, którą miałam na sobie w świątyni podczas rytuału.

Wciąż widnieje na niej krew przeciwników, których dosięgnął mój miecz. Królewską pieczęć z przodu splamiła ciemna krew ojca.

- Nie mogę tego włożyć! - wykrzykuję. - Ludzie się przerażą!

- O to chodzi. Ja na widok tej pieczęci dostawałem gęsiej skórki ze strachu. Ale kiedy nosisz ją ty... - Na twarzy Tzaina rozkwita uśmiech pełen słodyczy. - Kiedy ta pieczęć jest na tobie, nie tylko się nie boję, ale wręcz czuję się bezpieczny. - Opiera brodę na czubku mojej głowy i znów chwyta mnie za dłoń. - Jesteś królową, Amari. Niech ludzie zaczną kojarzyć tę pieczęć z nową twarzą. Twoją twarzą.

Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuChildren of Virtue and Vengeance

Projekt okładki i typografiiRICH DEAS, MALLORY GRIGG, KATHLEEN BREITENFELD

Ilustracja na okładceSARAH JONES

Projekt mapyKEITH THOMPSON

Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

RedakcjaANNA JACKOWSKA

KorektaIWONA HUCHLA

Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright ? 2019 by Tomi Adeyemi Books Inc. All rights reserved. Polish translation ? Łukasz Witczak MMXX lish edition ? Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

All rights reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-6028-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 2

Ojciec zwykł mawiać, że Orisza na nikogo nie czeka.

Na żadnego człowieka.

Na żadnego króla.

Tymi słowami potrafił usprawiedliwić dosłownie wszystko. Uzasadnić każdy postępek.

Patrzę, jak ogień trawi trumnę z ciałem Baby, a miecz, którym przebiłam pierś własnemu ojcu, wisi ciężko u mojego pasa. Zwłoki Sarana zniknęły bez śladu.

Nie mogłabym go pochować, nawet gdybym chciała.

- Pora wracać - stwierdza Tzain. - Wkrótce nadejdzie odpowiedź od twojej matki.

Zostaję kilka kroków w tyle za nim i za Zélie. Wspinamy się na pokład żelaznego okrętu, który przejęliśmy, aby dotrzeć na świętą wyspę. Choć mieszkamy na nim od paru tygodni, wyryte na burtach śnieżne lampartusy wciąż przyprawiają mnie o ciarki. Ilekroć mijam dawny ojcowski symbol, chce mi się krzyczeć albo płakać. Sama nie wiem, co powinnam wtedy czuć - ani czy w ogóle cokolwiek powinnam czuć.

- Wszyscy na pokład!

Oglądam się w kierunku, z którego dobiegł ten okrzyk. Widzę całe rodziny ustawione w długiej kolejce, płacące złotym kruszcem za wejście na niewielki statek najemników. Ludzie tłoczą się pod zardzewiałym pokładem, byle uciec z Oriszy do innych, spokojniejszych krajów. Kłuje mnie w sercu, gdy patrzę na ich zapadłe twarze. Ja liżę rany, ale okaleczone królestwo jeszcze długo nie dojdzie do siebie po tym, co zrobił mój ojciec.

Nie mogę się już ukrywać. Muszę zasiąść na tronie Oriszy. Tylko ja będę umiała zaprowadzić pokój. Jako królowa naprawię to wszystko, co zniszczył król Saran.

Z tym gorącym postanowieniem schodzę do zimnej kabiny kapitańskiej. To jedno z niewielu pomieszczeń na statku wolnych od majacytu - minerału, za pomocą którego monarchia zwalczała magów i neutralizowała ich moc. Abyśmy mogli tu wytrzymać, trzeba było usunąć wszystkie wygody.

Tzain siedzi na gołej ramie łóżka i wygrzebuje z kubeczka ostatnie ziarenka ryżu. Zélie odpoczywa na metalowej podłodze zanurzona w złocistej sierści swojej lworożki. Wierzchacz leży jej na kolanach, co jakiś czas unosi łeb, by zlizać łzy, które wypływają ze srebrnych oczu dziewczyny. Odwracam wzrok i sięgam po własną porcyjkę ryżu.

- Masz. - Oddaję ją Tzainowi.

- Jesteś pewna?

- Ja i tak nie zjem, za bardzo się denerwuję. Pewnie bym wszystko zwymiotowała.

Wiadomość do Lagos wysłałam zaledwie pół miesiąca temu, ale mam wrażenie, że na odpowiedź matki czekam wieczność. Jeśli mnie wesprze, będę mogła objąć tron Oriszy. Naprawić krzywdy wyrządzone przez ojca. Razem stworzymy kraj, w którym magowie nie będą musieli żyć w strachu. Możemy zjednoczyć królestwo i wymazać podziały od wieków trapiące Oriszę.

Tzain ściska mi ramię.

- Nie martw się. Cokolwiek odpowie, coś wymyślimy.

Odwraca się w stronę Zélie, a mnie robi się duszno. Nienawidzę siebie za to, jak bardzo im zazdroszczę tego, co mają. Minęły dopiero trzy tygodnie, odkąd ojciec przebił mojego brata mieczem, a mnie coraz trudniej przypomnieć sobie groźną nutę w głosie Inana. Może gdy zobaczę się z matką, ziejąca rana w moim sercu zacznie się goić.

- Ktoś idzie.

Zélie wskazuje na postać w ciemnym korytarzu. Cała sztywnieję, gdy wytarte drzwi z jękiem otwierają się na oścież. Nasz posłaniec Roën otrząsa krople deszczu z posklejanych czarnych włosów, które opadają mu za kanciastą szczękę. Ze skórą w kolorze pustynnego piasku i oczami jak dwie wielkie łzy zawsze wyróżnia się wyglądem w towarzystwie Oriszan.

- Najla?

Lworożka strzyże uszami, a Roën klęka i wyjmuje z sakwy spory pakunek. Gdy go rozwija, odsłaniając szereg lśniących ryb, Najla omal go nie przewraca. Ku mojemu zaskoczeniu nawet na twarzy Zélie pojawia się delikatny uśmiech.

- Dziękuję - szepcze.

Roën spogląda jej w oczy i kiwa głową. Dopiero na moje chrząknięcie zwraca się twarzą do mnie.

- No to słuchamy - mówię z westchnieniem. - Co powiedziała?

Roën wypycha językiem policzek i spuszcza wzrok.

- Doszło do ataku. Nie ma kontaktu ze stolicą.

- Ataku? - Serce we mnie zamiera na myśl o matce osaczonej w pałacu. Wstaję. - Jak to? Kiedy? Dlaczego?

- Mówią o sobie iyika - wyjaśnia Roën. - To znaczy rewolucja. Magowie po odzyskaniu mocy dokonali szturmu na Lagos. Podobno przedarli się aż do pałacu.

Opieram się o ścianę i osuwam na kratownicową podłogę. Usta Roëna wciąż się poruszają, lecz nie wiem, co mówi. Niczego nie słyszę.

- Królowa... - jąkam się. - Czy oni... Czy ona...

- Słuch po niej zaginął. - Roën odwraca wzrok. - A ponieważ ty się ukrywasz, ludzie myślą, że dynastia wygasła.

Tzain się podnosi, ale daję mu znak, żeby został na swoim miejscu. Jeśli się do mnie zbliży, całkiem się rozkleję. Wszystkie moje plany i nadzieje prysnęły w ułamku sekundy. Jeśli matka nie żyje...

Nieba.

To znaczy, że naprawdę jestem zdana na siebie.

- Czego chcą ci rebelianci? - pyta Tzain.

- Trudno powiedzieć - stwierdza Roën. - Ich siły są niewielkie, ale śmiertelnie groźne. W całej Oriszy dochodzi do zabójstw arystokratów.

- Czyli nikt związany z monarchią nie może czuć się bezpieczny? - Zélie marszczy brwi i nasze spojrzenia się spotykają.

Od czasu rytuału i jego feralnego finału prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. Miło, że wciąż się o mnie martwi.

Roën wzrusza ramionami.

- Na to wygląda. Ale z powodu tej rebelii armia urządza polowanie na magów. Ofiarą czystek padają całe wioski. Nowy admirał w zasadzie wypowiedział im wojnę.

Zamykam oczy i przesuwam dłońmi po włosach, do niedawna prostych, a teraz falistych. W czasie poprzedniej wojny niewiele zabrakło, a Ogniarze wymordowaliby wszystkich członków rodziny królewskiej. Po latach ojciec w odwecie przeprowadził Obławę. Jeśli znowu wybuchnie wojna, nikt nie będzie bezpieczny. Królestwo samo się rozszarpie.

Orisza na nikogo nie czeka, Amari.

Głos ojca dudni mi w głowie. Przeszyłam go mieczem, aby uwolnić Oriszę od tyranii, a teraz w kraju panuje zamęt. Nie ma czasu na żałobę ani na otarcie łez. Przyrzekłam, że będę lepszą królową.

Skoro zabrakło matki, muszę sama wypełnić to przyrzeczenie.

- Wygłoszę odezwę do ludu - postanawiam. - Przejmę stery królestwa. Zakończę wojnę i zaprowadzę porządek. - Staję na nogach. Moje plany są teraz ważniejsze niż mój smutek. - Roën, wiem, że jestem twoją dłużniczką, ale jeśli mogę cię prosić o jeszcze jedną przysługę...

- Mam nadzieję, że to żart. - Z twarzy najemnika w jednej chwili znika całe współczucie. - Zdajesz sobie chyba sprawę, że jesteś mi winna tyle, ile ważę, w złocie? To, że twoja matka przepadła bez wieści, niczego nie zmienia.

- Dałam ci ten okręt! - krzyczę.

- Okręt, na którym nadal koczujesz? - Roën unosi brew. - Okręt, który przejęli moi ludzie? Mnóstwo osób czeka na przeprawę przez morze. Ten okręt nie jest żadną zapłatą. Przeciwnie, z każdym dniem twój dług rośnie!

- Kiedy wstąpię na tron, będę miała dostęp do królewskiego skarbca - mówię. - Pomóż mi zorganizować wiec, a zapłacę ci podwójnie. Za kilka dni to złoto będzie twoje!

- Daję ci jedną noc. - Roën podnosi kaptur peleryny. - Jutro ten statek wypływa. Jeśli z niego nie zejdziecie, każę was wyrzucić za burtę. Nie macie czym zapłacić za przeprawę.

Próbuję zajść mu drogę, ale omija mnie i wychodzi. Gdy odgłos jego kroków ginie wśród szumu deszczu, tłumiona rozpacz prawie się ze mnie wylewa.

Tzain staje u mojego boku.

- Nie potrzebujemy go. Możesz sama objąć tron.

- Nie mam złamanego grosza. Kto uwierzy, że jestem prawowitą następczynią?

Tzain milknie, a Najla przechodzi między nami z nosem przy kratownicowej podłodze. Zjadłaby jeszcze parę ryb. Myślę o tych, którymi poczęstował ją Roën, i spoglądam na Zélie, lecz ona kręci głową.

- Już raz odmówił.

- Bo to ja go prosiłam! - Ruszam pędem w jej stronę. - Tobie udało się go namówić, żeby zabrał swoich ludzi na poszukiwanie legendarnej wyspy pośrodku oceanu. Na pewno zdołasz go przekonać, żeby nam pomógł.

- Jesteśmy mu winni złoto - mówi. - Powinniśmy się cieszyć, że pozwala nam opuścić Dżimetę w jednym kawałku.

- On jest naszą jedyną nadzieją - stwierdzam. - Skoro po odrodzeniu się magii Lagos upadło, to znaczy, że Orisza prawie od miesiąca nie ma władcy. Jeśli nie obejmę tronu teraz, już nigdy mi się to nie uda!

Zélie pociera kark, przesuwa palcami po złotych symbolach, które zdobią jej skórę od czasu rytuału. Delikatne zawijasy i kropki mienią się niczym tatuaż wykonany najcieńszą z igieł. Piękne, prastare znaki, lecz Zélie chowa je przed światem tak samo jak swoje blizny. Wstydzi się ich.

Jak gdyby nie mogła znieść ich widoku.

- Zélie, błagam cię! - Klękam przed nią. - Musimy spróbować. Wojsko ściga magów...

- Jak długo mam dźwigać na swoich barkach przyszłość mojego ludu?

Chłód tych słów zbija mnie z tropu, ale nie daję za wygraną.

- W takim razie zrób to dla Baby. W końcu oddał życie dla tej sprawy.

Zélie zwiesza głowę i zamyka oczy. Bierze głęboki wdech. Wreszcie wstaje. Kamień spada mi z serca.

- Niczego nie obiecuję.

- Rozumiem, ale daj z siebie wszystko - odpowiadam, kładąc dłoń na jej dłoni. - Zbyt wiele poświęciłyśmy, żeby teraz przegrać.

IKÚ

MAGOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI

TYTUŁ: ŻNIWIARZ, ŻNIWIARKA

BÓSTWO: OJA

?MÍ

MAGOWIE UMYSŁU, DUCHA I SNÓW

TYTUŁ: KONEKTOR, KONEKTORKA

BÓSTWO: ORÍ

OMI

MAGOWIE WODY

TYTUŁ: FALUN, FALUNKA

BÓSTWO: JEMO.DŻA

INÁ

MAGOWIE OGNIA

TYTUŁ: OGNIARZ, OGNIARKA

BÓSTWO: SANGÓ

AFÉFÉ

MAGOWIE POWIETRZA

TYTUŁ: TAJFUN, TAJFUNKA

BÓSTWO: AJAO

AIJE

MAGOWIE ZIEMI I ŻELAZA

TYTUŁ: ZIEMIOWIEC, ZIEMIARKA + SPAJACZ, SPAJACZKA

BÓSTWO: ?GÚN

?MÓL?

MAGOWIE ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI

TYTUŁ: ŚWIETLARZ, ŚWIETLARKA

BÓSTWO: OSZUMARE

?W?SAN

MAGOWIE ZDROWIA I CHOROBY

TYTUŁ: UZDROWICIEL, UZDROWICIELKA + KANCER, KANCERKA

BÓSTWO: BABALÚAJÉ

ARÍRAN

MAGOWIE CZASU

TYTUŁ: JASNOWIDZ, JASNOWIDZKA

BÓSTWO: ORÚNMILA

E.RANKO

MAGOWIE ZWIERZĄT

TYTUŁ: POSKRAMIACZ, POSKRAMIACZKA

BÓSTWO: OXOSI