Ojciec zwykł mawiać, że Orisza na nikogo nie czeka.
Na żadnego człowieka.
Na żadnego króla.
Tymi słowami potrafił usprawiedliwić dosłownie wszystko. Uzasadnić każdy postępek.
Patrzę, jak ogień trawi trumnę z ciałem Baby, a miecz, którym przebiłam pierś własnemu ojcu, wisi ciężko u mojego pasa. Zwłoki Sarana zniknęły bez śladu.
Nie mogłabym go pochować, nawet gdybym chciała.
- Pora wracać - stwierdza Tzain. - Wkrótce nadejdzie odpowiedź od twojej matki.
Zostaję kilka kroków w tyle za nim i za Zélie. Wspinamy się na pokład żelaznego okrętu, który przejęliśmy, aby dotrzeć na świętą wyspę. Choć mieszkamy na nim od paru tygodni, wyryte na burtach śnieżne lampartusy wciąż przyprawiają mnie o ciarki. Ilekroć mijam dawny ojcowski symbol, chce mi się krzyczeć albo płakać. Sama nie wiem, co powinnam wtedy czuć - ani czy w ogóle cokolwiek powinnam czuć.
- Wszyscy na pokład!
Oglądam się w kierunku, z którego dobiegł ten okrzyk. Widzę całe rodziny ustawione w długiej kolejce, płacące złotym kruszcem za wejście na niewielki statek najemników. Ludzie tłoczą się pod zardzewiałym pokładem, byle uciec z Oriszy do innych, spokojniejszych krajów. Kłuje mnie w sercu, gdy patrzę na ich zapadłe twarze. Ja liżę rany, ale okaleczone królestwo jeszcze długo nie dojdzie do siebie po tym, co zrobił mój ojciec.
Nie mogę się już ukrywać. Muszę zasiąść na tronie Oriszy. Tylko ja będę umiała zaprowadzić pokój. Jako królowa naprawię to wszystko, co zniszczył król Saran.
Z tym gorącym postanowieniem schodzę do zimnej kabiny kapitańskiej. To jedno z niewielu pomieszczeń na statku wolnych od majacytu - minerału, za pomocą którego monarchia zwalczała magów i neutralizowała ich moc. Abyśmy mogli tu wytrzymać, trzeba było usunąć wszystkie wygody.
Tzain siedzi na gołej ramie łóżka i wygrzebuje z kubeczka ostatnie ziarenka ryżu. Zélie odpoczywa na metalowej podłodze zanurzona w złocistej sierści swojej lworożki. Wierzchacz leży jej na kolanach, co jakiś czas unosi łeb, by zlizać łzy, które wypływają ze srebrnych oczu dziewczyny. Odwracam wzrok i sięgam po własną porcyjkę ryżu.
- Masz. - Oddaję ją Tzainowi.
- Jesteś pewna?
- Ja i tak nie zjem, za bardzo się denerwuję. Pewnie bym wszystko zwymiotowała.
Wiadomość do Lagos wysłałam zaledwie pół miesiąca temu, ale mam wrażenie, że na odpowiedź matki czekam wieczność. Jeśli mnie wesprze, będę mogła objąć tron Oriszy. Naprawić krzywdy wyrządzone przez ojca. Razem stworzymy kraj, w którym magowie nie będą musieli żyć w strachu. Możemy zjednoczyć królestwo i wymazać podziały od wieków trapiące Oriszę.
Tzain ściska mi ramię.
- Nie martw się. Cokolwiek odpowie, coś wymyślimy.
Odwraca się w stronę Zélie, a mnie robi się duszno. Nienawidzę siebie za to, jak bardzo im zazdroszczę tego, co mają. Minęły dopiero trzy tygodnie, odkąd ojciec przebił mojego brata mieczem, a mnie coraz trudniej przypomnieć sobie groźną nutę w głosie Inana. Może gdy zobaczę się z matką, ziejąca rana w moim sercu zacznie się goić.
- Ktoś idzie.
Zélie wskazuje na postać w ciemnym korytarzu. Cała sztywnieję, gdy wytarte drzwi z jękiem otwierają się na oścież. Nasz posłaniec Roën otrząsa krople deszczu z posklejanych czarnych włosów, które opadają mu za kanciastą szczękę. Ze skórą w kolorze pustynnego piasku i oczami jak dwie wielkie łzy zawsze wyróżnia się wyglądem w towarzystwie Oriszan.
- Najla?
Lworożka strzyże uszami, a Roën klęka i wyjmuje z sakwy spory pakunek. Gdy go rozwija, odsłaniając szereg lśniących ryb, Najla omal go nie przewraca. Ku mojemu zaskoczeniu nawet na twarzy Zélie pojawia się delikatny uśmiech.
- Dziękuję - szepcze.
Roën spogląda jej w oczy i kiwa głową. Dopiero na moje chrząknięcie zwraca się twarzą do mnie.
- No to słuchamy - mówię z westchnieniem. - Co powiedziała?
Roën wypycha językiem policzek i spuszcza wzrok.
- Doszło do ataku. Nie ma kontaktu ze stolicą.
- Ataku? - Serce we mnie zamiera na myśl o matce osaczonej w pałacu. Wstaję. - Jak to? Kiedy? Dlaczego?
- Mówią o sobie iyika - wyjaśnia Roën. - To znaczy rewolucja. Magowie po odzyskaniu mocy dokonali szturmu na Lagos. Podobno przedarli się aż do pałacu.
Opieram się o ścianę i osuwam na kratownicową podłogę. Usta Roëna wciąż się poruszają, lecz nie wiem, co mówi. Niczego nie słyszę.
- Królowa... - jąkam się. - Czy oni... Czy ona...
- Słuch po niej zaginął. - Roën odwraca wzrok. - A ponieważ ty się ukrywasz, ludzie myślą, że dynastia wygasła.
Tzain się podnosi, ale daję mu znak, żeby został na swoim miejscu. Jeśli się do mnie zbliży, całkiem się rozkleję. Wszystkie moje plany i nadzieje prysnęły w ułamku sekundy. Jeśli matka nie żyje...
Nieba.
To znaczy, że naprawdę jestem zdana na siebie.
- Czego chcą ci rebelianci? - pyta Tzain.
- Trudno powiedzieć - stwierdza Roën. - Ich siły są niewielkie, ale śmiertelnie groźne. W całej Oriszy dochodzi do zabójstw arystokratów.
- Czyli nikt związany z monarchią nie może czuć się bezpieczny? - Zélie marszczy brwi i nasze spojrzenia się spotykają.
Od czasu rytuału i jego feralnego finału prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. Miło, że wciąż się o mnie martwi.
Roën wzrusza ramionami.
- Na to wygląda. Ale z powodu tej rebelii armia urządza polowanie na magów. Ofiarą czystek padają całe wioski. Nowy admirał w zasadzie wypowiedział im wojnę.
Zamykam oczy i przesuwam dłońmi po włosach, do niedawna prostych, a teraz falistych. W czasie poprzedniej wojny niewiele zabrakło, a Ogniarze wymordowaliby wszystkich członków rodziny królewskiej. Po latach ojciec w odwecie przeprowadził Obławę. Jeśli znowu wybuchnie wojna, nikt nie będzie bezpieczny. Królestwo samo się rozszarpie.
Orisza na nikogo nie czeka, Amari.
Głos ojca dudni mi w głowie. Przeszyłam go mieczem, aby uwolnić Oriszę od tyranii, a teraz w kraju panuje zamęt. Nie ma czasu na żałobę ani na otarcie łez. Przyrzekłam, że będę lepszą królową.
Skoro zabrakło matki, muszę sama wypełnić to przyrzeczenie.
- Wygłoszę odezwę do ludu - postanawiam. - Przejmę stery królestwa. Zakończę wojnę i zaprowadzę porządek. - Staję na nogach. Moje plany są teraz ważniejsze niż mój smutek. - Roën, wiem, że jestem twoją dłużniczką, ale jeśli mogę cię prosić o jeszcze jedną przysługę...
- Mam nadzieję, że to żart. - Z twarzy najemnika w jednej chwili znika całe współczucie. - Zdajesz sobie chyba sprawę, że jesteś mi winna tyle, ile ważę, w złocie? To, że twoja matka przepadła bez wieści, niczego nie zmienia.
- Dałam ci ten okręt! - krzyczę.
- Okręt, na którym nadal koczujesz? - Roën unosi brew. - Okręt, który przejęli moi ludzie? Mnóstwo osób czeka na przeprawę przez morze. Ten okręt nie jest żadną zapłatą. Przeciwnie, z każdym dniem twój dług rośnie!
- Kiedy wstąpię na tron, będę miała dostęp do królewskiego skarbca - mówię. - Pomóż mi zorganizować wiec, a zapłacę ci podwójnie. Za kilka dni to złoto będzie twoje!
- Daję ci jedną noc. - Roën podnosi kaptur peleryny. - Jutro ten statek wypływa. Jeśli z niego nie zejdziecie, każę was wyrzucić za burtę. Nie macie czym zapłacić za przeprawę.
Próbuję zajść mu drogę, ale omija mnie i wychodzi. Gdy odgłos jego kroków ginie wśród szumu deszczu, tłumiona rozpacz prawie się ze mnie wylewa.
Tzain staje u mojego boku.
- Nie potrzebujemy go. Możesz sama objąć tron.
- Nie mam złamanego grosza. Kto uwierzy, że jestem prawowitą następczynią?
Tzain milknie, a Najla przechodzi między nami z nosem przy kratownicowej podłodze. Zjadłaby jeszcze parę ryb. Myślę o tych, którymi poczęstował ją Roën, i spoglądam na Zélie, lecz ona kręci głową.
- Już raz odmówił.
- Bo to ja go prosiłam! - Ruszam pędem w jej stronę. - Tobie udało się go namówić, żeby zabrał swoich ludzi na poszukiwanie legendarnej wyspy pośrodku oceanu. Na pewno zdołasz go przekonać, żeby nam pomógł.
- Jesteśmy mu winni złoto - mówi. - Powinniśmy się cieszyć, że pozwala nam opuścić Dżimetę w jednym kawałku.
- On jest naszą jedyną nadzieją - stwierdzam. - Skoro po odrodzeniu się magii Lagos upadło, to znaczy, że Orisza prawie od miesiąca nie ma władcy. Jeśli nie obejmę tronu teraz, już nigdy mi się to nie uda!
Zélie pociera kark, przesuwa palcami po złotych symbolach, które zdobią jej skórę od czasu rytuału. Delikatne zawijasy i kropki mienią się niczym tatuaż wykonany najcieńszą z igieł. Piękne, prastare znaki, lecz Zélie chowa je przed światem tak samo jak swoje blizny. Wstydzi się ich.
Jak gdyby nie mogła znieść ich widoku.
- Zélie, błagam cię! - Klękam przed nią. - Musimy spróbować. Wojsko ściga magów...
- Jak długo mam dźwigać na swoich barkach przyszłość mojego ludu?
Chłód tych słów zbija mnie z tropu, ale nie daję za wygraną.
- W takim razie zrób to dla Baby. W końcu oddał życie dla tej sprawy.
Zélie zwiesza głowę i zamyka oczy. Bierze głęboki wdech. Wreszcie wstaje. Kamień spada mi z serca.
- Niczego nie obiecuję.
- Rozumiem, ale daj z siebie wszystko - odpowiadam, kładąc dłoń na jej dłoni. - Zbyt wiele poświęciłyśmy, żeby teraz przegrać.