DZIURA W PRZEŚCIERADLE
Urodziłem się w Bombaju... dawno, dawno temu. Nie, to nie wystarczy, przed
tą datą nie ma ucieczki: urodziłem się 15 sierpnia 1947 roku w Klinice
Położniczej doktora Narlikara. A pora? Pora też jest istotna. Zatem: w nocy. Nie, należy podać z większą... No więc, jeżeli chodzi o ścisłość,
punkt o północy. Kiedy przyszedłem na świat, wskazówki zegara złożyły
się niczym ręce w tradycyjnym geście powitania. Och, wyrzuć to, wyrzuć
wreszcie z siebie: wyskoczyłem dokładnie w chwili uzyskania przez Indie
niepodległości. Aż wszystkim dech zaparło. A za oknem tłumy i fajerwerki. Kilka sekund później mój ojciec złamał sobie duży palec u nogi, ale jego wypadek był zaledwie błahostką w porównaniu z tym, co
mnie spotkało w owym spowitym mrokiem nocy momencie, gdyż za sprawą
mistycznej tyranii witających mnie godnie zegarów historia w niezbadany
sposób spętała mnie kajdanami, mój los został nierozerwalnie przykuty do
losu kraju. Przez kolejne trzydzieści lat nie było przed nim ucieczki.
Moje przybycie zapowiedzieli wróżbici, uhonorowały je gazety, politycy
zaś usankcjonowali moją autentyczność. Ja jeden nie miałem tu nic do
gadania. Ja, Salim Sinai, zwany potem rozmaicie - Smarkiem, Plamolicym,
Łysoniem, Kinolem, Buddą, a nawet Okruchem Księżyca - zostałem poważnie
uwikłany w przeznaczenie, co w najlepszym razie wiązało się z pewnym
niebezpieczeństwem. A przecież wówczas nie umiałem sobie jeszcze wytrzeć
nosa.
Teraz jednak czas (któremu przestałem być potrzebny) ucieka. Wkrótce
skończę trzydzieści jeden lat. Być może. Jeśli pozwoli mi na to moje
rozpadające się, nadużywane ciało. Nie mam wszakże nadziei na ocalenie
życia ani też nie liczę na dar w postaci tysiąca i jednej nocy. Muszę
pracować szybko, szybciej niż Szeherezada, jeżeli mój żywot ma mieć
sens, właśnie, sens. Przyznaję, iż nade wszystko lękam się bezsensu.
A przecież czeka tyle opowieści, aż za wiele, wprost roi się od
splecionych ze sobą żywotów wydarzeń cudów miejsc plotek, co za obfity
melanż spraw niewiarygodnych i przyziemnych! Jestem połykaczem żywotów
ludzkich; toteż aby mnie poznać, mnie jednego, trzeba również połknąć te
wszystkie żywoty. Wchłonięta ciżba tłoczy się we mnie i kłębi; wiedziony
zatem wspomnieniem pewnego wielkiego białego prześcieradła z niezbyt
równo wyciętą pośrodku okrągłą dziurą średnicy blisko dwudziestu
centymetrów, uczepiony wizji tego przedziurawionego, uszkodzonego
płótna, mojego talizmanu, mojego sezamie-otwórz-się, muszę przystąpić do
rekonstrukcji swojego życia od chwili, w której naprawdę się ono
poczęło, ponad trzydzieści dwa lata przed nastąpieniem czegoś tak
oczywistego, tak teraźniejszego, jak moje ujarzmione zegarem,
splamione zbrodnią narodziny.
(Nawiasem mówiąc, prześcieradło również jest splamione trzema kroplami
starej, wypłowiałej czerwieni. Jak powiada Koran: Głoś! w imię twego
Pana, który stworzył! Stworzył człowieka z grudki krwi zakrzepłej!)
* * *
Wczesną wiosną roku 1915, pewnego kaszmirskiego poranka, mój dziadek,
Aadam Aziz, klęknąwszy do modlitwy, uderzył nosem w skutą mrozem grudę
ziemi. Z lewej dziurki od nosa kapnęły mu trzy krople krwi, stwardniały
natychmiast w rześkim powietrzu i spadły na dywanik modlitewny,
przeistoczone na jego oczach w rubiny. Kiedy odchylił się i wyprostował,
spostrzegł, że łzy, które napłynęły mu do oczu, również stężały; gdy
więc strząsał pogardliwie diamenty z rzęs, poprzysiągł sobie, że już
nigdy nie pocałuje ziemi ani dla żadnego boga, ani dla człowieka.
Postanowienie to jednak wydrążyło w nim dziurę, pozostawiło pustkę w życiodajnej komorze wnętrza, wydając go na pastwę kobiet i historii. Z początku tego nieświadom, mimo niedawno odebranego wykształcenia
medycznego, wstał, zwinął dywanik na kształt grubego cygara i wsadziwszy
go sobie pod prawą pachę, spojrzał na dolinę niezmąconym diamentami
wzrokiem.
Świat ożył na nowo. Po zimowym okresie wykluwania się pod skorupą lodu
wilgotna i żółta dolina wychynęła na otwartą przestrzeń. Młoda trawa
doczekała pod ziemią stosownej chwili; góry cofały się, chroniąc się na
okres upałów w wysoko położonych miejscowościach letniskowych. (Zimą,
gdy dolina kurczyła się pod lodową powłoką, góry zaciskały pierścień
wokół miasta nad jeziorem, szczerząc złowieszczo kły).
W owych czasach, zanim wzniesiono wieżę radiową, świątynia Śankaraćarji,
niewielki czarny wyprysk na wzgórzu koloru khaki, górowała nad ulicami i nad jeziorem Śrinagaru. W owych czasach nad brzegiem jeziora nie było
obozu wojskowego ani tasiemcowych węży zamaskowanych ciężarówek i łazików tarasujących wąskie drogi, ani żołnierzy ukrywających się za
grzbietami górskimi opodal Baramulli i Gulmargu. W owych czasach nie
rozstrzeliwano podróżnych pod zarzutem szpiegostwa, kiedy fotografowali
mosty, toteż pominąwszy domy Anglików na jeziorze, dolina mimo swej
nowej wiosennej szaty niewiele się zmieniła od epoki imperium Mogołów;
ale oczy mojego dziadka - które miały, podobnie jak on sam, dwadzieścia
pięć lat - ujrzały wszystko odmienione... i zaczął go swędzieć nos.
Wypada zdradzić sekret nowego spojrzenia dziadka: spędził on pięć lat,
pięć wiosen, z dala od domu. (Owa gruda ziemi, która napatoczyła się pod
fałdą dywanika modlitewnego, chociaż odegrała przełomową rolę, była w gruncie rzeczy zaledwie katalizatorem). Teraz, po powrocie, dziadek
patrzył oczyma podróżnika. Zamiast docenić piękno dolinki otoczonej
masywnymi zębiskami, dojrzał jej małość, dostrzegł bliskość horyzontu i zasmucił się - w rodzinnych stronach poczuł się wprost osaczony. Doznał
też niewysłowionego uczucia, jak gdyby stare kąty miały mu za złe, że
wraca wykształcony, uzbrojony w stetoskop. Pod zimowym lodem wyczuwał
chłód obojętności, ale teraz znikła wszelka wątpliwość: lata spędzone w Niemczech ściągnęły nań wrogość otoczenia. Po wielu latach, kiedy
nienawiść wypełniła mu dziurę we wnętrzu i kiedy przybył, by złożyć się
w ofierze bogu z czarnego kamienia w świątyni na wzgórzu, usiłował
wrócić pamięcią do wiosen rajskiego dzieciństwa, przypomnieć sobie, jak
to było, nim podróże, grudy ziemi i czołgi wywróciły wszystko na nice.
Owego ranka, kiedy dolina, okryta dywanikiem modlitewnym, dała mu
prztyczka w nos, starał się, zresztą bezsensownie, udawać, że nic się
nie zmieniło. Wstał kwadrans po czwartej na przenikliwy ziąb, obmył się
w rytualny sposób, ubrał, włożył na głowę karakułową czapkę ojca;
następnie wytaszczył zwinięte cygaro dywanika modlitewnego do ogródka
nad jeziorem przed ich starym, mrocznym domem i rozwinął na oczekującej
już grudzie. Ziemia pod nogami wydała mu się zwodniczo miękka, toteż
ogarnęły go naraz niepewność i błogi spokój. "W imię Boga Miłosiernego,
Litościwego!... - słowa inwokacji, które wypowiedział z rękami złożonymi
przed sobą niczym księga, przyniosły mu częściowo ulgę, ale w większej
mierze niepokój - ...Chwała Bogu, Panu światów... - ale tu Heidelberg wkradł
się w jego myśli; oto Ingrid, przelotnie jego Ingrid, wyśmiewa to
klepanie wersetów w stronę Mekki; a oto ich przyjaciele, Oskar i Ilse
Lubin, anarchiści, parodiują jego modlitwę swymi antyideologiami -
...Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu... - Heidelberg, gdzie obok
medycyny i polityki nauczył się, że Indie, niczym rad, zostały "odkryte"
przez Europejczyków; nawet Oskar żywił podziw dla Vasco da Gamy, co
właśnie w końcu kazało się Aadamowi Azizowi odsunąć od przyjaciół, ta
ich wiara, że on jest niejako wynalazkiem ich przodków - ...Oto Ciebie
czcimy i Ciebie prosimy o pomoc... - a więc mimo ich obecności w swoich
myślach usiłował dotrzeć ponownie do swej dawnej jaźni, która odrzucała
ich wpływy, lecz pojęła wszystko, co miała pojąć, na przykład pokorę,
rozumiała, co robi teraz, kiedy ręce wiedzione dawnym wspomnieniem
poderwały się w górę, kciuki zatkały uszy, palce się rozcapierzyły, a on
sam padł na kolana - ...Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których
obdarzyłeś dobrodziejstwami... - Ale nic z tego, czuł się schwytany w pół
drogi, w potrzasku między wiarą i niewiarą, a przecież to tylko szarada...
- nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy
błądzą". Dziadek pochylił czoło ku ziemi. Zgiął się niżej, a ziemia,
osłonięta dywanikiem, wybrzuszyła się ku niemu. I wtedy nadeszła pora
grudy. W chwili gdy reprymendy udzielali mu Ilse-Oskar-Ingrid-Heidelberg
oraz dolina-i-Bóg, gruda ziemi rąbnęła go w sam czubek nosa. Spadły trzy
krople. Rubiny i diamenty. Wtedy to dziadek, podnosząc się z kolan,
powziął postanowienie. Wstał. Zwinął cygaro. Zapatrzył się w przeciwległy brzeg jeziora. I raz na zawsze utknął w pół drogi,
niezdolny czcić Boga, którego istnienia nie potrafił bez reszty
odrzucić. Na znak trwałej przemiany: owa dziura.
Młody, świeżo upieczony doktor Aadam Aziz stał przodem do wiosennego
jeziora, wdychając woń zmian, plecami zaś (prostymi jak struna) był
zwrócony do kolejnych przemian. Podczas jego pobytu za granicą ojciec
dostał apopleksji, lecz matka trzymała to w tajemnicy. Słowa jego matki,
wypowiedziane stoickim szeptem: "Synku, przecież twoje studia były tak
ważne". Ta sama matka, która spędziła całe życie przykuta do domu, z dala od mężczyzn, nagle znalazła w sobie tyle siły, żeby poprowadzić
sklepik z kamieniami szlachetnymi (turkusy, rubiny, diamenty), co wraz z pomocą stypendium pozwoliło Aadamowi ukończyć wydział lekarski; toteż po
powrocie zastał pozornie niewzruszony porządek rodzinny przewrócony do
góry nogami, matka chodziła do pracy, tymczasem ojciec tkwił za zasłoną,
którą apopleksja okryła mu umysł... siedział na drewnianym krześle w zaciemnionym pokoju i wydawał ptasie odgłosy. Odwiedzało go trzydzieści
różnych gatunków ptaków, siadując na parapecie za zamkniętymi
okiennicami, rozprawiając o tym i owym. Więcej nie było mu potrzeba do
szczęścia.
(...Już widzę, że zaczynają się powtórzenia; bo czyż moja babka również
nie znalazła w sobie tyle... no i ta apopleksja nie była odosobniona... a Mosiężna Małpka też miała swoje ptaki... już znaleźliśmy się w kręgu
klątwy, a przecież jeszcze nie doszliśmy do nosów!)
Lód na jeziorze ustąpił. Odwilż, jak zawsze, przyszła znienacka;
zaskoczyła wiele mniejszych łodzi, tak zwanych śikar, pogrążonych we
śnie, co również należało do normy. Podczas jednak gdy te wałkonie spały
dalej na suchym lądzie, chrapiąc beztrosko u boku swych właścicieli,
najstarsza łódź zerwała się o świcie, jak to zwykle starcy, i jako
pierwsza przeprawiła się przez odmarznięte jezioro. Śikara Taiego... ale
to także należało do zwyczaju.
Proszę się przyjrzeć, jak Tai, stary przewoźnik, żwawo przeprawia się
przez zamgloną wodę, stojąc pochylony z tyłu łodzi! Jak jego wiosło,
drewniane serce na żółtym kiju, śmiga przez wodorosty! W tych stronach
uważają go za dziwaka, bo wiosłuje na stojąco... i z wielu jeszcze innych
powodów. Tai, który macha gwałtownie na doktora Aziza, zaraz wprawi
historię w ruch... z kolei Aadam, wpatrzony w wodę, przypomina sobie,
czego Tai nauczył go przed wielu laty: - Lód zawsze czeka, Aadam baba,
tuż pod naskórkiem wody. - Aadam ma oczy błękitne zdumiewającym błękitem
górskiego nieba, które zwykło skapywać w źrenice mieszkańców Kaszmiru;
nie oduczył się patrzeć. Widzi więc - o, tam! niczym zarys widma, tuż
pod powierzchnią jeziora Dal! - delikatny ażur, zagmatwaną sieć
bezbarwnych linii, zimne, wyczekujące żyły przyszłości. Lata spędzone w Niemczech, które tak wiele zmąciły, nie pozbawiły go daru patrzenia.
Daru Taiego. Podnosi wzrok, widzi spiczasty dziób zbliżającej się łodzi,
macha na powitanie. Tai wyciąga rękę, ale to już rozkaz: "Czekaj!". Mój
dziadek czeka; skorzystam więc z tej luki w czasie, kiedy zaznaje
ostatnich chwil spokoju w życiu, spokoju mętnego i złowieszczego, i spróbuję go wreszcie opisać.
Nie dopuszczając do głosu naturalnej zawiści brzydkich mężczyzn wobec
mężczyzn imponująco przystojnych, odnotowuję, że doktor Aziz był wysoki.
Ustawiony przy ścianie domu rodzinnego miał dwadzieścia pięć cegieł
wzrostu (jedna cegła na każdy rok życia), czyli blisko metr
dziewięćdziesiąt. Był też krzepki. Miał gęstą rudą brodę, co drażniło
jego matkę, gdyż powiadała, że tylko hadżiowie, którzy odbyli
pielgrzymkę do Mekki, mają prawo nosić rude brody. Włosy na głowie miał
jednak ciemniejsze. Oczy koloru nieba już znasz. Ingrid tak to
podsumowała: - Ci, którzy dobierali kolory twojej twarzy, postradali
chyba rozum. - Głównym jednak atrybutem dziadka nie były ani kolor, ani
wzrost, ani też krzepkość ręki czy prosta sylwetka. Oto i on, odbity w wodzie, rozkołysany niczym oszalały banan na samym środku twarzy... Aadam
Aziz, czekając na Taiego, obserwuje swój falujący nos. Z pewnością
przykuwałby uwagę na mniej szokującej twarzy niż ta, ale nawet u niego
najbardziej się rzucał w oczy i najdłużej pozostawał w pamięci. - Istny
cyranos - orzekła Ilse Lubin, a Oskar dorzucił: - Trąbiszcze. - Ingrid
oświadczyła: - Po takim nosie można by przejść przez rzekę. (Miał taki
szeroki grzbiet).
Nos mojego dziadka: bufiaste nozdrza, obfite niczym kształty tancerki.
Między nimi wyrasta łuk tryumfalny, najpierw do góry i przed siebie, a dalej w dół i pod spód, sięgając niemal górnej wargi swym okazałym,
zaczerwienionym akurat czubkiem. Takim nosem łatwo wyrżnąć w grudę
ziemi. Chciałbym w tym miejscu wyrazić wdzięczność owemu dorodnemu
narządowi - gdyby nie on, któż by mnie bowiem uznał za syna mojej matki,
wnuka mojego dziadka? - temu gigantycznemu narządowi, który przypadł i mnie w udziale z tytułu urodzenia. Nos doktora Aziza - porównywalny
jedynie z trąbą słoniogłowego boga Ganeśi - zapewnił mu bezsporne prawo
do zostania patriarchą rodu. Właśnie Tai miał w tym swoją zasługę. Gdy
młody Aadam ledwie osiągnął dojrzałość, zmurszały przewoźnik oznajmił: -
Z takim nosem można zakładać nowy ród, moje ty książątko. Każdy pozna,
czyj to miot. Niejeden cesarz z linii Mogołów oddałby prawą rękę za taki
nos. Bo kryją się w nim dynastie - i tu Tai popadł w grubiaństwo -
niczym smarki.
U Aadama Aziza nos przybrał patriarchalny wygląd. U mojej matki wyrażał
szlachetność z domieszką świętej cierpliwości; u mojej ciotki Emeraldy
snobizm; u ciotki Aliji intelekt; wujowi Hanifowi nadawał wygląd
zapoznanego geniusza; wuj Mustafa uczynił zeń narząd przewąchiwania;
Mosiężną Małpkę w ogóle ominął; u mnie zaś - u mnie był jeszcze czym
innym. Ale nie zdradzajmy wszystkich sekretów naraz.
(Tai jest już coraz bliżej. On, który odkrył potęgę tego nosa, a który
teraz wiezie mojemu dziadkowi wiadomość mającą wystrzelić go jak z katapulty w przyszłość, wiosłuje o poranku przez jezioro...)
Nikt nie pamiętał Taiego za młodu. Od najdawniejszych czasów machał
wiosłem na tej samej łodzi, stał w tej samej zgarbionej pozycji,
przeprawiał się przez jeziora Dal i Nagin. Odkąd ktokolwiek sięgał
pamięcią. Mieszkał gdzieś w czeluściach niehigienicznej, starej
dzielnicy drewnianych domostw, a jego żona hodowała korzenie lotosu i inne dziwne warzywa w jednym z wielu "pływających ogrodów" kołyszących
się wiosną i latem na powierzchni wody. Tai sam beztrosko przyznawał, że
nie wie, ile może mieć lat. Podobnie jego żona - mawiała, że już w dniu
ślubu był jak stara podeszwa. Jego twarz wyrzeźbił wiatr na jeziorze:
sieć zmarszczek wygarbowanych na skórze. Miał dwa złote zęby i żadnych
innych. Miał też w mieście niewielu przyjaciół. Niewielu przewoźników
bądź kupców zapraszało go na nargile, kiedy przepływał obok przystani
śikar lub jednego z licznych nadbrzeżnych, obskurnych sklepików czy
herbaciarni.
Powszechną opinię o Taim wyraził przed wielu laty ojciec Aadama Aziza,
handlarz kamieni szlachetnych: - Umysł wypadł mu wraz z zębami. (Ale
teraz stary sahib Aziz siedział zagubiony pośród świergotu ptaków,
tymczasem Tai wciąż świetnie sobie radził). Przewoźnik wywoływał takie
wrażenie swoją gadką, fantastyczną i górnolotną, ciągnącą się bez końca,
jakże często adresowaną do samego siebie. Głos niesie się po wodzie,
toteż ludzie znad jeziora śmiali się w kułak z jego monologów, ale nie
bez ukrytej bojaźni czy wręcz strachu. Bojaźni - gdyż stary pomyleniec
znał te jeziora i wzgórza lepiej niż którykolwiek z prześmiewców;
strachu - gdyż szczycił się tak zaawansowaną wiekowością, iż trudno
byłoby ją ogarnąć, którą przy tym nosił tak swobodnie na swej kurzej
szyi, że nie przeszkodziła mu zdobyć wielce ponętnej żony, a z nią
spłodzić czterech synów... i jeszcze kilku, jak utrzymywano, z innymi
nabrzeżnymi żonami. Młodziankowie z przystani śikar byli przekonani, że
stary ma gdzieś schowany pokaźny majątek - na przykład zbiór bezcennych
złotych zębów, grzechoczących w worku niczym orzechy. Po wielu latach,
kiedy Wuj Bufo, usiłując mi sprzedać córkę, zaproponował, że każe jej
wyrwać wszystkie zęby i wstawić nowe ze złota, przypomniał mi się
zapomniany skarb Taiego... a Aadam Aziz jako mały chłopiec wprost
uwielbiał starego.
Tai utrzymywał się po prostu z łodzi, wbrew wszelkim pogłoskom o swoim
rzekomym bogactwie, przewożąc za pieniądze przez jeziora siano, kozy,
warzywa, drewno; ludzi zresztą też. Kiedy zamieniał łódź w taksówkę,
stawiał pośrodku śikary wielobarwny namiot, z zasłonami we wzorzyste
kwiaty i baldachimem oraz dobranymi kolorystycznie poduszkami; odświeżał
ponadto zapach wonią kadzidła. Widok podpływającej śikary Taiego, z łopoczącymi zasłonami, nieomylnie zwiastował doktorowi Azizowi nadejście
wiosny. Niebawem zjadą angielscy sahibowie, a Tai będzie ich przewoził
do Ogrodów Śalimaru i do Królewskiego Źródła, jak zawsze rozgadany,
przygarbiony, z dala widoczny. Był chodzącym zaprzeczeniem wiary
Oskara-Ilse-Ingrid w nieuchronność zmian... ten osobliwy, niezniszczalny,
swojski duch doliny. Wodny Kaliban z nadmiernym chyba pociągiem do
taniej kaszmirskiej brandy.
Wspomnienie błękitnej ściany mojej sypialni, gdzie tuż obok listu
premiera przez wiele lat wisiał obrazek przedstawiający Raleigha za
młodu, wpatrzonego z zachwytem w starego rybaka przepasanego czymś, co
przypominało czerwone dhoti, siedzącego na - no na czym? na balach
wyrzuconych przez fale? - wskazującego na morze, kiedy tak snuł swoje
rozwodnione gawędy... tymczasem Aadam za młodu, mój przyszły dziadek,
pokochał przewoźnika Taiego właśnie za ten niekończący się słowotok, z powodu którego inni brali go za wariata. Płynęła magiczna opowieść,
słowa lały się jak pieniądze głupca spomiędzy dwóch złotych zębów,
zakrapiane czkawką i brandy, wzbijały się ku najodleglejszym Himalajom
przeszłości, po czym dopadały celnie jakiegoś aktualnego szczegółu, na
przykład nosa Aadama, by dokonać wiwisekcji jego znaczenia niczym myszy.
Przez tę przyjaźń Aadam bywał dość regularnie kąpany w gorącej wodzie.
(Dosłownie, i to we wrzątku. A matka przygadywała: - Musimy wybić
robactwo tego przewoźnika, choćby cię to miało zabić). Ale stary gaduła
nadal mitrężył czas w łodzi przy nadbrzeżnych ogrodach, Aziz zaś
siadywał u jego stóp, dopóki nie wezwano go do domu, żeby mu prawić
morały na temat niechlujstwa Taiego i przestrzegać przed grasującymi
armiami zarazków, które wedle matki skakały z owego gościnnego,
wiekowego ciała wprost na wykrochmaloną, białą, luźną piżamę jej syna.
Jednakże Aadam zawsze wracał na brzeg, aby wypatrywać przez mgłę
sylwetki obszarpanego, zgarbionego potępieńca sterującego magiczną
łodzią po zaczarowanych wodach poranka.
- Taidźi, ile ty masz naprawdę lat? - (Doktor Aziz jako dorosły człowiek
z rudą brodą, wychylony ku przyszłości, wspomina dzień, w którym zadał
to niestosowne pytanie). Na chwilę zaległa cisza, głośniejsza od
wodogrzmotu. Przerwa w monologu. Plusk wiosła o wodę. Płynął śikarą z Taim, skulony wśród kóz, na wiązce słomy, w pełni świadom kija i balii
czekających go po powrocie. Przybył tu dla opowieści... i jednym pytaniem
zamknął usta bajarzowi.
- No, Taidźi, powiedz prawdę, ile? - I tu naraz zjawiła się brandy:
butelka taniego trunku spod fałd obszernego, ciepłego kaftana ćugha.
Dreszcz, beknięcie, wytrzeszcz oczu. Błysk złota. No i - wreszcie! -
padły pierwsze słowa.
- Ile mam lat? Pytasz mnie, wścibski szczawiku, ile mam lat... - Tai,
zapowiadając niejako gest rybaka z mojej ściany, wskazał na góry. -
Tyle, nakku! - Aadam, nakku, wściubinos, spojrzał za wyciągniętym
palcem. - Widziałem, jak powstawały te góry; widziałem, jak umierali
cesarze. Posłuchaj. Posłuchaj, nakku... - i znów flaszka brandy,
podchmielony głos, słowa upajające bardziej niż alkohol - ...widziałem
Isę, tego Chrystusa, kiedy przybył do Kaszmiru. Uśmiechaj się,
uśmiechaj, to twoją historię przechowuję w głowie. Dawniej była spisana
w starych, zagubionych księgach. Dawniej wiedziałem, gdzie się znajduje
grób z przeszytymi włócznią stopami wyrzeźbionymi na nagrobku, które
krwawią raz do roku. Teraz nawet pamięć mnie opuszcza, ale wiem, chociaż
nie umiem czytać. - Analfabetyzm, zbyty machnięciem ręki; cała
literatura zmiażdżona tym jednym gniewnym gestem. I znów ręka wędruje do
kieszeni kaftana po flaszkę brandy, do ust spękanych od zimna. Tai
zawsze miał kobiece usta. - Słuchaj, nakku, słuchaj. Wiele widziałem.
Jara, trzeba było widzieć tego Isę, kiedy tu przybył, broda aż do fiuta,
a na głowie łysy jak jajo. Był stary i sterany życiem, ale jakie miał
maniery! "Ja po tobie, Taidźi - powiadał - zechciej sobie spocząć";
zawsze odnosił się z szacunkiem, nigdy nie nazywał mnie pomyleńcem ani
nie mówił do mnie per tu. Zawsze ap. Widzisz, jaki uprzejmy? A co za
apetyt! Taki go trawił głód, że aż ze strachu chwytałem się za głowę.
Czy to święty, czy diabeł, przysięgam, że zjadał całe koźlę za jednym
zasiadem. No i co z tego? Jedz, mówiłem mu, napełniaj tę dziurę w brzuchu, do Kaszmiru przyjeżdża się po to, żeby się nacieszyć życiem
albo je zakończyć, albo i jedno, i drugie. Dokonał swojego dzieła.
Przyjechał tu, żeby trochę pożyć. - Aziz, urzeczony tym zakrapianym
brandy portretem łysego, żarłocznego Chrystusa, zamienił się w słuch, by
potem powtarzać wszystko słowo w słowo ku konsternacji rodziców, którzy
handlowali kamieniami szlachetnymi i nie mieli czasu na takie banialuki.
- Nie wierzysz? - Oblizywał spierzchnięte wargi z uśmiechem, wiedząc, że
jest wprost przeciwnie. - Błądzisz gdzieś myślami? - Choć oczywiście
wiedział, jak łapczywie Aziz słucha jego słów. - Może cię słoma kłuje w tyłek, co? Tak mi przykro, babadźi, że nie podłożyłem ci jedwabnych
poduszek wyszywanych złotym brokatem, na jakich siadywał cesarz
Dżahangir! Pewno uważasz cesarza Dżahangira wyłącznie za ogrodnika -
przygadywał Tai mojemu dziadkowi - bo założył Śalimar. Ty głupcze! Co ty
sobie wyobrażasz? Jego imię znaczyło: Dzierżyciel Świata. Czy tak by
nazwano ogrodnika? Bóg raczy wiedzieć, czego was tam dzisiaj uczą.
Tymczasem ja... - aż się zasapał - ...ja znałem jego dokładną wagę co do
toli! Spytaj mnie, ile manów, ile sirów! Kiedy był szczęśliwy,
przybierał na wadze, a w Kaszmirze ważył najwięcej. Nosiłem go w lektyce... ale ty mi znów nie wierzysz, ten twój ogóras na twarzy kiwa się
jak ten twój ogóreczek w spodniach! No to przepytaj mnie, proszę bardzo!
Zrób mi egzamin! Spytaj, ile razy trzeba było obwiązywać skórzanymi
rzemieniami drążki lektyki - odpowiedź: trzydzieści jeden. Spytaj, jak
brzmiało ostatnie słowo cesarza na łożu śmierci - odpowiem ci:
"Kaszmir". Miał przykry zapach z ust i gołębie serce. Za kogo ty mnie
uważasz? Za byle ciemniaka, załganego bezpańskiego kundla? A teraz
wyskakuj z łodzi, przy tym twoim nosie za ciężko mi wiosłować; zresztą
twój ojciec już czeka, żeby wybić ci z głowy moje banialuki, a matka,
żeby ci wyparzyć skórę.
W butelce brandy przewoźnika Taiego widzę zapowiedź opętania mojego ojca
przez dżinny... trafi się też kolejny łysy przybysz... z kolei banialuki
Taiego zwiastują inne, które osłodziły starość mojej babce i też ją
wiele nauczyły... a bezpańskie psy kręcą się opodal... Dość tego. Aż mnie
obleciał strach.
Mimo tego wybijania i wyparzania Aadam Aziz wciąż pływał z Taim śikarą,
pośród kóz siana kwiatów mebli korzeni lotosu, chociaż nigdy z angielskimi sahibami, i wciąż wysłuchiwał fantastycznych odpowiedzi na
to jedno, napawające grozą pytanie: - Ale, Taidźi, powiedz, ile masz
naprawdę lat?
U Taiego Aadam poznał sekrety jeziora - gdzie można pływać, żeby nie
wciągnęły człowieka wodorosty; jak wygląda jedenaście odmian węża
wodnego; gdzie żaby składają skrzek; jak gotować korzenie lotosu i gdzie
przed kilku laty utopiły się trzy Angielki.
- Jest takie plemię białych kobiet, które przyjeżdżają do tych wód, żeby
się utopić - oświadczył Tai. - Czasem wiedzą z góry, a czasem nie, ale
ja to z miejsca wyniucham. Kryją się pod wodą, Bóg wie przed czym albo
przed kim, ale przede mną, mój mały, się nie ukryją!
Z piersi Taiego dobył się śmiech, którym miał się zarazić Aadam -
donośny łoskot sprawiający makabryczne wrażenie, kiedy wstrząsał starym,
przywiędłym ciałem, brzmiący jednak tak naturalnie u mojego rosłego
dziadka, iż nikt później nie poznał, że to nie jego przyrodzony śmiech
(odziedziczył go wuj Hanif, toteż aż do jego śmierci cząstka Taiego żyła
jeszcze w Bombaju). Również od Taiego dziadek usłyszał po raz pierwszy o nosach.
Tai poklepał się w lewą dziurkę od nosa.
- Wiesz, co to jest, nakku? Tutaj świat zewnętrzny spotyka się ze
światem twojego wnętrza. Jeżeli zapanuje między nimi niezgoda, odczujesz
to tutaj. Wtedy zażenowany drapiesz się w nos, żeby swędzenie odeszło.
Taki nos, mój matołku, to wielki dar. Powiadam ci: ufaj mu. Kiedy cię
ostrzega, miej się na baczności, bo przepadniesz z kretesem. Słuchaj
własnego nosa, a daleko zajdziesz. - Odchrząknął i wzniósł oczy ku górom
przeszłości. Aziz wtulił się w słomę. - Znałem raz pewnego oficera z armii Iskandara Wielkiego. Mniejsza o nazwisko. Między oczami też mu
dyndało takie warzywo jak tobie. Kiedy armia stanęła w pobliżu Gandhary,
zakochał się w miejscowej lafiryndzie. Zaraz nos rozswędział się jak
szalony. Biedak go drapał, lecz na próżno. Wdychał napar z kruszonych
liści eukaliptusa. Nadal bez skutku, babadźi! Swędzenie doprowadzało go
do szału, ale ten skończony dureń wpadł po uszy, kiedy więc armia
wróciła do domu, został z tą małą jędzą. I jak na tym wyszedł? - jak
idiota, ni to, ni sio, ot taki półkaleka z żoną zrzędą i z tym
swędzeniem w nosie, a na ostatku dźgnął się mieczem w brzuch. No i co ty
na to?
...Doktor Aziz, którego rubiny i diamenty przemieniły w takie ni to, ni
sio, wspomina w roku 1915 tę opowieść, kiedy Tai podpływa na odległość
głosu. Nadal swędzi go nos. Drapie się, otrząsa, szarpie głową; i wtedy
dochodzi go wołanie Taiego:
- Ohé! Doktorze sahibie! Ghani, córka właściciela ziemskiego, jest
chora.
Wiadomość, przekazana zwięźle, wykrzyczana bezceremonialnie przez
jezioro, mimo że przewoźnik i jego uczeń nie widzieli się pięć lat,
wypowiedziana kobiecymi ustami, które nie składają się w uśmiechu
powitania "dawnośmy się...", wsadza czas na rozkręcającą się,
przyspieszającą karuzelę niejasnego podniecenia...
...- Pomyśl tylko, synku - mówi matka Aadama, popijając świeżą limonadę,
wyciągnięta na tachcie w pozie rezygnacji i wyczerpania - jak to się
wszystko w życiu zmienia. Przez tyle lat nawet moje łydki otaczała
tajemnica, a teraz muszę pozwalać, żeby gapili się na mnie obcy ludzie,
i to w dodatku nie członkowie rodziny.
...Tymczasem Ghani, właściciel ziemski, stoi pod wielkim obrazem olejnym w bogatej złoconej ramie, wyobrażającym Dianę, boginię łowów. Ma na nosie
grube, ciemne okulary, a na twarzy swój słynny jadowity uśmieszek, i rozprawia o sztuce.
- Kupiłem go, doktorze sahibie, od pewnego Anglika, któremu powinęła się
noga w interesach. Za jedyne pięćset rupii, nawet się nie targowałem.
Cóż to jest pięćset rupii? Bo widzi pan, jestem miłośnikiem kultury.
...- Widzisz, synku - mówi matka, kiedy Aadam zaczyna ją badać - czego to
matka nie zrobi dla dziecka. Patrz, jak ja cierpię. Jesteś lekarzem...
obmacaj te plamy i zaczerwienienia, zrozum, że głowa boli mnie rano, w południe i wieczór. Dolej mi jeszcze, kochanie.
...Na wezwanie przewoźnika młodego doktora przeszywa najbardziej
niehipokratesowy dreszcz podniecenia, woła więc: - Już biegnę! Tylko
skoczę po rzeczy! - Dziób śikary dotyka już brzegu ogrodu. Aadam pędzi
do domu, z dywanikiem modlitewnym pod pachą zwiniętym na kształt cygara,
mruga błękitnymi oczyma w nagłym zetknięciu z ciemnością wnętrza;
odkłada to swoje cygaro wysoko na półkę, na wierzch upchniętych tam
Vorwärts, Co robić? Lenina i innych broszur, zakurzonych reminiscencji
jego na poły zblakłego pobytu w Niemczech; wyciąga spod łóżka kupioną
okazyjnie skórzaną torbę, którą matka nazywa jego "daktari-attaché",
podrywa się z nią i wypada z pokoju, błyskając przez moment słowem
HEIDELBERG wypalonym w skórze na spodzie neseseru. Córka właściciela
ziemskiego to doprawdy pomyślna nowina dla lekarza, który szykuje się do
kariery, nawet jeżeli jest chora. Przeciwnie: dlatego, że jest chora.
...Tymczasem ja tkwię tutaj niczym pusty słoik po marynacie w rozlewisku
światła lampy kreślarskiej, nawiedzony wizją mojego dziadka sprzed
sześćdziesięciu trzech lat, wartą odnotowania, napełniającą mi nozdrza
cierpkim odorem zażenowania jego matki, przez które nabawiła się
czyraków; zapachem silnej jak ocet determinacji Aadama Aziza, żeby
otworzyć tak dobrze prosperującą praktykę, by matka nigdy już nie
musiała wracać do sklepiku z kamieniami szlachetnymi; ciężką stęchlizną
wielkiego, mrocznego domu, gdzie młody doktor, całkiem nieswój, stoi
przed płótnem wyobrażającym prostą dziewczynę z iskrą w oku, a za nią na
widnokręgu znieruchomiałego jelenia przeszytego strzałą z jej łuku.
Większość wydarzeń istotnych dla naszego życia rozgrywa się na ogół pod
naszą nieobecność; lecz mnie się jakoś udało opanować sztukę wypełniania
luk we własnej wiedzy, toteż mam wszystko w głowie aż po najdrobniejszy
szczegół, na przykład, jak mgła przecinała wtedy powietrze o świcie...
wszystko, a nie tylko kilka śladów, na jakie się człowiek natyka, gdy,
powiedzmy, otworzy stary blaszany kufer, który powinien stać zamknięty i osnuty pajęczyną.
...Aadam dolewa matce napoju i troskliwie kontynuuje badanie.
- Amma, smaruj te plamy i zaczerwienienia kremem. Na ból głowy daję ci
tabletki. Czyraki trzeba przeciąć. Ale może, gdybyś nosiła pardę, kiedy
siedzisz w sklepie... żeby żadne niepowołane oczy nie... takie dolegliwości
często się biorą z głowy...
...Plusk wiosła o wodę. Chlup śliny w jeziorze. Tai chrząka i mruczy
gniewnie pod nosem: - Ładna mi historia. Taki szczawik, nakku, wyjeżdża
stąd jako żółtodziób i wraca jako wielki sahib doktor z wielką torbą
pełną cudzoziemskiej maszynerii, a i tak jest durny jak sowa. Powiadam:
to ci dopiero paskudna historia.
...Doktor Aziz przestępuje z nogi na nogę, onieśmielony uśmiechem
właściciela ziemskiego, w którego obecności nie sposób się odprężyć;
oczekuje nerwowej reakcji na swoją osobliwą powierzchowność. Przywykł
już do mimowolnych odruchów zaskoczenia na widok swojego wzrostu,
wielobarwnej twarzy, nosa... lecz Ghani nic nie daje po sobie poznać,
toteż młody doktor postanawia z kolei nie zdradzać własnego
zakłopotania. Przestaje się kiwać na boki. Mierzą się wzrokiem, każdy z nich zataja (przynajmniej na pozór) wrażenie, jakie sprawił na nim
drugi, ustala się podstawa ich przyszłej więzi. Teraz Ghani zmienia
taktykę, przeistaczając się z miłośnika sztuki w twardego człowieka. -
To dla pana wielka szansa, młodzieńcze - odzywa się. Aziz ucieka
wzrokiem w kierunku Diany. Rzucają mu się w oczy duże partie jej
upstrzonego różowego ciała.
...Matka z jękiem potrząsa głową.
- Eh, ale cóż ty możesz wiedzieć, moje dziecko, jesteś teraz wielkim
panem doktorem, tylko że handel kamieniami szlachetnymi to coś zupełnie
innego. Kto kupi turkusa od kobiety ukrytej w czarnym zawoju? To kwestia
zaufania. Muszą więc na mnie patrzeć, a ja muszę dostawać czyraków i bólów głowy. Idź już, idź, nie nabijaj sobie głowy biedną matką.
...- Wielkie panisko - Tai spluwa do jeziora - wielka torba, wielkie
panisko. Furda tam! Jakby u nas nie było dość toreb, żebyście musieli
przywozić takie cuda ze świńskiej skóry, aż człowiek staje się nieczysty
od samego patrzenia. I Bóg wie, co tam w środku!
Doktor Aziz, usadowiwszy się pośród kwiecistych zasłon i woni kadzidła,
odrywa się myślami od pacjentki czekającej po drugiej stronie jeziora.
Cierpki monolog Taiego wdziera się w jego świadomość, wywołuje poczucie
tępego wstrząsu, zapach niczym z oddziału urazowego wypiera woń
kadzidła... starzec jest najwyraźniej oburzony, owładnięty niezrozumiałym
gniewem, skierowanym na swojego dawnego akolitę lub ściślej, co
dziwniejsze, na jego neseser. Doktor Aziz usiłuje nawiązać rozmowę.
- Jak tam twoja żona? Ludzie wciąż gadają o twoim worku pełnym złotych
zębów? - Próbuje odnowić starą przyjaźń; ale Tai już się rozkręcił i wyrzuca z siebie potok inwektyw. Neseser z Heidelbergu aż drży pod
strumieniem obelg.
- Przebrzydła torba ze świńskiej skóry z samej Zagranicy, pełna
cudzoziemskich sztuczek. Torba wielkiego pana. Ale jeżeli ktoś złamie
rękę, nastawiacz kości nie będzie mógł jej owinąć liśćmi przez tę torbę.
Teraz człowiek musi spokojnie patrzeć, jak jego żona leży przy tej
torbie i jak kraje się ją nożem. Ładna mi historia, nie wiadomo, co ci
cudzoziemcy ładują naszym chłopcom do głów. Powiadam: to ci dopiero
paskudna historia. Ta torba powinna się smażyć w piekle razem z jądrami
bezbożników.
...Ghani, właściciel ziemski, strzela szelkami za pomocą kciuków.
- O, tak, to wielka szansa. Nasłuchałem się o panu w mieście dużo
dobrego. Dobre wykształcenie medyczne. Z dobrej... wystarczająco dobrej...
rodziny. A teraz, kiedy zachorowała nasza lekarka, trafia się panu
gratka. Ta niewiasta ciągle ostatnio choruje, tak sobie myślę, że już
jest za stara, nie nadąża za nowymi osiągnięciami, no i, zawsze to
powtarzam: medyk powinien umieć sam się wykurować. Dodam jeszcze jedno:
w interesach jestem nad wyraz bezstronny. Uczucia, miłość, rezerwuję dla
rodziny. Jeżeli więc ktoś mi w pełni nie dogodzi, nie zagrzeje u mnie
miejsca! Rozumie pan? Do rzeczy: moja córka, Nasim, zaniemogła. Proszę
ją wyleczyć jak należy. I niech pan pamięta, że mam przyjaciół; a choroba nie wybiera, bije w bogatych i biednych na równi.
...- Taidźi, nadal marynujesz węże wodne w brandy, żeby zachować męskość?
Nadal jadasz korzenie lotosu bez przypraw?
Lękliwe pytania, zepchnięte na bok przez lawinę gniewu Taiego. Doktor
Aziz stawia diagnozę. Dla przewoźnika torba oznacza Zagranicę; jest
czymś obcym, niesie inwazję, postęp. Owszem, zawładnęła umysłem młodego
doktora; owszem, zawiera skalpele oraz leki na cholerę, malarię i ospę;
owszem, stoi między lekarzem a przewoźnikiem i czyni z nich
przeciwników. Doktor Aziz zaczyna się bronić przed smutkiem i gniewem
Taiego, który okazuje się zaraźliwy, przechodzi na niego, nadciąga
wprawdzie rzadko, ale gdy już nadciągnie, wybucha bez zapowiedzi jak
grzmot z najodleglejszych zakamarków ciała i pustoszy wszystko, co w zasięgu wzroku; po czym znika i pozostaje tylko zdziwienie, dlaczego
wszyscy są tacy poruszeni... Zbliżają się do domu Ghaniego. Sługa czeka
już na śikarę, stoi ze splecionymi rękami na małym drewnianym pomoście.
Aziz skupia myśli na szykującej się pracy.
... - Ghani sahib, czy pański lekarz domowy zgodził się na moją wizytę? -
I znów lękliwe pytanie zostaje delikatnie zepchnięte na bok. Właściciel
ziemski odpowiada: - O, pani doktor na pewno się zgodzi. A teraz proszę
za mną.
...Sługa czeka na pomoście. Przytrzymuje śikarę, z której wysiada Aadam
Aziz, dzierżąc neseser w ręce. I wtedy Tai zwraca się wreszcie wprost do
mego dziadka. Z pogardą w głosie pyta:
- Powiedz mi, doktorze sahibie, czy masz w tej torbie ze zdechłych świń
taki przyrząd, co to nim niuchają cudzoziemscy doktorzy?
Aadam potrząsa głową, nie rozumie. Głos Taiego wzbija się na wyżyny
obrzydzenia.
- No wiesz, mój panie, taką niby słoniową trąbę.
Aziz, pojmując, o co chodzi, odpowiada:
- Stetoskop? Oczywiście.
Tai odpycha śikarę od pomostu. Spluwa. Staje do wiosła.
- Wiedziałem - przygaduje. - Będziesz teraz polegał na tym przyrządzie
zamiast na swoim dużym nosie.
Dziadek nie zadaje sobie trudu, aby wyjaśnić, że stetoskop bardziej
przypomina parę uszu niż nos. Tłumi własną irytację, urażony gniew
odrzuconego dziecka; zresztą czeka już na niego pacjentka. Czas wraca na
swoje miejsce i koncentruje się na tej doniosłej chwili.
* * *
Dom był zasobny, lecz kiepsko oświetlony. Służba najwidoczniej
korzystała z tego, że Ghani jest wdowcem. Kąty zarosły pajęczynami,
występy na ścianach pokryły się pokładami kurzu. Szli długim korytarzem;
jedne drzwi były uchylone i Aziz zobaczył w pokoju straszliwy bałagan.
Ten widok w połączeniu z refleksem światła w ciemnych okularach Ghaniego
uprzytomniły naraz Azizowi, że właściciel ziemski jest ślepy. To
odkrycie wzmogło tylko jego skrępowanie: żeby niewidomy tak się
zachwycał malarstwem europejskim? Jego podziw wzbudziło też to, że Ghani
o nic się nie potknął... stanęli przed masywnymi tekowymi drzwiami. Ghani
powiedział: - Proszę poczekać tu chwilę - i wszedł do pokoju.
Po wielu latach doktor Aadam Aziz zaklinał się, że przez te chwile
samotności w ponurym, opajęczonym korytarzu rezydencji właściciela
ziemskiego naszła go niepohamowana prawie chęć, aby się odwrócić i wziąć
nogi za pas. Zdetonowany enigmatycznością niewidomego miłośnika sztuki,
czując w środku mrowie łaskoczących insektów za sprawą perfidnego jadu
sączącego się z pomruków Taiego, a w nozdrzach swędzenie każące mu
podejrzewać, że w zagadkowy sposób nabawił się choroby wenerycznej,
poczuł, jak nogi powoli, niczym w butach z ołowiu, obracają się; poczuł,
jak krew dudni mu w skroniach i jak obezwładnia go tak silne
przeświadczenie o sytuacji bez odwrotu, że omal się nie zlał w niemieckie, wełniane spodnie. Zapłonił się bezwiednie rumieńcem i w tejże chwili ukazała mu się matka siedząca na podłodze przy niziutkim
kantorku; gdy podnosiła do światła turkus, na jej twarzy wykwitła spora
plama niby rumieniec. Twarz matki przybrała pogardliwą minę przewoźnika.
"Idź już, biegnij - odezwała się głosem Taiego - nie przejmuj się biedną
matką". Doktor Aziz zaczął się jąkać: "Żadna ze mnie pociecha, Amma; nie
widzisz, że mam w środku dziurę wielkości melona?". Matka uśmiechnęła
się boleściwie. "Zawsze byłeś bez serca" - westchnęła, zamieniła się w jaszczurkę na ścianie korytarza i wystawiła język. Oszołomienie
ustąpiło, doktor Aziz stracił pewność, czy rzeczywiście mówił coś na
głos, zadumał się, o co mu też chodziło z tą dziurą, zdał sobie sprawę,
że nogi przestały się rwać do ucieczki i że ktoś go obserwuje. Patrzyła
na niego kobieta z bicepsami zapaśnika i zapraszała gestem do pokoju. Po
sari poznał, że to służąca; ale bynajmniej nie służalcza.
- Jest pan zielony jak ryba - stwierdziła. - Eh, wy młodzi lekarze. Jak
tylko wejdziecie do obcego domu, zaraz wam się wątroba zamienia w galaretę. Proszę, doktorze sahibie, czekają na pana.
Ściskając neseser odrobinę za mocno, wszedł za nią przez ciemne tekowe
drzwi.
...Do obszernej sypialni, równie słabo oświetlonej jak reszta domu;
chociaż tutaj zakurzone promienie słoneczne sączyły się przez świetlik
wysoko pod sufitem. Ten zatęchły snop światła padał na najbardziej
niezwykłą scenę, jaką doktor widział w życiu: ukazał mu się tak
niebywale dziwaczny żywy obraz, że nogi znów jęły go świerzbić, by
zawrócić do drzwi. Pośrodku stały sztywno dwie kobiety, również postury
zawodowych zapaśniczek, a każda trzymała za róg olbrzymie białe
prześcieradło rękoma uniesionymi wysoko nad głową, tak że płachta
zwisała między nimi jak kurtyna. Z ciemności otaczających zalane słońcem
prześcieradło wyłonił się pan Ghani i pozwolił skonfundowanemu Aadamowi
przez jakieś pół minuty gapić się idiotycznie w ten cudaczny żywy obraz,
aż wreszcie, nim padło pierwsze słowo, doktor dokonał odkrycia.
W samym środku prześcieradła wycięto dziurę, niezgrabne koło średnicy
dwudziestu centymetrów.
- Zamknij drzwi, aja - polecił Ghani pierwszej zapaśniczce, po czym
zwracając się do Aziza, wpadł w poufny ton. - Kręci się tu pełno
nicponi, już się nawet usiłowali wspiąć do pokoju mojej córki. Musi więc
mieć - tu wskazał na trzy muskularne kobiety - ochronę. - Aziz nadal
wpatrywał się w przedziurawione prześcieradło. Ghani zachęcił go: - No
to proszę się zabierać do badania Nasim. Pronto.
Dziadek rozejrzał się po pokoju.
- Ale gdzie ona jest, sahib Ghani? - wykrztusił w końcu.
Zapaśniczki przybrały wyniosłe miny i zdawało się, że napięły mięśnie,
na wypadek gdyby doktorowi strzelił do głowy jakiś ekstrawagancki
pomysł.
- A, widzę pańskie pomieszanie - odparł Ghani, pławiąc się w jadowitym
uśmiechu. - Wy, młokosy, świeżo po powrocie z Europy, zapominacie o pewnych sprawach. Doktorze sahibie, moja córka jest porządną dziewczyną,
nie ma co do tego dwóch zdań. Nie wystawi ciała na pokaz pod nosem
obcego mężczyzny. Pod żadnym pozorem nie wolno jej panu oglądać; dlatego
kazałem ją umieścić za tym prześcieradłem. Stoi tam, jak przystało
przyzwoitej dziewczynie.
Do głosu doktora Aziza zakradła się pewna nerwowość.
- Ghani sahib, proszę mi powiedzieć, jak mam ją zbadać, w ogóle jej nie
widząc?
Ghani wciąż się uśmiechał.
- Proszę wskazać, z łaski swojej, która część mojej córki wymaga
oględzin. Wtedy wydam instrukcję, żeby umieściła żądany fragment za tą
dziurą, którą pan tu oto widzi. Takim sposobem cel zostanie osiągnięty.
- Na co więc młoda dama się uskarża? - spytał mój dziadek, doprowadzony
do rozpaczy.
Tu pan Ghani wzniósł oczy do nieba, zamienił uśmiech w grymas ubolewania
i odrzekł:
- Moje biedne dziecko! Cierpi na potworny, straszliwy ból brzucha.
- W takim razie - skonstatował doktor Aziz powściągliwie - proszę, żeby
mi pokazała brzuch.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki