Od autora
Od autora
Pamiętam, jak po raz pierwszy usłyszałem o sprawie Kamilka z Częstochowy. To było w kwietniu 2023 roku, tuż po tym, jak w mediach
społecznościowych rozbrzmiał apel bliskich chłopca o wsparcie dla niego.
Zdjęcie poparzonego malucha, którego ledwo było widać spod warstw
bandaży i opatrunków, wstrząsnęło mną do cna. Ruszyła zbiórka na jego
leczenie i rehabilitację, a ludzie z całej Polski deklarowali pomoc
ośmioletniemu dziecku. Jak już wiemy, nie udało się go uratować...
Jeden z pierwszych odcinków mojego programu kryminalnego Pokój Zbrodni
poświęciłem właśnie sprawie Kamilka. Od tamtej pory, zawsze gdy jestem
pytany przez widzów o historie, które najmocniej mną wstrząsnęły,
odpowiadałem i odpowiadam: zbrodnie dotykające dzieci. Najmłodszych,
bezbronnych, niewinnych. Do tego grona zalicza się Kamilek.
Moje podejście do tej sprawy z czasem ewoluowało. Wydawać by się mogło,
że miesiące przygotowań i pracy nad książką, rozmowy z ekspertami,
psychologami i różnymi specjalistami pozwolą mi zrozumieć to, co się
stało. Dowiedziałem się naprawdę sporo, a nadal mam wrażenie, że o brutalnej sile stosowanej przeciwko dzieciom wiem niewiele. Zrozumieć
podłoże tych zdarzeń? Może, ale nie potrafię ich zaakceptować. Nie da
się.
Tragedia Kamilka zyskała też zupełnie inny wymiar, kiedy sam zostałem
tatą - a stało się to w trakcie pisania tej książki. Kiedy patrzę w oczy
swojego kilkumiesięcznego Synka i na jego maleńką, uroczą buzię, nie
mogę zrozumieć, jak można skrzywdzić podobnie bezbronną istotę.
Tę książkę dedykuję właśnie Jemu oraz wszystkim dzieciom, które mają
prawo - i powinny - być szczęśliwe, wolne od trosk i przemocy. Choć
oczywiście świat nie jest i nie będzie idealny, to wierzę, że razem
możemy wpłynąć na zmniejszenie skali okrucieństwa wobec najmłodszych.
Jeśli będziemy wprowadzać różne zmiany, uczyć się i edukować, obserwować
otoczenie i reagować. Tylko tyle i aż tyle. Może brzmi to patetycznie,
ale naprawdę wierzę, że to możliwe.
To dobre miejsce, by podziękować także mojej Żonie, na której wsparcie
zawsze mogę liczyć - nie inaczej było w okresie wytężonej pracy nad tą
publikacją. Za to, że była moją pierwszą recenzentką i strażniczką
odpoczynku, że jest wspaniałą partnerką dla mnie i cudowną Mamą dla
naszego dziecka.
Kasiu, Filipku - dziękuję.
Kocham Was.
Bartosz Wojsa
Wstęp
Wstęp
W Polsce w wyniku przemocy ze strony bliskich dorosłych umiera rocznie
średnio trzydzieścioro dzieci. Zdecydowana większość ofiar ma mniej niż
trzy lata. W takim samym czasie prawie cztery tysiące maluchów
doświadcza przemocy fizycznej i psychicznej. To oficjalne statystyki,
ale eksperci nie mają złudzeń: pokrzywdzonych, o których nie wiemy, jest
znacznie więcej. Zwykle odchodzą w ciszy, a o ich dramacie dowiadujemy
się po fakcie. Gdy sąsiedzi słyszą płacz, podgłaśniają muzykę lub
telewizor. Gdy przez wizjer w drzwiach wejściowych przypadkiem dostrzegą
szarpaninę, zasuwają zaślepkę. Gdy w końcu staną twarzą w twarz z przemocą, udają, że jej nie widzą. "To nie moja sprawa", "Każdemu czasem
puszczają nerwy", "Dziecku trzeba dać klapsa, inaczej się nie nauczy" -
to zaledwie kilka przykładów tego, jak ludzie usprawiedliwiają swój brak
reakcji.
Lektura jednego z najnowszych raportów dotyczących przemocy wobec
najmłodszych w naszym kraju, wydanego przez Fundację Dajemy Dzieciom
Siłę, nasuwa zatrważające wnioski. Każda strona raportu rodzi w mojej
głowie kolejne pytania, przeplatane twarzami "najsłynniejszych" dzieci,
które straciły życie. Blask medialnych fleszy i światła kamer
towarzyszyły im dopiero po śmierci, bo wcześniej ich krzywda spotykała
się przeważnie z obojętnością. Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały
świat, jak mawiał Janusz Korczak, lekarz i pedagog, publicysta i działacz społeczny. Ale gdy dziecku dzieje się krzywda, najłatwiej
odwrócić wzrok. Mimo upływających lat i coraz liczniejszych historii bez
szczęśliwego zakończenia to przykre stwierdzenie pozostaje aktualne.
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę regularnie prowadzi diagnozę przemocy
wobec dzieci w Polsce. Badanie jest przeprowadzane cyklicznie co pięć
lat. Z najnowszego raportu, który dotyczy 2023 roku, wynika, że w naszym
kraju aż siedemdziesiąt dziewięć procent dzieci i nastolatków
przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło przemocy.
Międzynarodowe Towarzystwo Zapobiegania Krzywdzeniu i Zaniedbaniu Dzieci
(ISPCAN) oraz Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) już w 2006 roku zgodnie
stwierdziły, że krzywda doznana w dzieciństwie stanowi jedno z największych zagrożeń rozwoju zdrowia psychicznego i fizycznego oraz
bezpieczeństwa najmłodszych.
Jakiej przemocy doświadczają dzieci i nastolatkowie? Sześćdziesiąt sześć
procent z nich miało do czynienia z agresją ze strony rówieśników.
Trzydzieści dwa procent - z przemocą ze strony bliskich dorosłych.
Dwadzieścia sześć procent zostało wykorzystanych seksualnie bez kontaktu
fizycznego, a dwadzieścia trzy procent doznało zaniedbania
emocjonalnego. Dwadzieścia procent wykazało z kolei parentyfikację,
czyli zjawisko psychosocjologiczne polegające na odwróceniu ról w rodzinie, w wyniku czego dziecko pełni rolę opiekuna, partnera i powiernika w stosunku do swych rodziców bądź rodzeństwa. Kolejne liczby
też nie napawają optymizmem: czternaście procent było świadkami przemocy
w domu, osiem procent wskazało na wykorzystanie seksualne z kontaktem
fizycznym i tyle samo - na zaniedbanie fizyczne.
Z badań Fundacji wynika, że najbardziej znaczący czynnik ryzyka przemocy
wobec dziecka to nadużywanie alkoholu przez domownika. Pięciokrotnie
zwiększa on prawdopodobieństwo, że dziecko stanie się świadkiem
przemocy, i trzyipółkrotnie - że doświadczy jej ze strony bliskich
dorosłych. Następny czynnik to choroba psychiczna domownika, z której
powodu czteroipółkrotnie rośnie niebezpieczeństwo, że dziecko będzie
ofiarą przemocy rówieśniczej, zaś trzykrotnie - że zostanie wykorzystane
seksualnie bez kontaktu fizycznego. Trzeci czynnik związany jest z używaniem przez domownika środków odurzających. Trzykrotnie zwiększa on
zagrożenie wykorzystaniem z kontaktem fizycznym, a dwuipółkrotnie -
prawdopodobieństwo bycia świadkiem przemocy w domu.
Małoletni, którzy przeżyją starcie z agresorem, po doświadczonej traumie
muszą się latami zbierać - psychicznie oraz fizycznie. Badania skali
zachowań autodestrukcyjnych, prowadzone przez ekspertów, wykazały, że
dwadzieścia dwa procent dzieci i nastolatków dokonuje samookaleczeń.
Ponadto dziewięć procent miało za sobą próbę samobójczą. Specjaliści
mówią wprost: w ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek dzieci
doświadczających przemocy rówieśniczej. Nieco zmalał za to odsetek
dzieci, których ta przemoc dotyka ze strony bliskich dorosłych, choć i na tym polu mamy jeszcze dużo do zrobienia.
Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało, że w 2024 roku w wyniku
przemocy zginęło w Polsce czterdzieścioro pięcioro dzieci. Większość
przypadków dotyczyła maluchów poniżej drugiego roku życia. W 2023 roku w pierwszej instancji sądów okręgowych wydano trzydzieści pięć wyroków
skazujących za zabójstwa dziecka. W 2022 roku były dwadzieścia dwa takie
wyroki. W 2021 roku - dziewiętnaście, a w 2020 roku - czterdzieści. To
liczby, za którymi stoją niewinne twarze ofiar. I historie, które się
kryją za fasadą policyjnych statystyk.
Każda śmierć dziecka jest równie bolesna. Często pozostawia wyrwę nawet
w sercach tych, z którymi maluch nie był bezpośrednio związany. Trudno
zgadywać, co sprawia, że pewne historie cierpienia najmłodszych media
nagłaśniają mocniej, a inne - słabiej. Czy decyduje o tym poziom
okrucieństwa? Znajomości ludzi, którzy chcą sprawę nagłośnić? Przypadek?
A może wszystko naraz.
Historia Kamilka z Częstochowy jest jedną z tych, które gwałtowną falą
rozlały się po Polsce. Chłopiec, bity, dręczony psychicznie i fizycznie,
w końcu skatowany na śmierć - przez trzydzieści pięć dni przebywał w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie lekarze walczyli o jego
życie. Niestety bezskutecznie. O niewyobrażalnym cierpieniu zaledwie
ośmioletniego dziecka słyszał w tym kraju chyba każdy. Ale w jakim
stopniu znamy prawdziwe kulisy sprawy? Dlaczego to właśnie ona wywołała
poruszenie, które doprowadziło nawet do zmian w polskim prawie?
Aby poznać odpowiedzi na pytania związane z tym zagadnieniem, a przede
wszystkim znaleźć remedium na toczącą nas toksynę, jaką jest znieczulica
społeczna, sięgam do wszelkich możliwych źródeł. Zwróciłem się do
bliskich Kamilka, do jego sąsiadów, do szkoły, pomocy społecznej,
lekarzy, psychologów, policji i prokuratury. Wreszcie do przedstawicieli
rządu, w tym Ministerstwa Sprawiedliwości. Obraz, który się dzięki temu
wyłonił, przeraża do szpiku kości, lecz przynosi także nadzieję, bez
której żadne działania nie miałyby już sensu.
Odkładam na moment raporty i dokumentacje, spoglądam przez okno.
Dzieciaki ganiają się po podwórku... Przez najbliższe dni, tygodnie,
miesiące łapię się na tym, że wracam myślami do sprawy Kamilka podczas
najbardziej prozaicznych czynności. Twarz chłopca towarzyszy mi nawet
wtedy, kiedy akurat nie piszę kolejnych rozdziałów książki.
Dlaczego do tego doszło? Po prostu: dlaczego? To chyba w tej sprawie
najczęściej zadawane pytanie.
Postaram się na nie odpowiedzieć.
1. Rodzinny koszmar
1
Rodzinny koszmar
Radosny chłopiec stopniowo staje się cieniem samego siebie.
Zastraszony, bity i maltretowany coraz bardziej się wycofuje i chowa.
Dziewiętnastego lutego 2015 roku, w czwartek, Kamilek przychodzi na
świat. Uroczy chłopiec o niewinnej twarzy, na której często gościł
uśmiech. Zawsze było go wszędzie pełno, żywiołowy i energiczny,
przepełniony dziecięcą radością. Aniołek, czasem dokazujący - jak to
dziecko. Pięć lat później, niecałe trzy miesiące przed kolejnymi
urodzinami, chłopiec doświadcza pierwszego aktu przemocy ze strony
najbliższych. Uśmiech znika z jego twarzy. Zdaniem prokuratury to
właśnie dwudziestego siódmego listopada 2020 roku rozpoczęła się gehenna
dzieci zamieszkujących z Magdaleną i Dawidem B. Ona jest matką Kamilka,
on jej nowym partnerem, z którym postanowiła kroczyć przez życie.
Ojczymem Kamilka.
Mieszkali razem w dwóch miastach: głównie w Częstochowie, przez kilka
miesięcy w Olkuszu. W obu mieszkaniach miało dochodzić do maltretowania
Kamilka i jego rodzeństwa, ale to przy ulicy Kosynierskiej w częstochowskiej dzielnicy Stradom rozgrywały się najbardziej dramatyczne
sceny.
W niewielkim mieszkaniu gnieździło się kilkanaście osób. Pięcioro
dorosłych: matka Kamilka Magdalena B. i ojczym chłopca Dawid B. oraz
ciocia Aneta J. i wujek Wojciech J., a także ich pełnoletni syn Artur J.
Poza dorosłymi w lokalu przebywało kilkoro małoletnich. Łącznie dziesięć
osób, a po narodzinach kolejnych dzieci, w kulminacyjnym momencie -
dwanaście. Wszyscy musieli się pomieścić w dwóch przechodnich pokojach
na parterze. To lokal komunalny, przesiąknięty gryzącym zapachem dymu
papierosowego. Na odrapanej kamienicy trudno znaleźć fragment, z którego
nie sypałby się tynk. Dawno niemalowany budynek, zaniedbana okolica i ten niemiłosierny smród, wwiercający się w pamięć. Niełatwe warunki -
jak je określały służby - to mało powiedziane.
Zaczęło się niewinnie. Dawid B. za najdrobniejsze zachowania, które mu
się nie podobały, zwracał uwagę Kamilkowi. Wydawało się, jakby w zachowaniu chłopca przeszkadzało mu dosłownie wszystko, choć maluch miał
zaledwie kilka lat. Ojczym denerwował się "za głośnym płaczem", innym
razem miał się wściec, bo Kamilek "popuścił w majtki" na widok
wzburzonego mężczyzny. We wściekłość wpędziła go też nieuważność
dziecka, które przez przypadek zrzuciło ze stolika jego telefon
komórkowy.
Dawid B. zaczął używać coraz mocniejszych słów, w końcu sięgnął po
wulgaryzmy i wyzwiska. Obrywało się zresztą nie tylko Kamilowi, lecz
również jego młodszemu o rok bratu - Fabianowi. Jak wynika z dokumentacji zgromadzonej przez prokuraturę, na krótko przed szóstymi
urodzinami Kamilka oprawca przeszedł od słów do czynów. Od dwudziestego
siódmego listopada 2020 roku do trzeciego kwietnia 2023 roku zarówno w Olkuszu, jak i w Częstochowie miał stosować wobec obu chłopców przemoc
fizyczną i psychiczną. Poniżał ich, bił bez opamiętania gołymi dłońmi i różnymi przedmiotami. Malutkie ciała dzieci zamienił w ludzkie
popielniczki, bez żadnych skrupułów gasił na nich papierosy, czym
spowodował liczne rany i ślady po przypalaniu. Kamilkowi złamał również
kości prawego i lewego przedramienia oraz prawego podudzia.
Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że w tym samym okresie znęcał się także
nad własnym synem, Mateuszem B. (urodzonym w 2020 roku), jeszcze
młodszym od Kamilka, niemowlęciem. Miał nim potrząsać, szarpać, uderzać
po całym ciele i rzucać na łóżko z wysokości, doprowadzając do wielu
obrażeń. Jego kolejną ofiarą, według ustaleń służb, był pasierb Damian
J. (urodzony w 2012), pasierb Dominik J. (urodzony w 2008) oraz
pasierbica Julia J. (urodzona w 2014).
"Znieważał ich słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe, wzbudzał w nich poczucie zagrożenia, niepokoju i obawy o ich los poprzez
demonstrowanie i używanie przemocy w stosunku do innych dzieci, a także
rzucał w nich różnymi przedmiotami i naruszył ich nietykalność cielesną"
- wylicza prokurator Mariusz Marciniak, rzecznik prasowy Prokuratury
Regionalnej w Gdańsku.
Bestialstwo Dawida B. zdawało się nie mieć granic, bo - jak się okazało
w toku śledztwa - miał on również dopuścić się w latach 2020-2022
molestowania seksualnego kilkuletniej pasierbicy. Prokuratura ustaliła,
że kilkakrotnie doprowadzał ją do poddania się "innej czynności
seksualnej, polegającej na dotykaniu dziewczynki w miejsca intymne". Z uwagi na dobro dziecka służby prosiły o nieujawnianie szczegółów tych
wstrząsających zdarzeń. I choć detale zbrodni ukazałyby jeszcze większe
okrucieństwo oprawcy, uszanuję tę prośbę.
Część zarzucanych czynów, o które prokuratura oskarżyła Dawida B., miała
zaistnieć w warunkach recydywy. Mężczyzna miał się dopuścić tych
przestępstw w ciągu pięciu lat po odbyciu dwuletniej kary pozbawienia
wolności. Był znany służbom. Pierwsze zapiski na jego temat pochodzą
jeszcze z czasów jego dzieciństwa. W 2003 roku wraz z bratem bliźniakiem
bawili się nad wodą. Towarzyszyła im dziewięcioletnia Sandra, oni mieli
po siedem lat. Chłopcy z miejsca zdarzenia wrócili sami, bez
dziewczynki, której przez kilka dni szukała cała okolica. Okazało się,
że Sandra utonęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Sąd Rodzinny w Częstochowie, który przyglądał się tej sprawie, uznał ostatecznie, że
doszło do nieszczęśliwego wypadku.
Czternaście lat później, dwudziestego ósmego stycznia 2017 roku, Dawid
B. trafił do więzienia, skazany przez Sąd Okręgowy w Częstochowie za
"przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu". Miało wtedy dojść do rozboju z jego udziałem. Na wolność wyszedł po dwóch latach, dwudziestego siódmego
stycznia 2019 roku. W przeszłości, jeszcze przed zamknięciem, także
dopuszczał się przestępstw. Wśród nich funkcjonariusze wyliczają
rozboje, groźby karalne, pobicia oraz kradzieże. Resocjalizacja, jak już
wiemy, w przypadku mężczyzny nie zaistniała.
Dwudziestego dziewiątego marca 2023 roku, w środę, Kamilek doznał z jego
strony najpoważniejszych obrażeń. Ledwo miesiąc wcześniej skończył osiem
lat. Feralnego dnia chłopiec wstał w dobrym humorze. Pogoda za oknem
zaczęła się poprawiać, zima ustępowała wiośnie. Oprócz zajęć w szkole i lekcji do odrobienia zapewne miał w planach zabawę. Dziecięce
dokazywanie ponownie rozwścieczyło jego ojczyma. Do tego stopnia, że nie
tylko pobił chłopca, lecz - jak ustalili śledczy - miał rzucić nim na
rozżarzony piec węglowy. Wcześniej siłą zaciągnął malucha pod prysznic i polewał jego twarz gorącą wodą. Przeraźliwy krzyk dziecka, zdolny
rozedrzeć kamienicę na pół, nie zaalarmował sąsiadów. Nie wzbudził też
współczucia pozostałych domowników. Przez kolejnych kilka dni nikt nie
wezwał karetki pogotowia ani nie udzielił chłopcu właściwej pomocy,
której Kamilek tak bardzo potrzebował. Matka nieudolnie próbowała
jedynie smarować jego głębokie rany maścią.
Łzy spływające po twarzy dziecka zatrzymywały się na licznych
poparzeniach, które - nieleczone - zaczęły pękać, pogłębiać się. Niemal
w każde z nich wdało się zakażenie. Gdy upadał, Kamilek doznał ponadto
stłuczenia głowy i złamania lewej kości ramiennej. Dwadzieścia pięć
procent jego ciała pokrywały blizny, piekące tak bardzo, że ośmiolatek
nie mógł się nawet dotknąć. Każdy ruch potęgował cierpienie, więc
większość czasu maluch spędził, siedząc, skulony w kącie. W pewnym
momencie nie miał już nawet siły, by dalej płakać.
Przez pięć dni pozostawiono go samemu sobie. Sytuacja, w której reszta
domowników nie dostrzegłaby cierpienia chłopca, jest niemożliwa. Musieli
omijać go beznamiętnie. W niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu mogliby
wręcz go podeptać, a mimo to pozostawali ślepi na krzywdę dziecka. Za tę
znieczulicę prokuratura zdecydowała postawić przed sądem także matkę
Kamilka, Magdalenę B. Zdaniem służb kobieta pomagała swojemu mężowi
Dawidowi w znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad synami Fabianem
i Kamilem. Jak podkreślono, miała też udzielić mężczyźnie pomocy w zabójstwie Kamilka.
"Zaniechała działania i nie podejmowała żadnych reakcji chroniących
synów, a także tolerowała nasilające się sadystyczne zachowanie Dawida
B. i nie przeciwdziałała mu w adekwatny i skuteczny sposób, co w konsekwencji doprowadziło do spowodowania przez niego licznych ciężkich
obrażeń ciała dziecka" - przekazuje prokurator Mariusz Marciniak.
Ale nie tylko brak reakcji znalazł się wśród zarzutów wobec Magdaleny B.
Ona również psychicznie i fizycznie znęcała się nad dziećmi. Długa lista
jej zachowań uwzględnia to, że matka krzyczała na nie bez powodu,
zabraniała im wychodzenia z domu z innymi dziećmi na podwórko, wyzywała
je i przeklinała, traktowała w poniżający sposób. Nie dbała o warunki
higieniczne odpowiednie dla maluchów. Ponadto groziła dzieciom
porzuceniem i stosowała przemoc fizyczną. "Biła po całym ciele, w tym
również przy użyciu różnych przedmiotów" - wylicza prokuratura. Zarzuty
usłyszeli także pozostali dorośli lokatorzy mieszkania w Częstochowie:
Wojciech J., Aneta J. i Artur J., którzy nie pomogli dziecku, gdy
zastosowano wobec niego największą przemoc, czyli od dwudziestego
dziewiątego marca 2023 roku do trzeciego kwietnia 2023 roku. Wtedy gdy
Dawid B. rzucił Kamilka na rozgrzany piec.
Trzeci kwietnia to data graniczna w tych wydarzeniach, bo właśnie tego
dnia do mieszkania małżeństwa B. przyszedł biologiczny tata Kamilka. Gdy
zobaczył, w jakim stanie jest jego syn, zadzwonił na numer alarmowy.
Chłopiec w stanie wymagającym bardzo pilnej interwencji lekarskiej
trafił do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie
zaczęła się nierówna walka o jego życie. Po trzydziestu pięciu dniach
nadeszły jednak koszmarne wieści. Kamilka nie udało się uratować.
Półtora roku po śmierci dziecka kontaktuję się z jego tatą i przyrodnią siostrą. Oboje płaczą, rany jeszcze się nie zasklepiły. Ale zgadzają się porozmawiać. To, co od nich słyszę, ściska za gardło i przez następne dni nie puszcza nawet na moment.
2. Brak reakcji
2
Brak reakcji
Biologiczny ojciec zapewnia, że walczył o syna.
Dzień, w którym z mieszkania matki wynosił na rękach będącego w stanie
krytycznym Kamilka, zapamięta do końca życia.
Jasne włosy i promienny uśmiech Kamilka są przysłonięte przez założone
na całym jego ciele opatrunki i bandaże. Media w całej Polsce obiegło
zdjęcie przedstawiające poparzonego chłopca w karetce. Zrobił je
biologiczny ojciec dziecka, Artur Topól, na dowód w sprawie. Do dziś
mężczyzna nie może uwierzyć w to, co spotkało jego kilkuletniego syna.
"Ten widok zapamiętam do końca życia" - mówi łamiącym się głosem. W rozmowie ze mną zgadza się wrócić pamięcią do tamtych dni, choć rany
nadal są świeże. Chce sprawiedliwości.
"Była żona [Magdalena B.] zadzwoniła wtedy do mojej narzeczonej,
żebyśmy przyszli, bo coś złego dzieje się z Kamilkiem. Byłem wtedy w pracy, ale szybko wróciłem do domu i pojechaliśmy na Stradom" - wspomina
pan Artur.
Dzień wcześniej, w niedzielę, partnerka mężczyzny sama pisała esemesy do
Magdaleny, żeby zapytać, czy będą mogli znów zabrać do siebie Kamila i Fabiana. Matka odpisała, że starszy chłopiec jest w "kiepskim stanie",
bo "brat wylał na niego gorącą wodę". Na pytanie o miejsce, w którym
Kamil jest poparzony, odpowiedziała wyliczanką: "buzia, plecy, ręce,
nogi". Początkowo nie chciała wysłać zdjęcia, ponieważ się bała, że
zostanie ono później wykorzystane przeciwko niej. Kiedy jednak
narzeczona pana Artura zapewniła, że chcą tylko zobaczyć, w jakim stanie
jest Kamil, Magdalena B. wysłała przerażającą fotografię przedstawiającą
ośmiolatka, który siedzi skulony na podłodze i zasłania dłońmi twarz.
Mimo to pod rączkami widać liczne oparzenia i rany. Na ubraniu dziecka
widnieją czerwone plamy, prawdopodobnie od krwi.
Z samego rana para zdecydowała się udać po dziecko. Wcześniej Magda
zadzwoniła do byłego męża, że wychodzi z domu, więc mogą przyjechać i zabrać chłopca do lekarza. Panu Arturowi oraz jego ówczesnej narzeczonej
towarzyszył starszy syn kobiety. Zabrali go ze sobą, bo bali się agresji
Dawida B. "On mnie kiedyś pobił" - przyznaje tata Kamilka.
Gdy dotarli na miejsce i weszli do mieszkania, uderzył ich stęchły
zapach dobiegający z pomieszczeń. Jakby mocz pomieszany z ropą. Po
przejściu do drugiego pokoju ukazał się im wstrząsający widok.
Ośmioletnie dziecko pana Artura leżało skulone na łóżku i zwijało się z bólu. Chłopiec błagał o pomoc, wołał do taty, jego partnerki i jej syna
Mateusza, którego rozpoznał.
"Był cały poparzony, wyglądał tak, jakby oblali go jakimś kwasem" -
wspomina pan Artur i nie może powstrzymać łez. Ubranie Kamilka
przykleiło się do ran. Ojciec próbował nożyczkami przeciąć materiał, ale
chłopiec skręcał się z bólu. Nikt nawet nie pomógł mu się przebrać, a Magdę B. miało wówczas interesować tylko to, kiedy pan Artur przeleje
jej alimenty. Potem wyszła z mieszkania.
"Od razu zadzwoniłem na sto dwanaście i wyniosłem go na rękach na
zewnątrz, gdzie czekaliśmy na karetkę" - tłumaczy pan Artur.
Służby zareagowały błyskawicznie. Oprócz ambulansu przybył śmigłowiec
Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zanim jednak ratownicy zabrali Kamilka
do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, odwodniony i niedożywiony chłopiec resztkami sił opowiedział tacie, co go spotkało.
"Kamilek dał jeszcze radę mówić, wszystko mi powiedział. Oni celowo mu
to zrobili" - wyznaje gorzko pan Artur. Zarzekał się, że wcześniej nie
docierały do niego sygnały o szczegółach cierpienia syna. Była żona
pisała mu czasem, że Kamil nie pójdzie do szkoły, bo źle się czuje.
Ukrywała prawdziwe powody.
"Był kochanym dzieckiem, oczkiem w mojej głowie. Gdybym wiedział, że tam
dzieją się rzeczy o takiej skali, to osobiście bym go stamtąd wyrwał" -
zapewnia mężczyzna.
Kamilek nie mógł zamieszkać z ojcem, ponieważ ten został pozbawiony
przez sąd praw rodzicielskich w 2017 roku, przy okazji rozwodu z Magdaleną. Zanim doszło do rozstania, uchodzili za udaną parę. Poznali
się, kiedy Magda mieszkała na częstochowskim Stradomiu z siostrą Anetą i jej mężem Wojciechem. We wspólnym lokum znajdowało się jeszcze czworo
dzieci. Znajomi rodziny podejrzewali, że Wojtek potajemnie kocha się w Magdzie, podobno planował nawet rozwód z Anetą, by związać się z jej
siostrą. Według innej teorii najpierw zadurzył się w Magdzie, a dopiero
potem "przerzucił się" na Anetę. Obie kobiety posiadały orzeczenie o niepełnosprawności intelektualnej, skończyły szkoły specjalne, lecz w okolicy wypowiadano się o nich bez większych zarzutów. Miały się
wszystkim dzielić, ale obowiązki domowe w dużej części przejęła Magda.
Domownikom było wygodnie, bo prała, gotowała i robiła zakupy, więc kiedy
poznała Artura, atmosfera się nieco zagęściła. Sąsiedzi plotkowali, że
Wojtek jest zazdrosny o Magdę, choć sam zainteresowany nigdy tego
wszystkiego nie potwierdził. Rzekoma zaborczość domownika nie
przeszkodziła kobiecie w pogłębieniu relacji z nowym adoratorem, którego
poznała, gdy chodziła jeszcze do szkoły. Było między nimi piętnaście lat
różnicy. Ich pierwsze wspólne dziecko, Kamilek, przyszło na świat w lutym 2015 roku. Niedługo po narodzinach syna zdecydowali się wziąć
ślub. W skromnej uroczystości uczestniczyła garstka osób.
Artur Topól przez jakiś czas mieszkał z rodziną na Kosynierów i cieszył
się raczej dobrą opinią. Ktoś jednak złożył zawiadomienie dotyczące
tego, co się dzieje w mieszkaniu. Nieoficjalnie mówiło się o niepokojących relacjach między domownikami, o tym, że w tak wiele osób
gnieżdżą się w malutkim lokum. Sąd Rejonowy w Częstochowie w 2015 roku
przyznał więc rodzinie kuratora. Brakuje jednak pisemnego uzasadnienia
decyzji, by stwierdzić, co leżało u jej podstaw. Wiadomo natomiast, że
powodem nie było podejrzenie przemocy czy donos świadczący o jej
stosowaniu. Dominik Bogacz, rzecznik Sądu Okręgowego w Częstochowie,
potwierdzał, że nie chodziło o przemoc fizyczną. "Musiało być to jakieś
rażące zaniedbanie obowiązków, skoro sąd tak postanowił".
Kontrole, które przeprowadzano w domu, nie niosły za sobą poważniejszych
konsekwencji, natomiast rok po urodzeniu Kamilka na świat przyszło
kolejne dziecko Magdaleny i Artura, Fabian. Jednocześnie relacja między
małżonkami zaczęła się psuć. Jak twierdzi pan Artur, stali za tym Aneta
i Wojciech, którzy mieli w jego ocenie "wtrącać się do ich życia".
Ciągłe kłótnie i nieporozumienia doprowadziły do rozwodu w 2017 roku. I pan Artur stracił prawa rodzicielskie do synów, którzy - zgodnie z decyzją sądu - trafili pod opiekę matki.
W roku 2020, który prokuratura uznała za początek znęcania się nad
dziećmi, nasiliły się starania pana Artura o uregulowanie kontaktów z synami. Wtedy bowiem Magda wzięła ślub cywilny z Dawidem, zaledwie kilka
miesięcy po zakończeniu jego odsiadki za rozbój. Zdaniem ojca Kamilka
zawarcie przez Magdę nowego związku zapoczątkowało przemoc w rodzinie i utrudnianie mu kontaktu z synami.
"Zawsze byli smutni, gdy odwoziłem ich do domu. Ciągle płakali. Ja ich
uspokajałem, obiecywałem, że nie pozwolę, by ktoś im zrobił krzywdę" -
wspomina pan Artur i ponownie na moment zawiesza głos.
Jego wniosek do sądu rodzinnego o przywrócenie władzy rodzicielskiej nie
został rozpatrzony z przyczyn formalnych. Na etapie kompletowania
dokumentów mężczyzna musiał popełnić jakiś błąd. Próbę ponowił w 2022
roku, gdy Magdalena wraz z Dawidem i synami niespodziewanie
przeprowadzili się do Olkusza. O tym fakcie powiadomiła go lakonicznym
esemesem. Kontakty z synami stały się jeszcze trudniejsze.
"Zgłaszałem wtedy, że coś może być nie tak, bo chłopcy zachowywali się,
jakby ktoś im robił krzywdę. Widziałem siniaki i ślady po przypaleniach.
Nikt jednak nie chciał mnie słuchać" - opowiada pan Artur.
Przyrodnia siostra Kamila, Magdalena Mazurek, próbowała pomóc ojcu w uratowaniu chłopców, choć o istnieniu braci dowiedziała się niedawno.
Wiedziała, z jaką traumą mogą się mierzyć, ponieważ w przeszłości w podobny sposób krzywdził ją ojczym, dziś już nieżyjący, który nadużywał
alkoholu i stosował wobec niej oraz jej mamy przemoc. Finalnie kobiecie
udało się uciec od oprawcy, bo trafiła do domu dziecka, w którym
spędziła dziesięć lat. W dorosłym życiu, gdy skonfrontowała się z matką,
usłyszała od niej, że ta także doświadczyła w dzieciństwie agresji ze
strony najbliższych. Pani Magdalena była tym wstrząśnięta.
Gdy kontaktuję się z nią po raz pierwszy, reaguje z dystansem. Jednak
chce przerwać ciąg przemocy i liczy na nadchodzące zmiany w prawie, więc
zgadza się na rozmowę. To dzięki niej Polska usłyszała o cierpieniu
Kamilka, ponieważ pani Magdalena zamieściła w mediach społecznościowych
poruszający apel o modlitwę, gdy chłopiec z poparzeniami trafił do
szpitala w Katowicach i walczył o życie.
Jej wpis z trzeciego kwietnia, czyli z dnia, w którym Kamilek trafił do
katowickiej placówki, brzmiał następująco: "Proszę was, drodzy,
pomódlcie się za mojego brata Kamila. Ma dopiero osiem lat i jest w ciężkim stanie, przewieziony dziś przed piętnastą śmigłowcem do Katowic.
Został poważnie pobity i czymś poparzony, ma trzeci stopień poparzenia.
Jest pod respiratorem, nie wiadomo, czy się wybudzi. Dziękuję za każdą
modlitwę".
Czwartego kwietnia opublikowała jeszcze jeden wpis: "Właśnie się
dowiedziałam, że Kamil ma tylko pięćdziesiąt procent szans na przeżycie.
Jest operowany od rana. Jest cały połamany i poparzony od samej głowy.
Jak można być takim skurwysynem i tak skrzywdzić dziecko. Kamilku,
jesteś silny, walcz, kochany braciszku".
"Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, gdy tata wysłał mi zdjęcie
poparzonego Kamilka" - mówi mi kobieta i z trudem powstrzymuje łzy. "Tak
bardzo chciałam, żeby mu pomogli, to było wspaniałe dziecko. Bałam się,
że umrze".
Przyrodniego brata nazywa "cudem", nie może się pogodzić z tym, co go
spotkało. Pana Artura, swojego ojca, odszukała po latach rozłąki i chciała się dowiedzieć, dlaczego przestał ją odwiedzać. On tłumaczył się
zakazami ówczesnej partnerki. Odnowili kontakt, a ojciec zapoznał
kobietę z jej przyrodnimi braćmi.
Rodzeństwo poznało się dwudziestego dziewiątego stycznia, kilka miesięcy
przed śmiercią Kamila. Pani Magda pracowała na terenie miejskiego
lodowiska, na które pan Artur zabrał chłopców. Ośmiolatek od razu rzucił
się siostrze w ramiona, jakby podświadomie wiedział, że łączą ich więzy
krwi. Bracia znajdowali się wtedy pod opieką biologicznego ojca.
Magdalena B. pozwoliła im spędzić u niego ferie zimowe. Kamil i Fabian
odżyli, chętnie dokazywali w mieszkaniu wynajmowanym przez siostrę,
urządzali "dyskoteki" z muzyką puszczaną z telefonu.
Wydawało się, że wszystko z nimi w porządku. Byli radośni, roześmiani.
Filmik, na którym Kamilek tego dnia zanosi się śmiechem, jego siostra do
dziś zachowała w telefonie. Lubi do niego wracać, to ostatnie miłe
wspomnienie z ośmioletnim chłopcem w roli głównej.
Niedługo potem ziścił się bowiem najgorszy scenariusz i po trzydziestu
pięciu dniach walki o życie dziecko zmarło. Jego bliscy nie mogą o tym
zapomnieć, a mrożące krew w żyłach sceny ze szpitala do dziś nawiedzają
ich w snach.
Po odejściu przyrodniego brata Magda nie rozstaje się z nieśmiertelnikiem, na którym wygrawerowana jest uśmiechnięta twarz Kamilka. "Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, dla niektórych jesteś całym światem" - taki napis widnieje na drugiej stronie medalionu.
3. Walka o życie
3
Walka o życie
Lekarze nie mają wątpliwości, że cierpienie Kamilka musiało być
niewyobrażalne.
Mimo że stan chłopca uległ chwilowej poprawie, ostatecznie dziecka
nie udało się uratować.
Trzeci kwietnia 2023 roku, poniedziałek. Na szpitalny oddział ratunkowy
Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach przybywają medycy z Kamilkiem. Chłopiec jest w ciężkim stanie, zagrażającym życiu. Leży na
noszach, transportowany przez ratowników. Na granicy utraty świadomości
mija jaskrawe światła padające ze szpitalnego sufitu na jego poranioną
twarz. Kilka osób stojących wówczas w poczekalni wlepia w niego wzrok. W ich głowach mogło kotłować się tylko jedno pytanie: co się stało temu
biednemu dziecku?
Przypadki poparzeń na pierwszy rzut oka nie są czymś zaskakującym.
Lekarze mówią mi nawet, że to typowe i częste zjawisko. Rodzice przywożą
maluchy, które przez chwilę ich nieuwagi wylały na siebie gorącą zupę
albo poparzyły się kawą czy herbatą. Przy dzieciach cały czas trzeba
mieć oczy dookoła głowy.
Tylko do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, wraz z przyszpitalnymi
poradniami, trafia rocznie nawet sto tysięcy pacjentów. Wśród nich nie
brakuje dzieci z poparzeniami. Najczęstsza procedura jest taka, że
trafiają na oddział i po kilku, maksymalnie kilkunastu dniach są
wypisywane do domu. Ich leczenie zwykle nie jest skomplikowane.
Doktor Andrzej Bulandra, koordynator Centrum Urazowego dla Dzieci w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, mówi otwarcie, że
trudno wyrokować, czy taki sam szczęśliwy finał można było przewidywać w sprawie Kamilka. Myślał, że były na to szanse, lecz tylko na początkowym
etapie. W rozmowie ze mną wspomina, że zanim chłopiec został przyjęty na
oddział, medycy jeszcze nie wiedzieli, co dokładnie go spotkało.
"W znieczuleniu ogólnym oczyściliśmy wszystkie rany, usunęliśmy tkanki
martwicze i opatrzyliśmy. Zostały mu też podane leki, później zapadła
decyzja o wprowadzeniu chłopca w stan śpiączki farmakologicznej" -
wylicza lekarz.
Gdy wyszło na jaw, co było źródłem tych obrażeń i że niektóre z nich
sięgają nawet bardzo odległego czasu, lekarz poczuł potworną złość.
Niejednym specjalistą taka sprawa mocno by wstrząsnęła. Jak coś takiego
mogło się wydarzyć? Stan Kamilka wprawiał w osłupienie nawet najbardziej
doświadczonych lekarzy. Doktor Bulandra, który w zawodzie jest od ponad
dwudziestu dwóch lat, nawet dziś potrząsa głową z niedowierzaniem.
"Widziałem mnóstwo oparzeń, również znacznie gorsze, ale rzadko kiedy
pacjenci trafiają do nas z tak zaniedbanymi, nieleczonymi przez tygodnie
ranami" - wspomina.
Choroba oparzeniowa jest następstwem oparzenia i rozwija się wskutek
gwałtownej utraty płynów oraz uwolnienia olbrzymiej ilości mediatorów
stanu zapalnego, wywołujących uogólnioną reakcję na zaistniały w organizmie uraz. Taki stan rzeczy może trwać bardzo długo, a choroba
oparzeniowa niezwykle wyniszcza organizm. Najczęściej jest tak, że jeśli
w ciągu kilku najbliższych dni po oparzeniu nie nastąpi poprawa, to
rokowania są wręcz fatalne.
"Gdyby Kamilek trafił do szpitala od razu, jego szanse na pewno byłyby
większe. Trzeba wziąć pod uwagę kwestię całego tła: jeżeli trafia do
placówki uprzednio zdrowe, dobrze odżywione i zadbane dziecko, a przyczyną oparzenia jest nieszczęśliwy wypadek, to mamy mniejsze
zagrożenie rozwojem poważnych powikłań. Jeśli natomiast dziecko
pierwotnie jest schorowane i wycieńczone, to jego stan ma kolosalny,
negatywny wpływ na proces leczenia" - tłumaczy doktor Bulandra.
W przypadku najmłodszych zdecydowana większość oparzeń jest niewielka.
Rany są płytkie i obejmują zwykle od dziesięciu do dwudziestu procent
powierzchni ciała. Zdarzają się jednak przypadki ciężkie, gdzie skala
oparzenia sięga trzydziestu czy nawet pięćdziesięciu procent. Wszystko
zależy od dziecka, jego wielkości i wagi, a także źródła obrażeń.
"Gdy rana oparzeniowa "puszcza", jest czysta, niezakażona. Wtedy
stosujemy leczenie miejscowe, które ma na celu zapobiegnięcie rozwojowi
zakażenia i stworzenie ranie optymalnych warunków do zagojenia się. W przypadku ran powierzchownych trzeba zastosować opatrunki, które
utrzymają odpowiednią wilgoć i stworzą środowisko nieprzychylne
rozwojowi bakterii, a jednocześnie sprzyjające regeneracji tkanek" -
mówi doktor Andrzej Bulandra.
Takich działań w przypadku Kamilka nie można było zastosować. Przez brak
leczenia w jego organizmie zdążył się już bowiem rozwinąć potężny stan
zapalny, który spowodował chorobę oparzeniową. Rozwinęła się głęboka
niewydolność wielonarządowa. Dziś lekarz mówi, że ośmiolatek być może
zdołałby przeżyć, gdyby trafił do szpitala od razu, ale nie da się tego
jednoznacznie stwierdzić.
"Prawdopodobnie nie byłoby tych komplikacji, gdyby pacjent trafił do nas
ze świeżymi, czystymi ranami. Zamknęlibyśmy je przeszczepami skóry i proces gojenia trwałby kilkanaście dni, maksymalnie do dwóch tygodni,
jak to zwykle bywa. Tutaj mieliśmy rany brudne, zbyt długo otwarte i przez to zakażone" - mówi doktor Andrzej Bulandra.
W przypadku ran dużo głębszych konieczne jest chirurgiczne usunięcie
zniszczonych, martwiczych tkanek, a następnie "położenie przeszczepów",
które spowodują regenerację. Rany zamyka się najczęściej za pomocą skóry
pacjenta przeszczepionej z innej, zdrowej części ciała. Można też użyć
substytutów skóry, choć robi się to rzadziej. Najbardziej kluczowy jest
czas liczony od powstania do zamknięcia rany. Wtedy występuje największe
ryzyko zakażenia, z którym walka jest najtrudniejsza. Przeciwdziałanie
zakażeniu i niewydolności, którą powoduje choroba, to priorytet.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki