Wyobraź sobie, że twój kochający rodzic jest w rzeczywistości potworem, który ma na sumieniu tysiące ludzkich żyć. Niektóre dzieci nazistowskich bonzów, mimo że świadome tej strasznej prawdy, nie potrafiły wyrzec się uwielbianych ojców i spędziły życie na próbie naprawienia ich reputacji, podczas gdy inne unikały wszelkiej pamięci o rodzicach, wiedząc, że nigdy nie będą w stanie zaakceptować ich okrucieństwa.
Bohaterów tej książki łączy wspólne dziedzictwo: ich ojcowie winni są współudziału lub bezpośredniej eksterminacji milionów niewinnych ludzi. Ich nazwiska zostały okryte hańbą. Tak złowrogie dziedzictwo nie może pozostać bez konsekwencji. Czy powinni czuć się odpowiedzialni, a nawet winni, za zbrodnie swoich rodziców? Gudrun, Edda, Martin, Niklas i reszta... Te dzieci mają sekret.
Są synami i córkami zbrodniarzy odpowiedzialnych za najciemniejszy okres współczesnej historii. Znały tylko jeden aspekt osobowości swoich ojców. O drugim doniesiono im po kapitulacji Niemiec. Byli zbyt młodzi w czasie wojny, aby zrozumieć, a nawet dostrzec, co się dzieje. Urodzeni w latach 1922-1944, najstarsi w szczytowym okresie wojny, wkraczali dopiero w dorosłość, innych jeszcze nie było na świecie. Ich wspomnienia z dzieciństwa często ograniczają się do zielonych pastwisk Bawarii, bowiem wielu mieszkało na bezpiecznym terenie wokół Berghof, górskiego azylu Adolfa Hitlera w Obersalzbergu. To odosobnione miejsce zarezerwowane do użytku Führera, na południe od Monachium, w pobliżu granicy z Austrią, pozostało nietknięte przez wojenną pożogę.
Mówi się: "Jaki ojciec, taki syn" albo: "Ojciec ma dwa życia: swoje i syna". Co się stało z potomstwem przywódców nazistowskich? Czy było w stanie żyć ze świadomością tak makabrycznych faktów? Pewien zatwardziały nazista zapytany o to przez wnuczkę udzielił jej następującej odpowiedzi: "Sprawcą jest ten, kto czuje się winny!". Bez mrugnięcia okiem zasugerował również: "Trzeba to wszystko zostawić za sobą. Życie jest potem znacznie prostsze"[1].
Wśród członków rodzin drugiej generacji często panuje wielka rozbieżność co do chęci poznania wydarzeń z przeszłości. Podczas gdy jedni stawiają desperackie pytania, inni chcą "dać spokój umarłym". Czasami u któregoś z nich zwycięża potrzeba poznania prawdy i zbadania przeszłości własnych przodków, wówczas pozostali - sami nic w tym kierunku nie robiąc - albo natychmiast cedują na niego własną chęć wyjaśnienia, albo też wykluczają go jako tego, który kala własne gniazdo[2].
Jak mówił Simon Wiesenthal, popełniamy poważny, dramatyczny błąd, zakładając, iż tylko źli ludzie są zdolni do złych uczynków. Ten słynny "łowca nazistów" twierdził, że to bardzo znamienne, iż wielu największych prominentów narodowego socjalizmu prywatnie było niezwykle czarującymi mężami i ojcami. "Ci sami ludzie, wychodząc rano z domu, czule całowali swoje dzieci, a kilka godzin później mogli posłać do gazu lub zatłuc na śmierć kilku Żydów"[3].
Potomkowie nazistowskich zbrodniarzy wojennych wydają się uwięzieni między dwiema skrajnościami. "Większość decyduje się całkowicie odciąć od swoich rodziców, aby mogli żyć swoim życiem, aby historia ich nie zniszczyła. Albo decydują się na lojalność i bezwarunkową miłość i wypierają wszystkie negatywne rzeczy". Wszyscy stoją przed tym samym pytaniem: "Czy naprawdę możesz ich kochać, jeśli chcesz być szczery, i naprawdę wiedzieć, co zrobili lub myśleli?"[4].
Jak zostaje się masowym zbrodniarzem, którego nazwisko zapisuje się na wieki w historii jako symbol przerażającej zbrodni? Jak zostaje się Heinrichem Himmlerem, Hermannem Göringiem, Amonem Göthem? Sposób ich myślenia i wartościowania był zupełnie zrozumiały dla większości ówczesnych obywateli Niemiec (i dla wielu zwykłych ludzi w innych krajach Europy). Byli przy tym przekonani, że to właśnie oni walczą z barbarzyństwem i bronią przed nim cywilizację[5].
Zdaniem Stephena Leberta niemal każdy z potomków przywódców Trzeciej Rzeszy, z wyjątkiem Martina Bormanna i Niklasa Franka, zbudował sobie własny historyczny portret ojca, zgodnie z dewizą: on był w porządku, może zbyt oddany Führerowi, ale źli to byli ci inni. Jak konstatuje Lebert: "Jedni wiodą żywot skamieliny, inni, którzy dopuszczają wątpliwości, wściekłość, bezsiłę, prawdę, rozpoczęli coś, co można chyba nazwać tańcem na linie nad głęboką przepaścią, bez siatki. Tańcem, o którym nikt nie wie, kiedy i jak się skończy"[6].
Prawda może być ciężarem trudnym do udźwignięcia. Są tacy, którzy wolą trzymać swoje rodzinne sekrety w tajemnicy, nawet jeśli inni nigdy nie dowiedzieliby się, kim są. Żaden z tych nazistowskich urzędników nie miał odwagi ani siły, by wyjaśnić swoim dzieciom popełnione przez siebie zbrodnie. Większość z tych nazistowskich dzieci zdecydowała się nie zmieniać swoich nazwisk.
Ba, niektórzy, jak synowie Alberta Speera i Martina Bormanna, noszą nawet to samo imię, co ich ojcowie. Gudrun Himmler i Edda Göring są dumne ze swego nazwiska rodowego i darzą czcią ojców. Matthias Göring, stryjeczny wnuk Hermanna, powiedział, że lubi swoje nazwisko; inni twierdzą, że nie ma ono znaczenia, jeszcze inni, jak syn Eichmanna, konstatują: "Zmienić nazwisko? Jaki byłby sens? Nie możesz uciec od siebie, od przeszłości"[7].
Większość z tych dzieci mieszka lub mieszkała w Niemczech. Część nawróciła się na katolicyzm lub judaizm, a niektórzy zostali nawet wyświęceni na księży lub rabinów. Wielu z nich mieszka obecnie w Izraelu, związali się z Żydami lub Żydówkami, a ich dzieci chodzą do szkół religijnych. Czy to poczucie winy? A może odpowiedzialność? Jedno jest pewne - w Izraelu znaleźli wewnętrzny spokój[8].
Kathrin Himmler, stryjeczna wnuczka Himmlera, poślubiła Żyda, z którym ma syna. Dla niej pisanie było sposobem radzenia sobie z byciem krewną Heinricha. "To bardzo duże obciążenie mieć kogoś takiego w rodzinie, tak blisko. To jest coś, co po prostu wisi nad tobą. [...] Zrobiłam co w mojej mocy, aby się od tego zdystansować i z tym skonfrontować. Nie muszę się już wstydzić tego rodzinnego związku"[9].
Według Martina Adolfa Bormanna - który nigdy publicznie nie potępił swojego ojca, wierząc, że tylko Bóg może osądzać - było mu łatwiej niż na przykład synowi Rudolfa Hessa. "Mój ojciec zniknął na zawsze. Łatwiej mi się było zdystansować". Stephenowi Lebertowi opowiadał, jak kiedyś zadzwoniła do niego Gudrun Himmler, córka Himmlera. Była wściekła. Wrzeszczała na niego: jak może tak źle mówić o tamtych czasach! Bormann opowiada, że próbował jej wyjaśnić, iż ojciec a czyny ojca to są dwie różne rzeczy. Nie zrozumiała tego. "Myślę, że jej pora jeszcze nie nadeszła"[10].
Jak trudno musi być dziecku przyznać: "Mój ojciec był potworem, a jednak go kochałem"? Być może właśnie dlatego najsurowiej oceniały swoich ojców te najmniej kochane dzieci, które nie darzyły ich sympatią lub spędzały z nimi bardzo mało czasu. Podobnie im dalsza relacja, w przypadku siostrzeńców i wnuków, tym łatwiej o dystans. Na przykład dla Matthiasa Göringa i Katrin Himmler "potwór" był człowiekiem, którego nigdy nie znali.
Im coś bliższe sercu, tym trudniej osądzić to obiektywnie, tak jakby uznanie zbrodni ojca mogło nieodwracalnie splamić więzy miłości. Dzieciom bardzo trudno jest osądzać swoich rodziców. Ciężko o obiektywizm, kiedy patrzymy na ludzi, którzy sprowadzili nas na świat i wychowali. Reakcje tych dzieci są czasami diametralnie różne. Część zgadza się z poglądami swoich ojców. Niewielu jest neutralnych. Niektórzy zdecydowanie potępiają czyny swoich przodków, ale nadal czują do nich miłość i sympatię.
Rolf Mengele nie znał swojego ojca, miał zaledwie roczek, gdy wojna się skończyła. Dorastał w kochającej rodzinie z dziadkami, matką i ojczymem. Powiedziano mu, że jego ojciec nie żyje. Poznanie prawdy w wieku szesnastu lat było dla niego nieszczęśliwym ponurym odkryciem. Jego ojciec próbował nawiązać z nim relację listownie, nawet pisząc i ilustrując dla niego książkę dla dzieci. Mimo że Rolf wyraźnie sprzeciwiał się przekonaniom i działaniom swojego ojca, czuł pokrewieństwo i starał się go lepiej poznać.
Porzucił nazwisko Mengele w latach osiemdziesiątych, przyjmując nazwisko żony, aby oszczędzić dzieciom genealogicznego balastu. Nigdy nie ujawnił miejsca przebywania Josefa, mówiąc, że "nie można zdradzić swojego ojca". Mimo to jego uczucia do mężczyzny się nie zmieniły. "Nawet nie zawracałem sobie głowy słuchaniem go - zarzekał się - ani myśleniem o jego pomysłach. Po prostu odrzuciłem wszystko, co przedstawił". "Nigdy nie zrozumiem, jak ludzie mogli robić takie rzeczy. To, że mój ojciec był jednym z nich, nie zmienia mojej opinii"[11].
Przeszłość, o której po klęsce w 1945 roku większość Niemców starała się milczeć, wciąż jest obecna. Winą za zbrodnie obarczono jedynie wąską grupę hitlerowskich elit. Ich potomkowie, dzieci nazistowskich przywódców, są wciąż wśród nas i radzą sobie z przeszłością rodziców, głównie ojców, w różny sposób. Gudrun Himmler została wierna zbrodniczej ideologii nazistowskiej. A Matthias Göring, stryjeczny wnuk Hermanna, przeszedł na judaizm[12].
Jeszcze inni odmawiają kochania "potwora", więc... zaprzeczają zaangażowaniu ojców, aby ugruntować bezwarunkową miłość dziecka do rodzica. Są wreszcie tacy jak Niklas Frank, którzy popadli w nienawiść i całkowite odrzucenie. Niektórzy niczemu nie zaprzeczali, niektórzy sami się wysterylizowali, aby nigdy nie "przekazywać zła" swoim dzieciom, a niektórzy doszli nawet do przekonania, że mogą wyeliminować swoje "złe" geny poprzez... masturbację.
Edda Göring, która nigdy nie wyszła za mąż, uważa swoje nazwisko za "źródło dumy" i nie straciła głębokiego poczucia prawa do przywilejów. Przyszła na świat w niemieckiej "rodzinie królewskiej". Sława jej ojca, bohaterskiego pilota z czasów pierwszej wojny światowej, a potem nazistowskiego przywódcy, była tak wielka, że zdjęcie Eddy w jego ramionach sprzedało się wówczas w milionach egzemplarzy.
Dorastała otoczona przywilejami w "ekstrawaganckim domu" z kinem, basenem i salą gimnastyczną oraz zrabowanymi Żydom bezcennymi obrazami i artefaktami. Edda nigdy nie wierzyła w winę ojca, zapewniając: "Mój ojciec nie był fanatykiem. W jego oczach widać było spokój... Bardzo go kochałam i widać było, że kocha mnie"[13].
Zdaniem Stephena Leberta dzieje potomków nazistów "[...] są to niezwykłe historie rodzinne. One ukazują, jak więzy familijne decydują o losach ludzi. Kiedy siedziałem naprzeciw Niklasa Franka, syna Hansa Franka, generalnego gubernatora Polski, przychodziły mi na myśl tragedie Szekspira. Jeśli ci, co stworzyli piekło w Oświęcimiu, byli diabłami, to Hans Frank był szefem tych diabłów"[14].
Bormann, Frank, Göring, Göth, Himmler, Mengele, Speer - kariery siedmiu osób, których działalność w obrębie dyktatury przebiegała różnymi drogami. Jednak ich psychogramy pomagają odpowiedzieć na pytanie: jak mogło do "tego" dojść? Czy mamy do czynienia ze zbrodniarzami szczególnego rodzaju, wyposażonymi przez naturę w taki sam zasób przestępczej energii, jaki inspirował Führera? Czy raczej z "zupełnie zwykłymi Niemcami", którzy wskutek szczególnych okoliczności mogli liczyć na zrobienie nadzwyczajnej kariery, a to z kolei umożliwiło im popełnianie ekstremalnie niezwykłych przestępstw?
Zastanawiający jest fakt: jak tacy ludzie mogli rozstrzygać o losach narodu, kraju, jak mogli rościć pretensje do władania Europą i światem? Pytanie wcale nie błahe, ponieważ nie sposób "wyciąć" nazizmu z europejskiej historii, nie jest on bowiem zjawiskiem przypadkowym. Radziecki pisarz Emanuel Kazakiewicz, zastanawiając się nad zjawiskiem nazistowskich przestępstw wojennych, odwrócił sens porzekadła: "co zapisane toporem, tego nie wyrąbiesz piórem". Chciał przez to powiedzieć, że żadna demagogiczna bazgranina powojennych "rehabilitantów" faszyzmu nie zdoła wymazać z pamięci narodów świata potwornych zbrodni wpisanych nazistowskim toporem w dzieje naszej epoki[15].
W dysocjacyjnych zaburzeniach tożsamości w jednej osobowości istnieją dwa sprzeczne impulsy, co może stanowić jedno z wyjaśnień, jak podkomendni Hitlera mogli posyłać na śmierć miliony ludzi, jednocześnie prowadząc zwyczajne domowe życie. Jak te potwory mogły całować swoje dzieci na pożegnanie, zanim pójdą sami zabijać lub nakażą zabijanie niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci? "Nawet kiedy przeprowadzałem eksterminację, wiodłem normalne życie rodzinne" - stwierdził Rudolf Höss, komendant Auschwitz. Czy taka sprzeczność jest możliwa?
Jak zbrodniarze wojenni w ogóle mogli dopuszczać się takich czynów? Czy naprawdę byli psychicznie chorzy? Byli psychopatami i sadystami? Niezliczeni naukowcy formułowali opinie na temat zachowań nazistów, opierając się przy tym na własnych poglądach na temat natury całego społeczeństwa oraz zachowań jednostki. "To było spowodowane uszkodzeniami mózgu" - twierdzili przedstawiciele jednej ze szkół myślenia. "Powodem były poważne zaburzenia psychiatryczne" - upierali się inni. A trzecia szkoła mówiła: "To byli normalni ludzie, którzy po prostu dokonywali złych wyborów"[16].
U podstaw tej komedii znawców duszy tkwił brutalny fakt, że choćby taki Adolf Eichmann, członek SS, SD i Gestapo, które to organizacje po wojnie zostały uznane za przestępcze, a on sam za zbrodniarza wojennego między innymi za to, że był głównym koordynatorem i wykonawcą planu "ostatecznego rozwiązania", absolutnie nie przedstawiał przypadku patologii moralnej, a tym bardziej prawnej. Psychiatrzy uznali rzekomo Eichmanna za człowieka "owładniętego groźnym i niedającym się zaspokoić pociągiem do zabijania", o "osobowości perwersyjnego sadysty". W takim razie powinien on znaleźć się w zakładzie psychiatrycznym.
Co gorsza, nie przedstawiał on również przypadku patologicznej nienawiści do Żydów, fanatycznego antysemityzmu lub poddania się wpływom jakiejkolwiek indoktrynacji. "Osobiście" nie miał nigdy nic przeciwko Żydom, przeciwnie - istniało mnóstwo "osobistych powodów", żeby nie żywił do Żydów nienawiści. Sędziowie wychodzili z założenia, że - tak jak wszyscy "normalni ludzie" - musiał zdawać sobie sprawę ze zbrodniczego charakteru swych czynów, Eichmann zaś był istotnie normalny o tyle, o ile "nie był żadnym wyjątkiem w systemie rządów nazistowskich"[17].
Akt oskarżenia stwierdzał nie tylko, że działał on z premedytacją, lecz także że kierował się niskimi pobudkami i miał pełną świadomość zbrodniczego charakteru swych czynów. Co się tyczy niskich pobudek, Eichmann był całkowicie przekonany, że nie jest, jak się wyraził, innerer Schweinehund, czyli nędznym łajdakiem z samej swej istoty, zaś co do sumienia, był pewien, że odczuwałby wyrzuty jedynie wówczas, gdyby nie wykonał otrzymanego rozkazu, to znaczy nie posłał milionów mężczyzn, kobiet i dzieci na śmierć, czyniąc to z wielką energią i najbardziej pedantyczną starannością.
Zdaniem Jesúsa Hernándeza niepokojąca jest wiedza, iż osoby, które dokonywały tych barbarzyńskich czynów, mieściły się w parametrach "normalnej ludności". Oczywiście trudno bronić tezy, że takie postacie jak Amon Göth czy Josef Mengele nie wykazywały żadnych zaburzeń psychicznych, lecz nie jest również absurdalna myśl, że takie skłonności mogą istnieć u wielu osób uważanych za normalne, a jedyna różnica polega na tym, że u nich te popędy miały okazję przejść ze stanu latencji i uzewnętrznić się w całej swej gwałtowności.
Czy można w ogóle wyobrazić sobie Himmlera całującego swoją Püppi, swoją "Laleczkę", w drodze do kwatery głównej, by podpisać nakaz egzekucji dzieci tylko dlatego, że były Żydami? Byłoby nader wygodnie, gdyby tym przestępcom można było przypisać etykietkę specyficznej patologii, która wyjaśniałaby ich okrucieństwa. Jednak ci, którzy przyjrzeli się temu zagadnieniu, nigdy nie dopatrzyli się wspólnego typu osobowości u tych ludzi.
Pewna austriacka więźniarka z Auschwitz, która pracowała tam jako lekarka, Ella Lingens-Reiner, napisała w swojej książce Więźniowie strachu: "Nie znam niemal żadnego członka SS, który nie zapewniałby, że uratował komuś życie. Było wśród nich bardzo niewielu sadystów. Nie więcej niż pięć procent było w sensie klinicznym patologicznymi przestępcami. Pozostali byli całkowicie normalni i potrafili rozróżnić między dobrem a złem. Wszyscy oni wiedzieli, co się dzieje"[18].
Eichmann nie chciał być jednym z tych, którzy teraz udają, że "zawsze byli przeciw", podczas gdy w rzeczywistości bardzo skwapliwie wykonywali wszystko, co im nakazano. Nie pragnął zaprzeczać, że zrobił to, co zrobił, a nawet zaproponował, by go "publicznie powiesić ku przestrodze wszystkich antysemitów świata". Nie chciał przez to powiedzieć, że czegokolwiek żałuje. "Skrucha - to dobre dla małych dzieci"[19].
Trzeba przyznać, że trudno było się z tym nie zgodzić. Pół tuzina psychiatrów uznało go za "normalnego". "W każdym razie normalniejszego niż ja sam po badaniach, jakim go poddałem!", jak miał ponoć wykrzyknąć jeden z psychiatrów, inny natomiast doszedł do wniosku, że cała konstrukcja psychiczna Eichmanna, jego stosunek do własnej rodziny, żony i dzieci, matki i ojca, braci, sióstr i przyjaciół jest "nie tylko normalny, ale jak najbardziej pożądany", wreszcie zaś duchowny, który odwiedzał go regularnie w więzieniu po zakończeniu rozprawy apelacyjnej przed Sądem Najwyższym, pokrzepił wszystkich na duchu, oświadczywszy, iż Eichmann jest "człowiekiem myślącym bardzo pozytywnie"[20].
Kusząca jest wiara, że tacy ludzie są krwiożerczymi potworami; w rzeczywistości ich "normalność" jest jeszcze bardziej przerażająca, co w słowa najlepiej ubrał Primo Levi, pisarz, który sam przeżył pobyt w obozie Auschwitz-Monowitz: "Potwory istnieją, ale jest ich zbyt mało, aby były naprawdę niebezpieczne; bardziej niebezpieczni są zwykli ludzie"[21].
Przepracowywanie czasu nazistowskiego zawsze stanowi rodzinny dramat. Wiele dzieci wysoko postawionych hitlerowców balansuje między gloryfikacją ojców a bezgraniczną nienawiścią wobec nich, która często przechodzi również w nienawiść do samych siebie. Jedno z pewnością mają wspólne: przeszłość nigdy nie daje im spokoju. Dzieci zbrodniarzy ukrywają się tak naprawdę za postaciami wszechwładnych ojców. Definiują siebie poprzez przeszłość. Ale kim byłyby, gdyby wyszły z cienia swoich rodziców? Co by pozostało z nich samych?
Skłonność ludzi do bestialskich zachowań jest czymś, co najprawdopodobniej nigdy nie będzie rozumiane. Zbrodniarze wojenni byli jednymi z najgorszych stworzeń, które stąpały po ziemi. Zabijanie z zimną krwią, a czasem nawet i z radością, było domeną tych, którzy uważali siebie za "lepszy gatunek", niemalże dehumanizując innych, między innymi Polaków, Romów czy Żydów.
Gustave M. Gilbert, amerykański psycholog, który badał najważniejszych nazistowskich zbrodniarzy sądzonych w Norymberdze, doszedł do wniosku, że cechą wyróżniającą tych mężczyzn był brak empatii dla innych, i wykazał, że oprawcy rzadziej doświadczają depresji niż ich ofiary, ponieważ są przekonani, że są dobrymi ludźmi, którzy nie mają innego wyboru, jak tylko wykonywać rozkazy.
Nie jest to tożsame z przypadkiem ich dzieci, które o czynach swoich ojców dowiedziały się po wojnie, kiedy nazistowskie zbrodnie zostały zdemaskowane i stanowczo potępiono zasadność rozwiązania "problemu żydowskiego". Często postrzegają przeszłość przez pryzmat własnego dzieciństwa. Niektórzy pamiętają tylko, jak bardzo byli kochani; zazwyczaj dzieje się tak w przypadku samotnych dzieci, często synów, ale przede wszystkim córek: Gudrun Himmler, jedynej prawowitej córki Himmlera, Eddy Göring, córki marszałka Rzeszy, czy Irene Rosenberg, córki naczelnego ideologa partii nazistowskiej i ministra Rzeszy do spraw okupowanych terytoriów wschodnich Alfreda Rosenberga.
Wszystkie trzy były rozpieszczonymi dziećmi, które czciły swoich ojców i sympatyzowały z nazizmem. Wielu innych potomków uważa, że ich osobiste historie są łatwiejsze do zniesienia niż historie innych dzieci nazistowskich dygnitarzy. Dlatego aby lepiej je zrozumieć, każdy rozdział zawiera przypomnienie pozycji ojca w narodowosocjalistycznej hierarchii, sytuacji, w jakich dziecko przesiąkało ówczesnymi ideałami, oraz roli matki w ich edukacji.
Trudno jest osądzać dzieci nazistów, które, jeśli jeszcze żyją, są już w podeszłym wieku. Nie mogą ponosić odpowiedzialności za czyny, których nie popełniły. Historia nie pozostawiała jednak wiele miejsca, by zaprzeczać zbrodniom przeszłości, chociaż niektórzy próbowali to zrobić. Pod każdym innym względem dzieci te reagowały w sposób złożony i niepowtarzalny, gdy każde pogodziło się z historią swojej rodziny.
Już w Starym Testamencie opisano, w jaki sposób złe czyny ojców oddziałują "do trzeciego i czwartego pokolenia". Podobne przekazywanie doświadczeń zaobserwowano u dzieci i wnuków zbrodniarzy i zwolenników nazizmu. Nazwiska Himmlera, Göringa, Götha czy Mengele wciąż mają moc przywoływania okropności nazistowskich Niemiec. Jak to jest żyć ze spuścizną tych nazwisk i czy można kiedykolwiek odciąć się od straszliwych zbrodni popełnionych przez przodków? O tym opowiada ta książka...