1. Stan obecny
1.
Stan obecny
Czerwcowe noce miały w sobie resztki utraconej beztroski. Powietrze było
wciąż ciepłe, ale znikały bezlitosna duchota i męczący skwar, a dławiący
strach przed pojmaniem tracił nieco na intensywności. Niebo z boleśnie
błękitnego zmieniało się w kojąco czarne, ulice pustoszały, a panujący
na nich spokój tylko czasem zakłócały odgłosy przyspieszonych kroków w ciężkich, wojskowych butach albo walenie pięściami w drzwi. Na
sklepowych półkach nie brakowało już towarów, za to podtrzymywano
oficjalny stan wyjątkowego zagrożenia, godzinę policyjną i liczne
blokady drogowe.
Pierwsze fale szoku po globalnym ujawnieniu sentury zaczęły opadać,
świat nigdy już nie miał być natomiast taki sam i Erin Lanford szybko
odkryła, że łatwiej jej stawiać mu czoła pod osłoną milczącej ciemności.
To milczenie diabli wzięli, gdy coś trzasnęło głośno. Erin wstrzymała
oddech, a jej ciało spięło się momentalnie, podświadomie szykując się do
biegu. Odwróciła się i spojrzała na Alex. Czarodziejka przełożyła
właśnie pierwszą nogę nad parapetem i siedziała teraz na nim okrakiem.
-?Alex! -?W szepcie dziewczyny słychać było panikę. -?Diego powtarzał
tysiąc razy, by uważać na ten wazon!
Alex zmarszczyła brwi.
-?Co?
Erin zignorowała pytanie. Przyłożyła jedynie palec do ust, nakazując
ciszę. Przez moment stała w bezruchu, nasłuchując. Wreszcie odetchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż uderzało zbyt szybko.
-?Nie obudził się. Właź dalej -?ponagliła najciszej, jak się dało. -
Tylko ostrożnie!
Gdy obie znalazły się w spowitym mrokiem salonie, chwilę zajęło im
szukanie wazonu, który przeturlał się pod stół po tym, jak spadł z parapetu.
-?Nie pękł -?stwierdziła Erin po nerwowych oględzinach.
Alex nie odpowiedziała. Spojrzała w sufit i na jej twarzy pojawiło się
skupienie, ale zaraz odwróciła się gwałtownie w bok, jak gdyby
rozproszyło ją coś niewidzialnego. Potem ruszyła beztroskim krokiem w głąb niewielkiego domu, w stronę otwartej kuchni.
Erin westchnęła, odstawiła plastikowy wazon z powrotem na parapet, po
czym ruszyła w ślad za czarodziejką.
Obcowania z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Sprawiała wrażenie,
jakby zupełnie nie przejmowała się kryzysem, i coraz częściej była
całkowicie nieobecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nadzorować
i pouczać, aby jakąś głupią nieuwagą nie sprowadziła na grupę
niebezpieczeństwa. Jednocześnie to właśnie ona ich wszystkich chroniła -
gdyby nie jej zaklęcia, pewnie dawno już zostaliby zlokalizowani przez
czarodziejów, którzy opowiedzieli się po stronie ludzi. Jedna
niewłaściwa runa i mieliby na karku żołnierzy... Trwali więc w paradoksie:
musieli pilnować beztroskiej Alex jak dziecka, zarazem powierzając jej
magii swoje życie.
-?Jest więcej jedzenia -?oznajmiła teraz melodyjnym głosem. Światło z otwartej lodówki rzeźbiło jej profil plamami ostrego światła i cieni.
Erin miała ochotę zacisnąć ręce na jej szyi.
-?Szeptem -?syknęła ledwo słyszalnie. -?Mów szeptem, Alex, błagam cię!
Czarodziejka wyglądała na skołowaną. Było niestety bardzo prawdopodobne,
że umknął jej całkowicie fakt, iż włamały się właśnie w środku nocy do
cudzego domu.
-?Masz rację, jest więcej -?mruknęła Erin, tym razem sama do siebie,
zaglądając przyjaciółce przez ramię. Żołądek skręcał jej się z głodu i widok wypchanych jedzeniem półek był przytłaczający. -?Podaj mi nóż. Jak
utniemy kawałek sera, to chyba nie zauważy, prawda?
Alex wzruszyła ramionami.
Podkradali jedzenie najrzadziej, jak się dało i w niewielkich ilościach,
żeby właściciel nie zwrócił uwagi na braki. Po podziale między
ukrywającą się siódemkę -?Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha,
Anthony'ego i Diego -?porcje były żałośnie niewielkie.
Na blacie obok lodówki piętrzyły się jabłka. W szafce znalazły trzy
paczki chleba. Starzec wyraźnie nie zamierzał udawać się niebawem do
sklepu i natychmiast wzbudziło to w Erin niepokój. Czyżby zapowiedziano
kolejny lockdown? Gdy szóstego maja w Stanach Zjednoczonych oficjalnie
ujawniono istnienie sentury, wieści te lotem błyskawicy obiegły cały
świat, wzbudzając napięcia. Choć ekonomiczne i polityczne relacje
międzynarodowe już nieco się uspokoiły, zmiany wewnętrzne w każdym
państwie nabierały tempa. Aby być z nimi na bieżąco, próbowali
podsłuchiwać pod oknem, gdy mężczyzna oglądał wiadomości na starym,
trzeszczącym telewizorze, ale nie zawsze to się udawało. Jednego mogli
być pewni: polowanie na wampiry i wilkołaki trwało.
Ponieważ spisek Martina Gallaghera się powiódł i zmiennokształtni, łowcy
oraz czarodzieje z kraju w porę podjęli współpracę z ludźmi, celem
łapanek były tylko dwa senturalne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, którzy
znacząco dominowali pod względem liczebności, niewiele mogłoby stanąć na
drodze, gdyby zdecydowali się ścigać też pozostałych.
Kąty pogrążonego w mroku domu wydały się nagle Erin jeszcze czarniejsze.
-?Myślałam, że Tatiana szła za tobą? -?szepnęła, zerkając za siebie
kontrolnie. Pusto.
Alex patrzyła w nieistniejący punkt, pocierając potylicę. Włosy odrosły
jej już nieco po zgoleniu głowy w Mallaroy, mimo to nadal były
króciutkie.
-?Kto?
-?Tatiana.
-?Co?
Erin westchnęła cicho, ale ciężko.
-?Czy Tatiana wróciła do szopy? -?zapytała ponownie, nadal szeptem, ale
wolniej i wyraźniej. Za niewielkim domem znajdowała się stara szopa z narzędziami i gratami. To tam koczowali przez większość czasu.
-?Nie. -?Alex uśmiechnęła się promiennie. -?Powiedziała, że zostanie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się światło.
Erin skinęła głową.
-?Chcesz iść pierwsza?
-?Co?
Z Alex było coraz gorzej. Im trudniejsza stawała się ich sytuacja, tym
mocniej dziewczyna uciekała do wnętrza własnej głowy.
-?Nieważne -?mruknęła Erin z rezygnacją. Nie miała siły ciągle się
powtarzać.
Od czterech tygodni -?od kiedy w noc zdemaskowania urządzono masowe
aresztowania, a Mallaroy, które było jej nowym domem, zmieniło się w pole bitwy -?była bez przerwy zmęczona. Wykończona wszystkim: ucieczką,
ukrywaniem się, walką o schronienie i jedzenie, poszukiwaniem dostępu do
wody, nieustającym lękiem, koszmarami, żałobą po poniesionych stratach i tęsknotą za rodziną. Przede wszystkim jednak była zmęczona
bezcelowością. Nic nie robili. Nie biegli w konkretną stronę, ale
jedynie przed czymś uciekali. Zastanawiała się czasem, jak długo można
tak żyć. Jak długo można podążać po prostu przed siebie, byle dalej od
zagrożenia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przypominała
sobie, że świat widział już takie historie. Tyle było prześladowań, tyle
okrucieństwa, tyle nienawiści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.
-?Idę do toalety -?oznajmiła wreszcie cicho, zerkając na Alex, która
mamrotała coś pod nosem. -?Alex? Alex...?
Czarodziejka uniosła palec, nakazując Erin milczenie. Dopiero po chwili
stało się jasne, że odnawia jedno z zaklęć. Erin skinęła głową,
właściwie sama do siebie, i ruszyła bezszelestnie w stronę łazienki.
Kiedy za pierwszym razem włamali się do domu, miała okropnie spocone
ręce i wrażenie, że serce wyskoczy jej przez gardło i narobi hałasu,
uderzając o podłogę. Tymczasem teraz już nawet obmywała się w umywalce.
Prysznic wciąż wydawał się jednak za głośny.
Pierwszy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspominała jako mieszaninę
brudu, bólu i paraliżującego lęku. Potem nadeszła pełnia. Miasta
rozbłysły setkami policyjnych syren, lasy przecięły snopy reflektorów z helikopterów militarnych. Ile wilkołaków złapano? Ile zastrzelono, a ilu
udało się uciec? Ilu zaatakowało ludzi? Erin nie miała pojęcia. Z pewnością wiele.
Gdy Keith się zmienił, Alex i Diego cudem utrzymali go w kryjówce za
pomocą magii i run. Zakłócenie normalnego obcowania z energią księżycową
sprawiło, że chłopak spędził następne dwa dni, zwracając wszystko, co
udało mu się przełknąć -?ale co z tego?
Musieli iść dalej.
Na początku ratowało ich chyba jedynie to, że ukrywał się wraz z nimi
Diego. Dysponował imponującą wiedzą w zakresie sztuki przetrwania, jak
na porządnego łowcę przystało, a do tego w szkole uczestniczył w kursie,
który miał mu pomóc wstąpić w szeregi protektorów. Stał się
niezastąpiony, bo myślał trochę jak przeciwnik. Problem polegał na tym,
że nikt z przyjaciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to
podobieństwo. Jeszcze do niedawna Diego był szpiegiem -?śledził
poczynania Erin w Mallaroy na polecenie Gallaghera. Ufanie mu było
cholernie niebezpieczne, ale jak mieliby poradzić sobie bez niego?
Musieli ryzykować.
Erin przymknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą sięgnęła po
mydło, wspominając obskurne łazienki na zapomnianych stacjach
benzynowych i mętne wody w leśnych bajorach.
Dobre dwa tygodnie spędzili prawie non stop zaszyci w lesie, wycieńczeni
i głodni, wciąż idąc w nieokreślonym kierunku. Dopiero kiedy całkowity
zakaz przemieszczania się zastąpiono godziną policyjną, odważyli się
zbliżyć do cywilizacji. Od tego czasu kradli. Tu jedzenie, tam ubranie
albo inną przydatną rzecz... Nie mieli pieniędzy i nie mogli ich zdobyć.
Aktywność kart bankowych mogła być monitorowana, telefony musieli
wyrzucić na samym początku, bo -?jak pouczył ich Diego -?łowcy wynaleźli
system sczytywania śladów sentury z sygnałów GSM, przed którym nie dało
się ochronić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na
miłosierdzie, bo nie potrafili ocenić, z kim mają do czynienia. Czy ta
osoba stoi po stronie wojska? Czy to jeden ze zmiennokształtnych, który
ze strachu wspiera uprzedzonych ludzi? Czy może człowiek, który mimo
wszystko wierzy w dobroć wilkołaków? Nie dało się tego przewidzieć, a pomyłka mogła ich słono kosztować. Lepiej było więc zakładać, że wszyscy
są źli. A potem ich okradać.
Pewnego dnia, kiedy siedzieli pod wiatą nieczynnego od dawna przystanku,
Erin przyszło do głowy, że może właśnie na tym polega sztuka
przetrwania: trzeba zawsze zakładać najgorsze, na wszelki wypadek. Może
dokładnie to samo robiła obecnie większość ludzi i ci czarodzieje,
zmiennokształtni oraz łowcy, którzy stanęli po ich stronie. Każdy tak
naprawdę chciał jedynie przetrwać, a wszystko inne -?krew, ból, przemoc,
okrucieństwo, nienawiść -?pojawiało się jako efekt uboczny strachu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze
chodzi o to samo: o władzę i pieniądze, i nie było jeszcze w całej
historii świata okresu nieprzeżartego zgnilizną. Taką wersję miała
Tatiana. Erin wolała wierzyć we własną, bo była w niej chociaż odrobina
optymizmu.
Ktoś zapukał cicho w drzwi i dziewczyna wzdrygnęła się, wyrwana z zamyślenia.
-?Erin? -?Szept Alex przebił się przez drewno, z którego odłaziła biała
farba.
-?Już, już. -?Dziewczyna wciągnęła na siebie przydużą koszulkę i wyszła
do czarodziejki. -?Łazienka twoja.
Alex nie ruszyła się z miejsca.
-?Alex?
-?Co?
-?Łazienka?
-?Co?
Erin dostrzegła błysk paniki w szarofioletowych oczach czarodziejki.
Była to jednak tylko chwila i zaraz Alex uśmiechnęła się szeroko. Potem
zniknęła w łazience.
W kuchni Erin upewniła się, że w plecaku jest wszystko, co zamierzała
wynieść tej nocy z domu do szopy, a następnie ostrożnie usiadła na
jednym z krzeseł, uważając, by nie zatrzeszczało zbyt głośno. Po
tygodniu spędzonym w tym miejscu wiedziała już, na co uważać.
W starym domu otoczonym polami i pastwiskami mieszkała jedna samotna
osoba: chudy starzec ze skórą zniszczoną słońcem. Codziennie wstawał o świcie i jechał gdzieś czerwonym, odrapanym pick-upem. Druga część ich
grupy właśnie wtedy zakradała się do posiadłości.
Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszystkim
ze względów bezpieczeństwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na
niebo, kiedy było czarne, a nie boleśnie błękitne, jak oczy kogoś, kogo
już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybierała spokój nocy i szukała w nim teraz odrobiny komfortu, a Alex po prostu lubiła patrzeć w gwiazdy.
Zmiany dzienne przejęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony... O Anthonym
próbowali nie rozmawiać.
-?Erin? -?Smuga światła wylała się na ciemną podłogę wraz z szeptem Alex
przez uchylone drzwi do łazienki. -?Możesz?
Erin zbliżyła się, wzięła wyciągnięty w jej stronę marker i skupiła
wzrok na ciele przyjaciółki. Czarodziejka miała na sobie sportowy top, a bluzkę trzymała w ręku. Jej ciało zdobiło kilka zadrapań i siniaków
zarobionych gdzieś po drodze, nieświadomie -?od spania na twardej
powierzchni albo nieuważnego poruszania się po zagraconej szopie. Uwagę
przyciągały jednak nie one, tylko czarne runy, które pokrywały cały jej
brzuch i plecy.
-?Nie ruszaj się -?mruknęła Erin, otwierając marker. Wciąż wiedziała
niewiele o magii i prawie nic o runach, ale nie stanowiło to problemu,
bo jej zadanie polegało tylko na poprawieniu wyblakłych śladów nową
warstwą permanentnego tuszu. Nie miała pojęcia, czemu czarodziejka nie
chce robić tego sama, ale z jakiegoś powodu bała się zapytać.
Przez pierwsze kilkanaście dni Alex starannie opisywała runami
antylokalizacyjnymi każde miejsce, w którym spali, a po drodze mamrotała
zaklęcia. Potem wpadła na genialny pomysł, żeby z samej siebie zrobić
płótno. Teraz co kilka dni poprawiali ukryte pod jej ubraniami runy,
które woda i pot ścierały ze skóry. Było to spore ułatwienie
logistyczne, nie zmieniało jednak ilości magicznej energii, którą
dziewczyna musiała oddawać.
-?Gotowe -?oznajmiła wreszcie Erin. -?Siedzimy tu zbyt długo, pora się
wynosić -?dodała.
Alex podniosła się z miejsca i naciągnęła na siebie bluzkę.
-?Dzięki.
-?Nie ma za co.
-?Co? -?zapytała czarodziejka, zdezorientowana.
-?Nieważne. -?Erin westchnęła, po czym coś jej się przypomniało. Cofnęła
się cicho do kuchni i otworzyła szafkę nad zlewem, gdzie starzec trzymał
mocne alkohole. Butelek było mniej niż ostatnio. Przeklęła cicho,
zaciskając dłoń mocniej na drzwiach szafki, ale nic nie powiedziała.
Po chwili obie wylazły przez to okno, którym weszły. Alex ruszyła
beztroskim krokiem w stronę szopy, niewzruszona. Erin na otwartej
przestrzeni poczuła się natychmiast mniej pewnie, ogarnięta
irracjonalnym lękiem, że ktoś obserwuje je z daleka. Przygarbiła się
odruchowo i rozejrzała nerwowo, szukając wzrokiem Tatiany.
Zmiennokształtna stała kawałek dalej i na nią patrzyła. Skinęły sobie
delikatnie głowami -?ledwo zauważalny, ale pełen wsparcia gest
sygnalizujący, że są w tym razem. Zbliżyły się do siebie szybko i w milczeniu ruszyły za Alex.
Spokój trwał tylko przez kilkanaście kroków. Po chwili Tatiana złapała
Erin za przedramię, zatrzymując ją w miejscu. W ciemności trudno było
dostrzec wyraz jej twarzy, ale sam gest wystarczył, by dziewczyna
zamarła, przerażona.
Coś szeleściło w gęstwinie wysokich krzaków tuż za szopą.
-?Alex, stój! -?syknęła cicho Erin.
Czarodziejka oczywiście nie usłyszała.
-?Reszta nadal śpi... -?szepnęła Tatiana drżącym głosem, podświadomie
ściskając przedramię Erin jeszcze mocniej.
-?Alex! -?Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efektów.
Liście trzęsły się zauważalnie, ciszę nocy przerywał odgłos łamania
drobnych gałązek. Nie było wątpliwości, że ktoś przesuwa się w ich
stronę, ale czarodziejka radośnie zbliżała się wciąż do
niebezpieczeństwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy.
Dzieliło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi...
Anthony Towner wypadł z krzaków z kijem w ręku, niebezpiecznie się
zataczając.
-?Ej! -?rzucił głośno i z wyrzutem, bo ledwo uniknął zderzenia z czarodziejką.
-?Dzień dobry -?odpowiedziała uprzejmie Alex.
Strach Erin momentalnie przeistoczył się we wściekłość.
-?Trzymaj mnie, bo go zamorduję -?syknęła do Tatiany, która wolno
wypuszczała powietrze.
Z ciał ich obu ulotniło się napięcie.
-?Czy wiecie, że -?zaczął Anthony, wciąż kołysząc się na boki i nawet
nie próbując ściszyć głosu -?te krzaki to labirynt? Można się w nich
zgubić, kurde...
-?Tony, zamknij się -?ostrzegła Erin, mierząc go dość wrogim
spojrzeniem.
W stojącym przed nią chłopaku trudno było dopatrzyć się odpowiedzialnego
lidera bractwa zmiennokształtnych z Mallaroy. Brązowe, kręcone włosy
sterczały na boki, brudne i potargane, skóra pełna była drobnych
zadrapań, a wymięty T-shirt zdobiła na środku sporej wielkości plama.
Śmierdziało od niego alkoholem na metr, ale nawet bez tego widać było
jak na dłoni, że jest nawalony. Najgorsze były jednak jego oczy: puste i obce.
-?Musisz się zamknąć -?przedrzeźniał ją Anthony z nutą drwiny, która
pojawiała się, gdy pił. -?Sama musisz się... Ej, ej, ej! -?zaprotestował
głośno, bo Erin odebrała mu kij, którym już zaczynał wymachiwać. -?To
było -?czknął -?moje. -?Wciąż nie ściszał głosu, wręcz przeciwnie.
Tatiana bała się, że w oknie na piętrze pojawi się światło.
-?Musimy zachować ciszę, przecież dobrze wiesz.
Chłopak zaczął mamrotać coś pod nosem, wyraźnie niezadowolony, ale
przynajmniej nie wszczął kłótni. Zamiast tego rozglądał się na boki, jak
gdyby usiłował sobie przypomnieć, gdzie w ogóle się znajduje.
Przyjaciółki wymieniły spojrzenia. Były sfrustrowane i zmęczone, lecz
nie zaskoczone.
-?Poszukam butelki -?oznajmiła wreszcie chłodno Tatiana, marszcząc nos
na obecny wciąż w powietrzu, ostry zapach alkoholu i wymiocin. -?Pewnie
porzucił ją gdzieś w krzakach. Znowu. -?Zniknęła w gąszczu zieleni,
zrobiła to jednak ze znacznie większą gracją niż zmiennokształtny.
Anthony tymczasem ruszył w sobie tylko znanym kierunku, zataczając się
żałośnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedynie bełkot. Po
chwili potknął się o własne stopy i upadł na trawę, zanosząc się głośnym
śmiechem.
Erin w dwóch susach znalazła się przy chłopaku.
-?Cholera jasna, Tony! -?syknęła z mieszaniną złości i niedowierzania w głosie.
Anthony był w rozsypce od pierwszych dni wspólnej ucieczki. Na początku
funkcjonował tylko w zmiennokształtnej postaci wielkiego psa, potem
jednak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbliżać do cywilizacji,
przybrał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się staczać. Nikt jednak nie
zauważył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko udawało im się
widzieć go trzeźwego. Plątał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butelkami wszelakiego świństwa, które kradł, narażając się na
niebezpieczeństwo.
Kiedyś był jedną z najodpowiedzialniejszych osób, jakie Erin znała.
Teraz leżał na brudnej ziemi, w alkoholowym odrętwieniu, dławiąc się
niskim, pustym rechotem. Pokonany.
Na początku Erin czuła głównie żal, potem na prowadzenie wyszła złość,
aż wreszcie -?strach. Każdy ma limit złych rzeczy, które jest w stanie
znieść, zanim wpadnie w przepaść zadręczonego umysłu. Teraz, patrząc na
tak odmienionego Anthony'ego, trudno było nie zadawać sobie pytania: jak
blisko tej granicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od
przepaści?
Tatiana wyłoniła się z krzaków z prawie pustą butelką wódki. Nie
powiedziała nic, zmierzyła jedynie leżącego na ziemi chłopaka
spojrzeniem pełnym niepokoju i niechęci. Zmiennokształtny rozłożył ręce
i nogi szeroko na trawie i wybuchł kolejnym napadem śmiechu. Było w tym
odgłosie coś niewłaściwego. Jakieś echo ciemności, lęku i śmierci, które
sprawiło, że po plecach Erin przebiegły ciarki.
-?On jest za głośny -?szepnęła Tatiana z irytacją. -?Towner, chcesz nas
zdemaskować?
Zero reakcji. Śmiech rósł w siłę. Okno na piętrze pozostawało ciemne.
Przyjaciółki czuły narastającą panikę.
-?Tony! -?jęknęła błagalnie Erin, a potem przykucnęła i zakryła mu
dłonią usta. Musiały go uciszyć za wszelką cenę, bo sytuacja przeradzała
się w prawdziwe zamieszanie, a oni nie byli bezpieczni.
Nigdy nie byli bezpieczni.
-?Mpfhh. -?Anthony szarpnął głowę w bok, uwalniając usta spod jej dłoni,
i machnął ręką na oślep, próbując je odgonić. -?No co?! Odwal się. -
Przeturlał się na bok, wydał z siebie dziwny odgłos i zaczął się
podnosić. Udało mu się, ale stał chwiejnie, raz po raz przymykając oczy,
bo zalewały go fale mdłości.
-?Na to się nie da patrzeć... -?szepnęła Tatiana, lecz nie odwróciła
wzroku.
-?No co?! -?powtórzył prowokacyjnie Anthony, znowu podnosząc głos.
-?Szzz. -?Erin przyłożyła w panice palec do własnych ust. -?Błagam cię,
Anthony. Musisz być cicho.
-?Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!
Od czterech tygodni każde z nich próbowało stać się niewidzialne, a Anthony Towner stał niedaleko domu, gdzie spał człowiek, i darł się jak
opętany.
-?Alex, możesz coś zrobić?! -?Tatiana odwróciła się w stronę błądzącej w pobliżu czarodziejki. W jej głosie, obok lęku, czaiła się prawdziwa
złość.
-?Co? -?padła rozkojarzona odpowiedź.
-?BĘDĘ GŁOŚNO, NO I CO?! -?Anthony kiwał się na boki, wymachując rękoma.
-?Błagam cię...
-?Alex! -?Tatiana chwytała się ostatniej deski ratunku, skacząc wzrokiem
od okien domu do czarodziejki i z powrotem. -?Proszę, ucisz jakoś magią
Anthony'ego!
-?HALO? Czy ktoś mnie słyszy!? -?Zmiennokształtny znów zaniósł się
śmiechem.
-?Tony, spójrz na mnie...
-?Co?
-?Ucisz go!
-?NO I CO MI ZROBISZ?!
-?ZAMKNIJ SIĘ! -?Tatiana nie wytrzymała.
Wszyscy zamarli. Upragniona cisza, która zapadła, pełna była napięcia. W oknach nadal nie pojawiło się światło, ale może mężczyzna już wybierał w ciemności numer alarmowy.
Anthony chwilę wodził niezadowolonym, choć pozbawionym skupienia
wzrokiem między Erin a Tatianą, starając się obmyślić kolejny ruch.
Potem zgiął się wpół i zwymiotował.
-?Powinniśmy go wyrzucić z szopy na stałe -?rzuciła Tatiana surowo, z maską obojętności na twarzy. -?Jak zacznie rzygać w środku, to będziemy
mieć kolejny problem.
-?Wciąż cię słyszęęęę... -?zanucił Anthony prześmiewczo.
-?I dobrze -?odcięła się chłodno zmiennokształtna. Widać było, że nie
jest w stanie dalej dusić w sobie złości, ale była na tyle
odpowiedzialna, by pozostać przy szepcie. -?Myślisz, że tylko tobie jest
ciężko? Że tylko ty coś straciłeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia
cię nie obchodzą, pomyśl przynajmniej o własnej siostrze!
Pełne niepokoju spojrzenie Erin przeniosło się na Tatianę.
Zmiennokształtna od tygodni trzymała głowę wysoko, odgrywając rolę
silnej i rozsądnej. Jeśli dotarła właśnie do limitu wytrzymałości, było
to zrozumiałe, ale cholernie, cholernie niekorzystne.
Anthony wydał z siebie stłumiony, gorzki odgłos rozbawienia, odsuwając
się od własnych wymiocin.
-?A weź się odwal, Tatiana. -?Już nie krzyczał, za to trochę bełkotał.
Wyciągał z siebie słowa, jakby były lepkie i zostawały mu częściowo na
języku. -?Jaki ty masz problem, co? -?Przerwał, żeby czknąć. -?No? Że
cię chłopak okłamał, ta? Bo jak sprawdzałem ostatnim razem, to nadal za
nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wybaczyć, to... -?Wykonał czytelne tylko
dla siebie machnięcie ręką i nie dokończył.
Alkohol robił z Anthony'ego prawdziwego chama. Wszyscy mieli już okazję
się o tym przekonać. Zdawali sobie sprawę, że szuka odrętwienia, by nie
czuć bólu. Trudno było jednak patrzeć na niego ze współczuciem.
-?Wystarczy -?zażądała Erin, chcąc chronić uczucia przyjaciółki.
W Mallaroy Tatiana Lennox po raz pierwszy w życiu się zakochała -?w poważnym łowcy ze starszej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez
Reyes w sekrecie pilnuje Erin na polecenie Martina Gallaghera. Szóstego
maja świat sentury stanął w płomieniach, a serce Tatiany obrosło lodem.
Nie ma nic gorszego, niż zawieść zaufanie osoby, która prawie przed
nikim się nie otwiera.
-?Ach tak, taaak. No i prze-ż jeszcze złote dziecko, Erin Lamf- Lanford...
-?bełkotał Anthony, chwiejąc się na nogach. -?Włączyła radiowęzeł
szkolny, co? I połowa uczniów padła trupem...
Erin zacisnęła ręce, a jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie.
-?Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Przecież tam byłeś, widziałeś... -
broniła się, próbując przekonać nie tylko jego, ale też siebie. -
Złapaliby wszystkich w łóżkach... -?dodała słabszym głosem. Powinna być
już odporna na paskudne teksty Townera, ale ten nawet pijany wiedział,
gdzie uderzyć.
Gdy wojsko weszło w nocy na teren Szkoły Senturalnej imienia Flanagana
Mallaroya, Erin użyła radiowęzła, by obudzić uczniów w internacie.
Liczyła, że wampirom i wilkołakom uda się jakoś uciec. I w przypadku
niektórych tak się stało. Wznieciła też jednak panikę, przez co osoby
wszystkich rodzajów wypadły na korytarze i to, co planowano jako
spokojne pojmanie, zmieniło się w krwawą walkę. Niejednej nocy
zastanawiała się, czy w ostatecznym rozrachunku siedzenie cicho nie
ocaliłoby większej liczby istnień.
-?Oczywiście, oczywiście... -?Słowa zmiennokształtnego obciążone były
goryczą nie tylko alkoholu. -?Chcia-ś ratować przyjaciół? No i pr-szę
bardzo, wyszło! -?Rozłożył ręce. -?Pr-szę bardzo, no to liczy-y-my,
liczymy... Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex?
M-hm. -?Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. -?A chcecie wiedzieć,
kto był moim przyjacielem? -?Zrobił chwiejny krok do przodu i podniósł
głowę, by spojrzeć prosto na Erin. -?Isaac. Jess. Annie. Wiecie... Wiecie,
co ich wszystkich łączy? -?Dopiero teraz, w nikłym świetle księżyca,
Erin dostrzegła, że w jego oczach błyszczą łzy. -?Martwi. Wszyscy są
martwi. Wszyscy na naszych oczach... Na moich oczach...
Cisza, która zapadła po tych słowach, była tak druzgocąca, że przez
chwilę Erin zaczęła tęsknić za narażającymi ich na niebezpieczeństwo
krzykami.
-?Masz Lizzy -?zauważyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idiotycznie,
ale nie mogła już znieść milczenia. -?Masz nas...
-?Nie wiesz -?wymamrotał Anthony. Jego wzrok powędrował w stronę
butelki, którą Tatiana wciąż trzymała. -?Nic nie rozumiecie. Nie
rozumiecie...
Erin poczuła, że ziemia osuwa się jej pod nogami. Nie rozumiała? Miała
bliźniaczkę po złej stronie tej przeklętej wojny i widziała, jak życie
gaśnie w błękitnych oczach Michae... Nie. Nieważne.
Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci ciążyć w klatce piersiowej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.
-?Więc o to chodzi? -?Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą
pozornej obojętności. Dla bezpieczeństwa. -?Chcesz nas wszystkich
pociągnąć na dno?
Anthony prychnął tylko, czknął i zaczął nieporadnie chwytać za własny
T-shirt.
-?Tony, nie... -?zaczęła Erin, ale było za późno. Chłopak wślizgnął się w skórę dużego, burego kundla i zataczając się na czterech łapach,
wyplątał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedynej drogi w zasięgu
ich wzroku.
-?Zostaw go -?poradziła Tatiana z westchnieniem. -?Niech idzie.
Erin skrzywiła się w milczeniu.
Tatiana spojrzała na nią trochę niepewnie. Wątpliwości rosły.
-?Myślisz, że... -?W jej tonie pojawiło się poczucie winy. -?Nie powinnam
reagować aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po prostu...
-?...zmęczona -?dokończyła za nią Erin.
Przyjaciółka pokiwała głową. Chwilę rozmawiały ze sobą bez słów, samymi
spojrzeniami. Ostatnimi czasy niektóre rzeczy dało się przekazać tylko w ten sposób.
-?Ta jest ładna -?oznajmiła Alex, o której prawie zapomniały. Wciąż
stała nieopodal i wskazywała palcem jakąś gwiazdę na niebie.
Erin i Tatiana prawie równocześnie przymknęły oczy, czując narastającą
bezradność. Ich uwagę szybko przyciągnął jednak kolejny obcy szmer. Nie
były same.
Pod ścianą szopy siedział jasnobrązowy królik, który wyglądał jak
Yorick, ale nim nie był, o czym świadczył wyraźny brak pogardy w spojrzeniu. Zwierzę drgnęło, przyłapane, i umknęło do szopy.
Tatiana przyłożyła palce do skroni i rozmasowała je desperacko, muskając
opuszkami króciutkie, ciasno skręcone loki.
-?Ta noc się nie kończy...
-?Myślisz, że wszystko słyszała? -?zapytała głupio Erin.
Obie wiedziały, jaka jest odpowiedź, i ruszyły śladem Lizzy Towner,
której zmiennokształtną formą był królik.
W szopie panował chaos. Wszędzie walały się rupiecie: zardzewiałe
grabie, zepsute skrzynie, stare części maszyn rolniczych, a także -?na
szczęście dla nich -?kilka koców i poszarpane plandeki. Z tych ostatnich
ułożyli prowizoryczne legowiska tam, gdzie udało się znaleźć pusty
kawałek podłogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była prawie pewna, że
obudził się od krzyków Anthony'ego, ale wyraźnie nie chciał dać tego po
sobie poznać. Kawałek dalej, za starym kartonem i wielkim,
niedziałającym silnikiem, chrapał cicho Keith.
Erin i Tatiana skierowały się w stronę grubego, zakurzonego koca.
Wielkość wybrzuszenia sugerowała, że Lizzy zmieniła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwinięty w kulkę Yorick, ten prawdziwy.
-?Liz -?zaczęła łagodnie Erin. Przyklękła obok przyjaciółki, ostrożnie
kładąc rękę w miejscu, gdzie, jak zgadywała, znajdowały się jej plecy.
Lizzy nie odpowiedziała. Słychać za to było cichy szloch.
-?Wróci rano -?szepnęła Tatiana, mając oczywiście na myśli Anthony'ego.
Kucnęła obok Erin. -?Na pewno wróci. Nigdy nie przestanie być twoim
bratem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego
okazywać.
Stan Anthony'ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młodszej siostry,
Lizzy. Pogrążony w żałobie po tych, których utracił, przestawał
dostrzegać tych, którzy dalej przy nim trwali. Rozpacz ma tę przewrotną
naturę, że odcina człowieka od innych, jakby celowo robiła miejsce
kolejnemu nieszczęściu.
Spod brudnego koca wychynęły najpierw jasne, kręcone włosy, potem
czerwone, opuchnięte oczy, wreszcie piegowaty nos i okrągłe policzki.
Przez chwilę Lizzy tylko mrugała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzymać
nową falę łez.
-?Nie miałam pojęcia... -?zaczęła wreszcie i urwała, przełykając ślinę.
Widać było, że ciężko jej przecisnąć słowa przez gardło. -?Nie miałam
pojęcia, że to było aż tak poważne, wiecie? On i Annie...
Czasem Erin miała wrażenie, że coraz rzadziej komukolwiek z nich udaje
się kończyć zdania. Wszystkie słowa urywały się, zastępowane przez
znaczącą ciszę. Z tygodnia na tydzień rzeczywistość robiła się coraz
bardziej... nie do wypowiedzenia.
-?Czasem żartował przy rodzicach, że się jej oświadczy -?kontynuowała
Lizzy, pociągając nosem. -?Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale
to było takie... To zawsze było nie do końca serio. Tak myśleliśmy. Ale on
chyba naprawdę miał plan...
Anthony chciał oddać zmiennokształtnej Annie całe swoje życie, ale ona
umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zrobić.
Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się płakać.
-?Wszystko będzie z nim w porządku -?szepnęła, próbując przekonać i Lizzy, i siebie. -?Z nami też wszystko będzie w porządku.
-?Obiecujesz? -?zapytała cicho zmiennokształtna.
Erin zamilkła.
-?Lepiej nie -?wtrąciła ponuro Tatiana, przyciskając do nich swoje
ramię. Nie lubiła przytulania, mimo to chciała jakoś w tej bliskości
uczestniczyć.
Lizzy otarła policzki wierzchem dłoni i zaśmiała się cicho, trochę
smutno, lecz szczerze.
-?Mądrze -?stwierdziła z cieniem uśmiechu.
Erin kiwnęła głową.
-?Tatiana zawsze ma rację -?zgodziła się, przywołując przypadkiem echo
beztroskich, wieczornych rozmów w pokoju numer 465 w internacie
Mallaroy.
Nawet Tatianie zakręciły się łzy w oczach.
Yorick łypał na nie, jak zawsze pogardliwie, a one płakały cicho razem.
2. Mayday!
2.
Mayday!
Prześladowały ją w snach twarze żołnierzy, na których rzucili się w Mallaroy, torując sobie drogę do ucieczki. Martwe usta mężczyzn wołały w ciemnościach jej imię, przypominając o zbrodni, której się dopuściła.
-?Erin? -?Ktoś potrząsał jej ramieniem. -?Erin, wstawaj!
Obudziła się, łapiąc gwałtownie oddech. Światło dzienne natychmiast
zakłuło ją w oczy, zaczęła więc mrugać, zdezorientowana.
-?Czego? -?jęknęła, zmęczona.
-?Erin! -?To Keith ją dręczył.
-?Jest dzień. Ja nie wstaję w dzień -?zauważyła, wciskając twarz w bluzę, która zastępowała jej poduszkę.
-?Erin. Nie mamy czasu.
Głos wilkołaka się zmienił. Albo może dopiero teraz rozbudziła się na
tyle, by wychwycić w nim nutę strachu. Erin rozpoznała ten ton. Każdy z jej przyjaciół brzmiał odrobinę inaczej w obliczu zagrożenia. Poderwała
się do pozycji siedzącej.
-?Co się dzieje?!
-?Musimy się wynosić. -?Diego stał w drzwiach szopy i wyglądał tak samo
poważnie jak zawsze.
Erin nie trzeba było tego powtarzać. Wszyscy spali w ubraniach.
Wystarczyło więc, że wstała, i była prawie gotowa.
-?Lizzy i Tatiana pakują jedzenie do plecaków. Zbierz swoje rzeczy i wyjdź na drogę. Za chwilę ruszamy -?polecił Diego, narzucając na ramię
własny bagaż. Nie wszystkim udało się zabrać cokolwiek podczas ucieczki
z Mallaroy, ale po kilku tygodniach w drodze każdy miał już przy sobie
choć trochę przedmiotów.
Gdy Diego zniknął, Erin przeniosła wzrok na Keitha.
-?Co się stało? -?zapytała, związując brązowe włosy w kitkę. Potem
kucnęła, żeby zwinąć koc. Ręce lekko jej się trzęsły.
-?Chyba widzieli moją bliznę -?wyznał Keith, pełen wyrzutów względem
samego siebie. Potarł lekko bandaż owinięty wokół lewej dłoni, którym od
miesiąca zasłaniał szarawe, wilcze znamię przy kciuku. -?Nie mamy
pewności, ale...
-?Nie możemy ryzykować -?dokończyła Erin, zapinając niewielki plecak. -
Więc znów poszliście do miasteczka. -?Spojrzała na przyjaciela z dezaprobatą.
Keith wzruszył ramionami. Widać było, że zżera go poczucie winy.
-?To była decyzja Diego. Ja tu tylko sprzątam -?rzucił, próbując
rozluźnić atmosferę. Żart był jednak wymuszony i żadne z nich się nie
zaśmiało. -?Słyszałaś, co mówili w radiu. Całkowity zakaz
przemieszczania się zniesiono na początku miesiąca. W ciągu dnia nie
łamiemy godziny policyjnej. Jesteśmy na głębokim zadupiu, nie
widzieliśmy tu ani jednego patrolu. -?Zaczął mówić szybko, tłumacząc się
na poważnie. -?Okazało się, że w nocy krowy uciekły z pastwiska przez
dziurę w ogrodzeniu. Coś je przestraszyło, rozlazły się daleko. Szukali
osób do pomocy przy sprowadzaniu ich z powrotem. Nawet nie zauważyłem,
kiedy bandaż się rozwiązał! W ciągu dnia blizna wygląda prawie
normalnie, no ale... Obaj mieliśmy wrażenie, że gapią się na nas, gdy
odchodziliśmy... Nie wiem, E. Nie wiem... -?Przeciągnął nerwowo po twarzy
dłonią.
Erin zatrzymała się przed wilkołakiem i podniosła rękę, żeby uścisnąć
pokrzepiająco jego ramię, bo co innego mogła zrobić?
-?Chodź na drogę -?zdecydowała. Zaraz jednak zamarła. -?Jesteśmy póki co
sami, tak? Sprawdziliście?
Keith skinął głową.
-?Auta nie ma przed domem, właściciel gdzieś pojechał. Możemy wychodzić
swobodnie.
Gdy znaleźli się na dworze, Erin musiała zdusić jęk. Jakiś czas temu
przerzuciła się na nocny tryb życia i zdążyła już zapomnieć, jak męczące
jest lato w stanie Missouri. Przywitały ją ostre słońce i nieznośny
upał. Wszystko zdawało się lepkie. Było za jasno, za ciepło i za żywo.
Wbiła wzrok w ziemię pod nogami.
Chwilę później wszyscy szli już przed siebie po piaszczystej drodze,
spięci, rozglądając się nerwowo. Wędrująca grupa nastolatków z pewnością
wyglądała podejrzanie. Poruszanie się w środku dnia na otwartym terenie
było więc wyjątkowo stresujące, nawet gdyby nie zakładali, że ktoś
będzie im lada moment deptać po piętach.
Tatiana zrównała krok z Erin.
-?Śmiem twierdzić, że to było do przewidzenia -?rzuciła ponuro. To nie
pierwszy raz, kiedy Diego i Keith pozwolili sobie na mały rekonesans po
okolicy.
Zamiast odpowiedzieć, Erin zerknęła na Diego. Łowca niósł dwa plecaki,
bo Anthony snuł się przy nich w skórze psa, dysząc ciężko. Kac dopadł go
w najgorszym momencie.
-?Ryzyko nie było wysokie. -?Wyraz twarzy Diego był beznamiętny, ale
jego czarne oczy patrzyły czujnie i z cieniem niepokoju. -?Mieliśmy
rzadką szansę, by zdobyć jakieś pieniądze -?dodał. -?Musimy próbować.
Wiecie to. Nie możemy stać w miejscu.
Z tym ostatnim akurat Erin się zgadzała. Kryjówka, którą właśnie
porzucali, była chyba najlepszą, jaką udało im się do tej pory znaleźć.
Wisiało jednak nad nimi codziennie to samo pytanie: co dalej? Z czasem
sytuacja wampirów i wilkołaków mogła się tylko pogarszać -?z pewnością
ktoś gdzieś już pracował nad innowacyjnymi sposobami ich identyfikacji.
Świat zmienił się z dnia na dzień.
W grupie zapadło milczenie pełne złowrogich myśli, które kontrastowały z pięknymi widokami dookoła. Pylista droga biegła przez kolorowe pola,
wiatr czyścił powietrze i łagodził skwar, a na niebie nie pokazała się
ani jedna chmurka. No i co z tego? Erin nienawidziła dni. Życie w nocy
pomagało jej pogodzić się z tym, z czym powinna się pogodzić, i zapomnieć o tym, o czym musiała zapomnieć. Tymczasem znów wywleczono ją
na światło dzienne, gdzie wszystko stawało się bardziej dotkliwe.
Na twarzach przyjaciółek zobaczyła równie skrzywione miny. Podział grupy
na zmiany nocne i dzienne wprowadził balans, który teraz poszedł z dymem. Lizzy musiała być obok Anthony'ego, Tatiana nie mogła uniknąć
widoku Diego, Erin miała nad sobą niebo w kolorze błękitnych oczu i nie
dało się nie zauważyć, że obok Keitha brakuje Lucasa. Wszyscy mieli
głębokie rany, chociaż wojna dopiero się zaczęła.
-?Co teraz? -?zapytała po jakimś czasie nieśmiało Lizzy. W jej głosie
słychać było strach.
Diego zmarszczył brwi.
-?Jeśli farmerzy, z którymi pracowaliśmy, zadzwonili na linię donosów...
-?Na pewno zadzwonili -?przerwał mu Keith. -?Nikt nas nie zatrzymał, ale
widziałeś, jakie spojrzenia ze sobą wymienili, kiedy nam płacili! Na
pewno mają podejrzenia, że coś z nami nie tak. Ze mną, znaczy się -
dodał gorzko.
Diego nie zareagował.
-?Robienie blokad na wiejskich drogach raczej się nie opłaca, ale
powinniśmy niedługo odbić w pole, bo rzucamy się w oczy. Spodziewałbym
się patrolu, który zacznie przeszukiwać domy w okolicy.
-?Musimy wejść w las -?zauważyła Tatiana bez entuzjazmu. Nie spojrzała
na łowcę, ale on spojrzał na nią. Robił to bardzo często. Gdyby nie był
imponująco wysoki, wysportowany i śmiertelnie poważny, Erin
powiedziałaby, że gapi się jak smutny szczeniak.
-?Musimy do tego lasu najpierw dotrzeć -?poprawił ją Keith.
-?No i co dalej? -?Lizzy nie odpuszczała. Yorick prychał cicho w jej
szkolnym plecaku.
-?Coś wymyślimy -?oznajmiła Erin, siląc się na optymizm. Otarła
wierzchem dłoni kropelki potu z czoła, bo tempo, które przybrali,
zaczynało dawać jej się we znaki.
-?Co, Erin? CO wymyślimy?!
-?Nie wiem. Coś. Pamiętacie Kansas City?
-?Nie możemy ukraść samochodu! -?oznajmił natychmiast Diego surowo. -
Sprawdzają rejestracje. Tylko ściągniemy na siebie policję.
Od kiedy opuścili Chicago, prawie ciągle byli w ruchu, w niekończącej
się pogoni za namiastką bezpieczeństwa. Przeszli przez Illinois, potem
przez Missouri, na zachód. Pod Kansas City, przy granicy stanu, wplątali
się w zaognioną sytuację wywołaną przez inną, obcą grupę uciekinierów.
Zrobiło się gorąco. Niemal dali się złapać. Cudem wycofali się w głąb
Missouri, aż wylądowali tu, na głębokiej wsi. Teraz nikt nie lubił
rozmawiać o Kansas City.
Słysząc groźny ton Diego, Erin uniosła ręce w obronnym geście.
-?To zażalenie do Lennox, nie do mnie! Ja żadnych kabelków samochodowych
nie przecinałam.
-?Coś jedzie -?odezwała się nagle Alex.
Przyjaciele spojrzeli przed siebie, lecz pylista droga była zupełnie
pusta. Odwrócili się więc za siebie, ale na horyzoncie również nie widać
było żadnego pojazdu.
-?Gdzie? -?zapytała Lizzy, marszcząc nos, podczas gdy Yorick wystawił
głowę z rozpiętego plecaka i zastrzygł uszami.
Alex nic nie powiedziała. Niecałą minutę później przyjaciele usłyszeli
stłumiony warkot silnika i na drodze za nimi pojawił się stary, czerwony
samochód półciężarowy, z otwartą platformą bagażową zamiast tylnych
siedzeń.
-?Zejdźcie na bok -?polecił natychmiast Diego. -?Nie gapcie się i idźcie
normalnie.
Zrobili, jak kazał. Warkot silnika narastał i Erin musiała zacisnąć ręce
na paskach plecaka, żeby powstrzymać się od spojrzenia za siebie.
Wszyscy nieświadomie wstrzymali oddech, kiedy pojazd wolno przetoczył
się tuż obok nich.
Potem zaczął zwalniać.
A następnie stanął na samym środku drogi.
Serca zaczęły im walić jak oszalałe, ale stawiali kolejne kroki,
próbując utrzymać neutralne wyrazy twarzy. Erin zerknęła na Keitha,
który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Z nich wszystkich to on był
najbardziej zagrożony. Można by nawet powiedzieć, że tylko jemu coś tak
naprawdę groziło, ale to był temat na inną dyskusję.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i ze
starego, czerwonego pick-upa wysiadł osmagany słońcem mężczyzna w kraciastej koszuli. Choć nigdy wcześniej nie mieli okazji zobaczyć jego
twarzy z bliska, poznali go natychmiast. To na jego posiadłości ukrywali
się przez ostatnie dni.
-?Gdzie się wybieracie, dzieciaki? -?zagadnął, opierając się o samochód.
W jego głosie słychać było nutę południowego akcentu.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy stali jak sparaliżowani, nie mając
pojęcia, co teraz. Czy to koniec? Nie, przecież jeden starzec nie
poradzi sobie z nimi wszystkimi. Może powinni zaatakować pierwsi? Diego
instynktownie przysunął się odrobinę bliżej Tatiany, wsuwając wolno dłoń
do kieszeni, w której trzymał myśliwski nóż.
-?No, już, spokojnie. Przecież nic wam nie zrobię -?kontynuował
mężczyzna, całkowicie odprężony. Przyglądał im się z zaciekawieniem, a nie podejrzliwością. -?W miasteczku gadają, że lada chwila odwiedzi nas
specjalny patrol. Najwyższy czas, żebyście się zbierali, co?
Patrzył na nich wyczekująco, ale młodzież wciąż milczała. Wreszcie Erin
zebrała resztki swojej dawnej pewności siebie i odchrząknęła.
-?Pan... Pan wie, kim jesteśmy?
-?Yyy, koleżanka chciała powiedzieć, że nie mamy pojęcia, o czym pan
mówi, i w ogóle to nam się niestety bardzo spieszy w tym akurat teraz
trwającym momencie. -?Keith jęknął w myślach, po czym oznajmił z uśmiechem, który miał być uprzejmy, ale wyszedł bardziej szaleńczy.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
-?Nie wiem, kim jesteście -?powiedział. -?Wiem za to, że spędziliście
ostatni tydzień w mojej szopie. Zakładam więc, że przed kimś się
chowacie. -?Zakaszlał cicho, po czym podrapał się po głowie. -?No, nie
mamy aż tak dużo czasu -?zdecydował. -?Wskakujcie. Podwiozę was na
przystanek.
Napięcie ustąpiło całkowitej dezorientacji. Przyjaciele zaczęli
wymieniać nerwowe spojrzenia, nie wiedząc, jak właściwie się zachować.
-?Czyli pan cały ten czas... wiedział? -?zapytała Erin, zszokowana.
-?Dziecko, może i byliście w miarę cicho, ale naprawdę myślałaś, że nie
zauważę dodatkowych siedmiu osób we własnym domu?
Znów się zaśmiał, a potem po raz kolejny zakaszlał.
-?Skąd mamy wiedzieć, że to nie pułapka? -?zapytał Diego ostro. -
Dziękujemy za troskę, poradzimy sobie sami. Proszę nam tylko dać odejść.
Keith jęknął po raz drugi, tym razem nie w myślach, lecz na głos.
-?Nie no, stary, porozmawiajmy o tym... -?Patrzył na Diego, potem zerknął
znów nerwowo na obcego mężczyznę. -?Ja "stary" to mówię do kolegi, nie
do pana -?wyjaśnił pospiesznie. Humor był jego sposobem na walkę z paniką.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko na komentarz wilkołaka, potem chwilę
mierzył wzrokiem Diego, następnie przyjrzał się całej reszcie. Wreszcie
zerknął na zegarek i westchnął ciężko.
-?Nie znam was, dzieci, ale nic złego mi nie zrobiliście. Mam już swoje
lata. Gdybym miał się dołączać do każdego idiotycznego ruchu, jaki w tym
kraju promują, dawno leżałbym w ziemi. Albo gorzej. Mój dobry znajomy
jest kierowcą busa, który kursuje przez pobliskie wsie. Stara szkoła,
nie bawimy się tu w żadne systemy komputerowe, więc nie ma po co
sprawdzać waszych tożsamości przy zakupie biletu. Rozumiemy się? No to
już, wsiadajcie. -?Skinął głową w stronę otwartej platformy bagażowej z tyłu pojazdu.
Przyjaciele zaczęli wdrapywać się na pakę.
Słońce piekło niemiłosiernie, ale Erin czuła też dziwne ciepło, które
zdawało się promieniować nie z zewnątrz, ale z jej środka. Po chwili
zdała sobie sprawę, że to nadzieja.
* * *
Bus jechał tak długo, aż na siedzeniach zostali już tylko oni, i wtedy
raz jeszcze ogarnęła ich panika, że wpadli w pułapkę. Kierowca zatrzymał
się jednak na poboczu, kiedy jechali przez las, i otworzył drzwi bez
słowa. Weszli między drzewa z ulgą, bo zapach lasu w którymś momencie
stał się dla nich zapachem domu. Szli dobre dwie godziny bez przerwy, na
wypadek gdyby ktoś jednak ich szukał, chociaż przedzieranie się między
drzewami bez konkretnej ścieżki w czerwcowym upale kosztowało sporo
energii. Dopiero gdy natrafili na zalaną słońcem polanę, zapadła decyzja
o postoju.
Mimo palącego pragnienia każdy brał oszczędne łyki wody z plastikowych
butelek napełnionych w domu starca. Nie mieli gwarancji, że szybko
znajdą nowe źródło wody, a nie dało jej się ot tak przywołać magią. Poza
tym Alex zabrakłoby na to energii. Przynajmniej trawa była miękka i soczyście zielona, a po wędrówce w cieniu drzew słońce na twarzy było
przyjemnością, nie zaś kolejnym problemem. Rozłożyli się na ziemi, jakby
zrobili sobie piknik, a nie stracili właśnie kryjówkę.
Lizzy lubiła udawać w myślach, że wszystko wygląda inaczej. Teraz na
przykład leżeli na dziedzińcu w Mallaroy, korzystając z przerwy
obiadowej. Wyciągnęła ręce w górę i ze zmrużonymi oczami patrzyła na
słońce przez rozczapierzone palce. Na moment mózg dał się oszukać i ostry błysk światła wywołał złudzenie, że bursztynowy identyfikator
rodzajowy odbija promienie. W rzeczywistości już go nie miała.
Po ucieczce za mury identyfikatory zamieniły się samoistnie w obręcze na
nadgarstkach, jak zawsze, gdy wychodzili ze szkoły. Onyks dla łowców,
masa perłowa dla czarodziejów, bursztyn dla zmiennokształtnych, złoto
dla wampirów i srebro dla wilkołaków. W czasie prześladowań stały się
one niebezpiecznym piętnem, ludzie zostali bowiem natychmiast
wtajemniczeni w znaczenie tej dziwacznej biżuterii. Całe szczęście jakiś
czas temu, gdy docierali do granicy stanu Illinois, bransoletki zaczęły
się rozszerzać, aż wreszcie zsunęły się im z dłoni.
Zdaniem Alex i Diego oznaczało to, że ich grupa wyszła w końcu poza
zasięg zaklęcia, które zapewniało identyfikatorom funkcjonowanie. Każdy
czar czy runa wymagały źródła energii, tak jak urządzenia elektroniczne
potrzebują prądu. Zazwyczaj byli nim sami czarodzieje, gdy jednak w grę
wchodził czar dalekosiężny, wyjątkowo mocny lub z długą datą
przydatności, na przykład klątwy, sięgali oni po inne sposoby. Energia
magiczna tętniła w senturalnym ekosystemie, jednak wydobycie jej i odpowiednie przekierowanie wymagało dekad nauki.
Przyjaciele podejrzewali, że identyfikatory zasilało magiczne drzewo,
które odkryli w Mallaroy. W końcu napędzało ono też specjalny system
lokalizujący nowych senturalnych uczniów w momencie ich przemiany.
Drzewo-Komputer, jak to nazwali, siedząc w jadalni i plotkując. D-K.
Próbowali wtedy odkryć, czemu niektórzy uczniowie wysłani za karę do
KRATER-u przestali wracać do szkoły. Nie przyszło im jednak do głowy, by
winić za to ludzi. Nauczyciele też nie mieli pojęcia. Tymczasem KRATER
już wtedy w sekrecie przechodził w ręce natury, po zdradzie niektórych
senturalnych.
Chcieli wierzyć, że Lucas Cade wciąż gdzieś tam jest -?uwięziony, ale
żywy -?i nie da się go zlokalizować wyłącznie z powodu jakichś systemów
ochronnych. Czasem nawet w ich własnych głowach brzmiało to jednak
naiwnie.
-?Dzień dobry, Ameryko! - Spokojna melodia, która leciała jeszcze
chwilę temu ze starego radia, urwała się i zamiast niej z trzeszczącego
nieco głośniczka odezwał się pogodny, męski głos. Właściciel ich
ostatniego schronienia wręczył im to małe przenośne urządzenie na
odchodnym, razem z kilkoma banknotami.
-?Są z wami Jane Doer...
-?...i John Dunn!
-?Nadszedł czas na Rozmowy Naturalno-Senturalne! -?Ton kobiety
przepełniony był przytłaczającą ilością entuzjazmu. -?Słuchacie Radia
Mayday!
Keith, który leżał na trawie między Erin a Lizzy, jęknął cicho.
-?To paskudztwo serio ma nieograniczony zasięg, co? -?mruknął sam do
siebie.
-?Ciekawe, czemu? -?rzuciła Erin, równie zniesmaczona, co wilkołak.
Zaledwie kilka dni po zdemaskowaniu sentury państwo uruchomiło nowy byt
informacyjny: Mayday. W teorii miało to pomóc odnaleźć się wszystkim w nowej rzeczywistości. W praktyce była to paskudna propaganda. Obecne na
wielu kanałach przekazu -?od starego radia, przez platformy podcastowe i kanał telewizyjny, po konta w mediach społecznościowych -?Mayday było
wszędzie i mówiło wszystkim, co powinni myśleć o senturze. Nie było
przypadkiem, że tylko tę stację radiową byli w stanie złapać nawet tu, w środku lasu, na odludziu.
-?Przed nami segment, w którym odpowiadamy na wasze fantastyczne
pytania, ale najpierw kilka ważnych ogłoszeń! Jane, złotko, masz coś do
powiedzenia naszym słuchaczom?
-?Ależ oczywiście, John. Bardzo ci dziękuję! Kochani! Przypominamy, że
zostało już tylko kilka dni, by wpisać się do rejestru rodzajów.
Formularz wypełnić można online lub w urzędzie. Następnie przydzielona
zostanie wam data wizyty weryfikującej, a potem każdy czarodziej, łowca
i zmiennokształtny będzie musiał wymienić wszystkie dowody tożsamości,
zgodnie z nową ustawą o jawności rodzajowej.
-?Właśnie tak, właśnie tak -?zgodził się ochoczo John. Zarówno on, jak i Jane mieli bardzo przyjemne, melodyjne głosy. W ich niekończącym się
entuzjazmie było jednak coś odpychającego. -?Kolejna bardzo ważna
informacja: niezłożenie formularza na czas stanowi wykroczenie.
Konsekwencje takiego zaniechania... oj, kochani, nie ma co się nad tym
rozwodzić, ale na pewno nie będą przyjemne!
-?Ach! Brzmi mrocznie!
-?Więc lepiej nie zwlekać, Jane, lepiej nie zwlekać!
-?Bo ten czas przecież tak szybko leci... -?westchnęła Jane. -?Od
ujawnienia sentury minął już miesiąc, John. Miesiąc! A wciąż mam
wrażenie, jakby to było wczoraj!
-?Chwila nieuwagi, moja droga Jane, i okaże się, że jesteśmy starzy!
Z radyjka odezwały się dwa teatralne, przesadnie serdeczne śmiechy.
Przyjaciele skrzywili się, lecz nikt nie wyłączył urządzenia. Mayday,
nieważne jak nieznośne, było dla nich źródłem informacji o decyzjach i planach rządu.
-?Teraz znowu trochę powagi! -?poprosił John Dunn. -?Za pięć dni pełnia.
Przypominamy, że przestrzeganie godziny policyjnej jest wtedy niezwykle
istotne! Przebywanie poza domem zabronione jest nawet w celach
służbowych.
-?Dodatkowo -?podjęła Jane -?wszystkie sklepy i lokale usługowe zamkną
się wcześniej niż zwykle. Pamiętajcie, by nie zostawiać zakupów na
ostatnią chwilę!
-?Przypominamy też o apelu, by w czasie pełni ze szczególną sumiennością
zgłaszać wszelkie niepokojące zdarzenia, a nawet dziwne dźwięki. -?John
Dunn brzmiał wyjątkowo poważnie. -?Korzystać należy z połączeń
alarmowych lub dzwonić na linię informacyjną! Numer właściwy dla swojego
stanu znajdziecie na stronie rządowej i na naszej platformie Mayday
Info.
-?Nie wahajcie się korzystać z zaoferowanego wsparcia! -?wtrąciła Jane.
-?Wszelkie zgłoszenia na temat wilkołaków i wampirów traktuje się bardzo
poważnie. Policja i wojsko zapewnią wam ochronę!
Erin prychnęła głośno i wywróciła oczami. Wszystko, co padało z ust Jane
Doer i Johna Dunna, wydawało jej się tak jawnym idiotyzmem, że nie
chciało jej się wierzyć, że ktoś mógł te bzdury kupować. Niestety,
działo się to na szeroką skalę. W końcu dla ludzi jeszcze niedawno
idiotyzmem było wierzenie w istnienie wampirów czy wilkołaków.
-?Coś wymyślimy -?odezwała się przede wszystkim do Keitha, próbując
wykrzesać z siebie optymistyczny ton. Wiedziała dobrze, że wilkołaka
ogarnia paraliżujący strach na samą myśl o kolejnej pełni. -?Mamy
jeszcze pięć dni.
-?Tylko pięć dni -?poprawił ją Keith dziwnie pustym głosem i nie dodał
nic więcej.
Krótki moment beztroski na polanie dobiegł końca. Nadal leżeli w słońcu,
ale wszystko zdawało się już ciemniejsze.
-?Ktoś ma w ogóle pomysł, gdzie się powinniśmy kierować? -?zapytała
wreszcie Tatiana, jak zawsze pragmatyczna. Siedziała po turecku obok
przyjaciół, raz po raz podnosząc wzrok na Alex, tak na wszelki wypadek.
Czarodziejka przechadzała się między drzewami, z zachwyconym wyrazem
twarzy przyglądając się to korze, to kawałkom mchu.
-?Z powrotem w stronę Illinois -?odparł Diego bez wahania.
Słysząc nazwę stanu, w którym znajdowało się Mallaroy i większość ich
rodzin, Erin zmarszczyła brwi.
-?Myślisz o tym, żeby...
-?Nie -?przerwał jej łowca, doskonale wiedząc, o co chce zapytać.
Przez pierwsze dni po upadku Mallaroy wszyscy mieli z tyłu głowy myśl,
że może powinni kierować się do swoich rodzin i to tam się ukryć. Dom
brzmiał jak bezpieczne miejsce, a do tego oszczędziliby rodzicom strachu
i zmartwienia, które z pewnością pochłaniały ich teraz -?w czasie, gdy
ich dzieci od tygodni nie dawały znaku życia. Fantazje te nigdy nie
zmieniły się w choćby zalążek planu. Rząd znał ich adresy. A także z pewnością ich rodzaje, dzięki listom uczniów z senturalnych szkół. Co
prawda ludzie ścigali tylko wampiry i wilkołaki, przekonani, że
zdominują one cały rodzaj ludzki, jeśli nie zatrzyma się ich w porę. Co
przyjaciele mieli jednak zrobić? Porzucić Keitha i zacząć żyć w zgodzie
z nowym porządkiem? Tego nikt by nie przełknął. Nie mieli jeszcze
pomysłu, co dalej -?jak zareagować, jak zatrzymać ten obłęd i zawalczyć
o sprawiedliwość. Wiedzieli jednak przynajmniej, czego nie wspierać.
Sprawę komplikowała ich ucieczka z Mallaroy. W nocy szóstego maja, gnani
przerażeniem, desperacko torując sobie drogę, zaatakowali wraz z innymi
uczniami żołnierzy. Mieli teraz ich krew na rękach i życie na sumieniu.
Może ktoś wybadał już sprawę i ścigano ich za te przestępstwa? Albo może
Martin Gallagher po prostu poradził ludziom, że warto ich szukać, gdy
Diego nie wypełnił rozkazu i nie przyprowadził mu Erin. Nie mogli
ryzykować. Musieli trzymać się z dala od rodzin. Nie było powrotu.
W kieszeniach mieli demony nie tak odległej przeszłości i resztki
nadziei upchnięte do plecaków. Leżeli w czerwcowym upale,
zdeterminowani, żeby uratować siebie nawzajem za wszelką cenę i może,
tylko może, w przyszłości pomóc ocalić także mały kawałek świata.
3. Niebiańskie miasto
3.
Niebiańskie miasto
W stanie Missouri, niedaleko granicy z Illinois, znajdowało się
niewielkie, urocze miasteczko o obiecującej nazwie Heaven. Zaledwie
kilka minut jazdy dzieliło je od skraju lasu, w którym leżała średnio
ekscytująca atrakcja turystyczna -?niezbyt istotny kamień runiczny
określony przez ekspertów jako współczesny, bo nie miał więcej niż
trzysta lat.
Trzy tygodnie temu drzewa wokół kamienia stanęły w płomieniach i nikt
nie próbował ich ratować. Dziś Erin Lanford i jej przyjaciele
przemierzali spalony teren, zupełnie tego nieświadomi. Ich uwagę
pochłaniał jeden problem: pragnienie. Alex była zbyt zmęczona zaklęciami
ochronnymi, żeby usiłować magicznie uzdatnić wodę zebraną w strumykach,
a rozpalenie ogniska, by ją zagotować, wiązało się ze zbyt dużym
ryzykiem. W desperacji może i byliby skłonni zaryzykować wypicie
niefiltrowanej wody z niezbadanej ziemi, gdyby tylko nie wędrowali przez
pogorzelisko.
Bezlitosny upał dramatycznie pogarszał sytuację i stało się jasne, że
mają tylko jedno wyjście: znowu zmierzyć się z cywilizacją, by pozyskać
wodę pitną. Po licznych sporach zadanie to przydzielone zostało Tatianie
i Erin. Jedna potrafiła latać, przyjmując formę kruka lub sowy, druga
miała ponury zaszczyt należenia do rodzaju, który przejął władzę.
Tatiana spędziła cały dzień, szybując nad miasteczkiem w swojej
prawdziwej, zwierzęcej formie puszczyka. Nie dostrzegła specjalnych
patroli ani nawet zwykłych funkcjonariuszy. Miejsce wyglądało na
spokojne, trochę wręcz zapomniane przez świat. Następnego ranka
doprowadziły się więc do względnego porządku, wzięły ostatnie pieniądze
i ruszyły do Heaven. Spalone gałęzie trzaskały im pod nogami, gdy
przedzierały się na skraj lasu. Całkowicie przez przypadek minęły po
drodze zabytkowy kamień runiczny, dziś pęknięty i osmalony.
Erin zatrzymała się na chwilę, by odczytać tabliczkę informacyjną, albo
raczej to, co z niej zostało. Widok był przygnębiający. Nie wyjaśniało
to jednak dziwnego ucisku w jej żołądku -?ogarnęło ją nagle bliżej
nieokreślone, ale za to bardzo wyraźne złe przeczucie. Odwróciła się
gwałtownie przez ramię, pewna, że stanie oko w oko z jakimś potworem,
lecz między czarnymi pniami spalonych drzew nie dostrzegła niczego poza
wolno oddalającą się sylwetką Tatiany.
Ruszyła w ślad za przyjaciółką, wypierając z uporem straszliwą myśl, że
być może za jakiś czas nawet samej sobie nie będzie mogła ufać.
* * *
Dziewczyna stojąca za kasą spektakularnie kontrastowała z resztą
sklepiku. Lokal znajdował się w prostokątnym budynku z ceglanym frontem
i dużymi, zakurzonymi szybami, które częściowo obklejała wypłowiała już
mocno reklama Coca-Coli. W środku rzędy nadgryzionych przez czas regałów
wypełniał gąszcz jaskrawych opakowań najróżniejszych produktów,
upchniętych tak ciasno, że nawet starannie ułożone dawały efekt nieładu.
Lodówki z napojami świeciły nazwami mało dziś popularnych marek, z półek
za ladą odchodziła farba. Tymczasem pośrodku tego wszystkiego stała
młoda kasjerka, jak gdyby wyciągnięta z najnowszych postów modowych na
Instagramie. Gdy dzwonek umieszczony nad drzwiami wejściowymi
zadźwięczał, podniosła spojrzenie znad komórki i zmierzyła klientów
wzrokiem.
-?Cześć! -?rzuciła głośno, bardzo nieformalnie. Może dlatego, że na oko
były w tym samym wieku.
Pierwszą myślą Erin było, że pracownica jest jakaś podejrzana, nie
potrafiła jednak w żaden sposób uzasadnić tego odczucia. Dziewczyna
miała jasne loki i urodę porcelanowej laleczki. Gdzie niby leżał
problem? Była zbyt uśmiechnięta? Zbyt uprzejma? Podejrzanie nonszalancko
stała przy kasie? Same bzdury.
Gnębiąca refleksja z lasu powróciła do Erin niczym echo: może to nie z blondynką jest coś nie tak, ale z nią samą. Minęły tygodnie, odkąd
opuścili Mallaroy, i ciągła ucieczka oraz strach odcisnęły na nich swoje
piętno. Stali się nieufni, skryci, podejrzliwi i płochliwi. Zaczynali
przypominać zwierzynę.
Nawet teraz, wchodząc w głąb pustego sklepiku, Erin musiała walczyć z odruchem, by rozglądać się czujnie i poruszać na lekko ugiętych
kolanach, w gotowości do ucieczki. Granica między ostrożnością a paranoją się zacierała. Najbardziej niebezpieczna wydawała się teraz
komórka w dłoni kasjerki. Rodzaj Tatiany nie był zakazany, ale kto wie,
co jeszcze łowcy potrafią wyczytać ze śladu senturalnego niesionego
sygnałem z telefonu.
Moment później przyjaciółki kładły butelki wody mineralnej przy starej
kasie.
-?Nie jesteście stąd. -?Młoda pracownica raczej oznajmiła, niż zapytała.
Żuła głośno gumę, oparta leniwie o ladę i mierzyła je ciekawskim,
bezwstydnym spojrzeniem.
Tatiana skinęła głową.
-?Jeździmy autostopem -?wyjaśniła krótko. Głos drżał jej odrobinę, choć
ledwo zauważalnie.
-?Cały ten cyrk z senturą zepsuł nam wakacyjne plany, ale w końcu
znieśli zakaz przemieszczania się, więc... -?Erin wzruszyła ramionami,
błagając w myślach Kosmos, by wypadło to nonszalancko.
-?Weź mi nawet nie mów o tym zakazie! -?rzuciła blondynka poufale, nie
kryjąc frustracji. -?Szczęście, że znieśli akurat z końcem szkoły. -
Mówiła wprost i wyglądała na całkowicie rozluźnioną, ale jednocześnie
jej wzrok nie przestawał wędrować od Erin do Tatiany i z powrotem. W jej
spojrzeniu czaiła się czujność, wyraźnie kontrastująca z beztroską tonu
i mowy ciała. -?Pokażcie mi swoje dłonie -?poprosiła nagle. Wciąż nie
zaczęła kasować ich butelek wody.
Przyjaciółki wymieniły krótkie spojrzenia, po czym niepewnie wyciągnęły
przed siebie lewe ręce. Palce kasjerki zacisnęły się -?wolno i bez
żadnego wyjaśnienia -?na nadgarstku Erin, zmieniając niepewność w strach, jednak ani Erin, ani Tatiana nie ruszyły się z miejsca. Udawanie
niewzruszonych i brnięcie dalej w dziwaczną sytuację wydawało się opcją
bezpieczniejszą niż nagła ucieczka. Złudzenie to nie trwało jednak
długo.
Strzykawka w ręku dziewczyny za ladą pojawiła się znikąd. Jeden
błyskawiczny ruch i Erin poczuła ostry ból na wewnętrznej części dłoni,
tam gdzie wyjątkowo gruba igła przebiła skórę. Szarpnęła się ze
zduszonym okrzykiem, próbując uwolnić rękę z uścisku, ale na marne.
Niewinnie wyglądająca blondynka okazała się zaskakująco silna.
Po prawej stronie Tatiana zamarła, próbując oszacować, czy powinna od
razu zmienić się w zwierzę i lecieć po pomoc. Kolejny atak o dziwo
jednak nie nadszedł.
Dopiero po pierwszej fali paniki i szamotania się Erin dostrzegła, że
strzykawka nie jest niczym napełniona. Napastniczka wbiła ją w ciało
niczym broń i zaraz wyciągnęła, po czym odłożyła spokojnie na ladę.
Następnie nachyliła się nad kroplą krwi, która zebrała się na wierzchu
małej rany.
-?Co, do cholery?! -?syknęła Erin, odzyskawszy głos. Była równie
wściekła, co przerażona, przenosząc wzrok z twarzy obcej dziewczyny na
własną dłoń i z powrotem.
Więc to nie ona traciła zmysły. To świat oszalał.
-?U wampira już by się zagoiło -?oznajmiła kasjerka spokojnie,
powracając do głośnego żucia gumy. Puściła wreszcie nadgarstek,
nieprzejęta tym, że Erin praktycznie odskoczyła do tyłu. -?Teraz ty -
poleciła, kiwając zachęcająco na Tatianę. -?Luz, mam nową igłę -?dodała.
Rzeczywiście, wyciągnęła spod lady kolejną jednorazową strzykawkę.
-?Powaliło cię!? -?wypaliła Erin, nim Tatiana zdążyła coś odpowiedzieć.
-?Ja tu tylko pracuję, co nie? To szef wprowadził tę procedurę -
wyjaśniła niewinnie kasjerka. -?U wampirów takie małe nakłucie zagoiłoby
się tak szybko, że nawet nie poleciałaby krew. Wilkołaki trudniej
zidentyfikować. Nie widzę żadnej blizny, ale zaraz mi pokażecie ramiona
i nogi. Na początku był plan, żeby używać srebra, ale w Mayday
powiedzieli, że to wcale nie jest tak, że ich skóra zacznie piec i syczeć w kontakcie z tym metalem, nie? -?W jej oczach błysnęło
zainteresowanie. -?Podobno jest tak, że tylko od ran zadanych srebrem
umierają. Jak im przebijesz serce czymś innym, to ono się będzie
miesiącami zrastać, ale się zrośnie. Tak całkowicie. I typ albo typiarka
to przeżyją. Powalone, nie? -?Wyszczerzyła się, a potem przeniosła uwagę
na Tatianę. -?No dajesz, chodź. W sklepie są kamery, jak cię nie
sprawdzę, to się mnie potem będą czepiać. Nie moja wina, że nie
jesteście stąd.
Erin i Tatiana znów wymieniły spojrzenia. Tym razem obie walczyły, by na
ich twarzach nie pojawiła się jawna odraza. Zmiennokształtna przełknęła
ślinę i ponownie podała nieznajomej dłoń. Gdy nowa igła przebiła jej
skórę, skrzywiła się mocno, ale nie wydała z siebie żadnego odgłosu.
-?Na początku był pomysł, że każdy będzie musiał na wejściu wypić miks
wyciągów z tych roślin, co blokują senturalne zdolności -?ciągnęła
kasjerka. Nie było w jej głosie ani strachu, ani współczucia. -?Te, co
teraz wprowadzili na rynek, słyszałyście na pewno. Ale w Mayday podali,
że one są trujące dla ludzi, co nie? No więc pomysł odpadł. Ja wiem, że
te igły to trochę przesada, ale co zrobisz, jak żyjemy w takich
powalonych czasach? -?Spojrzała znów na dziewczyny. Tym razem w jej
wzroku było jakieś oczekiwanie.
-?Prawda -?zgodziła się Erin cierpko. -?Powalone czasy.
Potem przyjaciółki z zaciśniętymi ustami musiały prezentować ręce i nogi, a nawet podwijać bluzki i odsłaniać brzuchy oraz ramiona, by
udowodnić, że nie mają na sobie wilkołaczej blizny. Dopiero wtedy
dziewczyna za ladą zaczęła kasować butelki, które chciały kupić.
-?Jeszcze mieliśmy wizję, żeby wszystkim mierzyć temperaturę, skoro
wampiry są, em... w temperaturze pokojowej, nie? Tylko że te dranie umieją
ruszać mięśniem sercowym na zawołanie i wtedy się robią niby normalne.
Potem był plan, żeby kazać wszystkim coś zjeść na wejściu -?wyjawiła,
wyraźnie traktując całą sytuację jako fajną ciekawostkę. -?No bo wiecie,
wampiry podobno rzygają wszystkim poza krwią. Ale w Mayday ostrzegali,
że to nie musi się dziać od razu. Mogliby coś zjeść, zrobić zakupy, a potem dopiero w ukryciu zwymiotować...
-?Po co wampirom zakupy spożywcze? -?przerwała jej Tatiana. Próbowała
utrzymać neutralny ton, ale w jej głosie słychać było trochę irytacji.
Kasjerka wyrecytowała im cenę.
-?A bo ja wiem -?podjęła, przyjmując zapłatę. -?Może najpierw karmią
swoje ofiary... -?Wyszczerzyła się, jakby powiedziała właśnie jakiś
świetny dowcip. Zdawała się jednocześnie wierzyć w propagandę Mayday i być nią rozbawiona.
Erin nie mogła się doczekać, aż wyjdą. Już, już miały się zbierać, ale
kasjerka je zatrzymała.
-?Ale wy nie jesteście ludźmi, co nie? -?zapytała wprost, opierając się
znów nonszalancko o ladę. Jej spojrzenie raz jeszcze stało się dziwnie
przenikliwe, kontrastując z obojętnym żuciem gumy. -?Ty mi wyglądasz na
łowcę, ale nie widzę nigdzie runy przemiany. Masz ją w jakimś dziwnym
miejscu czy coś? -?Uniosła brwi pytająco, mierząc Tatianę bezwstydnym
wzrokiem.
Tatiana miała ciemne oczy od urodzenia i nie miało to nic wspólnego z ciemnieniem tęczówek, które zachodziło często u osób po przemianie w łowcę.
-?Ja jestem człowiekiem -?oznajmiła Erin z mdlącym przeczuciem, że to
jest najlepsza odpowiedź i ma szansę załagodzić nieco napiętą atmosferę.
Jeszcze niedawno wizja, że w szkole dla senturalnych ktoś odkryje jej
człowieczeństwo, spędzała jej sen z powiek. Dziś deklaracja własnego
rodzaju przynosiła jednocześnie bezpieczeństwo i wstyd.
-?Cool. -?Wciąż trudno było odczytać, co blondynka tak naprawdę myśli.
Wróciła wzrokiem do Tatiany i nachyliła się do przodu. -?A ty... Ach. -
Uśmiechnęła się słodko. -?Teraz widzę. Źrenice ci jeszcze nie wróciły
całkowicie do normy. Zmiennokształtna, co? -?Pokiwała głową ze
zrozumieniem. Potem jej wzrok uciekł w stronę sufitu, gdzie zamontowana
była kamera, ale tylko na moment. -?Kurde, czyli chodzisz do jednej z tych senturalnych szkół, która wypuściła uczniów na wakacje! Bo podobno
wiele stanów kazało im zostać, nie? Pamiętam, jak w Mayday o tym mówili.
Zabrali wampiry i wilkołaki. Resztę trzymają w środku do czasu, aż się
ogarną z całym tym rejestrowaniem rodzajów i wymyślą jakiś bezpieczny
program asymilacji... Niby to jest nadzór, bla, bla, bla, ale szczerze,
brzmi to totalnie spoko! -?Zaśmiała się. -?Jedna wielka wakacyjna
impreza. Bez rodziców i w ogóle... Bo te szkoły to są wypasione w środku,
co nie? Szalone. -?Uśmiechnęła się krzywo. -?A z tym autostopem to wy
tak na serio?
Tatiana skinęła głową, zbyt przytłoczona, by coś powiedzieć. Jeszcze
niedawno ludzie nie mieli pojęcia o ich istnieniu, dziś przypadkowa
nastolatka wiedziała o prawie wszystkim.
W oczach kasjerki pojawił się podejrzany błysk.
-?Nieźle. Nie wiem, gdzie będziecie nocować, ale jak się nie boicie
przygody, to mogę wam coś polecić -?oznajmiła konspiracyjnym tonem. -
Jeden z domów w mieście ma fioletowe ściany, minęłyście go pewnie, nie?
Mieszkańcy się wynieśli, jak ogłoszono istnienie sentury. Pojechali, by
być bliżej rodziny czy coś. No więc dom stoi pusty, a tylne drzwi są
otwarte, bo to bezpieczne miasteczko. -?Puściła do nich oko. -?Więc
wiecie. Ja niczego nie sugeruję, ale tak tylko mówię. Jakbyście miały
problem z kasą na hostel czy coś... -?Popatrzyła znacząco na ich siatki, w których nie było nic poza wodą.
Erin spróbowała wykrzesać z siebie uśmiech.
-?Dzięki, ale raczej nie zamierzamy tu nocować. Idziemy zaraz na główną
drogę złapać transport -?skłamała, licząc, że po takim zapewnieniu
dziewczyna przestanie się nimi przejmować i szybko zapomni o całej
interakcji.
Gdy wychodziły ze sklepu, wciąż czuły ukłucia na swoich dłoniach. Małe
ranki pulsowały fantomowym bólem -?fizycznie nieistotne, mentalnie stały
się dotkliwym dowodem na to, że kończą im się możliwości.
* * *
-?To największa bzdura, jaką słyszałem -?oznajmił z gorzkim rozbawieniem
Anthony, który raczył ich zaszczycić swoją ludzką formą. Wciąż jednak
chował się przed światem za ciemnymi okularami.
-?Może jest po prostu dobrą osobą żyjącą w gościnnym mieście... -?Lizzy
jak zwykle gotowa była zakładać u innych najlepsze intencje, ale nawet
ona nie wyglądała na do końca przekonaną.
Tatiana i Erin opowiedziały przyjaciołom o wydarzeniach ze sklepu i teraz wspólnie rozważali, czy ryzykować nocleg w domu z fioletowymi
ścianami.
-?Brzmi jak pułapka... -?Keith był nie tylko zmęczony, ale też wyraźnie
zestresowany. Następnego dnia czekała ich pełnia, na którą wciąż nie
mieli dobrego planu.
Wydawał się Erin teraz wyższy niż wtedy, gdy go poznała. Z powodu
bezlitosnych upałów podwijał krótki rękaw koszulki aż do ramion,
odsłaniając mięśnie, które ostatnio zaczęły wyraźniej rysować się pod
ciemną skórą. Nadal potrafił wymyślać najgłupsze żarty na świecie, ale
spojrzenie miał dojrzalsze. Zresztą nie tylko on. Wszyscy niby byli
wciąż tylko nastolatkami, ale okoliczności sprawiły, że musieli nagle
dorosnąć.
-?Bo to pewnie jest pułapka -?oznajmiła ponuro Tatiana.
Erin masowała kciukiem miejsce po wbitej igle, wbrew mrowiącemu bólowi,
który pojawiał się przy każdym nacisku.
-?Dach nad głową to w naszej sytuacji okazja jedna na milion...
-?Widziałaś, jak na nas patrzyła -?przypomniała ostro Tatiana. Ciągle
była roztrzęsiona tamtą interakcją.
-?Ale myśli, że już nas tu nie ma! -?skontrowała Erin. Gdy mówiła,
szczypały ją pęknięcia w wysuszonych wargach. -?Powiedziałyśmy, że
spadamy!
-?Taaaak -?wtrącił drwiąco Anthony. -?Brudne nastolatki podróżujące z plecakami bez celu po kraju miesiąc po ogłoszeniu polowania na dwie
piąte senturalnych rodzajów nie są ani trochę podejrzane.
-?Okej, dzięki za opinię, już możesz się zamknąć!
-?Erin. -?Diego nie powiedział nic więcej, ale ostrzeżenie było jasne.
Dziewczyna wywróciła oczami, zatrzymała jednak resztę uszczypliwych
komentarzy dla siebie i skupiła się na głównym problemie.
-?Jeśli zakradniemy się tam po cichu, w nocy, to niby jak miałaby się
dowiedzieć?! -?Nie była pewna, co dokładnie ją teraz irytowało. Może
głód.
Tatiana pokręciła głową, nadal nieprzekonana.
-?Naprawdę chcesz tak ryzykować?
-?A nie ryzykujemy więcej, spędzając pełnię w lesie?! -?Erin czuła się
coraz bardziej zdesperowana. -?Niby jak mamy poradzić sobie w tej
przestrzeni z wilkiem Keitha teraz, kiedy Diego zabrania nam angażować
Alex do pomocy?
-?Pracuję nad tym -?wtrącił cierpko Keith.
-?Gówno prawda -?zaprzeczyła Erin. -?To tortura, a nie rozwiązanie!
Na twarzy Keitha pojawił się grymas, ale uwagę i tak przyciągały przede
wszystkim jego przekrwione ze zmęczenia oczy i sińce pod nimi. Chłopak
wpadł na pomysł, żeby przestać spać i nadwyrężyć organizm na tyle, by
jego wilk padł ze zmęczenia po przemianie podczas pełni księżyca. Dziś
wyglądał już jak trup. Znosił jednak te męczarnie bez narzekania,
zdeterminowany.
-?Nie mamy wielu opcji... -?zauważyła Lizzy, ale ton miała jednocześnie
przepraszający i pełen współczucia. Patrzenie na Keitha w tym stanie
łamało jej serce.
-?Alex jest zbyt wykończona zaklęciami ochronnymi, by znowu go wesprzeć
-?zgodził się z małą zmiennokształtną Diego. -?Ja mogę napisać runy
wyciszające wycie, ale będą działać tylko, jeśli zamkniemy go w jakimś
pomieszczeniu. Wygłuszenie otwartej przestrzeni wymaga więcej magii, niż
łowcy mają we krwi. Jeśli udałoby nam się dostać do tamtego domu...
-?Nie było cię tam! -?przerwała mu Tatiana, wracając myślami do sklepu.
-?Nie jesteśmy w stanie już nawet pieprzonej wody kupić bez jakichś
dziwacznych weryfikacji! Dociera to do ciebie?! To jest... -?Głos jej
zadrżał, ręce zaczęły się trząść. -?Chcesz zmniejszyć dystans między
nami a ludźmi?! Macie zamiar wyjść dobrowolnie tam, między inne budynki,
ryzykując, że ktoś wyjrzy przez okno albo... -?znów urwała, wciągnęła
głośno powietrze przez nos i nie powiedziała nic więcej. Zamiast tego
zacisnęła usta i odwróciła głowę, próbując opanować emocje.
-?Tatiano... -?Diego stał idealnie prosto, trzymając ręce za plecami, w pełnej gotowości, by przyjąć rozkazy, które nie padły. W jego oczach
pojawiło się zarezerwowane wyłącznie dla niej ciepło, jednak kiedyś
pełne komfortu milczenie cechowała teraz mieszanka trudnych emocji.
Zmiennokształtna zignorowała dziwne mrowienie w żołądku, jakie często
pojawiało się u niej pod wpływem przenikliwego wzroku łowcy.
-?Daj mi spokój -?rzuciła niby groźnie, lecz jakoś bez przekonania.
Diego prosił ją o wybaczenie średnio raz na dwa dni, zawsze z tą samą
cierpliwością, a ona uporczywie odmawiała. Byli już po poważnych
rozmowach, jego długich wyjaśnieniach i wielkich przeprosinach. Uratować
ich mógł tylko czas, bo przecież wszystkie rany muszą się kiedyś zagoić.
Prawda? Diego nie naciskał, ale też nie dystansował się przesadnie.
Czekał. Dorobili się własnej, pokręconej rutyny: "Wybaczysz mi?".
"Jeszcze nie". Czasem Tatiana miała wrażenie, że jest już prawie gotowa,
bo rozumiała jego powody. W inne dni wydawało jej się, że straciła do
niego zaufanie bezpowrotnie. Miała ponure przypuszczenie, że wszystko
byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby nie była w nim wciąż zakochana.
Teraz, gdy dłonie Tatiany nadal drżały przez okropne doświadczenie w sklepie, Lizzy musiała zdusić w sobie odruch objęcia przyjaciółki.
Wiedziała, że ta w takich chwilach potrzebuje przestrzeni, niefizycznej
bliskości.
Diego musiał zdusić w sobie znacznie więcej.
-?Nie możemy... nie wiem, okraść apteki i nafaszerować cię tabletkami
nasennymi, żeby wilk przespał pełnię? -?zaproponowała Erin, przełamując
napiętą atmosferę.
-?Naturalna chemia nie zadziała na senturalnego wilka -?odparł wolno
Keith. Brzmiał na tak samo zmęczonego, jak wyglądał. -?Uczyli nas tego
na Wiedzy o Wilkołakach w Mallaroy.
-?Mnie ewidentnie nie nauczyli -?mruknęła Erin gorzko. Pamiętała za to
referat o słońcówce drobnolistnej, który musiała pisać za karę z Mich...
nieważne. Słońcówka była jedną z roślin blokujących senturę, o których
wspomniała dziś kasjerka. Osłabiała wilkołaki, a spożyta w ogromnych
ilościach mogła podobno nawet uniemożliwić przemianę w trakcie pełni.
Konsekwencje zdrowotne były jednak ponoć tak ciężkie, że nie odważyliby
się jej użyć w obecnych warunkach, nawet gdyby mieli do rośliny dostęp.
A nie mieli.
Anthony odchrząknął znacząco.
-?Może i się chłopak męczy, ale przynajmniej robi coś sam, zamiast
spychać całą brudną robotę na magię -?zauważył prowokacyjnie. Emanował
wciąż tą samą, odpychającą obojętnością.
-?Co? -?Alex, usadowiona wygodnie na zwalonym pniu kawałek dalej,
podniosła głowę i spojrzała na nich po raz pierwszy od początku całej
dyskusji.
Wszyscy jęknęli w duchu.
-?Keith. -?Erin skupiła się na przyjacielu. Na tym, w jak opłakanym był
stanie. -?Niech Diego cię zamknie w jakimś pokoju. TO -?zamachała ręką,
wskazując jego zmęczoną sylwetkę -?jest nieludzkie!
Wszyscy się wzdrygnęli.
Erin potrzebowała tylko sekundy, żeby się zreflektować.
-?Sorry! -?Przymknęła oczy, czując ciężar wstydu. -?Sorry, głupie słowo.
Wiecie, co mam na myśli...
-?Tu ryzykujemy pełnię, tam złapanie -?podsumował Diego beznamiętnym
tonem. Stał teraz trochę bliżej Tatiany, chociaż nikt nie zauważył, by
zmieniał miejsce. -?Coś trzeba wybrać.
-?Możemy się też rozdzielić... -?zauważył Keith.
-?Nie! -?odparły natychmiast Lizzy i Erin, prawie jednocześnie. Obie z wyraźną irytacją w głosie.
Anthony prychnął.
-?Dla mnie spoko.
-?Przestań -?poprosiła Erin, o dziwo zwracając się do Keitha, nie do
Anthony'ego.
-?Co ja niby robię? -?obruszył się wilkołak, ale determinacja w jego
ciemnych oczach sugerowała, że wie dobrze, co dziewczyna ma na myśli.
Gdy uciekali z Mallaroy, byli z nimi lider wilkołaków Isaac i jego
następczyni Jess. Nigdy jednak nie dotarli oni na drugą stronę muru.
Keith popychał się więc teraz do granic wytrzymałości, bo czasem coś w jego głowie krzyczało, że ma do spłacenia dług. Uginał się też coraz
bardziej pod ciężarem nie zmęczenia, ale poczucia winy, że wszyscy muszą
się ukrywać właśnie przez niego -?jedynego wilkołaka w grupie. Rodzaje
pozostałych były przecież legalne. W dodatku dotkliwa samotność, którą
odczuwał po utracie Lucasa, rosła w siłę z powodu bliskości pełni. On
tęsknił za przyjacielem, a jego wilkowi brakowało wilczego brata.
Sama sugestia, że mieliby się rozdzielić, mroziła Erin krew w żyłach.
Miała ochotę Keithem potrząsać i krzyczeć, aż wbije mu się do głowy raz
a dobrze, że nie jest dla nich balastem. To nie była jego walka, w której oni łaskawie zgodzili się pomóc. Stawka była większa. Stawką było
wszystko. Granica moralności, raz przesunięta, stawała się śliska i niestabilna. Rozwiewała się pod stopami, rozpływała, i groziła
zniknięciem na horyzoncie przemocy i strachu. Wszystko to kłębiło się w myślach Erin, na głos powiedziała jednak tylko, patrząc na Keitha
uparcie:
-?Jesteśmy w tym razem. -?W jej oczach zatlił się ten ogień
determinacji, który przyjaciele poznali dobrze w Mallaroy.
Keith patrzył na nią bez słowa. Wreszcie skinął głową. Ruch był ledwo
zauważalny, ale część napięcia opuściła jego ciało.
-?To nie zmienia faktu, że bezpieczniejsi będziemy w lesie. -?Tatianie
nie umknął znaczący moment między jej przyjaciółmi. Nie mogli jednak
zbyt długo zwlekać z dyskusją na temat kolejnego ruchu.
Diego odchrząknął cicho.
-?Wiem, że z powodu pełni skupiacie się na Keicie, ale to o Alex
powinniśmy się martwić.
-?Co...? -?Tym razem to słowo padło z ust Lizzy, nie czarodziejki.
Prawie cała grupa poza Alex wbiła w Diego zdezorientowane spojrzenia.
Jedynie Anthony prychnął z rozbawieniem, wciąż pławiąc się w sarkazmie i gorzkiej rezygnacji.
-?Uważaj, bo się załamią na dobre -?wymamrotał pod nosem. Wyglądało na
to, że wie, co Diego ma na myśli.
Lizzy rzuciła zaskakująco ostre spojrzenie w stronę brata, ale szybko
stchórzyła i odwróciła wzrok.
-?Co jest z Alex? -?zapytała tymczasem Erin. Czuła, jak wzbiera w niej
nowa emocja: chęć walenia głową w pień drzewa z frustracji na Kosmos.
-?Zdajecie sobie sprawę z tego, jak dużo potrzeba energii magicznej na
zaklęcia, które nas chronią? -?zapytał beznamiętnie Diego.
Erin zmarszczyła brwi.
-?Dużo? -?zaryzykowała głupio.
Jeśli łowca odczuł irytację, nie okazał jej.
-?Alex Hughes od szóstego maja podtrzymuje, nieprzerwanie, serię
skomplikowanych zaklęć, które uniemożliwiają innym czarodziejom
zlokalizowanie nas. Przedstawię to w następujący sposób. To jest bariera
ustawiona przez Alex. -?Wyciągnął jedną dłoń, przekręcając ją pionowo. -
To są zaklęcia lokalizujące. -?Drugą dłoń ustawił prostopadle do
pierwszej i zaczął ją do niej zbliżać, aż się zetknęły. -?Jeśli Alex
choć na chwilę przerwie zaklęcia, bariera ochronna opadnie.
Nie mieli pewności, czy są tak ważni, by ktoś nieprzerwanie poszukiwał
ich za pomocą magii, ale stawka była za wysoka, żeby tę teorię
przetestować. Fakt, że byli wśród nich bliźniaczka Alei Lanford oraz
były szpieg Martina Gallaghera, zdecydowanie zwiększał ryzyko.
-?Czarodzieje nie są w stanie podtrzymywać zaklęć w nieskończoność -
przypomniał łowca. -?Jeśli wewnętrzna energia magiczna i wszelkie jej
inne dostępne źródła wyczerpią się, ale czar nie zostanie przerwany,
magia zacznie żywić się energią życiową.
-?Chcesz powiedzieć, że zachowanie Alex... -?zaczęła Lizzy drżącym głosem.
-?Nie wiem -?odpowiedział Diego, nim dokończyła pytanie.
-?Chwila, chwila, chwila! -?Erin zamachała rękoma, usiłując przewinąć
całą rozmowę do tyłu. -?Alex może UMRZEĆ od rzucania tych zaklęć? To nam
próbujesz powiedzieć?!
Czarodziejka przestała studiować mech i popatrzyła w ich stronę, choć
nie wyglądała na przejętą. Jej uwagę przyciągnęło chyba samo użycie jej
imienia. Nie przyswoiła jednak treści rozmowy.
-?Alex może umrzeć i ty o tym wiesz, ale nic nie robisz?! -?Erin nie
odpuszczała, zszokowana i oburzona jednocześnie.
-?Gdybym mógł coś na to poradzić, to bym poradził -?oznajmił spokojnie
łowca. Zawsze opanowany, zawsze ze starannie wykalkulowaną odpowiedzią.
-?Stary, no ale czemu nam nie powiedziałeś... -?Keith też nie wyglądał na
zadowolonego.
-?Obecnie sytuacja nie ma żadnego rozwiązania, dlatego nie było powodu
was niepokoić -?wyjaśnił Diego, kierując się niezłomną racjonalnością
łowców. -?Jednak w kontekście nadchodzącej pełni stan Alex jest istotnym
argumentem za tym, żebyśmy ukryli się w domu i polegali na runach
wygłuszających, którymi mogę zająć się samodzielnie. Nie mamy gwarancji,
że wilk Keitha zaśnie ze zmęczenia, a postawienie się w sytuacji, w której tylko Alex może nas uratować, jest zbyt ryzykowne.
-?Jak możesz być tak opanowany?! Jak to może cię nie obchodzić?! -?Erin
traciła cierpliwość.
Diego przymknął oczy, zaraz jednak uniósł powieki. Na jego twarzy nie
malowały się żadne emocje.
-?To, że jestem opanowany, nie znaczy, że mnie to nie obchodzi.
Nie pierwszy, nie ostatni raz Erin zmuszona była do szybkiej refleksji
nad własnym zachowaniem.
-?A nie możemy znaleźć dla Alex jakiegoś źródła energii magicznej? -
zaproponowała cicho Lizzy, przenosząc wzrok z Diego na Tatianę i z powrotem. Ta dwójka miała w ich gronie niepisane miano wszechwiedzących.
-?Mówiłyście, że minęłyście jakiś zabytkowy kamień runiczny? -?Zerknęła
na Erin.
Diego pokręcił głową.
-?Runy magiczne to nie to samo, co alfabet runiczny używany przez stare
ludy. Skupmy się na pełni -?poradził. -?Alex zajmiemy się w drugiej
kolejności.
Erin nie zabrała ponownie głosu, ale długo jeszcze patrzyła na łowcę
dziwnie nieobecnym wzrokiem. Wiedziała, że Diego nie jest okrutny ani
obojętny. Łowca po prostu wykonał potrzebne obliczenia, rozważył
dostępne opcje, przeanalizował ich sytuację i doszedł do trzeźwego,
obiektywnego wniosku, że na ten problem nie ma obecnie rozwiązania. I to
ją cholernie przeraziło. Było tak, jakby ktoś nakręcił nagle stary
zegarek i teraz Erin słyszała wyraźnie, jak tyka on w jej głowie, coraz
głośniej, odliczając uciekający czas. Nie zdążyli jeszcze odkryć, dokąd
tak naprawdę zmierzają, a już wydawało się oczywiste, że nigdy tam nie
dotrą.
Czasem, kiedy patrzyła na Diego, nie potrafiła odgonić myśli o siostrze,
chociaż wszyscy starali się nie zapuszczać w rozważania o rodzinie, bo
to prowadzić mogło tylko do smutku. Łowca jeszcze niedawno stał po
drugiej stronie okrutnego konfliktu, tak samo jak Alea Lanford. Erin
kłamałaby, mówiąc, że nie prowokuje to w niej bardziej emocjonalnych
reakcji. Diego przeszedł na ich stronę, gdy tylko wyszło na jaw, co tak
naprawdę czai się za politycznymi zmianami przygotowywanymi po cichu
wśród zmiennokształtnych, łowców i czarodziejów. Wcześniej wykonywał
rozkazy w ciemno, lojalny wobec uwikłanej w politykę rodziny. Jak wiele
wiedziała Alea i czy w którymś momencie zdecydowała się temu sprzeciwić?
Erin nie miała pojęcia. Nie wiedziała nawet, czy jej bliźniaczka żyje,
ale czasem wydawało jej się, że i tak już ją straciła.
Jej zamyślenie przerwał zachrypnięty śmiech Anthony'ego.
-?Wszyscy jesteśmy zniszczeni -?rzucił zmiennokształtny i popukał się
palcem w głowę. -?O, tutaj. Wszyscy jesteśmy totalnie pokrzywieni.
Każdy go zignorował, ale też nikt nie zaprzeczył.
* * *
Przedostali się pod dom niedługo przed świtem, gdy wciąż było ciemno,
pod czujnym okiem Tatiany, która szybowała nad nimi w formie sowy. O tej
porze ściany wydawały się szare, nie fioletowe, a upał zastąpiło
przyjemne ciepło. Nikt nie odważył się odezwać, kiedy tylne drzwi
otworzyły się bez klucza, po zwykłym naciśnięciu klamki. Wślizgnęli się
do środka szybko i nerwowo, jedno po drugim, niczym cienie uciekające
przed światłem.
W domu rzeczywiście nie znaleźli nikogo -?Kosmosowi niech będą za to
dzięki -?jednak na każdym kroku trafiali na jawne oznaki, że jeszcze
chwilę temu ktoś tam mieszkał. W szafach były ubrania, w salonie zdjęcia
rodzinne, w łazience kosmetyki, na regałach książki. Wszystko to
nadawało przestrzeni konkretną osobowość. Jakby tego było mało, w garażu
stał samochód. Owa wszechobecność cudzego życia przyprawiała przyjaciół
o ciarki. Po części dlatego, że podkreślało to ich status intruzów,
przede wszystkim jednak ponieważ trudno było wyzbyć się wrażenia, że
rodzina za chwilę wkroczy przez drzwi frontowe. W zlewie stały dwie
brudne szklanki, na kanapie czekała rozłożona niedbale gazeta.
Erin znów miała złe przeczucia. Instynkt przetrwania szeptał nerwowo, że
powinni uciekać, ale był to stan niezmienny od tygodni, musiała więc
zacisnąć zęby i spróbować go zagłuszyć.
Wyłączyli natychmiast wszystkie bezpieczniki prądu, nie chcąc ryzykować,
że przegapią jakieś urządzenie, które komunikuje się z wieżami GSM.
Potem Diego przystąpił do przygotowywania w piwnicy run wygłuszających
na dzisiejszą noc, podczas gdy reszta nieśmiało zaczęła wykorzystywać
nowe warunki. W szafkach kuchennych znaleźli jedzenie, z kranów leciała
woda -?proste rzeczy, które wzbudziły w nich trudną do opisania
ekscytację pomieszaną z dziwną nerwowością. Alex zauważyła, że kilka
roślin na parapecie w kuchni jest magicznych. Tatiana przejrzała więc
szybko książki w gabinecie i potwierdziła, że zdecydowana większość
oznakowana była z tyłu symbolem sentury, czyli zamkniętym w owalu,
ozdobnym "s", co znaczyło, że w fikcyjny tekst wpleciono senturalną
wiedzę, ukrywając ją w ten sposób przed ludźmi. Dopiero te odkrycia
pozwoliły im odprężyć się odrobinę, sugerowały bowiem, że dom należał do
czarodziejów lub łowców.
Na górze znajdowały się trzy sypialnie -?główna i dwie zamieszkiwane
przez dzieci. Wykończeni ukrywaniem się w lesie, byli gotowi na sen już
z samego rana, dziewczyny zgarnęły jednak wszystkie materace i koce do
jednego pomieszczenia, zbyt nieufne, by oddzielać się w obcym miejscu
ścianami. Diego postanowił dotrzymać towarzystwa Keithowi i przy okazji
obserwować bacznie przez okno podjazd domu. Tak na wszelki wypadek.
Anthony jako jedyny wybrał samotność, umykając na dół. Nie musieli długo
czekać na dźwięki otwieranych szafek, a potem -?gdy znalazł to, czego
szukał -?cichy brzęk szklanych butelek.
Patrząc wstecz, pewnie już w tym momencie powinni byli zacząć panikować.
4. Piekielna noc
4.
Piekielna noc
-?Dobry wieczór, Ameryko! Mówi Jane Doer...
-?...i John Dunn! Czas na Rozmowy Naturalno-Senturalne...
-?...w Radiu Mayday!
W pomieszczeniu rozbrzmiała charakterystyczna melodia audycji.
-?Wiele osób o tej godzinie już śpi, tymczasem my spędzimy z wami trochę
czasu i podsumujemy najważniejsze informacje dnia. Dla tych, którzy nie
mogli nas słuchać wcześniej i dla zapominalskich!
Kobieta dźwięcznie się zaśmiała.
-?Właśnie tak, właśnie tak! No więc o czym dziś rozmawialiśmy?
Poznaliśmy oficjalną decyzję w sprawie rekordu świata w biegu na sto
metrów mężczyzn i muszę powiedzieć, że nadal trudno w to wszystko
uwierzyć. Organizacja World Athletics wypowiedziała się na temat
rodzajów senturalnych podczas konferencji prasowej i oto, co
ustanowiono. -?Jane Doer zrobiła pełną napięcia pauzę, oddając głos
współpracownikowi.
-?Senturalni, i tutaj cytuję, "zostają w trybie natychmiastowym
wykluczeni z wszelkich rywalizacji sportowych, z powodu niesprawiedliwej
przewagi, którą posiadają nad ludźmi".
-?Dokładnie tak, moi drodzy -?potwierdziła Jane. -?Jak widać, cały świat
małymi krokami porządkuje rzeczywistość.
-?Ach, tylko pomyśl, Jane, o wszystkich tych biednych ludziach, którzy
siedzą zakopani w papierkowej robocie, poprawiając wszelkie sportowe
rekordy...
-?Nie chciałabym być na ich miejscu -?zgodziła się kobieta. -?Oficjalne
odsunięcie senturalnych od zawodów wywołało, poza ogromem pracy
administracyjnej, także sporą kontrowersję.
-?No i trudno się dziwić. Zerknijmy, co mieliście do powiedzenia!
-?John zaraz zacznie czytać wasze komentarze, a ja wcześniej przypomnę:
każdy z was także może podzielić się z nami swoją opinią w mediach
społecznościowych, używając #maydayinfo lub zostawiając komentarze
bezpośrednio na naszej platformie internetowej!
Wszyscy obudzili się już jakiś czas temu, pod koniec dnia. Erin, która
obecnie walczyła na pogardliwe spojrzenia z siedzącym na dywanie
Yorickiem, wydała z siebie pełne odrazy prychnięcie.
-?No ja to na przykład mam sporo do powiedzenia -?wymamrotała.
Wymęczony Keith mruknął z aprobatą. Siedział przy stole obok Tatiany i grali razem w prostą grę karcianą. Miało to na celu nie tyle rozrywkę,
ile powstrzymanie wilkołaka przed zaśnięciem. Światła w domu pozostawili
wyłączone, przyjaciołom pomagał tylko ruchliwy blask znalezionych w salonie świec.
Pogodny głos Johna Dunna nie odpuszczał.
-?Jeden z naszych słuchaczy pisze: "Czym się różnią środki dopingujące
od magii? Niczym!". Wygląda na to, że wiele osób myśli podobnie.
Reprezentant World Athletics na konferencji prasowej powiedział, że
organizacja nie wyklucza dopuszczenia w przyszłości czarodziejów do
udziału w ludzkich zawodach sportowych, ponieważ ich uwarunkowania
fizyczne nie odbiegają od naszych. Dotyczy to natomiast odległej
przyszłości. Obecnie mamy zbyt małe pojęcie o magii i jej
właściwościach, by móc przygotować skuteczny plan sprawdzania
uczestników i kontrolowania, czy nikt nie wspomaga siebie lub innych
zaklęciami podczas zawodów.
-?Brzmi sensownie -?zgodziła się Jane Doer.
- Ani trochę -?burknęła Tatiana ponuro.
-?Wszyscy przekonali się pewnie na własnej skórze, że senturalni nie
wyleźli nagle spod ziemi, ale cały czas żyli wśród nas. Tyle tylko, że w ukryciu! Teraz w każdej dziedzinie życia trzeba będzie znaleźć
kompromisy, nowe zasady i nowe rozwiązania, wszystko to w atmosferze
zdradzonego zaufania. Bo nie wiem jak ty, ale ja przez wiele osób czuję
się obecnie po prostu oszukana... Tymczasem w Międzynarodowym Komitecie
Olimpijskim już rozpoczęły się dyskusje na temat przyszłości igrzysk!
Nie wykluczają możliwości stworzenia odrębnej kategorii dla
senturalnych.
-?No ale tu pojawia się kolejny problem, moja droga Jane. Czyż nie? Jak
ocenić, czy postawienie zmiennokształtnego przeciw łowcy także nie
zaowocuje niesprawiedliwym wynikiem?
-?Ano właśnie! To problem, którego sami nie rozwiążemy. Może jednak nasi
nocni słuchacze wiedzą, co robić. Dzielcie się z nami swoimi
propozycjami, używając #maydayinfo na platformach społecznościowych! -
zachęciła entuzjastycznie Jane.
John płynnie przejął pałeczkę.
-?Przed nami jeszcze niejeden dylemat do przegadania, ale najpierw
ostrzeżenie: już w każdej strefie czasowej naszego kraju trwa godzina
policyjna, ta noc jest jednak szczególna. Zaraz przypomnimy o najważniejszych środkach bezpieczeństwa obowiązujących w trakcie pełni
księżyca. Najpierw jednak trochę muzyki dla tych, którzy wciąż nie są
senni.
-?Albo wręcz przeciwnie, na rozbudzenie! -?zaśmiała się Jane.
Z małego głośniczka ich starego radyjka odezwały się pierwsze nuty
piosenki She Wolf Shakiry. Erin wstała i wyłączyła urządzenie bez
słowa. Zamiast dźwięków muzyki po pomieszczeniu rozszedł się niesmak.
Dziewczyna przeniosła wzrok na Keitha.
-?Jak się czujesz?
-?Jak komórka z jednym procentem baterii -?oznajmił wilkołak grobowym
głosem.
Mimo poważnej sytuacji wargi Erin wygiął nikły uśmiech.
-?No weź. -?Szturchnęła przyjaciela lekko. -?Chodzi mi o pełnię. O przemianę -?dodała, ściszając nieco głos, chociaż sama nie wiedziała, po
co. -?Jak oceniasz? Już niedługo czy...?
Za oknami było ciemno, a pełny księżyc świecił odważnie na tle czarnego
nieba.
Keith skrzywił się lekko. Choć poczucie humoru zdawało się go nie
opuszczać w żadnej sytuacji, wcale nie miał się dobrze.
-?Trudno powiedzieć. Normalnie jestem w stanie to wyczuć, ale teraz
jedyne, co czuję, to zmęczenie. -?Westchnął ciężko. -?Strzelam, że nie
więcej niż dwie godziny.
Nie dodał na głos, że gdyby otaczało go stado, transformacja pewnie już
by się rozpoczęła. Zgodnie z prawami sentury odbywała się ona zawsze w nocy, w trakcie doby z pełnią księżyca. Nie dało się jednak określić
konkretnej minuty czy godziny. Była to sprawa dość indywidualna, mimo to
wilkołaki oddziaływały na siebie nawzajem. Gdy znajdowały się w grupie,
transformacja jednej osoby prowokowała natychmiast to samo u pozostałych. Keith został jednak sam.
Lizzy pojawiła się w progu kuchni, niepokojąco blada i z szeroko
otwartymi oczami.
-?Mamy problem -?oznajmiła na wydechu.
-?Dziewczyno, nie chcę ci psuć optymistycznej wizji świata, ale my mamy
same problemy -?zauważył Keith, gapiąc się bezmyślnie w karty. -
Problemy to jest w sumie jedyne, co my mamy...
Jego komentarz ani trochę nie wpłynął na wyraz przerażenia na twarzy
Lizzy.
-?Mieszkańcy wychodzą na ulicę -?wyjaśniła z nutą rozpaczy. Obecnie
trwała jej kolej, by obserwować przez szybę, co dzieje się przed
posiadłością. Na wszelki wypadek.
Erin zamarła.
-?Idą tutaj?
-?Nie. Może. Nie wiem! -?jęknęła Lizzy, rozdygotana.
Diego znalazł się w przedpokoju pierwszy, ale reszta deptała mu po
piętach. Przycisnęli nosy do okien po obu stronach drzwi i zmrużyli
oczy, próbując dojrzeć jak najwięcej w mroku.
-?Przecież to są... wszyscy -?wydusiła z siebie Erin w szoku.
Erin nie kłamała. To znaczy, w ciągu ostatniego roku kłamała dość często
i z jako takim powodzeniem, jednak nie w tym przypadku. Wszystkie domy
przy ulicy wyglądały podobnie: choć wyraźnie nadgryzione zębem czasu,
miały rozległe, zadbane trawniki, urocze werandy i czyste podjazdy. Ten
sielankowy obraz małego miasteczka zakłócało obecnie to, że każdy jego
mieszkaniec łamał przepisy.
Strumień ludzi uzbrojonych w latarki płynął w stronę centrum. W ciemności nie dało się dojrzeć wyrazu ich twarzy, ale po ruchach
wnioskować można było, że ani się nie spieszą, ani nie są przerażeni.
Tłum parł do przodu z podejrzaną determinacją, rosnąc wciąż w siłę -
drzwi każdego kolejnego domu mijanego przez grupę otwierały się i następni mieszkańcy dołączali do procesji.
-?To nie ma sensu -?szepnęła Tatiana. -?To nie ma najmniejszego sensu...
-?Odsuńcie się od okien -?polecił nagle Diego, sam też robiąc krok do
tyłu. -?Nie ryzykujmy, że nas zobaczą.
W głębi korytarza coś trzasnęło. Wszyscy wstrzymali oddech.
-?Co się -?Anthony czknął, podchodząc bliżej grupy -?dzieje?
-?Kiedyś mu coś zrobię -?syknęła Erin. Chłopak po raz kolejny o mało nie
przyprawił jej o zawał.
-?Wszyscy mieszkańcy wyszli z domu i gdzieś idą -?wyjaśnił tymczasem
Keith. Strach go chwilowo ocucił, w związku z czym brzmiał na znacznie
mniej zmęczonego.
Anthony przez moment wyglądał na zaskoczonego, szybko jednak przestał
się przejmować. Widać było, że nie jest do końca trzeźwy.
-?A gdzie jest... Nie wiem, policja? Nie pilnują jakoś tego... -?zamachał
dłonią, nie mogąc znaleźć słowa -?...wszystkiego?
-?Nie widziałam z góry posterunku -?Tatiana zwróciła się nie do niego,
ale do pozostałych. Jej wzrok zatrzymał się na Diego. -?To miasteczko
jest tak małe, że raczej podlegają pod biuro szeryfa w stolicy hrabstwa.
Łowca skinął głową.
-?Tak czy inaczej, powinien tu być jakiś patrol. Ze względu na godzinę
policyjną i pełnię...
-?Może jest -?zauważyła Erin. -?Może ci z patrolu są razem z nimi w tym
tłumie.
Nad ich głowami zawisł nowy rodzaj niepokoju. Erin bez słowa ruszyła do
kuchni. Diego i Tatiana tuż za nią, prawdopodobnie myśleli o tym samym.
Przeklęte radio zostało ponownie włączone, ale w Mayday nie leciał żaden
komunikat, nie ogłaszano nowych rozkazów. John i Jane recytowali jedynie
do upartego te same ostrzeżenia na temat pełni i był to prawdopodobnie
przygotowany wcześniej materiał, który puszczano teraz z nagrania. Być
może zresztą ich głosy były wygenerowane sztucznie. Nie pracowali w końcu przez całą dobę.
Erin odczekała chwilę, a potem wyłączyła urządzenie, żeby nie marnować
baterii. Przez kilkadziesiąt przedłużających się sekund nikt nic nie
mówił. Spoglądali jedynie na siebie w napięciu. Zagubieni.
W kuchni było ciasno, przeszli więc zaraz po cichu do salonu. Diego
ustawił się przy zasłoniętym oknie i znów asekuracyjnie wyglądał na
zewnątrz, z tego miejsca także widać było bowiem ulicę.
-?Czyli co się dzieje? -?spytała cicho Lizzy, która źle znosiła pełne
grozy milczenie.
Anthony z głośnym westchnięciem opadł na kanapę.
-?To miasto jest szurnięte -?rzucił, nieprzejęty.
Yorick łypał na niego pogardliwie z podłogi.
-?Minęli nas -?oznajmił tymczasem Diego. -?Oddalają się.
-?Ale co to wszystko znaczy?! -?Erin miała wrażenie, że zaraz odejdzie
od zmysłów. -?Dokąd oni idą? Co planują?! Co my mamy robić? -
Powędrowała spojrzeniem na Keitha, który stał pod ścianą z dłońmi
zaciśniętymi w pięści. Lada moment mieli zamknąć go w piwnicy, by ukryć
przemianę.
Tatiana wzięła cichy, ale głęboki oddech. Potem odchrząknęła, bo stres
utknął jej w gardle.
-?Zrobię rekonesans -?zadeklarowała i pochyliła się, żeby rozwiązać
buty. Przemiana bez ubrań zawsze była bezpieczniejsza.
-?Nie możesz iść sama -?zaprzeczył natychmiast Diego, śmiertelnie
poważny.
-?Lecieć -?poprawiła go zmiennokształtna spokojnie.
-?Tatiano. -?Łowca już nic nie dodał. Włożył cały niepokój i troskę w to
jedno słowo i zawiesił na niej wzrok swoich czarnych oczu, tocząc walkę
sam ze sobą. Zdawał sobie sprawę, że zaproponowane przez nią rozwiązanie
jest racjonalne, więc powinien je zaakceptować. Jego uczucia do
dziewczyny wyrywały się jednak na pierwszy plan. Z zewnątrz nic nie było
widać. Stał wciąż idealnie prosto, poważny i czujny.
-?Kogo innego chcesz tam wysłać? -?rzuciła Tatiana, zsuwając trampki i skarpety ze stóp. Pytała tylko po to, by podkreślić, że to ona jest
najlepszą opcją. Gdy była już bosa, podniosła na łowcę wzrok. Być może
jako jedyna widziała napięcie w jego ramionach i dostrzegała cień emocji
wyłaniający się zza beznamiętnej maski.
Erin zaczęła obracać słowa przyjaciółki w myślach. Lizzy za łatwo
poddawała się panice, Anthony był wstawiony. Alex pewnie nawet nie
wiedziała, co się dzieje. Diego musiał zostać z Keithem w domu, bo runy
wygłuszające wymagały aktywacji...
Zostawały więc, raz jeszcze, ona i Tatiana. Zmiennokształtna mogła
szybować nad głowami mieszkańców w ciele sowy, ukryta w ciemności nocy,
jednak nie dało się przewidzieć, czy będzie bezpieczna. Nie, kiedy nie
mieli pojęcia, co wywołało dziwaczne zachowanie mieszkańców. Ktoś
powinien wyjść wraz z nią i tym kimś była Erin. Słowa jednak nie chciały
odkleić się od jej języka.
Nie chciała tam iść. Nie chciała tam iść, nie chciała tam iść, nie
chciała tam iść. Nieokreślony niepokój trawił jej wnętrzności, od kiedy
weszli w spalony obszar lasu. Miała ochotę wrzeszczeć lub płakać. Albo
najlepiej jedno i drugie. Chciała zrzucić z siebie wszelką
odpowiedzialność, kucnąć w kącie i czekać. Pragnęła, by ktoś się nagle
pojawił i powiedział, że zostali uratowani. Że nic już nie muszą i nic
się już im nie stanie. Była zmęczona. Była przerażona. Była też,
niestety, Erin Lanford.
-?Pójdę z tobą -?oznajmiła, zaskakując samą siebie tym, jak mocno
zabrzmiał jej głos. -?Polecisz górą, ja wtopię się w tłum. Jest ciemno,
jest zamieszanie. Będzie dobrze -?przekonywała i przyjaciół, i samą
siebie.
Jakaś jej część wciąż liczyła, że Diego zaprotestuje i rzuci, że plan
jest nieracjonalny, a procent powodzenia zbyt niski. Chłopak jednak
chwilę się jej przyglądał, a potem skinął głową na znak aprobaty. Może
dlatego, że Erin była człowiekiem i w pewnym sensie jej jedynej nic tak
naprawdę nie groziło? Przełknęła gorzki smak w ustach i wyciągnęła rękę
w stronę Keitha.
-?Dasz mi bluzę? Moja nie ma kaptura, a się przyda.
Czerwcowe wieczory były wciąż ciepłe, ale wilkołak ze zmęczenia zaczął
marznąć. Mimo to bez słowa sprzeciwu zdjął ubranie i przekazał je
przyjaciółce.
* * *
Erin zbliżyła się do pochodu bez problemu, bo blisko centrum miasteczka
zaczął on znacząco zwalniać. Wcisnęła ręce do kieszeni, głowę zakryła
kapturem i szła pochylona, by nie pokazywać twarzy.
Tam, gdzie zbiegała się większość ulic, tłum zaczął gęstnieć, w miarę
jak różne pochody zlewały się w jedną masę. Erin odważyła się znowu
zadrzeć głowę i zauważyła, że wszyscy mieszkańcy wchodzą do budynku ze
strzelistą wieżą. Spuściła wzrok, zwolniła i pozwoliła się wyprzedzić,
zaniepokojona, że jeśli tłum poniesie ją głęboko w głąb budowli, nie uda
jej się zawrócić i wycofać. Im ciaśniej otaczali ją nieznajomi, tym
szybciej biło jej serce. Z bliska mrok nocy nie oferował już
bezpieczeństwa, złe przeczucie wciąż ściskało jej żołądek, a w głowie
odezwała się klaustrofobia.
W uszach zaczęła jej szumieć krew, serce dudniło, robiło się coraz
duszniej. Ktoś szturchnął ją, wymijając, i chyba nawet przeprosił. Erin
nie była pewna, świat stracił ostrość, a potem zrobiło się jaśniej, bo
przekroczyła próg budowli. Wbiła wzrok w ziemię, skupiając się na
własnych butach.
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Dopiero gdy napad paniki minął, dotarł do niej głos mężczyzny, który
przemawiał z niewielkiego podestu w głębi budynku. Wszędzie tłoczyli się
słuchacze, od ściany do ściany, ale i tak nie wszystkim udało się wejść
do środka. Pozostali nasłuchiwali więc z dworu, gdzie wzmocniony przez
głośniki głos wypadał przez otworzone na oścież, wysokie, dwuskrzydłowe
drzwi.
-?Wyglądają tak jak my. Chodzą między nami, udają jednych z nas, ale nie
są naturalni -?kontynuował mężczyzna z zapałem. -?Nasza rzeczywistość
była obarczona tym cichym złem, a my żyliśmy w nieświadomości, ale teraz
wreszcie przejrzeliśmy na oczy i naszym obowiązkiem jest działać! Bracia
i siostry, musimy uchronić swoje dzieci i bliskich nie tylko przed tym
podłym wynaturzeniem, ale też przed tymi, którzy ulegają pokusie,
poddają się masowej propagandzie i nawołują do zaakceptowania
senturalnej odmienności! A jest to odmienność niebezpieczna. Niemoralna.
Nieprzewidywalna i, co najgorsze, zaraźliwa. Każda bliska i ważna dla
was osoba może zostać przemieniona, jeśli nie będziemy uważni, ostrożni
i zdecydowani w swoich działaniach.
Dookoła rozległ się pomruk aprobaty. Wszyscy wpatrywali się w mówcę z uwagą, kiwając lekko głowami, dzięki czemu Erin ośmieliła się uważniej
rozejrzeć, odsłaniając znów twarz. Kątem oka dostrzegła kasjerkę ze
sklepu. Jasne włosy splecione miała w dwa niewinne warkoczyki i uśmiechała się uroczo, jakby natchniona.
-?Politycy próbują nam wmówić, że jedynie dwa senturalne rodzaje mogą
nas skrzywdzić, ale my wiemy, że to bzdury! Nie możemy ulegać takiemu
myśleniu! -?ostrzegał mówca. -?Musimy pozbyć się istot, które czczą
księżyc i mordują w jego imię. Istot, które posilają się cudzym życiem.
Istot, które weszły w posiadanie sił nieczystych. Istot, które rodzą się
bez dusz i w oczach mają tylko pustkę! -?Mężczyzna podniósł głos. -
Musimy uchronić się przed zwierzętami, które przywłaszczyły sobie
wizerunek ludzi i wkradły się do naszych miast i naszych rodzin!
Erin zamarła. Czy to wciąż była teoretyczna, poetycka przemowa? Czy
mężczyzna wiedział coś o ich obecności w mieście? Jeszcze raz zerknęła
nerwowo na kasjerkę w tłumie. Złe przeczucie, które podążało za nią, od
kiedy przekroczyli granicę miasteczka, rosło niczym balon, aż wreszcie
pękło spektakularnie i zalało wszystko beznadzieją.
Zaczęła się cofać. Wolno, ostrożnie, z pochyloną głową. Strach powoli
wypierała adrenalina.
-?Nie możemy ufać władzom, które nie podzielają naszych poglądów.
Spotykamy się tu w noc oczyszczenia, by raz jeszcze wziąć sprawy w swoje
ręce! Jak wielu z was wie, mamy powody, by zakładać, że zagrożenie znów
prześlizgnęło się do naszego miasta. Jeśli gdzieś w naszych lasach lub w naszych domach czają się te przesiąknięte złem istoty, dziś mamy
przyzwolenie i obowiązek, by to zagrożenie wyeliminować!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki