Dzieci Mallaroy. Tom I - A.M. Juna

-
Proszę czekać

1. Stan obecny

1.

Stan obecny

Czerw­cowe noce miały w sobie resztki utra­co­nej bez­tro­ski. Powie­trze było wciąż cie­płe, ale zni­kały bez­li­to­sna duchota i męczący skwar, a dła­wiący strach przed poj­ma­niem tra­cił nieco na inten­syw­no­ści. Niebo z bole­śnie błę­kit­nego zmie­niało się w kojąco czarne, ulice pusto­szały, a panu­jący na nich spo­kój tylko cza­sem zakłó­cały odgłosy przy­spie­szo­nych kro­ków w cięż­kich, woj­sko­wych butach albo wale­nie pię­ściami w drzwi. Na skle­po­wych pół­kach nie bra­ko­wało już towa­rów, za to pod­trzy­my­wano ofi­cjalny stan wyjąt­ko­wego zagro­że­nia, godzinę poli­cyjną i liczne blo­kady dro­gowe.

Pierw­sze fale szoku po glo­bal­nym ujaw­nie­niu sen­tury zaczęły opa­dać, świat ni­gdy już nie miał być nato­miast taki sam i Erin Lan­ford szybko odkryła, że łatwiej jej sta­wiać mu czoła pod osłoną mil­czą­cej ciem­no­ści.

To mil­cze­nie dia­bli wzięli, gdy coś trza­snęło gło­śno. Erin wstrzy­mała oddech, a jej ciało spięło się momen­tal­nie, pod­świa­do­mie szy­ku­jąc się do biegu. Odwró­ciła się i spoj­rzała na Alex. Cza­ro­dziejka prze­ło­żyła wła­śnie pierw­szą nogę nad para­pe­tem i sie­działa teraz na nim okra­kiem.

-?Alex! -?W szep­cie dziew­czyny sły­chać było panikę. -?Diego powta­rzał tysiąc razy, by uwa­żać na ten wazon!

Alex zmarsz­czyła brwi.

-?Co?

Erin zigno­ro­wała pyta­nie. Przy­ło­żyła jedy­nie palec do ust, naka­zu­jąc ciszę. Przez moment stała w bez­ru­chu, nasłu­chu­jąc. Wresz­cie ode­tchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż ude­rzało zbyt szybko.

-?Nie obu­dził się. Właź dalej -?pona­gliła naj­ci­szej, jak się dało. - Tylko ostroż­nie!

Gdy obie zna­la­zły się w spo­wi­tym mro­kiem salo­nie, chwilę zajęło im szu­ka­nie wazonu, który prze­tur­lał się pod stół po tym, jak spadł z para­petu.

-?Nie pękł -?stwier­dziła Erin po ner­wo­wych oglę­dzi­nach.

Alex nie odpo­wie­działa. Spoj­rzała w sufit i na jej twa­rzy poja­wiło się sku­pie­nie, ale zaraz odwró­ciła się gwał­tow­nie w bok, jak gdyby roz­pro­szyło ją coś nie­wi­dzial­nego. Potem ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w głąb nie­wiel­kiego domu, w stronę otwar­tej kuchni.

Erin wes­tchnęła, odsta­wiła pla­sti­kowy wazon z powro­tem na para­pet, po czym ruszyła w ślad za cza­ro­dziejką.

Obco­wa­nia z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Spra­wiała wra­że­nie, jakby zupeł­nie nie przej­mo­wała się kry­zy­sem, i coraz czę­ściej była cał­ko­wi­cie nie­obecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nad­zo­ro­wać i pouczać, aby jakąś głu­pią nie­uwagą nie spro­wa­dziła na grupę nie­bez­pie­czeń­stwa. Jed­no­cze­śnie to wła­śnie ona ich wszyst­kich chro­niła - gdyby nie jej zaklę­cia, pew­nie dawno już zosta­liby zlo­ka­li­zo­wani przez cza­ro­dzie­jów, któ­rzy opo­wie­dzieli się po stro­nie ludzi. Jedna nie­wła­ściwa runa i mie­liby na karku żoł­nie­rzy... Trwali więc w para­dok­sie: musieli pil­no­wać bez­tro­skiej Alex jak dziecka, zara­zem powie­rza­jąc jej magii swoje życie.

-?Jest wię­cej jedze­nia -?oznaj­miła teraz melo­dyj­nym gło­sem. Świa­tło z otwar­tej lodówki rzeź­biło jej pro­fil pla­mami ostrego świa­tła i cieni.

Erin miała ochotę zaci­snąć ręce na jej szyi.

-?Szep­tem -?syk­nęła ledwo sły­szal­nie. -?Mów szep­tem, Alex, bła­gam cię!

Cza­ro­dziejka wyglą­dała na sko­ło­waną. Było nie­stety bar­dzo praw­do­po­dobne, że umknął jej cał­ko­wi­cie fakt, iż wła­mały się wła­śnie w środku nocy do cudzego domu.

-?Masz rację, jest wię­cej -?mruk­nęła Erin, tym razem sama do sie­bie, zaglą­da­jąc przy­ja­ciółce przez ramię. Żołą­dek skrę­cał jej się z głodu i widok wypcha­nych jedze­niem pó­łek był przy­tła­cza­jący. -?Podaj mi nóż. Jak utniemy kawa­łek sera, to chyba nie zauważy, prawda?

Alex wzru­szyła ramio­nami.

Pod­kra­dali jedze­nie naj­rza­dziej, jak się dało i w nie­wiel­kich ilo­ściach, żeby wła­ści­ciel nie zwró­cił uwagi na braki. Po podziale mię­dzy ukry­wa­jącą się sió­demkę -?Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha, Anthony'ego i Diego -?por­cje były żało­śnie nie­wiel­kie.

Na bla­cie obok lodówki pię­trzyły się jabłka. W szafce zna­la­zły trzy paczki chleba. Sta­rzec wyraź­nie nie zamie­rzał uda­wać się nie­ba­wem do sklepu i natych­miast wzbu­dziło to w Erin nie­po­kój. Czyżby zapo­wie­dziano kolejny lock­down? Gdy szó­stego maja w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ofi­cjal­nie ujaw­niono ist­nie­nie sen­tury, wie­ści te lotem bły­ska­wicy obie­gły cały świat, wzbu­dza­jąc napię­cia. Choć eko­no­miczne i poli­tyczne rela­cje mię­dzy­na­ro­dowe już nieco się uspo­ko­iły, zmiany wewnętrzne w każ­dym pań­stwie nabie­rały tempa. Aby być z nimi na bie­żąco, pró­bo­wali pod­słu­chi­wać pod oknem, gdy męż­czy­zna oglą­dał wia­do­mo­ści na sta­rym, trzesz­czą­cym tele­wi­zo­rze, ale nie zawsze to się uda­wało. Jed­nego mogli być pewni: polo­wa­nie na wam­piry i wil­ko­łaki trwało.

Ponie­waż spi­sek Mar­tina Gal­la­ghera się powiódł i zmien­no­kształtni, łowcy oraz cza­ro­dzieje z kraju w porę pod­jęli współ­pracę z ludźmi, celem łapa­nek były tylko dwa sen­tu­ralne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, któ­rzy zna­cząco domi­no­wali pod wzglę­dem liczeb­no­ści, nie­wiele mogłoby sta­nąć na dro­dze, gdyby zde­cy­do­wali się ści­gać też pozo­sta­łych.

Kąty pogrą­żo­nego w mroku domu wydały się nagle Erin jesz­cze czar­niej­sze.

-?Myśla­łam, że Tatiana szła za tobą? -?szep­nęła, zer­ka­jąc za sie­bie kon­tro­l­nie. Pusto.

Alex patrzyła w nie­ist­nie­jący punkt, pocie­ra­jąc poty­licę. Włosy odro­sły jej już nieco po zgo­le­niu głowy w Mal­la­roy, mimo to na­dal były kró­ciut­kie.

-?Kto?

-?Tatiana.

-?Co?

Erin wes­tchnęła cicho, ale ciężko.

-?Czy Tatiana wró­ciła do szopy? -?zapy­tała ponow­nie, na­dal szep­tem, ale wol­niej i wyraź­niej. Za nie­wiel­kim domem znaj­do­wała się stara szopa z narzę­dziami i gra­tami. To tam koczo­wali przez więk­szość czasu.

-?Nie. -?Alex uśmiech­nęła się pro­mien­nie. -?Powie­działa, że zosta­nie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się świa­tło.

Erin ski­nęła głową.

-?Chcesz iść pierw­sza?

-?Co?

Z Alex było coraz gorzej. Im trud­niej­sza sta­wała się ich sytu­acja, tym moc­niej dziew­czyna ucie­kała do wnę­trza wła­snej głowy.

-?Nie­ważne -?mruk­nęła Erin z rezy­gna­cją. Nie miała siły cią­gle się powta­rzać.

Od czte­rech tygo­dni -?od kiedy w noc zde­ma­sko­wa­nia urzą­dzono masowe aresz­to­wa­nia, a Mal­la­roy, które było jej nowym domem, zmie­niło się w pole bitwy -?była bez prze­rwy zmę­czona. Wykoń­czona wszyst­kim: ucieczką, ukry­wa­niem się, walką o schro­nie­nie i jedze­nie, poszu­ki­wa­niem dostępu do wody, nie­usta­ją­cym lękiem, kosz­ma­rami, żałobą po ponie­sio­nych stra­tach i tęsk­notą za rodziną. Przede wszyst­kim jed­nak była zmę­czona bez­ce­lo­wo­ścią. Nic nie robili. Nie bie­gli w kon­kretną stronę, ale jedy­nie przed czymś ucie­kali. Zasta­na­wiała się cza­sem, jak długo można tak żyć. Jak długo można podą­żać po pro­stu przed sie­bie, byle dalej od zagro­że­nia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przy­po­mi­nała sobie, że świat widział już takie histo­rie. Tyle było prze­śla­do­wań, tyle okru­cień­stwa, tyle nie­na­wi­ści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.

-?Idę do toa­lety -?oznaj­miła wresz­cie cicho, zer­ka­jąc na Alex, która mam­ro­tała coś pod nosem. -?Alex? Alex...?

Cza­ro­dziejka unio­sła palec, naka­zu­jąc Erin mil­cze­nie. Dopiero po chwili stało się jasne, że odna­wia jedno z zaklęć. Erin ski­nęła głową, wła­ści­wie sama do sie­bie, i ruszyła bez­sze­lest­nie w stronę łazienki.

Kiedy za pierw­szym razem wła­mali się do domu, miała okrop­nie spo­cone ręce i wra­że­nie, że serce wysko­czy jej przez gar­dło i narobi hałasu, ude­rza­jąc o pod­łogę. Tym­cza­sem teraz już nawet obmy­wała się w umy­walce. Prysz­nic wciąż wyda­wał się jed­nak za gło­śny.

Pierw­szy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspo­mi­nała jako mie­sza­ninę brudu, bólu i para­li­żu­ją­cego lęku. Potem nade­szła peł­nia. Mia­sta roz­bły­sły set­kami poli­cyj­nych syren, lasy prze­cięły snopy reflek­to­rów z heli­kop­te­rów mili­tar­nych. Ile wil­ko­ła­ków zła­pano? Ile zastrze­lono, a ilu udało się uciec? Ilu zaata­ko­wało ludzi? Erin nie miała poję­cia. Z pew­no­ścią wiele.

Gdy Keith się zmie­nił, Alex i Diego cudem utrzy­mali go w kry­jówce za pomocą magii i run. Zakłó­ce­nie nor­mal­nego obco­wa­nia z ener­gią księ­ży­cową spra­wiło, że chło­pak spę­dził następne dwa dni, zwra­ca­jąc wszystko, co udało mu się prze­łknąć -?ale co z tego?

Musieli iść dalej.

Na początku rato­wało ich chyba jedy­nie to, że ukry­wał się wraz z nimi Diego. Dys­po­no­wał impo­nu­jącą wie­dzą w zakre­sie sztuki prze­trwa­nia, jak na porząd­nego łowcę przy­stało, a do tego w szkole uczest­ni­czył w kur­sie, który miał mu pomóc wstą­pić w sze­regi pro­tek­to­rów. Stał się nie­za­stą­piony, bo myślał tro­chę jak prze­ciw­nik. Pro­blem pole­gał na tym, że nikt z przy­ja­ciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to podo­bień­stwo. Jesz­cze do nie­dawna Diego był szpie­giem -?śle­dził poczy­na­nia Erin w Mal­la­roy na pole­ce­nie Gal­la­ghera. Ufa­nie mu było cho­ler­nie nie­bez­pieczne, ale jak mie­liby pora­dzić sobie bez niego?

Musieli ryzy­ko­wać.

Erin przy­mknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą się­gnęła po mydło, wspo­mi­na­jąc obskurne łazienki na zapo­mnia­nych sta­cjach ben­zy­no­wych i mętne wody w leśnych bajo­rach.

Dobre dwa tygo­dnie spę­dzili pra­wie non stop zaszyci w lesie, wycień­czeni i głodni, wciąż idąc w nie­okre­ślo­nym kie­runku. Dopiero kiedy cał­ko­wity zakaz prze­miesz­cza­nia się zastą­piono godziną poli­cyjną, odwa­żyli się zbli­żyć do cywi­li­za­cji. Od tego czasu kra­dli. Tu jedze­nie, tam ubra­nie albo inną przy­datną rzecz... Nie mieli pie­nię­dzy i nie mogli ich zdo­być. Aktyw­ność kart ban­ko­wych mogła być moni­to­ro­wana, tele­fony musieli wyrzu­cić na samym początku, bo -?jak pouczył ich Diego -?łowcy wyna­leźli sys­tem sczy­ty­wa­nia śla­dów sen­tury z sygna­łów GSM, przed któ­rym nie dało się ochro­nić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na miło­sier­dzie, bo nie potra­fili oce­nić, z kim mają do czy­nie­nia. Czy ta osoba stoi po stro­nie woj­ska? Czy to jeden ze zmien­no­kształt­nych, który ze stra­chu wspiera uprze­dzo­nych ludzi? Czy może czło­wiek, który mimo wszystko wie­rzy w dobroć wil­ko­ła­ków? Nie dało się tego prze­wi­dzieć, a pomyłka mogła ich słono kosz­to­wać. Lepiej było więc zakła­dać, że wszy­scy są źli. A potem ich okra­dać.

Pew­nego dnia, kiedy sie­dzieli pod wiatą nie­czyn­nego od dawna przy­stanku, Erin przy­szło do głowy, że może wła­śnie na tym polega sztuka prze­trwa­nia: trzeba zawsze zakła­dać naj­gor­sze, na wszelki wypa­dek. Może dokład­nie to samo robiła obec­nie więk­szość ludzi i ci cza­ro­dzieje, zmien­no­kształtni oraz łowcy, któ­rzy sta­nęli po ich stro­nie. Każdy tak naprawdę chciał jedy­nie prze­trwać, a wszystko inne -?krew, ból, prze­moc, okru­cień­stwo, nie­na­wiść -?poja­wiało się jako efekt uboczny stra­chu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze cho­dzi o to samo: o wła­dzę i pie­nią­dze, i nie było jesz­cze w całej histo­rii świata okresu nie­prze­żar­tego zgni­li­zną. Taką wer­sję miała Tatiana. Erin wolała wie­rzyć we wła­sną, bo była w niej cho­ciaż odro­bina opty­mi­zmu.

Ktoś zapu­kał cicho w drzwi i dziew­czyna wzdry­gnęła się, wyrwana z zamy­śle­nia.

-?Erin? -?Szept Alex prze­bił się przez drewno, z któ­rego odła­ziła biała farba.

-?Już, już. -?Dziew­czyna wcią­gnęła na sie­bie przy­dużą koszulkę i wyszła do cza­ro­dziejki. -?Łazienka twoja.

Alex nie ruszyła się z miej­sca.

-?Alex?

-?Co?

-?Łazienka?

-?Co?

Erin dostrze­gła błysk paniki w sza­ro­fio­le­to­wych oczach cza­ro­dziejki. Była to jed­nak tylko chwila i zaraz Alex uśmiech­nęła się sze­roko. Potem znik­nęła w łazience.

W kuchni Erin upew­niła się, że w ple­caku jest wszystko, co zamie­rzała wynieść tej nocy z domu do szopy, a następ­nie ostroż­nie usia­dła na jed­nym z krze­seł, uwa­ża­jąc, by nie zatrzesz­czało zbyt gło­śno. Po tygo­dniu spę­dzo­nym w tym miej­scu wie­działa już, na co uwa­żać.

W sta­rym domu oto­czo­nym polami i pastwi­skami miesz­kała jedna samotna osoba: chudy sta­rzec ze skórą znisz­czoną słoń­cem. Codzien­nie wsta­wał o świ­cie i jechał gdzieś czer­wo­nym, odra­pa­nym pick-upem. Druga część ich grupy wła­śnie wtedy zakra­dała się do posia­dło­ści.

Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszyst­kim ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na niebo, kiedy było czarne, a nie bole­śnie błę­kitne, jak oczy kogoś, kogo już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybie­rała spo­kój nocy i szu­kała w nim teraz odro­biny kom­fortu, a Alex po pro­stu lubiła patrzeć w gwiazdy. Zmiany dzienne prze­jęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony... O Antho­nym pró­bo­wali nie roz­ma­wiać.

-?Erin? -?Smuga świa­tła wylała się na ciemną pod­łogę wraz z szep­tem Alex przez uchy­lone drzwi do łazienki. -?Możesz?

Erin zbli­żyła się, wzięła wycią­gnięty w jej stronę mar­ker i sku­piła wzrok na ciele przy­ja­ciółki. Cza­ro­dziejka miała na sobie spor­towy top, a bluzkę trzy­mała w ręku. Jej ciało zdo­biło kilka zadra­pań i sinia­ków zaro­bio­nych gdzieś po dro­dze, nie­świa­do­mie -?od spa­nia na twar­dej powierzchni albo nie­uważ­nego poru­sza­nia się po zagra­co­nej szo­pie. Uwagę przy­cią­gały jed­nak nie one, tylko czarne runy, które pokry­wały cały jej brzuch i plecy.

-?Nie ruszaj się -?mruk­nęła Erin, otwie­ra­jąc mar­ker. Wciąż wie­działa nie­wiele o magii i pra­wie nic o runach, ale nie sta­no­wiło to pro­blemu, bo jej zada­nie pole­gało tylko na popra­wieniu wybla­kłych śla­dów nową war­stwą per­ma­nent­nego tuszu. Nie miała poję­cia, czemu cza­ro­dziejka nie chce robić tego sama, ale z jakie­goś powodu bała się zapy­tać.

Przez pierw­sze kil­ka­na­ście dni Alex sta­ran­nie opi­sy­wała runami anty­lo­ka­li­za­cyj­nymi każde miej­sce, w któ­rym spali, a po dro­dze mam­ro­tała zaklę­cia. Potem wpa­dła na genialny pomysł, żeby z samej sie­bie zro­bić płótno. Teraz co kilka dni popra­wiali ukryte pod jej ubra­niami runy, które woda i pot ście­rały ze skóry. Było to spore uła­twie­nie logi­styczne, nie zmie­niało jed­nak ilo­ści magicz­nej ener­gii, którą dziew­czyna musiała odda­wać.

-?Gotowe -?oznaj­miła wresz­cie Erin. -?Sie­dzimy tu zbyt długo, pora się wyno­sić -?dodała.

Alex pod­nio­sła się z miej­sca i nacią­gnęła na sie­bie bluzkę.

-?Dzięki.

-?Nie ma za co.

-?Co? -?zapy­tała cza­ro­dziejka, zdez­o­rien­to­wana.

-?Nie­ważne. -?Erin wes­tchnęła, po czym coś jej się przy­po­mniało. Cof­nęła się cicho do kuchni i otwo­rzyła szafkę nad zle­wem, gdzie sta­rzec trzy­mał mocne alko­hole. Bute­lek było mniej niż ostat­nio. Prze­klęła cicho, zaci­ska­jąc dłoń moc­niej na drzwiach szafki, ale nic nie powie­działa.

Po chwili obie wyla­zły przez to okno, któ­rym weszły. Alex ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w stronę szopy, nie­wzru­szona. Erin na otwar­tej prze­strzeni poczuła się natych­miast mniej pew­nie, ogar­nięta irra­cjo­nal­nym lękiem, że ktoś obser­wuje je z daleka. Przy­gar­biła się odru­chowo i rozej­rzała ner­wowo, szu­ka­jąc wzro­kiem Tatiany. Zmien­no­kształtna stała kawa­łek dalej i na nią patrzyła. Ski­nęły sobie deli­kat­nie gło­wami -?ledwo zauwa­żalny, ale pełen wspar­cia gest sygna­li­zu­jący, że są w tym razem. Zbli­żyły się do sie­bie szybko i w mil­cze­niu ruszyły za Alex.

Spo­kój trwał tylko przez kil­ka­na­ście kro­ków. Po chwili Tatiana zła­pała Erin za przed­ra­mię, zatrzy­mu­jąc ją w miej­scu. W ciem­no­ści trudno było dostrzec wyraz jej twa­rzy, ale sam gest wystar­czył, by dziew­czyna zamarła, prze­ra­żona.

Coś sze­le­ściło w gęstwi­nie wyso­kich krza­ków tuż za szopą.

-?Alex, stój! -?syk­nęła cicho Erin.

Cza­ro­dziejka oczy­wi­ście nie usły­szała.

-?Reszta na­dal śpi... -?szep­nęła Tatiana drżą­cym gło­sem, pod­świa­do­mie ści­ska­jąc przed­ra­mię Erin jesz­cze moc­niej.

-?Alex! -?Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efek­tów.

Liście trzę­sły się zauwa­żal­nie, ciszę nocy prze­ry­wał odgłos łama­nia drob­nych gałą­zek. Nie było wąt­pli­wo­ści, że ktoś prze­suwa się w ich stronę, ale cza­ro­dziejka rado­śnie zbli­żała się wciąż do nie­bez­pie­czeń­stwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy. Dzie­liło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi...

Anthony Tow­ner wypadł z krza­ków z kijem w ręku, nie­bez­piecz­nie się zata­cza­jąc.

-?Ej! -?rzu­cił gło­śno i z wyrzu­tem, bo ledwo unik­nął zde­rze­nia z cza­ro­dziejką.

-?Dzień dobry -?odpo­wie­działa uprzej­mie Alex.

Strach Erin momen­tal­nie prze­isto­czył się we wście­kłość.

-?Trzy­maj mnie, bo go zamor­duję -?syk­nęła do Tatiany, która wolno wypusz­czała powie­trze.

Z ciał ich obu ulot­niło się napię­cie.

-?Czy wie­cie, że -?zaczął Anthony, wciąż koły­sząc się na boki i nawet nie pró­bu­jąc ści­szyć głosu -?te krzaki to labi­rynt? Można się w nich zgu­bić, kurde...

-?Tony, zamknij się -?ostrze­gła Erin, mie­rząc go dość wro­gim spoj­rze­niem.

W sto­ją­cym przed nią chło­paku trudno było dopa­trzyć się odpo­wie­dzial­nego lidera brac­twa zmien­no­kształt­nych z Mal­la­roy. Brą­zowe, krę­cone włosy ster­czały na boki, brudne i potar­gane, skóra pełna była drob­nych zadra­pań, a wymięty T-shirt zdo­biła na środku spo­rej wiel­ko­ści plama. Śmier­działo od niego alko­ho­lem na metr, ale nawet bez tego widać było jak na dłoni, że jest nawa­lony. Naj­gor­sze były jed­nak jego oczy: puste i obce.

-?Musisz się zamknąć -?prze­drzeź­niał ją Anthony z nutą drwiny, która poja­wiała się, gdy pił. -?Sama musisz się... Ej, ej, ej! -?zapro­te­sto­wał gło­śno, bo Erin ode­brała mu kij, któ­rym już zaczy­nał wyma­chi­wać. -?To było -?czknął -?moje. -?Wciąż nie ści­szał głosu, wręcz prze­ciw­nie.

Tatiana bała się, że w oknie na pię­trze pojawi się świa­tło.

-?Musimy zacho­wać ciszę, prze­cież dobrze wiesz.

Chło­pak zaczął mam­ro­tać coś pod nosem, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony, ale przy­naj­mniej nie wsz­czął kłótni. Zamiast tego roz­glą­dał się na boki, jak gdyby usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, gdzie w ogóle się znaj­duje. Przy­ja­ciółki wymie­niły spoj­rze­nia. Były sfru­stro­wane i zmę­czone, lecz nie zasko­czone.

-?Poszu­kam butelki -?oznaj­miła wresz­cie chłodno Tatiana, marsz­cząc nos na obecny wciąż w powie­trzu, ostry zapach alko­holu i wymio­cin. -?Pew­nie porzu­cił ją gdzieś w krza­kach. Znowu. -?Znik­nęła w gąsz­czu zie­leni, zro­biła to jed­nak ze znacz­nie więk­szą gra­cją niż zmien­no­kształtny.

Anthony tym­cza­sem ruszył w sobie tylko zna­nym kie­runku, zata­cza­jąc się żało­śnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedy­nie beł­kot. Po chwili potknął się o wła­sne stopy i upadł na trawę, zano­sząc się gło­śnym śmie­chem.

Erin w dwóch susach zna­la­zła się przy chło­paku.

-?Cho­lera jasna, Tony! -?syk­nęła z mie­sza­niną zło­ści i nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

Anthony był w roz­sypce od pierw­szych dni wspól­nej ucieczki. Na początku funk­cjo­no­wał tylko w zmien­no­kształt­nej postaci wiel­kiego psa, potem jed­nak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbli­żać do cywi­li­za­cji, przy­brał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się sta­czać. Nikt jed­nak nie zauwa­żył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko uda­wało im się widzieć go trzeź­wego. Plą­tał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butel­kami wsze­la­kiego świń­stwa, które kradł, nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kie­dyś był jedną z naj­od­po­wie­dzial­niej­szych osób, jakie Erin znała. Teraz leżał na brud­nej ziemi, w alko­ho­lo­wym odrę­twie­niu, dła­wiąc się niskim, pustym recho­tem. Poko­nany.

Na początku Erin czuła głów­nie żal, potem na pro­wa­dze­nie wyszła złość, aż wresz­cie -?strach. Każdy ma limit złych rze­czy, które jest w sta­nie znieść, zanim wpad­nie w prze­paść zadrę­czo­nego umy­słu. Teraz, patrząc na tak odmie­nio­nego Anthony'ego, trudno było nie zada­wać sobie pyta­nia: jak bli­sko tej gra­nicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od prze­pa­ści?

Tatiana wyło­niła się z krza­ków z pra­wie pustą butelką wódki. Nie powie­działa nic, zmie­rzyła jedy­nie leżą­cego na ziemi chło­paka spoj­rze­niem peł­nym nie­po­koju i nie­chęci. Zmien­no­kształtny roz­ło­żył ręce i nogi sze­roko na tra­wie i wybuchł kolej­nym napa­dem śmie­chu. Było w tym odgło­sie coś nie­wła­ści­wego. Jakieś echo ciem­no­ści, lęku i śmierci, które spra­wiło, że po ple­cach Erin prze­bie­gły ciarki.

-?On jest za gło­śny -?szep­nęła Tatiana z iry­ta­cją. -?Tow­ner, chcesz nas zde­ma­sko­wać?

Zero reak­cji. Śmiech rósł w siłę. Okno na pię­trze pozo­sta­wało ciemne. Przy­ja­ciółki czuły nara­sta­jącą panikę.

-?Tony! -?jęk­nęła bła­gal­nie Erin, a potem przy­kuc­nęła i zakryła mu dło­nią usta. Musiały go uci­szyć za wszelką cenę, bo sytu­acja prze­ra­dzała się w praw­dziwe zamie­sza­nie, a oni nie byli bez­pieczni.

Ni­gdy nie byli bez­pieczni.

-?Mpfhh. -?Anthony szarp­nął głowę w bok, uwal­nia­jąc usta spod jej dłoni, i mach­nął ręką na oślep, pró­bu­jąc je odgo­nić. -?No co?! Odwal się. - Prze­tur­lał się na bok, wydał z sie­bie dziwny odgłos i zaczął się pod­no­sić. Udało mu się, ale stał chwiej­nie, raz po raz przy­my­ka­jąc oczy, bo zale­wały go fale mdło­ści.

-?Na to się nie da patrzeć... -?szep­nęła Tatiana, lecz nie odwró­ciła wzroku.

-?No co?! -?powtó­rzył pro­wo­ka­cyj­nie Anthony, znowu pod­no­sząc głos.

-?Szzz. -?Erin przy­ło­żyła w panice palec do wła­snych ust. -?Bła­gam cię, Anthony. Musisz być cicho.

-?Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!

Od czte­rech tygo­dni każde z nich pró­bo­wało stać się nie­wi­dzialne, a Anthony Tow­ner stał nie­da­leko domu, gdzie spał czło­wiek, i darł się jak opę­tany.

-?Alex, możesz coś zro­bić?! -?Tatiana odwró­ciła się w stronę błą­dzą­cej w pobliżu cza­ro­dziejki. W jej gło­sie, obok lęku, cza­iła się praw­dziwa złość.

-?Co? -?padła roz­ko­ja­rzona odpo­wiedź.

-?BĘDĘ GŁO­ŚNO, NO I CO?! -?Anthony kiwał się na boki, wyma­chu­jąc rękoma.

-?Bła­gam cię...

-?Alex! -?Tatiana chwy­tała się ostat­niej deski ratunku, ska­cząc wzro­kiem od okien domu do cza­ro­dziejki i z powro­tem. -?Pro­szę, ucisz jakoś magią Anthony'ego!

-?HALO? Czy ktoś mnie sły­szy!? -?Zmien­no­kształtny znów zaniósł się śmie­chem.

-?Tony, spójrz na mnie...

-?Co?

-?Ucisz go!

-?NO I CO MI ZRO­BISZ?!

-?ZAMKNIJ SIĘ! -?Tatiana nie wytrzy­mała.

Wszy­scy zamarli. Upra­gniona cisza, która zapa­dła, pełna była napię­cia. W oknach na­dal nie poja­wiło się świa­tło, ale może męż­czy­zna już wybie­rał w ciem­no­ści numer alar­mowy.

Anthony chwilę wodził nie­za­do­wo­lo­nym, choć pozba­wio­nym sku­pie­nia wzro­kiem mię­dzy Erin a Tatianą, sta­ra­jąc się obmy­ślić kolejny ruch. Potem zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał.

-?Powin­ni­śmy go wyrzu­cić z szopy na stałe -?rzu­ciła Tatiana surowo, z maską obo­jęt­no­ści na twa­rzy. -?Jak zacznie rzy­gać w środku, to będziemy mieć kolejny pro­blem.

-?Wciąż cię sły­szę­ęęę... -?zanu­cił Anthony prze­śmiew­czo.

-?I dobrze -?odcięła się chłodno zmien­no­kształtna. Widać było, że nie jest w sta­nie dalej dusić w sobie zło­ści, ale była na tyle odpo­wie­dzialna, by pozo­stać przy szep­cie. -?Myślisz, że tylko tobie jest ciężko? Że tylko ty coś stra­ci­łeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia cię nie obcho­dzą, pomyśl przy­naj­mniej o wła­snej sio­strze!

Pełne nie­po­koju spoj­rze­nie Erin prze­nio­sło się na Tatianę. Zmien­no­kształtna od tygo­dni trzy­mała głowę wysoko, odgry­wa­jąc rolę sil­nej i roz­sąd­nej. Jeśli dotarła wła­śnie do limitu wytrzy­ma­ło­ści, było to zro­zu­miałe, ale cho­ler­nie, cho­ler­nie nie­ko­rzystne.

Anthony wydał z sie­bie stłu­miony, gorzki odgłos roz­ba­wie­nia, odsu­wa­jąc się od wła­snych wymio­cin.

-?A weź się odwal, Tatiana. -?Już nie krzy­czał, za to tro­chę beł­ko­tał. Wycią­gał z sie­bie słowa, jakby były lep­kie i zosta­wały mu czę­ściowo na języku. -?Jaki ty masz pro­blem, co? -?Prze­rwał, żeby czknąć. -?No? Że cię chło­pak okła­mał, ta? Bo jak spraw­dza­łem ostat­nim razem, to na­dal za nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wyba­czyć, to... -?Wyko­nał czy­telne tylko dla sie­bie mach­nię­cie ręką i nie dokoń­czył.

Alko­hol robił z Anthony'ego praw­dzi­wego chama. Wszy­scy mieli już oka­zję się o tym prze­ko­nać. Zda­wali sobie sprawę, że szuka odrę­twie­nia, by nie czuć bólu. Trudno było jed­nak patrzeć na niego ze współ­czu­ciem.

-?Wystar­czy -?zażą­dała Erin, chcąc chro­nić uczu­cia przy­ja­ciółki.

W Mal­la­roy Tatiana Len­nox po raz pierw­szy w życiu się zako­chała -?w poważ­nym łowcy ze star­szej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez Reyes w sekre­cie pil­nuje Erin na pole­ce­nie Mar­tina Gal­la­ghera. Szó­stego maja świat sen­tury sta­nął w pło­mie­niach, a serce Tatiany obro­sło lodem. Nie ma nic gor­szego, niż zawieść zaufa­nie osoby, która pra­wie przed nikim się nie otwiera.

-?Ach tak, taaak. No i prze-ż jesz­cze złote dziecko, Erin Lamf- Lan­ford... -?beł­ko­tał Anthony, chwie­jąc się na nogach. -?Włą­czyła radio­wę­zeł szkolny, co? I połowa uczniów padła tru­pem...

Erin zaci­snęła ręce, a jej oczy zaszkliły się nie­bez­piecz­nie.

-?Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Prze­cież tam byłeś, widzia­łeś... - bro­niła się, pró­bu­jąc prze­ko­nać nie tylko jego, ale też sie­bie. - Zła­pa­liby wszyst­kich w łóż­kach... -?dodała słab­szym gło­sem. Powinna być już odporna na paskudne tek­sty Tow­nera, ale ten nawet pijany wie­dział, gdzie ude­rzyć.

Gdy woj­sko weszło w nocy na teren Szkoły Sen­tu­ral­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya, Erin użyła radio­wę­zła, by obu­dzić uczniów w inter­na­cie. Liczyła, że wam­pi­rom i wil­ko­ła­kom uda się jakoś uciec. I w przy­padku nie­któ­rych tak się stało. Wznie­ciła też jed­nak panikę, przez co osoby wszyst­kich rodza­jów wypa­dły na kory­ta­rze i to, co pla­no­wano jako spo­kojne poj­ma­nie, zmie­niło się w krwawą walkę. Nie­jed­nej nocy zasta­na­wiała się, czy w osta­tecz­nym roz­ra­chunku sie­dze­nie cicho nie oca­li­łoby więk­szej liczby ist­nień.

-?Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście... -?Słowa zmien­no­kształt­nego obcią­żone były gory­czą nie tylko alko­holu. -?Chcia-ś rato­wać przy­ja­ciół? No i pr-szę bar­dzo, wyszło! -?Roz­ło­żył ręce. -?Pr-szę bar­dzo, no to liczy-y-my, liczymy... Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex? M-hm. -?Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. -?A chce­cie wie­dzieć, kto był moim przy­ja­cie­lem? -?Zro­bił chwiejny krok do przodu i pod­niósł głowę, by spoj­rzeć pro­sto na Erin. -?Isaac. Jess. Annie. Wie­cie... Wie­cie, co ich wszyst­kich łączy? -?Dopiero teraz, w nikłym świe­tle księ­życa, Erin dostrze­gła, że w jego oczach błysz­czą łzy. -?Mar­twi. Wszy­scy są mar­twi. Wszy­scy na naszych oczach... Na moich oczach...

Cisza, która zapa­dła po tych sło­wach, była tak dru­zgo­cąca, że przez chwilę Erin zaczęła tęsk­nić za nara­ża­ją­cymi ich na nie­bez­pie­czeń­stwo krzy­kami.

-?Masz Lizzy -?zauwa­żyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idio­tycz­nie, ale nie mogła już znieść mil­cze­nia. -?Masz nas...

-?Nie wiesz -?wymam­ro­tał Anthony. Jego wzrok powę­dro­wał w stronę butelki, którą Tatiana wciąż trzy­mała. -?Nic nie rozu­mie­cie. Nie rozu­mie­cie...

Erin poczuła, że zie­mia osuwa się jej pod nogami. Nie rozu­miała? Miała bliź­niaczkę po złej stro­nie tej prze­klę­tej wojny i widziała, jak życie gaśnie w błę­kit­nych oczach Michae... Nie. Nie­ważne.

Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci cią­żyć w klatce pier­sio­wej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.

-?Więc o to cho­dzi? -?Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą pozor­nej obo­jęt­no­ści. Dla bez­pie­czeń­stwa. -?Chcesz nas wszyst­kich pocią­gnąć na dno?

Anthony prych­nął tylko, czknął i zaczął nie­po­rad­nie chwy­tać za wła­sny T-shirt.

-?Tony, nie... -?zaczęła Erin, ale było za późno. Chło­pak wśli­zgnął się w skórę dużego, burego kun­dla i zata­cza­jąc się na czte­rech łapach, wyplą­tał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedy­nej drogi w zasięgu ich wzroku.

-?Zostaw go -?pora­dziła Tatiana z wes­tchnie­niem. -?Niech idzie.

Erin skrzy­wiła się w mil­cze­niu.

Tatiana spoj­rzała na nią tro­chę nie­pew­nie. Wąt­pli­wo­ści rosły.

-?Myślisz, że... -?W jej tonie poja­wiło się poczu­cie winy. -?Nie powin­nam reago­wać aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po pro­stu...

-?...zmę­czona -?dokoń­czyła za nią Erin.

Przy­ja­ciółka poki­wała głową. Chwilę roz­ma­wiały ze sobą bez słów, samymi spoj­rze­niami. Ostat­nimi czasy nie­które rze­czy dało się prze­ka­zać tylko w ten spo­sób.

-?Ta jest ładna -?oznaj­miła Alex, o któ­rej pra­wie zapo­mniały. Wciąż stała nie­opo­dal i wska­zy­wała pal­cem jakąś gwiazdę na nie­bie.

Erin i Tatiana pra­wie rów­no­cze­śnie przy­mknęły oczy, czu­jąc nara­sta­jącą bez­rad­ność. Ich uwagę szybko przy­cią­gnął jed­nak kolejny obcy szmer. Nie były same.

Pod ścianą szopy sie­dział jasno­brą­zowy kró­lik, który wyglą­dał jak Yorick, ale nim nie był, o czym świad­czył wyraźny brak pogardy w spoj­rze­niu. Zwie­rzę drgnęło, przy­ła­pane, i umknęło do szopy.

Tatiana przy­ło­żyła palce do skroni i roz­ma­so­wała je despe­racko, muska­jąc opusz­kami kró­ciut­kie, cia­sno skrę­cone loki.

-?Ta noc się nie koń­czy...

-?Myślisz, że wszystko sły­szała? -?zapy­tała głu­pio Erin.

Obie wie­działy, jaka jest odpo­wiedź, i ruszyły śla­dem Lizzy Tow­ner, któ­rej zmien­no­kształtną formą był kró­lik.

W szo­pie pano­wał chaos. Wszę­dzie walały się rupie­cie: zardze­wiałe gra­bie, zepsute skrzy­nie, stare czę­ści maszyn rol­ni­czych, a także -?na szczę­ście dla nich -?kilka koców i poszar­pane plan­deki. Z tych ostat­nich uło­żyli pro­wi­zo­ryczne lego­wi­ska tam, gdzie udało się zna­leźć pusty kawa­łek pod­łogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była pra­wie pewna, że obu­dził się od krzy­ków Anthony'ego, ale wyraź­nie nie chciał dać tego po sobie poznać. Kawa­łek dalej, za sta­rym kar­to­nem i wiel­kim, nie­dzia­ła­ją­cym sil­ni­kiem, chra­pał cicho Keith.

Erin i Tatiana skie­ro­wały się w stronę gru­bego, zaku­rzo­nego koca. Wiel­kość wybrzu­sze­nia suge­ro­wała, że Lizzy zmie­niła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwi­nięty w kulkę Yorick, ten praw­dziwy.

-?Liz -?zaczęła łagod­nie Erin. Przy­klę­kła obok przy­ja­ciółki, ostroż­nie kła­dąc rękę w miej­scu, gdzie, jak zga­dy­wała, znaj­do­wały się jej plecy.

Lizzy nie odpo­wie­działa. Sły­chać za to było cichy szloch.

-?Wróci rano -?szep­nęła Tatiana, mając oczy­wi­ście na myśli Anthony'ego. Kuc­nęła obok Erin. -?Na pewno wróci. Ni­gdy nie prze­sta­nie być twoim bra­tem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego oka­zy­wać.

Stan Anthony'ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młod­szej sio­stry, Lizzy. Pogrą­żony w żało­bie po tych, któ­rych utra­cił, prze­sta­wał dostrze­gać tych, któ­rzy dalej przy nim trwali. Roz­pacz ma tę prze­wrotną naturę, że odcina czło­wieka od innych, jakby celowo robiła miej­sce kolej­nemu nie­szczę­ściu.

Spod brud­nego koca wychy­nęły naj­pierw jasne, krę­cone włosy, potem czer­wone, opuch­nięte oczy, wresz­cie pie­go­waty nos i okrą­głe policzki. Przez chwilę Lizzy tylko mru­gała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzy­mać nową falę łez.

-?Nie mia­łam poję­cia... -?zaczęła wresz­cie i urwała, prze­ły­ka­jąc ślinę. Widać było, że ciężko jej prze­ci­snąć słowa przez gar­dło. -?Nie mia­łam poję­cia, że to było aż tak poważne, wie­cie? On i Annie...

Cza­sem Erin miała wra­że­nie, że coraz rza­dziej komu­kol­wiek z nich udaje się koń­czyć zda­nia. Wszyst­kie słowa ury­wały się, zastę­po­wane przez zna­czącą ciszę. Z tygo­dnia na tydzień rze­czy­wi­stość robiła się coraz bar­dziej... nie do wypo­wie­dze­nia.

-?Cza­sem żar­to­wał przy rodzi­cach, że się jej oświad­czy -?kon­ty­nu­owała Lizzy, pocią­ga­jąc nosem. -?Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale to było takie... To zawsze było nie do końca serio. Tak myśle­li­śmy. Ale on chyba naprawdę miał plan...

Anthony chciał oddać zmien­no­kształt­nej Annie całe swoje życie, ale ona umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zro­bić.

Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się pła­kać.

-?Wszystko będzie z nim w porządku -?szep­nęła, pró­bu­jąc prze­ko­nać i Lizzy, i sie­bie. -?Z nami też wszystko będzie w porządku.

-?Obie­cu­jesz? -?zapy­tała cicho zmien­no­kształtna.

Erin zamil­kła.

-?Lepiej nie -?wtrą­ciła ponuro Tatiana, przy­ci­ska­jąc do nich swoje ramię. Nie lubiła przy­tu­la­nia, mimo to chciała jakoś w tej bli­sko­ści uczest­ni­czyć.

Lizzy otarła policzki wierz­chem dłoni i zaśmiała się cicho, tro­chę smutno, lecz szcze­rze.

-?Mądrze -?stwier­dziła z cie­niem uśmie­chu.

Erin kiw­nęła głową.

-?Tatiana zawsze ma rację -?zgo­dziła się, przy­wo­łu­jąc przy­pad­kiem echo bez­tro­skich, wie­czor­nych roz­mów w pokoju numer 465 w inter­na­cie Mal­la­roy.

Nawet Tatia­nie zakrę­ciły się łzy w oczach.

Yorick łypał na nie, jak zawsze pogar­dli­wie, a one pła­kały cicho razem.

2. Mayday!

2.

May­day!

Prze­śla­do­wały ją w snach twa­rze żoł­nie­rzy, na któ­rych rzu­cili się w Mal­la­roy, toru­jąc sobie drogę do ucieczki. Mar­twe usta męż­czyzn wołały w ciem­no­ściach jej imię, przy­po­mi­na­jąc o zbrodni, któ­rej się dopu­ściła.

-?Erin? -?Ktoś potrzą­sał jej ramie­niem. -?Erin, wsta­waj!

Obu­dziła się, łapiąc gwał­tow­nie oddech. Świa­tło dzienne natych­miast zakłuło ją w oczy, zaczęła więc mru­gać, zdez­o­rien­to­wana.

-?Czego? -?jęk­nęła, zmę­czona.

-?Erin! -?To Keith ją drę­czył.

-?Jest dzień. Ja nie wstaję w dzień -?zauwa­żyła, wci­ska­jąc twarz w bluzę, która zastę­po­wała jej poduszkę.

-?Erin. Nie mamy czasu.

Głos wil­ko­łaka się zmie­nił. Albo może dopiero teraz roz­bu­dziła się na tyle, by wychwy­cić w nim nutę stra­chu. Erin roz­po­znała ten ton. Każdy z jej przy­ja­ciół brzmiał odro­binę ina­czej w obli­czu zagro­że­nia. Pode­rwała się do pozy­cji sie­dzą­cej.

-?Co się dzieje?!

-?Musimy się wyno­sić. -?Diego stał w drzwiach szopy i wyglą­dał tak samo poważ­nie jak zawsze.

Erin nie trzeba było tego powta­rzać. Wszy­scy spali w ubra­niach. Wystar­czyło więc, że wstała, i była pra­wie gotowa.

-?Lizzy i Tatiana pakują jedze­nie do ple­ca­ków. Zbierz swoje rze­czy i wyjdź na drogę. Za chwilę ruszamy -?pole­cił Diego, narzu­ca­jąc na ramię wła­sny bagaż. Nie wszyst­kim udało się zabrać cokol­wiek pod­czas ucieczki z Mal­la­roy, ale po kilku tygo­dniach w dro­dze każdy miał już przy sobie choć tro­chę przed­mio­tów.

Gdy Diego znik­nął, Erin prze­nio­sła wzrok na Keitha.

-?Co się stało? -?zapy­tała, zwią­zu­jąc brą­zowe włosy w kitkę. Potem kuc­nęła, żeby zwi­nąć koc. Ręce lekko jej się trzę­sły.

-?Chyba widzieli moją bli­znę -?wyznał Keith, pełen wyrzu­tów wzglę­dem samego sie­bie. Potarł lekko ban­daż owi­nięty wokół lewej dłoni, któ­rym od mie­siąca zasła­niał sza­rawe, wil­cze zna­mię przy kciuku. -?Nie mamy pew­no­ści, ale...

-?Nie możemy ryzy­ko­wać -?dokoń­czyła Erin, zapi­na­jąc nie­wielki ple­cak. - Więc znów poszli­ście do mia­steczka. -?Spoj­rzała na przy­ja­ciela z dez­apro­batą.

Keith wzru­szył ramio­nami. Widać było, że zżera go poczu­cie winy.

-?To była decy­zja Diego. Ja tu tylko sprzą­tam -?rzu­cił, pró­bu­jąc roz­luź­nić atmos­ferę. Żart był jed­nak wymu­szony i żadne z nich się nie zaśmiało. -?Sły­sza­łaś, co mówili w radiu. Cał­ko­wity zakaz prze­miesz­cza­nia się znie­siono na początku mie­siąca. W ciągu dnia nie łamiemy godziny poli­cyj­nej. Jeste­śmy na głę­bo­kim zadu­piu, nie widzie­li­śmy tu ani jed­nego patrolu. -?Zaczął mówić szybko, tłu­ma­cząc się na poważ­nie. -?Oka­zało się, że w nocy krowy ucie­kły z pastwi­ska przez dziurę w ogro­dze­niu. Coś je prze­stra­szyło, roz­la­zły się daleko. Szu­kali osób do pomocy przy spro­wa­dza­niu ich z powro­tem. Nawet nie zauwa­ży­łem, kiedy ban­daż się roz­wią­zał! W ciągu dnia bli­zna wygląda pra­wie nor­mal­nie, no ale... Obaj mie­li­śmy wra­że­nie, że gapią się na nas, gdy odcho­dzi­li­śmy... Nie wiem, E. Nie wiem... -?Prze­cią­gnął ner­wowo po twa­rzy dło­nią.

Erin zatrzy­mała się przed wil­ko­ła­kiem i pod­nio­sła rękę, żeby uści­snąć pokrze­pia­jąco jego ramię, bo co innego mogła zro­bić?

-?Chodź na drogę -?zde­cy­do­wała. Zaraz jed­nak zamarła. -?Jeste­śmy póki co sami, tak? Spraw­dzi­li­ście?

Keith ski­nął głową.

-?Auta nie ma przed domem, wła­ści­ciel gdzieś poje­chał. Możemy wycho­dzić swo­bod­nie.

Gdy zna­leźli się na dwo­rze, Erin musiała zdu­sić jęk. Jakiś czas temu prze­rzu­ciła się na nocny tryb życia i zdą­żyła już zapo­mnieć, jak męczące jest lato w sta­nie Mis­so­uri. Przy­wi­tały ją ostre słońce i nie­zno­śny upał. Wszystko zda­wało się lep­kie. Było za jasno, za cie­pło i za żywo. Wbiła wzrok w zie­mię pod nogami.

Chwilę póź­niej wszy­scy szli już przed sie­bie po piasz­czy­stej dro­dze, spięci, roz­glą­da­jąc się ner­wowo. Wędru­jąca grupa nasto­lat­ków z pew­no­ścią wyglą­dała podej­rza­nie. Poru­sza­nie się w środku dnia na otwar­tym tere­nie było więc wyjąt­kowo stre­su­jące, nawet gdyby nie zakła­dali, że ktoś będzie im lada moment dep­tać po pię­tach.

Tatiana zrów­nała krok z Erin.

-?Śmiem twier­dzić, że to było do prze­wi­dze­nia -?rzu­ciła ponuro. To nie pierw­szy raz, kiedy Diego i Keith pozwo­lili sobie na mały reko­ne­sans po oko­licy.

Zamiast odpo­wie­dzieć, Erin zer­k­nęła na Diego. Łowca niósł dwa ple­caki, bo Anthony snuł się przy nich w skó­rze psa, dysząc ciężko. Kac dopadł go w naj­gor­szym momen­cie.

-?Ryzyko nie było wyso­kie. -?Wyraz twa­rzy Diego był bez­na­miętny, ale jego czarne oczy patrzyły czuj­nie i z cie­niem nie­po­koju. -?Mie­li­śmy rzadką szansę, by zdo­być jakieś pie­nią­dze -?dodał. -?Musimy pró­bo­wać. Wie­cie to. Nie możemy stać w miej­scu.

Z tym ostat­nim aku­rat Erin się zga­dzała. Kry­jówka, którą wła­śnie porzu­cali, była chyba naj­lep­szą, jaką udało im się do tej pory zna­leźć. Wisiało jed­nak nad nimi codzien­nie to samo pyta­nie: co dalej? Z cza­sem sytu­acja wam­pi­rów i wil­ko­ła­ków mogła się tylko pogar­szać -?z pew­no­ścią ktoś gdzieś już pra­co­wał nad inno­wa­cyj­nymi spo­so­bami ich iden­ty­fi­ka­cji. Świat zmie­nił się z dnia na dzień.

W gru­pie zapa­dło mil­cze­nie pełne zło­wro­gich myśli, które kon­tra­sto­wały z pięk­nymi wido­kami dookoła. Pyli­sta droga bie­gła przez kolo­rowe pola, wiatr czy­ścił powie­trze i łago­dził skwar, a na nie­bie nie poka­zała się ani jedna chmurka. No i co z tego? Erin nie­na­wi­dziła dni. Życie w nocy poma­gało jej pogo­dzić się z tym, z czym powinna się pogo­dzić, i zapo­mnieć o tym, o czym musiała zapo­mnieć. Tym­cza­sem znów wywle­czono ją na świa­tło dzienne, gdzie wszystko sta­wało się bar­dziej dotkliwe.

Na twa­rzach przy­ja­ció­łek zoba­czyła rów­nie skrzy­wione miny. Podział grupy na zmiany nocne i dzienne wpro­wa­dził balans, który teraz poszedł z dymem. Lizzy musiała być obok Anthony'ego, Tatiana nie mogła unik­nąć widoku Diego, Erin miała nad sobą niebo w kolo­rze błę­kit­nych oczu i nie dało się nie zauwa­żyć, że obok Keitha bra­kuje Lucasa. Wszy­scy mieli głę­bo­kie rany, cho­ciaż wojna dopiero się zaczęła.

-?Co teraz? -?zapy­tała po jakimś cza­sie nie­śmiało Lizzy. W jej gło­sie sły­chać było strach.

Diego zmarsz­czył brwi.

-?Jeśli far­me­rzy, z któ­rymi pra­co­wa­li­śmy, zadzwo­nili na linię dono­sów...

-?Na pewno zadzwo­nili -?prze­rwał mu Keith. -?Nikt nas nie zatrzy­mał, ale widzia­łeś, jakie spoj­rze­nia ze sobą wymie­nili, kiedy nam pła­cili! Na pewno mają podej­rze­nia, że coś z nami nie tak. Ze mną, zna­czy się - dodał gorzko.

Diego nie zare­ago­wał.

-?Robie­nie blo­kad na wiej­skich dro­gach raczej się nie opłaca, ale powin­ni­śmy nie­długo odbić w pole, bo rzu­camy się w oczy. Spo­dzie­wał­bym się patrolu, który zacznie prze­szu­ki­wać domy w oko­licy.

-?Musimy wejść w las -?zauwa­żyła Tatiana bez entu­zja­zmu. Nie spoj­rzała na łowcę, ale on spoj­rzał na nią. Robił to bar­dzo czę­sto. Gdyby nie był impo­nu­jąco wysoki, wyspor­to­wany i śmier­tel­nie poważny, Erin powie­dzia­łaby, że gapi się jak smutny szcze­niak.

-?Musimy do tego lasu naj­pierw dotrzeć -?popra­wił ją Keith.

-?No i co dalej? -?Lizzy nie odpusz­czała. Yorick pry­chał cicho w jej szkol­nym ple­caku.

-?Coś wymy­ślimy -?oznaj­miła Erin, siląc się na opty­mizm. Otarła wierz­chem dłoni kro­pelki potu z czoła, bo tempo, które przy­brali, zaczy­nało dawać jej się we znaki.

-?Co, Erin? CO wymy­ślimy?!

-?Nie wiem. Coś. Pamię­ta­cie Kan­sas City?

-?Nie możemy ukraść samo­chodu! -?oznaj­mił natych­miast Diego surowo. - Spraw­dzają reje­stra­cje. Tylko ścią­gniemy na sie­bie poli­cję.

Od kiedy opu­ścili Chi­cago, pra­wie cią­gle byli w ruchu, w nie­koń­czą­cej się pogoni za namiastką bez­pie­czeń­stwa. Prze­szli przez Illi­nois, potem przez Mis­so­uri, na zachód. Pod Kan­sas City, przy gra­nicy stanu, wplą­tali się w zaognioną sytu­ację wywo­łaną przez inną, obcą grupę ucie­ki­nie­rów. Zro­biło się gorąco. Nie­mal dali się zła­pać. Cudem wyco­fali się w głąb Mis­so­uri, aż wylą­do­wali tu, na głę­bo­kiej wsi. Teraz nikt nie lubił roz­ma­wiać o Kan­sas City.

Sły­sząc groźny ton Diego, Erin unio­sła ręce w obron­nym geście.

-?To zaża­le­nie do Len­nox, nie do mnie! Ja żad­nych kabel­ków samo­cho­do­wych nie prze­ci­na­łam.

-?Coś jedzie -?ode­zwała się nagle Alex.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli przed sie­bie, lecz pyli­sta droga była zupeł­nie pusta. Odwró­cili się więc za sie­bie, ale na hory­zon­cie rów­nież nie widać było żad­nego pojazdu.

-?Gdzie? -?zapy­tała Lizzy, marsz­cząc nos, pod­czas gdy Yorick wysta­wił głowę z roz­pię­tego ple­caka i zastrzygł uszami.

Alex nic nie powie­działa. Nie­całą minutę póź­niej przy­ja­ciele usły­szeli stłu­miony war­kot sil­nika i na dro­dze za nimi poja­wił się stary, czer­wony samo­chód pół­cię­ża­rowy, z otwartą plat­formą baga­żową zamiast tyl­nych sie­dzeń.

-?Zejdź­cie na bok -?pole­cił natych­miast Diego. -?Nie gap­cie się i idź­cie nor­mal­nie.

Zro­bili, jak kazał. War­kot sil­nika nara­stał i Erin musiała zaci­snąć ręce na paskach ple­caka, żeby powstrzy­mać się od spoj­rze­nia za sie­bie. Wszy­scy nie­świa­do­mie wstrzy­mali oddech, kiedy pojazd wolno prze­to­czył się tuż obok nich.

Potem zaczął zwal­niać.

A następ­nie sta­nął na samym środku drogi.

Serca zaczęły im walić jak osza­lałe, ale sta­wiali kolejne kroki, pró­bu­jąc utrzy­mać neu­tralne wyrazy twa­rzy. Erin zer­k­nęła na Keitha, który wyglą­dał, jakby miał zaraz zemdleć. Z nich wszyst­kich to on był naj­bar­dziej zagro­żony. Można by nawet powie­dzieć, że tylko jemu coś tak naprawdę gro­ziło, ale to był temat na inną dys­ku­sję.

Drzwi od strony kie­rowcy otwo­rzyły się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem i ze sta­rego, czer­wo­nego pick-upa wysiadł osma­gany słoń­cem męż­czy­zna w kra­cia­stej koszuli. Choć ni­gdy wcze­śniej nie mieli oka­zji zoba­czyć jego twa­rzy z bli­ska, poznali go natych­miast. To na jego posia­dło­ści ukry­wali się przez ostat­nie dni.

-?Gdzie się wybie­ra­cie, dzie­ciaki? -?zagad­nął, opie­ra­jąc się o samo­chód. W jego gło­sie sły­chać było nutę połu­dnio­wego akcentu.

Nikt mu nie odpo­wie­dział. Wszy­scy stali jak spa­ra­li­żo­wani, nie mając poję­cia, co teraz. Czy to koniec? Nie, prze­cież jeden sta­rzec nie pora­dzi sobie z nimi wszyst­kimi. Może powinni zaata­ko­wać pierwsi? Diego instynk­tow­nie przy­su­nął się odro­binę bli­żej Tatiany, wsu­wa­jąc wolno dłoń do kie­szeni, w któ­rej trzy­mał myśliw­ski nóż.

-?No, już, spo­koj­nie. Prze­cież nic wam nie zro­bię -?kon­ty­nu­ował męż­czy­zna, cał­ko­wi­cie odprę­żony. Przy­glą­dał im się z zacie­ka­wie­niem, a nie podejrz­li­wo­ścią. -?W mia­steczku gadają, że lada chwila odwie­dzi nas spe­cjalny patrol. Naj­wyż­szy czas, żeby­ście się zbie­rali, co?

Patrzył na nich wycze­ku­jąco, ale mło­dzież wciąż mil­czała. Wresz­cie Erin zebrała resztki swo­jej daw­nej pew­no­ści sie­bie i odchrząk­nęła.

-?Pan... Pan wie, kim jeste­śmy?

-?Yyy, kole­żanka chciała powie­dzieć, że nie mamy poję­cia, o czym pan mówi, i w ogóle to nam się nie­stety bar­dzo spie­szy w tym aku­rat teraz trwa­ją­cym momen­cie. -?Keith jęk­nął w myślach, po czym oznaj­mił z uśmie­chem, który miał być uprzejmy, ale wyszedł bar­dziej sza­leń­czy.

Męż­czy­zna zaśmiał się cicho.

-?Nie wiem, kim jeste­ście -?powie­dział. -?Wiem za to, że spę­dzi­li­ście ostatni tydzień w mojej szo­pie. Zakła­dam więc, że przed kimś się cho­wa­cie. -?Zakasz­lał cicho, po czym podra­pał się po gło­wie. -?No, nie mamy aż tak dużo czasu -?zde­cy­do­wał. -?Wska­kuj­cie. Pod­wiozę was na przy­sta­nek.

Napię­cie ustą­piło cał­ko­wi­tej dez­orien­ta­cji. Przy­ja­ciele zaczęli wymie­niać ner­wowe spoj­rze­nia, nie wie­dząc, jak wła­ści­wie się zacho­wać.

-?Czyli pan cały ten czas... wie­dział? -?zapy­tała Erin, zszo­ko­wana.

-?Dziecko, może i byli­ście w miarę cicho, ale naprawdę myśla­łaś, że nie zauważę dodat­ko­wych sied­miu osób we wła­snym domu?

Znów się zaśmiał, a potem po raz kolejny zakasz­lał.

-?Skąd mamy wie­dzieć, że to nie pułapka? -?zapy­tał Diego ostro. - Dzię­ku­jemy za tro­skę, pora­dzimy sobie sami. Pro­szę nam tylko dać odejść.

Keith jęk­nął po raz drugi, tym razem nie w myślach, lecz na głos.

-?Nie no, stary, poroz­ma­wiajmy o tym... -?Patrzył na Diego, potem zer­k­nął znów ner­wowo na obcego męż­czy­znę. -?Ja "stary" to mówię do kolegi, nie do pana -?wyja­śnił pospiesz­nie. Humor był jego spo­so­bem na walkę z paniką.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lekko na komen­tarz wil­ko­łaka, potem chwilę mie­rzył wzro­kiem Diego, następ­nie przyj­rzał się całej resz­cie. Wresz­cie zer­k­nął na zega­rek i wes­tchnął ciężko.

-?Nie znam was, dzieci, ale nic złego mi nie zro­bi­li­ście. Mam już swoje lata. Gdy­bym miał się dołą­czać do każ­dego idio­tycz­nego ruchu, jaki w tym kraju pro­mują, dawno leżał­bym w ziemi. Albo gorzej. Mój dobry zna­jomy jest kie­rowcą busa, który kur­suje przez pobli­skie wsie. Stara szkoła, nie bawimy się tu w żadne sys­temy kom­pu­te­rowe, więc nie ma po co spraw­dzać waszych toż­sa­mo­ści przy zaku­pie biletu. Rozu­miemy się? No to już, wsia­daj­cie. -?Ski­nął głową w stronę otwar­tej plat­formy baga­żo­wej z tyłu pojazdu.

Przy­ja­ciele zaczęli wdra­py­wać się na pakę.

Słońce pie­kło nie­mi­ło­sier­nie, ale Erin czuła też dziwne cie­pło, które zda­wało się pro­mie­nio­wać nie z zewnątrz, ale z jej środka. Po chwili zdała sobie sprawę, że to nadzieja.

* * *

Bus jechał tak długo, aż na sie­dze­niach zostali już tylko oni, i wtedy raz jesz­cze ogar­nęła ich panika, że wpa­dli w pułapkę. Kie­rowca zatrzy­mał się jed­nak na pobo­czu, kiedy jechali przez las, i otwo­rzył drzwi bez słowa. Weszli mię­dzy drzewa z ulgą, bo zapach lasu w któ­rymś momen­cie stał się dla nich zapa­chem domu. Szli dobre dwie godziny bez prze­rwy, na wypa­dek gdyby ktoś jed­nak ich szu­kał, cho­ciaż prze­dzie­ra­nie się mię­dzy drze­wami bez kon­kret­nej ścieżki w czerw­co­wym upale kosz­to­wało sporo ener­gii. Dopiero gdy natra­fili na zalaną słoń­cem polanę, zapa­dła decy­zja o postoju.

Mimo palą­cego pra­gnie­nia każdy brał oszczędne łyki wody z pla­sti­ko­wych bute­lek napeł­nio­nych w domu starca. Nie mieli gwa­ran­cji, że szybko znajdą nowe źró­dło wody, a nie dało jej się ot tak przy­wo­łać magią. Poza tym Alex zabra­kłoby na to ener­gii. Przy­naj­mniej trawa była miękka i soczy­ście zie­lona, a po wędrówce w cie­niu drzew słońce na twa­rzy było przy­jem­no­ścią, nie zaś kolej­nym pro­ble­mem. Roz­ło­żyli się na ziemi, jakby zro­bili sobie pik­nik, a nie stra­cili wła­śnie kry­jówkę.

Lizzy lubiła uda­wać w myślach, że wszystko wygląda ina­czej. Teraz na przy­kład leżeli na dzie­dzińcu w Mal­la­roy, korzy­sta­jąc z prze­rwy obia­do­wej. Wycią­gnęła ręce w górę i ze zmru­żo­nymi oczami patrzyła na słońce przez roz­cza­pie­rzone palce. Na moment mózg dał się oszu­kać i ostry błysk świa­tła wywo­łał złu­dze­nie, że bursz­ty­nowy iden­ty­fi­ka­tor rodza­jowy odbija pro­mie­nie. W rze­czy­wi­sto­ści już go nie miała.

Po ucieczce za mury iden­ty­fi­ka­tory zamie­niły się samo­ist­nie w obrę­cze na nad­garst­kach, jak zawsze, gdy wycho­dzili ze szkoły. Onyks dla łow­ców, masa per­łowa dla cza­ro­dzie­jów, bursz­tyn dla zmien­no­kształt­nych, złoto dla wam­pi­rów i sre­bro dla wil­ko­ła­ków. W cza­sie prze­śla­do­wań stały się one nie­bez­piecz­nym pięt­nem, ludzie zostali bowiem natych­miast wta­jem­ni­czeni w zna­cze­nie tej dzi­wacz­nej biżu­te­rii. Całe szczę­ście jakiś czas temu, gdy docie­rali do gra­nicy stanu Illi­nois, bran­so­letki zaczęły się roz­sze­rzać, aż wresz­cie zsu­nęły się im z dłoni.

Zda­niem Alex i Diego ozna­czało to, że ich grupa wyszła w końcu poza zasięg zaklę­cia, które zapew­niało iden­ty­fi­ka­to­rom funk­cjo­no­wa­nie. Każdy czar czy runa wyma­gały źró­dła ener­gii, tak jak urzą­dze­nia elek­tro­niczne potrze­bują prądu. Zazwy­czaj byli nim sami cza­ro­dzieje, gdy jed­nak w grę wcho­dził czar dale­ko­siężny, wyjąt­kowo mocny lub z długą datą przy­dat­no­ści, na przy­kład klą­twy, się­gali oni po inne spo­soby. Ener­gia magiczna tęt­niła w sen­tu­ral­nym eko­sys­te­mie, jed­nak wydo­by­cie jej i odpo­wied­nie prze­kie­ro­wa­nie wyma­gało dekad nauki.

Przy­ja­ciele podej­rze­wali, że iden­ty­fi­ka­tory zasi­lało magiczne drzewo, które odkryli w Mal­la­roy. W końcu napę­dzało ono też spe­cjalny sys­tem loka­li­zu­jący nowych sen­tu­ral­nych uczniów w momen­cie ich prze­miany. Drzewo-Kom­pu­ter, jak to nazwali, sie­dząc w jadalni i plot­ku­jąc. D-K. Pró­bo­wali wtedy odkryć, czemu nie­któ­rzy ucznio­wie wysłani za karę do KRA­TER-u prze­stali wra­cać do szkoły. Nie przy­szło im jed­nak do głowy, by winić za to ludzi. Nauczy­ciele też nie mieli poję­cia. Tym­cza­sem KRA­TER już wtedy w sekre­cie prze­cho­dził w ręce natury, po zdra­dzie nie­któ­rych sen­tu­ral­nych.

Chcieli wie­rzyć, że Lucas Cade wciąż gdzieś tam jest -?uwię­ziony, ale żywy -?i nie da się go zlo­ka­li­zo­wać wyłącz­nie z powodu jakichś sys­te­mów ochron­nych. Cza­sem nawet w ich wła­snych gło­wach brzmiało to jed­nak naiw­nie.

-?Dzień dobry, Ame­ryko! - Spo­kojna melo­dia, która leciała jesz­cze chwilę temu ze sta­rego radia, urwała się i zamiast niej z trzesz­czą­cego nieco gło­śniczka ode­zwał się pogodny, męski głos. Wła­ści­ciel ich ostat­niego schro­nie­nia wrę­czył im to małe prze­no­śne urzą­dze­nie na odchod­nym, razem z kil­koma bank­no­tami.

-?Są z wami Jane Doer...

-?...i John Dunn!

-?Nad­szedł czas na Roz­mowy Natu­ralno-Sen­tu­ralne! -?Ton kobiety prze­peł­niony był przy­tła­cza­jącą ilo­ścią entu­zja­zmu. -?Słu­cha­cie Radia May­day!

Keith, który leżał na tra­wie mię­dzy Erin a Lizzy, jęk­nął cicho.

-?To paskudz­two serio ma nie­ogra­ni­czony zasięg, co? -?mruk­nął sam do sie­bie.

-?Cie­kawe, czemu? -?rzu­ciła Erin, rów­nie znie­sma­czona, co wil­ko­łak.

Zale­d­wie kilka dni po zde­ma­sko­wa­niu sen­tury pań­stwo uru­cho­miło nowy byt infor­ma­cyjny: May­day. W teo­rii miało to pomóc odna­leźć się wszyst­kim w nowej rze­czy­wi­sto­ści. W prak­tyce była to paskudna pro­pa­ganda. Obecne na wielu kana­łach prze­kazu -?od sta­rego radia, przez plat­formy pod­ca­stowe i kanał tele­wi­zyjny, po konta w mediach spo­łecz­no­ścio­wych -?May­day było wszę­dzie i mówiło wszyst­kim, co powinni myśleć o sen­tu­rze. Nie było przy­pad­kiem, że tylko tę sta­cję radiową byli w sta­nie zła­pać nawet tu, w środku lasu, na odlu­dziu.

-?Przed nami seg­ment, w któ­rym odpo­wia­damy na wasze fan­ta­styczne pyta­nia, ale naj­pierw kilka waż­nych ogło­szeń! Jane, złotko, masz coś do powie­dze­nia naszym słu­cha­czom?

-?Ależ oczy­wi­ście, John. Bar­dzo ci dzię­kuję! Kochani! Przy­po­mi­namy, że zostało już tylko kilka dni, by wpi­sać się do reje­stru rodza­jów. For­mu­larz wypeł­nić można online lub w urzę­dzie. Następ­nie przy­dzie­lona zosta­nie wam data wizyty wery­fi­ku­ją­cej, a potem każdy cza­ro­dziej, łowca i zmien­no­kształtny będzie musiał wymie­nić wszyst­kie dowody toż­sa­mo­ści, zgod­nie z nową ustawą o jaw­no­ści rodza­jo­wej.

-?Wła­śnie tak, wła­śnie tak -?zgo­dził się ocho­czo John. Zarówno on, jak i Jane mieli bar­dzo przy­jemne, melo­dyjne głosy. W ich nie­koń­czą­cym się entu­zja­zmie było jed­nak coś odpy­cha­ją­cego. -?Kolejna bar­dzo ważna infor­ma­cja: nie­zło­że­nie for­mu­la­rza na czas sta­nowi wykro­cze­nie. Kon­se­kwen­cje takiego zanie­cha­nia... oj, kochani, nie ma co się nad tym roz­wo­dzić, ale na pewno nie będą przy­jemne!

-?Ach! Brzmi mrocz­nie!

-?Więc lepiej nie zwle­kać, Jane, lepiej nie zwle­kać!

-?Bo ten czas prze­cież tak szybko leci... -?wes­tchnęła Jane. -?Od ujaw­nie­nia sen­tury minął już mie­siąc, John. Mie­siąc! A wciąż mam wra­że­nie, jakby to było wczo­raj!

-?Chwila nie­uwagi, moja droga Jane, i okaże się, że jeste­śmy sta­rzy!

Z radyjka ode­zwały się dwa teatralne, prze­sad­nie ser­deczne śmie­chy. Przy­ja­ciele skrzy­wili się, lecz nikt nie wyłą­czył urzą­dze­nia. May­day, nie­ważne jak nie­zno­śne, było dla nich źró­dłem infor­ma­cji o decy­zjach i pla­nach rządu.

-?Teraz znowu tro­chę powagi! -?popro­sił John Dunn. -?Za pięć dni peł­nia. Przy­po­mi­namy, że prze­strze­ga­nie godziny poli­cyj­nej jest wtedy nie­zwy­kle istotne! Prze­by­wa­nie poza domem zabro­nione jest nawet w celach służ­bo­wych.

-?Dodat­kowo -?pod­jęła Jane -?wszyst­kie sklepy i lokale usłu­gowe zamkną się wcze­śniej niż zwy­kle. Pamię­taj­cie, by nie zosta­wiać zaku­pów na ostat­nią chwilę!

-?Przy­po­mi­namy też o apelu, by w cza­sie pełni ze szcze­gólną sumien­no­ścią zgła­szać wszel­kie nie­po­ko­jące zda­rze­nia, a nawet dziwne dźwięki. -?John Dunn brzmiał wyjąt­kowo poważ­nie. -?Korzy­stać należy z połą­czeń alar­mo­wych lub dzwo­nić na linię infor­ma­cyjną! Numer wła­ściwy dla swo­jego stanu znaj­dzie­cie na stro­nie rzą­do­wej i na naszej plat­for­mie May­day Info.

-?Nie wahaj­cie się korzy­stać z zaofe­ro­wa­nego wspar­cia! -?wtrą­ciła Jane. -?Wszel­kie zgło­sze­nia na temat wil­ko­ła­ków i wam­pi­rów trak­tuje się bar­dzo poważ­nie. Poli­cja i woj­sko zapew­nią wam ochronę!

Erin prych­nęła gło­śno i wywró­ciła oczami. Wszystko, co padało z ust Jane Doer i Johna Dunna, wyda­wało jej się tak jaw­nym idio­ty­zmem, że nie chciało jej się wie­rzyć, że ktoś mógł te bzdury kupo­wać. Nie­stety, działo się to na sze­roką skalę. W końcu dla ludzi jesz­cze nie­dawno idio­ty­zmem było wie­rze­nie w ist­nie­nie wam­pi­rów czy wil­ko­ła­ków.

-?Coś wymy­ślimy -?ode­zwała się przede wszyst­kim do Keitha, pró­bu­jąc wykrze­sać z sie­bie opty­mi­styczny ton. Wie­działa dobrze, że wil­ko­łaka ogar­nia para­li­żu­jący strach na samą myśl o kolej­nej pełni. -?Mamy jesz­cze pięć dni.

-?Tylko pięć dni -?popra­wił ją Keith dziw­nie pustym gło­sem i nie dodał nic wię­cej.

Krótki moment bez­tro­ski na pola­nie dobiegł końca. Na­dal leżeli w słońcu, ale wszystko zda­wało się już ciem­niej­sze.

-?Ktoś ma w ogóle pomysł, gdzie się powin­ni­śmy kie­ro­wać? -?zapy­tała wresz­cie Tatiana, jak zawsze prag­ma­tyczna. Sie­działa po turecku obok przy­ja­ciół, raz po raz pod­no­sząc wzrok na Alex, tak na wszelki wypa­dek. Cza­ro­dziejka prze­cha­dzała się mię­dzy drze­wami, z zachwy­co­nym wyra­zem twa­rzy przy­glą­da­jąc się to korze, to kawał­kom mchu.

-?Z powro­tem w stronę Illi­nois -?odparł Diego bez waha­nia.

Sły­sząc nazwę stanu, w któ­rym znaj­do­wało się Mal­la­roy i więk­szość ich rodzin, Erin zmarsz­czyła brwi.

-?Myślisz o tym, żeby...

-?Nie -?prze­rwał jej łowca, dosko­nale wie­dząc, o co chce zapy­tać.

Przez pierw­sze dni po upadku Mal­la­roy wszy­scy mieli z tyłu głowy myśl, że może powinni kie­ro­wać się do swo­ich rodzin i to tam się ukryć. Dom brzmiał jak bez­pieczne miej­sce, a do tego oszczę­dzi­liby rodzi­com stra­chu i zmar­twie­nia, które z pew­no­ścią pochła­niały ich teraz -?w cza­sie, gdy ich dzieci od tygo­dni nie dawały znaku życia. Fan­ta­zje te ni­gdy nie zmie­niły się w choćby zalą­żek planu. Rząd znał ich adresy. A także z pew­no­ścią ich rodzaje, dzięki listom uczniów z sen­tu­ral­nych szkół. Co prawda ludzie ści­gali tylko wam­piry i wil­ko­łaki, prze­ko­nani, że zdo­mi­nują one cały rodzaj ludzki, jeśli nie zatrzyma się ich w porę. Co przy­ja­ciele mieli jed­nak zro­bić? Porzu­cić Keitha i zacząć żyć w zgo­dzie z nowym porząd­kiem? Tego nikt by nie prze­łknął. Nie mieli jesz­cze pomy­słu, co dalej -?jak zare­ago­wać, jak zatrzy­mać ten obłęd i zawal­czyć o spra­wie­dli­wość. Wie­dzieli jed­nak przy­naj­mniej, czego nie wspie­rać.

Sprawę kom­pli­ko­wała ich ucieczka z Mal­la­roy. W nocy szó­stego maja, gnani prze­ra­że­niem, despe­racko toru­jąc sobie drogę, zaata­ko­wali wraz z innymi uczniami żoł­nie­rzy. Mieli teraz ich krew na rękach i życie na sumie­niu. Może ktoś wyba­dał już sprawę i ści­gano ich za te prze­stęp­stwa? Albo może Mar­tin Gal­la­gher po pro­stu pora­dził ludziom, że warto ich szu­kać, gdy Diego nie wypeł­nił roz­kazu i nie przy­pro­wa­dził mu Erin. Nie mogli ryzy­ko­wać. Musieli trzy­mać się z dala od rodzin. Nie było powrotu.

W kie­sze­niach mieli demony nie tak odle­głej prze­szło­ści i resztki nadziei upchnięte do ple­ca­ków. Leżeli w czerw­co­wym upale, zde­ter­mi­no­wani, żeby ura­to­wać sie­bie nawza­jem za wszelką cenę i może, tylko może, w przy­szło­ści pomóc oca­lić także mały kawa­łek świata.

3. Niebiańskie miasto

3.

Nie­biań­skie mia­sto

W sta­nie Mis­so­uri, nie­da­leko gra­nicy z Illi­nois, znaj­do­wało się nie­wiel­kie, uro­cze mia­steczko o obie­cu­ją­cej nazwie Heaven. Zale­d­wie kilka minut jazdy dzie­liło je od skraju lasu, w któ­rym leżała śred­nio eks­cy­tu­jąca atrak­cja tury­styczna -?nie­zbyt istotny kamień runiczny okre­ślony przez eks­per­tów jako współ­cze­sny, bo nie miał wię­cej niż trzy­sta lat.

Trzy tygo­dnie temu drzewa wokół kamie­nia sta­nęły w pło­mie­niach i nikt nie pró­bo­wał ich rato­wać. Dziś Erin Lan­ford i jej przy­ja­ciele prze­mie­rzali spa­lony teren, zupeł­nie tego nie­świa­domi. Ich uwagę pochła­niał jeden pro­blem: pra­gnie­nie. Alex była zbyt zmę­czona zaklę­ciami ochron­nymi, żeby usi­ło­wać magicz­nie uzdat­nić wodę zebraną w stru­my­kach, a roz­pa­le­nie ogni­ska, by ją zago­to­wać, wią­zało się ze zbyt dużym ryzy­kiem. W despe­ra­cji może i byliby skłonni zary­zy­ko­wać wypi­cie nie­fil­tro­wa­nej wody z nie­zba­da­nej ziemi, gdyby tylko nie wędro­wali przez pogo­rze­li­sko.

Bez­li­to­sny upał dra­ma­tycz­nie pogar­szał sytu­ację i stało się jasne, że mają tylko jedno wyj­ście: znowu zmie­rzyć się z cywi­li­za­cją, by pozy­skać wodę pitną. Po licz­nych spo­rach zada­nie to przy­dzie­lone zostało Tatia­nie i Erin. Jedna potra­fiła latać, przyj­mu­jąc formę kruka lub sowy, druga miała ponury zaszczyt nale­że­nia do rodzaju, który prze­jął wła­dzę.

Tatiana spę­dziła cały dzień, szy­bu­jąc nad mia­stecz­kiem w swo­jej praw­dzi­wej, zwie­rzę­cej for­mie pusz­czyka. Nie dostrze­gła spe­cjal­nych patroli ani nawet zwy­kłych funk­cjo­na­riu­szy. Miej­sce wyglą­dało na spo­kojne, tro­chę wręcz zapo­mniane przez świat. Następ­nego ranka dopro­wa­dziły się więc do względ­nego porządku, wzięły ostat­nie pie­nią­dze i ruszyły do Heaven. Spa­lone gałę­zie trza­skały im pod nogami, gdy prze­dzie­rały się na skraj lasu. Cał­ko­wi­cie przez przy­pa­dek minęły po dro­dze zabyt­kowy kamień runiczny, dziś pęk­nięty i osma­lony.

Erin zatrzy­mała się na chwilę, by odczy­tać tabliczkę infor­ma­cyjną, albo raczej to, co z niej zostało. Widok był przy­gnę­bia­jący. Nie wyja­śniało to jed­nak dziw­nego uci­sku w jej żołądku -?ogar­nęło ją nagle bli­żej nie­okre­ślone, ale za to bar­dzo wyraźne złe prze­czu­cie. Odwró­ciła się gwał­tow­nie przez ramię, pewna, że sta­nie oko w oko z jakimś potwo­rem, lecz mię­dzy czar­nymi pniami spa­lo­nych drzew nie dostrze­gła niczego poza wolno odda­la­jącą się syl­wetką Tatiany.

Ruszyła w ślad za przy­ja­ciółką, wypie­ra­jąc z upo­rem strasz­liwą myśl, że być może za jakiś czas nawet samej sobie nie będzie mogła ufać.

* * *

Dziew­czyna sto­jąca za kasą spek­ta­ku­lar­nie kon­tra­sto­wała z resztą skle­piku. Lokal znaj­do­wał się w pro­sto­kąt­nym budynku z cegla­nym fron­tem i dużymi, zaku­rzo­nymi szy­bami, które czę­ściowo obkle­jała wypło­wiała już mocno reklama Coca-Coli. W środku rzędy nad­gry­zio­nych przez czas rega­łów wypeł­niał gąszcz jaskra­wych opa­ko­wań naj­róż­niej­szych pro­duk­tów, upchnię­tych tak cia­sno, że nawet sta­ran­nie uło­żone dawały efekt nie­ładu. Lodówki z napo­jami świe­ciły nazwami mało dziś popu­lar­nych marek, z pó­łek za ladą odcho­dziła farba. Tym­cza­sem pośrodku tego wszyst­kiego stała młoda kasjerka, jak gdyby wycią­gnięta z naj­now­szych postów modo­wych na Insta­gra­mie. Gdy dzwo­nek umiesz­czony nad drzwiami wej­ścio­wymi zadźwię­czał, pod­nio­sła spoj­rze­nie znad komórki i zmie­rzyła klien­tów wzro­kiem.

-?Cześć! -?rzu­ciła gło­śno, bar­dzo nie­for­mal­nie. Może dla­tego, że na oko były w tym samym wieku.

Pierw­szą myślą Erin było, że pra­cow­nica jest jakaś podej­rzana, nie potra­fiła jed­nak w żaden spo­sób uza­sad­nić tego odczu­cia. Dziew­czyna miała jasne loki i urodę por­ce­la­no­wej laleczki. Gdzie niby leżał pro­blem? Była zbyt uśmiech­nięta? Zbyt uprzejma? Podej­rza­nie non­sza­lancko stała przy kasie? Same bzdury.

Gnę­biąca reflek­sja z lasu powró­ciła do Erin niczym echo: może to nie z blon­dynką jest coś nie tak, ale z nią samą. Minęły tygo­dnie, odkąd opu­ścili Mal­la­roy, i cią­gła ucieczka oraz strach odci­snęły na nich swoje piętno. Stali się nie­ufni, skryci, podejrz­liwi i pło­chliwi. Zaczy­nali przy­po­mi­nać zwie­rzynę.

Nawet teraz, wcho­dząc w głąb pustego skle­piku, Erin musiała wal­czyć z odru­chem, by roz­glą­dać się czuj­nie i poru­szać na lekko ugię­tych kola­nach, w goto­wo­ści do ucieczki. Gra­nica mię­dzy ostroż­no­ścią a para­noją się zacie­rała. Naj­bar­dziej nie­bez­pieczna wyda­wała się teraz komórka w dłoni kasjerki. Rodzaj Tatiany nie był zaka­zany, ale kto wie, co jesz­cze łowcy potra­fią wyczy­tać ze śladu sen­tu­ral­nego nie­sio­nego sygna­łem z tele­fonu.

Moment póź­niej przy­ja­ciółki kła­dły butelki wody mine­ral­nej przy sta­rej kasie.

-?Nie jeste­ście stąd. -?Młoda pra­cow­nica raczej oznaj­miła, niż zapy­tała. Żuła gło­śno gumę, oparta leni­wie o ladę i mie­rzyła je cie­kaw­skim, bez­wstyd­nym spoj­rze­niem.

Tatiana ski­nęła głową.

-?Jeź­dzimy auto­sto­pem -?wyja­śniła krótko. Głos drżał jej odro­binę, choć ledwo zauwa­żal­nie.

-?Cały ten cyrk z sen­turą zepsuł nam waka­cyjne plany, ale w końcu znie­śli zakaz prze­miesz­cza­nia się, więc... -?Erin wzru­szyła ramio­nami, bła­ga­jąc w myślach Kosmos, by wypa­dło to non­sza­lancko.

-?Weź mi nawet nie mów o tym zaka­zie! -?rzu­ciła blon­dynka poufale, nie kry­jąc fru­stra­cji. -?Szczę­ście, że znie­śli aku­rat z koń­cem szkoły. - Mówiła wprost i wyglą­dała na cał­ko­wi­cie roz­luź­nioną, ale jed­no­cze­śnie jej wzrok nie prze­sta­wał wędro­wać od Erin do Tatiany i z powro­tem. W jej spoj­rze­niu cza­iła się czuj­ność, wyraź­nie kon­tra­stu­jąca z bez­tro­ską tonu i mowy ciała. -?Pokaż­cie mi swoje dło­nie -?popro­siła nagle. Wciąż nie zaczęła kaso­wać ich bute­lek wody.

Przy­ja­ciółki wymie­niły krót­kie spoj­rze­nia, po czym nie­pew­nie wycią­gnęły przed sie­bie lewe ręce. Palce kasjerki zaci­snęły się -?wolno i bez żad­nego wyja­śnie­nia -?na nad­garstku Erin, zmie­nia­jąc nie­pew­ność w strach, jed­nak ani Erin, ani Tatiana nie ruszyły się z miej­sca. Uda­wa­nie nie­wzru­szo­nych i brnię­cie dalej w dzi­waczną sytu­ację wyda­wało się opcją bez­piecz­niej­szą niż nagła ucieczka. Złu­dze­nie to nie trwało jed­nak długo.

Strzy­kawka w ręku dziew­czyny za ladą poja­wiła się zni­kąd. Jeden bły­ska­wiczny ruch i Erin poczuła ostry ból na wewnętrz­nej czę­ści dłoni, tam gdzie wyjąt­kowo gruba igła prze­biła skórę. Szarp­nęła się ze zdu­szo­nym okrzy­kiem, pró­bu­jąc uwol­nić rękę z uści­sku, ale na marne. Nie­win­nie wyglą­da­jąca blon­dynka oka­zała się zaska­ku­jąco silna.

Po pra­wej stro­nie Tatiana zamarła, pró­bu­jąc osza­co­wać, czy powinna od razu zmie­nić się w zwie­rzę i lecieć po pomoc. Kolejny atak o dziwo jed­nak nie nad­szedł.

Dopiero po pierw­szej fali paniki i sza­mo­ta­nia się Erin dostrze­gła, że strzy­kawka nie jest niczym napeł­niona. Napast­niczka wbiła ją w ciało niczym broń i zaraz wycią­gnęła, po czym odło­żyła spo­koj­nie na ladę. Następ­nie nachy­liła się nad kro­plą krwi, która zebrała się na wierz­chu małej rany.

-?Co, do cho­lery?! -?syk­nęła Erin, odzy­skaw­szy głos. Była rów­nie wście­kła, co prze­ra­żona, prze­no­sząc wzrok z twa­rzy obcej dziew­czyny na wła­sną dłoń i z powro­tem.

Więc to nie ona tra­ciła zmy­sły. To świat osza­lał.

-?U wam­pira już by się zago­iło -?oznaj­miła kasjerka spo­koj­nie, powra­ca­jąc do gło­śnego żucia gumy. Puściła wresz­cie nad­gar­stek, nie­prze­jęta tym, że Erin prak­tycz­nie odsko­czyła do tyłu. -?Teraz ty - pole­ciła, kiwa­jąc zachę­ca­jąco na Tatianę. -?Luz, mam nową igłę -?dodała.

Rze­czy­wi­ście, wycią­gnęła spod lady kolejną jed­no­ra­zową strzy­kawkę.

-?Powa­liło cię!? -?wypa­liła Erin, nim Tatiana zdą­żyła coś odpo­wie­dzieć.

-?Ja tu tylko pra­cuję, co nie? To szef wpro­wa­dził tę pro­ce­durę - wyja­śniła nie­win­nie kasjerka. -?U wam­pi­rów takie małe nakłu­cie zago­iłoby się tak szybko, że nawet nie pole­cia­łaby krew. Wil­ko­łaki trud­niej ziden­ty­fi­ko­wać. Nie widzę żad­nej bli­zny, ale zaraz mi poka­że­cie ramiona i nogi. Na początku był plan, żeby uży­wać sre­bra, ale w May­day powie­dzieli, że to wcale nie jest tak, że ich skóra zacznie piec i syczeć w kon­tak­cie z tym meta­lem, nie? -?W jej oczach bły­snęło zain­te­re­so­wa­nie. -?Podobno jest tak, że tylko od ran zada­nych sre­brem umie­rają. Jak im prze­bi­jesz serce czymś innym, to ono się będzie mie­sią­cami zra­stać, ale się zro­śnie. Tak cał­ko­wi­cie. I typ albo typiarka to prze­żyją. Powa­lone, nie? -?Wyszcze­rzyła się, a potem prze­nio­sła uwagę na Tatianę. -?No dajesz, chodź. W skle­pie są kamery, jak cię nie spraw­dzę, to się mnie potem będą cze­piać. Nie moja wina, że nie jeste­ście stąd.

Erin i Tatiana znów wymie­niły spoj­rze­nia. Tym razem obie wal­czyły, by na ich twa­rzach nie poja­wiła się jawna odraza. Zmien­no­kształtna prze­łknęła ślinę i ponow­nie podała nie­zna­jo­mej dłoń. Gdy nowa igła prze­biła jej skórę, skrzy­wiła się mocno, ale nie wydała z sie­bie żad­nego odgłosu.

-?Na początku był pomysł, że każdy będzie musiał na wej­ściu wypić miks wycią­gów z tych roślin, co blo­kują sen­tu­ralne zdol­no­ści -?cią­gnęła kasjerka. Nie było w jej gło­sie ani stra­chu, ani współ­czu­cia. -?Te, co teraz wpro­wa­dzili na rynek, sły­sza­ły­ście na pewno. Ale w May­day podali, że one są tru­jące dla ludzi, co nie? No więc pomysł odpadł. Ja wiem, że te igły to tro­chę prze­sada, ale co zro­bisz, jak żyjemy w takich powa­lo­nych cza­sach? -?Spoj­rzała znów na dziew­czyny. Tym razem w jej wzroku było jakieś ocze­ki­wa­nie.

-?Prawda -?zgo­dziła się Erin cierpko. -?Powa­lone czasy.

Potem przy­ja­ciółki z zaci­śnię­tymi ustami musiały pre­zen­to­wać ręce i nogi, a nawet pod­wi­jać bluzki i odsła­niać brzu­chy oraz ramiona, by udo­wod­nić, że nie mają na sobie wil­ko­ła­czej bli­zny. Dopiero wtedy dziew­czyna za ladą zaczęła kaso­wać butelki, które chciały kupić.

-?Jesz­cze mie­li­śmy wizję, żeby wszyst­kim mie­rzyć tem­pe­ra­turę, skoro wam­piry są, em... w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, nie? Tylko że te dra­nie umieją ruszać mię­śniem ser­co­wym na zawo­ła­nie i wtedy się robią niby nor­malne. Potem był plan, żeby kazać wszyst­kim coś zjeść na wej­ściu -?wyja­wiła, wyraź­nie trak­tu­jąc całą sytu­ację jako fajną cie­ka­wostkę. -?No bo wie­cie, wam­piry podobno rzy­gają wszyst­kim poza krwią. Ale w May­day ostrze­gali, że to nie musi się dziać od razu. Mogliby coś zjeść, zro­bić zakupy, a potem dopiero w ukry­ciu zwy­mio­to­wać...

-?Po co wam­pi­rom zakupy spo­żyw­cze? -?prze­rwała jej Tatiana. Pró­bo­wała utrzy­mać neu­tralny ton, ale w jej gło­sie sły­chać było tro­chę iry­ta­cji.

Kasjerka wyre­cy­to­wała im cenę.

-?A bo ja wiem -?pod­jęła, przyj­mu­jąc zapłatę. -?Może naj­pierw kar­mią swoje ofiary... -?Wyszcze­rzyła się, jakby powie­działa wła­śnie jakiś świetny dow­cip. Zda­wała się jed­no­cze­śnie wie­rzyć w pro­pa­gandę May­day i być nią roz­ba­wiona.

Erin nie mogła się docze­kać, aż wyjdą. Już, już miały się zbie­rać, ale kasjerka je zatrzy­mała.

-?Ale wy nie jeste­ście ludźmi, co nie? -?zapy­tała wprost, opie­ra­jąc się znów non­sza­lancko o ladę. Jej spoj­rze­nie raz jesz­cze stało się dziw­nie prze­ni­kliwe, kon­tra­stu­jąc z obo­jęt­nym żuciem gumy. -?Ty mi wyglą­dasz na łowcę, ale nie widzę ni­gdzie runy prze­miany. Masz ją w jakimś dziw­nym miej­scu czy coś? -?Unio­sła brwi pyta­jąco, mie­rząc Tatianę bez­wstyd­nym wzro­kiem.

Tatiana miała ciemne oczy od uro­dze­nia i nie miało to nic wspól­nego z ciem­nie­niem tęczó­wek, które zacho­dziło czę­sto u osób po prze­mia­nie w łowcę.

-?Ja jestem czło­wie­kiem -?oznaj­miła Erin z mdlą­cym prze­czu­ciem, że to jest naj­lep­sza odpo­wiedź i ma szansę zała­go­dzić nieco napiętą atmos­ferę. Jesz­cze nie­dawno wizja, że w szkole dla sen­tu­ral­nych ktoś odkryje jej czło­wie­czeń­stwo, spę­dzała jej sen z powiek. Dziś dekla­ra­cja wła­snego rodzaju przy­no­siła jed­no­cze­śnie bez­pie­czeń­stwo i wstyd.

-?Cool. -?Wciąż trudno było odczy­tać, co blon­dynka tak naprawdę myśli. Wró­ciła wzro­kiem do Tatiany i nachy­liła się do przodu. -?A ty... Ach. - Uśmiech­nęła się słodko. -?Teraz widzę. Źre­nice ci jesz­cze nie wró­ciły cał­ko­wi­cie do normy. Zmien­no­kształtna, co? -?Poki­wała głową ze zro­zu­mie­niem. Potem jej wzrok uciekł w stronę sufitu, gdzie zamon­to­wana była kamera, ale tylko na moment. -?Kurde, czyli cho­dzisz do jed­nej z tych sen­tu­ral­nych szkół, która wypu­ściła uczniów na waka­cje! Bo podobno wiele sta­nów kazało im zostać, nie? Pamię­tam, jak w May­day o tym mówili. Zabrali wam­piry i wil­ko­łaki. Resztę trzy­mają w środku do czasu, aż się ogarną z całym tym reje­stro­wa­niem rodza­jów i wymy­ślą jakiś bez­pieczny pro­gram asy­mi­la­cji... Niby to jest nad­zór, bla, bla, bla, ale szcze­rze, brzmi to total­nie spoko! -?Zaśmiała się. -?Jedna wielka waka­cyjna impreza. Bez rodzi­ców i w ogóle... Bo te szkoły to są wypa­sione w środku, co nie? Sza­lone. -?Uśmiech­nęła się krzywo. -?A z tym auto­sto­pem to wy tak na serio?

Tatiana ski­nęła głową, zbyt przy­tło­czona, by coś powie­dzieć. Jesz­cze nie­dawno ludzie nie mieli poję­cia o ich ist­nie­niu, dziś przy­pad­kowa nasto­latka wie­działa o pra­wie wszyst­kim.

W oczach kasjerki poja­wił się podej­rzany błysk.

-?Nie­źle. Nie wiem, gdzie będzie­cie noco­wać, ale jak się nie boicie przy­gody, to mogę wam coś pole­cić -?oznaj­miła kon­spi­ra­cyj­nym tonem. - Jeden z domów w mie­ście ma fio­le­towe ściany, minę­ły­ście go pew­nie, nie? Miesz­kańcy się wynie­śli, jak ogło­szono ist­nie­nie sen­tury. Poje­chali, by być bli­żej rodziny czy coś. No więc dom stoi pusty, a tylne drzwi są otwarte, bo to bez­pieczne mia­steczko. -?Puściła do nich oko. -?Więc wie­cie. Ja niczego nie suge­ruję, ale tak tylko mówię. Jak­by­ście miały pro­blem z kasą na hostel czy coś... -?Popa­trzyła zna­cząco na ich siatki, w któ­rych nie było nic poza wodą.

Erin spró­bo­wała wykrze­sać z sie­bie uśmiech.

-?Dzięki, ale raczej nie zamie­rzamy tu noco­wać. Idziemy zaraz na główną drogę zła­pać trans­port -?skła­mała, licząc, że po takim zapew­nie­niu dziew­czyna prze­sta­nie się nimi przej­mo­wać i szybko zapo­mni o całej inte­rak­cji.

Gdy wycho­dziły ze sklepu, wciąż czuły ukłu­cia na swo­ich dło­niach. Małe ranki pul­so­wały fan­to­mo­wym bólem -?fizycz­nie nie­istotne, men­tal­nie stały się dotkli­wym dowo­dem na to, że koń­czą im się moż­li­wo­ści.

* * *

-?To naj­więk­sza bzdura, jaką sły­sza­łem -?oznaj­mił z gorz­kim roz­ba­wie­niem Anthony, który raczył ich zaszczy­cić swoją ludzką formą. Wciąż jed­nak cho­wał się przed świa­tem za ciem­nymi oku­la­rami.

-?Może jest po pro­stu dobrą osobą żyjącą w gościn­nym mie­ście... -?Lizzy jak zwy­kle gotowa była zakła­dać u innych naj­lep­sze inten­cje, ale nawet ona nie wyglą­dała na do końca prze­ko­naną.

Tatiana i Erin opo­wie­działy przy­ja­cio­łom o wyda­rze­niach ze sklepu i teraz wspól­nie roz­wa­żali, czy ryzy­ko­wać noc­leg w domu z fio­le­to­wymi ścia­nami.

-?Brzmi jak pułapka... -?Keith był nie tylko zmę­czony, ale też wyraź­nie zestre­so­wany. Następ­nego dnia cze­kała ich peł­nia, na którą wciąż nie mieli dobrego planu.

Wyda­wał się Erin teraz wyż­szy niż wtedy, gdy go poznała. Z powodu bez­li­to­snych upa­łów pod­wi­jał krótki rękaw koszulki aż do ramion, odsła­nia­jąc mię­śnie, które ostat­nio zaczęły wyraź­niej ryso­wać się pod ciemną skórą. Na­dal potra­fił wymy­ślać naj­głup­sze żarty na świe­cie, ale spoj­rze­nie miał doj­rzal­sze. Zresztą nie tylko on. Wszy­scy niby byli wciąż tylko nasto­lat­kami, ale oko­licz­no­ści spra­wiły, że musieli nagle doro­snąć.

-?Bo to pew­nie jest pułapka -?oznaj­miła ponuro Tatiana.

Erin maso­wała kciu­kiem miej­sce po wbi­tej igle, wbrew mro­wią­cemu bólowi, który poja­wiał się przy każ­dym naci­sku.

-?Dach nad głową to w naszej sytu­acji oka­zja jedna na milion...

-?Widzia­łaś, jak na nas patrzyła -?przy­po­mniała ostro Tatiana. Cią­gle była roz­trzę­siona tamtą inte­rak­cją.

-?Ale myśli, że już nas tu nie ma! -?skon­tro­wała Erin. Gdy mówiła, szczy­pały ją pęk­nię­cia w wysu­szo­nych war­gach. -?Powie­dzia­ły­śmy, że spa­damy!

-?Taaaak -?wtrą­cił drwiąco Anthony. -?Brudne nasto­latki podró­żu­jące z ple­ca­kami bez celu po kraju mie­siąc po ogło­sze­niu polo­wa­nia na dwie piąte sen­tu­ral­nych rodza­jów nie są ani tro­chę podej­rzane.

-?Okej, dzięki za opi­nię, już możesz się zamknąć!

-?Erin. -?Diego nie powie­dział nic wię­cej, ale ostrze­że­nie było jasne.

Dziew­czyna wywró­ciła oczami, zatrzy­mała jed­nak resztę uszczy­pli­wych komen­ta­rzy dla sie­bie i sku­piła się na głów­nym pro­ble­mie.

-?Jeśli zakrad­niemy się tam po cichu, w nocy, to niby jak mia­łaby się dowie­dzieć?! -?Nie była pewna, co dokład­nie ją teraz iry­to­wało. Może głód.

Tatiana pokrę­ciła głową, na­dal nie­prze­ko­nana.

-?Naprawdę chcesz tak ryzy­ko­wać?

-?A nie ryzy­ku­jemy wię­cej, spę­dza­jąc peł­nię w lesie?! -?Erin czuła się coraz bar­dziej zde­spe­ro­wana. -?Niby jak mamy pora­dzić sobie w tej prze­strzeni z wil­kiem Keitha teraz, kiedy Diego zabra­nia nam anga­żo­wać Alex do pomocy?

-?Pra­cuję nad tym -?wtrą­cił cierpko Keith.

-?Gówno prawda -?zaprze­czyła Erin. -?To tor­tura, a nie roz­wią­za­nie!

Na twa­rzy Keitha poja­wił się gry­mas, ale uwagę i tak przy­cią­gały przede wszyst­kim jego prze­krwione ze zmę­cze­nia oczy i sińce pod nimi. Chło­pak wpadł na pomysł, żeby prze­stać spać i nad­wy­rę­żyć orga­nizm na tyle, by jego wilk padł ze zmę­cze­nia po prze­mia­nie pod­czas pełni księ­życa. Dziś wyglą­dał już jak trup. Zno­sił jed­nak te męczar­nie bez narze­ka­nia, zde­ter­mi­no­wany.

-?Nie mamy wielu opcji... -?zauwa­żyła Lizzy, ale ton miała jed­no­cze­śnie prze­pra­sza­jący i pełen współ­czu­cia. Patrze­nie na Keitha w tym sta­nie łamało jej serce.

-?Alex jest zbyt wykoń­czona zaklę­ciami ochron­nymi, by znowu go wes­przeć -?zgo­dził się z małą zmien­no­kształtną Diego. -?Ja mogę napi­sać runy wyci­sza­jące wycie, ale będą dzia­łać tylko, jeśli zamkniemy go w jakimś pomiesz­cze­niu. Wygłu­sze­nie otwar­tej prze­strzeni wymaga wię­cej magii, niż łowcy mają we krwi. Jeśli uda­łoby nam się dostać do tam­tego domu...

-?Nie było cię tam! -?prze­rwała mu Tatiana, wra­ca­jąc myślami do sklepu. -?Nie jeste­śmy w sta­nie już nawet pie­przo­nej wody kupić bez jakichś dzi­wacz­nych wery­fi­ka­cji! Dociera to do cie­bie?! To jest... -?Głos jej zadrżał, ręce zaczęły się trząść. -?Chcesz zmniej­szyć dystans mię­dzy nami a ludźmi?! Macie zamiar wyjść dobro­wol­nie tam, mię­dzy inne budynki, ryzy­ku­jąc, że ktoś wyj­rzy przez okno albo... -?znów urwała, wcią­gnęła gło­śno powie­trze przez nos i nie powie­działa nic wię­cej. Zamiast tego zaci­snęła usta i odwró­ciła głowę, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje.

-?Tatiano... -?Diego stał ide­al­nie pro­sto, trzy­ma­jąc ręce za ple­cami, w peł­nej goto­wo­ści, by przy­jąć roz­kazy, które nie padły. W jego oczach poja­wiło się zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla niej cie­pło, jed­nak kie­dyś pełne kom­fortu mil­cze­nie cecho­wała teraz mie­szanka trud­nych emo­cji.

Zmien­no­kształtna zigno­ro­wała dziwne mro­wie­nie w żołądku, jakie czę­sto poja­wiało się u niej pod wpły­wem prze­ni­kli­wego wzroku łowcy.

-?Daj mi spo­kój -?rzu­ciła niby groź­nie, lecz jakoś bez prze­ko­na­nia.

Diego pro­sił ją o wyba­cze­nie śred­nio raz na dwa dni, zawsze z tą samą cier­pli­wo­ścią, a ona upo­rczy­wie odma­wiała. Byli już po poważ­nych roz­mo­wach, jego dłu­gich wyja­śnie­niach i wiel­kich prze­pro­si­nach. Ura­to­wać ich mógł tylko czas, bo prze­cież wszyst­kie rany muszą się kie­dyś zagoić. Prawda? Diego nie naci­skał, ale też nie dystan­so­wał się prze­sad­nie. Cze­kał. Doro­bili się wła­snej, pokrę­co­nej rutyny: "Wyba­czysz mi?". "Jesz­cze nie". Cza­sem Tatiana miała wra­że­nie, że jest już pra­wie gotowa, bo rozu­miała jego powody. W inne dni wyda­wało jej się, że stra­ciła do niego zaufa­nie bez­pow­rot­nie. Miała ponure przy­pusz­cze­nie, że wszystko byłoby znacz­nie łatwiej­sze, gdyby nie była w nim wciąż zako­chana.

Teraz, gdy dło­nie Tatiany na­dal drżały przez okropne doświad­cze­nie w skle­pie, Lizzy musiała zdu­sić w sobie odruch obję­cia przy­ja­ciółki. Wie­działa, że ta w takich chwi­lach potrze­buje prze­strzeni, nie­fi­zycz­nej bli­sko­ści.

Diego musiał zdu­sić w sobie znacz­nie wię­cej.

-?Nie możemy... nie wiem, okraść apteki i nafa­sze­ro­wać cię tablet­kami nasen­nymi, żeby wilk prze­spał peł­nię? -?zapro­po­no­wała Erin, prze­ła­mu­jąc napiętą atmos­ferę.

-?Natu­ralna che­mia nie zadziała na sen­tu­ral­nego wilka -?odparł wolno Keith. Brzmiał na tak samo zmę­czo­nego, jak wyglą­dał. -?Uczyli nas tego na Wie­dzy o Wil­ko­ła­kach w Mal­la­roy.

-?Mnie ewi­dent­nie nie nauczyli -?mruk­nęła Erin gorzko. Pamię­tała za to refe­rat o słoń­cówce drob­no­list­nej, który musiała pisać za karę z Mich... nie­ważne. Słoń­cówka była jedną z roślin blo­ku­ją­cych sen­turę, o któ­rych wspo­mniała dziś kasjerka. Osła­biała wil­ko­łaki, a spo­żyta w ogrom­nych ilo­ściach mogła podobno nawet unie­moż­li­wić prze­mianę w trak­cie pełni. Kon­se­kwen­cje zdro­wotne były jed­nak ponoć tak cięż­kie, że nie odwa­ży­liby się jej użyć w obec­nych warun­kach, nawet gdyby mieli do rośliny dostęp.

A nie mieli.

Anthony odchrząk­nął zna­cząco.

-?Może i się chło­pak męczy, ale przy­naj­mniej robi coś sam, zamiast spy­chać całą brudną robotę na magię -?zauwa­żył pro­wo­ka­cyj­nie. Ema­no­wał wciąż tą samą, odpy­cha­jącą obo­jęt­no­ścią.

-?Co? -?Alex, usa­do­wiona wygod­nie na zwa­lo­nym pniu kawa­łek dalej, pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na nich po raz pierw­szy od początku całej dys­ku­sji.

Wszy­scy jęk­nęli w duchu.

-?Keith. -?Erin sku­piła się na przy­ja­cielu. Na tym, w jak opła­ka­nym był sta­nie. -?Niech Diego cię zamknie w jakimś pokoju. TO -?zama­chała ręką, wska­zu­jąc jego zmę­czoną syl­wetkę -?jest nie­ludz­kie!

Wszy­scy się wzdry­gnęli.

Erin potrze­bo­wała tylko sekundy, żeby się zre­flek­to­wać.

-?Sorry! -?Przy­mknęła oczy, czu­jąc cię­żar wstydu. -?Sorry, głu­pie słowo. Wie­cie, co mam na myśli...

-?Tu ryzy­ku­jemy peł­nię, tam zła­pa­nie -?pod­su­mo­wał Diego bez­na­mięt­nym tonem. Stał teraz tro­chę bli­żej Tatiany, cho­ciaż nikt nie zauwa­żył, by zmie­niał miej­sce. -?Coś trzeba wybrać.

-?Możemy się też roz­dzie­lić... -?zauwa­żył Keith.

-?Nie! -?odparły natych­miast Lizzy i Erin, pra­wie jed­no­cze­śnie. Obie z wyraźną iry­ta­cją w gło­sie.

Anthony prych­nął.

-?Dla mnie spoko.

-?Prze­stań -?popro­siła Erin, o dziwo zwra­ca­jąc się do Keitha, nie do Anthony'ego.

-?Co ja niby robię? -?obru­szył się wil­ko­łak, ale deter­mi­na­cja w jego ciem­nych oczach suge­ro­wała, że wie dobrze, co dziew­czyna ma na myśli.

Gdy ucie­kali z Mal­la­roy, byli z nimi lider wil­ko­ła­ków Isaac i jego następ­czyni Jess. Ni­gdy jed­nak nie dotarli oni na drugą stronę muru. Keith popy­chał się więc teraz do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści, bo cza­sem coś w jego gło­wie krzy­czało, że ma do spła­ce­nia dług. Ugi­nał się też coraz bar­dziej pod cię­ża­rem nie zmę­cze­nia, ale poczu­cia winy, że wszy­scy muszą się ukry­wać wła­śnie przez niego -?jedy­nego wil­ko­łaka w gru­pie. Rodzaje pozo­sta­łych były prze­cież legalne. W dodatku dotkliwa samot­ność, którą odczu­wał po utra­cie Lucasa, rosła w siłę z powodu bli­sko­ści pełni. On tęsk­nił za przy­ja­cie­lem, a jego wil­kowi bra­ko­wało wil­czego brata.

Sama suge­stia, że mie­liby się roz­dzie­lić, mro­ziła Erin krew w żyłach. Miała ochotę Keithem potrzą­sać i krzy­czeć, aż wbije mu się do głowy raz a dobrze, że nie jest dla nich bala­stem. To nie była jego walka, w któ­rej oni łaska­wie zgo­dzili się pomóc. Stawka była więk­sza. Stawką było wszystko. Gra­nica moral­no­ści, raz prze­su­nięta, sta­wała się śli­ska i nie­sta­bilna. Roz­wie­wała się pod sto­pami, roz­pły­wała, i gro­ziła znik­nię­ciem na hory­zon­cie prze­mocy i stra­chu. Wszystko to kłę­biło się w myślach Erin, na głos powie­działa jed­nak tylko, patrząc na Keitha upar­cie:

-?Jeste­śmy w tym razem. -?W jej oczach zatlił się ten ogień deter­mi­na­cji, który przy­ja­ciele poznali dobrze w Mal­la­roy.

Keith patrzył na nią bez słowa. Wresz­cie ski­nął głową. Ruch był ledwo zauwa­żalny, ale część napię­cia opu­ściła jego ciało.

-?To nie zmie­nia faktu, że bez­piecz­niejsi będziemy w lesie. -?Tatia­nie nie umknął zna­czący moment mię­dzy jej przy­ja­ciółmi. Nie mogli jed­nak zbyt długo zwle­kać z dys­ku­sją na temat kolej­nego ruchu.

Diego odchrząk­nął cicho.

-?Wiem, że z powodu pełni sku­pia­cie się na Keicie, ale to o Alex powin­ni­śmy się mar­twić.

-?Co...? -?Tym razem to słowo padło z ust Lizzy, nie cza­ro­dziejki.

Pra­wie cała grupa poza Alex wbiła w Diego zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nia. Jedy­nie Anthony prych­nął z roz­ba­wie­niem, wciąż pła­wiąc się w sar­ka­zmie i gorz­kiej rezy­gna­cji.

-?Uwa­żaj, bo się zała­mią na dobre -?wymam­ro­tał pod nosem. Wyglą­dało na to, że wie, co Diego ma na myśli.

Lizzy rzu­ciła zaska­ku­jąco ostre spoj­rze­nie w stronę brata, ale szybko stchó­rzyła i odwró­ciła wzrok.

-?Co jest z Alex? -?zapy­tała tym­cza­sem Erin. Czuła, jak wzbiera w niej nowa emo­cja: chęć wale­nia głową w pień drzewa z fru­stra­cji na Kosmos.

-?Zda­je­cie sobie sprawę z tego, jak dużo potrzeba ener­gii magicz­nej na zaklę­cia, które nas chro­nią? -?zapy­tał bez­na­mięt­nie Diego.

Erin zmarsz­czyła brwi.

-?Dużo? -?zary­zy­ko­wała głu­pio.

Jeśli łowca odczuł iry­ta­cję, nie oka­zał jej.

-?Alex Hughes od szó­stego maja pod­trzy­muje, nie­prze­rwa­nie, serię skom­pli­ko­wa­nych zaklęć, które unie­moż­li­wiają innym cza­ro­dzie­jom zlo­ka­li­zo­wa­nie nas. Przed­sta­wię to w nastę­pu­jący spo­sób. To jest bariera usta­wiona przez Alex. -?Wycią­gnął jedną dłoń, prze­krę­ca­jąc ją pio­nowo. - To są zaklę­cia loka­li­zu­jące. -?Drugą dłoń usta­wił pro­sto­pa­dle do pierw­szej i zaczął ją do niej zbli­żać, aż się zetknęły. -?Jeśli Alex choć na chwilę prze­rwie zaklę­cia, bariera ochronna opad­nie.

Nie mieli pew­no­ści, czy są tak ważni, by ktoś nie­prze­rwa­nie poszu­ki­wał ich za pomocą magii, ale stawka była za wysoka, żeby tę teo­rię prze­te­sto­wać. Fakt, że byli wśród nich bliź­niaczka Alei Lan­ford oraz były szpieg Mar­tina Gal­la­ghera, zde­cy­do­wa­nie zwięk­szał ryzyko.

-?Cza­ro­dzieje nie są w sta­nie pod­trzy­my­wać zaklęć w nie­skoń­czo­ność - przy­po­mniał łowca. -?Jeśli wewnętrzna ener­gia magiczna i wszel­kie jej inne dostępne źró­dła wyczer­pią się, ale czar nie zosta­nie prze­rwany, magia zacznie żywić się ener­gią życiową.

-?Chcesz powie­dzieć, że zacho­wa­nie Alex... -?zaczęła Lizzy drżą­cym gło­sem.

-?Nie wiem -?odpo­wie­dział Diego, nim dokoń­czyła pyta­nie.

-?Chwila, chwila, chwila! -?Erin zama­chała rękoma, usi­łu­jąc prze­wi­nąć całą roz­mowę do tyłu. -?Alex może UMRZEĆ od rzu­ca­nia tych zaklęć? To nam pró­bu­jesz powie­dzieć?!

Cza­ro­dziejka prze­stała stu­dio­wać mech i popa­trzyła w ich stronę, choć nie wyglą­dała na prze­jętą. Jej uwagę przy­cią­gnęło chyba samo uży­cie jej imie­nia. Nie przy­swo­iła jed­nak tre­ści roz­mowy.

-?Alex może umrzeć i ty o tym wiesz, ale nic nie robisz?! -?Erin nie odpusz­czała, zszo­ko­wana i obu­rzona jed­no­cze­śnie.

-?Gdy­bym mógł coś na to pora­dzić, to bym pora­dził -?oznaj­mił spo­koj­nie łowca. Zawsze opa­no­wany, zawsze ze sta­ran­nie wykal­ku­lo­waną odpo­wie­dzią.

-?Stary, no ale czemu nam nie powie­dzia­łeś... -?Keith też nie wyglą­dał na zado­wo­lo­nego.

-?Obec­nie sytu­acja nie ma żad­nego roz­wią­za­nia, dla­tego nie było powodu was nie­po­koić -?wyja­śnił Diego, kie­ru­jąc się nie­złomną racjo­nal­no­ścią łow­ców. -?Jed­nak w kon­tek­ście nad­cho­dzą­cej pełni stan Alex jest istot­nym argu­men­tem za tym, żeby­śmy ukryli się w domu i pole­gali na runach wygłu­sza­ją­cych, któ­rymi mogę zająć się samo­dziel­nie. Nie mamy gwa­ran­cji, że wilk Keitha zaśnie ze zmę­cze­nia, a posta­wie­nie się w sytu­acji, w któ­rej tylko Alex może nas ura­to­wać, jest zbyt ryzy­kowne.

-?Jak możesz być tak opa­no­wany?! Jak to może cię nie obcho­dzić?! -?Erin tra­ciła cier­pli­wość.

Diego przy­mknął oczy, zaraz jed­nak uniósł powieki. Na jego twa­rzy nie malo­wały się żadne emo­cje.

-?To, że jestem opa­no­wany, nie zna­czy, że mnie to nie obcho­dzi.

Nie pierw­szy, nie ostatni raz Erin zmu­szona była do szyb­kiej reflek­sji nad wła­snym zacho­wa­niem.

-?A nie możemy zna­leźć dla Alex jakie­goś źró­dła ener­gii magicz­nej? - zapro­po­no­wała cicho Lizzy, prze­no­sząc wzrok z Diego na Tatianę i z powro­tem. Ta dwójka miała w ich gro­nie nie­pi­sane miano wszech­wie­dzą­cych. -?Mówi­ły­ście, że minę­ły­ście jakiś zabyt­kowy kamień runiczny? -?Zer­k­nęła na Erin.

Diego pokrę­cił głową.

-?Runy magiczne to nie to samo, co alfa­bet runiczny uży­wany przez stare ludy. Skupmy się na pełni -?pora­dził. -?Alex zaj­miemy się w dru­giej kolej­no­ści.

Erin nie zabrała ponow­nie głosu, ale długo jesz­cze patrzyła na łowcę dziw­nie nie­obec­nym wzro­kiem. Wie­działa, że Diego nie jest okrutny ani obo­jętny. Łowca po pro­stu wyko­nał potrzebne obli­cze­nia, roz­wa­żył dostępne opcje, prze­ana­li­zo­wał ich sytu­ację i doszedł do trzeź­wego, obiek­tyw­nego wnio­sku, że na ten pro­blem nie ma obec­nie roz­wią­za­nia. I to ją cho­ler­nie prze­ra­ziło. Było tak, jakby ktoś nakrę­cił nagle stary zega­rek i teraz Erin sły­szała wyraź­nie, jak tyka on w jej gło­wie, coraz gło­śniej, odli­cza­jąc ucie­ka­jący czas. Nie zdą­żyli jesz­cze odkryć, dokąd tak naprawdę zmie­rzają, a już wyda­wało się oczy­wi­ste, że ni­gdy tam nie dotrą.

Cza­sem, kiedy patrzyła na Diego, nie potra­fiła odgo­nić myśli o sio­strze, cho­ciaż wszy­scy sta­rali się nie zapusz­czać w roz­wa­ża­nia o rodzi­nie, bo to pro­wa­dzić mogło tylko do smutku. Łowca jesz­cze nie­dawno stał po dru­giej stro­nie okrut­nego kon­fliktu, tak samo jak Alea Lan­ford. Erin kła­ma­łaby, mówiąc, że nie pro­wo­kuje to w niej bar­dziej emo­cjo­nal­nych reak­cji. Diego prze­szedł na ich stronę, gdy tylko wyszło na jaw, co tak naprawdę czai się za poli­tycz­nymi zmia­nami przy­go­to­wy­wa­nymi po cichu wśród zmien­no­kształt­nych, łow­ców i cza­ro­dzie­jów. Wcze­śniej wyko­ny­wał roz­kazy w ciemno, lojalny wobec uwi­kła­nej w poli­tykę rodziny. Jak wiele wie­działa Alea i czy w któ­rymś momen­cie zde­cy­do­wała się temu sprze­ci­wić? Erin nie miała poję­cia. Nie wie­działa nawet, czy jej bliź­niaczka żyje, ale cza­sem wyda­wało jej się, że i tak już ją stra­ciła.

Jej zamy­śle­nie prze­rwał zachryp­nięty śmiech Anthony'ego.

-?Wszy­scy jeste­śmy znisz­czeni -?rzu­cił zmien­no­kształtny i popu­kał się pal­cem w głowę. -?O, tutaj. Wszy­scy jeste­śmy total­nie pokrzy­wieni.

Każdy go zigno­ro­wał, ale też nikt nie zaprze­czył.

* * *

Prze­do­stali się pod dom nie­długo przed świ­tem, gdy wciąż było ciemno, pod czuj­nym okiem Tatiany, która szy­bo­wała nad nimi w for­mie sowy. O tej porze ściany wyda­wały się szare, nie fio­le­towe, a upał zastą­piło przy­jemne cie­pło. Nikt nie odwa­żył się ode­zwać, kiedy tylne drzwi otwo­rzyły się bez klu­cza, po zwy­kłym naci­śnię­ciu klamki. Wśli­zgnęli się do środka szybko i ner­wowo, jedno po dru­gim, niczym cie­nie ucie­ka­jące przed świa­tłem.

W domu rze­czy­wi­ście nie zna­leźli nikogo -?Kosmo­sowi niech będą za to dzięki -?jed­nak na każ­dym kroku tra­fiali na jawne oznaki, że jesz­cze chwilę temu ktoś tam miesz­kał. W sza­fach były ubra­nia, w salo­nie zdję­cia rodzinne, w łazience kosme­tyki, na rega­łach książki. Wszystko to nada­wało prze­strzeni kon­kretną oso­bo­wość. Jakby tego było mało, w garażu stał samo­chód. Owa wszech­obec­ność cudzego życia przy­pra­wiała przy­ja­ciół o ciarki. Po czę­ści dla­tego, że pod­kre­ślało to ich sta­tus intru­zów, przede wszyst­kim jed­nak ponie­waż trudno było wyzbyć się wra­że­nia, że rodzina za chwilę wkro­czy przez drzwi fron­towe. W zle­wie stały dwie brudne szklanki, na kana­pie cze­kała roz­ło­żona nie­dbale gazeta.

Erin znów miała złe prze­czu­cia. Instynkt prze­trwa­nia szep­tał ner­wowo, że powinni ucie­kać, ale był to stan nie­zmienny od tygo­dni, musiała więc zaci­snąć zęby i spró­bo­wać go zagłu­szyć.

Wyłą­czyli natych­miast wszyst­kie bez­piecz­niki prądu, nie chcąc ryzy­ko­wać, że prze­ga­pią jakieś urzą­dze­nie, które komu­ni­kuje się z wie­żami GSM. Potem Diego przy­stą­pił do przy­go­to­wy­wa­nia w piw­nicy run wygłu­sza­ją­cych na dzi­siej­szą noc, pod­czas gdy reszta nie­śmiało zaczęła wyko­rzy­sty­wać nowe warunki. W szaf­kach kuchen­nych zna­leźli jedze­nie, z kra­nów leciała woda -?pro­ste rze­czy, które wzbu­dziły w nich trudną do opi­sa­nia eks­cy­ta­cję pomie­szaną z dziwną ner­wo­wo­ścią. Alex zauwa­żyła, że kilka roślin na para­pe­cie w kuchni jest magicz­nych. Tatiana przej­rzała więc szybko książki w gabi­ne­cie i potwier­dziła, że zde­cy­do­wana więk­szość ozna­ko­wana była z tyłu sym­bo­lem sen­tury, czyli zamknię­tym w owalu, ozdob­nym "s", co zna­czyło, że w fik­cyjny tekst wple­ciono sen­tu­ralną wie­dzę, ukry­wa­jąc ją w ten spo­sób przed ludźmi. Dopiero te odkry­cia pozwo­liły im odprę­żyć się odro­binę, suge­ro­wały bowiem, że dom nale­żał do cza­ro­dzie­jów lub łow­ców.

Na górze znaj­do­wały się trzy sypial­nie -?główna i dwie zamiesz­ki­wane przez dzieci. Wykoń­czeni ukry­wa­niem się w lesie, byli gotowi na sen już z samego rana, dziew­czyny zgar­nęły jed­nak wszyst­kie mate­race i koce do jed­nego pomiesz­cze­nia, zbyt nie­ufne, by oddzie­lać się w obcym miej­scu ścia­nami. Diego posta­no­wił dotrzy­mać towa­rzy­stwa Keithowi i przy oka­zji obser­wo­wać bacz­nie przez okno pod­jazd domu. Tak na wszelki wypa­dek. Anthony jako jedyny wybrał samot­ność, umy­ka­jąc na dół. Nie musieli długo cze­kać na dźwięki otwie­ra­nych sza­fek, a potem -?gdy zna­lazł to, czego szu­kał -?cichy brzęk szkla­nych bute­lek.

Patrząc wstecz, pew­nie już w tym momen­cie powinni byli zacząć pani­ko­wać.

4. Piekielna noc

4.

Pie­kielna noc

-?Dobry wie­czór, Ame­ryko! Mówi Jane Doer...

-?...i John Dunn! Czas na Roz­mowy Natu­ralno-Sen­tu­ralne...

-?...w Radiu May­day!

W pomiesz­cze­niu roz­brzmiała cha­rak­te­ry­styczna melo­dia audy­cji.

-?Wiele osób o tej godzi­nie już śpi, tym­cza­sem my spę­dzimy z wami tro­chę czasu i pod­su­mu­jemy naj­waż­niej­sze infor­ma­cje dnia. Dla tych, któ­rzy nie mogli nas słu­chać wcze­śniej i dla zapo­mi­nal­skich!

Kobieta dźwięcz­nie się zaśmiała.

-?Wła­śnie tak, wła­śnie tak! No więc o czym dziś roz­ma­wia­li­śmy? Pozna­li­śmy ofi­cjalną decy­zję w spra­wie rekordu świata w biegu na sto metrów męż­czyzn i muszę powie­dzieć, że na­dal trudno w to wszystko uwie­rzyć. Orga­ni­za­cja World Ath­le­tics wypo­wie­działa się na temat rodza­jów sen­tu­ral­nych pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej i oto, co usta­no­wiono. -?Jane Doer zro­biła pełną napię­cia pauzę, odda­jąc głos współ­pra­cow­ni­kowi.

-?Sen­tu­ralni, i tutaj cytuję, "zostają w try­bie natych­mia­sto­wym wyklu­czeni z wszel­kich rywa­li­za­cji spor­to­wych, z powodu nie­spra­wie­dli­wej prze­wagi, którą posia­dają nad ludźmi".

-?Dokład­nie tak, moi dro­dzy -?potwier­dziła Jane. -?Jak widać, cały świat małymi kro­kami porząd­kuje rze­czy­wi­stość.

-?Ach, tylko pomyśl, Jane, o wszyst­kich tych bied­nych ludziach, któ­rzy sie­dzą zako­pani w papier­ko­wej robo­cie, popra­wia­jąc wszel­kie spor­towe rekordy...

-?Nie chcia­ła­bym być na ich miej­scu -?zgo­dziła się kobieta. -?Ofi­cjalne odsu­nię­cie sen­tu­ral­nych od zawo­dów wywo­łało, poza ogro­mem pracy admi­ni­stra­cyj­nej, także sporą kon­tro­wer­sję.

-?No i trudno się dzi­wić. Zer­k­nijmy, co mie­li­ście do powie­dze­nia!

-?John zaraz zacznie czy­tać wasze komen­ta­rze, a ja wcze­śniej przy­po­mnę: każdy z was także może podzie­lić się z nami swoją opi­nią w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, uży­wa­jąc #may­day­info lub zosta­wia­jąc komen­ta­rze bez­po­śred­nio na naszej plat­for­mie inter­ne­to­wej!

Wszy­scy obu­dzili się już jakiś czas temu, pod koniec dnia. Erin, która obec­nie wal­czyła na pogar­dliwe spoj­rze­nia z sie­dzą­cym na dywa­nie Yoric­kiem, wydała z sie­bie pełne odrazy prych­nię­cie.

-?No ja to na przy­kład mam sporo do powie­dze­nia -?wymam­ro­tała.

Wymę­czony Keith mruk­nął z apro­batą. Sie­dział przy stole obok Tatiany i grali razem w pro­stą grę kar­cianą. Miało to na celu nie tyle roz­rywkę, ile powstrzy­ma­nie wil­ko­łaka przed zaśnię­ciem. Świa­tła w domu pozo­sta­wili wyłą­czone, przy­ja­cio­łom poma­gał tylko ruchliwy blask zna­le­zio­nych w salo­nie świec.

Pogodny głos Johna Dunna nie odpusz­czał.

-?Jeden z naszych słu­cha­czy pisze: "Czym się róż­nią środki dopin­gu­jące od magii? Niczym!". Wygląda na to, że wiele osób myśli podob­nie. Repre­zen­tant World Ath­le­tics na kon­fe­ren­cji pra­so­wej powie­dział, że orga­ni­za­cja nie wyklu­cza dopusz­cze­nia w przy­szło­ści cza­ro­dzie­jów do udziału w ludz­kich zawo­dach spor­to­wych, ponie­waż ich uwa­run­ko­wa­nia fizyczne nie odbie­gają od naszych. Doty­czy to nato­miast odle­głej przy­szło­ści. Obec­nie mamy zbyt małe poję­cie o magii i jej wła­ści­wo­ściach, by móc przy­go­to­wać sku­teczny plan spraw­dza­nia uczest­ni­ków i kon­tro­lo­wa­nia, czy nikt nie wspo­maga sie­bie lub innych zaklę­ciami pod­czas zawo­dów.

-?Brzmi sen­sow­nie -?zgo­dziła się Jane Doer.

- Ani tro­chę -?burk­nęła Tatiana ponuro.

-?Wszy­scy prze­ko­nali się pew­nie na wła­snej skó­rze, że sen­tu­ralni nie wyleźli nagle spod ziemi, ale cały czas żyli wśród nas. Tyle tylko, że w ukry­ciu! Teraz w każ­dej dzie­dzi­nie życia trzeba będzie zna­leźć kom­pro­misy, nowe zasady i nowe roz­wią­za­nia, wszystko to w atmos­fe­rze zdra­dzo­nego zaufa­nia. Bo nie wiem jak ty, ale ja przez wiele osób czuję się obec­nie po pro­stu oszu­kana... Tym­cza­sem w Mię­dzy­na­ro­do­wym Komi­te­cie Olim­pij­skim już roz­po­częły się dys­ku­sje na temat przy­szło­ści igrzysk! Nie wyklu­czają moż­li­wo­ści stwo­rze­nia odręb­nej kate­go­rii dla sen­tu­ral­nych.

-?No ale tu poja­wia się kolejny pro­blem, moja droga Jane. Czyż nie? Jak oce­nić, czy posta­wie­nie zmien­no­kształt­nego prze­ciw łowcy także nie zaowo­cuje nie­spra­wie­dli­wym wyni­kiem?

-?Ano wła­śnie! To pro­blem, któ­rego sami nie roz­wią­żemy. Może jed­nak nasi nocni słu­cha­cze wie­dzą, co robić. Dziel­cie się z nami swo­imi pro­po­zy­cjami, uży­wa­jąc #may­day­info na plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych! - zachę­ciła entu­zja­stycz­nie Jane.

John płyn­nie prze­jął pałeczkę.

-?Przed nami jesz­cze nie­je­den dyle­mat do prze­ga­da­nia, ale naj­pierw ostrze­że­nie: już w każ­dej stre­fie cza­so­wej naszego kraju trwa godzina poli­cyjna, ta noc jest jed­nak szcze­gólna. Zaraz przy­po­mnimy o naj­waż­niej­szych środ­kach bez­pie­czeń­stwa obo­wią­zu­ją­cych w trak­cie pełni księ­życa. Naj­pierw jed­nak tro­chę muzyki dla tych, któ­rzy wciąż nie są senni.

-?Albo wręcz prze­ciw­nie, na roz­bu­dze­nie! -?zaśmiała się Jane.

Z małego gło­śniczka ich sta­rego radyjka ode­zwały się pierw­sze nuty pio­senki She Wolf Sha­kiry. Erin wstała i wyłą­czyła urzą­dze­nie bez słowa. Zamiast dźwię­ków muzyki po pomiesz­cze­niu roz­szedł się nie­smak.

Dziew­czyna prze­nio­sła wzrok na Keitha.

-?Jak się czu­jesz?

-?Jak komórka z jed­nym pro­cen­tem bate­rii -?oznaj­mił wil­ko­łak gro­bo­wym gło­sem.

Mimo poważ­nej sytu­acji wargi Erin wygiął nikły uśmiech.

-?No weź. -?Szturch­nęła przy­ja­ciela lekko. -?Cho­dzi mi o peł­nię. O prze­mianę -?dodała, ści­sza­jąc nieco głos, cho­ciaż sama nie wie­działa, po co. -?Jak oce­niasz? Już nie­długo czy...?

Za oknami było ciemno, a pełny księ­życ świe­cił odważ­nie na tle czar­nego nieba.

Keith skrzy­wił się lekko. Choć poczu­cie humoru zda­wało się go nie opusz­czać w żad­nej sytu­acji, wcale nie miał się dobrze.

-?Trudno powie­dzieć. Nor­mal­nie jestem w sta­nie to wyczuć, ale teraz jedyne, co czuję, to zmę­cze­nie. -?Wes­tchnął ciężko. -?Strze­lam, że nie wię­cej niż dwie godziny.

Nie dodał na głos, że gdyby ota­czało go stado, trans­for­ma­cja pew­nie już by się roz­po­częła. Zgod­nie z pra­wami sen­tury odby­wała się ona zawsze w nocy, w trak­cie doby z peł­nią księ­życa. Nie dało się jed­nak okre­ślić kon­kret­nej minuty czy godziny. Była to sprawa dość indy­wi­du­alna, mimo to wil­ko­łaki oddzia­ły­wały na sie­bie nawza­jem. Gdy znaj­do­wały się w gru­pie, trans­for­ma­cja jed­nej osoby pro­wo­ko­wała natych­miast to samo u pozo­sta­łych. Keith został jed­nak sam.

Lizzy poja­wiła się w progu kuchni, nie­po­ko­jąco blada i z sze­roko otwar­tymi oczami.

-?Mamy pro­blem -?oznaj­miła na wyde­chu.

-?Dziew­czyno, nie chcę ci psuć opty­mi­stycz­nej wizji świata, ale my mamy same pro­blemy -?zauwa­żył Keith, gapiąc się bez­myśl­nie w karty. - Pro­blemy to jest w sumie jedyne, co my mamy...

Jego komen­tarz ani tro­chę nie wpły­nął na wyraz prze­ra­że­nia na twa­rzy Lizzy.

-?Miesz­kańcy wycho­dzą na ulicę -?wyja­śniła z nutą roz­pa­czy. Obec­nie trwała jej kolej, by obser­wo­wać przez szybę, co dzieje się przed posia­dło­ścią. Na wszelki wypa­dek.

Erin zamarła.

-?Idą tutaj?

-?Nie. Może. Nie wiem! -?jęk­nęła Lizzy, roz­dy­go­tana.

Diego zna­lazł się w przed­po­koju pierw­szy, ale reszta dep­tała mu po pię­tach. Przy­ci­snęli nosy do okien po obu stro­nach drzwi i zmru­żyli oczy, pró­bu­jąc doj­rzeć jak naj­wię­cej w mroku.

-?Prze­cież to są... wszy­scy -?wydu­siła z sie­bie Erin w szoku.

Erin nie kła­mała. To zna­czy, w ciągu ostat­niego roku kła­mała dość czę­sto i z jako takim powo­dze­niem, jed­nak nie w tym przy­padku. Wszyst­kie domy przy ulicy wyglą­dały podob­nie: choć wyraź­nie nad­gry­zione zębem czasu, miały roz­le­głe, zadbane traw­niki, uro­cze werandy i czy­ste pod­jazdy. Ten sie­lan­kowy obraz małego mia­steczka zakłó­cało obec­nie to, że każdy jego miesz­ka­niec łamał prze­pisy.

Stru­mień ludzi uzbro­jo­nych w latarki pły­nął w stronę cen­trum. W ciem­no­ści nie dało się doj­rzeć wyrazu ich twa­rzy, ale po ruchach wnio­sko­wać można było, że ani się nie spie­szą, ani nie są prze­ra­żeni. Tłum parł do przodu z podej­rzaną deter­mi­na­cją, rosnąc wciąż w siłę - drzwi każ­dego kolej­nego domu mija­nego przez grupę otwie­rały się i następni miesz­kańcy dołą­czali do pro­ce­sji.

-?To nie ma sensu -?szep­nęła Tatiana. -?To nie ma naj­mniej­szego sensu...

-?Odsuń­cie się od okien -?pole­cił nagle Diego, sam też robiąc krok do tyłu. -?Nie ryzy­kujmy, że nas zoba­czą.

W głębi kory­ta­rza coś trza­snęło. Wszy­scy wstrzy­mali oddech.

-?Co się -?Anthony czknął, pod­cho­dząc bli­żej grupy -?dzieje?

-?Kie­dyś mu coś zro­bię -?syk­nęła Erin. Chło­pak po raz kolejny o mało nie przy­pra­wił jej o zawał.

-?Wszy­scy miesz­kańcy wyszli z domu i gdzieś idą -?wyja­śnił tym­cza­sem Keith. Strach go chwi­lowo ocu­cił, w związku z czym brzmiał na znacz­nie mniej zmę­czo­nego.

Anthony przez moment wyglą­dał na zasko­czo­nego, szybko jed­nak prze­stał się przej­mo­wać. Widać było, że nie jest do końca trzeźwy.

-?A gdzie jest... Nie wiem, poli­cja? Nie pil­nują jakoś tego... -?zama­chał dło­nią, nie mogąc zna­leźć słowa -?...wszyst­kiego?

-?Nie widzia­łam z góry poste­runku -?Tatiana zwró­ciła się nie do niego, ale do pozo­sta­łych. Jej wzrok zatrzy­mał się na Diego. -?To mia­steczko jest tak małe, że raczej pod­le­gają pod biuro sze­ryfa w sto­licy hrab­stwa.

Łowca ski­nął głową.

-?Tak czy ina­czej, powi­nien tu być jakiś patrol. Ze względu na godzinę poli­cyjną i peł­nię...

-?Może jest -?zauwa­żyła Erin. -?Może ci z patrolu są razem z nimi w tym tłu­mie.

Nad ich gło­wami zawisł nowy rodzaj nie­po­koju. Erin bez słowa ruszyła do kuchni. Diego i Tatiana tuż za nią, praw­do­po­dob­nie myśleli o tym samym. Prze­klęte radio zostało ponow­nie włą­czone, ale w May­day nie leciał żaden komu­ni­kat, nie ogła­szano nowych roz­ka­zów. John i Jane recy­to­wali jedy­nie do upar­tego te same ostrze­że­nia na temat pełni i był to praw­do­po­dob­nie przy­go­to­wany wcze­śniej mate­riał, który pusz­czano teraz z nagra­nia. Być może zresztą ich głosy były wyge­ne­ro­wane sztucz­nie. Nie pra­co­wali w końcu przez całą dobę.

Erin odcze­kała chwilę, a potem wyłą­czyła urzą­dze­nie, żeby nie mar­no­wać bate­rii. Przez kil­ka­dzie­siąt prze­dłu­ża­ją­cych się sekund nikt nic nie mówił. Spo­glą­dali jedy­nie na sie­bie w napię­ciu. Zagu­bieni.

W kuchni było cia­sno, prze­szli więc zaraz po cichu do salonu. Diego usta­wił się przy zasło­nię­tym oknie i znów ase­ku­ra­cyj­nie wyglą­dał na zewnątrz, z tego miej­sca także widać było bowiem ulicę.

-?Czyli co się dzieje? -?spy­tała cicho Lizzy, która źle zno­siła pełne grozy mil­cze­nie.

Anthony z gło­śnym wes­tchnię­ciem opadł na kanapę.

-?To mia­sto jest szur­nięte -?rzu­cił, nie­prze­jęty.

Yorick łypał na niego pogar­dli­wie z pod­łogi.

-?Minęli nas -?oznaj­mił tym­cza­sem Diego. -?Odda­lają się.

-?Ale co to wszystko zna­czy?! -?Erin miała wra­że­nie, że zaraz odej­dzie od zmy­słów. -?Dokąd oni idą? Co pla­nują?! Co my mamy robić? - Powę­dro­wała spoj­rze­niem na Keitha, który stał pod ścianą z dłońmi zaci­śnię­tymi w pię­ści. Lada moment mieli zamknąć go w piw­nicy, by ukryć prze­mianę.

Tatiana wzięła cichy, ale głę­boki oddech. Potem odchrząk­nęła, bo stres utknął jej w gar­dle.

-?Zro­bię reko­ne­sans -?zade­kla­ro­wała i pochy­liła się, żeby roz­wią­zać buty. Prze­miana bez ubrań zawsze była bez­piecz­niej­sza.

-?Nie możesz iść sama -?zaprze­czył natych­miast Diego, śmier­tel­nie poważny.

-?Lecieć -?popra­wiła go zmien­no­kształtna spo­koj­nie.

-?Tatiano. -?Łowca już nic nie dodał. Wło­żył cały nie­po­kój i tro­skę w to jedno słowo i zawie­sił na niej wzrok swo­ich czar­nych oczu, tocząc walkę sam ze sobą. Zda­wał sobie sprawę, że zapro­po­no­wane przez nią roz­wią­za­nie jest racjo­nalne, więc powi­nien je zaak­cep­to­wać. Jego uczu­cia do dziew­czyny wyry­wały się jed­nak na pierw­szy plan. Z zewnątrz nic nie było widać. Stał wciąż ide­al­nie pro­sto, poważny i czujny.

-?Kogo innego chcesz tam wysłać? -?rzu­ciła Tatiana, zsu­wa­jąc trampki i skar­pety ze stóp. Pytała tylko po to, by pod­kre­ślić, że to ona jest naj­lep­szą opcją. Gdy była już bosa, pod­nio­sła na łowcę wzrok. Być może jako jedyna widziała napię­cie w jego ramio­nach i dostrze­gała cień emo­cji wyła­nia­jący się zza bez­na­mięt­nej maski.

Erin zaczęła obra­cać słowa przy­ja­ciółki w myślach. Lizzy za łatwo pod­da­wała się panice, Anthony był wsta­wiony. Alex pew­nie nawet nie wie­działa, co się dzieje. Diego musiał zostać z Keithem w domu, bo runy wygłu­sza­jące wyma­gały akty­wa­cji...

Zosta­wały więc, raz jesz­cze, ona i Tatiana. Zmien­no­kształtna mogła szy­bo­wać nad gło­wami miesz­kań­ców w ciele sowy, ukryta w ciem­no­ści nocy, jed­nak nie dało się prze­wi­dzieć, czy będzie bez­pieczna. Nie, kiedy nie mieli poję­cia, co wywo­łało dzi­waczne zacho­wa­nie miesz­kań­ców. Ktoś powi­nien wyjść wraz z nią i tym kimś była Erin. Słowa jed­nak nie chciały odkleić się od jej języka.

Nie chciała tam iść. Nie chciała tam iść, nie chciała tam iść, nie chciała tam iść. Nie­okre­ślony nie­po­kój tra­wił jej wnętrz­no­ści, od kiedy weszli w spa­lony obszar lasu. Miała ochotę wrzesz­czeć lub pła­kać. Albo naj­le­piej jedno i dru­gie. Chciała zrzu­cić z sie­bie wszelką odpo­wie­dzial­ność, kuc­nąć w kącie i cze­kać. Pra­gnęła, by ktoś się nagle poja­wił i powie­dział, że zostali ura­to­wani. Że nic już nie muszą i nic się już im nie sta­nie. Była zmę­czona. Była prze­ra­żona. Była też, nie­stety, Erin Lan­ford.

-?Pójdę z tobą -?oznaj­miła, zaska­ku­jąc samą sie­bie tym, jak mocno zabrzmiał jej głos. -?Pole­cisz górą, ja wto­pię się w tłum. Jest ciemno, jest zamie­sza­nie. Będzie dobrze -?prze­ko­ny­wała i przy­ja­ciół, i samą sie­bie.

Jakaś jej część wciąż liczyła, że Diego zapro­te­stuje i rzuci, że plan jest nie­ra­cjo­nalny, a pro­cent powo­dze­nia zbyt niski. Chło­pak jed­nak chwilę się jej przy­glą­dał, a potem ski­nął głową na znak apro­baty. Może dla­tego, że Erin była czło­wie­kiem i w pew­nym sen­sie jej jedy­nej nic tak naprawdę nie gro­ziło? Prze­łknęła gorzki smak w ustach i wycią­gnęła rękę w stronę Keitha.

-?Dasz mi bluzę? Moja nie ma kap­tura, a się przyda.

Czerw­cowe wie­czory były wciąż cie­płe, ale wil­ko­łak ze zmę­cze­nia zaczął mar­z­nąć. Mimo to bez słowa sprze­ciwu zdjął ubra­nie i prze­ka­zał je przy­ja­ciółce.

* * *

Erin zbli­żyła się do pochodu bez pro­blemu, bo bli­sko cen­trum mia­steczka zaczął on zna­cząco zwal­niać. Wci­snęła ręce do kie­szeni, głowę zakryła kap­tu­rem i szła pochy­lona, by nie poka­zy­wać twa­rzy.

Tam, gdzie zbie­gała się więk­szość ulic, tłum zaczął gęst­nieć, w miarę jak różne pochody zle­wały się w jedną masę. Erin odwa­żyła się znowu zadrzeć głowę i zauwa­żyła, że wszy­scy miesz­kańcy wcho­dzą do budynku ze strze­li­stą wieżą. Spu­ściła wzrok, zwol­niła i pozwo­liła się wyprze­dzić, zanie­po­ko­jona, że jeśli tłum ponie­sie ją głę­boko w głąb budowli, nie uda jej się zawró­cić i wyco­fać. Im cia­śniej ota­czali ją nie­zna­jomi, tym szyb­ciej biło jej serce. Z bli­ska mrok nocy nie ofe­ro­wał już bez­pie­czeń­stwa, złe prze­czu­cie wciąż ści­skało jej żołą­dek, a w gło­wie ode­zwała się klau­stro­fo­bia.

W uszach zaczęła jej szu­mieć krew, serce dud­niło, robiło się coraz dusz­niej. Ktoś szturch­nął ją, wymi­ja­jąc, i chyba nawet prze­pro­sił. Erin nie była pewna, świat stra­cił ostrość, a potem zro­biło się jaśniej, bo prze­kro­czyła próg budowli. Wbiła wzrok w zie­mię, sku­pia­jąc się na wła­snych butach.

Wdech, wydech. Wdech, wydech.

Dopiero gdy napad paniki minął, dotarł do niej głos męż­czy­zny, który prze­ma­wiał z nie­wiel­kiego pode­stu w głębi budynku. Wszę­dzie tło­czyli się słu­cha­cze, od ściany do ściany, ale i tak nie wszyst­kim udało się wejść do środka. Pozo­stali nasłu­chi­wali więc z dworu, gdzie wzmoc­niony przez gło­śniki głos wypa­dał przez otwo­rzone na oścież, wyso­kie, dwu­skrzy­dłowe drzwi.

-?Wyglą­dają tak jak my. Cho­dzą mię­dzy nami, udają jed­nych z nas, ale nie są natu­ralni -?kon­ty­nu­ował męż­czy­zna z zapa­łem. -?Nasza rze­czy­wi­stość była obar­czona tym cichym złem, a my żyli­śmy w nie­świa­do­mo­ści, ale teraz wresz­cie przej­rze­li­śmy na oczy i naszym obo­wiąz­kiem jest dzia­łać! Bra­cia i sio­stry, musimy uchro­nić swoje dzieci i bli­skich nie tylko przed tym pod­łym wyna­tu­rze­niem, ale też przed tymi, któ­rzy ule­gają poku­sie, pod­dają się maso­wej pro­pa­gan­dzie i nawo­łują do zaak­cep­to­wa­nia sen­tu­ral­nej odmien­no­ści! A jest to odmien­ność nie­bez­pieczna. Nie­mo­ralna. Nie­prze­wi­dy­walna i, co naj­gor­sze, zaraź­liwa. Każda bli­ska i ważna dla was osoba może zostać prze­mie­niona, jeśli nie będziemy uważni, ostrożni i zde­cy­do­wani w swo­ich dzia­ła­niach.

Dookoła roz­legł się pomruk apro­baty. Wszy­scy wpa­try­wali się w mówcę z uwagą, kiwa­jąc lekko gło­wami, dzięki czemu Erin ośmie­liła się uważ­niej rozej­rzeć, odsła­nia­jąc znów twarz. Kątem oka dostrze­gła kasjerkę ze sklepu. Jasne włosy sple­cione miała w dwa nie­winne war­ko­czyki i uśmie­chała się uro­czo, jakby natchniona.

-?Poli­tycy pró­bują nam wmó­wić, że jedy­nie dwa sen­tu­ralne rodzaje mogą nas skrzyw­dzić, ale my wiemy, że to bzdury! Nie możemy ule­gać takiemu myśle­niu! -?ostrze­gał mówca. -?Musimy pozbyć się istot, które czczą księ­życ i mor­dują w jego imię. Istot, które posi­lają się cudzym życiem. Istot, które weszły w posia­da­nie sił nie­czy­stych. Istot, które rodzą się bez dusz i w oczach mają tylko pustkę! -?Męż­czy­zna pod­niósł głos. - Musimy uchro­nić się przed zwie­rzę­tami, które przy­własz­czyły sobie wize­ru­nek ludzi i wkra­dły się do naszych miast i naszych rodzin!

Erin zamarła. Czy to wciąż była teo­re­tyczna, poetycka prze­mowa? Czy męż­czy­zna wie­dział coś o ich obec­no­ści w mie­ście? Jesz­cze raz zer­k­nęła ner­wowo na kasjerkę w tłu­mie. Złe prze­czu­cie, które podą­żało za nią, od kiedy prze­kro­czyli gra­nicę mia­steczka, rosło niczym balon, aż wresz­cie pękło spek­ta­ku­lar­nie i zalało wszystko bez­na­dzieją.

Zaczęła się cofać. Wolno, ostroż­nie, z pochy­loną głową. Strach powoli wypie­rała adre­na­lina.

-?Nie możemy ufać wła­dzom, które nie podzie­lają naszych poglą­dów. Spo­ty­kamy się tu w noc oczysz­cze­nia, by raz jesz­cze wziąć sprawy w swoje ręce! Jak wielu z was wie, mamy powody, by zakła­dać, że zagro­że­nie znów prze­śli­zgnęło się do naszego mia­sta. Jeśli gdzieś w naszych lasach lub w naszych domach czają się te prze­siąk­nięte złem istoty, dziś mamy przy­zwo­le­nie i obo­wią­zek, by to zagro­że­nie wyeli­mi­no­wać!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki