Dzieci Mallaroy. Tom I - A.M. Juna

Reflow text when sidebars are open.
1.
Stan obecny
Czerwcowe noce miały w sobie resztki utraconej beztroski. Powietrze było wciąż ciepłe, ale znikały bezlitosna duchota i męczący skwar, a dławiący strach przed pojmaniem tracił nieco na intensywności. Niebo z boleśnie błękitnego zmieniało się w kojąco czarne, ulice pustoszały, a panujący na nich spokój tylko czasem zakłócały odgłosy przyspieszonych kroków w ciężkich, wojskowych butach albo walenie pięściami w drzwi. Na sklepowych półkach nie brakowało już towarów, za to podtrzymywano oficjalny stan wyjątkowego zagrożenia, godzinę policyjną i liczne blokady drogowe.
Pierwsze fale szoku po globalnym ujawnieniu sentury zaczęły opadać, świat nigdy już nie miał być natomiast taki sam i Erin Lanford szybko odkryła, że łatwiej jej stawiać mu czoła pod osłoną milczącej ciemności.
To milczenie diabli wzięli, gdy coś trzasnęło głośno. Erin wstrzymała oddech, a jej ciało spięło się momentalnie, podświadomie szykując się do biegu. Odwróciła się i spojrzała na Alex. Czarodziejka przełożyła właśnie pierwszą nogę nad parapetem i siedziała teraz na nim okrakiem.
-?Alex! -?W szepcie dziewczyny słychać było panikę. -?Diego powtarzał tysiąc razy, by uważać na ten wazon!
Alex zmarszczyła brwi.
-?Co?
Erin zignorowała pytanie. Przyłożyła jedynie palec do ust, nakazując ciszę. Przez moment stała w bezruchu, nasłuchując. Wreszcie odetchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż uderzało zbyt szybko.
-?Nie obudził się. Właź dalej -?ponagliła najciszej, jak się dało. - Tylko ostrożnie!
Gdy obie znalazły się w spowitym mrokiem salonie, chwilę zajęło im szukanie wazonu, który przeturlał się pod stół po tym, jak spadł z parapetu.
-?Nie pękł -?stwierdziła Erin po nerwowych oględzinach.
Alex nie odpowiedziała. Spojrzała w sufit i na jej twarzy pojawiło się skupienie, ale zaraz odwróciła się gwałtownie w bok, jak gdyby rozproszyło ją coś niewidzialnego. Potem ruszyła beztroskim krokiem w głąb niewielkiego domu, w stronę otwartej kuchni.
Erin westchnęła, odstawiła plastikowy wazon z powrotem na parapet, po czym ruszyła w ślad za czarodziejką.
Obcowania z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nie przejmowała się kryzysem, i coraz częściej była całkowicie nieobecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nadzorować i pouczać, aby jakąś głupią nieuwagą nie sprowadziła na grupę niebezpieczeństwa. Jednocześnie to właśnie ona ich wszystkich chroniła - gdyby nie jej zaklęcia, pewnie dawno już zostaliby zlokalizowani przez czarodziejów, którzy opowiedzieli się po stronie ludzi. Jedna niewłaściwa runa i mieliby na karku żołnierzy... Trwali więc w paradoksie: musieli pilnować beztroskiej Alex jak dziecka, zarazem powierzając jej magii swoje życie.
-?Jest więcej jedzenia -?oznajmiła teraz melodyjnym głosem. Światło z otwartej lodówki rzeźbiło jej profil plamami ostrego światła i cieni.
Erin miała ochotę zacisnąć ręce na jej szyi.
-?Szeptem -?syknęła ledwo słyszalnie. -?Mów szeptem, Alex, błagam cię!
Czarodziejka wyglądała na skołowaną. Było niestety bardzo prawdopodobne, że umknął jej całkowicie fakt, iż włamały się właśnie w środku nocy do cudzego domu.
-?Masz rację, jest więcej -?mruknęła Erin, tym razem sama do siebie, zaglądając przyjaciółce przez ramię. Żołądek skręcał jej się z głodu i widok wypchanych jedzeniem półek był przytłaczający. -?Podaj mi nóż. Jak utniemy kawałek sera, to chyba nie zauważy, prawda?
Alex wzruszyła ramionami.
Podkradali jedzenie najrzadziej, jak się dało i w niewielkich ilościach, żeby właściciel nie zwrócił uwagi na braki. Po podziale między ukrywającą się siódemkę -?Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha, Anthony'ego i Diego -?porcje były żałośnie niewielkie.
Na blacie obok lodówki piętrzyły się jabłka. W szafce znalazły trzy paczki chleba. Starzec wyraźnie nie zamierzał udawać się niebawem do sklepu i natychmiast wzbudziło to w Erin niepokój. Czyżby zapowiedziano kolejny lockdown? Gdy szóstego maja w Stanach Zjednoczonych oficjalnie ujawniono istnienie sentury, wieści te lotem błyskawicy obiegły cały świat, wzbudzając napięcia. Choć ekonomiczne i polityczne relacje międzynarodowe już nieco się uspokoiły, zmiany wewnętrzne w każdym państwie nabierały tempa. Aby być z nimi na bieżąco, próbowali podsłuchiwać pod oknem, gdy mężczyzna oglądał wiadomości na starym, trzeszczącym telewizorze, ale nie zawsze to się udawało. Jednego mogli być pewni: polowanie na wampiry i wilkołaki trwało.
Ponieważ spisek Martina Gallaghera się powiódł i zmiennokształtni, łowcy oraz czarodzieje z kraju w porę podjęli współpracę z ludźmi, celem łapanek były tylko dwa senturalne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, którzy znacząco dominowali pod względem liczebności, niewiele mogłoby stanąć na drodze, gdyby zdecydowali się ścigać też pozostałych.
Kąty pogrążonego w mroku domu wydały się nagle Erin jeszcze czarniejsze.
-?Myślałam, że Tatiana szła za tobą? -?szepnęła, zerkając za siebie kontrolnie. Pusto.
Alex patrzyła w nieistniejący punkt, pocierając potylicę. Włosy odrosły jej już nieco po zgoleniu głowy w Mallaroy, mimo to nadal były króciutkie.
-?Kto?
-?Tatiana.
-?Co?
Erin westchnęła cicho, ale ciężko.
-?Czy Tatiana wróciła do szopy? -?zapytała ponownie, nadal szeptem, ale wolniej i wyraźniej. Za niewielkim domem znajdowała się stara szopa z narzędziami i gratami. To tam koczowali przez większość czasu.
-?Nie. -?Alex uśmiechnęła się promiennie. -?Powiedziała, że zostanie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się światło.
Erin skinęła głową.
-?Chcesz iść pierwsza?
-?Co?
Z Alex było coraz gorzej. Im trudniejsza stawała się ich sytuacja, tym mocniej dziewczyna uciekała do wnętrza własnej głowy.
-?Nieważne -?mruknęła Erin z rezygnacją. Nie miała siły ciągle się powtarzać.
Od czterech tygodni -?od kiedy w noc zdemaskowania urządzono masowe aresztowania, a Mallaroy, które było jej nowym domem, zmieniło się w pole bitwy -?była bez przerwy zmęczona. Wykończona wszystkim: ucieczką, ukrywaniem się, walką o schronienie i jedzenie, poszukiwaniem dostępu do wody, nieustającym lękiem, koszmarami, żałobą po poniesionych stratach i tęsknotą za rodziną. Przede wszystkim jednak była zmęczona bezcelowością. Nic nie robili. Nie biegli w konkretną stronę, ale jedynie przed czymś uciekali. Zastanawiała się czasem, jak długo można tak żyć. Jak długo można podążać po prostu przed siebie, byle dalej od zagrożenia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przypominała sobie, że świat widział już takie historie. Tyle było prześladowań, tyle okrucieństwa, tyle nienawiści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.
-?Idę do toalety -?oznajmiła wreszcie cicho, zerkając na Alex, która mamrotała coś pod nosem. -?Alex? Alex...?
Czarodziejka uniosła palec, nakazując Erin milczenie. Dopiero po chwili stało się jasne, że odnawia jedno z zaklęć. Erin skinęła głową, właściwie sama do siebie, i ruszyła bezszelestnie w stronę łazienki.
Kiedy za pierwszym razem włamali się do domu, miała okropnie spocone ręce i wrażenie, że serce wyskoczy jej przez gardło i narobi hałasu, uderzając o podłogę. Tymczasem teraz już nawet obmywała się w umywalce. Prysznic wciąż wydawał się jednak za głośny.
Pierwszy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspominała jako mieszaninę brudu, bólu i paraliżującego lęku. Potem nadeszła pełnia. Miasta rozbłysły setkami policyjnych syren, lasy przecięły snopy reflektorów z helikopterów militarnych. Ile wilkołaków złapano? Ile zastrzelono, a ilu udało się uciec? Ilu zaatakowało ludzi? Erin nie miała pojęcia. Z pewnością wiele.
Gdy Keith się zmienił, Alex i Diego cudem utrzymali go w kryjówce za pomocą magii i run. Zakłócenie normalnego obcowania z energią księżycową sprawiło, że chłopak spędził następne dwa dni, zwracając wszystko, co udało mu się przełknąć -?ale co z tego?
Musieli iść dalej.
Na początku ratowało ich chyba jedynie to, że ukrywał się wraz z nimi Diego. Dysponował imponującą wiedzą w zakresie sztuki przetrwania, jak na porządnego łowcę przystało, a do tego w szkole uczestniczył w kursie, który miał mu pomóc wstąpić w szeregi protektorów. Stał się niezastąpiony, bo myślał trochę jak przeciwnik. Problem polegał na tym, że nikt z przyjaciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to podobieństwo. Jeszcze do niedawna Diego był szpiegiem -?śledził poczynania Erin w Mallaroy na polecenie Gallaghera. Ufanie mu było cholernie niebezpieczne, ale jak mieliby poradzić sobie bez niego?
Musieli ryzykować.
Erin przymknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą sięgnęła po mydło, wspominając obskurne łazienki na zapomnianych stacjach benzynowych i mętne wody w leśnych bajorach.
Dobre dwa tygodnie spędzili prawie non stop zaszyci w lesie, wycieńczeni i głodni, wciąż idąc w nieokreślonym kierunku. Dopiero kiedy całkowity zakaz przemieszczania się zastąpiono godziną policyjną, odważyli się zbliżyć do cywilizacji. Od tego czasu kradli. Tu jedzenie, tam ubranie albo inną przydatną rzecz... Nie mieli pieniędzy i nie mogli ich zdobyć. Aktywność kart bankowych mogła być monitorowana, telefony musieli wyrzucić na samym początku, bo -?jak pouczył ich Diego -?łowcy wynaleźli system sczytywania śladów sentury z sygnałów GSM, przed którym nie dało się ochronić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na miłosierdzie, bo nie potrafili ocenić, z kim mają do czynienia. Czy ta osoba stoi po stronie wojska? Czy to jeden ze zmiennokształtnych, który ze strachu wspiera uprzedzonych ludzi? Czy może człowiek, który mimo wszystko wierzy w dobroć wilkołaków? Nie dało się tego przewidzieć, a pomyłka mogła ich słono kosztować. Lepiej było więc zakładać, że wszyscy są źli. A potem ich okradać.
Pewnego dnia, kiedy siedzieli pod wiatą nieczynnego od dawna przystanku, Erin przyszło do głowy, że może właśnie na tym polega sztuka przetrwania: trzeba zawsze zakładać najgorsze, na wszelki wypadek. Może dokładnie to samo robiła obecnie większość ludzi i ci czarodzieje, zmiennokształtni oraz łowcy, którzy stanęli po ich stronie. Każdy tak naprawdę chciał jedynie przetrwać, a wszystko inne -?krew, ból, przemoc, okrucieństwo, nienawiść -?pojawiało się jako efekt uboczny strachu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze chodzi o to samo: o władzę i pieniądze, i nie było jeszcze w całej historii świata okresu nieprzeżartego zgnilizną. Taką wersję miała Tatiana. Erin wolała wierzyć we własną, bo była w niej chociaż odrobina optymizmu.
Ktoś zapukał cicho w drzwi i dziewczyna wzdrygnęła się, wyrwana z zamyślenia.
-?Erin? -?Szept Alex przebił się przez drewno, z którego odłaziła biała farba.
-?Już, już. -?Dziewczyna wciągnęła na siebie przydużą koszulkę i wyszła do czarodziejki. -?Łazienka twoja.
Alex nie ruszyła się z miejsca.
-?Alex?
-?Co?
-?Łazienka?
-?Co?
Erin dostrzegła błysk paniki w szarofioletowych oczach czarodziejki. Była to jednak tylko chwila i zaraz Alex uśmiechnęła się szeroko. Potem zniknęła w łazience.
W kuchni Erin upewniła się, że w plecaku jest wszystko, co zamierzała wynieść tej nocy z domu do szopy, a następnie ostrożnie usiadła na jednym z krzeseł, uważając, by nie zatrzeszczało zbyt głośno. Po tygodniu spędzonym w tym miejscu wiedziała już, na co uważać.
W starym domu otoczonym polami i pastwiskami mieszkała jedna samotna osoba: chudy starzec ze skórą zniszczoną słońcem. Codziennie wstawał o świcie i jechał gdzieś czerwonym, odrapanym pick-upem. Druga część ich grupy właśnie wtedy zakradała się do posiadłości.
Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na niebo, kiedy było czarne, a nie boleśnie błękitne, jak oczy kogoś, kogo już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybierała spokój nocy i szukała w nim teraz odrobiny komfortu, a Alex po prostu lubiła patrzeć w gwiazdy. Zmiany dzienne przejęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony... O Anthonym próbowali nie rozmawiać.
-?Erin? -?Smuga światła wylała się na ciemną podłogę wraz z szeptem Alex przez uchylone drzwi do łazienki. -?Możesz?
Erin zbliżyła się, wzięła wyciągnięty w jej stronę marker i skupiła wzrok na ciele przyjaciółki. Czarodziejka miała na sobie sportowy top, a bluzkę trzymała w ręku. Jej ciało zdobiło kilka zadrapań i siniaków zarobionych gdzieś po drodze, nieświadomie -?od spania na twardej powierzchni albo nieuważnego poruszania się po zagraconej szopie. Uwagę przyciągały jednak nie one, tylko czarne runy, które pokrywały cały jej brzuch i plecy.
-?Nie ruszaj się -?mruknęła Erin, otwierając marker. Wciąż wiedziała niewiele o magii i prawie nic o runach, ale nie stanowiło to problemu, bo jej zadanie polegało tylko na poprawieniu wyblakłych śladów nową warstwą permanentnego tuszu. Nie miała pojęcia, czemu czarodziejka nie chce robić tego sama, ale z jakiegoś powodu bała się zapytać.
Przez pierwsze kilkanaście dni Alex starannie opisywała runami antylokalizacyjnymi każde miejsce, w którym spali, a po drodze mamrotała zaklęcia. Potem wpadła na genialny pomysł, żeby z samej siebie zrobić płótno. Teraz co kilka dni poprawiali ukryte pod jej ubraniami runy, które woda i pot ścierały ze skóry. Było to spore ułatwienie logistyczne, nie zmieniało jednak ilości magicznej energii, którą dziewczyna musiała oddawać.
-?Gotowe -?oznajmiła wreszcie Erin. -?Siedzimy tu zbyt długo, pora się wynosić -?dodała.
Alex podniosła się z miejsca i naciągnęła na siebie bluzkę.
-?Dzięki.
-?Nie ma za co.
-?Co? -?zapytała czarodziejka, zdezorientowana.
-?Nieważne. -?Erin westchnęła, po czym coś jej się przypomniało. Cofnęła się cicho do kuchni i otworzyła szafkę nad zlewem, gdzie starzec trzymał mocne alkohole. Butelek było mniej niż ostatnio. Przeklęła cicho, zaciskając dłoń mocniej na drzwiach szafki, ale nic nie powiedziała.
Po chwili obie wylazły przez to okno, którym weszły. Alex ruszyła beztroskim krokiem w stronę szopy, niewzruszona. Erin na otwartej przestrzeni poczuła się natychmiast mniej pewnie, ogarnięta irracjonalnym lękiem, że ktoś obserwuje je z daleka. Przygarbiła się odruchowo i rozejrzała nerwowo, szukając wzrokiem Tatiany. Zmiennokształtna stała kawałek dalej i na nią patrzyła. Skinęły sobie delikatnie głowami -?ledwo zauważalny, ale pełen wsparcia gest sygnalizujący, że są w tym razem. Zbliżyły się do siebie szybko i w milczeniu ruszyły za Alex.
Spokój trwał tylko przez kilkanaście kroków. Po chwili Tatiana złapała Erin za przedramię, zatrzymując ją w miejscu. W ciemności trudno było dostrzec wyraz jej twarzy, ale sam gest wystarczył, by dziewczyna zamarła, przerażona.
Coś szeleściło w gęstwinie wysokich krzaków tuż za szopą.
-?Alex, stój! -?syknęła cicho Erin.
Czarodziejka oczywiście nie usłyszała.
-?Reszta nadal śpi... -?szepnęła Tatiana drżącym głosem, podświadomie ściskając przedramię Erin jeszcze mocniej.
-?Alex! -?Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efektów.
Liście trzęsły się zauważalnie, ciszę nocy przerywał odgłos łamania drobnych gałązek. Nie było wątpliwości, że ktoś przesuwa się w ich stronę, ale czarodziejka radośnie zbliżała się wciąż do niebezpieczeństwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy. Dzieliło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi...
Anthony Towner wypadł z krzaków z kijem w ręku, niebezpiecznie się zataczając.
-?Ej! -?rzucił głośno i z wyrzutem, bo ledwo uniknął zderzenia z czarodziejką.
-?Dzień dobry -?odpowiedziała uprzejmie Alex.
Strach Erin momentalnie przeistoczył się we wściekłość.
-?Trzymaj mnie, bo go zamorduję -?syknęła do Tatiany, która wolno wypuszczała powietrze.
Z ciał ich obu ulotniło się napięcie.
-?Czy wiecie, że -?zaczął Anthony, wciąż kołysząc się na boki i nawet nie próbując ściszyć głosu -?te krzaki to labirynt? Można się w nich zgubić, kurde...
-?Tony, zamknij się -?ostrzegła Erin, mierząc go dość wrogim spojrzeniem.
W stojącym przed nią chłopaku trudno było dopatrzyć się odpowiedzialnego lidera bractwa zmiennokształtnych z Mallaroy. Brązowe, kręcone włosy sterczały na boki, brudne i potargane, skóra pełna była drobnych zadrapań, a wymięty T-shirt zdobiła na środku sporej wielkości plama. Śmierdziało od niego alkoholem na metr, ale nawet bez tego widać było jak na dłoni, że jest nawalony. Najgorsze były jednak jego oczy: puste i obce.
-?Musisz się zamknąć -?przedrzeźniał ją Anthony z nutą drwiny, która pojawiała się, gdy pił. -?Sama musisz się... Ej, ej, ej! -?zaprotestował głośno, bo Erin odebrała mu kij, którym już zaczynał wymachiwać. -?To było -?czknął -?moje. -?Wciąż nie ściszał głosu, wręcz przeciwnie.
Tatiana bała się, że w oknie na piętrze pojawi się światło.
-?Musimy zachować ciszę, przecież dobrze wiesz.
Chłopak zaczął mamrotać coś pod nosem, wyraźnie niezadowolony, ale przynajmniej nie wszczął kłótni. Zamiast tego rozglądał się na boki, jak gdyby usiłował sobie przypomnieć, gdzie w ogóle się znajduje. Przyjaciółki wymieniły spojrzenia. Były sfrustrowane i zmęczone, lecz nie zaskoczone.
-?Poszukam butelki -?oznajmiła wreszcie chłodno Tatiana, marszcząc nos na obecny wciąż w powietrzu, ostry zapach alkoholu i wymiocin. -?Pewnie porzucił ją gdzieś w krzakach. Znowu. -?Zniknęła w gąszczu zieleni, zrobiła to jednak ze znacznie większą gracją niż zmiennokształtny.
Anthony tymczasem ruszył w sobie tylko znanym kierunku, zataczając się żałośnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedynie bełkot. Po chwili potknął się o własne stopy i upadł na trawę, zanosząc się głośnym śmiechem.
Erin w dwóch susach znalazła się przy chłopaku.
-?Cholera jasna, Tony! -?syknęła z mieszaniną złości i niedowierzania w głosie.
Anthony był w rozsypce od pierwszych dni wspólnej ucieczki. Na początku funkcjonował tylko w zmiennokształtnej postaci wielkiego psa, potem jednak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbliżać do cywilizacji, przybrał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się staczać. Nikt jednak nie zauważył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko udawało im się widzieć go trzeźwego. Plątał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butelkami wszelakiego świństwa, które kradł, narażając się na niebezpieczeństwo.
Kiedyś był jedną z najodpowiedzialniejszych osób, jakie Erin znała. Teraz leżał na brudnej ziemi, w alkoholowym odrętwieniu, dławiąc się niskim, pustym rechotem. Pokonany.
Na początku Erin czuła głównie żal, potem na prowadzenie wyszła złość, aż wreszcie -?strach. Każdy ma limit złych rzeczy, które jest w stanie znieść, zanim wpadnie w przepaść zadręczonego umysłu. Teraz, patrząc na tak odmienionego Anthony'ego, trudno było nie zadawać sobie pytania: jak blisko tej granicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od przepaści?
Tatiana wyłoniła się z krzaków z prawie pustą butelką wódki. Nie powiedziała nic, zmierzyła jedynie leżącego na ziemi chłopaka spojrzeniem pełnym niepokoju i niechęci. Zmiennokształtny rozłożył ręce i nogi szeroko na trawie i wybuchł kolejnym napadem śmiechu. Było w tym odgłosie coś niewłaściwego. Jakieś echo ciemności, lęku i śmierci, które sprawiło, że po plecach Erin przebiegły ciarki.
-?On jest za głośny -?szepnęła Tatiana z irytacją. -?Towner, chcesz nas zdemaskować?
Zero reakcji. Śmiech rósł w siłę. Okno na piętrze pozostawało ciemne. Przyjaciółki czuły narastającą panikę.
-?Tony! -?jęknęła błagalnie Erin, a potem przykucnęła i zakryła mu dłonią usta. Musiały go uciszyć za wszelką cenę, bo sytuacja przeradzała się w prawdziwe zamieszanie, a oni nie byli bezpieczni.
Nigdy nie byli bezpieczni.
-?Mpfhh. -?Anthony szarpnął głowę w bok, uwalniając usta spod jej dłoni, i machnął ręką na oślep, próbując je odgonić. -?No co?! Odwal się. - Przeturlał się na bok, wydał z siebie dziwny odgłos i zaczął się podnosić. Udało mu się, ale stał chwiejnie, raz po raz przymykając oczy, bo zalewały go fale mdłości.
-?Na to się nie da patrzeć... -?szepnęła Tatiana, lecz nie odwróciła wzroku.
-?No co?! -?powtórzył prowokacyjnie Anthony, znowu podnosząc głos.
-?Szzz. -?Erin przyłożyła w panice palec do własnych ust. -?Błagam cię, Anthony. Musisz być cicho.
-?Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!
Od czterech tygodni każde z nich próbowało stać się niewidzialne, a Anthony Towner stał niedaleko domu, gdzie spał człowiek, i darł się jak opętany.
-?Alex, możesz coś zrobić?! -?Tatiana odwróciła się w stronę błądzącej w pobliżu czarodziejki. W jej głosie, obok lęku, czaiła się prawdziwa złość.
-?Co? -?padła rozkojarzona odpowiedź.
-?BĘDĘ GŁOŚNO, NO I CO?! -?Anthony kiwał się na boki, wymachując rękoma.
-?Błagam cię...
-?Alex! -?Tatiana chwytała się ostatniej deski ratunku, skacząc wzrokiem od okien domu do czarodziejki i z powrotem. -?Proszę, ucisz jakoś magią Anthony'ego!
-?HALO? Czy ktoś mnie słyszy!? -?Zmiennokształtny znów zaniósł się śmiechem.
-?Tony, spójrz na mnie...
-?Co?
-?Ucisz go!
-?NO I CO MI ZROBISZ?!
-?ZAMKNIJ SIĘ! -?Tatiana nie wytrzymała.
Wszyscy zamarli. Upragniona cisza, która zapadła, pełna była napięcia. W oknach nadal nie pojawiło się światło, ale może mężczyzna już wybierał w ciemności numer alarmowy.
Anthony chwilę wodził niezadowolonym, choć pozbawionym skupienia wzrokiem między Erin a Tatianą, starając się obmyślić kolejny ruch. Potem zgiął się wpół i zwymiotował.
-?Powinniśmy go wyrzucić z szopy na stałe -?rzuciła Tatiana surowo, z maską obojętności na twarzy. -?Jak zacznie rzygać w środku, to będziemy mieć kolejny problem.
-?Wciąż cię słyszęęęę... -?zanucił Anthony prześmiewczo.
-?I dobrze -?odcięła się chłodno zmiennokształtna. Widać było, że nie jest w stanie dalej dusić w sobie złości, ale była na tyle odpowiedzialna, by pozostać przy szepcie. -?Myślisz, że tylko tobie jest ciężko? Że tylko ty coś straciłeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia cię nie obchodzą, pomyśl przynajmniej o własnej siostrze!
Pełne niepokoju spojrzenie Erin przeniosło się na Tatianę. Zmiennokształtna od tygodni trzymała głowę wysoko, odgrywając rolę silnej i rozsądnej. Jeśli dotarła właśnie do limitu wytrzymałości, było to zrozumiałe, ale cholernie, cholernie niekorzystne.
Anthony wydał z siebie stłumiony, gorzki odgłos rozbawienia, odsuwając się od własnych wymiocin.
-?A weź się odwal, Tatiana. -?Już nie krzyczał, za to trochę bełkotał. Wyciągał z siebie słowa, jakby były lepkie i zostawały mu częściowo na języku. -?Jaki ty masz problem, co? -?Przerwał, żeby czknąć. -?No? Że cię chłopak okłamał, ta? Bo jak sprawdzałem ostatnim razem, to nadal za nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wybaczyć, to... -?Wykonał czytelne tylko dla siebie machnięcie ręką i nie dokończył.
Alkohol robił z Anthony'ego prawdziwego chama. Wszyscy mieli już okazję się o tym przekonać. Zdawali sobie sprawę, że szuka odrętwienia, by nie czuć bólu. Trudno było jednak patrzeć na niego ze współczuciem.
-?Wystarczy -?zażądała Erin, chcąc chronić uczucia przyjaciółki.
W Mallaroy Tatiana Lennox po raz pierwszy w życiu się zakochała -?w poważnym łowcy ze starszej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez Reyes w sekrecie pilnuje Erin na polecenie Martina Gallaghera. Szóstego maja świat sentury stanął w płomieniach, a serce Tatiany obrosło lodem. Nie ma nic gorszego, niż zawieść zaufanie osoby, która prawie przed nikim się nie otwiera.
-?Ach tak, taaak. No i prze-ż jeszcze złote dziecko, Erin Lamf- Lanford... -?bełkotał Anthony, chwiejąc się na nogach. -?Włączyła radiowęzeł szkolny, co? I połowa uczniów padła trupem...
Erin zacisnęła ręce, a jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie.
-?Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Przecież tam byłeś, widziałeś... - broniła się, próbując przekonać nie tylko jego, ale też siebie. - Złapaliby wszystkich w łóżkach... -?dodała słabszym głosem. Powinna być już odporna na paskudne teksty Townera, ale ten nawet pijany wiedział, gdzie uderzyć.
Gdy wojsko weszło w nocy na teren Szkoły Senturalnej imienia Flanagana Mallaroya, Erin użyła radiowęzła, by obudzić uczniów w internacie. Liczyła, że wampirom i wilkołakom uda się jakoś uciec. I w przypadku niektórych tak się stało. Wznieciła też jednak panikę, przez co osoby wszystkich rodzajów wypadły na korytarze i to, co planowano jako spokojne pojmanie, zmieniło się w krwawą walkę. Niejednej nocy zastanawiała się, czy w ostatecznym rozrachunku siedzenie cicho nie ocaliłoby większej liczby istnień.
-?Oczywiście, oczywiście... -?Słowa zmiennokształtnego obciążone były goryczą nie tylko alkoholu. -?Chcia-ś ratować przyjaciół? No i pr-szę bardzo, wyszło! -?Rozłożył ręce. -?Pr-szę bardzo, no to liczy-y-my, liczymy... Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex? M-hm. -?Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. -?A chcecie wiedzieć, kto był moim przyjacielem? -?Zrobił chwiejny krok do przodu i podniósł głowę, by spojrzeć prosto na Erin. -?Isaac. Jess. Annie. Wiecie... Wiecie, co ich wszystkich łączy? -?Dopiero teraz, w nikłym świetle księżyca, Erin dostrzegła, że w jego oczach błyszczą łzy. -?Martwi. Wszyscy są martwi. Wszyscy na naszych oczach... Na moich oczach...
Cisza, która zapadła po tych słowach, była tak druzgocąca, że przez chwilę Erin zaczęła tęsknić za narażającymi ich na niebezpieczeństwo krzykami.
-?Masz Lizzy -?zauważyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idiotycznie, ale nie mogła już znieść milczenia. -?Masz nas...
-?Nie wiesz -?wymamrotał Anthony. Jego wzrok powędrował w stronę butelki, którą Tatiana wciąż trzymała. -?Nic nie rozumiecie. Nie rozumiecie...
Erin poczuła, że ziemia osuwa się jej pod nogami. Nie rozumiała? Miała bliźniaczkę po złej stronie tej przeklętej wojny i widziała, jak życie gaśnie w błękitnych oczach Michae... Nie. Nieważne.
Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci ciążyć w klatce piersiowej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.
-?Więc o to chodzi? -?Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą pozornej obojętności. Dla bezpieczeństwa. -?Chcesz nas wszystkich pociągnąć na dno?
Anthony prychnął tylko, czknął i zaczął nieporadnie chwytać za własny T-shirt.
-?Tony, nie... -?zaczęła Erin, ale było za późno. Chłopak wślizgnął się w skórę dużego, burego kundla i zataczając się na czterech łapach, wyplątał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedynej drogi w zasięgu ich wzroku.
-?Zostaw go -?poradziła Tatiana z westchnieniem. -?Niech idzie.
Erin skrzywiła się w milczeniu.
Tatiana spojrzała na nią trochę niepewnie. Wątpliwości rosły.
-?Myślisz, że... -?W jej tonie pojawiło się poczucie winy. -?Nie powinnam reagować aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po prostu...
-?...zmęczona -?dokończyła za nią Erin.
Przyjaciółka pokiwała głową. Chwilę rozmawiały ze sobą bez słów, samymi spojrzeniami. Ostatnimi czasy niektóre rzeczy dało się przekazać tylko w ten sposób.
-?Ta jest ładna -?oznajmiła Alex, o której prawie zapomniały. Wciąż stała nieopodal i wskazywała palcem jakąś gwiazdę na niebie.
Erin i Tatiana prawie równocześnie przymknęły oczy, czując narastającą bezradność. Ich uwagę szybko przyciągnął jednak kolejny obcy szmer. Nie były same.
Pod ścianą szopy siedział jasnobrązowy królik, który wyglądał jak Yorick, ale nim nie był, o czym świadczył wyraźny brak pogardy w spojrzeniu. Zwierzę drgnęło, przyłapane, i umknęło do szopy.
Tatiana przyłożyła palce do skroni i rozmasowała je desperacko, muskając opuszkami króciutkie, ciasno skręcone loki.
-?Ta noc się nie kończy...
-?Myślisz, że wszystko słyszała? -?zapytała głupio Erin.
Obie wiedziały, jaka jest odpowiedź, i ruszyły śladem Lizzy Towner, której zmiennokształtną formą był królik.
W szopie panował chaos. Wszędzie walały się rupiecie: zardzewiałe grabie, zepsute skrzynie, stare części maszyn rolniczych, a także -?na szczęście dla nich -?kilka koców i poszarpane plandeki. Z tych ostatnich ułożyli prowizoryczne legowiska tam, gdzie udało się znaleźć pusty kawałek podłogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była prawie pewna, że obudził się od krzyków Anthony'ego, ale wyraźnie nie chciał dać tego po sobie poznać. Kawałek dalej, za starym kartonem i wielkim, niedziałającym silnikiem, chrapał cicho Keith.
Erin i Tatiana skierowały się w stronę grubego, zakurzonego koca. Wielkość wybrzuszenia sugerowała, że Lizzy zmieniła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwinięty w kulkę Yorick, ten prawdziwy.
-?Liz -?zaczęła łagodnie Erin. Przyklękła obok przyjaciółki, ostrożnie kładąc rękę w miejscu, gdzie, jak zgadywała, znajdowały się jej plecy.
Lizzy nie odpowiedziała. Słychać za to było cichy szloch.
-?Wróci rano -?szepnęła Tatiana, mając oczywiście na myśli Anthony'ego. Kucnęła obok Erin. -?Na pewno wróci. Nigdy nie przestanie być twoim bratem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego okazywać.
Stan Anthony'ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młodszej siostry, Lizzy. Pogrążony w żałobie po tych, których utracił, przestawał dostrzegać tych, którzy dalej przy nim trwali. Rozpacz ma tę przewrotną naturę, że odcina człowieka od innych, jakby celowo robiła miejsce kolejnemu nieszczęściu.
Spod brudnego koca wychynęły najpierw jasne, kręcone włosy, potem czerwone, opuchnięte oczy, wreszcie piegowaty nos i okrągłe policzki. Przez chwilę Lizzy tylko mrugała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzymać nową falę łez.
-?Nie miałam pojęcia... -?zaczęła wreszcie i urwała, przełykając ślinę. Widać było, że ciężko jej przecisnąć słowa przez gardło. -?Nie miałam pojęcia, że to było aż tak poważne, wiecie? On i Annie...
Czasem Erin miała wrażenie, że coraz rzadziej komukolwiek z nich udaje się kończyć zdania. Wszystkie słowa urywały się, zastępowane przez znaczącą ciszę. Z tygodnia na tydzień rzeczywistość robiła się coraz bardziej... nie do wypowiedzenia.
-?Czasem żartował przy rodzicach, że się jej oświadczy -?kontynuowała Lizzy, pociągając nosem. -?Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale to było takie... To zawsze było nie do końca serio. Tak myśleliśmy. Ale on chyba naprawdę miał plan...
Anthony chciał oddać zmiennokształtnej Annie całe swoje życie, ale ona umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zrobić.
Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się płakać.
-?Wszystko będzie z nim w porządku -?szepnęła, próbując przekonać i Lizzy, i siebie. -?Z nami też wszystko będzie w porządku.
-?Obiecujesz? -?zapytała cicho zmiennokształtna.
Erin zamilkła.
-?Lepiej nie -?wtrąciła ponuro Tatiana, przyciskając do nich swoje ramię. Nie lubiła przytulania, mimo to chciała jakoś w tej bliskości uczestniczyć.
Lizzy otarła policzki wierzchem dłoni i zaśmiała się cicho, trochę smutno, lecz szczerze.
-?Mądrze -?stwierdziła z cieniem uśmiechu.
Erin kiwnęła głową.
-?Tatiana zawsze ma rację -?zgodziła się, przywołując przypadkiem echo beztroskich, wieczornych rozmów w pokoju numer 465 w internacie Mallaroy.
Nawet Tatianie zakręciły się łzy w oczach.
Yorick łypał na nie, jak zawsze pogardliwie, a one płakały cicho razem.
2.
Mayday!
Prześladowały ją w snach twarze żołnierzy, na których rzucili się w Mallaroy, torując sobie drogę do ucieczki. Martwe usta mężczyzn wołały w ciemnościach jej imię, przypominając o zbrodni, której się dopuściła.
-?Erin? -?Ktoś potrząsał jej ramieniem. -?Erin, wstawaj!
Obudziła się, łapiąc gwałtownie oddech. Światło dzienne natychmiast zakłuło ją w oczy, zaczęła więc mrugać, zdezorientowana.
-?Czego? -?jęknęła, zmęczona.
-?Erin! -?To Keith ją dręczył.
-?Jest dzień. Ja nie wstaję w dzień -?zauważyła, wciskając twarz w bluzę, która zastępowała jej poduszkę.
-?Erin. Nie mamy czasu.
Głos wilkołaka się zmienił. Albo może dopiero teraz rozbudziła się na tyle, by wychwycić w nim nutę strachu. Erin rozpoznała ten ton. Każdy z jej przyjaciół brzmiał odrobinę inaczej w obliczu zagrożenia. Poderwała się do pozycji siedzącej.
-?Co się dzieje?!
-?Musimy się wynosić. -?Diego stał w drzwiach szopy i wyglądał tak samo poważnie jak zawsze.
Erin nie trzeba było tego powtarzać. Wszyscy spali w ubraniach. Wystarczyło więc, że wstała, i była prawie gotowa.
-?Lizzy i Tatiana pakują jedzenie do plecaków. Zbierz swoje rzeczy i wyjdź na drogę. Za chwilę ruszamy -?polecił Diego, narzucając na ramię własny bagaż. Nie wszystkim udało się zabrać cokolwiek podczas ucieczki z Mallaroy, ale po kilku tygodniach w drodze każdy miał już przy sobie choć trochę przedmiotów.
Gdy Diego zniknął, Erin przeniosła wzrok na Keitha.
-?Co się stało? -?zapytała, związując brązowe włosy w kitkę. Potem kucnęła, żeby zwinąć koc. Ręce lekko jej się trzęsły.
-?Chyba widzieli moją bliznę -?wyznał Keith, pełen wyrzutów względem samego siebie. Potarł lekko bandaż owinięty wokół lewej dłoni, którym od miesiąca zasłaniał szarawe, wilcze znamię przy kciuku. -?Nie mamy pewności, ale...
-?Nie możemy ryzykować -?dokończyła Erin, zapinając niewielki plecak. - Więc znów poszliście do miasteczka. -?Spojrzała na przyjaciela z dezaprobatą.
Keith wzruszył ramionami. Widać było, że zżera go poczucie winy.
-?To była decyzja Diego. Ja tu tylko sprzątam -?rzucił, próbując rozluźnić atmosferę. Żart był jednak wymuszony i żadne z nich się nie zaśmiało. -?Słyszałaś, co mówili w radiu. Całkowity zakaz przemieszczania się zniesiono na początku miesiąca. W ciągu dnia nie łamiemy godziny policyjnej. Jesteśmy na głębokim zadupiu, nie widzieliśmy tu ani jednego patrolu. -?Zaczął mówić szybko, tłumacząc się na poważnie. -?Okazało się, że w nocy krowy uciekły z pastwiska przez dziurę w ogrodzeniu. Coś je przestraszyło, rozlazły się daleko. Szukali osób do pomocy przy sprowadzaniu ich z powrotem. Nawet nie zauważyłem, kiedy bandaż się rozwiązał! W ciągu dnia blizna wygląda prawie normalnie, no ale... Obaj mieliśmy wrażenie, że gapią się na nas, gdy odchodziliśmy... Nie wiem, E. Nie wiem... -?Przeciągnął nerwowo po twarzy dłonią.
Erin zatrzymała się przed wilkołakiem i podniosła rękę, żeby uścisnąć pokrzepiająco jego ramię, bo co innego mogła zrobić?
-?Chodź na drogę -?zdecydowała. Zaraz jednak zamarła. -?Jesteśmy póki co sami, tak? Sprawdziliście?
Keith skinął głową.
-?Auta nie ma przed domem, właściciel gdzieś pojechał. Możemy wychodzić swobodnie.
Gdy znaleźli się na dworze, Erin musiała zdusić jęk. Jakiś czas temu przerzuciła się na nocny tryb życia i zdążyła już zapomnieć, jak męczące jest lato w stanie Missouri. Przywitały ją ostre słońce i nieznośny upał. Wszystko zdawało się lepkie. Było za jasno, za ciepło i za żywo. Wbiła wzrok w ziemię pod nogami.
Chwilę później wszyscy szli już przed siebie po piaszczystej drodze, spięci, rozglądając się nerwowo. Wędrująca grupa nastolatków z pewnością wyglądała podejrzanie. Poruszanie się w środku dnia na otwartym terenie było więc wyjątkowo stresujące, nawet gdyby nie zakładali, że ktoś będzie im lada moment deptać po piętach.
Tatiana zrównała krok z Erin.
-?Śmiem twierdzić, że to było do przewidzenia -?rzuciła ponuro. To nie pierwszy raz, kiedy Diego i Keith pozwolili sobie na mały rekonesans po okolicy.
Zamiast odpowiedzieć, Erin zerknęła na Diego. Łowca niósł dwa plecaki, bo Anthony snuł się przy nich w skórze psa, dysząc ciężko. Kac dopadł go w najgorszym momencie.
-?Ryzyko nie było wysokie. -?Wyraz twarzy Diego był beznamiętny, ale jego czarne oczy patrzyły czujnie i z cieniem niepokoju. -?Mieliśmy rzadką szansę, by zdobyć jakieś pieniądze -?dodał. -?Musimy próbować. Wiecie to. Nie możemy stać w miejscu.
Z tym ostatnim akurat Erin się zgadzała. Kryjówka, którą właśnie porzucali, była chyba najlepszą, jaką udało im się do tej pory znaleźć. Wisiało jednak nad nimi codziennie to samo pytanie: co dalej? Z czasem sytuacja wampirów i wilkołaków mogła się tylko pogarszać -?z pewnością ktoś gdzieś już pracował nad innowacyjnymi sposobami ich identyfikacji. Świat zmienił się z dnia na dzień.
W grupie zapadło milczenie pełne złowrogich myśli, które kontrastowały z pięknymi widokami dookoła. Pylista droga biegła przez kolorowe pola, wiatr czyścił powietrze i łagodził skwar, a na niebie nie pokazała się ani jedna chmurka. No i co z tego? Erin nienawidziła dni. Życie w nocy pomagało jej pogodzić się z tym, z czym powinna się pogodzić, i zapomnieć o tym, o czym musiała zapomnieć. Tymczasem znów wywleczono ją na światło dzienne, gdzie wszystko stawało się bardziej dotkliwe.
Na twarzach przyjaciółek zobaczyła równie skrzywione miny. Podział grupy na zmiany nocne i dzienne wprowadził balans, który teraz poszedł z dymem. Lizzy musiała być obok Anthony'ego, Tatiana nie mogła uniknąć widoku Diego, Erin miała nad sobą niebo w kolorze błękitnych oczu i nie dało się nie zauważyć, że obok Keitha brakuje Lucasa. Wszyscy mieli głębokie rany, chociaż wojna dopiero się zaczęła.
-?Co teraz? -?zapytała po jakimś czasie nieśmiało Lizzy. W jej głosie słychać było strach.
Diego zmarszczył brwi.
-?Jeśli farmerzy, z którymi pracowaliśmy, zadzwonili na linię donosów...
-?Na pewno zadzwonili -?przerwał mu Keith. -?Nikt nas nie zatrzymał, ale widziałeś, jakie spojrzenia ze sobą wymienili, kiedy nam płacili! Na pewno mają podejrzenia, że coś z nami nie tak. Ze mną, znaczy się - dodał gorzko.
Diego nie zareagował.
-?Robienie blokad na wiejskich drogach raczej się nie opłaca, ale powinniśmy niedługo odbić w pole, bo rzucamy się w oczy. Spodziewałbym się patrolu, który zacznie przeszukiwać domy w okolicy.
-?Musimy wejść w las -?zauważyła Tatiana bez entuzjazmu. Nie spojrzała na łowcę, ale on spojrzał na nią. Robił to bardzo często. Gdyby nie był imponująco wysoki, wysportowany i śmiertelnie poważny, Erin powiedziałaby, że gapi się jak smutny szczeniak.
-?Musimy do tego lasu najpierw dotrzeć -?poprawił ją Keith.
-?No i co dalej? -?Lizzy nie odpuszczała. Yorick prychał cicho w jej szkolnym plecaku.
-?Coś wymyślimy -?oznajmiła Erin, siląc się na optymizm. Otarła wierzchem dłoni kropelki potu z czoła, bo tempo, które przybrali, zaczynało dawać jej się we znaki.
-?Co, Erin? CO wymyślimy?!
-?Nie wiem. Coś. Pamiętacie Kansas City?
-?Nie możemy ukraść samochodu! -?oznajmił natychmiast Diego surowo. - Sprawdzają rejestracje. Tylko ściągniemy na siebie policję.
Od kiedy opuścili Chicago, prawie ciągle byli w ruchu, w niekończącej się pogoni za namiastką bezpieczeństwa. Przeszli przez Illinois, potem przez Missouri, na zachód. Pod Kansas City, przy granicy stanu, wplątali się w zaognioną sytuację wywołaną przez inną, obcą grupę uciekinierów. Zrobiło się gorąco. Niemal dali się złapać. Cudem wycofali się w głąb Missouri, aż wylądowali tu, na głębokiej wsi. Teraz nikt nie lubił rozmawiać o Kansas City.
Słysząc groźny ton Diego, Erin uniosła ręce w obronnym geście.
-?To zażalenie do Lennox, nie do mnie! Ja żadnych kabelków samochodowych nie przecinałam.
-?Coś jedzie -?odezwała się nagle Alex.
Przyjaciele spojrzeli przed siebie, lecz pylista droga była zupełnie pusta. Odwrócili się więc za siebie, ale na horyzoncie również nie widać było żadnego pojazdu.
-?Gdzie? -?zapytała Lizzy, marszcząc nos, podczas gdy Yorick wystawił głowę z rozpiętego plecaka i zastrzygł uszami.
Alex nic nie powiedziała. Niecałą minutę później przyjaciele usłyszeli stłumiony warkot silnika i na drodze za nimi pojawił się stary, czerwony samochód półciężarowy, z otwartą platformą bagażową zamiast tylnych siedzeń.
-?Zejdźcie na bok -?polecił natychmiast Diego. -?Nie gapcie się i idźcie normalnie.
Zrobili, jak kazał. Warkot silnika narastał i Erin musiała zacisnąć ręce na paskach plecaka, żeby powstrzymać się od spojrzenia za siebie. Wszyscy nieświadomie wstrzymali oddech, kiedy pojazd wolno przetoczył się tuż obok nich.
Potem zaczął zwalniać.
A następnie stanął na samym środku drogi.
Serca zaczęły im walić jak oszalałe, ale stawiali kolejne kroki, próbując utrzymać neutralne wyrazy twarzy. Erin zerknęła na Keitha, który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Z nich wszystkich to on był najbardziej zagrożony. Można by nawet powiedzieć, że tylko jemu coś tak naprawdę groziło, ale to był temat na inną dyskusję.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i ze starego, czerwonego pick-upa wysiadł osmagany słońcem mężczyzna w kraciastej koszuli. Choć nigdy wcześniej nie mieli okazji zobaczyć jego twarzy z bliska, poznali go natychmiast. To na jego posiadłości ukrywali się przez ostatnie dni.
-?Gdzie się wybieracie, dzieciaki? -?zagadnął, opierając się o samochód. W jego głosie słychać było nutę południowego akcentu.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy stali jak sparaliżowani, nie mając pojęcia, co teraz. Czy to koniec? Nie, przecież jeden starzec nie poradzi sobie z nimi wszystkimi. Może powinni zaatakować pierwsi? Diego instynktownie przysunął się odrobinę bliżej Tatiany, wsuwając wolno dłoń do kieszeni, w której trzymał myśliwski nóż.
-?No, już, spokojnie. Przecież nic wam nie zrobię -?kontynuował mężczyzna, całkowicie odprężony. Przyglądał im się z zaciekawieniem, a nie podejrzliwością. -?W miasteczku gadają, że lada chwila odwiedzi nas specjalny patrol. Najwyższy czas, żebyście się zbierali, co?
Patrzył na nich wyczekująco, ale młodzież wciąż milczała. Wreszcie Erin zebrała resztki swojej dawnej pewności siebie i odchrząknęła.
-?Pan... Pan wie, kim jesteśmy?
-?Yyy, koleżanka chciała powiedzieć, że nie mamy pojęcia, o czym pan mówi, i w ogóle to nam się niestety bardzo spieszy w tym akurat teraz trwającym momencie. -?Keith jęknął w myślach, po czym oznajmił z uśmiechem, który miał być uprzejmy, ale wyszedł bardziej szaleńczy.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
-?Nie wiem, kim jesteście -?powiedział. -?Wiem za to, że spędziliście ostatni tydzień w mojej szopie. Zakładam więc, że przed kimś się chowacie. -?Zakaszlał cicho, po czym podrapał się po głowie. -?No, nie mamy aż tak dużo czasu -?zdecydował. -?Wskakujcie. Podwiozę was na przystanek.
Napięcie ustąpiło całkowitej dezorientacji. Przyjaciele zaczęli wymieniać nerwowe spojrzenia, nie wiedząc, jak właściwie się zachować.
-?Czyli pan cały ten czas... wiedział? -?zapytała Erin, zszokowana.
-?Dziecko, może i byliście w miarę cicho, ale naprawdę myślałaś, że nie zauważę dodatkowych siedmiu osób we własnym domu?
Znów się zaśmiał, a potem po raz kolejny zakaszlał.
-?Skąd mamy wiedzieć, że to nie pułapka? -?zapytał Diego ostro. - Dziękujemy za troskę, poradzimy sobie sami. Proszę nam tylko dać odejść.
Keith jęknął po raz drugi, tym razem nie w myślach, lecz na głos.
-?Nie no, stary, porozmawiajmy o tym... -?Patrzył na Diego, potem zerknął znów nerwowo na obcego mężczyznę. -?Ja "stary" to mówię do kolegi, nie do pana -?wyjaśnił pospiesznie. Humor był jego sposobem na walkę z paniką.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko na komentarz wilkołaka, potem chwilę mierzył wzrokiem Diego, następnie przyjrzał się całej reszcie. Wreszcie zerknął na zegarek i westchnął ciężko.
-?Nie znam was, dzieci, ale nic złego mi nie zrobiliście. Mam już swoje lata. Gdybym miał się dołączać do każdego idiotycznego ruchu, jaki w tym kraju promują, dawno leżałbym w ziemi. Albo gorzej. Mój dobry znajomy jest kierowcą busa, który kursuje przez pobliskie wsie. Stara szkoła, nie bawimy się tu w żadne systemy komputerowe, więc nie ma po co sprawdzać waszych tożsamości przy zakupie biletu. Rozumiemy się? No to już, wsiadajcie. -?Skinął głową w stronę otwartej platformy bagażowej z tyłu pojazdu.
Przyjaciele zaczęli wdrapywać się na pakę.
Słońce piekło niemiłosiernie, ale Erin czuła też dziwne ciepło, które zdawało się promieniować nie z zewnątrz, ale z jej środka. Po chwili zdała sobie sprawę, że to nadzieja.
Bus jechał tak długo, aż na siedzeniach zostali już tylko oni, i wtedy raz jeszcze ogarnęła ich panika, że wpadli w pułapkę. Kierowca zatrzymał się jednak na poboczu, kiedy jechali przez las, i otworzył drzwi bez słowa. Weszli między drzewa z ulgą, bo zapach lasu w którymś momencie stał się dla nich zapachem domu. Szli dobre dwie godziny bez przerwy, na wypadek gdyby ktoś jednak ich szukał, chociaż przedzieranie się między drzewami bez konkretnej ścieżki w czerwcowym upale kosztowało sporo energii. Dopiero gdy natrafili na zalaną słońcem polanę, zapadła decyzja o postoju.
Mimo palącego pragnienia każdy brał oszczędne łyki wody z plastikowych butelek napełnionych w domu starca. Nie mieli gwarancji, że szybko znajdą nowe źródło wody, a nie dało jej się ot tak przywołać magią. Poza tym Alex zabrakłoby na to energii. Przynajmniej trawa była miękka i soczyście zielona, a po wędrówce w cieniu drzew słońce na twarzy było przyjemnością, nie zaś kolejnym problemem. Rozłożyli się na ziemi, jakby zrobili sobie piknik, a nie stracili właśnie kryjówkę.
Lizzy lubiła udawać w myślach, że wszystko wygląda inaczej. Teraz na przykład leżeli na dziedzińcu w Mallaroy, korzystając z przerwy obiadowej. Wyciągnęła ręce w górę i ze zmrużonymi oczami patrzyła na słońce przez rozczapierzone palce. Na moment mózg dał się oszukać i ostry błysk światła wywołał złudzenie, że bursztynowy identyfikator rodzajowy odbija promienie. W rzeczywistości już go nie miała.
Po ucieczce za mury identyfikatory zamieniły się samoistnie w obręcze na nadgarstkach, jak zawsze, gdy wychodzili ze szkoły. Onyks dla łowców, masa perłowa dla czarodziejów, bursztyn dla zmiennokształtnych, złoto dla wampirów i srebro dla wilkołaków. W czasie prześladowań stały się one niebezpiecznym piętnem, ludzie zostali bowiem natychmiast wtajemniczeni w znaczenie tej dziwacznej biżuterii. Całe szczęście jakiś czas temu, gdy docierali do granicy stanu Illinois, bransoletki zaczęły się rozszerzać, aż wreszcie zsunęły się im z dłoni.
Zdaniem Alex i Diego oznaczało to, że ich grupa wyszła w końcu poza zasięg zaklęcia, które zapewniało identyfikatorom funkcjonowanie. Każdy czar czy runa wymagały źródła energii, tak jak urządzenia elektroniczne potrzebują prądu. Zazwyczaj byli nim sami czarodzieje, gdy jednak w grę wchodził czar dalekosiężny, wyjątkowo mocny lub z długą datą przydatności, na przykład klątwy, sięgali oni po inne sposoby. Energia magiczna tętniła w senturalnym ekosystemie, jednak wydobycie jej i odpowiednie przekierowanie wymagało dekad nauki.
Przyjaciele podejrzewali, że identyfikatory zasilało magiczne drzewo, które odkryli w Mallaroy. W końcu napędzało ono też specjalny system lokalizujący nowych senturalnych uczniów w momencie ich przemiany. Drzewo-Komputer, jak to nazwali, siedząc w jadalni i plotkując. D-K. Próbowali wtedy odkryć, czemu niektórzy uczniowie wysłani za karę do KRATER-u przestali wracać do szkoły. Nie przyszło im jednak do głowy, by winić za to ludzi. Nauczyciele też nie mieli pojęcia. Tymczasem KRATER już wtedy w sekrecie przechodził w ręce natury, po zdradzie niektórych senturalnych.
Chcieli wierzyć, że Lucas Cade wciąż gdzieś tam jest -?uwięziony, ale żywy -?i nie da się go zlokalizować wyłącznie z powodu jakichś systemów ochronnych. Czasem nawet w ich własnych głowach brzmiało to jednak naiwnie.
-?Dzień dobry, Ameryko! - Spokojna melodia, która leciała jeszcze chwilę temu ze starego radia, urwała się i zamiast niej z trzeszczącego nieco głośniczka odezwał się pogodny, męski głos. Właściciel ich ostatniego schronienia wręczył im to małe przenośne urządzenie na odchodnym, razem z kilkoma banknotami.
-?Są z wami Jane Doer...
-?...i John Dunn!
-?Nadszedł czas na Rozmowy Naturalno-Senturalne! -?Ton kobiety przepełniony był przytłaczającą ilością entuzjazmu. -?Słuchacie Radia Mayday!
Keith, który leżał na trawie między Erin a Lizzy, jęknął cicho.
-?To paskudztwo serio ma nieograniczony zasięg, co? -?mruknął sam do siebie.
-?Ciekawe, czemu? -?rzuciła Erin, równie zniesmaczona, co wilkołak.
Zaledwie kilka dni po zdemaskowaniu sentury państwo uruchomiło nowy byt informacyjny: Mayday. W teorii miało to pomóc odnaleźć się wszystkim w nowej rzeczywistości. W praktyce była to paskudna propaganda. Obecne na wielu kanałach przekazu -?od starego radia, przez platformy podcastowe i kanał telewizyjny, po konta w mediach społecznościowych -?Mayday było wszędzie i mówiło wszystkim, co powinni myśleć o senturze. Nie było przypadkiem, że tylko tę stację radiową byli w stanie złapać nawet tu, w środku lasu, na odludziu.
-?Przed nami segment, w którym odpowiadamy na wasze fantastyczne pytania, ale najpierw kilka ważnych ogłoszeń! Jane, złotko, masz coś do powiedzenia naszym słuchaczom?
-?Ależ oczywiście, John. Bardzo ci dziękuję! Kochani! Przypominamy, że zostało już tylko kilka dni, by wpisać się do rejestru rodzajów. Formularz wypełnić można online lub w urzędzie. Następnie przydzielona zostanie wam data wizyty weryfikującej, a potem każdy czarodziej, łowca i zmiennokształtny będzie musiał wymienić wszystkie dowody tożsamości, zgodnie z nową ustawą o jawności rodzajowej.
-?Właśnie tak, właśnie tak -?zgodził się ochoczo John. Zarówno on, jak i Jane mieli bardzo przyjemne, melodyjne głosy. W ich niekończącym się entuzjazmie było jednak coś odpychającego. -?Kolejna bardzo ważna informacja: niezłożenie formularza na czas stanowi wykroczenie. Konsekwencje takiego zaniechania... oj, kochani, nie ma co się nad tym rozwodzić, ale na pewno nie będą przyjemne!
-?Ach! Brzmi mrocznie!
-?Więc lepiej nie zwlekać, Jane, lepiej nie zwlekać!
-?Bo ten czas przecież tak szybko leci... -?westchnęła Jane. -?Od ujawnienia sentury minął już miesiąc, John. Miesiąc! A wciąż mam wrażenie, jakby to było wczoraj!
-?Chwila nieuwagi, moja droga Jane, i okaże się, że jesteśmy starzy!
Z radyjka odezwały się dwa teatralne, przesadnie serdeczne śmiechy. Przyjaciele skrzywili się, lecz nikt nie wyłączył urządzenia. Mayday, nieważne jak nieznośne, było dla nich źródłem informacji o decyzjach i planach rządu.
-?Teraz znowu trochę powagi! -?poprosił John Dunn. -?Za pięć dni pełnia. Przypominamy, że przestrzeganie godziny policyjnej jest wtedy niezwykle istotne! Przebywanie poza domem zabronione jest nawet w celach służbowych.
-?Dodatkowo -?podjęła Jane -?wszystkie sklepy i lokale usługowe zamkną się wcześniej niż zwykle. Pamiętajcie, by nie zostawiać zakupów na ostatnią chwilę!
-?Przypominamy też o apelu, by w czasie pełni ze szczególną sumiennością zgłaszać wszelkie niepokojące zdarzenia, a nawet dziwne dźwięki. -?John Dunn brzmiał wyjątkowo poważnie. -?Korzystać należy z połączeń alarmowych lub dzwonić na linię informacyjną! Numer właściwy dla swojego stanu znajdziecie na stronie rządowej i na naszej platformie Mayday Info.
-?Nie wahajcie się korzystać z zaoferowanego wsparcia! -?wtrąciła Jane. -?Wszelkie zgłoszenia na temat wilkołaków i wampirów traktuje się bardzo poważnie. Policja i wojsko zapewnią wam ochronę!
Erin prychnęła głośno i wywróciła oczami. Wszystko, co padało z ust Jane Doer i Johna Dunna, wydawało jej się tak jawnym idiotyzmem, że nie chciało jej się wierzyć, że ktoś mógł te bzdury kupować. Niestety, działo się to na szeroką skalę. W końcu dla ludzi jeszcze niedawno idiotyzmem było wierzenie w istnienie wampirów czy wilkołaków.
-?Coś wymyślimy -?odezwała się przede wszystkim do Keitha, próbując wykrzesać z siebie optymistyczny ton. Wiedziała dobrze, że wilkołaka ogarnia paraliżujący strach na samą myśl o kolejnej pełni. -?Mamy jeszcze pięć dni.
-?Tylko pięć dni -?poprawił ją Keith dziwnie pustym głosem i nie dodał nic więcej.
Krótki moment beztroski na polanie dobiegł końca. Nadal leżeli w słońcu, ale wszystko zdawało się już ciemniejsze.
-?Ktoś ma w ogóle pomysł, gdzie się powinniśmy kierować? -?zapytała wreszcie Tatiana, jak zawsze pragmatyczna. Siedziała po turecku obok przyjaciół, raz po raz podnosząc wzrok na Alex, tak na wszelki wypadek. Czarodziejka przechadzała się między drzewami, z zachwyconym wyrazem twarzy przyglądając się to korze, to kawałkom mchu.
-?Z powrotem w stronę Illinois -?odparł Diego bez wahania.
Słysząc nazwę stanu, w którym znajdowało się Mallaroy i większość ich rodzin, Erin zmarszczyła brwi.
-?Myślisz o tym, żeby...
-?Nie -?przerwał jej łowca, doskonale wiedząc, o co chce zapytać.
Przez pierwsze dni po upadku Mallaroy wszyscy mieli z tyłu głowy myśl, że może powinni kierować się do swoich rodzin i to tam się ukryć. Dom brzmiał jak bezpieczne miejsce, a do tego oszczędziliby rodzicom strachu i zmartwienia, które z pewnością pochłaniały ich teraz -?w czasie, gdy ich dzieci od tygodni nie dawały znaku życia. Fantazje te nigdy nie zmieniły się w choćby zalążek planu. Rząd znał ich adresy. A także z pewnością ich rodzaje, dzięki listom uczniów z senturalnych szkół. Co prawda ludzie ścigali tylko wampiry i wilkołaki, przekonani, że zdominują one cały rodzaj ludzki, jeśli nie zatrzyma się ich w porę. Co przyjaciele mieli jednak zrobić? Porzucić Keitha i zacząć żyć w zgodzie z nowym porządkiem? Tego nikt by nie przełknął. Nie mieli jeszcze pomysłu, co dalej -?jak zareagować, jak zatrzymać ten obłęd i zawalczyć o sprawiedliwość. Wiedzieli jednak przynajmniej, czego nie wspierać.
Sprawę komplikowała ich ucieczka z Mallaroy. W nocy szóstego maja, gnani przerażeniem, desperacko torując sobie drogę, zaatakowali wraz z innymi uczniami żołnierzy. Mieli teraz ich krew na rękach i życie na sumieniu. Może ktoś wybadał już sprawę i ścigano ich za te przestępstwa? Albo może Martin Gallagher po prostu poradził ludziom, że warto ich szukać, gdy Diego nie wypełnił rozkazu i nie przyprowadził mu Erin. Nie mogli ryzykować. Musieli trzymać się z dala od rodzin. Nie było powrotu.
W kieszeniach mieli demony nie tak odległej przeszłości i resztki nadziei upchnięte do plecaków. Leżeli w czerwcowym upale, zdeterminowani, żeby uratować siebie nawzajem za wszelką cenę i może, tylko może, w przyszłości pomóc ocalić także mały kawałek świata.
3.
Niebiańskie miasto
W stanie Missouri, niedaleko granicy z Illinois, znajdowało się niewielkie, urocze miasteczko o obiecującej nazwie Heaven. Zaledwie kilka minut jazdy dzieliło je od skraju lasu, w którym leżała średnio ekscytująca atrakcja turystyczna -?niezbyt istotny kamień runiczny określony przez ekspertów jako współczesny, bo nie miał więcej niż trzysta lat.
Trzy tygodnie temu drzewa wokół kamienia stanęły w płomieniach i nikt nie próbował ich ratować. Dziś Erin Lanford i jej przyjaciele przemierzali spalony teren, zupełnie tego nieświadomi. Ich uwagę pochłaniał jeden problem: pragnienie. Alex była zbyt zmęczona zaklęciami ochronnymi, żeby usiłować magicznie uzdatnić wodę zebraną w strumykach, a rozpalenie ogniska, by ją zagotować, wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem. W desperacji może i byliby skłonni zaryzykować wypicie niefiltrowanej wody z niezbadanej ziemi, gdyby tylko nie wędrowali przez pogorzelisko.
Bezlitosny upał dramatycznie pogarszał sytuację i stało się jasne, że mają tylko jedno wyjście: znowu zmierzyć się z cywilizacją, by pozyskać wodę pitną. Po licznych sporach zadanie to przydzielone zostało Tatianie i Erin. Jedna potrafiła latać, przyjmując formę kruka lub sowy, druga miała ponury zaszczyt należenia do rodzaju, który przejął władzę.
Tatiana spędziła cały dzień, szybując nad miasteczkiem w swojej prawdziwej, zwierzęcej formie puszczyka. Nie dostrzegła specjalnych patroli ani nawet zwykłych funkcjonariuszy. Miejsce wyglądało na spokojne, trochę wręcz zapomniane przez świat. Następnego ranka doprowadziły się więc do względnego porządku, wzięły ostatnie pieniądze i ruszyły do Heaven. Spalone gałęzie trzaskały im pod nogami, gdy przedzierały się na skraj lasu. Całkowicie przez przypadek minęły po drodze zabytkowy kamień runiczny, dziś pęknięty i osmalony.
Erin zatrzymała się na chwilę, by odczytać tabliczkę informacyjną, albo raczej to, co z niej zostało. Widok był przygnębiający. Nie wyjaśniało to jednak dziwnego ucisku w jej żołądku -?ogarnęło ją nagle bliżej nieokreślone, ale za to bardzo wyraźne złe przeczucie. Odwróciła się gwałtownie przez ramię, pewna, że stanie oko w oko z jakimś potworem, lecz między czarnymi pniami spalonych drzew nie dostrzegła niczego poza wolno oddalającą się sylwetką Tatiany.
Ruszyła w ślad za przyjaciółką, wypierając z uporem straszliwą myśl, że być może za jakiś czas nawet samej sobie nie będzie mogła ufać.
Dziewczyna stojąca za kasą spektakularnie kontrastowała z resztą sklepiku. Lokal znajdował się w prostokątnym budynku z ceglanym frontem i dużymi, zakurzonymi szybami, które częściowo obklejała wypłowiała już mocno reklama Coca-Coli. W środku rzędy nadgryzionych przez czas regałów wypełniał gąszcz jaskrawych opakowań najróżniejszych produktów, upchniętych tak ciasno, że nawet starannie ułożone dawały efekt nieładu. Lodówki z napojami świeciły nazwami mało dziś popularnych marek, z półek za ladą odchodziła farba. Tymczasem pośrodku tego wszystkiego stała młoda kasjerka, jak gdyby wyciągnięta z najnowszych postów modowych na Instagramie. Gdy dzwonek umieszczony nad drzwiami wejściowymi zadźwięczał, podniosła spojrzenie znad komórki i zmierzyła klientów wzrokiem.
-?Cześć! -?rzuciła głośno, bardzo nieformalnie. Może dlatego, że na oko były w tym samym wieku.
Pierwszą myślą Erin było, że pracownica jest jakaś podejrzana, nie potrafiła jednak w żaden sposób uzasadnić tego odczucia. Dziewczyna miała jasne loki i urodę porcelanowej laleczki. Gdzie niby leżał problem? Była zbyt uśmiechnięta? Zbyt uprzejma? Podejrzanie nonszalancko stała przy kasie? Same bzdury.
Gnębiąca refleksja z lasu powróciła do Erin niczym echo: może to nie z blondynką jest coś nie tak, ale z nią samą. Minęły tygodnie, odkąd opuścili Mallaroy, i ciągła ucieczka oraz strach odcisnęły na nich swoje piętno. Stali się nieufni, skryci, podejrzliwi i płochliwi. Zaczynali przypominać zwierzynę.
Nawet teraz, wchodząc w głąb pustego sklepiku, Erin musiała walczyć z odruchem, by rozglądać się czujnie i poruszać na lekko ugiętych kolanach, w gotowości do ucieczki. Granica między ostrożnością a paranoją się zacierała. Najbardziej niebezpieczna wydawała się teraz komórka w dłoni kasjerki. Rodzaj Tatiany nie był zakazany, ale kto wie, co jeszcze łowcy potrafią wyczytać ze śladu senturalnego niesionego sygnałem z telefonu.
Moment później przyjaciółki kładły butelki wody mineralnej przy starej kasie.
-?Nie jesteście stąd. -?Młoda pracownica raczej oznajmiła, niż zapytała. Żuła głośno gumę, oparta leniwie o ladę i mierzyła je ciekawskim, bezwstydnym spojrzeniem.
Tatiana skinęła głową.
-?Jeździmy autostopem -?wyjaśniła krótko. Głos drżał jej odrobinę, choć ledwo zauważalnie.
-?Cały ten cyrk z senturą zepsuł nam wakacyjne plany, ale w końcu znieśli zakaz przemieszczania się, więc... -?Erin wzruszyła ramionami, błagając w myślach Kosmos, by wypadło to nonszalancko.
-?Weź mi nawet nie mów o tym zakazie! -?rzuciła blondynka poufale, nie kryjąc frustracji. -?Szczęście, że znieśli akurat z końcem szkoły. - Mówiła wprost i wyglądała na całkowicie rozluźnioną, ale jednocześnie jej wzrok nie przestawał wędrować od Erin do Tatiany i z powrotem. W jej spojrzeniu czaiła się czujność, wyraźnie kontrastująca z beztroską tonu i mowy ciała. -?Pokażcie mi swoje dłonie -?poprosiła nagle. Wciąż nie zaczęła kasować ich butelek wody.
Przyjaciółki wymieniły krótkie spojrzenia, po czym niepewnie wyciągnęły przed siebie lewe ręce. Palce kasjerki zacisnęły się -?wolno i bez żadnego wyjaśnienia -?na nadgarstku Erin, zmieniając niepewność w strach, jednak ani Erin, ani Tatiana nie ruszyły się z miejsca. Udawanie niewzruszonych i brnięcie dalej w dziwaczną sytuację wydawało się opcją bezpieczniejszą niż nagła ucieczka. Złudzenie to nie trwało jednak długo.
Strzykawka w ręku dziewczyny za ladą pojawiła się znikąd. Jeden błyskawiczny ruch i Erin poczuła ostry ból na wewnętrznej części dłoni, tam gdzie wyjątkowo gruba igła przebiła skórę. Szarpnęła się ze zduszonym okrzykiem, próbując uwolnić rękę z uścisku, ale na marne. Niewinnie wyglądająca blondynka okazała się zaskakująco silna.
Po prawej stronie Tatiana zamarła, próbując oszacować, czy powinna od razu zmienić się w zwierzę i lecieć po pomoc. Kolejny atak o dziwo jednak nie nadszedł.
Dopiero po pierwszej fali paniki i szamotania się Erin dostrzegła, że strzykawka nie jest niczym napełniona. Napastniczka wbiła ją w ciało niczym broń i zaraz wyciągnęła, po czym odłożyła spokojnie na ladę. Następnie nachyliła się nad kroplą krwi, która zebrała się na wierzchu małej rany.
-?Co, do cholery?! -?syknęła Erin, odzyskawszy głos. Była równie wściekła, co przerażona, przenosząc wzrok z twarzy obcej dziewczyny na własną dłoń i z powrotem.
Więc to nie ona traciła zmysły. To świat oszalał.
-?U wampira już by się zagoiło -?oznajmiła kasjerka spokojnie, powracając do głośnego żucia gumy. Puściła wreszcie nadgarstek, nieprzejęta tym, że Erin praktycznie odskoczyła do tyłu. -?Teraz ty - poleciła, kiwając zachęcająco na Tatianę. -?Luz, mam nową igłę -?dodała.
Rzeczywiście, wyciągnęła spod lady kolejną jednorazową strzykawkę.
-?Powaliło cię!? -?wypaliła Erin, nim Tatiana zdążyła coś odpowiedzieć.
-?Ja tu tylko pracuję, co nie? To szef wprowadził tę procedurę - wyjaśniła niewinnie kasjerka. -?U wampirów takie małe nakłucie zagoiłoby się tak szybko, że nawet nie poleciałaby krew. Wilkołaki trudniej zidentyfikować. Nie widzę żadnej blizny, ale zaraz mi pokażecie ramiona i nogi. Na początku był plan, żeby używać srebra, ale w Mayday powiedzieli, że to wcale nie jest tak, że ich skóra zacznie piec i syczeć w kontakcie z tym metalem, nie? -?W jej oczach błysnęło zainteresowanie. -?Podobno jest tak, że tylko od ran zadanych srebrem umierają. Jak im przebijesz serce czymś innym, to ono się będzie miesiącami zrastać, ale się zrośnie. Tak całkowicie. I typ albo typiarka to przeżyją. Powalone, nie? -?Wyszczerzyła się, a potem przeniosła uwagę na Tatianę. -?No dajesz, chodź. W sklepie są kamery, jak cię nie sprawdzę, to się mnie potem będą czepiać. Nie moja wina, że nie jesteście stąd.
Erin i Tatiana znów wymieniły spojrzenia. Tym razem obie walczyły, by na ich twarzach nie pojawiła się jawna odraza. Zmiennokształtna przełknęła ślinę i ponownie podała nieznajomej dłoń. Gdy nowa igła przebiła jej skórę, skrzywiła się mocno, ale nie wydała z siebie żadnego odgłosu.
-?Na początku był pomysł, że każdy będzie musiał na wejściu wypić miks wyciągów z tych roślin, co blokują senturalne zdolności -?ciągnęła kasjerka. Nie było w jej głosie ani strachu, ani współczucia. -?Te, co teraz wprowadzili na rynek, słyszałyście na pewno. Ale w Mayday podali, że one są trujące dla ludzi, co nie? No więc pomysł odpadł. Ja wiem, że te igły to trochę przesada, ale co zrobisz, jak żyjemy w takich powalonych czasach? -?Spojrzała znów na dziewczyny. Tym razem w jej wzroku było jakieś oczekiwanie.
-?Prawda -?zgodziła się Erin cierpko. -?Powalone czasy.
Potem przyjaciółki z zaciśniętymi ustami musiały prezentować ręce i nogi, a nawet podwijać bluzki i odsłaniać brzuchy oraz ramiona, by udowodnić, że nie mają na sobie wilkołaczej blizny. Dopiero wtedy dziewczyna za ladą zaczęła kasować butelki, które chciały kupić.
-?Jeszcze mieliśmy wizję, żeby wszystkim mierzyć temperaturę, skoro wampiry są, em... w temperaturze pokojowej, nie? Tylko że te dranie umieją ruszać mięśniem sercowym na zawołanie i wtedy się robią niby normalne. Potem był plan, żeby kazać wszystkim coś zjeść na wejściu -?wyjawiła, wyraźnie traktując całą sytuację jako fajną ciekawostkę. -?No bo wiecie, wampiry podobno rzygają wszystkim poza krwią. Ale w Mayday ostrzegali, że to nie musi się dziać od razu. Mogliby coś zjeść, zrobić zakupy, a potem dopiero w ukryciu zwymiotować...
-?Po co wampirom zakupy spożywcze? -?przerwała jej Tatiana. Próbowała utrzymać neutralny ton, ale w jej głosie słychać było trochę irytacji.
Kasjerka wyrecytowała im cenę.
-?A bo ja wiem -?podjęła, przyjmując zapłatę. -?Może najpierw karmią swoje ofiary... -?Wyszczerzyła się, jakby powiedziała właśnie jakiś świetny dowcip. Zdawała się jednocześnie wierzyć w propagandę Mayday i być nią rozbawiona.
Erin nie mogła się doczekać, aż wyjdą. Już, już miały się zbierać, ale kasjerka je zatrzymała.
-?Ale wy nie jesteście ludźmi, co nie? -?zapytała wprost, opierając się znów nonszalancko o ladę. Jej spojrzenie raz jeszcze stało się dziwnie przenikliwe, kontrastując z obojętnym żuciem gumy. -?Ty mi wyglądasz na łowcę, ale nie widzę nigdzie runy przemiany. Masz ją w jakimś dziwnym miejscu czy coś? -?Uniosła brwi pytająco, mierząc Tatianę bezwstydnym wzrokiem.
Tatiana miała ciemne oczy od urodzenia i nie miało to nic wspólnego z ciemnieniem tęczówek, które zachodziło często u osób po przemianie w łowcę.
-?Ja jestem człowiekiem -?oznajmiła Erin z mdlącym przeczuciem, że to jest najlepsza odpowiedź i ma szansę załagodzić nieco napiętą atmosferę. Jeszcze niedawno wizja, że w szkole dla senturalnych ktoś odkryje jej człowieczeństwo, spędzała jej sen z powiek. Dziś deklaracja własnego rodzaju przynosiła jednocześnie bezpieczeństwo i wstyd.
-?Cool. -?Wciąż trudno było odczytać, co blondynka tak naprawdę myśli. Wróciła wzrokiem do Tatiany i nachyliła się do przodu. -?A ty... Ach. - Uśmiechnęła się słodko. -?Teraz widzę. Źrenice ci jeszcze nie wróciły całkowicie do normy. Zmiennokształtna, co? -?Pokiwała głową ze zrozumieniem. Potem jej wzrok uciekł w stronę sufitu, gdzie zamontowana była kamera, ale tylko na moment. -?Kurde, czyli chodzisz do jednej z tych senturalnych szkół, która wypuściła uczniów na wakacje! Bo podobno wiele stanów kazało im zostać, nie? Pamiętam, jak w Mayday o tym mówili. Zabrali wampiry i wilkołaki. Resztę trzymają w środku do czasu, aż się ogarną z całym tym rejestrowaniem rodzajów i wymyślą jakiś bezpieczny program asymilacji... Niby to jest nadzór, bla, bla, bla, ale szczerze, brzmi to totalnie spoko! -?Zaśmiała się. -?Jedna wielka wakacyjna impreza. Bez rodziców i w ogóle... Bo te szkoły to są wypasione w środku, co nie? Szalone. -?Uśmiechnęła się krzywo. -?A z tym autostopem to wy tak na serio?
Tatiana skinęła głową, zbyt przytłoczona, by coś powiedzieć. Jeszcze niedawno ludzie nie mieli pojęcia o ich istnieniu, dziś przypadkowa nastolatka wiedziała o prawie wszystkim.
W oczach kasjerki pojawił się podejrzany błysk.
-?Nieźle. Nie wiem, gdzie będziecie nocować, ale jak się nie boicie przygody, to mogę wam coś polecić -?oznajmiła konspiracyjnym tonem. - Jeden z domów w mieście ma fioletowe ściany, minęłyście go pewnie, nie? Mieszkańcy się wynieśli, jak ogłoszono istnienie sentury. Pojechali, by być bliżej rodziny czy coś. No więc dom stoi pusty, a tylne drzwi są otwarte, bo to bezpieczne miasteczko. -?Puściła do nich oko. -?Więc wiecie. Ja niczego nie sugeruję, ale tak tylko mówię. Jakbyście miały problem z kasą na hostel czy coś... -?Popatrzyła znacząco na ich siatki, w których nie było nic poza wodą.
Erin spróbowała wykrzesać z siebie uśmiech.
-?Dzięki, ale raczej nie zamierzamy tu nocować. Idziemy zaraz na główną drogę złapać transport -?skłamała, licząc, że po takim zapewnieniu dziewczyna przestanie się nimi przejmować i szybko zapomni o całej interakcji.
Gdy wychodziły ze sklepu, wciąż czuły ukłucia na swoich dłoniach. Małe ranki pulsowały fantomowym bólem -?fizycznie nieistotne, mentalnie stały się dotkliwym dowodem na to, że kończą im się możliwości.
-?To największa bzdura, jaką słyszałem -?oznajmił z gorzkim rozbawieniem Anthony, który raczył ich zaszczycić swoją ludzką formą. Wciąż jednak chował się przed światem za ciemnymi okularami.
-?Może jest po prostu dobrą osobą żyjącą w gościnnym mieście... -?Lizzy jak zwykle gotowa była zakładać u innych najlepsze intencje, ale nawet ona nie wyglądała na do końca przekonaną.
Tatiana i Erin opowiedziały przyjaciołom o wydarzeniach ze sklepu i teraz wspólnie rozważali, czy ryzykować nocleg w domu z fioletowymi ścianami.
-?Brzmi jak pułapka... -?Keith był nie tylko zmęczony, ale też wyraźnie zestresowany. Następnego dnia czekała ich pełnia, na którą wciąż nie mieli dobrego planu.
Wydawał się Erin teraz wyższy niż wtedy, gdy go poznała. Z powodu bezlitosnych upałów podwijał krótki rękaw koszulki aż do ramion, odsłaniając mięśnie, które ostatnio zaczęły wyraźniej rysować się pod ciemną skórą. Nadal potrafił wymyślać najgłupsze żarty na świecie, ale spojrzenie miał dojrzalsze. Zresztą nie tylko on. Wszyscy niby byli wciąż tylko nastolatkami, ale okoliczności sprawiły, że musieli nagle dorosnąć.
-?Bo to pewnie jest pułapka -?oznajmiła ponuro Tatiana.
Erin masowała kciukiem miejsce po wbitej igle, wbrew mrowiącemu bólowi, który pojawiał się przy każdym nacisku.
-?Dach nad głową to w naszej sytuacji okazja jedna na milion...
-?Widziałaś, jak na nas patrzyła -?przypomniała ostro Tatiana. Ciągle była roztrzęsiona tamtą interakcją.
-?Ale myśli, że już nas tu nie ma! -?skontrowała Erin. Gdy mówiła, szczypały ją pęknięcia w wysuszonych wargach. -?Powiedziałyśmy, że spadamy!
-?Taaaak -?wtrącił drwiąco Anthony. -?Brudne nastolatki podróżujące z plecakami bez celu po kraju miesiąc po ogłoszeniu polowania na dwie piąte senturalnych rodzajów nie są ani trochę podejrzane.
-?Okej, dzięki za opinię, już możesz się zamknąć!
-?Erin. -?Diego nie powiedział nic więcej, ale ostrzeżenie było jasne.
Dziewczyna wywróciła oczami, zatrzymała jednak resztę uszczypliwych komentarzy dla siebie i skupiła się na głównym problemie.
-?Jeśli zakradniemy się tam po cichu, w nocy, to niby jak miałaby się dowiedzieć?! -?Nie była pewna, co dokładnie ją teraz irytowało. Może głód.
Tatiana pokręciła głową, nadal nieprzekonana.
-?Naprawdę chcesz tak ryzykować?
-?A nie ryzykujemy więcej, spędzając pełnię w lesie?! -?Erin czuła się coraz bardziej zdesperowana. -?Niby jak mamy poradzić sobie w tej przestrzeni z wilkiem Keitha teraz, kiedy Diego zabrania nam angażować Alex do pomocy?
-?Pracuję nad tym -?wtrącił cierpko Keith.
-?Gówno prawda -?zaprzeczyła Erin. -?To tortura, a nie rozwiązanie!
Na twarzy Keitha pojawił się grymas, ale uwagę i tak przyciągały przede wszystkim jego przekrwione ze zmęczenia oczy i sińce pod nimi. Chłopak wpadł na pomysł, żeby przestać spać i nadwyrężyć organizm na tyle, by jego wilk padł ze zmęczenia po przemianie podczas pełni księżyca. Dziś wyglądał już jak trup. Znosił jednak te męczarnie bez narzekania, zdeterminowany.
-?Nie mamy wielu opcji... -?zauważyła Lizzy, ale ton miała jednocześnie przepraszający i pełen współczucia. Patrzenie na Keitha w tym stanie łamało jej serce.
-?Alex jest zbyt wykończona zaklęciami ochronnymi, by znowu go wesprzeć -?zgodził się z małą zmiennokształtną Diego. -?Ja mogę napisać runy wyciszające wycie, ale będą działać tylko, jeśli zamkniemy go w jakimś pomieszczeniu. Wygłuszenie otwartej przestrzeni wymaga więcej magii, niż łowcy mają we krwi. Jeśli udałoby nam się dostać do tamtego domu...
-?Nie było cię tam! -?przerwała mu Tatiana, wracając myślami do sklepu. -?Nie jesteśmy w stanie już nawet pieprzonej wody kupić bez jakichś dziwacznych weryfikacji! Dociera to do ciebie?! To jest... -?Głos jej zadrżał, ręce zaczęły się trząść. -?Chcesz zmniejszyć dystans między nami a ludźmi?! Macie zamiar wyjść dobrowolnie tam, między inne budynki, ryzykując, że ktoś wyjrzy przez okno albo... -?znów urwała, wciągnęła głośno powietrze przez nos i nie powiedziała nic więcej. Zamiast tego zacisnęła usta i odwróciła głowę, próbując opanować emocje.
-?Tatiano... -?Diego stał idealnie prosto, trzymając ręce za plecami, w pełnej gotowości, by przyjąć rozkazy, które nie padły. W jego oczach pojawiło się zarezerwowane wyłącznie dla niej ciepło, jednak kiedyś pełne komfortu milczenie cechowała teraz mieszanka trudnych emocji.
Zmiennokształtna zignorowała dziwne mrowienie w żołądku, jakie często pojawiało się u niej pod wpływem przenikliwego wzroku łowcy.
-?Daj mi spokój -?rzuciła niby groźnie, lecz jakoś bez przekonania.
Diego prosił ją o wybaczenie średnio raz na dwa dni, zawsze z tą samą cierpliwością, a ona uporczywie odmawiała. Byli już po poważnych rozmowach, jego długich wyjaśnieniach i wielkich przeprosinach. Uratować ich mógł tylko czas, bo przecież wszystkie rany muszą się kiedyś zagoić. Prawda? Diego nie naciskał, ale też nie dystansował się przesadnie. Czekał. Dorobili się własnej, pokręconej rutyny: "Wybaczysz mi?". "Jeszcze nie". Czasem Tatiana miała wrażenie, że jest już prawie gotowa, bo rozumiała jego powody. W inne dni wydawało jej się, że straciła do niego zaufanie bezpowrotnie. Miała ponure przypuszczenie, że wszystko byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby nie była w nim wciąż zakochana.
Teraz, gdy dłonie Tatiany nadal drżały przez okropne doświadczenie w sklepie, Lizzy musiała zdusić w sobie odruch objęcia przyjaciółki. Wiedziała, że ta w takich chwilach potrzebuje przestrzeni, niefizycznej bliskości.
Diego musiał zdusić w sobie znacznie więcej.
-?Nie możemy... nie wiem, okraść apteki i nafaszerować cię tabletkami nasennymi, żeby wilk przespał pełnię? -?zaproponowała Erin, przełamując napiętą atmosferę.
-?Naturalna chemia nie zadziała na senturalnego wilka -?odparł wolno Keith. Brzmiał na tak samo zmęczonego, jak wyglądał. -?Uczyli nas tego na Wiedzy o Wilkołakach w Mallaroy.
-?Mnie ewidentnie nie nauczyli -?mruknęła Erin gorzko. Pamiętała za to referat o słońcówce drobnolistnej, który musiała pisać za karę z Mich... nieważne. Słońcówka była jedną z roślin blokujących senturę, o których wspomniała dziś kasjerka. Osłabiała wilkołaki, a spożyta w ogromnych ilościach mogła podobno nawet uniemożliwić przemianę w trakcie pełni. Konsekwencje zdrowotne były jednak ponoć tak ciężkie, że nie odważyliby się jej użyć w obecnych warunkach, nawet gdyby mieli do rośliny dostęp.
A nie mieli.
Anthony odchrząknął znacząco.
-?Może i się chłopak męczy, ale przynajmniej robi coś sam, zamiast spychać całą brudną robotę na magię -?zauważył prowokacyjnie. Emanował wciąż tą samą, odpychającą obojętnością.
-?Co? -?Alex, usadowiona wygodnie na zwalonym pniu kawałek dalej, podniosła głowę i spojrzała na nich po raz pierwszy od początku całej dyskusji.
Wszyscy jęknęli w duchu.
-?Keith. -?Erin skupiła się na przyjacielu. Na tym, w jak opłakanym był stanie. -?Niech Diego cię zamknie w jakimś pokoju. TO -?zamachała ręką, wskazując jego zmęczoną sylwetkę -?jest nieludzkie!
Wszyscy się wzdrygnęli.
Erin potrzebowała tylko sekundy, żeby się zreflektować.
-?Sorry! -?Przymknęła oczy, czując ciężar wstydu. -?Sorry, głupie słowo. Wiecie, co mam na myśli...
-?Tu ryzykujemy pełnię, tam złapanie -?podsumował Diego beznamiętnym tonem. Stał teraz trochę bliżej Tatiany, chociaż nikt nie zauważył, by zmieniał miejsce. -?Coś trzeba wybrać.
-?Możemy się też rozdzielić... -?zauważył Keith.
-?Nie! -?odparły natychmiast Lizzy i Erin, prawie jednocześnie. Obie z wyraźną irytacją w głosie.
Anthony prychnął.
-?Dla mnie spoko.
-?Przestań -?poprosiła Erin, o dziwo zwracając się do Keitha, nie do Anthony'ego.
-?Co ja niby robię? -?obruszył się wilkołak, ale determinacja w jego ciemnych oczach sugerowała, że wie dobrze, co dziewczyna ma na myśli.
Gdy uciekali z Mallaroy, byli z nimi lider wilkołaków Isaac i jego następczyni Jess. Nigdy jednak nie dotarli oni na drugą stronę muru. Keith popychał się więc teraz do granic wytrzymałości, bo czasem coś w jego głowie krzyczało, że ma do spłacenia dług. Uginał się też coraz bardziej pod ciężarem nie zmęczenia, ale poczucia winy, że wszyscy muszą się ukrywać właśnie przez niego -?jedynego wilkołaka w grupie. Rodzaje pozostałych były przecież legalne. W dodatku dotkliwa samotność, którą odczuwał po utracie Lucasa, rosła w siłę z powodu bliskości pełni. On tęsknił za przyjacielem, a jego wilkowi brakowało wilczego brata.
Sama sugestia, że mieliby się rozdzielić, mroziła Erin krew w żyłach. Miała ochotę Keithem potrząsać i krzyczeć, aż wbije mu się do głowy raz a dobrze, że nie jest dla nich balastem. To nie była jego walka, w której oni łaskawie zgodzili się pomóc. Stawka była większa. Stawką było wszystko. Granica moralności, raz przesunięta, stawała się śliska i niestabilna. Rozwiewała się pod stopami, rozpływała, i groziła zniknięciem na horyzoncie przemocy i strachu. Wszystko to kłębiło się w myślach Erin, na głos powiedziała jednak tylko, patrząc na Keitha uparcie:
-?Jesteśmy w tym razem. -?W jej oczach zatlił się ten ogień determinacji, który przyjaciele poznali dobrze w Mallaroy.
Keith patrzył na nią bez słowa. Wreszcie skinął głową. Ruch był ledwo zauważalny, ale część napięcia opuściła jego ciało.
-?To nie zmienia faktu, że bezpieczniejsi będziemy w lesie. -?Tatianie nie umknął znaczący moment między jej przyjaciółmi. Nie mogli jednak zbyt długo zwlekać z dyskusją na temat kolejnego ruchu.
Diego odchrząknął cicho.
-?Wiem, że z powodu pełni skupiacie się na Keicie, ale to o Alex powinniśmy się martwić.
-?Co...? -?Tym razem to słowo padło z ust Lizzy, nie czarodziejki.
Prawie cała grupa poza Alex wbiła w Diego zdezorientowane spojrzenia. Jedynie Anthony prychnął z rozbawieniem, wciąż pławiąc się w sarkazmie i gorzkiej rezygnacji.
-?Uważaj, bo się załamią na dobre -?wymamrotał pod nosem. Wyglądało na to, że wie, co Diego ma na myśli.
Lizzy rzuciła zaskakująco ostre spojrzenie w stronę brata, ale szybko stchórzyła i odwróciła wzrok.
-?Co jest z Alex? -?zapytała tymczasem Erin. Czuła, jak wzbiera w niej nowa emocja: chęć walenia głową w pień drzewa z frustracji na Kosmos.
-?Zdajecie sobie sprawę z tego, jak dużo potrzeba energii magicznej na zaklęcia, które nas chronią? -?zapytał beznamiętnie Diego.
Erin zmarszczyła brwi.
-?Dużo? -?zaryzykowała głupio.
Jeśli łowca odczuł irytację, nie okazał jej.
-?Alex Hughes od szóstego maja podtrzymuje, nieprzerwanie, serię skomplikowanych zaklęć, które uniemożliwiają innym czarodziejom zlokalizowanie nas. Przedstawię to w następujący sposób. To jest bariera ustawiona przez Alex. -?Wyciągnął jedną dłoń, przekręcając ją pionowo. - To są zaklęcia lokalizujące. -?Drugą dłoń ustawił prostopadle do pierwszej i zaczął ją do niej zbliżać, aż się zetknęły. -?Jeśli Alex choć na chwilę przerwie zaklęcia, bariera ochronna opadnie.
Nie mieli pewności, czy są tak ważni, by ktoś nieprzerwanie poszukiwał ich za pomocą magii, ale stawka była za wysoka, żeby tę teorię przetestować. Fakt, że byli wśród nich bliźniaczka Alei Lanford oraz były szpieg Martina Gallaghera, zdecydowanie zwiększał ryzyko.
-?Czarodzieje nie są w stanie podtrzymywać zaklęć w nieskończoność - przypomniał łowca. -?Jeśli wewnętrzna energia magiczna i wszelkie jej inne dostępne źródła wyczerpią się, ale czar nie zostanie przerwany, magia zacznie żywić się energią życiową.
-?Chcesz powiedzieć, że zachowanie Alex... -?zaczęła Lizzy drżącym głosem.
-?Nie wiem -?odpowiedział Diego, nim dokończyła pytanie.
-?Chwila, chwila, chwila! -?Erin zamachała rękoma, usiłując przewinąć całą rozmowę do tyłu. -?Alex może UMRZEĆ od rzucania tych zaklęć? To nam próbujesz powiedzieć?!
Czarodziejka przestała studiować mech i popatrzyła w ich stronę, choć nie wyglądała na przejętą. Jej uwagę przyciągnęło chyba samo użycie jej imienia. Nie przyswoiła jednak treści rozmowy.
-?Alex może umrzeć i ty o tym wiesz, ale nic nie robisz?! -?Erin nie odpuszczała, zszokowana i oburzona jednocześnie.
-?Gdybym mógł coś na to poradzić, to bym poradził -?oznajmił spokojnie łowca. Zawsze opanowany, zawsze ze starannie wykalkulowaną odpowiedzią.
-?Stary, no ale czemu nam nie powiedziałeś... -?Keith też nie wyglądał na zadowolonego.
-?Obecnie sytuacja nie ma żadnego rozwiązania, dlatego nie było powodu was niepokoić -?wyjaśnił Diego, kierując się niezłomną racjonalnością łowców. -?Jednak w kontekście nadchodzącej pełni stan Alex jest istotnym argumentem za tym, żebyśmy ukryli się w domu i polegali na runach wygłuszających, którymi mogę zająć się samodzielnie. Nie mamy gwarancji, że wilk Keitha zaśnie ze zmęczenia, a postawienie się w sytuacji, w której tylko Alex może nas uratować, jest zbyt ryzykowne.
-?Jak możesz być tak opanowany?! Jak to może cię nie obchodzić?! -?Erin traciła cierpliwość.
Diego przymknął oczy, zaraz jednak uniósł powieki. Na jego twarzy nie malowały się żadne emocje.
-?To, że jestem opanowany, nie znaczy, że mnie to nie obchodzi.
Nie pierwszy, nie ostatni raz Erin zmuszona była do szybkiej refleksji nad własnym zachowaniem.
-?A nie możemy znaleźć dla Alex jakiegoś źródła energii magicznej? - zaproponowała cicho Lizzy, przenosząc wzrok z Diego na Tatianę i z powrotem. Ta dwójka miała w ich gronie niepisane miano wszechwiedzących. -?Mówiłyście, że minęłyście jakiś zabytkowy kamień runiczny? -?Zerknęła na Erin.
Diego pokręcił głową.
-?Runy magiczne to nie to samo, co alfabet runiczny używany przez stare ludy. Skupmy się na pełni -?poradził. -?Alex zajmiemy się w drugiej kolejności.
Erin nie zabrała ponownie głosu, ale długo jeszcze patrzyła na łowcę dziwnie nieobecnym wzrokiem. Wiedziała, że Diego nie jest okrutny ani obojętny. Łowca po prostu wykonał potrzebne obliczenia, rozważył dostępne opcje, przeanalizował ich sytuację i doszedł do trzeźwego, obiektywnego wniosku, że na ten problem nie ma obecnie rozwiązania. I to ją cholernie przeraziło. Było tak, jakby ktoś nakręcił nagle stary zegarek i teraz Erin słyszała wyraźnie, jak tyka on w jej głowie, coraz głośniej, odliczając uciekający czas. Nie zdążyli jeszcze odkryć, dokąd tak naprawdę zmierzają, a już wydawało się oczywiste, że nigdy tam nie dotrą.
Czasem, kiedy patrzyła na Diego, nie potrafiła odgonić myśli o siostrze, chociaż wszyscy starali się nie zapuszczać w rozważania o rodzinie, bo to prowadzić mogło tylko do smutku. Łowca jeszcze niedawno stał po drugiej stronie okrutnego konfliktu, tak samo jak Alea Lanford. Erin kłamałaby, mówiąc, że nie prowokuje to w niej bardziej emocjonalnych reakcji. Diego przeszedł na ich stronę, gdy tylko wyszło na jaw, co tak naprawdę czai się za politycznymi zmianami przygotowywanymi po cichu wśród zmiennokształtnych, łowców i czarodziejów. Wcześniej wykonywał rozkazy w ciemno, lojalny wobec uwikłanej w politykę rodziny. Jak wiele wiedziała Alea i czy w którymś momencie zdecydowała się temu sprzeciwić? Erin nie miała pojęcia. Nie wiedziała nawet, czy jej bliźniaczka żyje, ale czasem wydawało jej się, że i tak już ją straciła.
Jej zamyślenie przerwał zachrypnięty śmiech Anthony'ego.
-?Wszyscy jesteśmy zniszczeni -?rzucił zmiennokształtny i popukał się palcem w głowę. -?O, tutaj. Wszyscy jesteśmy totalnie pokrzywieni.
Każdy go zignorował, ale też nikt nie zaprzeczył.
Przedostali się pod dom niedługo przed świtem, gdy wciąż było ciemno, pod czujnym okiem Tatiany, która szybowała nad nimi w formie sowy. O tej porze ściany wydawały się szare, nie fioletowe, a upał zastąpiło przyjemne ciepło. Nikt nie odważył się odezwać, kiedy tylne drzwi otworzyły się bez klucza, po zwykłym naciśnięciu klamki. Wślizgnęli się do środka szybko i nerwowo, jedno po drugim, niczym cienie uciekające przed światłem.
W domu rzeczywiście nie znaleźli nikogo -?Kosmosowi niech będą za to dzięki -?jednak na każdym kroku trafiali na jawne oznaki, że jeszcze chwilę temu ktoś tam mieszkał. W szafach były ubrania, w salonie zdjęcia rodzinne, w łazience kosmetyki, na regałach książki. Wszystko to nadawało przestrzeni konkretną osobowość. Jakby tego było mało, w garażu stał samochód. Owa wszechobecność cudzego życia przyprawiała przyjaciół o ciarki. Po części dlatego, że podkreślało to ich status intruzów, przede wszystkim jednak ponieważ trudno było wyzbyć się wrażenia, że rodzina za chwilę wkroczy przez drzwi frontowe. W zlewie stały dwie brudne szklanki, na kanapie czekała rozłożona niedbale gazeta.
Erin znów miała złe przeczucia. Instynkt przetrwania szeptał nerwowo, że powinni uciekać, ale był to stan niezmienny od tygodni, musiała więc zacisnąć zęby i spróbować go zagłuszyć.
Wyłączyli natychmiast wszystkie bezpieczniki prądu, nie chcąc ryzykować, że przegapią jakieś urządzenie, które komunikuje się z wieżami GSM. Potem Diego przystąpił do przygotowywania w piwnicy run wygłuszających na dzisiejszą noc, podczas gdy reszta nieśmiało zaczęła wykorzystywać nowe warunki. W szafkach kuchennych znaleźli jedzenie, z kranów leciała woda -?proste rzeczy, które wzbudziły w nich trudną do opisania ekscytację pomieszaną z dziwną nerwowością. Alex zauważyła, że kilka roślin na parapecie w kuchni jest magicznych. Tatiana przejrzała więc szybko książki w gabinecie i potwierdziła, że zdecydowana większość oznakowana była z tyłu symbolem sentury, czyli zamkniętym w owalu, ozdobnym "s", co znaczyło, że w fikcyjny tekst wpleciono senturalną wiedzę, ukrywając ją w ten sposób przed ludźmi. Dopiero te odkrycia pozwoliły im odprężyć się odrobinę, sugerowały bowiem, że dom należał do czarodziejów lub łowców.
Na górze znajdowały się trzy sypialnie -?główna i dwie zamieszkiwane przez dzieci. Wykończeni ukrywaniem się w lesie, byli gotowi na sen już z samego rana, dziewczyny zgarnęły jednak wszystkie materace i koce do jednego pomieszczenia, zbyt nieufne, by oddzielać się w obcym miejscu ścianami. Diego postanowił dotrzymać towarzystwa Keithowi i przy okazji obserwować bacznie przez okno podjazd domu. Tak na wszelki wypadek. Anthony jako jedyny wybrał samotność, umykając na dół. Nie musieli długo czekać na dźwięki otwieranych szafek, a potem -?gdy znalazł to, czego szukał -?cichy brzęk szklanych butelek.
Patrząc wstecz, pewnie już w tym momencie powinni byli zacząć panikować.
4.
Piekielna noc
-?Dobry wieczór, Ameryko! Mówi Jane Doer...
-?...i John Dunn! Czas na Rozmowy Naturalno-Senturalne...
-?...w Radiu Mayday!
W pomieszczeniu rozbrzmiała charakterystyczna melodia audycji.
-?Wiele osób o tej godzinie już śpi, tymczasem my spędzimy z wami trochę czasu i podsumujemy najważniejsze informacje dnia. Dla tych, którzy nie mogli nas słuchać wcześniej i dla zapominalskich!
Kobieta dźwięcznie się zaśmiała.
-?Właśnie tak, właśnie tak! No więc o czym dziś rozmawialiśmy? Poznaliśmy oficjalną decyzję w sprawie rekordu świata w biegu na sto metrów mężczyzn i muszę powiedzieć, że nadal trudno w to wszystko uwierzyć. Organizacja World Athletics wypowiedziała się na temat rodzajów senturalnych podczas konferencji prasowej i oto, co ustanowiono. -?Jane Doer zrobiła pełną napięcia pauzę, oddając głos współpracownikowi.
-?Senturalni, i tutaj cytuję, "zostają w trybie natychmiastowym wykluczeni z wszelkich rywalizacji sportowych, z powodu niesprawiedliwej przewagi, którą posiadają nad ludźmi".
-?Dokładnie tak, moi drodzy -?potwierdziła Jane. -?Jak widać, cały świat małymi krokami porządkuje rzeczywistość.
-?Ach, tylko pomyśl, Jane, o wszystkich tych biednych ludziach, którzy siedzą zakopani w papierkowej robocie, poprawiając wszelkie sportowe rekordy...
-?Nie chciałabym być na ich miejscu -?zgodziła się kobieta. -?Oficjalne odsunięcie senturalnych od zawodów wywołało, poza ogromem pracy administracyjnej, także sporą kontrowersję.
-?No i trudno się dziwić. Zerknijmy, co mieliście do powiedzenia!
-?John zaraz zacznie czytać wasze komentarze, a ja wcześniej przypomnę: każdy z was także może podzielić się z nami swoją opinią w mediach społecznościowych, używając #maydayinfo lub zostawiając komentarze bezpośrednio na naszej platformie internetowej!
Wszyscy obudzili się już jakiś czas temu, pod koniec dnia. Erin, która obecnie walczyła na pogardliwe spojrzenia z siedzącym na dywanie Yorickiem, wydała z siebie pełne odrazy prychnięcie.
-?No ja to na przykład mam sporo do powiedzenia -?wymamrotała.
Wymęczony Keith mruknął z aprobatą. Siedział przy stole obok Tatiany i grali razem w prostą grę karcianą. Miało to na celu nie tyle rozrywkę, ile powstrzymanie wilkołaka przed zaśnięciem. Światła w domu pozostawili wyłączone, przyjaciołom pomagał tylko ruchliwy blask znalezionych w salonie świec.
Pogodny głos Johna Dunna nie odpuszczał.
-?Jeden z naszych słuchaczy pisze: "Czym się różnią środki dopingujące od magii? Niczym!". Wygląda na to, że wiele osób myśli podobnie. Reprezentant World Athletics na konferencji prasowej powiedział, że organizacja nie wyklucza dopuszczenia w przyszłości czarodziejów do udziału w ludzkich zawodach sportowych, ponieważ ich uwarunkowania fizyczne nie odbiegają od naszych. Dotyczy to natomiast odległej przyszłości. Obecnie mamy zbyt małe pojęcie o magii i jej właściwościach, by móc przygotować skuteczny plan sprawdzania uczestników i kontrolowania, czy nikt nie wspomaga siebie lub innych zaklęciami podczas zawodów.
-?Brzmi sensownie -?zgodziła się Jane Doer.
- Ani trochę -?burknęła Tatiana ponuro.
-?Wszyscy przekonali się pewnie na własnej skórze, że senturalni nie wyleźli nagle spod ziemi, ale cały czas żyli wśród nas. Tyle tylko, że w ukryciu! Teraz w każdej dziedzinie życia trzeba będzie znaleźć kompromisy, nowe zasady i nowe rozwiązania, wszystko to w atmosferze zdradzonego zaufania. Bo nie wiem jak ty, ale ja przez wiele osób czuję się obecnie po prostu oszukana... Tymczasem w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim już rozpoczęły się dyskusje na temat przyszłości igrzysk! Nie wykluczają możliwości stworzenia odrębnej kategorii dla senturalnych.
-?No ale tu pojawia się kolejny problem, moja droga Jane. Czyż nie? Jak ocenić, czy postawienie zmiennokształtnego przeciw łowcy także nie zaowocuje niesprawiedliwym wynikiem?
-?Ano właśnie! To problem, którego sami nie rozwiążemy. Może jednak nasi nocni słuchacze wiedzą, co robić. Dzielcie się z nami swoimi propozycjami, używając #maydayinfo na platformach społecznościowych! - zachęciła entuzjastycznie Jane.
John płynnie przejął pałeczkę.
-?Przed nami jeszcze niejeden dylemat do przegadania, ale najpierw ostrzeżenie: już w każdej strefie czasowej naszego kraju trwa godzina policyjna, ta noc jest jednak szczególna. Zaraz przypomnimy o najważniejszych środkach bezpieczeństwa obowiązujących w trakcie pełni księżyca. Najpierw jednak trochę muzyki dla tych, którzy wciąż nie są senni.
-?Albo wręcz przeciwnie, na rozbudzenie! -?zaśmiała się Jane.
Z małego głośniczka ich starego radyjka odezwały się pierwsze nuty piosenki She Wolf Shakiry. Erin wstała i wyłączyła urządzenie bez słowa. Zamiast dźwięków muzyki po pomieszczeniu rozszedł się niesmak.
Dziewczyna przeniosła wzrok na Keitha.
-?Jak się czujesz?
-?Jak komórka z jednym procentem baterii -?oznajmił wilkołak grobowym głosem.
Mimo poważnej sytuacji wargi Erin wygiął nikły uśmiech.
-?No weź. -?Szturchnęła przyjaciela lekko. -?Chodzi mi o pełnię. O przemianę -?dodała, ściszając nieco głos, chociaż sama nie wiedziała, po co. -?Jak oceniasz? Już niedługo czy...?
Za oknami było ciemno, a pełny księżyc świecił odważnie na tle czarnego nieba.
Keith skrzywił się lekko. Choć poczucie humoru zdawało się go nie opuszczać w żadnej sytuacji, wcale nie miał się dobrze.
-?Trudno powiedzieć. Normalnie jestem w stanie to wyczuć, ale teraz jedyne, co czuję, to zmęczenie. -?Westchnął ciężko. -?Strzelam, że nie więcej niż dwie godziny.
Nie dodał na głos, że gdyby otaczało go stado, transformacja pewnie już by się rozpoczęła. Zgodnie z prawami sentury odbywała się ona zawsze w nocy, w trakcie doby z pełnią księżyca. Nie dało się jednak określić konkretnej minuty czy godziny. Była to sprawa dość indywidualna, mimo to wilkołaki oddziaływały na siebie nawzajem. Gdy znajdowały się w grupie, transformacja jednej osoby prowokowała natychmiast to samo u pozostałych. Keith został jednak sam.
Lizzy pojawiła się w progu kuchni, niepokojąco blada i z szeroko otwartymi oczami.
-?Mamy problem -?oznajmiła na wydechu.
-?Dziewczyno, nie chcę ci psuć optymistycznej wizji świata, ale my mamy same problemy -?zauważył Keith, gapiąc się bezmyślnie w karty. - Problemy to jest w sumie jedyne, co my mamy...
Jego komentarz ani trochę nie wpłynął na wyraz przerażenia na twarzy Lizzy.
-?Mieszkańcy wychodzą na ulicę -?wyjaśniła z nutą rozpaczy. Obecnie trwała jej kolej, by obserwować przez szybę, co dzieje się przed posiadłością. Na wszelki wypadek.
Erin zamarła.
-?Idą tutaj?
-?Nie. Może. Nie wiem! -?jęknęła Lizzy, rozdygotana.
Diego znalazł się w przedpokoju pierwszy, ale reszta deptała mu po piętach. Przycisnęli nosy do okien po obu stronach drzwi i zmrużyli oczy, próbując dojrzeć jak najwięcej w mroku.
-?Przecież to są... wszyscy -?wydusiła z siebie Erin w szoku.
Erin nie kłamała. To znaczy, w ciągu ostatniego roku kłamała dość często i z jako takim powodzeniem, jednak nie w tym przypadku. Wszystkie domy przy ulicy wyglądały podobnie: choć wyraźnie nadgryzione zębem czasu, miały rozległe, zadbane trawniki, urocze werandy i czyste podjazdy. Ten sielankowy obraz małego miasteczka zakłócało obecnie to, że każdy jego mieszkaniec łamał przepisy.
Strumień ludzi uzbrojonych w latarki płynął w stronę centrum. W ciemności nie dało się dojrzeć wyrazu ich twarzy, ale po ruchach wnioskować można było, że ani się nie spieszą, ani nie są przerażeni. Tłum parł do przodu z podejrzaną determinacją, rosnąc wciąż w siłę - drzwi każdego kolejnego domu mijanego przez grupę otwierały się i następni mieszkańcy dołączali do procesji.
-?To nie ma sensu -?szepnęła Tatiana. -?To nie ma najmniejszego sensu...
-?Odsuńcie się od okien -?polecił nagle Diego, sam też robiąc krok do tyłu. -?Nie ryzykujmy, że nas zobaczą.
W głębi korytarza coś trzasnęło. Wszyscy wstrzymali oddech.
-?Co się -?Anthony czknął, podchodząc bliżej grupy -?dzieje?
-?Kiedyś mu coś zrobię -?syknęła Erin. Chłopak po raz kolejny o mało nie przyprawił jej o zawał.
-?Wszyscy mieszkańcy wyszli z domu i gdzieś idą -?wyjaśnił tymczasem Keith. Strach go chwilowo ocucił, w związku z czym brzmiał na znacznie mniej zmęczonego.
Anthony przez moment wyglądał na zaskoczonego, szybko jednak przestał się przejmować. Widać było, że nie jest do końca trzeźwy.
-?A gdzie jest... Nie wiem, policja? Nie pilnują jakoś tego... -?zamachał dłonią, nie mogąc znaleźć słowa -?...wszystkiego?
-?Nie widziałam z góry posterunku -?Tatiana zwróciła się nie do niego, ale do pozostałych. Jej wzrok zatrzymał się na Diego. -?To miasteczko jest tak małe, że raczej podlegają pod biuro szeryfa w stolicy hrabstwa.
Łowca skinął głową.
-?Tak czy inaczej, powinien tu być jakiś patrol. Ze względu na godzinę policyjną i pełnię...
-?Może jest -?zauważyła Erin. -?Może ci z patrolu są razem z nimi w tym tłumie.
Nad ich głowami zawisł nowy rodzaj niepokoju. Erin bez słowa ruszyła do kuchni. Diego i Tatiana tuż za nią, prawdopodobnie myśleli o tym samym. Przeklęte radio zostało ponownie włączone, ale w Mayday nie leciał żaden komunikat, nie ogłaszano nowych rozkazów. John i Jane recytowali jedynie do upartego te same ostrzeżenia na temat pełni i był to prawdopodobnie przygotowany wcześniej materiał, który puszczano teraz z nagrania. Być może zresztą ich głosy były wygenerowane sztucznie. Nie pracowali w końcu przez całą dobę.
Erin odczekała chwilę, a potem wyłączyła urządzenie, żeby nie marnować baterii. Przez kilkadziesiąt przedłużających się sekund nikt nic nie mówił. Spoglądali jedynie na siebie w napięciu. Zagubieni.
W kuchni było ciasno, przeszli więc zaraz po cichu do salonu. Diego ustawił się przy zasłoniętym oknie i znów asekuracyjnie wyglądał na zewnątrz, z tego miejsca także widać było bowiem ulicę.
-?Czyli co się dzieje? -?spytała cicho Lizzy, która źle znosiła pełne grozy milczenie.
Anthony z głośnym westchnięciem opadł na kanapę.
-?To miasto jest szurnięte -?rzucił, nieprzejęty.
Yorick łypał na niego pogardliwie z podłogi.
-?Minęli nas -?oznajmił tymczasem Diego. -?Oddalają się.
-?Ale co to wszystko znaczy?! -?Erin miała wrażenie, że zaraz odejdzie od zmysłów. -?Dokąd oni idą? Co planują?! Co my mamy robić? - Powędrowała spojrzeniem na Keitha, który stał pod ścianą z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Lada moment mieli zamknąć go w piwnicy, by ukryć przemianę.
Tatiana wzięła cichy, ale głęboki oddech. Potem odchrząknęła, bo stres utknął jej w gardle.
-?Zrobię rekonesans -?zadeklarowała i pochyliła się, żeby rozwiązać buty. Przemiana bez ubrań zawsze była bezpieczniejsza.
-?Nie możesz iść sama -?zaprzeczył natychmiast Diego, śmiertelnie poważny.
-?Lecieć -?poprawiła go zmiennokształtna spokojnie.
-?Tatiano. -?Łowca już nic nie dodał. Włożył cały niepokój i troskę w to jedno słowo i zawiesił na niej wzrok swoich czarnych oczu, tocząc walkę sam ze sobą. Zdawał sobie sprawę, że zaproponowane przez nią rozwiązanie jest racjonalne, więc powinien je zaakceptować. Jego uczucia do dziewczyny wyrywały się jednak na pierwszy plan. Z zewnątrz nic nie było widać. Stał wciąż idealnie prosto, poważny i czujny.
-?Kogo innego chcesz tam wysłać? -?rzuciła Tatiana, zsuwając trampki i skarpety ze stóp. Pytała tylko po to, by podkreślić, że to ona jest najlepszą opcją. Gdy była już bosa, podniosła na łowcę wzrok. Być może jako jedyna widziała napięcie w jego ramionach i dostrzegała cień emocji wyłaniający się zza beznamiętnej maski.
Erin zaczęła obracać słowa przyjaciółki w myślach. Lizzy za łatwo poddawała się panice, Anthony był wstawiony. Alex pewnie nawet nie wiedziała, co się dzieje. Diego musiał zostać z Keithem w domu, bo runy wygłuszające wymagały aktywacji...
Zostawały więc, raz jeszcze, ona i Tatiana. Zmiennokształtna mogła szybować nad głowami mieszkańców w ciele sowy, ukryta w ciemności nocy, jednak nie dało się przewidzieć, czy będzie bezpieczna. Nie, kiedy nie mieli pojęcia, co wywołało dziwaczne zachowanie mieszkańców. Ktoś powinien wyjść wraz z nią i tym kimś była Erin. Słowa jednak nie chciały odkleić się od jej języka.
Nie chciała tam iść. Nie chciała tam iść, nie chciała tam iść, nie chciała tam iść. Nieokreślony niepokój trawił jej wnętrzności, od kiedy weszli w spalony obszar lasu. Miała ochotę wrzeszczeć lub płakać. Albo najlepiej jedno i drugie. Chciała zrzucić z siebie wszelką odpowiedzialność, kucnąć w kącie i czekać. Pragnęła, by ktoś się nagle pojawił i powiedział, że zostali uratowani. Że nic już nie muszą i nic się już im nie stanie. Była zmęczona. Była przerażona. Była też, niestety, Erin Lanford.
-?Pójdę z tobą -?oznajmiła, zaskakując samą siebie tym, jak mocno zabrzmiał jej głos. -?Polecisz górą, ja wtopię się w tłum. Jest ciemno, jest zamieszanie. Będzie dobrze -?przekonywała i przyjaciół, i samą siebie.
Jakaś jej część wciąż liczyła, że Diego zaprotestuje i rzuci, że plan jest nieracjonalny, a procent powodzenia zbyt niski. Chłopak jednak chwilę się jej przyglądał, a potem skinął głową na znak aprobaty. Może dlatego, że Erin była człowiekiem i w pewnym sensie jej jedynej nic tak naprawdę nie groziło? Przełknęła gorzki smak w ustach i wyciągnęła rękę w stronę Keitha.
-?Dasz mi bluzę? Moja nie ma kaptura, a się przyda.
Czerwcowe wieczory były wciąż ciepłe, ale wilkołak ze zmęczenia zaczął marznąć. Mimo to bez słowa sprzeciwu zdjął ubranie i przekazał je przyjaciółce.
Erin zbliżyła się do pochodu bez problemu, bo blisko centrum miasteczka zaczął on znacząco zwalniać. Wcisnęła ręce do kieszeni, głowę zakryła kapturem i szła pochylona, by nie pokazywać twarzy.
Tam, gdzie zbiegała się większość ulic, tłum zaczął gęstnieć, w miarę jak różne pochody zlewały się w jedną masę. Erin odważyła się znowu zadrzeć głowę i zauważyła, że wszyscy mieszkańcy wchodzą do budynku ze strzelistą wieżą. Spuściła wzrok, zwolniła i pozwoliła się wyprzedzić, zaniepokojona, że jeśli tłum poniesie ją głęboko w głąb budowli, nie uda jej się zawrócić i wycofać. Im ciaśniej otaczali ją nieznajomi, tym szybciej biło jej serce. Z bliska mrok nocy nie oferował już bezpieczeństwa, złe przeczucie wciąż ściskało jej żołądek, a w głowie odezwała się klaustrofobia.
W uszach zaczęła jej szumieć krew, serce dudniło, robiło się coraz duszniej. Ktoś szturchnął ją, wymijając, i chyba nawet przeprosił. Erin nie była pewna, świat stracił ostrość, a potem zrobiło się jaśniej, bo przekroczyła próg budowli. Wbiła wzrok w ziemię, skupiając się na własnych butach.
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Dopiero gdy napad paniki minął, dotarł do niej głos mężczyzny, który przemawiał z niewielkiego podestu w głębi budynku. Wszędzie tłoczyli się słuchacze, od ściany do ściany, ale i tak nie wszystkim udało się wejść do środka. Pozostali nasłuchiwali więc z dworu, gdzie wzmocniony przez głośniki głos wypadał przez otworzone na oścież, wysokie, dwuskrzydłowe drzwi.
-?Wyglądają tak jak my. Chodzą między nami, udają jednych z nas, ale nie są naturalni -?kontynuował mężczyzna z zapałem. -?Nasza rzeczywistość była obarczona tym cichym złem, a my żyliśmy w nieświadomości, ale teraz wreszcie przejrzeliśmy na oczy i naszym obowiązkiem jest działać! Bracia i siostry, musimy uchronić swoje dzieci i bliskich nie tylko przed tym podłym wynaturzeniem, ale też przed tymi, którzy ulegają pokusie, poddają się masowej propagandzie i nawołują do zaakceptowania senturalnej odmienności! A jest to odmienność niebezpieczna. Niemoralna. Nieprzewidywalna i, co najgorsze, zaraźliwa. Każda bliska i ważna dla was osoba może zostać przemieniona, jeśli nie będziemy uważni, ostrożni i zdecydowani w swoich działaniach.
Dookoła rozległ się pomruk aprobaty. Wszyscy wpatrywali się w mówcę z uwagą, kiwając lekko głowami, dzięki czemu Erin ośmieliła się uważniej rozejrzeć, odsłaniając znów twarz. Kątem oka dostrzegła kasjerkę ze sklepu. Jasne włosy splecione miała w dwa niewinne warkoczyki i uśmiechała się uroczo, jakby natchniona.
-?Politycy próbują nam wmówić, że jedynie dwa senturalne rodzaje mogą nas skrzywdzić, ale my wiemy, że to bzdury! Nie możemy ulegać takiemu myśleniu! -?ostrzegał mówca. -?Musimy pozbyć się istot, które czczą księżyc i mordują w jego imię. Istot, które posilają się cudzym życiem. Istot, które weszły w posiadanie sił nieczystych. Istot, które rodzą się bez dusz i w oczach mają tylko pustkę! -?Mężczyzna podniósł głos. - Musimy uchronić się przed zwierzętami, które przywłaszczyły sobie wizerunek ludzi i wkradły się do naszych miast i naszych rodzin!
Erin zamarła. Czy to wciąż była teoretyczna, poetycka przemowa? Czy mężczyzna wiedział coś o ich obecności w mieście? Jeszcze raz zerknęła nerwowo na kasjerkę w tłumie. Złe przeczucie, które podążało za nią, od kiedy przekroczyli granicę miasteczka, rosło niczym balon, aż wreszcie pękło spektakularnie i zalało wszystko beznadzieją.
Zaczęła się cofać. Wolno, ostrożnie, z pochyloną głową. Strach powoli wypierała adrenalina.
-?Nie możemy ufać władzom, które nie podzielają naszych poglądów. Spotykamy się tu w noc oczyszczenia, by raz jeszcze wziąć sprawy w swoje ręce! Jak wielu z was wie, mamy powody, by zakładać, że zagrożenie znów prześlizgnęło się do naszego miasta. Jeśli gdzieś w naszych lasach lub w naszych domach czają się te przesiąknięte złem istoty, dziś mamy przyzwolenie i obowiązek, by to zagrożenie wyeliminować!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki