*
- Co słychać? Mam nadzieję, że wyleczyłaś się z obsesji na punkcie tego szaleńca z dżungli? - zapytał mnie dziś drwiącym tonem napotkany na ulicy znajomy, redaktor naczelny pewnej wpływowej i obłędnie nudnej gazety, z uwagi na posturę i gruboskórność nazywany Nosorożcem.
- Wręcz przeciwnie - odparłam. - Poza tym on nie był żadnym szaleńcem. Był odkrywcą, poszukiwaczem przygód, królem złota i diamentów, a także...
- Wiem, wiem, słyszałem, niedawno zmarł i na tę jego wyspę ciągną tłumy, by szukać zakopanych skarbów.
- ...był to także duchowy przewodnik, znany jako Biały Wódz, odkrywca tajemniczej cywilizacji i...
Mój rozmówca przewrócił oczami, skrzywił się i rzucił:
- Coś mi się przypomniało, muszę lecieć. - I oddalił się niespiesznym krokiem.
- ...był to Łotysz słynny na cały świat, Aleksandrs Laime - dokończyłam mimo to. I prędko ruszyłam do domu.
Właśnie z powodu takich złośliwców zdecydowałam się w końcu spisać tę historię.
- Nie do wiary! Tylko zwariowana Lisa mogła wpaść na coś takiego - wykrzyknie na pewno przerażony Nosorożec, opowiadając o naszej rozmowie innym zarozumiałym nosorożcom.
"Przekonacie się, że ta historia jest zbyt niesamowita, by mogła zostać wymyślona" - uśmiechnęłam się do siebie. "Takiej historii nikt nie byłby w stanie wymyślić. Nawet ja, najsprytniejsza łowczyni sensacji i demaskatorka skandali w kraju!"
Gdy po raz pierwszy poznałam światowej sławy Aleksandrsa Laimego, byłam jeszcze młodziutką, ale już doświadczoną dziennikarką. Pracowałam w pewnej szwedzkiej gazecie - nazwijmy ją "?ÄÖ" - i już wtedy czytelnicy nazywali mnie Wścibskim Nosem. Zapewne dlatego, że już wtedy wtykałam go nie tylko w swoje sprawy. Wszędzie potrafiłam się wcisnąć i wszystko zobaczyć, nawet to, czego jedni nie chcieli pokazywać, a inni oglądać.
Kiedy odwiedziłam przyjaciół Aleksandrsa Laimego, lud Pemon, przekłułam sobie wścibski nos pałeczką podobną do gwoździa. Nawet teraz, pisząc te słowa, powoli obracam w palcach ten kolczyk, jakby był kluczem, który prowadzi w przeszłość, ku niezwykłym wydarzeniom i zadziwiającemu łotewskiemu odkrywcy. Był rok 1960, na długo przed tym, jak kolczyki w nosie stały się u nas modne, więc gdy wróciłam do Szwecji ze swoim gwoździem, stałam się lokalną sensacją.
Ale sensacje i afery przestały mnie już wtedy interesować. Szukałam wszędzie tylko jednego: dowodów, że świat to coś więcej, niż to, co widzimy, słyszymy i pojmujemy. Dowodów, że wtedy, w dżungli, nic nam się nie przywidziało. Że na świecie dzieją się rzeczy jeszcze bardziej szalone niż w książkach. Jeśli zacznę o nich pisać, nikt mi nie uwierzy, powiedzą: "Nie do wiary! Tylko zwariowana Lisa mogła wpaść na coś takiego!".
Tylko że ja niczego nie wymyśliłam.
Wszystko zaczęło się sześćdziesiąt lat temu, gdy redaktor naczelny gazety "?ÄÖ" oznajmił:
- Lisa, wysyłam cię na wyjątkowe polowanie na sensację.
- Wspaniale! - odpowiedziałam. - Dokąd i kiedy?
- Jeśli wyruszysz dzisiaj, to, hmm... - liczył w głowie - za jakieś czternaście dni będziesz na miejscu!
Dźgnął palcem w dużą, pustą plamę na mapie kuli ziemskiej.
- To przecież drugi koniec świata - powiedziałam.
- Zgadza się - przytaknął. - Jak dobrze, że znasz hiszpański!
Zbliżyłam nos do mapy. Pusta plama znajdowała się gdzieś w Wenezueli, przy granicy z Brazylią. Żadnej nazwy geograficznej, żadnych oznaczeń topograficznych, nic. Po prostu pusta, ciemna plama.
- I co tam takiego jest?
- Tak naprawdę, to nie wiadomo. - Redaktor naczelny zatarł ręce z entuzjazmem.
- Wspaniale. - Starałam się robić wrażenie zadowolonej.
- Jest tam gęsta dżungla, której nikt jeszcze do końca nie przebył i nie zbadał. - Jeszcze raz dźgnął w pustą plamę. Wyglądała jak ciemne wnętrze brzucha. Wnętrza brzucha też przecież nigdy nie badałam. Wiedziałam tylko, że zarówno do dżungli, jak i do brzucha rzadko dochodzi słońce. I tylko do tego ograniczała się moja wiedza o dżungli. Zajmowałam się badaniem społeczeństwa, a nie przyrody.
- Lisa, czyżbyś się bała?
- Pff, ani trochę - skłamałam. Jak zwykle. W mojej profesji bez kłamania daleko bym nie zajechała, bo zawsze byłam na tropie kogoś, kto kłamał, blefował i oszukiwał, i żeby go zdemaskować, musiałam oszukiwać jeszcze skuteczniej.
Nie rozumiałam, czego mam szukać w tym zakątku, gdzie diabeł mówi dobranoc, w samym brzuchu dżungli.
- Żyje tam jeden, hmm, nazwijmy go: dziwak z dżungli, który postawił na nogi cały świat.
- Zamieniam się w słuch!
- Szukając schronienia przed wojną, która toczyła się w jego rodzinnej Łotwie, popłynął do Wenezueli. I tam, w głębi dżungli, doszedł na piechotę do najwyższego wodospadu świata: do Salto Angel.
- Wodospad Angela, albo: Anioła, jak mówią niektórzy - przypomniałam sobie.
- Odkrył on również rzekę, do której wpada wodospad. Nadał jej nazwę Rio Gauya. To od łotewskiej rzeki "Gauja". Pisały o tym wszystkie gazety, nawet magazyn "National Geographic".
Odkrywca światowej sławy. Nadstawiłam uszu.
- Był pierwszym w historii człowiekiem, który wspiął się na płaskowyż Auyantepui, nazywany Domem Diabła albo Górą Diabła. To góra stołowa o gładkich, pionowych ścianach, przez całe wieki całkowicie niedostępna dla ludzi - opowiadał dalej redaktor naczelny. Pokazał mi zdjęcie Góry Diabła. Nie wyglądało, by jakakolwiek żywa istota mogła się na nią wspiąć bez szwanku.
- Bzdura - powiedziałam. - To tak jakby opowiadał, że wspiął się na wieżowiec bez asekuracji. Jeśli nie towarzyszył mu fotograf, to nie ma żadnych dowodów.
- Pisały o tym wszystkie wenezuelskie gazety. To była ekspedycja na skalę państwową, cały kraj śledził jej poczynania.
- Mhm... - mruknęłam z niedowierzaniem.
- A to dopiero początek. - Redaktor odchrząknął. - Na szczycie Góry Diabła Laime widział prehistoryczne gatunki zwierząt, których nie ma nigdzie indziej na świecie. Na przykład motyle, które wyglądały jak latające żółwie...
Skrzywiłam się.
- ...mięsożerne kwiaty, pożerające ssaki wielkości szczurów...
Przeszedł mnie dreszcz.
- ...oraz niewielkich rozmiarów dinozaury.
Stłumiłam śmiech. Facet kompletnie odpłynął.
- O tym także pisały gazety na całym świecie. - Redaktor położył na stole plik gazet. Ich pierwsze strony zdobiły rysunki dinozauropodobnego stwora.
- I najważniejsze... - zrobił pauzę dla efektu - ...pisano, że człowiek ten odnalazł niewyobrażalne góry złota. Mówiono, że jego dzieci bawią się diamentami jak zwykłymi kamykami.
A więc wszystko jasne. Nie ma dymu bez ognia, w plotkach o złocie i diamentach musiała być cząstka prawdy. Nawet taki fantasta jak on ma coś do ukrycia. Może tam, w środku dżungli, z dala od obcych spojrzeń, stoi zamek, w którym słynny badacz i jego rodzina kąpią się w bajecznym bogactwie. Cudownie! Gdyby prawda wyszła na jaw, byłaby z tego zapierająca dech w piersiach historia.
Moja wyobraźnia natychmiast barwnie i soczyście odmalowała mapę, która prowadziła w ciemny las równikowy: drzewa z ogromnymi liśćmi, papugi o jaskrawożółtych, czerwonych, zielonych i niebieskich piórach, cętkowane jaguary o miękkich, różowych nosach, kolorowe storczyki, gorące słońce i krystaliczna woda z górskiej rzeki... Raj.
Byłam gotowa wsiąść do pierwszego samolotu, by przelecieć przez Atlantyk i znaleźć się w królestwie dżungli.
- Odkrywca ten nazywa się Aleksandrs Laime - powiedział redaktor naczelny i podał mi karteczkę. Był to telegram - taka wiadomość, którą wysyłano kiedyś, zanim wymyślono e-mail, i która dochodziła szybciej niż list pocztą. Nadawcą telegramu był sam bogacz z dżungli: "Do wszystkich dziennikarzy odkryłem coś sensacyjnego przyjeżdżajcie po deszczu Laime".
- Odkrył coś sensacyjnego! - powtórzyłam. - Może największy diament na świecie?
Redaktor naczelny ochoczo pokiwał głową.
- "Po deszczu" - to zapewne oznacza koniec pory deszczowej.
- Gdy rzeka wylewa na brzeg najwięcej diamentów - szepnął redaktor.
Czytałam dalej.
- "PS Przywieźcie 200 kg soli". Dwieście kilo soli?! Telegrafista musiał się pomylić. Na pewno chodziło o dwa kilogramy...
- Albo dwadzieścia... - podsunął naczelny.
- Nie da rady - westchnęłam.
Dwa to za dużo. W moim plecaku nie zmieści się nawet porządny aparat fotograficzny, będę musiała zabrać mniejszy i lżejszy. Aparaty fotograficzne w tamtych czasach były duże, ciężkie i łatwo się psuły. A zresztą, po co takiemu bogaczowi sól?!
Niedługo potem, uzbrojona w trzy kilogramy soli (trzeci kilogram dopakowałam na wszelki wypadek - trzy to, w razie czego, więcej niż dwa, gdyby miało się okazać, że faktycznie chodziło o dwieście!), aparat i wszelkie narzędzia niezbędne do przetrwania, ruszyłam na poszukiwania zamku króla diamentów z dżungli. A przynajmniej tak mi się wówczas wydawało...
Życie przyzwyczaiło mnie do niespodzianek. Ale nie do takich. Po powrocie z dżungli długo nie miałam pojęcia, co zrobić z tym, czego doświadczyłam. Trzymałam to wszystko w sobie bardzo długo, jak kamyk w kieszeni, który od częstego dotykania lśni wypolerowany niczym diament. Nikt jednak nie uwierzy, że zwykły kamyk jest diamentem. Teraz gdy Laime udał się w podróż bez powrotu do innego świata, jestem gotowa o wszystkim opowiedzieć. Kto mi wierzy, niech rusza do Wenezueli, na Górę Diabła i niech sprawdzi sam. Góra Diabła odkrywa swoje sekrety tylko tym, którzy wierzą, że świat kryje w sobie wiele nieznanych cudów. Tylko nieliczni uwierzą w to, co się wydarzyło, gdy...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki