ROZDZIAŁTRZECI
Luke leżał na brzuchu na podłodze i bezmyślnie przesuwał kolejkę w tył i w przód po torach. Kolejka należała do taty, kiedy był dzieckiem, a jeszcze wcześniej do ojca taty. Chłopiec pamiętał czasy, kiedy jego największym marzeniem było, żeby Mark wyrósł z zabawy kolejką i żeby on mógł ją mieć tylko dla siebie. Dzisiaj nie chciał się nią bawić - na zewnątrz trwał cudowny dzień, z puchatymi chmurami na nieskończenie błękitnym niebie i z łagodnym wietrzykiem poruszającym trawy w ogrodzie za domem. Już od tygodnia nie wychodził z domu i prawie słyszał, jak wszystko na zewnątrz go przywołuje Ale teraz nie wolno mu nawet było znaleźć się w pokoju, jeśli okna nie były szczelnie zasłonięte.
- Czy ty chcesz, żeby cię znaleźli?! - ryknął tata akurat tego ranka, kiedy Luke odchylił na kilka centymetrów roletę w oknie kuchennym i wyjrzał tęsknie na zewnątrz.
Luke podskoczył - był tak zajęty myśleniem o bieganiu na bosaka po trawie, że na pół zapomniał, że w domu jest ktokolwiek poza nim.
- Nikogo tam nie ma - odpowiedział, wyglądając jeszcze raz, żeby się upewnić. Starał się nie patrzeć poza poszarpaną granicę ogrodu za domem, na zgarnięte sterty gałęzi, pni, liści i ziemi, które kiedyś były jego ukochanym lasem.
- Naprawdę? - zapytał tata. - A przyszło ci kiedyś do głowy, że gdyby ktoś tam był, mógłby cię zobaczyć pierwszy?
Złapał Luke'a za ramię i szarpnął go dobry metr do tyłu. Brzeg rolety, uwolniony z ręki Luke'a, uderzył o parapet.
- Nie wolno ci w ogóle wyglądać - powiedział tata. - Mówię poważnie. Od tej pory trzymaj się po prostu z dala od okien i nie wchodź do żadnego pokoju, jeśli nie ma zaciągniętych żaluzji albo zasłon.
- Ale wtedy nic nie będę widział! - zaprotestował Luke.
- To lepsze, niż gdyby mieli cię znaleźć - powiedział tata.
W głosie taty brzmiało współczucie dla Luke'a, ale to tylko pogarszało sprawę. Chłopiec odwrócił się i wyszedł, bo przestraszył się, że może się rozpłakać przy ojcu.
Teraz popchnął kolejkę tak mocno, że wypadła z szyn i wylądowała na dachu z wirującymi kółkami.
- I co z tego? - mruknął Luke.
Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
- Policja Populacyjna, otwierać!
Luke ani drgnął.
- To nie jest śmieszne, Mark! - odkrzyknął.
Mark otworzył drzwi i wbiegł z łomotem po schodach prowadzących do pokoju Luke'a. Pokój Luke'a był jednocześnie strychem, ale nigdy mu to nie przeszkadzało. Dawno temu matka wepchnęła skrzynie i pudła pod okap dachu, tak daleko, jak się dało, zostawiając najlepsze miejsce na mosiężne łóżko Luke'a, okrągły szmaciany dywanik, książki i zabawki. Luke słyszał nawet, jak Matthew i Matt narzekają, że on ma największy pokój. Ale oni mieli za to okna.
- Tym razem cię nastraszyłem, nie? - zapytał Mark.
- Nie - odpowiedział Luke. Za skarby świata nie przyznałby się, że jego serce podskoczyło gwałtownie. Mark od lat robił mu kawał z "Policją Populacyjną", zawsze wtedy, kiedy rodzice nie słyszeli. Zwykle Luke go ignorował, ale teraz, kiedy tata zachowywał się tak nerwowo... Co zrobiłby Luke, gdyby to naprawdę była Policja Populacyjna? Co oni by zrobili z nim?
- Matt i ja nigdy nie powiemy nikomu o tobie - powiedział Mark, nagle zupełnie poważny, co mu się rzadko zdarzało. - I wiesz, że mama i tata też niczego nie powiedzą. Umiesz się ukrywać, więc jesteś bezpieczny, wiesz?
- Wiem - mruknął Luke.
Mark kopnął wykolejony przez Luke'a pociąg.
- Dalej się bawisz zabawkami dla dzidziusiów? - zapytał, jakby musiał sobie wynagrodzić chwilę, w której był milszy.
Luke wzruszył ramionami. Dawniej nie chciałby, żeby Mark wiedział, że jeszcze bawi się kolejką. Ale dzisiaj wszystko szło tak źle, że to nie miało znaczenia.
- Przyszedłeś po to, żeby mnie wkurzać? - zapytał. Mark popatrzył na niego z udawaną urazą.
- Chciałem zapytać, czy chcesz zagrać w warcaby - odparł.
Luke zmrużył oczy.
- Mama ci kazała, tak? - domyślił się.
- Nie.
- Kłamiesz. - Luke'a nie obchodziło, jak niegrzecznie to zabrzmi.
- Wiesz, jak masz się tak zachowywać...
- Zostaw mnie, okej?
- Okej, okej. - Mark wycofał się na schody. - Rany! Kiedy Luke znowu został sam, poczuł się trochę winny, że zachował się tak podle. Może Mark mówił prawdę, a on powinien go przeprosić? Ale naprawdę nie miał na to ochoty.
Luke wstał i zaczął chodzić po pokoju. Skrzypienie trzeciej deski, licząc od schodów, irytowało go. Nie cierpiał tego, że musi wciskać się pod krokwie za łóżkiem. Nawet jego ulubione samochodziki, ustawione na półkach w rogu, złościły go dzisiaj. Po co mu modele samochodów, skoro nigdy nie siedział w prawdziwym samochodzie? I nigdy nie będzie siedział, nigdy nie będzie mógł zrobić niczego ani nigdzie pojechać. Może równie dobrze zgnić tutaj na strychu. Myślał o tym już dawniej, w rzadkie dni, kiedy mama, tata, Matthew i Mark wychodzili razem i zostawiali go samego - co będzie, jeśli coś się stanie z nimi i nigdy nie wrócą? Czy ktoś znajdzie go wiele lat później, porzuconego i martwego? Wjednej ze starych książek na strychu czytał historię grupki dzieciaków, które znalazły opuszczony statek piracki i szkielet w jednej z kabin. On byłby takim szkieletem, a teraz, kiedy nie pozwalano mu wchodzić do pokojów z niezasłoniętymi oknami, będzie szkieletem w ciemnościach.
Luke podniósł odruchowo głowę, przypominając sobie, że krokwie rozjaśniała tylko pojedyncza żarówka zawieszona pod sufitem. Tyle tylko, że na końcach strychu spod szczytów dachu sączyło się światło.
Luke wstał, żeby przyjrzeć się z bliska. Oczywiście, jak mógł zapomnieć? Tata narzekał czasem na ogrzewanie strychu ze względu na Luke'a: "To jak wyrzucanie pieniędzy przez te kanały wentylacyjne", ale matka zawsze uciszała go jednym spojrzeniem i nic się nie zmieniało.
Teraz Luke wspiął się na wieko jednej z największych skrzyń i popatrzył w głąb kanału wentylacyjnego. Widział kawałek świata na zewnątrz! Mógł zobaczyć kawałek drogi, a za nią pole, na którym liście kukurydzy kołysały się na wietrze. Kanał biegł pod skosem, co ograniczało jego pole widzenia, ale dawało pewność, że nikt nigdy nie będzie w stanie go zobaczyć.
Przez chwilę Luke poczuł przypływ ekscytacji, który jednak szybko opadł. Nie chciał spędzić reszty życia, patrząc na rosnącą kukurydzę. Bez większej nadziei zlazł ze skrzyni i przeszedł na drugi koniec strychu do ściany graniczącej z ogrodem na tyłach domu. Musiał poprzesuwać pudła i przyciągnąć sobie stary taboret z drugiego końca strychu, ale w końcu udało mu się znaleźć na poziomie kanału wentylacyjnego.
Nie zobaczył ogrodu, ponieważ był zbyt blisko, ale obszar, który dawniej był porośnięty lasem. Nigdy wcześniej tego nie zauważył, ale teren łagodnie opadał w tamtą stronę, dzięki czemu Luke miał doskonały widok na całe hektary przestrzeni, którą dawniej zajmowały drzewa. Teraz wrzała tam gorączkowa praca. Ogromne żółte buldożery spychały ziemię z prymitywnej drogi, wysypanej grubym żwirem. Inne maszyny, których Luke nie potrafił nazwać, kopały doły na wielkie betonowe rury. Luke patrzył zafascynowany - znał oczywiście traktory i kombajny, widział też z bliska należące do ojca kosiarkę, rozrzutnik obornika i wywrotkę w stodole. Ale te maszyny były inne, przeznaczone do innych zadań. I każdą z nich prowadził kto inny.
Kiedyś, kiedy Luke był młodszy, do domu przyszedł włóczęga, a chłopiec zdążył tylko ukryć się pod zlewem w kuchni, zanim mężczyzna wszedł do domu, żebrząc o jedzenie. Drzwiczki szafki pod zlewem były rozeschnięte, więc Luke zdołał wyjrzeć przez szczelinę i zobaczyć połatane spodnie i dziurawe buty mężczyzny. Słyszał jego jękliwy głos: "Nie mam pracy, nie jadłem od trzech dni. Nie, nie, nie mogę odpracować jedzenia w polu. Za kogo mnie bierzecie? Jestem chory i głodny."
Poza tamtym włóczęgą i obrazkami w książkach Luke nigdy nie widział żadnych ludzi oprócz rodziców, Matthew i Marka. Nigdy nie spodziewał się więc, że ludzie są tak różnorodni.
Wielu z mężczyzn prowadzących buldożery i kopiących łopatami było rozebranych do pasa, podczas kiedy inni stali w pobliżu, ubrani w krawaty, a nawet w płaszcze. Niektórzy byli grubi, a inni chudzi; niektórzy brązowi od słońca, a inni bledsi nawet od samego Luke'a, który nigdy już nie miał się opalić. Wszyscy byli w ruchu - obsługując maszyny i opuszczając rury, kierując innych na właściwe pozycje albo, w ostateczności, gadając coś bezustannie. Całe to zamieszanie sprawiło, że Luke'owi zaczęło się kręcić w głowie - obrazki w książkach zawsze pokazywały nieruchomych ludzi. Chłopiec czuł się przytłoczony, zamknął oczy, ale potem otworzył je znowu, w obawie, że coś przegapi.
- Luke?
Luke niechętnie ześlizgnął się ze swojego punktu obserwacyjnego na taborecie i podbiegł do łóżka, żeby położyć się na nim i sprawiać całkiem niewinne wrażenie.
- Wejdź! - zawołał do matki.
Ciężko wspięła się po schodach.
- Wszystko w porządku?
Luke spuścił stopy z łóżka.
- Tak, jasne.
Matka usiadła koło niego na łóżku i poklepała go po nodze.
- Twoje... - przełknęła gwałtownie ślinę. - Twoje życie nie będzie teraz łatwe. Wiem, że chciałbyś wyglądać na zewnątrz. Chciałbyś wyjść na dwór.
- W porządku, mamo - odparł Luke. Mógłby powiedzieć jej o kanałach wentylacyjnych, nie widział powodów, dla których komukolwiek mogłoby przeszkadzać, że przez nie wygląda, ale jednak coś go powstrzymało. A jeśli to także mu zabiorą? A jeśli matka powtórzy tacie, a tata powie: "Nie ma mowy, to za duże ryzyko. Zabraniam ci"? Luke nie zniósłby tego, więc postanowił milczeć.
Matka zmierzwiła jego włosy.
- Jesteś bardzo dzielny - powiedziała. - Wiem, że sobie świetnie poradzisz.
Luke oparł się o matkę, która objęła go ramieniem i przycisnęła mocno do siebie. Czuł się troszeczkę winny z powodu swojej tajemnicy, ale przede wszystkim bezpieczny - kochany i bezpieczny.
- Poza tym nie jest jeszcze tak źle - dodała matka, bardziej do siebie niż do niego.
Z jakiegoś powodu nie zabrzmiało to pocieszająco. Luke nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że matka chciała powiedzieć, że będzie gorzej. Przytulił się do niej mocniej i miał nadzieję, że się pomylił.
ROZDZIAŁPIERWSZY
W tej samej chwili, w której zobaczył, jak w oddali pierwsze drzewo chwieje się i upada, usłyszał głos matki, wołającej go przez kuchenne okno:
- Luke! Do domu, już!
Wcześniej zawsze był posłuszny, kiedy kazano mu się chować. Nawet jako mały berbeć, który ledwie potrafił chodzić wśród wysokiej trawy w ogrodzie za domem, do jakiegoś stopnia rozumiał strach w głosie matki. Ale w dniu, w którym rozpoczęła się wycinka lasu, nie wykonał polecenia od razu, zawahał się. Zaczerpnął jeszcze jeden haust świeżego powietrza, nasyconego zapachem koniczyny i kapryfolium, a także dochodzącą gdzieś z oddali wonią sosnowego dymu. Powoli odłożył motykę i rozkoszował się ostatnią chwilą, kiedy mógł czuć ciepłą ziemię pod gołymi stopami.
- Nie będę mógł już nigdy wyjść na zewnątrz. Może nawet już nigdy w życiu - powiedział do siebie.
Odwrócił się i wszedł do domu, poruszając się bezgłośnie jak cień.
- Dlaczego? - zapytał tego dnia wieczorem przy kolacji. To nie było częste pytanie w domu Garnerów. Pojawiało się mnóstwo pytań "Jak": "Jak dużo deszczu spadnie na pole?", "Jak idą siewy?". Trafiały się także "co": "Co Matthew zrobił z kluczem szesnastką?" "Co zrobi tata z tą przebitą dętką?". "Dlaczego" nie wydawało się godne uwagi.
Luke powtórzył:
- Dlaczego musiałeś sprzedać las?
Tata Luke'a odchrząknął z niezadowoleniem i przerwał szuflowanie widelcem gotowanych kartofli.
- Już mówiłem. Nie mieliśmy wyboru. Rząd chciał go kupić, a rządowi nie można odmawiać.
Matka podeszła i ścisnęła uspokajająco ramię syna, po czym odwróciła się z powrotem do kuchenki. Rodzice Luke'a sprzeciwili się już raz rządowi, z jego powodu, i to wyczerpało cały zapas sprzeciwu, na jaki byli w stanie się zdobyć, a może nawet więcej.
- Nie sprzedalibyśmy lasu, gdybyśmy nie musieli - powiedziała mama, nalewając gęstą zupę pomidorową. - Rząd nie pytał nas, czy chcemy, by budowano tu domy.
Zacisnęła wargi i postawiła talerze z zupą na stole.
- Ale przecież rząd nie będzie mieszkać w tych domach - zaprotestował Luke. Miał już dwanaście lat i wiedział, że to nieprawda, ale czasem wyobrażał sobie rząd jako bardzo wielkiego, wrednego i tłustego faceta, dwa albo trzy razy wyższego od zwykłego człowieka, który chodzi i krzyczy na ludzi: "Nie wolno!" albo: "Przestańcie natychmiast!". To wyobrażenie brało się ze sposobu, w jaki mówili jego rodzice i starsi bracia: "Rząd znowu nie pozwolił nam zasiać tam zboża", "Rząd nie daje podnieść cen", "Rządowi nie spodobają się te zbiory".
- Możliwe, że część ludzi, którzy zamieszkają w tych domach, to będą państwowi urzędnicy - powiedziała matka. - To wszystko mają być ludzie z miasta.
Gdyby mu było wolno, Luke podszedłby do kuchennego okna i wyjrzał na zewnątrz, próbując po raz nieskończony wyobrazić sobie długie rzędy domów tam, gdzie teraz stoją leśne świerki, klony i dęby. Albo też stały - przelotne spojrzenie tuż przed kolacją pozwoliło mu stwierdzić, że połowa drzew była już zwalona. Niektóre leżały na ziemi, inne, do tej pory sięgające konarami prosto do nieba, odchyliły się pod dziwacznymi kątami od dotychczasowej pozycji. Ich nieobecność sprawiała, że wszystko wyglądało inaczej, tak jak świeżo ostrzyżone włosy odsłaniały pasek nieopalonej skóry na czole. Nawet z głębi kuchni
Luke widział, że drzewa zniknęły, ponieważ wszystko stało się jaśniejsze, bardziej widoczne i przerażające.
- A kiedy ci ludzie się wprowadzą, nie będę mógł się zbliżać do okien? - zapytał Luke, chociaż znał odpowiedź.
Pytanie sprawiło, że tata wybuchnął i walnął ręką w stół.
- Kiedy się wprowadzą?! Masz się trzymać z dala od okien już teraz! Wszyscy ludzie z okolicy zaczną się tu złazić, żeby sprawdzić, co się dzieje. Zobaczą cię... - machnął gwałtownie widelcem. Luke nie był pewien, co miał oznaczać ten gest, ale wiedział, że nic dobrego.
Nikt nigdy nie powiedział mu dokładnie, co się stanie, jeśli ktoś go zobaczy. Spotka go śmierć? Śmierć była czymś, co przytrafiało się najsłabszym prosiętom z miotu, stratowanym przez silniejszych braci i siostry. Śmierć była muchą, która przestawała brzęczeć, kiedy trafiła ją packa. Luke'owi trudno było wyobrazić sobie siebie jako zgniecioną muchę albo martwego prosiaka, zesztywniałego w słońcu. Samo myślenie o tym sprawiało, że coś zaczynało go łaskotać w żołądku.
- To nie jest w porządku, że musimy teraz przejąć obowiązki Luke'a - zaczął narzekać jego drugi brat, Mark. - Czy on naprawdę nie mógłby czasem wychodzić? Na przykład w nocy?
Luke czekał z nadzieją na odpowiedź. Ale tata powiedział tylko:
- Nie - i nawet nie podniósł głowy.
- To nie w porządku - powtórzył Mark. Mark był drugim synem - szczęśliwym drugim synem, jak nazywał go w duchu Luke, kiedy czasem rozczulał się nad sobą. Mark był dwa lata starszy od Luke'a i zaledwie rok młodszy od najstarszego, Matthew. Po Matthew i Marku widać było, że są braćmi, obaj mieli ciemne włosy i wyraziste rysy. Luke miał włosy jaśniejsze, był też drobniej zbudowany, a jego twarz sprawiała zdecydowanie łagodniejsze wrażenie. Często zastanawiał się, czy będzie kiedykolwiek wyglądać tak męsko jak oni, ale jakoś sam w to nie wierzył.
- Luke tak czy inaczej jest bezużyteczny - zakpił Matthew. - Nie będzie nam brakować jego roboty.
- To nie moja wina! - zaprotestował Luke. - Pomagałbym więcej, gdyby...
Matka znowu położyła mu ręce na ramionach.
- Cicho już - powiedziała. - Luke będzie robił, co tylko będzie mógł. Tak jak zawsze.
Przez otwarte okno dobiegł ich chrzęst opon na żwirze przed domem.
- Kogo o tej porze... - zaczął ojciec.
Luke znał ciąg dalszy tego zdania. Kogo o tej porze niesie? Dlaczego zawracają tacie głowę teraz, kiedy po raz pierwszy od rana ma czas odetchnąć? Koniec tego pytania Luke zawsze słyszał już zza drzwi. Tego dnia był bardziej niespokojny z powodu wycinanego lasu, więc zerwał się szybciej niż zwykle i uciekł na tylne schody. Bez oglądania się wiedział, że matka zabrała jego talerz ze stołu i schowała w szafce, a potem odsunęła jego krzesło do kąta, żeby wyglądało jak niepotrzebne i zapasowe. W ciągu trzech sekund ukryła wszelkie dowody istnienia Luke'a, akurat w porę, żeby podejść do drzwi i obdarzyć zmęczonym uśmiechem obwoźnego sprzedawcę nawozów albo rządowego inspektora, albo dowolną inną osobę, która przerwała im jedzenie kolacji.
ROZDZIAŁDRUGI
Istniało prawo zabraniające istnienia Luke'a. Właściwie nie jego osobiście - wszystkich w podobnej sytuacji do niego: dzieci, które się urodziły, kiedy ich rodzice mieli już dwójkę potomstwa.
Tak naprawdę Luke nie wiedział na pewno, czy ktoś jeszcze jest w podobnej sytuacji do niego. On nie powinien istnieć, więc może był jedyny? Podobno robiono coś kobietom, kiedy urodziły po raz drugi, tak żeby nie mogły mieć więcej dzieci, a jeśli coś zostało przeoczone i kobieta mimo wszystko zaszła w ciążę, powinna była się jej pozbyć.
Tak tłumaczyła mu to matka, całe lata temu, kiedy po raz pierwszy i ostatni Luke zapytał, dlaczego musi się ukrywać.
Miał wtedy sześć lat.
Myślał kiedyś, że tylko bardzo małe dzieci muszą się chować przed obcymi. Myślał kiedyś, że gdy będzie tak duży, jak Matthew i Mark, będzie mógł wychodzić na dwór tak jak oni, jeździć na pola, a nawet do miasta z tatą, wywieszając głowę i ręce przez okno półciężarówki. Myślał kiedyś, że gdy będzie tak duży, jak Matthew i Matt, będzie mógł bawić się w ogrodzie przed domem, a nawet, jeśli zechce, będzie mógł kopnąć piłkę na drogę. Myślał kiedyś, że gdy będzie tak duży, jak Matthew i Mark, będzie mógł iść do szkoły. Narzekali na nią, jęcząc: "Rany, musimy odrobić lekcje!" i "Kogo obchodzi ta durna ortografia?!", ale opowiadali też o zabawach na przerwie i kolegach, którzy dzielili się z nimi cukierkami przy drugim śniadaniu albo pożyczali im scyzoryki, którymi można było rzeźbić w korze.
Z jakiegoś powodu Luke nigdy nie stał się tak duży, jak Matthew i Mark.
W dniu jego szóstych urodzin matka upiekła specjalne ciasto, które ociekało dżemem truskawkowym. Tego wieczora przy kolacji wetknęła w nie sześć świeczek, postawiła je przed Lukiem i powiedziała:
- Pomyśl sobie życzenie.
Luke wpatrywał się w płonące świeczki, dumny, że liczba jego lat w końcu pozwala na zrobienie kręgu wokół ciasta, ale nagle przypomniał sobie inne ciasto, inny krąg sześciu świeczek. Tamto ciasto należało do Marka. Przypomniał sobie szóste urodziny brata, Mark cały czas narzekał pomimo stojącego przed nim ciasta. "Ale ja chcę przyjęcie urodzinowe. Robert Joe miał przyjęcie urodzinowe, mógł zaprosić trzech kolegów". Matka powiedziała tylko "Cśśś" i przeniosła z Marka na Luke'a spojrzenie, które mówiło coś, czego Luke nie zrozumiał.
Zaskoczony tamtym wspomnieniem, chłopiec wstrzymał oddech. Dwie świeczki zamigotały, a jedna zgasła. Matthew i Mark roześmiali się.
- Twoje życzenie się nie spełni - powiedział Mark. - Dzidziuś, nie umie nawet świeczek zdmuchnąć.
Luke'owi chciało się płakać - zapomniał nawet pomyśleć życzenie, a gdyby nie był zaskoczony, potrafiłby zdmuchnąć wszystkie sześć świeczek. Był pewien, że by potrafił, a wtedy dostałby... och, sam nie wiedział. Możliwość pojechania do miasta w półciężarówce, możliwość bawienia się w ogrodzie przed domem, możliwość pójścia do szkoły. Zamiast tego miał tylko dziwne wspomnienie, które na dodatek było nie do końca prawdziwe. Na pewno Luke musiał sobie przypomnieć siódme urodziny Marka, a może nawet ósme. Mark nie mógł znać Roberta Joego, kiedy miał sześć lat, ponieważ wtedy jeszcze musiałby się chować, tak jak Luke.
Luke myślał nad tym przez trzy dni. Chodził krok w krok za matką, kiedy rozwieszała pranie, robiła konfitury truskawkowe, szorowała podłogę w łazience. Kilka razy na końcu języka miał pytanie: "Jak duży muszę być, żeby ludzie mogli mnie zobaczyć?", ale za każdym razem coś go powstrzymywało.
W końcu, czwartego dnia, kiedy tata, Matthew i Mark przysunęli po śniadaniu krzesła do stołu i poszli do stodoły, Luke kucnął pod kuchennym oknem - tym, przez które nie wolno mu było wyglądać, bo ktoś przejeżdżający drogą mógłby go zauważyć. Przekrzywił głowę i podniósł się tylko na tyle, żeby jego lewe oko znalazło się ponad poziomem parapetu. Widział, jak Matthew i Mark biegną w słońcu, a krawędzie wysokich butów obijają im się o kolana. Byli widoczni jak na dłoni dla całego świata i nie martwili się tym w najmniejszym stopniu. Ścigali się do głównych drzwi stodoły, nie do tych bocznych, od strony ogrodu na tyłach domu, których zawsze musiał używać Luke, ponieważ nie było ich widać z drogi.
Luke odwrócił się i ześlizgnął na podłogę.
- Matthew i Mark nigdy nie musieli się ukrywać, prawda? - zapytał.
Matka zeskrobywała resztki jajecznicy z patelni. Odwróciła głowę i popatrzyła na niego uważnie.
- Nie - odpowiedziała.
- Więc dlaczego ja muszę?
Matka wytarła ręce i przerwała zmywanie - Luke nigdy wcześniej nie widział, żeby to robiła, kiedy w zlewie pozostały jeszcze brudne naczynia do umycia. Przykucnęła przy nim i odgarnęła mu włosy z czoła.
- Luke, czy naprawdę musisz wiedzieć? Nie wystarczy ci, że... z tobą jest inaczej?
Zastanowił się nad tym. Matka zawsze mówiła, że tylko on może siedzieć na jej kolanach i przytulać się.
Nadal czytała mu na dobranoc, chociaż wiedział, że Matthew i Matt uważają, że jest rozpieszczanym mięczakiem. Czy to właśnie miała na myśli? Ale przecież był po prostu młodszy. Czy kiedy będzie starszy, stanie się taki jak oni?
Luke naciskał, z niespotykanym u niego uporem:
- Chcę wiedzieć, dlaczego jestem inny. Chcę wiedzieć, dlaczego muszę się chować.
Wtedy matka mu powiedziała.
Później żałował, że nie zadawał więcej pytań, ale wtedy mógł tylko słuchać tego, co mu opowiadała. Miał wrażenie, że zaraz utonie w powodzi jej słów.
- To się po prostu stało - powiedziała. - Po prostu się przytrafiłeś, a my chcieliśmy cię mieć. Nie pozwoliłam twojemu tacie nawet wspominać o tym, że... mogłabym się ciebie pozbyć.
Luke wyobraził sobie siebie jako dziecko zostawione w kartonowym pudle gdzieś na skraju drogi. Tata mu opowiadał, że ludzie robili tak z kociętami, kiedy jeszcze wolno było mieć psy i koty. Ale może matka miała na myśli coś innego?
- Ustawa populacyjna obowiązywała wtedy od niedawna, a ja zawsze chciałam mieć dużo dzieci. To znaczy, wcześniej chciałam. Kiedy zaszłam z tobą w ciążę, to było jak cud. Pomyślałam, że rząd na pewno zmądrzeje, może nawet zanim się urodzisz, a wtedy będę się mogła wszystkim pochwalić nowym dzieckiem.
- Ale się nie pochwaliłaś - zdołał wykrztusić Luke.
- Schowałaś mnie.
Jego głos był dziwnie chrapliwy, jakby należał do kogoś innego.
Matka skinęła głową.
- Kiedy zaczęło być coś widać, przestałam jeździć gdziekolwiek. To nie było trudne, bo niby dokąd miałabym jeździć? Nie pozwalałam Matthew i Markowi opuszczać farmy, bo się bałam, że coś powiedzą. Nie wspomniałam nawet słowa o tobie w listach do mojej matki i siostry. Tak naprawdę wtedy się jeszcze nie bałam, to był tylko przesąd, nie chciałam się przechwalać przed rozwiązaniem. Myślałam, że pójdę do szpitala, żeby cię urodzić, nie zamierzałam trzymać cię zawsze w tajemnicy. Ale wtedy...
- Co wtedy? - zapytał Luke.
Matka nie patrzyła na niego.
- Wtedy w telewizji zaczęli mówić w kółko o Policji Populacyjnej, że potrafią wszystkiego się dowiedzieć i zrobią wszystko, żeby dopilnować przestrzegania prawa.
Luke spojrzał na stojący w pokoju gościnnym niezgrabny telewizor. Czy to właśnie dlatego nie wolno mu było oglądać telewizji?
- A potem twój tata usłyszał w mieście plotki o innych dzieciach...
Luke wzdrygnął się. Matka wpatrywała się w dal, tam gdzie rzędy tegorocznej kukurydzy spotykały się z horyzontem.
- Zawsze chciałam mieć jeszcze jedno dziecko - powiedziała. - Marzyłam o czterech synach. Ale wtedy dziękowałam Bogu, że mam przynajmniej ciebie. I udało nam się ciebie schować, prawda?
Uśmiechnęła się do niego z największym trudem, a Luke poczuł, że musi jej pomóc.
- Tak - odparł.
Jakoś tak wyszło, że potem ukrywanie się przestało mu aż tak bardzo przeszkadzać. Właściwie kto miałby ochotę spotykać się z obcymi? Kto chciałby chodzić do szkoły, gdzie - jeśli wierzyć Matthew i Markowi - nauczyciele krzyczeli, a inni chłopcy mogli cię oszukać, jeśli nie uważałeś? Luke był szczególny, był tajemnicą. Przynależał do domu, w którym matka zawsze pozwalała mu zjeść pierwszy kawałek szarlotki, ponieważ był na miejscu, a jego bracia jeszcze nie wrócili. Do domu, w którym mógł niańczyć nowo narodzone prosiaczki w chlewie, wspinać się na drzewa na obrzeżu lasu i rzucać śnieżkami w paliki podtrzymujące sznury do suszenia bielizny. Do domu, gdzie ogród na tyłach był zawsze kuszący, zawsze bezpieczny, osłonięty przez dom, stodołę i las.
Aż do czasu, kiedy wycięto las.
ROZDZIAŁSIÓDMY
W połowie września życie Luke'a toczyło się już wedle codziennej rutyny. Wstawał o świcie tylko po to, żeby mieć okazję posiedzieć na schodach i popatrzeć, jak reszta jego rodziny je śniadanie. Wszyscy się teraz spieszyli - matka musiała być w fabryce na siódmą, tata próbował doprowadzić wszystkie maszyny do porządku przed jesiennymi pracami polowymi, a Matthew i Mark musieli iść do szkoły. Tylko Luke miał czas, żeby ociągać się z jedzeniem niedosmażonego boczku i wyschniętego chleba. Nie próbował nawet prosić o masło, ponieważ to znaczyło, że któreś z pozostałych musiałoby wstać i przynieść je do niego, udając przy tym, że chce otworzyć okno albo po prostu przynieść z góry jakąś zapomnianą rzecz.
Kiedy tylko reszta rodziny wychodziła z domu, Luke wracał do swojego pokoju i wyglądał przez kanały wentylacyjne - najpierw ten na przodzie domu, żeby zobaczyć, jak Matthew i Matt wsiadają do szkolnego autobusu, a potem ten na tyłach, wychodzący na niemal ukończone już domy. Były to rezydencje tak wielkie, jak dom i stodoła Garnerów razem wzięte, a ich ściany lśniły w promieniach porannego słońca, jakby były wysadzane cennymi klejnotami. Luke czasem myślał, że może naprawdę tak jest.
Robotnicy nadal zjawiali się tłumnie każdego ranka, ale większość z nich pracowała teraz wewnątrz domów. Od razu kierowali się do środka, niosąc zrolowane wykładziny, stosy gipsowych ścianek działowych i puszki z farbą. Od tego momentu Luke zwykle ich już nie widział, dlatego spędzał więcej czasu obserwując nowy rodzaj przybyszów: samochody, które sprawiały wrażenie bardzo drogich, podjeżdżały powoli niedawno wyasfaltowaną drogą. Czasem zatrzymywały się na parkingu, a przyjeżdżający nimi ludzie wchodzili do jednego z domów, zwykle w towarzystwie mówiącej coś bezustannie kobiety. Zrozumienie, kim mogą być, zajęło Luke'owi trochę czasu - na pewno nie odważyłby się zapytać kogokolwiek z rodziny - ale w końcu domyślił się, że ci ludzie mogą zastanawiać się nad kupnem domów. Kiedy sobie to uświadomił, zaczął dokładnie przyglądać się każdemu z potencjalnych sąsiadów. Słyszał, jak matka i tata zastanawiali się, czy mieszkańcy nowych domów będą rzeczywiście po prostu mieszczuchami, czy też może samymi notablami. Luke wiedział, że notable byli nieprawdopodobnie bogaci i mieli rzeczy, jakich zwykli ludzie nie widzieli od lat. Chłopiec nie był pewien, jak notable zdobyli swoje majątki, podczas gdy wszyscy inni byli biedni, ale jego tata nigdy nie wymówił słowa "notabl" bez poprzedzenia go kilkoma przekleństwami.
Ludzie oglądający domy nie przypominali nikogo w rodzinie Luke'a. Były to zwykle szczupłe i piękne panie w dopasowanych do figury sukienkach oraz przysadziści panowie ubrani w coś, co tata i bracia Luke'a nazywali obciachowymi ciuchami - lśniące buty, czyste, wytworne spodnie i takie same marynarki. Luke czuł się trochę zażenowany ich wyglądem - albo może był zażenowany własną rodziną, która nigdy nie wyglądała jak ktokolwiek z notabli. Chłopiec najbardziej lubił, kiedy z dorosłymi przyjeżdżały dzieci i mógł się im przyglądać. Najmłodsze były zawsze wystrojone jak ich rodzice, z kokardami we włosach, szelkami i innymi ozdóbkami, jakich rodzice Luke'a by na pewno nigdy nie kupili. Starsze dzieci zwykle wyglądały tak, jakby włożyły na siebie pierwszą rzecz, którą rano wyciągnęły z szafy.
Luke wiedział, oczywiście, że nikt nie odważyłby się pokazać z trójką dzieci, ale zawsze liczył: "Raz, dwa...", "Raz...", "Raz, dwa...".
A gdyby do któregoś z domów wprowadziła się rodzina tylko z jednym dzieckiem, a Luke wślizgnął się tam i udawał ich drugiego syna? Mógłby iść do szkoły, pojechać do miasta, zachowywać się jak Matthew i Mark...
Świetny kawał - Luke mieszkający u notabli. Najprawdopodobniej zostałby z miejsca zastrzelony za włamanie albo wydany władzom.
Kiedy zaczynał myśleć o takich rzeczach, zawsze zeskakiwał ze swojego punktu obserwacyjnego przy kanale wentylacyjnym i brał książkę z jednej z zakurzonych półek pod okapem. Matka nauczyła go czytać i liczyć na tyle, na ile sama umiała. "Przynajmniej mamy dla ciebie trochę książek" - mówiła smutno, kiedy wychodziła rano. Luke przeczytał już kilkanaście razy każdą z książek, nawet te z tytułami takimi jak Leksykon schorzeń nierogacizny czy Pospolite trawy obszarów wiejskich. Do jego ulubionych należały nieliczne książki przygodowe, które pozwalały mu wyobrażać sobie, że jest rycerzem walczącym ze smokiem w obronie porwanej księżniczki albo żeglarzem-od-krywcą na pełnym morzu, trzymającym się kurczowo masztu, podczas gdy wokół szaleje sztorm.
Lubił zapominać o tym, że jest Lukiem Garnerem, trzecim dzieckiem ukrywającym się na strychu.
Gdzieś w okolicach południa słyszał, jak otwierają się tylne drzwi prowadzące z pomieszczenia gospodarczego do kuchni i mógł zejść na dół, żeby zjeść drugie śniadanie razem z ojcem. Pod nieobecność matki nie było domowego ciasta, tłuczonych kartofli czy pieczeni napełniającej apetycznym zapachem cały dom. Tata zawsze szykował cztery kanapki, sprawdzał, czy nikt go nie widzi, a potem podawał dwie Luke'owi siedzącemu na schodach.
Nigdy nie mówił ani słowa - wyjaśnił kiedyś, że nie chce, żeby ktoś go usłyszał i zaczął się zastanawiać, dlaczego mówi do siebie. Włączał za to radio, żeby wysłuchać podawanych w południe wiadomości dla rolników, a potem zwykle była jeszcze piosenka albo dwie, zanim tata uciszał radio i wychodził na dwór, żeby zająć się pracą.
Kiedy tata wychodził, Luke wracał do swojego pokoju, żeby czytać albo znowu obserwować domy.
O wpół do siódmej wieczorem matka wracała do domu i zawsze zaglądała, żeby przywitać się z Lukiem, zanim jeszcze zajęła się pospiesznie przewidzianymi na cały dzień pracami domowymi, które musiała wykonać w kilka godzin przed snem. Zwykle Matthew i Mark także wpadali do niego na górę, ale też nie mogli zostać dłużej - musieli pomagać tacie przed kolacją, a potem odrabiać lekcje. Poza tym zawsze byli milsi dla Luke'a na dworze. Zanim został wycięty las, po zakończeniu obowiązków domowych i odrabiania lekcji cała trójka często grała w piłkę w ogrodzie na tyłach domu. Matthew i Mark zawsze się kłócili o to, który z nich będzie miał w drużynie Luke'a, ponieważ nawet jeśli Luke nie radził sobie najlepiej, dwóch chłopców zawsze mogło pokonać trzeciego.
Teraz bez przekonania grywali z Lukiem w karty czy warcaby, ale chłopiec widział, że woleliby być na zewnątrz.
Tak samo zresztą, jak i on.
Starał się o tym nie myśleć.
Najlepszy był sam koniec dnia, kiedy matka przychodziła go opatulać. Nie musiała się już wtedy spieszyć i czasem zostawała na całą godzinę, wypytując go, co czytał tego dnia, albo opowiadając mu różne historie o fabryce.
Aż pewnego wieczora matka nagle urwała w pół słowa opowieść o tym, jak jej gumowa rękawiczka utknęła w kurczaku, którego patroszyła tego dnia.
- Mamo? - zapytał Luke.
Odpowiedziało mu chrapnięcie. Matka zasnęła na siedząco.
Luke przyjrzał się jej twarzy. Dostrzegł zmarszczki zmęczenia, których wcześniej nie było, i zauważył, że jej włosy były teraz w równym stopniu siwe, co brązowe.
- Mamo? - zapytał znowu, łagodnie potrząsając jej ramieniem.
Poderwała się.
- ...Ale ja wyczyściłam tego ku... ojej. Przepraszam, Luke. Miałam cię opatulić, prawda?
Poprawiła mu poduszkę i wygładziła prześcieradło.
Luke usiadł na łóżku.
- W porządku, mamo. Właściwie to i tak jestem. - przełknął gulę w gardle - jestem już na to za duży.
Założę się, że nie przychodziłaś opatulać na noc Matthew czy Marka, kiedy mieli dwanaście lat.
- Nie - odparła cicho.
- Więc ja też tego nie potrzebuję.
- Dobrze - odpowiedziała.
Pocałowała go mimo wszystko w czoło, a potem zgasiła światło. Luke odwrócił się do ściany i nie zmienił pozycji, dopóki matka nie wyszła.
ROZDZIAŁCZWARTY
Luke zrozumiał, co matka miała na myśli, kiedy kilka dni później zszedł na śniadanie. Jak zwykle uchylił drzwi prowadzące z tylnych schodów do kuchni. Kilka razy wcześniej zdarzyło się, że ktoś wpadł przed śniadaniem, i matka wysyłała Matthew albo Marka, żeby uprzedzili Luke'a, że ma się nie pokazywać. Ale zawsze sprawdzał, czy w kuchni nie było kogoś obcego. Tego dnia zobaczył tatę, Matthew i Marka przy stole, a skwierczenie smażonego boczku powiedziało mu, że matka stoi przy kuchence.
- Czy rolety są opuszczone? - zapytał cicho.
Matka otworzyła drzwi na schody, ale zagrodziła Luke'owi drogę, kiedy chciał wejść do kuchni. Podała mu talerz pełen jajecznicy na boczku.
- Luke, skarbie, czy mógłbyś zjeść, siedząc tu na stopniach?
- Jak to? - zapytał Luke.
Matka spojrzała błagalnie przez ramię.
- Tata uważa... mam na myśli, że nie jesteś już bezpieczny w kuchni. Dalej możesz z nami jeść i rozmawiać i w ogóle, ale będziesz siedzieć... tutaj.
Machnęła ręką, wskazując schody za chłopcem.
- Ale jeśli rolety są zaciągnięte... - zaczął mówić Luke.
- Jeden z tych robotników zapytał mnie wczoraj: "Panie, masz pan w tej chałupie klimę?" - odezwał się siedzący przy stole tata. Nie odwrócił się, jakby nie chciał patrzeć na Luke'a. - Jeśli będziemy trzymać okna zasłonięte w takie upalne dni jak dzisiaj, ludzie zaczyną coś podejrzewać. Tak będzie bezpieczniej. Przykro mi.
Teraz tata w końcu odwrócił się i spojrzał na Luke'a, który starał się nie okazać po sobie, jak dotknęły go słowa ojca.
- A co mu powiedziałeś? - zapytał Matthew, jakby pytanie robotnika dowodziło tylko jego ciekawości.
- Powiedziałem, że jasne, że nie mamy klimy. Farmerzy nie zbijają kokosów.
Tata pociągnął długi łyk kawy.
- Dobrze, Luke? - zapytała matka.
- Tak - wymamrotał. Wziął talerz z jajkami na boczku, ale w tej chwili przestały wyglądać apetycznie i wiedział, że każdy kęs będzie mu stawał w gardle. Usiadł na stopniu, w miejscu zasłoniętym przed widokiem z obu kuchennych okien.
- Zostawimy otwarte drzwi - powiedziała matka. Stała nad nim, jakby nie miała ochoty wracać do kuchenki. - To prawie bez różnicy, prawda?
- Mamuśka... - odezwał się ostrzegawczo tata.
Przez otwarte okna Luke mógł słyszeć odgłosy silników ciężarówek i samochodów. Robotnicy przyjechali już do pracy. Przez ostatnich kilka dni wyglądał przez kanał wentylacyjny i wiedział, że karawana pojazdów na drodze wygląda jak na paradzie. Samochody osobowe zatrzymywały się na poboczu drogi i wypluwały lepiej ubranych ludzi. Bardziej podniszczone pojazdy stawały na błotnistych kawałkach, a wysiadający z nich ludzie szli do buldożerów i koparek, pozostawionych na noc na zewnątrz. Maszyny budowlane ledwie miały czas ostygnąć, ponieważ robotnicy używali ich od świtu do zmierzchu. Ktoś wyraźnie chciał, żeby skończyli jak najprędzej.
- Luke... przykro mi - powiedziała matka i uciekła do kuchenki. Nałożyła jajecznicę na talerz dla siebie i usiadła przy stole, obok miejsca, gdzie zwykle siedział Luke. Jego krzesło zostało w ogóle wyniesione z kuchni.
Przez chwilę Luke patrzył, jak tata, mama, Matthew i Mark jedzą razem w milczeniu, jako kompletna rodzina złożona z czterech osób. Raz odchrząknął i chciał ponownie zaprotestować: "Nie możecie tego zrobić, to nie w porządku", ale przełknął te słowa, zanim wydostały się na zewnątrz. Oni tylko próbowali go chronić, co mógł na to poradzić?
Z determinacją wbił widelec w stertę jajecznicy na talerzu i podniósł kęs do ust. Zjadł całą porcję do ostatniego okruszka, w ogóle nie czując smaku.
ROZDZIAŁÓSMY
Pewnego chłodnego deszczowego poranka kilka tygodni później rodzina Luke'a zbierała się w takim pośpiechu, że ledwie zdążyli się z nim pożegnać. Wypadli za drzwi zaraz po śniadniu, Matthew i Mark narzekali na zapakowane drugie śniadanie, a tata zawołał: "Jadę na tę aukcję w Chytlesville, wrócę dopiero na kolację". Matka pospiesznie cofnęła się do domu i dała Luke'owi torbę sucharków, trzy gruszki i trochę ciasteczek, które zostały z zeszłego wieczoru.
- Żebyś nie zgłodniał - mruknęła, szybko cmoknęła go w głowę i już jej nie było.
Luke wyjrzał ze schodów, przyglądając się kuchennemu bałaganowi, na który składały się brudne patelnie i pokryte okruchami chleba talerze. Wiedział, że nie powinien nawet zerkać w stronę okien, ale mimo wszystko to zrobił, a jego serce dziwacznie podskoczyło, kiedy zobaczył, że okna są zasłonięte. Ktoś musiał zaciągnąć zeszłego wieczora rolety, żeby ciepło nie uciekało z kuchni, a potem zapomniał podnieść je rano. Luke odważył się wychylić jeszcze kawałeczek - tak, rolety na drugim oknie także były opuszczone. Po raz pierwszy od prawie sześciu miesięcy mógł wejść do kuchni i nie martwić się, że ktoś go zobaczy. Mógł bez żadnego strachu biegać, ślizgać się, skakać, nawet tańczyć na wyłożonej linoleum podłodze. Mógł posprzątać kuchnię i zrobić matce niespodziankę. Mógł zrobić wszystko.
Ostrożnie wysunął do przodu prawą stopę, nie odważając się jeszcze oprzeć na niej całym ciężarem ciała. Podłoga skrzypnęła. Zamarł w miejscu - nic się nie zdarzyło, ale mimo wszystko się wycofał. Wszedł po schodach, przeczołgał się po podeście na drugim piętrze, żeby ominąć okna, a potem wdrapał się po schodach na strych. Był tak zdegustowany własnym zachowaniem, że prawie czuł nieprzyjemny smak w ustach.
Jestem tchórzem. Jestem strachajłą. Zasługuję na to, żeby już na zawsze siedzieć zamknięty na strychu - przebiegło mu przez głowę. - Nie, nie - poprawił samego siebie. - Jestem po prostu ostrożny. Muszę przygotować plan.
Wspiął się na stojący na skrzyni taboret, który służył mu za punkt obserwacyjny przy kanałach wentylacyjnych. Osiedle za jego domem było już w pełni zamieszkane. Znał wszystkie rodziny, a dla większości z nich wymyślił własne przezwiska. Na podjeździe przed domem rodziny Samochodziarzy stały zaparkowane cztery eleganckie samochody. Wszyscy członkowie rodziny Złotych mieli włosy w kolorze słońca. Rodzina Ptasich Móżdżków postawiła przy ogrodowym parkanie rząd chyba ze trzydziestu domków dla ptaków, chociaż Luke mógłby im powiedzieć, że nie ma sensu robić tego przed nadejściem wiosny. Dom, na który Luke miał najlepszy widok, stojący tuż za ogrodem Garnerów, należał do rodziny Sportowców. Mieszkało tam dwóch nastoletnich chłopców, a ich taras był pełen piłek futbolowych, rakiet tenisowych, kijów bejsbolowych i hokejowych, piłek do koszykówki i sprzętu służącego do uprawiania sportów, o których Luke nie miał bladego pojęcia.
Dzisiaj jednak nie był zainteresowany dyscyplinami sportowymi, interesowało go tylko, kiedy wszystkie rodziny wyjdą z domów.
Zauważył już wcześniej, że wszystkie domy stały puste od dziewiątej rano, kiedy dzieci pojechały już do szkoły, a dorośli do pracy. Trzy czy cztery kobiety chyba nie pracowały, ale także wyjeżdżały i wracały późnym popołudniem, z torbami pełnymi zakupów. Dzisiaj wystarczyło tylko, żeby Luke sprawdził, czy nikt nie został w domu, na przykład z powodu choroby.
Jako pierwsza wyjechała rodzina Złotych - dwie blond głowy w jednym samochodzie, tyle samo w drugim. Następni byli Sportowcy: chłopcy nieśli ochraniacze i kaski futbolowe, a ich matka balansowała na wysokich obcasach. A później cała chmara samochodów zaczęła się wylewać z każdego podjazdu na lśniącą wciąż od nowości asfaltową szosę. Luke liczył każdą osobę tak dokładnie, że zaznaczał kreskę na ścianie, a potem przeliczył te kreski jeszcze dwa razy. Zgadzało się: wyjechało dwadzieścia osiem osób, był bezpieczny.
ROZDZIAŁSZÓSTY
Wezwanie do zapłacenia podatku przyszło dwa tygodnie później, tego samego dnia, kiedy tata z pomocą Matthew i Marka zapakował wszystkie świnie na przyczepę do przewozu zwierząt i wywiózł je z gospodarstwa. Większość miała trafić do rzeźni, natomiast te za młode i za małe, by można było dostać za nie dobrą cenę, trafiły na targ. Luke patrzył przez kanał wentylacyjny na przodzie domu, jak tata wywoził kolejne partie zwierząt poobijaną półciężarówką. Matthew i Mark siedzieli z tyłu na pace, pilnując, żeby przyczepa się nie przechylała. Nawet z wysokości strychu Luke był w stanie dostrzec nieszczęśliwy wyraz twarzy Matthew.
A kiedy wszyscy trzej wrócili do domu na obiad i zmyli z siebie resztki zapachu świń, tata bez komentarza wręczył matce wezwanie do zapłacenia podatku. Odłożyła drewnianą łyżkę, którą mieszała gulasz, i rozłożyła pismo, a potem upuściła je na podłogę.
- Ale przecież... - schylając się po list, liczyła coś w pamięci. - To jest trzy razy tyle co zwykle. To musi być jakaś pomyłka.
Tata ponuro potrząsnął głową.
- To nie pomyłka. Rozmawiałem na targu z Wil-likerem.
Willikerowie byli ich najbliższymi sąsiadami, których dom stał pięć kilometrów dalej wzdłuż drogi. Luke zawsze wyobrażał ich sobie jako pokryte łuskami potwory z wielkimi pazurami, ponieważ niezliczoną ilość razy był napominany: "Nie chcesz chyba, żeby zobaczyli cię Willikerowie".
- Williker mówił, że podnoszą wszystkim podatki przez te eleganckie domy. Bo ziemia zrobiła się więcej warta.
- To chyba dobrze? - zapytał żarliwie Luke. To było dziwne uczucie: powinien nienawidzić nowych domów za to, że zajęły miejsce jego lasu i zmusiły go do pozostawania w domu. Ale na pół zakochał się w nich, patrząc, jak wylewane są fundamenty każdego z osobna, jak każdy wspina się drewnianym szkieletem ścian i dachem ku niebu. To była jego główna rozrywka poza rozmowami z matką, kiedy przychodziła na górę na coś, co nazywała "przerwami dla Luke'a". Czasem udawała, że jego pokój wymaga sprzątania w takim samym stopniu, w jakim chleb wymagał upieczenia, a ogród wypielenia. Czasem po prostu siadała i rozmawiała z nim.
Tata z niechęcią potrząsnął głową, słysząc pytanie Luke'a.
- Nie. To byłoby dobrze, gdybyśmy mogli ją sprzedać. A nie możemy. Dla nas to znaczy tyle, że rząd uważa, że może wyciągnąć od nas więcej pieniędzy.
Matthew opadł na krzesło przy stole.
- Skąd weźmiemy na podatek? - zapytał. - To prawie wszystko, co dostaliśmy za świnie, a tamte pieniądze miały nam wystarczyć na długo...
Tata nie odpowiedział. Nawet Mark, który zwykle miał na wszystko przemądrzałą odpowiedź, sprawiał wrażenie kompletnie ogłuszonego.
Matka odwróciła się z powrotem do garnka z gulaszem.
- Dostałam dzisiaj pozwolenie na podjęcie pracy - powiedziała cicho. - Fabryka szuka ludzi. Jeśli mnie tam przyjmą, może wypłacą mi pensję z góry.
Luke otworzył szeroko usta.
- Nie możesz iść do pracy - wyjąkał. - Kto wtedy... - Chciał powiedzieć: "Kto wtedy zostanie ze mną?", "Kto wtedy będzie ze mną rozmawiał przez cały dzień, kiedy wszyscy są poza domem?". Ale to wydawało się Luke'owi zbyt samolubne. Rozejrzał się dokoła: nikt nie sprawiał wrażenia zaskoczonego słowami matki, więc on także nie powiedział już nic więcej.
ROZDZIAŁPIĄTY
Od tamtego dnia Luke jadł wszystkie posiłki, siedząc na najniższym stopniu schodów - przyzwyczaił się, ale nadal tego nienawidził. Nigdy wcześniej nie zauważył, że matka często mówi zbyt cicho, by mógł ją słyszeć z dalszej odległości, a Matthew i Mark zawsze rzucają swoje złośliwe uwagi półgłosem. Kiedy więc zaczynali się śmiać, często z Luke'a, on nie mógł się bronić, ponieważ nie wiedział, co powiedzieli. Nie słyszał nawet, jak matka mówi: "No już, chłopcy, bądźcie grzeczni". Po tygodniu czy dwóch jedzenia na schodach w większości przypadków nie próbował nawet słuchać rozmowy reszty rodziny.
Ale nawet on był zaciekawiony, kiedy w gorący lipcowy dzień przyszedł list w sprawie świń.
Tego dnia Matthew przyniósł list ze skrzynki umieszczonej przy skrzyżowaniu dróg, o dwa kilometry od ich domu. (Luke oczywiście nigdy jej nie widział, ale Matthew i Mark opowiadali mu, że stoją tam trzy skrzynki, po jednej dla każdej rodziny mieszkającej przy tej drodze.) Zazwyczaj na pocztę przychodzącą do Garnerów składały się tylko rachunki i cienkie koperty zawierające suche polecenia rządowe dotyczące tego, ile kukurydzy może zostać zasiane, jakiego nawozu należy użyć i dokąd dostarczyć zebrane plony. List od rodziny był wydarzeniem wartym uczczenia - matka zawsze wtedy zostawiała aktualną robotę i siadała, żeby otworzyć go drżącymi dłońmi, a potem wołała z przerwami: "O, ciotka Effie znowu jest w szpitalu." albo: "Ojej, Lisabeth jednak wychodzi za tego typa...". Luke miał wrażenie, jakby praktycznie znał swoich krewnych, nawet jeśli mieszkali setki kilometrów od niego i, rzecz jasna, w ogóle nie wiedzieli o jego istnieniu. Listy, które matka pracowicie pisała późno w nocy, kiedy zebrała dość pieniędzy na znaczek, zawierały mnóstwo nowin o Matthew i Marku, ale nigdy nie padało w nich imię Luke'a.
Ten list był równie gruby, jak niektóre z przysyłanych przez babcię Luke'a, ale nosił oficjalną pieczęć, a adres zwrotny informował wytłaczanymi literami: URZĄD DS. ŚRODOWISKA MIESZKALNEGO, WYDZIAŁ STANDARDÓW ŚRODOWISKOWYCH.
Matthew trzymał list w wyciągniętej na całą długość ręce - w taki sposób wynosił zwykle martwe prosiaki z chlewa.
Tata wyraźnie zmartwił się, kiedy zobaczył kopertę w rękach nadchodzącego syna, który położył przesyłkę na stole, koło jego nakrycia. Tata westchnął.
- Na pewno coś niedobrego - powiedział. - Nie ma sensu psuć sobie posiłku. Może poczekać.
Wrócił do jedzenia kurczaka z kluskami. Dopiero kiedy pochłonął ostatni kęs, odwrócił kopertę i przesunął palcem z brudnym paznokciem pod jej skrzydełkiem, a potem rozłożył kartkę.
- "Otrzymaliśmy niedawno powiadomienie..." - przeczytał na głos. - No dobrze, na razie rozumiem. Potem przez jakiś czas czytał po cichu, odzywając się tylko chwilami: "Mamuśka, co to jest poślednia część tuszy?" albo: "Gdzie ten słownik? Matthew, sprawdź obopólność". W końcu cisnął na stół cały gruby plik papierów i oznajmił:
- Chcą, żebyśmy się pozbyli tuczników.
- Co takiego?! - zawołał Matthew. Podchodził do życia poważniej niż Mark i odkąd wszyscy pamiętali, powtarzał: "Kiedy będę mieć własne gospodarstwo, będę w nim trzymać same tuczniki. Załatwię jakoś zgodę rządu...". Teraz Matthew zaglądał tacie przez ramię. - Chcesz powiedzieć, że musimy sprzedać naraz bardzo dużo, tak? Ale możemy jakoś to odbić...
- Nie - odpowiedział tata. - Ci ludzie w tych eleganckich domach nie wytrzymają zapachu świń. Więc mamy nie hodować tuczników. - Cisnął list na środek stołu, żeby wszyscy mogli go zobaczyć. - A czego się spodziewali, stawiając domy koło farmy?
Siedzący na swoim miejscu na schodach Luke musiał powstrzymać chęć wyciągnięcia listu z tłuszczu kurzego i przeczytania go osobiście.
- Nie mogą chyba tego zrobić, prawda? - zapytał.
Nikt mu nie odpowiedział, bo też nikt nie musiał.
Luke poczuł się jak idiota, kiedy tylko wymknęło mu się to pytanie. Raz jeden był wdzięczny losowi, że siedzi w mało widocznym miejscu.
Matka skręciła w rękach ścierkę do naczyń.
- Żyjemy z tych tuczników - powiedziała. - Przy obecnych cenach zboża... Jak mamy sobie poradzić?
Tata tylko popatrzył na nią, a po chwili to samo zrobili Matthew i Mark. Luke nie wiedział dlaczego.