ROZDZIAŁTRZECI
Jeśli nawet nadszedł poranek, Nina nie miała jak tego odgadnąć. Siedziała przez całe godziny, zesztywniała, obolała i z krwawiącym sercem, skulona w jaskrawym świetle pojedynczej żarówki.
Ludzie zawsze mówią, że najgorszą rzeczą, jaka może cię spotkać, jest śmierć - myślała. - To nieprawda.
Żałowała, że mężczyzna po prostu nie zabił jej i nie zakończył wszystkiego. Mogła umrzeć - no, może nie szczęśliwa, ale przynajmniej mając coś, w co wierzyła: Jason mnie kocha. Zegnaj, ukochany! Uświadomiła sobie, że od chwili aresztowania wyobrażała sobie Jasona i siebie jako tragicznych, związanych przeznaczeniem kochanków, przypominających tych, którzy zaludniali ulubione książki i seriale telewizyjne cioci Zenki.
Babcia i pozostałe ciotki zawsze żartowały sobie z upodobania cioci Zenki do tego rodzaju książek i filmów.
- No, dajże spokój! - narzekała pewnego wieczora ciocia Lystra, kiedy ciocia Zenka czytała na głos przy świetle świecy. - Dlaczego piękna i pełna życia bohaterka nie powie po prostu Jacquesowi: "Słuchaj, jesteś śmiertelnie chory na gruźlicę. Zycie jest za krótkie, żebym je miała marnować i czekać, aż umrzesz. Cześć!".
- Ponieważ oni się kochają! - zaprotestowała ciocia Zenka. - A miłość to...
- Kupa śmiecia - dokończyła za nią ciocia Lystra, która pracowała w wydziale oczyszczania miasta i zawsze wszystko porównywała do śmieci.
Nina żałowała biednej, sentymentalnej cioci Zenki, która odpływała w świat marzeń już w pierwszych sekundach filmu albo z pierwszym zdaniem książki. Teraz jednak doszła do wniosku, że ciocia Lystra na pewno miała rację i uznałaby, że Nina była głupia, ufając Jasonowi.
Ale on był dla mnie taki dobry - broniła się Nina. -Był silny, przystojny, wiedział tak dużo...
Po raz pierwszy Nina zaczęła się zastanawiać, skąd właściwie Jason wiedział tak dużo. Wiedział, że można się bezpiecznie spotykać w lesie. Wiedział o istnieniu Szkoły dla Dziewcząt Harlow. Dokładnie wiedział, kiedy należy wsunąć karteczkę pod drzwi szkoły, żeby znalazła ją któraś z dziewcząt idących na lekcje, a nie ktoś z nauczycieli.
Tą dziewczynką była właśnie Nina. Znowu zatopiła się we wspomnieniach. Dwa miesiące temu na korytarzu w Szkole Harlow podniosła złożoną karteczkę, którą inne dziewczynki po prostu ominęły. Przed dłuższą chwilę obracała sztywny kremowy kartonik w dłoniach, wyobrażając sobie, co też to może być. Wiedziała, że prawdopodobnie nic ciekawego, nic, co by jej dotyczyło - na przykład czyjś rachunek za energię elektryczną albo rządowe powiadomienie o rozmiarach łyżek, jakich należy używać w szkolnej stołówce. Dopóki jednak nie rozłożyła kartki, mogła sobie wyobrażać, że zawiera coś ekscytującego - jak otrzymane przez Kopciuszka zaproszenie na bal u księcia. A ponieważ to ona ją podniosła...
Oczekiwanie było nieznośne, więc Nina przesunęła palcem pod krawędzią złożonej kartki, rozrywając pieczęć. Ostrożnie rozłożyła i przeczytała:
Do wszystkich dziewcząt w Harlow, które interesuje problem cieni:
Zapraszamy na spotkanie z dzielącymi te zainteresowania uczniami ze Szkoły dla Chłopców Hendricksa, o godzinie 20, 16 kwietnia, w lesie pomiędzy naszymi szkołami.
Nina nigdy nie słyszała o Szkole dla Chłopców Hendricksa i nigdy nie była w lesie - jakimkolwiek lesie. Pomijając dzień, w którym została przywieziona do szkoły, nigdy nie była na dworze. Niepokoiło ją też słowo "cienie" - czy znaczyło to, co myślała, że mogło znaczyć? Czy to było niebezpieczne?
Nina jednak nie dbała o nic, od pierwszej chwili wiedziała, że pójdzie na to spotkanie. Poszłaby, nawet gdyby wiadomość głosiła: "Do wszystkich dziewcząt w Harlow, które interesuje problem młotków", albo "muszek owocówek", albo "ołówków". Albo "systemów kanalizacyjnych i nawadniających starożytnych cywilizacji" - jak brzmiał temat ostatniej lekcji, której nie słuchała. Miała wrażenie, że od całych trzynastu lat życia czekała na takie zaproszenie.
Przekonanie przyjaciółek okazało się niełatwe.
- Nie wolno nam wychodzić na zewnątrz - powiedziała lękliwie Sally, kiedy po zgaszeniu świateł Nina wyszeptała jej swój sekret.
- Nikt nam tego tak właściwie nie zabronił - sprzeciwiła się Nina, próbując ukryć panikę we własnym głosie. Jeśli przyjaciółki odmówią, czy będzie miała dość odwagi, żeby pójść sama?
- Nie zabraniają nam też płukania zębów wodą z kibla, ale to nie znaczy, że mam to robić - prychnęła Bonner, druga współlokatorka Niny.
Sally była drobniutka i złotowłosa, a Bonner wysoka, ciemna i grubokoścista, prawie zwalista. Ponieważ Nina była średniego wzrostu i średniej wagi, z brązowymi włosami, zawsze się czuła łączącym je ogniwem. Kiedy szły korytarzem, Nina była zawsze pośrodku, a kiedy jej koleżanki się sprzeczały, to zawsze ona proponowała jakieś kompromisowe rozwiązanie. Fakt, że obie się jej sprzeciwiły, sprawił, że poczuła się rozpaczliwie.
- Słuchajcie, oni chcą pogadać o cieniach - powiedziała. Nawet w ciemnościach potrafiła stwierdzić, że obie jej przyjaciółki zamarły na dźwięk tego słowa. Szkoła Harlow skrywała tajemnice, o których wszyscy wiedzieli, ale prawie nikt o nich nie rozmawiał. Na początku roku szkolnego, kiedy Nina nadal okropnie tęskniła za domem, wyobrażała sobie, jak ciocia Rhoda, najbardziej praktyczna z jej ciotek, pojawia się w stołówce podczas śniadania albo lunchu i maszeruje na środek sali, żeby wyłożyć wszystkim prawdę:
- Fakty: Każda z was, dziewczęta, jest "cieniem": trzecim, czwartym, a może nawet piątym dzieckiem, którego przyjście na świat było nielegalne, ponieważ rząd zabronił posiadania więcej niż dwójki dzieci.
- Fakty: Wszystkie przyjechałyście tutaj z fałszywymi dowodami tożsamości, poświadczającymi, że jesteście kimś innym, kto zdaniem rządu ma prawo do istnienia.
- Fakty: Każdy półgłówek mógłby zauważyć, że wszystkie udajecie. Ta blondynka o skandynawskiej urodzie najczęściej zapomina zareagować na imię Uthant Mogadishu, i nie ona jedyna. Wszystkie kulicie się na samą wzmiankę o rządzie i wszystkie trzęsiecie się ze strachu, kiedy ktoś otwiera drzwi.
- Konkluzja: Więc może zakończyłybyście tę farsę i pogadały otwarcie? Zdradziły sobie nawzajem prawdziwe imiona, opowiedziały o prawdziwych rodzinach, nie o przybranych braciach, siostrach i rodzicach, których prawdopodobnie w życiu nie widziałyście na oczy. Porównały sposoby ukrywania się przez te wszystkie lata, zanim dostałyście fałszywe dokumenty, pocieszyły się nawzajem, zamiast leżeć każdej nocy w łóżkach, szlochając bezgłośnie i udając, że nie słyszycie, że wasze koleżanki też płaczą.
Ale oczywiście ciocia Rhoda została wiele kilometrów stąd, a Nina nie była dostatecznie odważna, żeby wstać i wygłosić taką przemowę. Jednakże w rozmowach z Sally i Bonner, prowadzonych w ciemnościach nocy, w zaciszu ich pokoju, zdradzała pewne drobiazgi, a one robiły to samo. Przez cały rok szkolny przypominało to podążanie ścieżką wytyczoną przez okruchy chleba, jak w bajce - Nina nigdy nie dowiadywała się zbyt wiele naraz, ale wiosną wiedziała już, że Sally ma dwie starsze siostry, dom nad morzem i rodziców, którzy działają w ruchu oporu, chcąc obalić rząd. Natomiast Bonner miała brata, siostrę i całe mnóstwo ciotek i wujków; wszyscy mieszkali po sąsiedzku i dzielili się opieką nad nią.
- Chcą rozmawiać o cieniach - powtórzyła Bonner. - Jasne. Tak samo jak Policja Populacyjna. A jeśli to pułapka?
- A jeśli to nie jest pułapka? - syknęła Nina. - A jeśli to nasza jedyna szansa?
Miała nadzieję, że żadna z jej koleżanek nie zapyta, jaką szansę ma na myśli, ponieważ nie potrafiłaby im tego wyjaśnić. Może Sally i Bonner w trakcie ukrywania się nigdy nie doszły do tej fazy, kiedy ma się ochotę wrzeszczeć na otaczające cztery ściany. Może nie czytały w kółko i na okrągło wszystkich tych bajek, w których księżniczki były uwalniane z mocy magicznych zaklęć i złowieszczych klątw. Może nigdy nie myślały, nawet już w Harlow: Proszę, niech to nie będzie wszystko! Moje życie musi oznaczać coś więcej.
- Słuchajcie, możemy zabrać ze sobą do lasu dowody tożsamości - przekonywała Nina. - Policja Populacyjna nic nam nie zrobi, jeśli będziemy miały dokumenty. Nie musimy nawet rozmawiać z chłopcami, możemy po prostu schować się za drzewami i obserwować ich. Tylko chodźcie ze mną, proszę.
- No, niech będzie - powiedziała ponuro Bonner.
- Sally? - zapytała Nina.
- Dobrze - odparła cichuteńko Sally, a Nina wiedziała, że gdyby w pokoju była choć odrobina światła, zobaczyłaby w oczach koleżanki śmiertelne przerażenie. Tym razem była wdzięczna, że wokół panuje całkowita ciemność.
Tak więc poszły do lasu, ściskając fałszywe dowody tożsamości jak koła ratunkowe, ale nie pozostały po prostu w ukryciu, obserwując. Poznały Jasona i jego kolegów, a on opowiedział im cudowną historię o dziewczynce w ich wieku, Jen Talbot, która poprowadziła pikietę, żądając przyznania praw trzecim dzieciom, takim jak oni. Jen była dostatecznie odważna, żeby powiedzieć rządowi, że trzecie dzieci nie powinny być zmuszane do ukrywania się. Jen zginęła w obronie swoich poglądów, ale mimo to, słuchając cudownego, głębokiego głosu Jasona wychwalającego Jen, Nina pragnęła być taka jak ona.
Teraz jednak Nina została aresztowana i wszystko wskazywało na to, że Sally i Bonner miały rację. Las był niebezpieczny, żadna z nich nie powinna wychodzić na krok za mury Szkoły Harlow. Nina nie powinna nigdy spotkać Jasona, całować się z nim, zakochać się w nim.
- Nie! - Nina uświadomiła sobie, że znowu krzyczy. - Nie, nie, nie, nie, nie...
ROZDZIAŁPIERWSZY
Z koszmarnego snu można się prędzej czy później obudzić.
Nina powtarzała to sobie, kuląc się na betonowej podłodze celi. Przez całe życie prześladowały ją okropne sny o tym, że została złapana przez Policję Populacyjną. Czasem trzymali szufle i podnosili ją jak śmieć z ulicy, a czasem mieli karabiny, którymi szturchali ją w plecy albo w głowę.
Zawsze jednak budziła się, zanim któryś z nich pociągnął za spust.
Pewnego razu przyśnił się jej nawet policjant populacyjny, który przyszedł po nią ubrany w marszczoną koszulę nocną i czepek cioci Zenki. Całe miesiące po tym śnie Nina odmawiała dawania cioci Zence całusa na dobranoc i nikt nie wiedział, o co jej chodziło, a ona nie mogła powiedzieć, bo wszyscy by się śmiali, a to nie było zabawne.
Nina wiedziała, że ma prawo bać się śmiertelnie Policji Populacyjnej. Byli Złym Wilkiem, Babą Jagą i wszystkimi potworami i złoczyńcami, o jakich kiedykolwiek słyszała, w jednym.
Ale podobnie jak Zły Wilk, Baba Jaga i inne potwory, Policja Populacyjna stanowiła część świata opowieści i koszmarnych snów, a nie rzeczywistości.
Teraz zaś Nina uderzyła głową o betonową ścianę za plecami.
- Obudź się! - nakazała rozpaczliwie samej sobie. - Obudź się!
Uderzenie sprawiło, że głowa ją zabolała, a to nie mogło się dziać we śnie, prawda? W snach nic nie bolało. Mogli cię wychłostać do krwi, a ty nic nie czułaś, mogli związać ci nogi, żebyś nie uciekła, a sznury nie ocierały.
Nadgarstki i kostki u nóg Niny były otarte do krwi przez kajdanki przykuwające ją do ściany, a skóra na plecach tak pocięta, że każde dotknięcie materiału sukienki wysyłało falę bólu. Jedno oko miała spuchnięte od pobicia i nie mogła go otworzyć.
Wszystko ją bolało.
Nina powtarzała sobie jednak z uporem, że jej aresztowanie to koszmarny sen.
Rozpamiętywała w kółko nierealność swoich wspomnień, zupełnie jakby aresztowanie było czymś dobrym - a nie najgorszym momentem w jej życiu. Nie mogła sobie przypomnieć policjantów populacyjnych wchodzących do jadalni i wywołujących jej nazwisko - czy to nie znaczyło, że cała historia nie wydarzyła się naprawdę? Prawda? Prawda? Siedziała sobie, jedząc śniadanie i ciesząc się z tego, że znalazła całe trzy rodzynki w owsiance, aż nagle w jadalni zapadła głucha cisza i wszyscy wlepili w nią wzrok. Czuła te wszystkie spojrzenia - upuściła łyżkę, a owsianka ochlapała siedzącą obok dziewczynkę. Jednakże Lisle nie powiedziała ani słowa, tylko gapiła się tak jak pozostali. Właśnie te spojrzenia, a nie dźwięk jej nazwiska, sprawiły, że Nina wstała i wyszła na środek, pozwalając, żeby zakuto ją w kajdanki.
Jakim imieniem mnie wywołali? - zastanawiała się Nina. - Nina, czy... czy...
Nie, nie mogła nawet myśleć o tym, ponieważ w jej snach Policja Populacyjna potrafiła czasem czytać w myślach.
Nina wróciła do rozpamiętywania tamtej chwili, przypominając sobie inne dziewczynki, które siedziały bez ruchu jak lalki na półce, podczas gdy ją prowadzono niekończącym się przejściem pomiędzy stołami. Znajoma jadalnia zmieniła się jakimś sposobem w dolinę pełną oczu - Nina nie oglądała się na prawo ani na lewo, ale czuła te wszystkie oczy śledzące ją w milczeniu. Przypominały oczy lalek, puste jak szklane paciorki.
Dlaczego nikt nie stanął w mojej obronie? - zastanawiała się Nina. - Dlaczego nikt się nie odezwał, nie zaczął prosić, błagać, starać się nie dopuścić, żeby mnie zabrano?
Wiedziała. Nawet jeśli to był tylko koszmarny sen - a był, prawda? - wiedziała, że pozostali siedzieli zbyt przerażeni, żeby chociaż pisnąć. Sama byłaby zbyt przerażona, by powiedzieć cokolwiek, gdyby to ktoś inny jak we śnie zmierzał w stronę mężczyzny obwieszonego medalami, gdyby ktoś inny spośród nich miał zostać aresztowany. (Dlaczego to była ona? Jak ją rozpoznali? Dlaczego tylko o niej wiedzieli? Przestań - skarciła się w myślach. - Koszmary nigdy nie mają sensu).
Pamiętała teraz, jak trudno jej było poruszać nogami: w górę, w dół, prawa, lewa, bliżej, bliżej... Nie mogła także zaprotestować ani bronić się, bo gdyby otworzyła usta choćby po to, żeby jęknąć, dostałaby ataku histerii.
Nie zabijajcie mnie! Jestem tylko dzieckiem, nie chciałam złamać żadnego prawa, to nie moja wina. I proszę, nie zabierajcie Jasona...
Teraz, siedząc w więziennej celi, Nina zacisnęła zęby w obawie, że te słowa zdążą jeszcze się jej wymknąć. Nie mogła sobie na to pozwolić - ktoś mógł podsłuchiwać i usłyszeć jego imię. Niezależnie od tego, co zrobi, musi chronić Jasona. Jasona, babcię i ciotki, no i oczywiście rodziców. Potrafiła trzymać język za zębami, jeśli chodziło o pozostałych, ale chciała wypłakać imię Jasona, wykrzyczeć je na głos.
Jason, wiesz, gdzie jestem? Czy zaniepokoiłeś się, kiedy nie pojawiłam się na spotkaniu w lesie? Jesteś taki odważny, czy mógłbyś... czy mógłbyś mnie uratować?
Była okropnie głupia - to przecież tylko sen. Za kilka minut zabrzmi poranny dzwonek, a ona otworzy oczy i znajdzie się na chwiejnej górze piętrowego łóżka w Szkole dla Dziewcząt Harlow. Potem umyje zęby, opłucze twarz, ubierze się i może, ale tylko może, znajdzie podczas śniadania w owsiance cztery rodzynki...
W jej głowie znów pojawił się moment aresztowania. Przypomniała sobie, jak podeszła do drzwi jadalni i stanęła przed policjantem. W ostatniej chwili, tuż przedtem, zanim policjant zatrzasnął stalowe kajdanki na jej nadgarstkach, zauważyła innego mężczyznę stojącego za nim i wpatrującego się w nią tak samo uważnie, jak jej koleżanki. Ale jej koleżanki miały oczy zeszklone strachem i puste jak oczy lalek, podczas gdy spojrzenie tego mężczyzny mówiło wszystko.
Był wściekły. Nienawidził jej. Pragnął, żeby nie żyła.
Nina wzięła gwałtowny oddech - nie mogła już dłużej udawać. Pamiętała zbyt wiele, nie mogłoby jej się przyśnić takie spojrzenie. Było prawdziwe, podobnie jak wszystko, co ją spotkało. Prawdziwe były kajdanki na jej nadgarstkach i rany na jej plecach, prawdziwe było także ogarniające ją przerażenie.
- Zabiją mnie - wyszeptała Nina właściwie z ulgą, tracąc w końcu - w końcu! - resztki nadziei.
ROZDZIAŁDRUGI
Dlaczego?
To słowo eksplodowało w uszach Niny, budząc ją gwałtownie. W następnej chwili szarpnęła się, ponieważ zobaczyła o centymetry od siebie twarz mężczyzny, który na nią krzyczał.
- Dlaczego zdradziłaś swój kraj?! - zażądał odpowiedzi mężczyzna.
Nina zamrugała. Skoro i tak jej los był przesądzony, to dlaczego nie miałaby się kłócić?
"Zdradziłam kraj? - mogłaby warknąć. - Co to za kraj, który uważa za zdradę to, że się urodziłam? Czy miałam się zabić z obywatelskiego obowiązku? Z patriotyzmu? Czy to moja wina, że rodzice mieli wcześniej dwójkę dzieci?".
Takie słowa narażałyby jednak jej matkę, babcię i ciotki - wszystkie te osoby, które trzymały ją w ukryciu, osoby, które pozwoliły jej żyć.
Nie odezwała się ani słowem.
Mężczyzna przysiadł na piętach. W celi Niny było ciemno - pomyślała, że pewnie jest środek nocy. Sylwetka mężczyzny majaczyła przed nią jak niewyraźny cień. On jest cieniem tak samo jak ja - pomyślała Nina. Była nadal na tyle zamroczona, że ta myśl wydała jej się zabawna.
W tym momencie mężczyzna odwrócił głowę i mruknął: Już, a celę natychmiast zalało ostre, zbyt jaskrawe światło pojedynczej żarówki na suficie. Nina zacisnęła powieki.
- Wiem, że nie śpisz - powiedział cicho mężczyzna. - Nie możesz się ukryć.
Nina zesztywniała, słysząc słowo "ukryć" - on wiedział. Jasne, że wiedział, inaczej dlaczego zostałaby aresztowana? Pogodziła się już z myślą o śmierci, ale nagle zaczęła ją ogarniać panika. Czy to już ta chwila? Czy ten człowiek zaraz ją zastrzeli? A może zabierze ją gdzieś indziej, żeby wykonać wyrok śmierci? Jak Policja Populacyjna zabija nielegalne dzieci?
Nina odrobinę uchyliła powieki. Wolała widzieć zabójcę, niż kulić się na oślep, oczekując w każdej chwili strzału. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją po raz kolejny: rozpoznawała tego mężczyznę. To on był przy jej aresztowaniu i wpatrywał się w nią pełnymi nienawiści oczami.
Poczuła, że słabnie, i zamknęła oczy - chociaż to nie miało znaczenia, dalej widziała, utrwaloną w pamięci twarz tego mężczyzny. Był wysoki, muskularny i elegancko ubrany, jak ludzie, których widywała w telewizji. Ciemne włosy miał odgarnięte z wysokiego czoła i sprawiał wrażenie silnego i wpływowego, podobnie jak Jason. Ale Jason nigdy nie patrzył na nią z taką nienawiścią.
Nina przypomniała sobie jedno z powiedzonek babci: "Gdyby wzrok mógł zabijać...". Wzrok może zabijać, babciu - chciała jej teraz powiedzieć Nina. -Ten wzrok mnie zabije.
Mężczyzna roześmiał się.
- Nie obchodzi mnie, czy będziesz mówić, czy nie - rzucił. - Twój wspólnik już nam wszystko wyśpiewał. Sypał, aż miło. Pomyślałem tylko, że chciałabyś dostać możliwość opowiedzenia nam własnej wersji wydarzeń. Nie wykluczam, że twój przyjaciel troszkę nakłamał, żeby ratować swoją skórę, żeby on wypadł trochę lepiej, a ty, no cóż, znacznie gorzej. Jako znacznie bardziej winna. Co ty na to?
Mężczyzna prawie mruczał Ninie do ucha, przysuwając twarz tak blisko, że czuła jego oddech na policzku. Ledwie była w stanie zebrać myśli - o czym on mówił?
Przez moment nie rozumiała nawet słowa, którego użył - "wspólnik". O co mu chodziło? Potem przypomniała sobie wszystkie powieści kryminalne, które ciocia Lystra czytała na głos w te wieczory, kiedy telewizor nie działał. Detektyw w takich książkach zawsze oskarżał kogoś, że był "wspólnikiem zbrodni". Wspólnikami byli partnerzy, pomocnicy. Czy miał na myśli babcię i ciotki, które były wspólniczkami w ukrywaniu jej?
Nina z trudem powstrzymała się, żeby nie krzyknąć. "Nie! - miała ochotę wrzasnąć. - Nie złapaliście ich! Nie mogliście!". Milczała, a łzy zaczęły jej spływać po twarzy.
Ale mężczyzna nie powiedział "wspólniczki", "one". Powiedział "wspólnik" i "on".
Nina znała tylko jedną osobę, o którą mogło chodzić.
Nie - poprawiła się desperacko. - Spotkałam innych chłopców ze Szkoły Hendricksa. To, że właściwie ich nie znałam, nie znaczy, że nie mogli mnie zdradzić. Więcej, to nawet bardziej prawdopodobne, że to właśnie oni mnie wydali.
Nina pomyślała o chłopcach, z którymi ona i jej przyjaciółki spotykały się potajemnie, wymykając się wieczorami do lasu. Byli płochliwi i nieśmiali jak króliki, a Nina nie potrafiła sobie wyobrazić, by którykolwiek z nich miał dość odwagi, żeby rozmawiać z Policją Populacyjną.
Z wyjątkiem jednego.
Nie! Spróbowała wyrzucić tę myśl z mózgu, może nawet wykrzyczała przeczenie na głos. Nawet jeśli zapomniałaby o tym, że Jason był w niej zakochany, że całował ją w ukryciu, przy świetle księżyca - to przecież on także był nielegalnym trzecim dzieckiem.
Jak wszyscy, cała grupa spotykająca się w lesie. Nawet gdyby chcieli, ponosiliby zbyt wielkie ryzyko, zdradzając ją.
Może chodzi o mojego ojca - pomyślała z goryczą Nina. - Może babcia się myliła, może on nie wiedział, że się urodziłam, nie wiedział, że istnieję. Może pomyślał, że dostanie nagrodę za wydanie mnie.
Nina otwarła oczy, dostatecznie wściekła, żeby wytrzymać bez mrugnięcia spojrzenie nienawistnika.
Mężczyzna uśmiechał się.
- Cóż, Scott, a może raczej Jason, miał nam do opowiedzenia naprawdę ciekawe rzeczy - rzekł pogodnie. - Zrobił z ciebie niezłe ziółko.
Nina wrzasnęła. Dźwięk odbił się echem w maleńkiej betonowej celi, pojedynczy nieartykułowany skowyt wściekłości i bólu.
Kiedy przestała krzyczeć, mężczyzny już nie było.
ROZDZIAŁSIÓDMY
Nina do rana rozmyślała o baśni, ale tym razem nie o takiej, w której piękna księżniczka zakochuje się w przystojnym księciu. Na myśl przychodziła jej baśń o Titeliturym.
Jestem jak córka młynarza - powiedziała sobie. -Król powiedział jej, że musi uprząść złoto ze słomy albo zginie. Biorąc pod uwagę dany jej wybór, jasne było, że się nie sprzeciwiła i nie powiedziała: "Ups, przepraszam, ale to niemożliwe. Proszę mnie zabić". Ja także nie zamierzam tego powiedzieć. Ale córka młynarza nie miała nikogo skrzywdzić, żądano od niej zrobienia czegoś niewykonalnego, a nie czegoś złego.
To, co miała zrobić Nina, z pewnością było złe.
Może tamte dzieci są okropne i wstrętne, a ja będę się cieszyła, że mogę je zdradzić - myślała Nina. -Może zasługują na to.
Nie potrafiła jednak się zmusić, żeby w to uwierzyć.
Nadal siedziała bezsennie w ciemnościach, kiedy usłyszała, jak drzwi jej celi otwierają się ze zgrzytem. Strażnik więzienny podszedł i szarpnął ją za ramię.
- Idziemy! - warknął.
- Kajdanki... jestem przykuta! - zaprotestowała Nina. - Jestem przykuta do ściany.
Strażnik zaklął i kopnął ją w brzuch, tak że zwinęła się z bólu. Czy tak właśnie Policja Populacyjna traktowała tych, którzy dla niej pracowali?
Strażnik wyszedł z celi i chwilę później wrócił z kluczem. Otworzył nim zamek, a potem szarpnął Ninę, stawiając ją do pionu. Dziewczynka nie wstawała od dwóch dni, więc miała wrażenie, że nogi są sztywne i bezużyteczne.
- No już, idziemy! - rozkazał, ciągnąc ją za ramię.
Nina, potykając się, ruszyła za nim. Zeszli schodami i przemierzyli szereg długich korytarzy, mijając tuziny zaryglowanych drzwi. Nina chętnie zajrzałaby za któreś z nich, ale było za ciemno, a strażnik szedł zbyt szybko. Zeszli po jeszcze jednych schodach; powietrze stało się bardziej wilgotne. Nina potknęła się i straciła równowagę, a jej nagie kolano dotknęło kałuży wody, nim zdążyła się wyprostować. Przesunęła palcami po kamiennym murze, który także był wilgotny.
Znajdowali się w podziemiach, może nawet w jaskini.
Doszli do kolejnych drzwi wykonanych z grubego drewna, a strażnik mocniej ścisnął jej ramię. Drugą ręką otworzył drzwi i popchnął ją do przodu.
- Jak będziesz dalej sprawiać kłopoty, będzie jeszcze gorzej! - wrzasnął, puszczając ją. Nina poleciała do przodu i upadła na ziemię, a za nią zatrzasnęły się drzwi.
- Hej? - zapytała ostrożnie, spoglądając w ciemność, w której nie była w stanie niczego dostrzec. Ściana równie dobrze mogła być na wyciągnięcie ręki, jak i kilometr dalej. - Hej? - zapytała znowu. - Jest tu ktoś?
Usłyszała szelest po prawej stronie i zaczęła się zastanawiać, czy to nie są tylko myszy albo szczury, a cała propozycja współpracy nie okaże się okrutnym żartem. Jednak chwilę później w ciemności błysnęła zapałka i ktoś wyszeptał:
ROZDZIAŁCZWARTY
Kiedy nienawistnik wrócił, Nina spojrzała na niego zimno, z wysoko podniesioną głową i oczami zmrużonymi w szparki.
- To pan kłamie - powiedziała. - Dlaczego miałabym panu wierzyć? Może pan powiedzieć, co tylko pan chce, ale ja wiem, że Jason by mnie nie zdradził.
Nienawistnik nie odwzajemnił jej spojrzenia, patrzył na przeciwległą ścianę celi.
- Dlaczego nic nie jadłaś? - zapytał.
Dopiero w tym momencie Nina zauważyła tacę ustawioną tuż koło jej stóp: na talerzu leżały dwie grube kromki ciemnego chleba posmarowane syntetycznym masłem i nieduże jabłko, wyglądające na robaczywe. Jedzenie nie było to gorsze od tego, jakie dostawała w Harlow czy w domu.
- Nie byłam głodna - powiedziała wyzywająco i była to prawda, ale teraz, kiedy spojrzała na tacę, zaburczało jej w brzuchu.
- Jasne - prychnął niedowierzająco mężczyzna. - Strajk głodowy nie jest szczególnie przydatny, jeśli i tak masz zostać skazana na śmierć.
Powiedział to tak zwyczajnie, że Nina z trudem powstrzymała okrzyk zgrozy. Więc to była prawda, zamierzali ją zabić. Trudno. Ale nie mogli sprawić, że umrze, nienawidząc Jasona.
Mężczyzna kołysał się na piętach i patrzył zmrużonymi oczami na Ninę, jakby był przyrodnikiem obserwującym interesującego owada. Przez jakiś czas rząd mocno forsował pomysł, że wszyscy powinni jeść owady, więc w telewizji pokazywano mnóstwo filmów przyrodniczych na ten temat. Nina nigdy wcześniej nie myślała, że będzie współczuła obserwowanym owadom.
- No dobrze - zaczął mężczyzna. - Czy naprawdę nazywasz się Nina Idi?
Nie! - miała ochotę wrzasnąć Nina. Byłoby cudownie teraz, gdy wszystko było skończone, powiedzieć prawdę. Nina zawsze uwielbiała swoje prawdziwe imię, Elodie. Elodie Luria. Kiedy była zupełnie mała, ciocia Zenka ułożyła nawet piosenkę o jej imieniu: "Jesteś jak śliczna melodia... nasza maleńka Elodie". Elodie było imieniem księżniczki z bajki. Kiedy babcia i ciotki uciułały w końcu dość pieniędzy, żeby kupić dla Niny na czarnym rynku fałszywy dowód tożsamości, babcia wróciła do domu i położyła dokument na stole jak złoty medal. Nina podeszła na paluszkach i przeczytała imię, podczas kiedy wszystkie ciotki i babcia stały wokół niej jak dobre wróżki chrzestne na chrzcinach Śpiącej Królewny. Wtedy Nina zaczęła krzyczeć.
- Nina Idi? Tak się teraz nazywam? To brzmi jak... Jak Ninia Idiotka! Chcecie, żebym była Ninią Idiotką? Mimo tego krzyku Nina czuła wstyd, ponieważ mały plastikowy prostokącik był jej przepustką na wolność. Oznaczał dwanaście lat noszenia przez ciotkę Lystrę okularów, przez które nie widziała już najlepiej, dwanaście lat chodzenia przez ciotkę Rhodę w tym samym płaszczu, dwanaście lat cerowania przez babcię skarpetek tak często, że więcej było na nich łat niż pierwotnej tkaniny. Dwanaście lat życia o czerstwym chlebie i wodnistej zupie. Mimo to Nina nie mogła się oprzeć wrażeniu, że bezcenny dowód to dla niej raczej wyrok śmierci niż ułaskawienie. Jeśli nie była już Elodie, jeśli miała zostać tą nową, obcą osobą, Niną Idi, to oznaczało, że nie była też maleńką melodią cioci Zenki, małym złotkiem babci, najukochańszym promyczkiem słońca w mieszkaniu pełnym zmęczonych, starych kobiet. Była po prostu nikim.
Jakimś zdumiewającym cudem babcia i ciotki zrozumiały, że Nina krzyczy ze strachu, a nie dlatego, że jest rozpieszczonym bachorem. Stłoczyły się wokół niej, tuląc ją i pocieszając.
- Zawsze będziesz naszą dziewczynką, niezależnie od wszystkiego, co się wydarzy. Nawet kiedy będziesz daleko, w szkole...
Słysząc po raz pierwszy słowo "szkoła", Nina zrozumiała, że Nina Idi miała tak naprawdę zabić Elodie Lurię. Elodie mogła istnieć tylko w mieszkaniu babci, Nina była w stanie je opuścić.
Ale teraz, kiedy Nina Idi miała niedługo umrzeć, czy nie wolałaby umrzeć jako Elodie?
To było kuszące.
- To nie jest trudne pytanie - skarcił ją mężczyzna. - Nazywasz się Nina Idi czy nie?
- To wy mnie aresztowaliście - warknęła Nina, żeby zyskać trochę na czasie. - Nie wiecie nawet, jak się nazywam? Może aresztowaliście niewłaściwą osobę?
Mężczyzna odwrócił się.
- Strażnik? - zawołał do drzwi. - Proszę krzesło.
Po kilku minutach pojawił się strażnik niosący masywne drewniane krzesło. Mężczyzna usiadł. Oparł się wygodnie, wyraźnie zadowolony z lepszego siedzenia, podczas gdy Nina nadal kuliła się na zimnej betonowej podłodze. Strażnik wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.
- Uznałem, że ta rozmowa może potrwać nieco dłużej, niż miałbym na to ochotę. Nie mam zamiaru tkwić w kucki na tej twojej cuchnącej podłodze - powiedział znienawidzony mężczyzna, zupełnie jakby to była wina Niny, że cela więzienna jest tak brudna.
Pochylił się do niej, opierając podbródek na dłoniach, a łokcie na kolanach.
- Dobrze. Z pewnością zorientowałaś się, że moje pytanie nie jest tak głupie, jak mi to zarzuciłaś. Ostatecznie drugi z aresztowanych wczorajszego ranka przestępców, Scott Renault, udawał Jasona Barstowa, podszywając się pod nielegalne trzecie dziecko, które zdobyło fałszywy dowód tożsamości. Twierdził, że chciał nakłonić inne nielegalne dzieci z fałszywymi dokumentami, żeby zdradziły mu swoje prawdziwe nazwiska i żeby mógł wydać je w ręce Policji Populacyjnej. Rozumiesz? Ta historyjka, oczywiście, jest absurdalna. Wszyscy wiedzą, że w naszym wspaniałym kraju nie jest możliwe, żeby ktoś wyjęty spod prawa zdobył fałszywy dowód tożsamości. Żaden porządny obywatel nie sprzeciwiłby się w tak niesłychany sposób naszemu ukochanemu rządowi.
Nina w osłupieniu gapiła się na mężczyznę.
- Za co... za co zostałam aresztowana? - zapytała cicho.
- Oczywiście, za zdradę - odparł niemalże pogodnym głosem mężczyzna. - Zdradziłaś swój kraj.
- W jaki sposób? - zapytała znowu Nina.
- Hej, kto tu niby zadaje pytania? - zaprotestował mężczyzna, ale mimo wszystko jej odpowiedział: - Ty i ten Jason... Scott? Jak właściwie powinienem go nazywać?
- Jason - wyszeptała Nina. - On się nazywa Jason.
- Dobrze, wszystko jedno. Ty i ten Jason próbowaliście oszukać Policję Populacyjną, żeby zapłaciła wam za wydanie kilkorga tak zwanych pojawów, czyli nielegalnych dzieci udających pełnoprawnych obywateli. Tak jak mówiłem wcześniej. Tyle tylko, że te rzekome "pojawy" w rzeczywistości były pełnoprawnymi obywatelami, a niektóre z nich pochodziły z bardzo wpływowych i znaczących rodzin. Pomyśleć tylko, co by było, gdyby Policja Populacyjna dała się nabrać na waszą sztuczkę.
Nina przestała słuchać. Nigdy wcześniej w życiu nie czuła się tak tępa i głupia. Nic tutaj nie miało sensu.
- Więc nie uważacie, że ja jestem nielegalnym trzecim dzieckiem z fałszywym dowodem tożsamości? - zapytała ostrożnie.
- Oczywiście, że nie - odparł mężczyzna. - Nie ma na to żadnych dowodów, a gdybyś sama była pojawem, dlaczego miałabyś zdradzać swoich współtowarzyszy?
Nina zamknęła oczy w obawie, że mężczyzna zauważy gigantyczną ulgę, jaką nagle odczuła. Miała wrażenie, że z piersi spadł jej ogromny ciężar. Oni nie wiedzą! - chciała krzyknąć. Nie odszukają babci, ciotek i jej matki, nie aresztują ich wszystkich za ukrywanie jej. Nikt w Szkole Harlow nie będzie miał kłopotów z powodu trzymania w tajemnicy obecności zbiega. Policja Populacyjna nie zabije Niny Idi za to, że jest nielegalnym dzieckiem.
Nie, po prostu zabiją ją za coś, czego nie zrobiła. Zdrada? Wydawanie pojawów?
Nina otwarła oczy i obdarzyła nienawistnika spojrzeniem pełnym najgłębszego oburzenia.
- To pomyłka - powiedziała stanowczo. - Nigdy nie próbowałam wydawać pojawów ani prosić Policji Populacyjnej, żeby mi zapłaciła.
Mężczyzna wyciągnął nieduży notes i zaczął w nim pisać.
- No, wreszcie zaczęłaś mówić - mruknął. - Wiedziałem, że w końcu odzyskasz rozsądek i zaczniesz oskarżać Jasona, tak jak on oskarżył ciebie. Trudno liczyć na honor wśród przestępców. - Przestał pisać, ale trzymał długopis w gotowości. - No więc, jak brzmi twoja wersja? Jesteś biedną niewinną dziewczynką, która tylko robiła to, co jej kazał Jason? To zabrzmi bardziej przekonująco, jeśli się trochę popłaczesz.
Nina poczuła się, jakby ją spoliczkował.
- Nie, mówię prawdę! - zaprotestowała. - Niczego nie zrobiłam i jestem pewna, że Jason także niczego nie zrobił.
- Czyli możesz poręczyć za Jasona? - zapytał mężczyzna. - Jego zachowanie i działania w każdej minucie każdego dnia?
- Nie, ale...
- Ale co? - Mężczyzna zaczął się uśmiechać.
- Ale ja znam Jasona i wiem, że nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
- Tak samo jak wiesz, że nigdy by cię nie zdradził - powiedział mężczyzna.
- Właśnie tak! - rzuciła gorąco Nina.
Mężczyzna wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki prostokątny plastikowy przedmiot i obrócił go w rękach.
- Strażnik? - krzyknął. Chwilę później pojawił się strażnik i podał przez pręty metalowe pudełko.
- Widziałaś kiedyś magnetofon? - zapytał mężczyzna Ninę.
- Nie - odparła Nina.
- No cóż, to właśnie to. Pozwala nagrać na taśmie wszystko, co ktoś powiedział. - Podniósł wyjęty z kieszeni plastikowy przedmiot i wsunął go do magnetofonu. - A kiedy już coś nagramy, możemy to odtworzyć tyle razy, ile tylko chcemy. - Nacisnął przycisk.
Nina usłyszała szum, a potem głos. Na taśmie słychać było trzaski, a głos był niewyraźny, jak w telewizorze w burzowe dni, ale Nina mimo to go rozpoznała: to był głos Jasona. Pochyliła się gwałtownie do przodu, zupełnie jakby Jason naprawdę tam był i mogła mu się rzucić w ramiona.
"Wtedy Nina mi powiedziała: "Widziałeś kiedyś te reklamy w telewizji? Te o trzecich dzieciach i o tym, że Policja Populacyjna chce się ich pozbyć?". Powiedziała: "Założę się, że nieźle by nam zapłacili, gdybyśmy kogoś wydali". Ja jej odpowiedziałem, że nie znam żadnych trzecich dzieci, a wtedy ona się roześmiała i powiedziała: "No to co? Wystarczy, że ich oszukamy, możemy wydać kogokolwiek, a potem dostaniemy nagrodę". Ja mówiłem: "Ale to będzie kłamstwo!
To nie w porządku, nie wolno tak robić!", ale ona mnie nakłoniła... wie pan, jakie są dziewczyny".
Nina chwyciła magnetofon i z całej siły cisnęła nim o przeciwległą ścianę. Pękł przy uderzeniu o beton, a kiedy spadł na podłogę, wyleciała z niego kaseta. Nina sięgnęła po nią, chcąc ją także zniszczyć, ale mężczyzna był szybszy. Złapał kasetę, podczas kiedy kajdanki wbiły się w nadgarstki Niny, przytrzymując ją w miejscu. Schował taśmę z powrotem do kieszeni.
- Proszę, proszę - powiedział. - Cóż za charakterek. - Znowu wyciągnął notes. - Czy mam zapisać w raporcie, że powiedziałaś dokładnie to samo, co Jason, tylko na odwrót? "Wtedy Jason mi powiedział: "Założę się, że nieźle by nam zapłacili, gdybyśmy kogoś wydali", a ja powiedziałam: "Ale to będzie kłamstwo! To nie w porządku, nie wolno tak robić!"". Naśladowany przez niego głos Niny był wysoki, afektowany i okropnie dziecinny.
Nina milczała. Odwróciła twarz do ściany, żeby mężczyzna nie widział, że płacze. W jej głowie zamajaczyła nowa myśl: To nie koszmarny sen, nawet koszmarne sny nie są tak okropne.
- Czy mam uznać twoje milczenie za zgodę? - poganiał ją mężczyzna. - Ale na co się właściwie zgadzasz? Ze chcesz zdradzić tego Jasona, którego tak dobrze znasz, tak samo jak on zdradził ciebie? Czy też, że on powiedział prawdę i to ciebie należy za wszystko winić? Którą wersję wybierasz?
Nina zmusiła się, żeby spojrzeć z powrotem na mężczyznę.
- Nigdy nie zgodzę się na nic, co pan mówi - powiedziała gorąco.
- Hmm - odezwał się mężczyzna. - To ciekawe, ponieważ właśnie miałem ci złożyć propozycję, dzięki której mogłabyś ocalić życie. Coś mi się jednak wydaje, że nie jesteś w tym momencie w najlepszym nastroju, więc moja propozycja będzie musiała poczekać.
Wstał, zabrał krzesło i szczątki magnetofonu, po czym wyszedł z celi. Nina trzymała głowę odwróconą, żeby szlochać z twarzą przy ścianie.
Kiedy jednak była pewna, że już go nie ma, odwróciła z powrotem głowę i zobaczyła, że zostawił białą chusteczkę, elegancko złożoną i idealnie wyprasowaną. Złapała chusteczkę i zgniotła ją w kulkę, żeby nią także cisnąć o przeciwległą ścianę, ale chusteczka nie uderzyłaby o mur z satysfakcjonującą siłą, tak jak magnetofon. Chusteczka spłynęłaby tylko łagodnie na ziemię, jak ptak znajdujący bezpieczną gałąź.
Nina rozejrzała się, żeby mieć pewność, że nikt nie patrzy, i głośno wysmarkała w nią nos.
ROZDZIAŁSZÓSTY
Oto moja propozycja - powiedział mężczyzna. Nina zamrugała głupio oczami i spróbowała się obudzić - to musiał znowu być środek nocy. Żarówka nad jej głową świeciła oślepiająco, a dziewczynka czuła mdłości z powodu braku jedzenia. Dwie kromki chleba i jedno małe jabłko na chyba półtora dnia niewiele złagodziły jej głód.
- Uważamy, że możesz się nam przydać - powiedział gładko mężczyzna, wyciągając do niej rękę. Nina zamrugała jeszcze kilka razy, żeby widzieć wyraźniej. To, co trzymał w dłoni mężczyzna, było zbyt nieprawdopodobne, żeby mogła uwierzyć: kanapka. I to nie taka z ciemnego chleba i pleśniejącego sera, do jakich Nina była przyzwyczajona, ale puszysta bułeczka, gruba i złocistobrązowa, z jasnoróżowymi plastrami czegoś... czy to była szynka? Tak, z szynką wystającą po bokach. Nina widziała takie rzeczy tylko w telewizji, na zakazanych kanałach, które pokazywały życie przed czasami głodu.
- Masz, zjedz to. - Mężczyzna beztrosko machnął kanapką przed oczami Niny.
Wepchnęła sobie połowę kanapki do ust, zanim w ogóle się zorientowała, że po nią sięgnęła.
- Chyba nikt nigdy nie uczył cię dobrych manier - powiedział mężczyzna z odrazą.
Nina zignorowała go, ponieważ kanapka smakowała bosko. Bułeczka była lekka i puszysta, a w środku oprócz szynki krył się plasterek ostrego sera. Dziewczynka czuła też inne smaki - przypłynęły do niej słowa ze starej reklamy: "sałata, pomidory, ogórki, cebula...". Nie była pewna, czy to właśnie je, ale kanapka była cudowna, absolutnie doskonała, więc zwolniła trochę tempo, żeby cieszyć się nią dłużej.
- Od razu lepiej - rzucił gniewnie mężczyzna. Nina prawie zapomniała o jego istnieniu, ale teraz podał jej butelkę, a napój w środku był także wyborny, słodki i cytrynowy. Napiła się, myśląc tylko o ugaszeniu pragnienia.
Kiedy kanapka zniknęła, a butelka była pusta, Nina w końcu spojrzała na mężczyznę.
- Propozycja...? - zapytała niepewnie.
- Zgodnie z prawem powinnaś zostać stracona już w dniu aresztowania - wyjaśnił mężczyzna. - Czasem jednak nawet dla Policji Populacyjnej może być korzystne przymknięcie oka na pewne aspekty prawa.
Nina zamarła w oczekiwaniu.
- Oczywiście, nie mówię tu o łamaniu prawa - ciągnął mężczyzna. - Ze względu na wagę naszej misji zostały przewidziane pewne specjalne wyjątki. Załóżmy, że trafia do nas przestępca, który może być przydatny w naszej sprawie. Po co mielibyśmy wykonywać wyrok śmierci na kimś takim?
- Czego? - zapytała Nina przez zaciśnięte zęby. - Czego pan chce ode mnie?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Nic, czego ty i Jason i tak nie próbowaliście zrobić.
- Czy Jason będzie mi pomagał? - zapytała Nina, zanim zdążyła się powstrzymać.
- Niestety, Jason nie okazał się dla nas tak przydatny, jak możesz być ty. - Mężczyzna z jeszcze większą obojętnością wzruszył ramionami.
- Czyli on...
- Nie żyje? Oczywiście - odparł mężczyzna. - Szybka i skuteczna sprawiedliwość to nasze motto.
Nina miała wrażenie, że wszystko wewnątrz niej rozsypuje się na kawałki. Usta jej zadrżały.
- No już, już - powiedział mężczyzna. - Proszę, tylko bez pokazowej rozpaczy. Zdradził cię, nie pamiętasz? Nie miał oporów, żeby wpakować ci nóż w plecy, kiedy myślał, że może tym ocalić własną skórę. Oczywiście, nic mu to nie dało, ale, jak sądzę, ktoś, kto zdradza własny kraj, bez najmniejszego wahania może zdradzić jedną dziewczynkę.
Nina starała się go nie słuchać, ale to było niemożliwe. Jason ją zdradził, pamiętała jego głos na taśmie, zimny i wyrachowany. Poczuła nowy przypływ gniewu i przyjęła go z ulgą, ponieważ dawał jej siłę.
- Dlaczego uważa pan, że mogę być bardziej przydatna niż on? - zapytała, z całej siły starając się zachować spokój w głosie.
- Nie wiem. Może trudno mi sobie wyobrazić małą dziewczynkę z warkoczykami jako zatwardziałą kryminalistkę? - odparł beztrosko mężczyzna. - Może uważam, że ci, których masz podejść, szybciej zaufają dziewczynce. A może po prostu nie spodobał mi się Jason.
Nina pragnęła wziąć w obronę Jasona, wrzasnąć na tego mężczyznę, że ktoś jemu podobny nie ma prawa twierdzić, że Jason może się nie podobać, ale stawanie w obronie Jasona było ponad jej siły. Musiał przecież wiedzieć, że zdradzając Ninę, skazuje ją na śmierć. Dlaczego to zrobił? Dlaczego sam próbował oszukać Policję Populacyjną?
Nina nie miała czasu na rozpamiętywanie tego typu pytań, ponieważ mężczyzna zaczął znowu mówić, wyjaśniając, czego od niej oczekuje.
- Aresztowaliśmy kilkoro nielegalnych dzieci - powiedział. - Cieni z fałszywymi dowodami tożsamości.
- Mówił pan przedtem, że to niemożliwe, żeby nielegalne dzieci dostały fałszywe dowody tożsamości - przerwała Nina.
- Cóż, nie były dostatecznie dobre. Nie mogą mieć takich, które pozwolą oszukać władze - odparł mężczyzna. - Dlatego właśnie te dzieci zostały złapane, nie zdziwiłbym się, gdyby same sobie zrobiły te dokumenty, ale nie chcą się do tego przyznać. Moim obowiązkiem, jako pracownika Policji Populacyjnej, jest dowiedzieć się, skąd wzięły fałszywe dokumenty, na wypadek gdyby ktoś jeszcze był zamieszany w ten proceder. Chcielibyśmy też wiedzieć, kto przez te wszystkie lata ukrywał nielegalne dzieci. Zostały aresztowane na ulicy i odmówiły podania nazwisk rodziców oraz adresów zamieszkania. Rozumiesz, na czym polega nasz problem? Jeśli natychmiast stracimy te dzieci, inni przestępcy, ci, którzy je ukrywali albo zrobili dla nich fałszywe dokumenty, nigdy nie zostaną złapani. Ale jeśli umieścimy cię w celi razem z nimi, a ty zdobędziesz ich zaufanie i powiedzą ci prawdę, będziesz mogła mi ją powtórzyć, a wtedy pozbędziemy się wszystkich przestępców. Sprawiedliwości stanie się zadość, rozumiesz?
Nina rozumiała doskonale i właśnie dlatego dygotała tak gwałtownie, że nawet jej warkocze się trzęsły.
- A jeśli odmówię? - zapytała. Głos też jej się trząsł.
Mężczyzna uniósł brwi.
- Ośmielasz się w ogóle rozważać taką możliwość? - zagrzmiał. - Jeśli odmówisz, dołączysz do swojego wspaniałego przyjaciela Jasona. Umrzesz.
Kanapka, która kilka minut temu tak bardzo smakowała Ninie, teraz przewracała się w jej żołądku. Jak mogła się zgodzić na to, co proponował ten mężczyzna?
Ale jak mogła się nie zgodzić i pozwolić, żeby ją stracono?
Jason ją zdradził, przyjaciółki jej nie broniły - porządek świata był taki, że każdy troszczył się tylko o siebie.
- Dlaczego któreś z tych cieni miałoby mi w ogóle zaufać? - zapytała.
- Ponieważ będą myślały, że także jesteś pojawem - wyjaśnił mężczyzna. - Z pewnością świetnie umiesz to udawać.
No jasne, umiałabym - pomyślała Nina. - Ale jak mogłabym żyć ze świadomością, że te dzieci mi zaufały, a ja je potem zdradziłam?
Mężczyzna wstał już i otrzepał okruchy ze spodni.
- Czyli postanowione - powiedział, jakby rozmowa była zakończona, a Nina zgodziła się na współpracę. - Rano przeniesiemy cię do ich celi.
Odwrócił się i ruszył powoli do drzwi. Miała wrażenie, że dobrych pięć minut zajęło mu wyjęcie klucza, włożenie go w zamek i przekręcenie, żeby drzwi się otworzyły. Nina powtarzała sobie, że powinna za nim krzyknąć: "Proszę zaczekać! Nie zrobię tego! Prędzej umrę, niż będę pracować dla Policji Populacyjnej! Ja także jestem pojawem, nazywam się Elodie i jestem z tego dumna...". Ale nie była w stanie otworzyć ust i poruszyć językiem.
Wreszcie mężczyzna znalazł się za drzwiami, nacisnął wyłącznik i cela pogrążyła się z powrotem w ciemnościach. Usłyszała jego kroki odbijające się echem w korytarzu - samotny dźwięk w ponurym więzieniu.
Teraz to miejsce odpowiednie dla mnie - pomyślała Nina. - Jestem zdrajczynią, jestem zła.
ROZDZIAŁPIĄTY
Nina zjadła chleb. Była zniesmaczona samą sobą, tym, że wyzbierała wszystkie okruchy i pożarła robaczywe jabłko razem z ogryzkiem. Powinna tęsknić za Jasonem, szlochając bezustannie, jak jakaś nieszczęsna porzucona bohaterka książki cioci Zenki. Ale nie miała już złamanego serca, była wściekła, a jedzenie dało jej więcej energii, żeby się złościć.
- Byłam faktycznie Ninią Idiotką - mruknęła. - Zasłużyłam na to imię.
Jak on mógł? Jak Jason mógł stać w świetle księżyca wieczór za wieczorem, z taką miłością patrząc jej w oczy, a potem odwrócić się na pięcie i zrobić coś takiego? Czy planował ją zdradzić już miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy wyszeptał jej do ucha: "Może powiemy innym, żeby już wracali, a my jeszcze zostaniemy? Będziemy mieć chwilę tylko dla siebie". Potem trzymał ją za rękę, całował jej szyję, a Nina czuła, że cała słabnie. Nawet teraz pamiętała jeszcze dotyk jego ręki na swojej dłoni, jego ust przyciśniętych do jej ust. Przypominała sobie po wiele razy każdy dotyk i pocałunek, a w uszach dalej brzmiał jego szept: "Kocham cię".
Ale nie kochał jej; powiedział Policji Populacyjnej, że zrobiła coś złego, i teraz miała zostać za to zabita.
Wypluła pestkę jabłka tak gwałtownie, że odbiła się od podłogi.
Przez Jasona zrobiła z siebie kompletną kretynkę. Pamiętała doskonale wszystkie te spotkania w lesie, kiedy patrzyła na niego z uwielbieniem i gadała głupoty, flirtując. Pamiętała też ten raz, kiedy nowy chłopak, Lee Grant, zaczął wychodzić na zewnątrz, a Jason opowiadał mu o pikiecie prowadzonej przez Jen Talbot w obronie praw trzecich dzieci. Nina nie była wtedy w stanie włączyć się do rozmowy inaczej, niż potakując Jasonowi: "Właśnie, pikieta...". Nie potrafiła powiedzieć niczego inteligentnego, ponieważ tak właściwie nie słuchała rozmowy, patrzyła tylko na przystojny profil Jasona widoczny w przyćmionym świetle i podziwiała doskonały kształt jego nosa.
Idiotka.
Nawet wcześniej, zanim ona i Jason po raz pierwszy się pocałowali, flirtowała z nim w inny sposób, zadzierając nosa i nabijając się z chłopców. "No, to typowe dla chłopaków!", powtarzała chyba setki razy z głupkowatym uśmiechem na twarzy i czuła się, jakby grała w jednym z seriali oglądanych przez ciocię Zenkę. Potrzebowała tylko sukni balowej i malutkiego składanego wachlarza, którym mogłaby trzepotać za każdym razem, kiedy powiedziałaby coś szczególnie pretensjonalnego.
Absurdalne. Tak właśnie teraz wyglądała - absurdalnie. Jak mogła zapomnieć, że jest niezgrabną trzynastolatką z mysimi warkoczykami zwisającymi po obu stronach twarzy? Nawet gdyby miała na sobie suknię balową i trzymała składany wachlarz, wyglądałaby po prostu głupio.
Nic dziwnego, że Jason ją zdradził. Nic dziwnego, że Sally i Bonner odsuwały się od niej w lesie, jakby nie chciały, żeby je razem widziano.
Nina miała ochotę znowu się rozpłakać, ale łzy nie chciały jej napłynąć do oczu. Miała wrażenie, jakby jej serce zamieniło się w kamień. Wszystko wokół było zimne, twarde i bezlitosne: betonowe ściany, cementowa podłoga, żelazne pręty w drzwiach. Myślała, że zdoła otulić się wspomnieniami o tym, jak była kochana - przez Jasona, przez przyjaciółki w Harlow, przez babcię i ciotki. Ale miłość Jasona okazała się fałszywa, przyjaciółki nie stanęły w jej obronie, a babcia i ciotki były tak daleko i rozstała się z nim tak dawno, że miała wrażenie, iż kochały zupełnie inną małą dziewczynkę. Jakąś maleńką Elodie, którą Nina ledwie pamiętała.
Zasnęła z suchymi oczami i skamieniałym sercem, zimna jak wszystko inne w więzieniu.