Dziady i dybuki - Jarosław Kurski

Kup ebooka

44.99 zł
40.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 

Rodzicom

 
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mama. Raz tylko dotknąłem jej najczulszego nerwu, wprowadzając ją w stan paraliżu i wyzwalając w niej falę panicznego strachu. Zrobiłem to niechcący, jeszcze nie rozumiejąc, że przez ten krótki moment widziałem ją taką, jaka była naprawdę. Zwykle beztroska, spóźniająca się, dygresyjna i skłonna do wzruszeń - siedziała teraz przede mną blada, racjonalnie świadoma całej grozy, na jaką ją narażam. Nie ją jedną tylko.

- Nie rozumiesz, nie wiesz, co robisz. Nie wiesz, jaki los szykujesz sobie. Jaki los szykujesz jemu - wskazała na leżące w becie niemowlę, mego syna.

- Ależ mamo, na Boga, o co ci chodzi, to tylko jedno niewinne zdanie...

Dopadło ją fatum, ręce jej drżały, drżał głos, zbladła. Była jak płowa zwierzyna złapana we wnyki, która im bardziej próbuje się wyrwać, tym większy zadaje sobie ból.

* * *

Luty 1991 roku. Lech Wałęsa już od niemal trzech miesięcy był prezydentem Polski. W małej kuchni mieszkania w pogierkowskim bloku w dolnym Wrzeszczu, przy ulicy Bohomolca, właśnie kończyłem książkę o Lechu. Wodza wystukiwałem na walizkowej maszynie do pisania ustawionej na małym kuchennym stole tuż koło zlewozmywaka. Był to właściwie reportaż z frontu "wojny na górze". Tak Lech określił to, co sam wywołał - przedwczesny i fatalny podział obozu "Solidarności". Rozpadały się przyjaźnie, pękały lojalności, tworzyły się frakcje. Nie był to dobry czas dla nazbyt naiwnych i nazbyt idealistycznych młodzieńców. Zaczęła się bezpardonowa walka, uwolniony dżin władzy rozpalał głowy, popychał do intryg i wyścigu o dostęp do ucha Lecha.

Jako jego rzecznik prasowy wszystko to obserwowałem z bliska. Nierzadko ze zbrzydzeniem. W ciągu kilku miesięcy rządów premiera Tadeusza Mazowieckiego Lech ze współtwórcy i obrońcy pierwszego niekomunistycznego gabinetu stał się głównym atakującym. Dynamika zdarzeń był taka, że u innego Lecha zaczynałem robotę, a u innego pracowałem. Nie podzielałem wyborów politycznych mojego szefa, co mnie oczywiście dyskwalifikowało jako jego rzecznika. Na cynizm i mimikrę nie chciałem i nie umiałem się zdobyć. Postanowiłem zrobić jedyną możliwą w tych warunkach rzecz - powiedzieć Lechowi uczciwie, co o tym wszystkim sądzę, i podać się do dymisji. Odszedłem w lipcu 1990 roku. Właśnie skończyłem 27 lat. Ale - jak w starym dowcipie - niesmak pozostał...

Wódz - widzę to po latach - był autoterapią, rodzajem katharsis. Unikając niedyskrecji, czułem potrzebę opisania zbiorowej psychologii tamtej fatalnej historycznej chwili, co było moim małym wkładem w polską prozopografię, czyli w to, co Encyklopedia Britannica nazywa "namieryzmem". Wpływ grup społecznych, środowisk, lobby na politykę, a tym samym - na historię. Rzecz jasna, jak Molierowski pan Jourdain nie miałem wówczas pojęcia o istnieniu prozopografii ani namieryzmu. Nie przeszkadzało mi to jednak pisać prozą.

Opisałem w książce scenę, która rozegrała się w rządowym samolocie. Trwała już "wojna na górze". W tym pełnym złych namiętności czasie tylko prof. Bronisław Geremek - ratując swoją iluzję solidarności robotników i inteligentów z sierpnia 1980 roku, prometejskie marzenie Zygmunta Krasińskiego: "Jeden tylko, jeden cud/ z Szlachtą polską - polski Lud" - chciał i potrafił jeszcze rozmawiać z ogarniętym ambicją władzy Lechem.

W nuncjaturze apostolskiej w Warszawie odbywało się 5 czerwca 1990 roku spotkanie z kard. Agostino Casarolim. Po Lecha do Gdańska wysłano samolot z Warszawy.

Gdy weszliśmy na pokład, w salonce czekał już profesor, który postanowił wykorzystać godzinny lot do stolicy na spokojną rozmowę. Surrealistyczna to była scena. Lech siedział rozparty w fotelu, na stoliku leżała sterta zaadresowanych do niego listów, które Lech zawzięcie jeden po drugim otwierał długim kuchennym nożem. Profesor lekkim dyszkantem tłumaczył, dzielnie próbując bronić Lecha przed nim samym:

- Panie Lechu, nie powinien pan mówić o inteligentach "jajogłowi" - to ich obraża. Stoi pan na czele demokratycznego ruchu "Solidarności", który unieważnia wszelkie podziały na inteligentów i nieinteligentów, na robotników i nierobotników... - mówił to człowiek, który dziesięć lat wcześniej wraz z Tadeuszem Mazowieckim przywiózł do Stoczni Gdańskiej list poparcia intelektualistów dla strajkujących robotników.

W 1980 roku Geremek przestał pisać średniowieczną historię, zarzucił pracę habilitacyjną i zaczął historię współtworzyć - współczesną. To w stoczni nastąpiło zauroczenie Lechem, zadzierzgnęła się przyjaźń intelektualisty z robotnikiem. (O tym, że robotnika z intelektualistą, miało się dopiero okazać po tragicznej śmierci prof. Geremka. Dodzwoniłem się wtedy do Lecha bodaj jako jeden z pierwszych dziennikarzy. Wałęsa był rozdygotany: - Mógł być premierem, prezydentem, tylko że ja w sprawie Geremka nie mogłem się z tymi "prawdziwymi Polakami" porozumieć. Jestem dumny, że był moim przyjacielem - zakończył).

Tym razem - w samolocie do Warszawy - Lech na uwagi profesora odpowiadał wesołkowatą zaczepnością i złośliwościami, co rusz próbując, na ile jeszcze może sobie pozwolić.

- Pan przewodniczący najadł się dzisiaj szaleju - powiedział zdesperowany Geremek.

Nastąpiła chwila krępującego milczenia.

- Już dawno mnie ostrzegano - cedził teraz Lech, rozcinając kolejne koperty - żebym się nie zadawał z Żydami. Żydzi zawsze coś knują i stawiają na swoim.

- Panie Lechu, niechże pan przestanie. Nie może pan tak mówić, zwłaszcza w Polsce, która jest jednym wielkim żydowskim cmentarzem. Nie ma już polskich Żydów. Niewielu przeżyło, a i tak większość wyjechała. A ci, którzy nie wyjechali, zostali w 1968 roku z Polski przez komunistów wyrzuceni, więc właściwie o czym pan, panie Lechu, mówi?

Spotkanie Solidarności Polsko-Czechosłowackiej na Przełęczy Karkonoskiej. Za stołem siedzą od prawej: Václav Havel, Andrzej S. Jagodziński, Jan Stachowski, Lech Wałęsa, autor. Za Lechem stoi Bronisław Geremek, 17 marca 1990 r. Fot. Wojciech Milewski.

 

- Nie ma, nie ma, ale są. Dlaczego Żydzi w rządzie Mazowieckiego nie chcą się ujawniać? Gdybym ja był Żydem, tobym był z tego dumny, ale ja nie jestem. A oni się wstydzą? Czego oni się wstydzą?

* * *

Gdy dziś wspominam tamten dialog, robi na mnie większe wrażenie niż wówczas. Wtedy czytałem to jak zwykłą polityczną sprzeczkę, gdzie argument "Żydzi versus nie-Żydzi" był moralnie obojętny. Teraz dopiero dostrzegam, jak głęboko ugodzony słowami Lecha musiał być człowiek, który jako dziecko nielegalnie przekraczał granice getta, widział okropieństwa śmierci głodowej, sam przeżył Holocaust, choć nie przeżył już jego ojciec, a brat w ostatniej chwili uniknął transportu do Treblinki. Jak samotny musiał się czuć w tej salonce. Nie pojmowałem wówczas ani emocjonalnego, ani moralnego wymiaru tamtej chwili. Oto zetknęły się dwa nieprzenikające się światy, dwie wrażliwości, które się nie spotykają albo zgoła spotkać nie mogą.

W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego. Te światy nigdy albo bardzo rzadko się przenikały. Przekonują mnie o tym strzępki warszawskich, okupacyjnych wspomnień ojca. O młodej parze współlokatorów, których nikt nigdy nie widywał. Mieszkali w salonie za wielkimi zasuwanymi drzwiami, a na podwórko wychodzili tylko nocą. Pewnego dnia już ich nie było. Zniknęli, wyczuwając zapewne instynktem tropionego zwierzęcia, że dłużej tu przebywać jest niebezpiecznie. Pozostał po nich zapluskwiony pokój, do którego zaraz z wapnem, chlorem i wszelkimi dymami wkroczyła babcia. Zrywanie tapet, palenie szmat. Dezynfekcja. I choć ci młodzi Żydzi o inteligentnych twarzach w niczym nie przypominali tych z plakatów "Żydzi - tyfus plamisty", to ostrożności nigdy za wiele. Do nowego pokoju szybko wtargnęło młode życie - mój ojciec ze swoją młodszą siostrą.

Tata dziewięciolatek nosił jedzenie ukrywającemu się na strychu chłopcu. Dyskretnie i tylko nocą. Ale pewnego razu chłopca już nie było. Nie wiadomo, czy dlatego, że wiedział, iż trzeba uciekać, czy też dlatego, że nie zdążył o tym pomyśleć.

Zresztą kamienica przy Piusa 7 kryła wiele sekretów, które ujawniły się w dzień wybuchu powstania 1 sierpnia 1944 roku, gdy Żydzi ostrożnie zaczęli wychodzić z kryjówek. Im bliżej było do kapitulacji, tym większa wśród nich narastała nerwowość. Polacy w asyście niemieckiej straży mogli opuścić Warszawę i ewakuować się do Pruszkowa, przechodząc przez kontrolę koło politechniki. Żydzi nie mogli.

Mając dziesięć lat, ojciec pasjami zwiedzał stolicę, stojąc obok motorniczego tramwaju z lewej jego strony. Było tam dość miejsca akurat dla dziesięciolatka. Po lewej, bo po prawej stronie nie byłoby to możliwe. Tę przestrzeń zajmowała wielka korba hamulcowa, którą motorniczy co chwila obracał, a to zaciągając, a to zwalniając hamulec.

Trasa ojca zaczynała się w Alejach Ujazdowskich lub przy Marszałkowskiej i zwykle wiodła na Bielany, dokąd jechało się przez getto. Na placu Krasińskich, tuż przed wjazdem na teren getta, niemieccy żołnierze wskakiwali na schody przedniej i tylnej platformy pojazdu, a po przejechaniu dzielnicy głodu, tyfusu i śmierci wyskakiwali, by wskoczyć do tramwaju jadącego z przeciwka. W ten sposób dwóch, maksymalnie czterech żołnierzy efektywnie oddzielało świat aryjski, w którym pulsowało życie, od skazanego na zagładę świata żydowskiego, w którym rządziła śmierć.

Tramwaj jechał z powolnym dostojeństwem. Bonifraterska była zalana ludzką masą. Motorniczy nieustannie dzwonił, a otępiali, snujący się bez celu jak zombi z obojętnością się rozstępowali, by przepuścić ów galeon przypływający z innego świata, za którego rufą morze zaraz zasklepiało się lepką, mętną ludzką falą pochłaniającą kilwater okrętu - dwie srebrne nitki torów.

Jednak po zamachu na szefa policji Franza Kutscherę administracja miasta zaostrzyła przepisy przewozowe i przednia część wagonu motorowego dostępna była już tylko dla Niemców. Skończyły się więc wędrówki ojca po Warszawie. Została tylko pamięć o każdej zwrotnicy, rozjeździe czy pętli.

Ulica Leszno przy Solnej. Getto warszawskie. Widok w kierunku wschodnim, między 1941 a 1942 r. Fot. domena publiczna.

Pierzeja domów nr 9, 11 i narożny 13 "Pod Orłem Białym" przy ul. Tłomackie. Rodzinne gniazdo Bernsteinów. Tu urodziła się babcia Teodora. Na pierwszym planie studnia, tzw. Gruba Kaśka. W głębi rumowisko wysadzonej synagogi reformowanej. Stoi tylko nietknięta menora, 1943 r. Fot. Laski Diffusion/East News.

 

Po spaleniu getta przywrócono komunikację tramwajową. Nie było już żołnierzy. Galeon sunął teraz z pełnym wiatrem, bez żadnych nawigacyjnych przeszkód. Sunął przez pofalowane morze ruin. "Żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć" - jak z dumą 6 maja 1943 roku raportował Adolfowi Hitlerowi Jürgen Stroop. Zakończeniem całej operacji było wysadzenie reformowanej Wielkiej Synagogi.

O dziwo, stała jeszcze przez chwilę przy ulicy Tłomackie cała zachodnia pierzeja domów, łącznie z numerem 13, narożnym XIX-wiecznym Domem "Pod Orłem Białym" należącym niegdyś do Jakuba Chaima Bernsteina i Balbiny Wilner. W domu tym wychowało się ich trzynaścioro dzieci, potomków wileńskiego Gaona. Jednak ta chwila trwała naprawdę krótko. Niebawem nad morzem ruin wznosiła się tylko nienaruszona sztormem jak latarnia morska wieża katolickiego kościoła pod wezwaniem św. Augustyna.

A jeszcze w Wielkanoc 1943 roku nad gettem kłębiły się kolumny tłustych dymów. Przystawali przechodnie, tworzyły się grupki gapiów. Tata pamięta spontaniczne komentarze: - Wszy! Wszy się palą! - wycedził warszawski cwaniaczek, spoglądając na sadze unoszące się jak latawce z kart spalonych hebrajskich książek. Dwa nieprzenikające się światy.

Ojciec sporo opowiadał o wojnie, o powstaniu warszawskim, o tłumie mieszkańców pędzonych przed czołgiem w pierwszych dniach powstania, zanim jeszcze stanęła barykada przy Piusa 5. Opowiadał o zamachu na Kutscherę, którego skutki widział na własne dziecięce oczy.

W kilka dni po zamachu był świadkiem zdarzenia, o którym po raz pierwszy opowiedział mi zupełnie niedawno. To było opodal domu, na rogu Kruczej i Pięknej. Po ulicy z obojętną rezygnacją błąkał się wychudzony Żyd o pociągłej twarzy i wielkich od głodu, ciemnych oczach, ubrany w opinającą letnią marynarkę, stanowczo zbyt lekką jak na pogodę i porę roku.

Nikt nie miał wątpliwości, co zaszło. Musiał nagle opuścić kryjówkę. Tak jak stał. Wiedział to także przechodzący po cywilnemu Niemiec, który ów kłujący w oczy estetyczny zgrzyt w aryjskim pejzażu postanowił zlikwidować. Z rutyną i bez podniecenia (wszak sprzątanie śmieci nie jest czynnością ekscytującą) wyjął zza pazuchy pistolet i wystrzelił. Pozbawione tchnienia ciało, które przez długie lata okupacji nosiło w sobie nadzieję przetrwania, leżało teraz martwe na chodniku jak kłoda w rzece obmywana nurtem spieszących się ludzi. Porządek musi być. Niemiec poszedł do pobliskiej restauracji zadzwonić po stosowne służby miejskie, by uprzątnęły trupa. Tymczasem dzieci z pobliskich podwórek, w tym tata, rozegrały nad zwłokami - nim zniknie atrakcja - grę w berka.

Jednak dziś najbardziej przejmująca w swej prostocie wydaje mi się opowieść o piesku pekińczyku, Czangusiu, którego przyprowadził na przechowanie polski pośrednik zarabiający na handlu z gettem. Babcia Wanda, samotna oficerska żona z dwójką małych dzieci, miała dość swoich zmartwień, ale po krótkich targach psa wzięła.

Czanguś był pogodnym pieskiem, który na wojnę i dramaty ludzi patrzył z psim dystansem.

- Bezpiecznie doczekał kapitulacji Niemiec, a nawet śmierci Stalina. Dożył pierwszych oznak odwilży i dopiero zdechł. Bardzo z nim byliśmy zżyci - opowiadał ojciec.

- A co się stało z prawowitym właścicielem Czangusia, który opłacił pośrednika, bo chciał uratować ukochanego psiaka. Jak on przeżył? - zapytałem, naiwne dziecko, gdy po raz pierwszy usłyszałem opowieść o Czangusiu.

Ul. Marszałkowska. Ojciec z siostrą Marią (ciocią Dzidką) i swoją mamą, a moją babcią Wandą Kurską z d. Adamską. W tle granatowy policjant, Warszawa, lato 1943 r. (archiwum rodzinne).

 

- Zapewne jak większość mieszkańców pojechał do Treblinki - odpowiedział ojciec.

Co innego Czanguś przyjęty przez dzieci z otwartymi ramionami. Psu zdecydowanie łatwiej było przeżyć niż Żydowi. Pies miał dobry pieski wygląd. Był lepszej rasy niż jego właściciel. Pies wyglądał jak rasowy pekińczyk, a Żyd wyglądał jak rasowy Żyd z getta. Banalny tragizm.

Dwa nieprzenikające się światy.

* * *

Ale wiosną 1990 roku Żydzi to nie był żaden temat. Równie dobrze zamiast o Żydów Lech mógłby, lecąc z profesorem rządowym samolotem, droczyć się o brunetów. Przecież nie był uprzedzony do brunetów i nie był też antysemitą. Atakował "Żydami", bo wiedział, że to zaboli Bronisława Geremka.

Jednak temat Żydów w kampanii wyborczej wypłynął. Lech, sam z ludu, czuł lud polski i wiedział, że w Polsce zawsze coś się na tym ugra. Utwierdzały go w tym pytania w rodzaju: - Kiedy wreszcie przestaną w Polsce rządzić Żydzi? - które powtarzały się na każdym niemal mityngu.

Nasycony zwycięstwem - już jako prezydent elekt - Lech zadzwonił do profesora jakby nigdy nic:

- Panie Bronku, pierwszy telefon wykonuję do pana, zapraszam pana do Belwederu!

- Ależ panie Lechu, po tym wszystkim, co pan opowiadał w czasie kampanii?

- Ale panie Bronku, przecież ja tak nie myślałem, ja tak tylko mówiłem... - relacjonował potem z gorzkim uśmiechem prof. Geremek, metodycznie napychając tytoń do fajki.

Ale wtedy w samolocie miał powody do obaw. W nuncjaturze czekał na Wałęsę tłum dziennikarzy, gdyby tylko Lech powtórzył choć jedno słowo z samolotu, byłoby krucho i dla Lecha, i dla transformującej się Polski.

Milczący dotąd, wobec kłopotliwej chwili ciszy, odważyłem się włączyć do rozmowy: - Lechu, przecież wiesz - zacząłem nieśmiało - że w Polsce prawie każdemu można wytknąć jakieś niepolskie pochodzenie, o każdym niemal można powiedzieć, że jest "Żydem". To się przez stulecia mieszało. Każdy kogoś zna, o kimś słyszał, kogoś ma. Ludzie plotkują. Twoje słowa mogą dotknąć wiele także dobrze życzących ci osób. Pamiętasz moją mamę, z którą za pierwszej "Solidarności" w zarządzie regionu darłeś koty, bo należała do "gwiazdozbioru"[1]. O niej też ludzie mówili, i sam tak zresztą uważałeś, że jest Żydówką...

* * *

Książka o Wałęsie była już na ukończeniu, więc dałem mamie do przeczytania maszynopis. W nocy obudziło mnie natarczywe walenie do drzwi. Stała zdyszana, na drugie piętro wbiegła prosto z taksówki.

- Jezusie Nazareński, co się stało, mamo? Jest trzecia nad ranem, sąsiadów pobudzisz.

Bez słowa wpadła do pokoju z maszynopisem pod pachą. Nie rozpięła nawet zimowego płaszcza. Zamaszyście odwróciła jedyne krzesło zza biurka. Siadła. Była jak skała.

- Ja stąd nie wyjdę! Ja stąd nie wyjdę - powtórzyła - dopóki mi nie przysięgniesz, tak, przy-sięg-niesz - wycedziła - że to wykreślisz.

- Co, na Boga, mam wykreślić? - mamrotałem niewybudzony.

- To! - wskazała zdanie: "o mojej mamie ludzie mówili, i sam tak zresztą, Lechu, uważałeś, że jest Żydówką...".

- Ja nie jestem żadną Żydówką. Ja jestem Polką! Polką! Polką! - krzyczała rozpaczliwie.

- No oczywiście, że jesteś Polką. Nikt tego nie kwestionuje, co nie zmienia faktu, że zwolennicy Wałęsy, żeby ci dopiec i cię zdyskredytować, szemrali, żeś Żydówka.

- Przestań takie rzeczy opowiadać! Ty nic nie rozumiesz.

- Czego ja nie rozumiem? Co tu jest do rozumienia?

Zamilkła. Spojrzała tragicznie i boleśnie ścisnęła moje ramię.

- Ty nie wiesz, o czym mówisz. Ty nie wiesz, co robisz. Nie przeżyłeś. Nie widziałeś. Ty nie wiesz, jaki w Polsce jest antysemityzm!

Zapadło milczenie. Powiedziała to w taki sposób, że już nie chciałem dyskutować. Rzeczywiście, nic nie rozumiałem, ale poczułem, że to ona ma rację. Zobaczyłem mamę w całej jej naznaczonej tragizmem prawdzie. Nagle odwróciły się znaki. Temat nieistotny stał się istotny. Temat anegdotyczny przestał być anegdotą. To, co było zabawne, przestało być śmieszne. Przemówiło tabu.

- Dobrze, mamo, wykreślę.

Oczywiście, to mama miała rację. Nie wiedziałem, o czym mówię. Nie wiedziałem, co robię. Nie przeżyłem. Nie widziałem. Nie miałem pojęcia, "jaki w Polsce jest antysemityzm".

W 27. roku życia, sam już będąc ojcem, zdałem sobie sprawę, że niewiele wiem o swojej matce. Albo raczej, że to, co wiem, to tylko część wygodnej dla niej prawdy, która miała osłonić prawdę niechcianą, godną tylko wyparcia i zapomnienia. To znaczy, że prawda - jeśli w ogóle istnieje - jest inna niż ta, w której wyrastałem. A zatem żyłem w zaprojektowanym przez mamę kostiumowym teatrze, w repozytorium pełnym patriotycznych artefaktów, legend i przemilczeń, jak to w teatrze. W kłamstwie z miłości. Żeby oszczędzić sobie, mnie, moim dzieciom strachu i upokorzeń. By nie spotkało nas to, co spotykało ją, jej siostrę, ich matkę, dziadków i pradziadków. Nie, nie, nie!

O rodzinie swego ojca Tadeusza Modzelewskiego, szlachcica bez ziemi i majątku, ale za to z herbem, wiedziała wszystko do siódmego pokolenia. O rodzinie swojej matki - Teodory Modzelewskiej z domu Niemirowskiej - albo kłamała, albo swą wiedzę wypierała. Przy czym jej milczenie było świadome, ale nie zawinione.

Przyznać trzeba, że i moja babcia starannie wymazywała z historii rodziny wszystko, co mogłoby być przeszkodą w staniu się Polakami. Robiła to konsekwentnie, pogardzając jednak ckliwymi ziemiańskimi wspominkami o "polskich Kresach" i majątkach tam pozostawionych. - Co było, to było, teraz jest, jak jest - powtarzała po wojnie. Babcia więc nie mówiła. Mama nie pytała. Wnuki nie wiedziały już nic. Babcia zmarła, gdy miałem sześć lat.

Od tamtej rozmowy zacząłem drążyć temat przy każdej okazji, łapać pogubione wątki, wyszukiwać rodzinne parantele. Zaczęły się wykopaliska.

Po wielekroć wracałem do jej wspomnień z dzieciństwa. Jej lęk, jakieś strzępki opowieści - wszystko to, czego nie chciała pamiętać i nie chciała mi powiedzieć, a w końcu mówiła, stawało się z każdym rokiem coraz ważniejszą częścią mojej tożsamości. Odkształcała się matczyna projekcja rodzinnych losów, powracały proporcje, wpadały brakujące puzzle. Odsłaniały się jedna po drugiej archeologiczne warstwy. Historia się dopełniała i stawała logiczna. Szybko okazało się, że moja ciekawość sprawiła, iż o rodzinie babci ze strony matki wiedziałem daleko więcej niż ona. Nie musiała już opowiadać. Ale rozdarta między wstydem a ciekawością słuchała.

- No opowiedz, Jaruś, coś tam wykopał - mówiła, gdy pokazywałem jej jakąś nową zdobycz, źródło, cytat, zdjęcie, drzewo genealogiczne. Odcisk palca w wypalonej glinie./ Odprysk złota w popiele ogniska[2].

A wszystko, co mówiłem, cegiełka po cegiełce dekonstruowało wielki asymilatorski wysiłek podjęty przez rodzinę mamy. Czy mam prawo zaprzeczać ich wyborom i niweczyć wysiłek co najmniej trzech pokoleń?

 

Na kolanach przez dni i tygodnie

Przed nikomu nie znanym świętym

Upieramy się nadal łagodnie

Że nie gruzy to, lecz - fundamenty[3].

 

Przecież w całej tej asymilacji chodziło o to w końcu, by stać się Polakami. By porzucić żydostwo i zatrzeć po nim wszelkie ślady. I to się w trzecim pokoleniu udało. Moi pradziadkowie brali ślub pod chupą, ale mama, moja kochana mama, tak bardzo utożsamiła się z polskością i tak głęboko wypierała swe pochodzenie, że o Żydach nawet nie chciała słuchać.

Ja zaś osuwać się zacząłem w otchłań kwestii żydowskiej w Polsce. To, co było dotąd częścią studiowanej przez szkiełko i oko powszechnej historii znanej jako zagłada narodu żydowskiego, nagle stało się sprawą osobistą, doświadczeniem rodzinnym. Antysemityzm ludzi poczciwych, te wszystkie dykteryjki, klisze i dowcipasy, obrazki z Żydem i pieniążkiem, "bo Żydzi zabili Chrystusa", "bo budowali bramy triumfalne dla Sowietów", bo "Żydóweczki, ha, ha, mają inaczej", bo chytrzy są i podstępni - cały ten antysemityzm poczciwców w kraju bez Żydów wylewający się z internetowych forów, z e-maili i listów, gadanie w państwowej telewizji o parchach i roszczeniach żydowskich, te "karne kadry ducha czynu" - to wszystko przestało być neutralną częścią ludowego folkloru miejskiego i wiejskiego. To wszystko było już o czymś i przestawało być obojętne.

Zacząłem coś przebąkiwać, że tyle tu ciekawych wątków, tyle zderzeń i paradoksów, że może warto o tym napisać.

- Możesz napisać, ale po mojej śmierci. Nie wcześniej. Obiecujesz?

- Obiecuję.

Mama zmarła sześć lat temu.

 

Czas odemknąć drzwi kaplicy.

Zapalcie lampy i świécy.

Przeszła północ, kogut pieje,

Skończona straszna ofiara,

Czas przypomnieć ojców dzieje[4].

ROZDZIAŁ DRUGI

"Aleja Szkarłatnych Dębów" - tak właściwie powinna się nazywać nasza ulica, jeśli miałoby to odpowiadać prawdzie. Nie wiem, dlaczego władze Wolnego Miasta Gdańska postanowiły obsadzić nowo wytyczoną aleję drzewami pochodzącymi ze wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Jesienią liście mieniły się żółcią i czerwienią, a przy najlżejszym powiewie wiatru żołędzie spadały na przechodniów gęstym gradem. Zbieraliśmy je do worków na buty i nieśliśmy do szkoły na karmę dla zwierząt w oliwskim zoo.

Mimo że rozłożyste gałęzie zaglądały do okien, zacieniając dom, to nasza kamienica mieściła się nie przy alei Szkarłatnych Dębów, ale - ku czci naszego oręża - przy alei Wojska Polskiego. Przed wojną zaś Friedrich Allee w dzielnicy Langfuhr głosiła chwałę oświeconego monarchy, ojca pruskiego militaryzmu, króla Fryderyka Wielkiego, architekta pierwszego rozbioru Polski. Władcy bez litości dla słabych. Langfuhr po 1945 roku stał się starosłowiańskim Wrzeszczem (od rosnących tu niegdyś wrzosowisk), tak by żaden dawny mieszkaniec Langfuhru nie był w stanie wymówić jego nowej nazwy.

Nasz dom był jednopiętrową czynszówką o spadzistym dachu krytym ceglaną dachówką. Nie pysznił się już gdańską secesyjną ornamentyką. Na klatce schodowej numeru 14 nie połyskiwały w słońcu roślinne motywy witraży w stylu art déco, a poręcze, owszem, były wyprofilowane, ale bez najmniejszego barokowego naddatku. Tyle było w nich piękna, ile wymagał tego pragmatyzm i komfort mieszkańców, którzy wprowadzili się tu w 1927 roku.

Al. Wojska Polskiego we Wrzeszczu, wcześniej Friedrich Allee w dzielnicy Langfuhr, 1964 r. W wózku - jak mawiał dziadek Longin - "ciemna masa", czyli ja. Fot. Witold Kurski (archiwum rodzinne).

 

Nie był to jeszcze modernizm, który rozsiadł się w tym czasie w sąsiedniej polskiej Gdyni. Nowoczesna jak na lata 20. XX wieku czynszowa kamienica na każdym kroku drwiła z gomułkowskiej i gierkowskiej klechdy o odwiecznej polskości Gdańska. Gdy wracałem do domu, klucz wkładałem do niemieckiego zamka, otwierałem skrzynkę na listy z napisem "Briefe", myłem ręce pod kranem z porcelanowymi pokrętłami "kalt", "warm". Nawet zwykły zawór do kaloryfera straszył owym "kalt", "warm", które to słowa siedmiolatkowi obracały wniwecz pierwsze próby łączenia liter w wyrazy. Za diabła nie wychodziło z tego nic znajomego. Najwyraźniej uczyli mnie złych liter.

W mieszkaniu znajdowały się nieznane moim kolegom z bloków pomieszczenia: służbówka, spiżarnia czy weranda. Kuchnię zajmował opasły piec kaflowy oraz krzyk nowoczesności wczesnych lat 30. - gazowa kuchenka Junkers. Wodę do kąpieli podgrzewał - również junkersowski - piec gazowy, który w połowie lat 70., niczym zdezelowany parowóz, zaczął sypać sadzą i tryskać na boki wrzącą wodą. Mój brat przypominał bardziej strudzonego maszynistę niż wykąpane dziecko. Wówczas mama powiedziała: - Dość! - Tato, ze złamanym sercem oglądając każdą śrubkę, przystąpił do demontażu tego cudu techniki.

Z domu zniknęły więc junkersy i kaflowy piec. Elegancję mosiężnych wykończeń zastąpiła siermiężność emaliowanych wytworów peerelowskiego przemysłu lekkiego, a kamienną posadzkę w kuchni przykryły płytki z PCV, ostatni krzyk ówczesnej mody i przejaw społecznego statusu należnego pracownikowi naukowemu Politechniki Gdańskiej oraz sędzi sądu rejonowego.

A więc nawet dziecko nie mogło nie dostrzec rażącej niezgodności między duchem mieszkających tu ludzi a duchem miejsca. Nasza wąsata sarmackość pasowała jak siodło do krowy do krzyżackich budowli, holenderskiego manieryzmu, do monumentalnej architektury pruskich gmachów publicznych. Fundamenty z łupanego granitu, klinkierowa cegła spajana nienaganną fugą, bazaltowe i granitowe bruki, niedostatek fantazji i nadmiar pruskiej solidności, ów Ordnung sprawiał, że mama - tak jak wielu nowych gdańszczan - nigdy nie poczuła się tu u siebie. To było dla niej obce, niemieckie miasto. Nie lubiła Gdańska, choć spędziła tu prawie całe życie i mieszkała do śmierci. Kochała za to Gdynię, "polską Gdynię nad polskim morzem" - jak często powtarzała. Ale wszystko, co jako dziecko bezwarunkowo kochała, zostawiła w Koszyłowcach w powiecie zaleszczyckim we wschodniej Galicji na Podolu.

* * *

Inna sprawa, że nie rozumiałem tych zachwytów ojca nad pokrytym falistą blachą piecem gazowym Junkers, który kojarzył mi się raczej ze wspaniałym trójsilnikowym samolotem wielozadaniowym Junkers Ju 52 krytym taką samą falistą blachą albo szturmowym Ju 87 Stuka. To ojciec opowiadał mi o swych dziecięcych wyprawach na dachy powstańczej Warszawy i o tym, jak bezkarnie nurkujące stukasy z wyciem syren siały śmierć. Samoloty schodziły tak nisko, że dziś jeszcze rozpoznałby twarze niemieckich pilotów. Groza mieszała się z fascynacją. Ojca na całe życie urzekł messerschmitt Bf 109 w głębokim zakręcie. Skrzydło, na którym połyskiwało złotawo sierpniowe warszawskie słońce, zdawało się dotykać dachów i kominów. Zachwyt okazał się silniejszy niż strach i chłopiec, któremu wojna zabrała dzieciństwo, zakochał się w samolotach. Gdy dorósł, został pilotem samolotów sportowych. Pierwsze loty odbywając na porzuconych przez Niemców szybowcach szkolnych Grunau Baby.

Ojciec przy amerykańskim samolocie Piper Cub, Żar, 1958 r. Fot. Janusz Ruge (archiwum rodzinne).

 

A gdy ja dorastałem i tak bardzo chciałem być taki jak tata, zacząłem kleić modele latające, które puszczaliśmy z ojcem na dawnym lotnisku Wolnego Miasta Gdańska. Wystarczyło przejść przez nitowany wiadukt nad linią kolejki elektrycznej, minąć stację Gdańsk Lotnisko, dziś Gdańsk Zaspa, i zejść po schodach na drugą stronę nasypu. Przerastające przez łączenia betonowych płyt trawy znaczyły dawny pomocniczy pas startowy, który w 1945 roku był rajem dla nastolatków. Na pasie stały w równym rzędzie niemal sprawne messerschmitty i focke-wulfy, które nie odleciały do Rzeszy najwyraźniej z braku paliwa. Dzieciaki wskakiwały na siedzenie pilota, manipulując bez pamięci wszelkimi pokrętłami, przestawiając dźwignie gazu, zaciążając śmigło. Nie mogąc dosięgnąć do pedałów steru kierunku, drążkiem wychylały lotki i ściągały ster wysokości. Z fantazją wykręcając wszystko, co tylko dało się wykręcić. A to, czego się nie dało - rozbijając. Pod ciosem kamieni pękały szkła przyrządów nawigacyjnych, wariometry, wysokościomierze, mierniki ciśnienia oleju, obrotomierze. Obłowieni tymi skarbami, łuskami i nabojami chłopcy wracali do domu, oddając się innym, równie ekscytującym zajęciom, np. kopaniu ludzkiej czaszki, tak jak kopie się piłkę. O dziwo, czaszka, tocząc się głucho po betonie pasa startowego, zachowywała sprężystość, toczliwość i zdolność utrzymywania kierunku. Dobra z niej była piłka. Po wojnie prowadzonej przez dorosłych chłopcy umieli rozróżnić dobry ersatz piłki od złego ersatzu, ale nie umieli już odróżnić dobra od zła.

Nasza dzielnica Strzyża, a w szczególności dzisiejsze ulice Karłowicza (Torgauer Weg), Szymanowskiego (Hohenfriedbergweg) i Kisielewskiego (Zorndorfer Weg), gdzie dominowały domy jednorodzinne, przed wojną i w jej czasie zamieszkiwana była przez wysokich urzędników niemieckich - najpierw Wolnego Miasta Gdańska, a potem Rzeszy. Nie weryfikowałem nigdy podwórkowych legend o prawniku, gorliwym członku NSDAP, który miał mieszkać w naszym domu. Legendę łatwo przyswoić, z prawdą żyć na ogół trudniej. Więc wedle podań i opowieści, gdy Armia Czerwona zatrzymała się na wysokości wysadzonego przez Niemców wraz z dwoma lokomotywami kolejowego wiaduktu przy dawnej Hochstrieß, dziś ulicy Słowackiego, i gdy wiadomo było, że nie ma już ratunku - ów nazista, zanim strzelił sobie w głowę, wcześniej uśmierciwszy żonę, opłacił u palacza z naszej kotłowni pochówek obu ciał.

Nasza jednopiętrowa kamienica (pierwsza z lewej, nr 14) w budowie. Friedrich Allee - jeszcze nieobsadzona szkarłatnymi dębami. Lotnicze zdjęcie z połowy lat 20. Fot. domena publiczna.

 

Takich przypadków według miejscowych gdańszczan w okolicy było więcej. Niemiec z żoną zostali podobno zakopani w lasku za naszym ogrodem, tam gdzie dziś stoją wille. W tym samym lasku NKWD grzebać miało swoje ofiary, a ekshumacje wszystkich tych szczątków miały się odbywać w latach 50. pod pozorem ekshumacji ofiar tyfusu.

Ciekawe, że choć stropy naszego domu są drewniane i drżą przy każdym przejeździe tramwaju, a dom płonąłby jak zapałka - to jednak nie spłonął. Spłonęły solidniejsze czterokondygnacyjne domy z betonowymi stropami, począwszy od numeru 2 do numeru 12 i od 16 do końca ulicy, dziś odbudowane, choć nie wszystkie. Nasz dom ocalał, bo upodobały go sobie różne urzędy - NKWD, a w końcu Urząd Morski. Na ścianie pokoju stołowego straszyły kiepsko zatarte tynkiem ślady stalowych śrub po kasie pancernej.

Do Gdańska zjeżdżali rozbitkowie, wygnańcy i przesiedleńcy z centralnej Polski i zajętych przez Związek Radziecki tzw. polskich Kresów, by zapełnić vacuum po niemieckich mieszkańcach - też rozbitkach, wygnańcach i przesiedleńcach. Dzieliło ich wszystko, łączyło wspólne poczucie utraty. Ale ich utrata, wiadomo, była zasłużona, więc sprawiedliwa. Nasza, polska utrata, była niezasłużona. Nasza utrata była krzyczącą niesprawiedliwością, choć tytułem rekompensaty braliśmy w posiadanie często więcej, niż ofiarowały nam bagna Polesia, pola Wołynia i Wileńszczyzny, osiedleńcze wsie i przysiółki kolonistów z Podola.

Jeszcze w latach 70. i 80. żyła legenda, że w 1946 roku na parterze pod dwójką, tam gdzie dziś mieszkają siostry Krakowskie, córki profesora politechniki, przesiedleniec zza Buga trzymał w wannie prosiaka, a w łazience konia, któremu zrobił zagrodę. O ile po prosiaku wszelki ślad zaginął, o tyle po koniu trwa wieczna pamiątka - obtłuczony kopytami granitowy stopień na klatce schodowej. Dziadek Longin Kurski, gdy tylko po pięciu latach wojny szczęśliwie wrócił z oflagu, zaczął porządki w piwnicy, w której - oprócz zgromadzonego przez ojca arsenału poniemieckiej broni i amunicji - znalazł dziwne jakieś lampowe urządzenie, które wyglądało na technikę bardziej zaawansowaną niż znane mu radio, bo było wyposażone w długi kineskop i niewielki monitor. - To zapewne urządzenie do przekazywania obrazu - zawyrokował uczenie. Po wyjęciu lamp, oczyszczeniu z kurzu i nadaniu obiektowi stosownego połysku - czym już zajęła się babcia - egzotyczne to medium służyło jako zgrabny futurystyczny kwietnik, podstawka pod doniczkę z filodendronem.

* * *

W triumfie przyszłości nad przeszłością, słowiańszczyzny nad niemczyzną, w powojennym chaosie znaczonym - mimo PRL-u - młodzieńczym pragnieniem moich rodziców, by żyć pełną piersią, wykluwał się świat mego dzieciństwa. Szkoła Podstawowa nr 66 mieściła się w monumentalnej socrealistycznej bryle, której patronował Mikołaj Kopernik. Na ogólnoszkolnych apelach przy jego gipsowym popiersiu deklamowaliśmy gremialnie: "Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię,/ polskie go wydało plemię". Wraz z bratem należeliśmy do zuchów, a naszą druhną drużynową była druhna Jola[5]. Druhna Jola była ucieleśnieniem kobiecej doskonałości, o jakiej śni każdy prawdziwy zuch. Była archetypem seksu i katalizatorem nieznanych nam dotąd pragnień. Od dojrzałych kobiet, a druhna Jola była już bardzo stara - starsza ode mnie o całe osiem lat, dochodziła już 19. roku życia - oczekiwaliśmy dotąd matczynej czułości i opiekuńczej troski. Druhna Jola była tą pierwszą, która wyzwalała innego rodzaju buzujące namiętności, ku naszej rozpaczy zupełnie niezaspokojone.

Dwa razy w tygodniu chodziliśmy na religię do Zgromadzenia Ojców Zmartwychwstańców, na plebanię do proboszcza Dudy. W naszej klasie nie było żadnego Weisera Dawidka, choć dobrych kilka lat wcześniej właśnie Weiser chodził do naszej szkoły i w tajemniczych okolicznościach w tunelu na rzeczce Strzyży zaginął. Nigdy więc nie spotkałem Weisera, nie dlatego, żeby nie istniał, bo przecież najprawdziwsze jest to, czego nie ma. Nie spotkałem go tylko z powodów metrykalnych. On zaginął w roku 1957, ja urodziłem się sześć lat później, a szkołę zacząłem w roku 1970.

Nasza socrealistyczna Szkoła nr 66 im. Mikołaja Kopernika przy ul. Nowotki. Nie spotkaliśmy nigdy Weisera Dawidka, ale za to spotkaliśmy druhnę Jolę, 1974 r. Z ojcem (archiwum rodzinne).

 

W naszej klasie na religię chodzili wszyscy. Główną atrakcją pozaszkolnej nauki religii była droga na plebanię, która wiodła ulicą Fryderyka Chopina. Idąc pod górę w stronę kościoła, zachodziliśmy do gburowatego prywaciarza, który w czasach peerelowskiej nędzy prowadził sklep o ograniczonym i siermiężnym asortymencie. Dominowały ziemniaki, cebula, jaja, kiszone ogórki i kapusta z beczki. Były też landrynkowe lizaki i oranżada w ciemnobrązowej butelce z porcelanową krachlą. Piliśmy ją z dzioba jednym ciągiem na rozstawionych nogach, lewą ręką podtrzymując głowę za potylicę. Oczywiście największym mirem cieszył się ten, kto najgłośniej potem beknął. Wysoki, chudy i pomarszczony blondyn o niebieskich oczach i chłopskiej aparycji miał w sklepie to zniewalające coś jeszcze, co wabiło nas jak pszczoły do miodu. Dwa razy w tygodniu więc zlatywaliśmy się do "Żyda" - takie miał u nas przezwisko - na marcepanowe kulki obsypane kakao. Wyciągaliśmy na to z kieszeni ostatnie złotówki, bogacze - aluminiowe piątki z rybakiem, a prawdziwi krezusi - miedziane dychy z Kopernikiem. "Żyd" wkładał marcepan w szary pakowy papier zwijany jego grubymi spracowanymi palcami w rożek. Dopiero tak wniebowzięci szliśmy na religię słuchać nauk siostry Elżbiety o sprawach wyższych.

Niewielki, zbudowany z materiału pozyskanego z dawnych baraków skromny kościół pulsował parafialnym życiem. Brakowało może wysmakowanych witraży, ale za to nad głowami wiernych wzlatywała przybita do drewnianego sklepienia gołębica. Z ołtarza spoglądał zmartwychwstały Chrystus, ze wszystkimi stygmatami na dłoniach, z przebitym bokiem i otwartym sercem promieniującym tęczowym światłem. W kościele działał chór, nie brakowało chętnych na ministrantów i ja przez pewien czas nim byłem. W każdy pierwszy piątek miesiąca do konfesjonałów ustawiały się długie kolejki - dziewczynki w prawej nawie, a chłopcy w lewej. Pasterki, procesje, wielkanocne święcenie pokarmów, nieszpory, roraty, sumy i rezurekcje, czas postu i pokuty były naszą tyleż zwykłą, co nudnawą codziennością.

Kiedyś kościół zmienił się w wielkie kino, gdy proboszcz Duda w okresie wielkanocnym sprowadził wyprodukowany we Włoszech film o męce Chrystusa. Z zapartym tchem oglądaliśmy, jak Żydzi wydali go na śmierć. Jak jego zgładzenia domagali się arcykapłani. Jak pod ich chytrą presją: "Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara, bo każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi" - Piłat umywa ręce. I wreszcie jak żydowska tłuszcza woła, by darować życie Barabaszowi, a tym samym skazać na śmierć naszego Pana, a potem ta sama tłuszcza obrzuca wyzwiskami niosącego krzyż Jezusa. Na filmie z sadystyczną dokładnością pokazano każde z narzędzi tortur i zademonstrowano każdą wymyślnie zadaną owym narzędziem torturę. Wprawdzie robili to rzymscy żołnierze, ale wiadomo było, kto naprawdę za tym wszystkim stoi. Droga krzyżowa, upadki, męczeńska śmierć na krzyżu, aż po wołanie: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił". Byliśmy wstrząśnięci.

Jeśli dotąd ktoś z nas powątpiewał, czy Jezus naprawdę umarł na krzyżu i zmartwychwstał, to z pewnością - jak niewierny Tomasz - uwierzył po tym, co zobaczył. Wszystko to bowiem było pokazane w filmie w szczegółach. I to nie w jakimś polskim filmie, ale w zagranicznym, z Zachodu.

* * *

Zaraz za kościołem - od Wrzeszcza aż do Brętowa, przez Jasień w stronę Kartuz i dalej - ciągnęła się nieczynna poniemiecka linia kolejowa, która wyznaczała granicę naszego magicznego świata: wzgórz porytych lodowcem, porosłych sosnowym, świerkowym, modrzewiowym, brzozowym i bukowym lasem. Po przejściu łukowatym wiaduktem - nazwanym po ukazaniu się książki Pawła Huelle mostem Weisera Dawidka - otwierał się przed nami dziki ogród pełen leśnych ścieżek, jarów, opustoszałych bunkrów, lisich nor, tajemniczych kamieni narzutowych przybyłych tu miliony lat temu ze Skandynawii. Tuż przy wale rosło drzewo głogu. Wysiadywaliśmy jesienią na jego gałęziach, godzinami plując z góry pestkami cierpkich owoców.

Podczas gdy ogrody zwykle zamierają zimą, nasz tajemniczy ogród tętnił życiem. Główną naszą saneczkową, a później narciarską namiętnością były Lagry. Ze szczytu góry w pogodne dni widać było zatokę; jak na nasz zimowy sprzęt i umiejętności, była to porządna góra.

Jako dzieci nigdy się nie zastanawialiśmy, dlaczego Lagry nazywają się Lagrami, choć dla każdego dorosłego znaczenie słowa "lagier" było oczywiste. Tak więc szaleliśmy na sankach na terenie dawnego obozu jenieckiego Stalag XX B/Z Danzig-Oliva zbudowanego najpierw dla alianckich pilotów, którzy pracowali na lotnisku przy budowie pasa startowego, a później dla 2,5 tysiąca jeńców radzieckich. Dom moich dziadków na Osiedlu Młodych imienia młodego komunisty Janka Krasickiego stanął tam, gdzie jeszcze niedawno stały baraki i obozowy karcer. Zajadając się soczystymi jabłkami i czereśniami z babcinego urodzajnego ogrodu, nie miałem pojęcia, że chodzę po dawnym obozie. Karcer usadowiony był na szczycie wzniesienia.

Zbudowano w tym miejscu osiedlową restaurację w kształcie rotundy o swojskiej nazwie Kasztel. Ku rozpaczy dziadków Kasztel żył do białego rana, rżnęła muzyka, leciały "kurwy", słychać było piski, wrzaski i bijatyki, pijani goście parzyli się po kątach. W swym wysmakowanym ogrodzie, w którym tarasowo piętrzyły się krzaki porzeczek, agrestu, holenderskie tulipany, lilie i najbardziej wyszukane odmiany róż, babcia Wanda co rusz natykała się na butelki po żytniej i pełnym jasnym.

Dziadkowie milcząco i pobłażliwie przyjmowali ziemiańsko-żydowskie pochodzenie mamy. Nowe życie wykwitało w ogrodzie babci pod dawnym karcerem Stalagu XX B/Z Danzig-Oliva, 1965 r. Fot. Witold Kurski (archiwum rodzinne).

Osiedle Młodych na terenie byłego obozu. Okrągły obiekt to Kasztel. Obok bliźniak dziadków. Zdjęcie z szybowca, połowa lat 60. Fot. Witold Kurski (archiwum rodzinne).

 

Znajdowała też kości. Jednak szybko dawała się przekonać, że to kości bydlęce z pobliskiej obozowej kuchni. Wszak nikt nie miał ochoty wołać patomorfologa przy każdym wiosennym przekopywaniu ogrodu. Rosyjscy jeńcy, których Niemcy nie zdołali ewakuować przed blokadą Gdańska, zostali nocą rozstrzelani w całkowicie nieregulaminowy sposób. Strzelano do leżących na pryczach, o czym opowiadał babci pan Czok, więzień obozu, Polak ze Wschodu, który przeżył tę egzekucję, choć ranny. Pracował na politechnice jako ogrodnik. Przynosił babci nasiona i sadzonki. Opowiadał straszne historie, których nikt jednak nie chciał słuchać. Wojna była, wojna minęła.

Jako dziecko musiałem widywać pana Czoka. W ogrodzie tętniła już wiosna, przez ciepły urodzajny czarnoziem pchało się na świat młode życie - główki krokusów, hiacyntów i przebiśniegów. Cmentarz obozowy znajdował się gdzieś przy zajezdni tramwajowej, koło naszej szkoły. Być może nawet na naszym szkolnym boisku. Wypuszczaliśmy swe młode pędy i ciągnęliśmy soki z popiołów wojny, nawet o tym nie wiedząc. A gdybyśmy nawet wiedzieli, to i tak by nas to nic nie obchodziło. Przeszłość i ramota były dla dorosłych. Dla nas była przyszłość.

* * *

Urodziłem się w słoneczny i upalny lipcowy dzień 1963 roku w szpitalu Marynarki Wojennej w Gdańsku Oliwie. Wychynąłem na świat fioletowosiny w uścisku matczynej pępowiny. Jak każde dziecko - a szczególnie syn, który miał z matką złożone relacje - zdejmowałem ją z szyi przez całe życie. Zdejmuję ją i teraz, choć mama umarła już kilka lat temu.

No więc nie pchałem się na świat, ale mimo kłopotów urodziłem się zdrowy. Niebawem już cała rodzina ze strony ojca, czyli babcia Wanda, dziadek Longin, ciocia Marysia i ojciec, rzecz jasna, pochylali się nad łóżeczkiem, odnajdując w rumianej progeniturze rodzinne cechy Kurskich.

- Ciemna masa - miał kwaśno stwierdzić dziadek, co było niepodlegającą dyskusji prawdą. Byłem "ciemną masą" zanurzoną w odmętach swojej ignorancji, szczęśliwie niepoinformowaną o nędzy świata, na który właśnie wstąpiłem.

- I wtedy teść powiedział jeszcze, że... No właśnie, jak on mógł to powiedzieć, przecież to nie była prawda - denerwowała się jeszcze po latach mama. - Otóż dziadek Longin zażartował: "No ładne dziecko, ładne. Widać, że Kurski, tylko ten nosek taki... starozakonny". A ty nie miałeś żadnego starozakonnego noska! Miałeś ładny nosek, taki jak wszystkie maluchy, okrągły, zgrabny noseczek!

Żarcik dziadka wszystkim przypadł do gustu. Z wyjątkiem mamy, która najwyraźniej nie zrozumiała, że w istocie nie chodziło o mój nosek, ale o jej.

Dziadek Longin nie był antysemitą. Był raczej asemitą. Nigdy z nim o sprawach Żydów, tak przedwojennych, jak i czasu Zagłady, nie rozmawiałem, choć dużo rozmawialiśmy o historii, zwłaszcza II RP. Widać - mimo piekła Holocaustu, który przewalił się przez nasze ziemie - to nie było dla niego ani ważne, ani ciekawe, ani godne opowiedzenia najstarszemu wnukowi.

W ostatnich latach jego życia, poróżnieni na tle politycznym, rozmawialiśmy mało. Zmarł w 1987 roku, w czasie największego smutku schyłkowego PRL.

* * *

W Jerzmanowicach w Galicji, niedaleko Ojcowa i Pieskowej Skały, skąd pochodzi ponoć mój pradziadek ze strony ojca, popularnym nazwiskiem jest Kurek. Tak też nazywał się pradziadek Ignacy. Ignacy Kurek porzucił rodzinną wieś i przeniósł się do Kongresówki, a jego nieczęsta wówczas umiejętność czytania i pisania, a zwłaszcza sztuka szlachetnej kaligrafii, zapewniła mu zatrudnienie w powiatowych urzędach Mazowsza. Zrobił błyskotliwą karierę w administracji Łęczycy, Krośniewic i Płocka. Zdążył nawet zostać czasowo burmistrzem Wyszogrodu. Poważny status urzędniczy skłonił go też do zmiany nazwiska z pospolitego Kurka na szlacheckie - ma się rozumieć - Kurski. Chcąc się ożenić ze szlachcianką Marią Leontyną Rojewską, nikogo nie pytając, przełamał nieprzekraczalne podziały stanowe. Jak tego dokonał? Różne o tym krążą w rodzinie legendy. Ale jak się czegoś nie wie na pewno, to lepiej w ogóle o tym nie pisać.

W 1915 roku okupujący Krośniewice Niemcy wzięli na zakładnika wójta Ignacego Kurskiego. W odwecie za rzekome akty skrytobójczej agresji ze strony miejscowej ludności wobec pruskich żołnierzy zapowiedziano jego publiczne rozstrzelanie.

Zrozpaczona żona - Maria Leontyna Ignacowa Kurska, bogobojna katoliczka - udała się do krośniewickiego proboszcza, błagając o ratunek i interwencję u Niemców. Jak trwoga, to do Boga - wiadomo. Według jej opowieści - a nie ma powodu wątpić w to powtarzane w rodzinie świadectwo - proboszcz szczerze się zafrasował i zapewnił o swej modlitwie, każąc zaufać Opatrzności Bożej. Przy całej jej pobożności Ignacowa uznała jednak, że Opatrzność może się okazać ciut niewystarczająca, a to brakujące "ciut" właśnie mogło sprawić, że szala życia ojca czwórki jej synów przechyli się na niewłaściwą stronę, czyniąc z niej młodą wdowę, a z chłopców - półsieroty. I wtedy - w jakiejż ona musiała być desperacji, skoro ta leżąca krzyżem w krośniewickim kościele kobieta pobiegła po pomoc do Salomona Engelmana, krośniewickiego rabina. Jak bida, to do Żyda - wiadomo.

- A kiedy pan Ignacy ma być rozstrzelany? - zapytał przyziemnie, nawet nie spojrzawszy w niebo, rabin Engelman.

- Rano, jutro rano - odparła Ignacowa.

- A która teraz jest godzina? - dopytywał z flegmą rabin Salomon.

- Dochodzi dziesiąta wieczór.

- Oj, to się trzeba spieszyć...

Po pierwszej interwencji rabina egzekucję Ignacego Kurskiego odroczono o jeden dzień, po drugiej - odwieziono nieszczęśnika do Łodzi pod sąd, a po trzeciej - mniej więcej po miesiącu zwolniono z aresztu. Siłę perswazji rabina Salomona Engelmana wzmacniała zebrana w gminie, liczącej wówczas ponad tysiąc dusz, sumka krusząca najbardziej zatwardziałe sumienia pruskich urzędników.

I wyszło na to, że rację miał proboszcz. Rzeczywiście, warto było zaufać Opatrzności, która działała za pośrednictwem krośniewickich Żydów. Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych.

A krośniewiccy Żydzi? W marcu 1942 roku nie było komu, nie było po co i nie było przed kim się za nich wstawić. Nie było też takiej sumy, która mogłaby krośniewickich Żydów wykupić, więc nikt jej nikomu nie proponował. 400 lat historii Żydów w jednych małych Krośniewicach to czas na tyle długi, by do Chełmna nad Nerem odjechać transportem na koszt Tysiącletniej Niemieckiej Rzeszy. Pozostały po nich domy w rynku, cmentarz i zamieniona na kino, opustoszała XIX-wieczna synagoga. Domy i kino zapełniły się ludźmi. Cmentarz tylko porósł chwastem i młodymi drzewami.

Pradziadek Ignacy przeżył nie tylko swoich wybawicieli, ale i wybawicielkę, swoją żonę, co odnotowano na stronie czwartej "Głosu Mazowieckiego" 12 stycznia 1935 roku w pożegnaniu małżonki byłego burmistrza Wyszogrodu śp. Marii Leontyny Kurskiej z Rojewskich. Zmarła "godziła obowiązki matki z obowiązkami społecznemi, a szczególnie dobroczynnemi. A wszystko umiała opromienić zasadą katolicką" - zapewniała redakcja.

Na tej samej czwartej stronie gazety przeczytać można i inne banalne notki oddające klimat miejsca i czasu. Tytuł: "Konie padają jak muchy", czyżby znowu ręka jakiejś szajki? - zapytuje "Głos Mazowiecki". "W swoim czasie podały gazety wiadomość o wypadkach trucia bydła przez handlarzy żydowskich koło Radomska. W wyniku dochodzeń okazało się, że handlarze podrzucali bydłu zatrute ziemniaki, a następnie chore sztuki nabywali za bezcen od wieśniaków".

Nie było jeszcze Polski, ale pradziadek wywiesił już w urzędzie biało-czerwone flagi. Burmistrz Wyszogrodu Ignacy Kurski, 1918 r. (archiwum rodzinne).

 

Obok inna notka pod tytułem "Tylko sami żydzi - w biedzie": Oto "Zjazd gospodarczych działaczy żydowskich odbyty w Warszawie, zwrócił się do żydów amerykańskich o pomoc finansową na opłacenie podatków, długów itp. dla polskich żydów. I przy tej sposobności insynuując rządowi, że "stosuje antysemityzm gospodarczy". Wynikałoby stąd, że w Polsce wszystkim powodzi się dobrze, a biedę cierpią sami żydzi i to dlatego, że ich rząd prześladuje!... Niechże żydzi wobec tego spróbują przenieść się do innego kraju, np. do Niemiec" - podpowiada w 1935 roku redakcja "Głosu Mazowieckiego".

* * *

Najstarszy syn Ignacego, mój dziadek Longin, miał trzech braci.

Bohdan zaginął w kampanii wrześniowej. Ostatni ślad po nim to notatka proboszcza parafii w Siedlcach: że z 15 na 16 września "na terenie plebanii nocował oddział porucznika Bohdana Kurskiego. Rano wymaszerował na wschód".

Tadeusz Kurski, czynny w konspiracji i tajnym nauczaniu, jako partyzant Batalionów Chłopskich został wraz z całym oddziałem w sierpniu 1944 roku rozbrojony przez Rosjan, gdy szedł na odsiecz Warszawie. Należał do ZSL, pracował jako urzędnik w ministerstwie. Zmarł w latach 70.

Najmłodszego z synów, Kazimierza Kurskiego, Niemcy aresztowali w 1940 roku wraz z kuzynem Jerzym Rojewskim przy próbie nielegalnego przedarcia się przez granicę do Rumunii. Chcieli dołączyć do polskich oddziałów formujących się we Francji. Obaj zostali wywiezieni do Dachau, a później do KL Auschwitz.

Rojewski zmarł jeszcze w tym samym roku. Kazik z numerem 6783 przeżył. Najpierw pracował jako koń, to znaczy ciągnąc wóz z kotłami zupy. Szybko jednak choroba głodowa uczyniła z niego tzw. muzułmana - zobojętniałego na los, otępiałego więziennego ducha bez woli przeżycia choćby do następnego dnia. Przeznaczony do likwidacji przeżył dzięki ruchowi oporu w obozie. By go ratować, koledzy wylali mu na nogi gorącą zupę. Poparzony trafił do szpitala. Tam poznał dr. Władysława Fejkiela, który - jako że Kazik był chemikiem - zarekomendował go do obozowego laboratorium. Pomagał tam innym więźniom, fałszując wyniki badań analitycznych[6].

Pradziadkowie - Maria Leontyna Rojewska i Ignacy Kurski - z synami w patriotycznym przebraniu kosynierów, Nowe k. Krośniewic, ok. 1908 r. (archiwum rodzinne).

Bracia Kurscy, zanim przetoczyła się po nich historia. Od prawej: Longin - mój dziadek, Bohdan, Tadeusz, Kazimierz, ok. 1914 r. Fot. Zakład Fotografii Artystycznej "Apollini", Kutno (archiwum rodzinne).

 

Przeżył marsz śmierci do Gross-Rosen. Po wyzwoleniu należał do grupy francuskiej Résistance, ścigającej esesmanów i wykonującej na nich samosądy. Po wojnie chciał żyć normalnie, został w Gliwicach dyrektorem zakładów metalurgicznych, założył rodzinę. Jednak z Auschwitz nie wyleczył się nigdy. Auschwitz za nim chodziło. Auschwitz go prześladowało. Auschwitz sprawiało, że dla innych stawał się nie do życia. W niewyjaśnionych do końca okolicznościach zatruł się... gazem.

Longin przed wojną należał do Polskiej Partii Socjalistycznej. Był urzędnikiem ratusza do spraw elektryfikacji i wiódł nieustanny spór z francuskimi właścicielami warszawskiej elektrowni na Powiślu - firmy Compagnie d'Électricité de Varsovie. Gdy po kilku latach elektrownia przeszła wreszcie we władanie Polaków, pracował w niej jako inżynier. Działał też w związkach zawodowych.

W 1920 roku walczył z bolszewikami. Pod gen. Żeligowskim zdobywał potem Wilno jako żołnierz 201. Pułku Piechoty, tj. pułku ochotniczego Legii Akademickiej. Z akcji wileńskiej w ogóle nie był dumny. W 1939 roku znów walczył, tym razem z Niemcami. Do niewoli dostał się w kampanii wrześniowej po klęsce zgotowanej przez Guderiana w kotle pod Andrzejewem-Łętownicą jako oficer rezerwy porucznik 18. Pułku Artylerii Lekkiej (PAL) 18. Dywizji Piechoty.

Dziadek Longin - trzeci od prawej w drugim rzędzie od góry. Wstyd mu było za to Wilno (archiwum rodzinne).

 

Zaraz po podpisaniu kapitulacji dywizji przełożony dziadka na jego oczach niespodziewanie wyjął z kabury pistolet, odbezpieczył, energicznie przyłożył broń do skroni i - zanim zdążył się rozmyślić - wystrzelił. Ale na dziadku takie tragiromantyczne gesty nie robiły wrażenia. Chciał żyć. Najpierw więc siedział w obozie przejściowym w Linzu w Austrii, a potem pięć lat w Oflagu IIC w Woldenbergu, dziś Dobiegniewie. Ogromny obóz liczył ponad 6 tysięcy jeńców różnych narodowości.

Babcia wysyłała mu nasiona marchwi, cebuli i czosnku. Dziadek opowiadał o gorszących scenach, jak oficerowie WP bili się o końskie łajno, którym użyźniali swe mikroskopijne ogródki warzywne. Niektórzy próbowali uciekać, ale dziadek uważał to za niebezpieczny nonsens. Uczył się angielskiego, siał marchew i czekał końca wojny. Ewakuację przeżył cudem, bo należał do tych słabszych, którzy osuwali się w marszowej kolumnie, a osunięcie się do ostatniego rzędu oznaczało śmierć w przydrożnym rowie. Niemcy nie puszczali jeńców wolno.

I wtedy nastąpił cud. W gęstym mrowiu apatycznych ludzi, gdzie noga przy nodze, głowa przy głowie, wprost na dziadka spadła umęczona gołębica, która w tym tłumie nie mogła znaleźć miejsca na spoczynek. Taka sama gołębica jak ta, która unosiła się nad głowami wiernego katolickiego ludu dzielnicy Strzyża w Gdańsku Wrzeszczu, wisząc pod drewnianym sklepieniem naszego kościoła Zmartwychwstańców, w którym to kościele niewdzięczna stopa mego ocalałego cudem dziadka nigdy nie stanęła.

Dziadek, całkowicie niewrażliwy na metafizyczny wymiar tego boskiego podarunku, zjadł ptaka na surowo. Na najbliższym nocnym postoju ciężko się rozchorował. Ale nic w boskim planie nie dzieje się bez przyczyny. Tak więc, aby się nie wydało, że por. rez. Longin Kurski nadaje się już tylko na to, by z ołowianym wkładem zostawić go w przydrożnym rowie, koledzy złożyli go półprzytomnego w jakiejś owczarni, rzec by można, w stajence. I wtedy stał się kolejny cud. Jedna z owiec użyczyła dziadkowi swych pełnych tłustego mleka wymion, które wyssał z orgiastyczną czułością, by rano, zmartwychwstały i w pełni sił, stawić się na porannym apelu i ruszyć w dalszą drogę. Żaden z tych oczywistych cudów pełnych biblijnej symboliki - gołębica, stajenka, baranek - nie odmienił dziadkowego serca zatwardziałego w niechęci do kleru i Kościoła.

Ani chwili się nie wahał, czy wracać do kraju, choć Brytyjczycy namawiali go na emigrację do Kanady i nie oddawali papierów. Powrócił do Polski, przekraczając strefy okupacyjne w transporcie z radzieckimi żołnierzami.

W Warszawie nie było czego szukać. Kamienica przy Piusa 7 nie istniała. Po powrocie z niewoli zaczął pracować w Gdańsku, w Głównym Urzędzie Morskim, ale po pogróżkach od tzw. wyklętych - że za współpracę z komunistami, to znaczy odbudowę portów z Eugeniuszem Kwiatkowskim, dostanie w łeb taką samą kulkę, jaką szykowali dla niego Niemcy - rzucił tę pracę i przeniósł się na dawną Technische Hochschule der Freien Stadt Danzig, którą zaczął odbudowywać jako Politechnikę Gdańską, i tam jako profesor pracował już do emerytury.

Longin nie był typem bohatera. III wojny, która rzekomo miała zaraz wybuchnąć, nie chciał, a gadanie o niej uważał za szkodliwe mrzonki.

Pośród reprodukcji Kossaków, Gierymskich, Matejki i Brandta, szabel, bagnetów i innej białej broni, którą dziadek Longin namiętnie kolekcjonował, skupując na rynkach i pchlich targach, wisiał na ścianie karabin pneumatyczny, po który niekiedy sięgał, przeładowywał i strzelał na postrach do obżerających czereśnie szpaków. Kiedyś zobaczyłem dziadka płaczącego. Cóż za niefart, dziadek chybił, a więc trafił i niechcący ukatrupił szpaczka. Jego główka zwisała teraz martwo w dłoniach rozdygotanego porucznika 18. Pułku Artylerii Lekkiej.

Gdy byłem już większy, chętnie odśnieżałem dziadkom całą posesję, przerzucając góry śniegu.

- Jareczku - powiedział kiedyś dziadek Longin, wracając z psem Atosem ze spaceru po obozie Stalag XX B/Z Danzig-Oliva - pamiętaj, o wiele mniej wydatkujesz energii, jeśli zamiast kopać i przerzucać, będziesz przesuwać czy to ziemię, czy śnieg. Przesuwać, przesuwać, powolutku. Raczej więc grabie, nie łopata.

Z pewnością ta inżynierska uwaga miała podstawy naukowe, jak na konstruktora dźwigowych napędów elektrycznych przystało. Dla mnie jednak stała się metaforą całej jego życiowej drogi. Powolutku, robić swoje, nie wzniecać wiatrów historii, które pod tą szerokością geograficzną przedmuchały już niejedną wełnę.

Więc dziadek nie protestował, gdy po kongresie zjednoczeniowym jako przedwojennego członka PPS wpisano go do PZPR, ale i nie awanturował się i niczego nie wyjaśniał, gdy po 1956 roku wykreślono go z partyjnej listy za niepłacenie składek.

Dużo rozmawiałem z dziadkiem Longinem, mimo że mnie denerwował i dotykał do żywego. Pod jego bezwzględnymi, ostrymi jak siekiera sądami padały jak martwe drzewa mity historyczne i legendy. Kwestionował moje narodowe świętości, sens powstań, zwłaszcza styczniowego i warszawskiego. O ile listopadowe miało jeszcze jakieś szanse, o tyle styczniowe było głupotą, a warszawskie zbrodnią - powiadał. Kijowską wyprawę Piłsudskiego uważał za niepotrzebne szafowanie ludzkim życiem. II Rzeczpospolitą, którą ja wynosiłem na piedestał, uważał za rozczarowanie: bo zamordowali Narutowicza, bo zrobili zamach majowy, bo pacyfikacja strajków chłopskich, bo skazali Witosa, i w ogóle proces brzeski, i Bereza Kartuska. Bo nędza, brud, choroby i krzycząca społeczna niesprawiedliwość. Nie znosił polskiej kołtunerii, patriotycznej tromtadracji, nie cierpiał polskiego kleru, sobiepaństwa szlachty, egoizmu magnaterii. Słowo "kołtuneria" odmieniał przez wszystkie przypadki. Najgorsze, że bagatelizował Katyń, bo "nie pierwsza to i nie ostatnia zbrodnia wojenna". Uważał, że PRL realizuje polską rację stanu, że innej Polski niż tej pod kuratelą Związku Radzieckiego nie będzie i nie ma co wybrzydzać. Słowem, tak jak z tym śniegiem - przesuwać, przesuwać, powolutku, nie podskakiwać: Tisze jediesz, dalsze budiesz.

Dał mi do przeczytania Polską anarchię Pawła Jasienicy. Wyszydził mnie i zelżył, gdy kiedyś zobaczył wpięty w mój wełniany sweter mieczyk Chrobrego. Zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. Mieczyk jak mieczyk - grawerowany. Ładny był, antykomunistyczny taki, zrobiony w jakiejś podziemnej manufakturze i już z tego tylko powodu godzien przypięcia. Nie rozumiałem tego ataku złości, a i on nie umiał mi jej wyjaśnić, może dlatego, że nie rozmawiał, nie tłumaczył, nie słuchał. On nauczał.

- Zobacz, Wandziu! - wołał. - Zobacz, co on nosi! Co on nosi! - powtarzał. - On tu będzie ze szczerbcem, z mieczykiem Chrobrego paradował. Oni [czyli młodzi] nic nie wiedzą! Oni nic nie czytają!

Wanda i Longin Kurscy (dziadek rezerwista na przepustce) z dziećmi - ciocią Dzidką i moim ojcem. Stara Miłosna, 1937 r. (archiwum rodzinne).

 

To akurat była prawda, z czytaniem było u mnie raczej słabo. Wolałem działać i krzyczeć "Polska", na co złośliwie odpowiadał mi Słowackim:

 

Szli krzycząc: "Polska! Polska!" - wtem jednego razu

Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;

Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,

Szli dalej krzycząc: "Boże! ojczyzna! ojczyzna".

Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,

Spojrzał na te krzyczące i zapytał: "Jaka?"

 

Ale dziadek nie zawsze obalał narodowe mity. Niekiedy ich bronił, a to za sprawą książki Zbigniewa Załuskiego Siedem polskich grzechów głównych, która była moczarowską obroną naszej romantycznej wizji historii przed tymi, co wyszydzają nasz czyn zbrojny. Mądrzą się, a nie wiedzą, jak było. Robią obraźliwe filmy, takie jak Lotna czy Popioły, gderają, jakoby pod Krojantami Polacy głupio szli z szablami na czołgi, a pod Maciejowicami z kosami na armaty, a pod Somosierrą straceńczo atakowali hiszpańskie pozycje itd., itp. Wtedy i dziadek, i ja kibicowaliśmy Załuskiemu, bo zgodnie uważaliśmy, że nie wolno pozwolić, by warszawskie salony, kosmopolityczni literaci, pięknoduchy, chorobliwi pacyfiści, drwiący esteci - w rodzaju Andrzej Wajda, reżyser, czy Tadeusz Konwicki, pisarz - kalali, lżyli i poniżali narodowe dzieje.

Na dobre podzieliła nas "Solidarność", a zwłaszcza stan wojenny przyjęty przez niego z entuzjazmem. Dziadek nie był dumny z mego zaangażowania ani w Ruch Młodej Polski (ten mieczyk Chrobrego!), ani w niezależny ruch uczniowski, ani w niezależne harcerstwo, ani w podziemie. Skłonny był też uważać, że skoro ZOMO mnie skopało i złamało mi nos, a prokurator wlepił sankcję karną, i skoro posadzili mnie z recydywistami - to najwyraźniej słusznie. Generał nie może się mylić. Nie podobało mu się, że robię wszystko po swojemu i zamiast powoli przesuwać hałdy śniegu, przerzucam je łopatą. Nie tego mnie uczył.

O 19.30 odbywał się co wieczór ten sam rytuał. "Dziennik Telewizyjny" TVP. Dziadek włączał telewizor i zasiadał za stołem, na którym babcia, jak każda dobra żona, stawiała kolację. Na koniec posiłku powoli obierał nożykiem jabłka z babcinego ogrodu: cox, golden delicious, lobo. Powoli i starannie kroił je w ćwiartki, a wraz ze słodkim miąższem chłonął całym sobą toksyny i miazmaty sługusów ówczesnego reżimu: Tumanowicza, Stefanowicza czy Bartnickiego. "Dziennik Telewizyjny" był codzienną mszą, którą odprawiał Jerzy Urban. TVP już do końca dziadkowego życia lepiła i utrwalała jego polityczny światopogląd.

 

Przeklina lud, a błazny mu śpiewają

Że nigdy nie był tak jak dzisiaj wolny.

I szuka znaków co się w niebie palą:

Pokój służalstwa? Czy zagłada wojny?[7]

 

Gdy tylko po wprowadzeniu stanu wojennego otwarto sklepy spożywcze, przed osiedlowym SAM-em prof. Longin Kurski, unosząc triumfalnie laskę ku górze, wznosił entuzjastyczne okrzyki przyjmowane przez stojących w kolejce smutnych ludzi z milczącą obojętnością: "Niech żyje generał Jaruzelski!".

Zmarł we śnie w 1987 roku. Najsmutniejszym roku, roku szarości i triumfu beznadziei. Już niebawem wszystko miało się odmienić, ale dziadek tego nie doczekał. Odszedł, jak żył. Bez buntu i konwulsji. Nie zdążyliśmy się pogodzić.

* * *

Był w matce mego ojca, żonie Longina, głęboki kompleks parweniuszki. Babcia Wanda przez całe życie ze wstydem i wstrętem odcinała się od świata swego dzieciństwa spędzonego w Skierniewicach, w ubogiej, kolejarskiej, wielodzietnej rodzinie, na której kładł się długi cień strachu. Strach całą swą potężną i witalną sylwetką rzucał przybyły z Dortmundu mistrz mechaniczny, budowniczy gorzelni, cukrowni i fachowy konserwator maszyn włókienniczych w mieście Łodzi - Karl Hofman.

Prapradziadek Karl Hofman w młodości, II poł. XIX w. Zdjęcie zrobione w Dortmundzie (archiwum rodzinne).

 

Jakakolwiek by to była maszyna, koła zamachowe, łożyska, osie i tryby chodziły jak w zegarku pod nieznoszącą sprzeciwu ręką mojego prapradziadka Karla Hofmana. Despotyczny wobec maszyn, wobec ludzi używał jednego tylko trybu, rozkazującego:

- Helenka, komm hier zu mir - zwrócił się do córki. - Dies ist mein Geselle, Jan Adamski, und er wird dein Ehemann sein. (Helenka, podejdź tu. To jest mój czeladnik Jan Adamski. On będzie twoim mężem).

Karl Hofman nauczył więc swego czeladnika Johanna, Jana Adamskiego, nie tylko jak obsługiwać maszyny, by nienagannie pracowały, ale też - jak obsługiwać rodzinę, żeby jej naoliwione tryby kręciły się tak równo jak koła parowozu.

Przy stole dzieci siedziały wyprostowane jak struna, z prawą ręką na stole, a z lewą schowaną za plecami. W domu panował dryl, na miłość nie było już miejsca. Tak przynajmniej wygodniej było mi sądzić. Chciałem wierzyć, że babcia Wanda nie okazywała mi ciepła, bo sama ciepła nigdy nie zaznała.

Jednak burzył we mnie tę wizję jej starszy brat inż. Zygmunt Adamski, człowiek subtelnej łagodności, której to cechy tak brakowało babci. Widywałem go niekiedy przechadzającego się pod naszymi oknami w ortalionowym płaszczu i kapeluszu z rondem wygiętym w taki sposób, że w czasie deszczu zbierała się w nim woda. A woda była metaforą jego długiego pracowitego życia, w ciągu którego wzniósł na polskim Wybrzeżu dziesiątki urządzeń hydrotechnicznych.

Był więc Wuj, bo tak go nazywaliśmy, moim ciotecznym dziadkiem ze strony ojca. W Skierniewicach wołali na niego Tatar, bo tak jak w przypadku mojej babci jego teutońskie w jednej czwartej DNA zdominował uśpiony przez wieki mongolski gen któregoś z wojowników Czyngis-chana.

To wuj Zygmunt sprawił, że cała rodzina po wojnie osiedliła się na Wybrzeżu. Od 1929 roku, przygnany "wiatrem od morza", pracował z entuzjazmem pod kierownictwem inż. Tadeusza Wendy przy budowie portu w Gdyni. Pod nadzorem Wuja powstały nabrzeża ówczesnego portu: Indyjskie, Francuskie, Duńskie, Śląskie, Wilsona i Prezydenta. Budował molo w Orłowie i port we Władysławowie.

Wuj Zygmunt Adamski, budowniczy Gdyni, ok. 1973 r. Fot. Witold Kurski (archiwum rodzinne).

 

Wyszedł z tej samej co babcia biedy. Dniami zarabiał na studia, nocami uczył się przy świecy. Usnąwszy kiedyś nad książką, obudził się dopiero wtedy, gdy żywym ogniem zapłonął daszek jego studenckiej czapki. Ale mimo wszystko było mu łatwiej niż jego siostrze, a mojej babci. Był mężczyzną. Ranny pod Płockiem w 1920 roku w bitwie z bolszewikami, wzięty przez Niemców na zakładnika w roku 1939, starał się unikać niepotrzebnych potyczek z historią. Jego genialnie zdolny młodszy brat Karolek, który jako dziecko zbudował model maszyny parowej, skaut ochotnik, zginął w październiku 1920 roku pod Wilnem od litewskiej kuli.

Może właśnie dlatego Zygmunt uważał, że dobrze postawiony pirs, falochron czy nabrzeże znaczą dla Polski więcej niż niejedna wygrana, a zwłaszcza przegrana, bitwa.

W tym przekonaniu utwierdzał zresztą Wuja tragiczny los jego najstarszego brata - Stanisława Adamskiego. Po maturze w Skierniewicach studiował w Warszawie, ale studiów nie skończył. Pracował potem na kolei w Skierniewicach. Gdy w 1939 roku Niemcy zażądali wydania kluczy od stacji - rzucił im je pod nogi. Zapamiętali go.

Wstąpił do konspiracji. Ostatni raz widziany był w 1940 roku na warszawskiej Woli. Niebawem z obozu w Auschwitz nadeszła urzędowa wiadomość o jego zgonie i że można odebrać jego prochy.

Do mieszkania przy Piusa zaczęli przychodzić rozmaici naciągacze i handlarze nadzieją, twierdzący, że Stanisław żyje, "potrzebne są tylko pieniądze na jego wykupienie". Babcia Wanda poskarżyła się na to znajomym z AK i wkrótce intruzi przestali się pojawiać. "Pani Wando, sprawa została już załatwiona...".

Wuj Zygmunt żył cicho i cicho umarł w 1979 roku. Z Piotrkowa Trybunalskiego i Skierniewic po prostu wyjechał.

* * *

Babcia tymczasem ze Skierniewicami zmagała się całe życie. Od dziecka wiedziała, że za żadne skarby tam nie zostanie, że będzie się uczyć, że pazurami i mozołem wydrapie w skale stopnie do wyższej sfery. Przed wojną skończyła matematykę na Uniwersytecie Warszawskim, zdobyła akademickie kajakarskie mistrzostwo Polski w dwójkach. Udzielała korepetycji w najlepszych domach Warszawy, w której mieszkała aż do jej zniszczenia w powstaniu.

Babcia Wanda w swoim ogrodzie, lata 70. Fot. Witold Kurski (archiwum rodzinne).

 

Pamiętam ją jako mocno zbudowaną, niewysoką, zgrabną kobietę o tatarskich rysach, długich spiętych w kok siwych włosach. Niemal zawsze w spodniach, sprężysta i gibka, jakby przed chwilą zeskoczyła z mongolskiego stepowego konia. Widzę ją albo z sekatorem, albo z wężem ogrodowym w ręku. Ciągle w biegu - na rowerze między przydomowym ogrodem a działką w Oliwie - nieustannie pochłoniętą obsługą wszelkich potrzeb profesorskiej osoby Longina Kurskiego.

 

[...]

Redakcja: Jan Cywiński

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt okładki: Wojciech Kwiecień-Janikowski

Zdjęcie na okładce: archiwum rodzinne (Klara Modzelewska, Koszyłowce, ok. 1928 r.)

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Fotoedycja: Marcin Kapica

Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk

Rysunki drzew genealogicznych: Michał Wastkowski

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Osoby zainteresowane prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? by Agora SA, 2022

Copyright ? by Jarosław Kurski, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-3998-6

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej