Dziad. On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem - Joanna Górska, Robert Szulc


Reflow text when sidebars are open.
Joanna. Zwykła dziewczyna z Mazur. Silna.
DZIECIŃSTWO. Mama, tata, córka i syn. Modelowa rodzina dwa plus dwa. Pamiętam szczęśliwe chwile, ale pamiętam też i awantury. Dom był ciepły, kochający, normalny... kiedy tata nie pił. Mama bardzo kochała i kocha tatę. Są po sprawie rozwodowej, ale paradoksalnie teraz żyją lepiej niż kiedykolwiek. Tata nie pije. Stara się nadrobić stracony czas.
DORASTANIE. Technikum ekonomiczne z internatem. Ostróda, drugi dom. Mała dorosła, ponad sto kilometrów od rodziny, zdana na siebie. Przystosowałam się. Podobało mi się decydowanie o samej sobie. Mieszkałam z fajnymi dziewczynami. Trochę rozrabiałyśmy. Nastolatki z dala od domów, nawzajem się wychowywałyśmy.
MAŁŻEŃSTWO. Wyswatała nas koleżanka. Po zakończeniu swojej szkoły wyjechał za granicę, najpierw Niemcy, później Anglia. Wzięliśmy ślub po jedenastu latach związku "na odległość". W tak zwanym międzyczasie zdałam maturę, skończyłam studia, pracowałam w poważnych redakcjach, przestałam być dziewczynką i stałam się kobietą. Wrócił do Polski, kiedy nasz syn miał półtora roku. On inny, ja inna. Obcy sobie ludzie. Po prawie trzech latach procesu zapadł wyrok: rozwód z winy obu stron.
SYNEK. Moje słońce i sens życia. Bardzo pragnęłam zostać mamą. Pamię-tam dzień, w którym poczułam jego ruchy - magia! - reagował na mój głos, dużo rozmawialiśmy. Miałam dwadzieścia siedem lat, kiedy Kacper zdefiniował wszystko na nowo. Na świat przyszedł wspaniały chłopiec. Moja duma. Moja krew. Moje wszystko.
MIŁOŚĆ. Był dwa tysiące pierwszy rok, lipiec. Mój ojciec, prezes największej na Warmii i Mazurach spółdzielni mleczarskiej, posądzony o korupcję, od czterech miesięcy siedział w areszcie. Nie rozmawiałam o tym z nikim, a Jemu powiedziałam. Dziwne. Był żonaty i miał dziecko, ja miałam chłopaka. Kontakt się urwał. Tata, po jedenastu latach sądowej batalii, został uniewinniony. Dostał odszkodowanie za niesłuszny areszt. Cała rodzina poczuła ulgę. Wtedy postanowiłam zrobić porządek w swoim życiu. Rozwód. I kiedy nie planowałam żadnych miłosnych historii, pojawił się On, ten, któremu kiedyś powiedziałam wszystko. Robert.
ZDROWIE. Rozwodowy stres, osłabiony organizm i bakteria, która zakaziła nerki, a później wszystkie narządy wewnętrzne. Święta Bożego Narodzenia dwa tysiące dwunastego roku spędziłam w szpitalu. Dopiero kiedy wieźli mnie na wózku inwalidzkim i przez przypadek zobaczyłam mamę, jak w rozpaczy osuwa się po ścianie, zdałam sobie sprawę, że mogę umrzeć. Wielonarządowe septyczne zapalenie. Wylizałam się. Cudem. Dostałam drugie życie. Zaczęłam obsesyjnie o siebie dbać, o duszę i o ciało. Sport, zdrowe odżywianie, zero emocjonalnych wampirów obok. Było dobrze. Bardzo dobrze.
DZIAD. Wstrętny. Poznacie go, nie tak dokładnie jak ja, ale znienawidzicie równie mocno. Byłam bardziej złośliwa niż on. Dobiłam dziada, mam nadzieję, skutecznie. Jak? Skomplikowane relacje rodzinne, problemy, choroby, ale i miłość rodziny, bezwarunkowe wsparcie najbliższych, prawdziwe przyjaźnie - to mnie ukształtowało. Jestem silna tym, co przeszłam, i rodziną. Kocham i jestem kochana. To bliscy sprawili, że kiedy dziad się pojawił, powiedziałam: ON SILNY, JA SILNIEJSZA. WYPAD!
Plany?
Może nie być czasu na ich realizację.
Żyj tu, teraz, nikt nie ma gwarancji jutra.
Bierz z życia, ile się da.
Każdy dzień jest najważniejszy.
Długo czekaliśmy na normalność w naszym życiu. W końcu nastała. My i nasi synowie - byliśmy szczęśliwi.
Gran Canaria. Pełna beztroska. Luz. Zaplanowany dzień, następny też, w ogóle cały tydzień... Zwiedzanie i odpoczynek, zero stresu, nerwów. Taki był plan. Był.
- Co to, kurwa, jest?! Robert, dotknij, czujesz coś?
Miałam nadzieję, że powie, że nic nie czuje, że mi się wydaje, że nie ma tam żadnego zgrubienia, że wszystko w porządku.
- Co to?
Wyczuł. Jest. Nic mi się nie wydaje.
Kiedy dotykam guza pod pachą wiem, że to nic dobrego, ale nie spodziewam się, że jest to zło w czystej postaci. Przez myśl mi nie przechodzi, że właśnie zbliża się prawdziwe trzęsienie ziemi.
Ja, Robert i nasi synowie, to znaczy mój syn, Kacper, i syn Roberta, Maciej. Udało się wszystko poukładać i razem wyjechać. Długo o tym marzyliśmy. Idealnie.
Jakoś miesiąc przed urlopem odezwał się do mnie kumpel. Nie mieliśmy kontaktu przez dłuższy czas, ale zawsze się lubiliśmy. Ucieszyło mnie, że się odezwał. Pytał, co u mnie słychać, czy wszystko OK. Odpisałam mu: "Tak. Wszystko jest w porządku. Kocham i jestem kochana, wszyscy jesteśmy zdrowi, realizujemy marzenia i podróżujemy, budujemy gniazdo. Jest super! Choć wiem, nie powinnam tego mówić głośno". Wykrakałam? Głupie gadanie, przecież cieszenie się z życia nie może być zabronione.
W głowie natarczywa myśl: Aśka, co to może być? Może to nic takiego? Może torbiel? A co, jak nie torbiel? A co, jak rak? Patrzyłam na siebie w lustrze. Przyglądałam się sobie. Nie wyglądałam na chorą. Wyglądałam super. Młoda, fajna kobieta. Matka, partnerka, spełniona zawodowo dziennikarka, uśmiechnięta, zgrabna jak prawie nigdy wcześniej, długie włosy, gładka skóra, sporo mięśni. Wszystko gra. Podobam się sobie. Czuję się świetnie, psychicznie i fizycznie.
Dużo ze sobą rozmawiam. Głupia jesteś? Jaki rak? U ciebie? Skąd? Dlaczego? Przestań! Nie ma co sobie wmawiać choroby! Trzeba to sprawdzić i tyle. Słońce, woda, pyszne jedzenie, no i my wszyscy razem. Idealnie. Po co to psuć zamartwianiem się? Bez sensu.
Niby bez sensu, ale nie da się nie myśleć, nie da się zostawić tego z boku. Zwyczajnie się nie da. Możesz się śmiać, możesz tańczyć, możesz szaleć, ale intuicja nie daje za wygraną. Coś ci mówi, że nie ma żartów.
Patrzę na mojego synka. Nastolatek. Radosny. Wcina te swoje krewetki na oliwie z gigantyczną ilością czosnku, oczy mu się śmieją. Właśnie nurkował, pierwszy raz w życiu. Poważna sprawa. Kombinezon, butle, instruktor i zejście dość głęboko pod wodę. Rewelacja. Patrzę na niego i się zastanawiam, co by z nim było, gdyby mnie zabrakło. Jest najważniejszy na świecie. Moja krew. Moje ksero. Ja jego, on mój. Czy coś może nas rozdzielić? Wierzę, że nie. Wierzę i wierzyć nigdy nie przestanę.
A Robert? Dopiero zaczęliśmy żyć tak, jak chcieliśmy, po swojemu. Chcemy mieć czas, chcemy, aby kres naszego czasu nigdy nie nastał. Nigdy.
On nie patrzy, czy ktoś jest młody, czy stary.
On ma gdzieś, czy dotyka biednego, czy bogatego.
On nie ma kalendarza, nie ma zegarka.
On zawsze jest nie w porę.
On zawsze chce zabrać wszystko, co tylko możliwe.
Nie daj mu...
Gran Canaria, czerwiec 2017. Już tutaj czułam, że coś jest nie tak, ale starałam się odganiać czarne myśli.
Szkoda, że już trzeba wrócić. Hiszpania jest piękna, zachwycająca. Dużo kwiatów i zieleni. Południe Gran Canarii to raj. Za nami fajny czas. Radośnie. Rodzinnie. Błogo. Nie chcę wracać. Muszę przecież... No właśnie, muszę sprawdzić, co mam w piersi. Boję się. Boję się jak cholera. Macam to cholerstwo bez przerwy.
- Dzień dobry, chciałabym się umówić do lekarza.
- Jakiego?
- Obojętnie, coś wyczułam w piersi.
- Najszybciej będzie do internisty. Pojutrze o jedenastej.
- Poproszę. Będę.
Jadę, jestem przekonana, że zaraz coś się stanie, ale wmawiam sobie, że jadę tylko potwierdzić, że wszystko jest dobrze, że to tylko torbiel, że się wchłonie. Siedzi koło mnie mój synek, zaraz po lekarzu skoczymy nad Zalew Zegrzyński, mam jeszcze kilka dni urlopu, są wakacje, korzystamy z pięknej pogody.
W radiu puszczają hit tego lata, mam wrażenie, że słyszę go ciągle:
Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
~ Sound'n'Grace feat Filip Lato, 100
Chcę wiedzieć, chcę mieć pewność, że życie nie powiedziało mi: pas.
- Kiedy to pani wyczuła?
- Jakieś niecałe dwa tygodnie temu.
- Ma siedem, może dziesięć milimetrów. Boli?
- Tak, boli.
- Nie ma co się bać, rak nie boli.
Powiedziała to tak spokojnie, że poczułam ulgę. Naprawdę. Prawdziwą ulgę. Kamień z serca.
- Ale może trzeba sprawdzić?
- Możemy zrobić USG i mammografię, jak pani chce, zrobimy na cito.
Trzymam skierowanie. Badanie jeszcze dziś. Super. Prywatna przychodnia, płacę miesięczny, niemały abonament za całą rodzinę, więc to chyba normalne, że jak potrzebuję badania, to je mam? Jednak to nie jest normalne. Chory system zdrowia sprawia, że pomimo płacenia miesiąc w miesiąc, też niemałej obowiązkowej składki zdrowotnej, zrobienie badań na NFZ graniczy z cudem. Kiedyś ktoś powiedział: trzeba mieć zdrowie, aby w naszym kraju chorować... To święta prawda. Przekonam się o tym nie raz.
USG. Pięć zmian. Trzy torbiele i dwa guzy. Jeden, który sama wyczułam, na prawej piersi, przepływa przez niego krew, to źle. Drugi, niewyczuwalny, na lewej. Skierowanie na biopsję cienkoigłową i wskazanie do odbycia konsultacji onkologicznej. Zapaliła się czerwona lampka. Padło słowo na "o". Onkologia.
Czarne myśli biegają jak szalone. Robi się poważnie. Zajebiście poważnie.
Bardzo bym nie chciała, aby wszyscy byli na czarno.
Bardzo bym nie chciała płaczu.
Bardzo bym nie chciała rozpaczy.
Bardzo bym chciała, aby było kolorowo.
Bardzo bym chciała, aby było ciepło i aby była ładna pogoda.
Bardzo bym chciała, aby to była jesień.
Bardzo bym chciała, aby mnie wsypano w czerwoną urnę.
Bardzo bym chciała mieć na grobie uśmiechnięte zdjęcie.
Bardzo bym chciała, aby to nie nastąpiło szybko.
Bardzo bym chciała umrzeć ze starości, a nie na raka.
- Dzień dobry, ja na biopsję.
- Dzień dobry, proszę się rozebrać, ale tylko górę.
Dwóch lekarzy. Jeden namierza guz, drugi pobiera materiał do badania. Weseli, pogodni, mimo że już wieczór i mają za sobą kilkanaście wkłuć w różne guzy i zmiany.
- Bo wie pani, jednej pacjentce powiedzieliśmy, aby się rozebrała, idziemy ją badać, a ona goła, nagusieńka.
Badanie USG wykazało nie tylko tę zmianę, którą wyczułam. Były jeszcze trzy inne w lewej piersi, na szczęście okazało się, że to tylko niegroźne torbiele.
Panowie doktorzy mają ubaw po pachy, głośno się śmieją, ja nie. Jezu! Do kogo ja trafiłam? Widzę igłę do biopsji cienkoigłowej... Rany, jaka krowa, wcale nie jest cienka!
- Panie doktorze, tak bez znieczulenia? To chyba boli?
- Chce pani znieczulenie?
- Tak. Dopłacę, jeśli abonament nie obejmuje.
- Krzysiek, daj młotek, pani chce się znieczulić.
Bardzo, kurwa, śmieszne. Kabareciarze. Pobrali, co mieli pobrać, bolało. Wynik za trzy tygodnie, czyli pod koniec miesiąca albo na początku sierpnia. Trzeba czekać. Proste.
Czuję, jak guz mi rośnie, jest coraz większy. Ciekawe, czy przez te kłucia, czy też dziad się powiększa. To niesamowite, że dziad, kiedy się pojawia, zaczyna budować całą gospodarkę, robi utkania naczyń krwionośnych, dzięki którym ma zapewnione stałe dostawy substancji, którymi się żywi. Jedna maleńka komórka w krótkim czasie staje się czymś potężnym, czymś, co idzie dalej i dalej, co chciałoby zawładnąć całym organizmem.
Szukaj ucieczki od czarnych myśli.
Uciekaj, gdzie chcesz.
Nie daj się dorwać.
Stres to nawóz dla raka.
Nie dawaj mu tego.
Niech zdycha z głodu.
Centrum Onkologii. Miejsce, które stało się moim drugim domem. Miejsce dobijania dziada.
Rzucam się w wir pracy. Dużo się dzieje, normalka. Istota dziennikarstwa. Tak jest w newsach, dzień niepodobny do dnia. Idziesz do "fabryki" i nie wiesz, co się wydarzy. Uwielbiam to. Dziennikarze są jak saperzy. Jesteś dobry, póki coś/ktoś cię nie wysadzi. Tym czymś może być wszystko, tym kimś może być każdy. Trzęsienie ziemi, katastrofa lotnicza, powódź, polityka, sprawy społeczne, chamski celebryta, nafochowana gwiazda - min jest dużo. Ostatecznie w studio liczysz się ty i to, co masz w głowie. Jak nie masz nic, znikasz. To wymagający zawód. Kiedy na kamerze zapala się czerwona lampka, nie liczy się nic innego, wszystkie sprawy prywatne zostawia się za drzwiami studia. Widz nie powinien wyczuć, że ma się słabszy dzień, że ma się kłopoty, że coś się wali.
Pracuję kilka dni z rzędu. Staram się nie myśleć o wynikach. Uciekam od czarnowidztwa. Poranki. Telewizyjny program na żywo. Kilka dyżurów dzień po dniu daje w kość. Aby o szóstej rano powitać widzów i mieć pełno energii, i przede wszystkim nie być zaspanym, trzeba wstać o trzeciej trzydzieści. Środek nocy, bywa ciężko. Nie mam czasu na myślenie. Działam. Praca, dom, rodzina. Praca, dom, rodzina. I tak w kółko.
Dwudziesty lipca. Padam na twarz. Jestem po sześciu programach. Dzwonię do mamy, mówię, że zaraz kładę się spać, żeby się nie martwiła, jak nie będę odbierać telefonów. Roberta też o tym informuję. Zawsze tak robię, to nic nadzwyczajnego. Kacper jest u swojego taty. Mogę spokojnie zasnąć. Odpływam na kilka godzin. Budzę się po szesnastej. W prywatnym telefonie kilkanaście nieodebranych połączeń, w służbowym podobnie. Oddzwaniam, ale sygnał dziwny, jakiś urywany, krótki.
Myślę, że to pewnie znowu bank, ubezpieczalnia albo cokolwiek innego. Wpisuję numer telefonu w wyszukiwarkę internetową: CENTRALA LUX MED. Już nie ma co dzwonić, nie ma co się zastanawiać, trzeba jechać.
Jest źle! Jest bardzo źle! Wyniki miały być przecież dopiero za tydzień! Kurwa, mam raka!
Gadam do siebie przez całą drogę.
Wpadam do przychodni. Zdenerwowana. Roztrzęsiona. Zapłakana.
- Dzień dobry, Joanna Górska, dzwoniliście, pewnie są wyniki.
- Pani doktor czeka na panią, wszystko powie, proszę iść do gabinetu.
Biegnę. Jest dużo ludzi, ale nie widzę nikogo. Jestem w amoku. Trzęsą mi się ręce. Serce wali jak szalone. Milion myśli. Jezu, co teraz będzie?!
- Biopsja wykazała, że lewa pierś jest czysta, ale w prawej są komórki nowotworowe. Konieczne jest założenie karty DILO, która wciągnie panią na szybką ścieżkę diagnostyczną. Musi pani wybrać szpital. Proszę poszukać onkologa. Niech pani pamięta, że rak piersi szybko wykryty jest wyleczalny. Dobrze, że pani nie czekała. To szczęście w nieszczęściu.
- Dobrze, dziękuję.
- Powodzenia.
- Mam raka?
- Tak.
- Umrę? Ile mi zostało?
- Nic na razie nie wiadomo. Trzeba zrobić dokładne badania.
- Zrobię.
Wychodzę. Chcę zapaść się pod ziemię. Chcę zniknąć. Przeszywa mnie ból, jakiego nigdy wcześniej nie czułam.
Ciało mnie zdradziło.
Bóg o mnie zapomniał.
Życie oszukało.
Los ze mnie zakpił.
Szczęście opuściło.
Nadzieja nie istnieje... Jest źle!
Wracam do auta. Kulę się jak małe zwierzę i wyję. Dosłownie. Wyję. Świat się zawalił. Co będzie dalej? Ile mi zostało czasu? Co mam robić? Co z moim synem? Rozpacz. Na zewnątrz ulewa. Leje tak, że nikt mnie nie widzi i nie słyszy.
- Kurwa! Umrę! Ja pierdolę! Kurwa! Chuj! Pojebany świat! Popierdolone życie! Gdzie jesteś, Boże?! Wiedziałam, kurwa, nie ma! - przeklinam jak nigdy wcześniej. Pięściami uderzam w kierownicę.
Nie jestem w stanie z nikim rozmawiać. Piszę do Roberta, aby skontaktował się z profesorem, do którego wcześniej zdobyłam kontakt. Robert chce wiedzieć, co się dzieje, dzwoni, nie odbieram. Nie mam siły mówić, napisałam tylko SMS-a: mam raka. Nie wierzy. Jest w szoku. Odpisuje, że już do mnie jedzie. Jakimś cudem, nie wiem jakim, jakąś ponadludzką siłą, udaje mi się wrócić do domu. Jest pusty. Kacper u swojego taty, Robert jeszcze ma kawałek drogi. Jestem w amoku. Brak mi powietrza. Wychodzę na taras, aby złapać oddech. Siadam. Ciągle ryczę... Zaskakujące, jak dużo łez ma człowiek. Podnoszę wzrok.
Wynik biopsji. Cellulae atypicae to po polsku komórki atypowe. Tu już nie było żadnych wątpliwości i nadziei, że może to nic groźnego.
- Nie! To się nie dzieje! To nie może być prawda. To jakiś koszmarny sen!
Nie dowierzam. Mam przed sobą, dokładnie na wprost, obrzydliwy budynek Centrum Onkologii. Dotąd go nie widziałam. Jest. Tkwi tam. Rysuje się na horyzoncie. Wśród bloków i zieleni wyrasta jak wrzód na dupie. Brązowy, prawie rudy, jakiś taki gówniany moloch. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć? Co mogę zrobić, aby go nie widzieć? Łapię donice z roślinami, ustawiam tak, aby zasłonić koszmar. Nasza świąteczna choinka sprawdza się doskonale, rośnie u nas już ponad dwa lata, jest dość wysoka, wystarczająco wysoka. Ciężka jak cholera. Udało się. Nie widać.
- Kochanie, gdzie jesteś?
- Tu, na tarasie.
Robert przyjechał tak szybko, jak mógł. Mam wrażenie, że siedzę tam całą wieczność. Rozpogodziło się, nawet wyszło słońce. Nie dla mnie, ja jestem w mroku.
- Posiedzę z tobą.
- Dobrze. Mocno mnie przytul.
Przytulił. Siedzieliśmy do późna. Kilka godzin. Płakałam, Robert też. Mało rozmawialiśmy. Każde z nas bało się powiedzieć, o czym myśli.
Co mnie czeka? Co z moim synkiem? Jak będzie dorastać bez mamy? Jak to się na nim odbije? Gdzie sprawiedliwość? Dlaczego nie możemy być szczęśliwi? Dlaczego kiedy wydaje się, że jest super, to wszystko zaczyna się rozwalać? Jak mam synkowi powiedzieć, że mam raka? Co dalej? Ile mi zostało? Miesiąc? Dwa? Rok? Ile? Nie wiem nic, pustka, dosłownie nic. Jedna wielka niewiadoma.
- Umrę?
- Nie ma takiej opcji. Nie ma takiej możliwości. Damy radę. Cokolwiek to jest, damy radę. Razem to przejdziemy.
Właśnie tego potrzebuję. Kilka zdań wypowiedzianych z takim przekonaniem, że nie mam wątpliwości.
Nie jestem z tym sama. Wiem, że jeśli będę otoczona miłością, to będę silna.
Wiem to na pewno, że kiedy się posypię, Robert mnie pozbiera.
Nikt nigdy nie jest gotowy na raka.
Do tego nie można się przygotować.
Ląduje się w świecie, którego się nie zna.
Wszystko jest obce, ale tylko na początku.
Później robi się swojsko.
Później człowiek się przyzwyczaja.
Przyzwyczaić można się przecież do wszystkiego.
Kacper, moje wszystko. Tu jeden z naszych spacerów, kiedy staraliśmy się zapomnieć o wszystkim, co złe.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej