Biedna kobieta trwała wciąż w omdleniu. Była okryta jedynie szatą w
rodzaju koszuli, noszoną przez biedne Beduinki. Twarz jej nieco się
ożywiła. Można było zauważyć, że liczy nie o wiele więcej, niż lat
dwadzieścia. Puls bił, aczkolwiek bardzo słabo.
Żyło również dziecko. Zdjąłem z siodła manierkę z wodą i
wsączyłem maleństwu do ust nieco płynu ożywczego. Niebawem
otworzyło oczy, ale jakie! Gałki były powleczone jakgdyby szarą
skórką - gałki ślepego dziecka. Dałem znów wody. Piło i piło
chciwie, poczem zawarło powieki. Było tak wycieńczone, że zmożył je
natychmiast sen.
Sępy ponownie poczęły się zlatywać. Nie ważąc się podejść do
mnie, usiadły na trupie i szarpały gnaty. Widok był wyjątkowy
wstrętny. Wycelowałem ze sztućca i zastrzeliłem pare drapieżników,
zarazem odpędzając wrzeszczącą gromadę.
Wystrzały obudziły kobietę. Otworzyła oczy, podniosła się
wpół i przedewszystkiem wzrokiem poszukała dziecka. Wyciągnęła
ramiona i przycisnęła maleństwo do siebie, wołając:
-
Weledi, weledi, ia Allah, ia Allah, weledi! - Moje
dziecko, moje dziecko, o Allah, moje dziecko!
Zwróciła się nabok, zobaczyła resztki trupa, wydała
rozdzierający serce okrzyk. Chciała skoczyć, zerwać się, ale z
osłabienia i grozy upadła zpowrotem na ziemię. Nie widziała mnie,
ponieważ stałem z drugiej strony. Ale widocznie zaczęła sobie
przypominać momenty, poprzedzające omdlenie, gdyż naraz krzyknęła:
- Jeździec, jeździec! Gdzie jest?
Zwróciła się ku mnie, zobaczyła i skoczyła na nogi.
Zachwiała się wprawdzie, ale podniecenie podtrzymywało jej siły.
Przyglądała mi się przez chwilę badawczo, poczem zapytała:
- Kim jesteś? Do jakiego plemienia należysz? Czy jesteś
wojownikiem Uled Ayunów?
- Nie - odparłem. - Nie lękaj się mnie. Nie należę do
żadnego z tutejszych plemion. Jestem cudzoziemcem, przybywam z
dalekich stron i nie zostawię cię bez pomocy. Tyś osłabiona.
Siadaj, dam ci wody.
- Tak, daj wody, wody, wody! - błagała, siadając zpowrotem.
Podałem manierkę. Piła chciwie, pełnemi łykami, poczem
oddała mi wypróżnioną do dna butelkę. Spojrzenie jej znów
zatrzymało się na trupie. Odwróciła się ze zgrozą, zasłoniła twarz
dłońmi i zaniosła od rozdzierających łez.
Starałem się ją uspokoić - nie odpowiadała, pogrążona w
nieutulonym płaczu. Ponieważ sądziłem, że łzy jej ulżą, umilkłem i
skierowałem się do trupa. Czerep był gęsto przedziurawiony,
zastrzelono go zatem. Na ziemi nie dostrzegłem żadnych śladów.
Zatarł je wiatr jakkolwiek słaby. A więc morderstwo nie dziś
zostało dokonane.
Podczas, gdy zbierałem spostrzeżenia, nieszczęsna kobieta
uspokoiła się do tego stopnia, że mogła odpowiadać na pytania.
Zwróciłem się do niej i zagadnąłem:
- Serce twoje jest ciężkie, a dusza obolała. Nie powinienem
cię uciskać, lecz pozostawić w spokoju, wszelako czas mój nie
należy wyłącznie do mnie. Chciałbym więc wiedzieć, czem mogę ci się
przysłużyć. Czy odpowiesz na moje pytania?
- Mów! - rzekła, podnosząc ku mnie oczy pełne łez.
- Ten nieboszczyk był twoim mężem?
- Nie. Był to starzec, przyjaciel mego ojca. Odbył ze mną
pielgrzymkę do Nablumah.
- Czy masz na myśli ruiny Nablumah, gdzie leży grobowiec
cudotwórczego Marabu?
- Tak. Chcieliśmy się modlić u grobu. Allah obdarzył mnie
dzieckiem ślepem. Miało odzyskać światło oczu po pielgrzymce do
grobu Marabu. Starzec, który mi towarzyszył, był ślepy na jedno oko
i pragnął odzyskać wzrok w Nablumah. Mój pan pozwolił mi pójść z
nim.
- Ale wasza droga prowadziła przez granicę rozbójniczych
Uled Ayunów. Do jakiego należysz plemienia?
- Do Uled Ayarów.
- A więc Uled Ayuni są twoimi, wrogami śmiertelnymi. Wiem,
że zaprzysięgli wam zemstę krwi. Może nazbyt wiele odważyliście
się, podejmując pielgrzymkę bez straży.
- Kto mógł z nami jechać? Jesteśmy bardzo ubodzy. Nie mamy
nikogo, ktoby z nami pojechał, aby ochronić w potrzebie.
- Ale twój mąż, twój ojciec mogli ci wszak towarzyszyć!
- Chcieli, ale musieli zostać, gdyż nagle powstała zwada z
żołnierzami baszy. Mój pan i ojciec uchodziliby odtąd za tchórzów,
gdyby pojechali z nami, zamiast stanąć do walki.
- Powinniście byli przeczekać do końca zatargu.
- Nie godziło się czekać. Ślubowaliśmy rozpocząć pielgrzymkę
w określonym
lom ed dżuma i nie mogliśmy złamać ślubu. Wiedzieliśmy o
niebezpieczeństwie, grożącem ze strony Uled Ayunów, i dlatego
pojechali na południe, drogą okrężną, prowadzącą przez tereny
zaprzyjaźnionych Meidżerów.
- Dlaczegoście nie wrócili tą samą drogą?
- Mój towarzysz był stary i słaby. Wędrówka wycieńczyła go
do reszty, sądził więc, że nie przetrzyma okrężnej drogi. Dlatego
obraliśmy drogę najkrótszą.
- To wielka nieroztropność. Nieboszczyk był stary, ale nie
sędziwy. Słabość nie usprawiedliwia tej nieostrożności. Wszak mógł
po drodze zatrzymać się i wypocząć u waszych przyjaciół Meidżerów.
- Twierdziłam to samo, ale odpowiedział, że według Koranu i
innych ksiąg świętych pielgrzymi są nietykalni. Podczas pielgrzymki
ustaje wszelkie uczucie wrogie.
- Znam prawo pątnicze - rozciąga się jedynie na pielgrzymki
do Mekki, Mediny i Jeruzalem, nie na inne pobożne wędrówki. Wielu
wiernych nie stosuje się jednak do tego prawa nawet podczas
wielkiego Hadż.
- Nie wiedziałam o tem, inaczej wzbraniałabym się pójść
niebezpieczną drogą mego przewodnika. On sam miał zapewne jakieś
wątpliwości, gdyż w dzień odpoczywaliśmy, a chodzili tylko nocą,
dopóki nie wyminęliśmy wszystkich obozów i namiotów Uled Ayunów.
- A potem już czuliście się bezpieczni i zarzuciliście
środki ostrożności?
- Tak. Znajdowaliśmy się wprawdzie wciąż na obszarach
wrogów, ale nie było już daleko do naszych granic. Dlatego
wędrowaliśmy także podczas dnia.
- Nie pomyśleliście, że największe niebezpieczeństwo czai
się nad granicą wrogów? W głębi nieprzyjacielskiego kraju jest się
nieraz bezpieczniejszym, niż na krańcach. Doświadczyłaś tego na
sobie samej.
- Tak. Allah skierował nas na złą drogę, albowiem tak
przewidywała księga przeznaczeń. Kiedyśmy doszli do tego miejsca,
napadli na nas Uled Ayuni. Nożami i włóczniami przebili ciało mego
towarzysza, postrzelili mu głowę i zrabowali odzież oraz ten ubogi
dobytek, który starzec miał przy sobie. A mnie zakopali w ziemię,
aby oczy moje karmić widokiem trupa, dopóki mnie sępy nie pożrą.
Gdyby moje dziecko nie było ślepe, zabiliby je niechybnie, bo to
chłopak.
- Kiedy na was napadli?
- Przed dwoma dniami.
- Straszne! Co też musiałaś przejść!
- Tak. Niech Allah przeklnie Ayunów i pogrąży aż na
najgłębsze dno piekła! Przecierpiałam katusze, których nie potrafię
wypowiedzieć, katusze rozpaczy nad własną zgubą, a jeszcze
bardziej, o wiele bardziej nad zgubą mego dziecka. Nie mogłam mu
pomóc. Leżało przede mną w skwarze słonecznym i w ciemnościach
nocy, a nie mogłam go dotknąć, ani obronić, - przecież ręce miałam
zakopane. A tam opodal leżał starzec, ten dobry, ten czcigodny
starzec. Szarpały go sępy, - musiałam na to patrzeć - to było
okropne! Potem sępy zbliżyły się do mnie i do mego dziecka. Nie
mogłam się poruszać, mogłam tylko odstraszać krzykami. Zdzierałam
gardło, co sił, ale ptaki zrozumiały wnet, że jestem bezbronna, - -
przysuwały się coraz natrętniej i na pewnoby jeszcze przed
wieczorem wbiły dzioby i szpony w moją głowę i w moje biedne
dziecko...
Przycisnęła je do siebie, zanosząc się od płaczu, raczej z
podniecenia, niż chwilowego bólu.
- Pociesz się! - prosiłem. - Allah bardzo ciężko cię
doświadczył. Ale oto cierpienia twoje dobiegły kresu. Gdyby starzec
był twoim krewnym, cierpiałabyś, jeszcze bardziej. Zapomnisz wnet o
udrękach, które zniosłaś. Twoje dziecko żyje. Wrócisz do domu, nie
straciwszy nikogo z bliskich, i będziesz witana z radością i
zachwytem.
- Masz słuszność, o panie! Ale jakże wrócę do domu? Nie
posiadam ani żywności, ani wody, a jestem, tak słaba, że chodzić
nie potrafię.
- Czy nie potrafisz utrzymać się w siodle, jeśli ci dam
konia i będę szedł przy tobie?
- Wątpię. Przytem mam na ręku dziecko.
- Ja je poniosę.
- Twoja dobroć, o panie, jest tak wielka, jak moje przebyte
cierpienia. Ale mimo że mnie wyręczysz, poniósłszy dziecko, jestem
tak wycieńczona, że nie zdołam się utrzymać o własnych siłach.
- A zatem nie pozostaje ci nic innego, jak zdać się na mnie.
Posadzę cię przed sobą na koniu. Weźmiesz dziecko na ręce, ja zaś
będę cię tak mocno trzymać, że nie zlecisz. Zjedz te daktyle, które
na szczęście zabrałem w drogę. To cię pokrzepi.
Zjadła chciwie i rzekła:
- Wiesz, o panie, że żaden mężczyzna nie powinien dotknąć
obcej żony, ale ponieważ Allah odebrał mi zdolność chodzenia, lub
jechania o własnych siłach, więc chyba za złe nie poczyta, jeśli
się ułożę w twoich ramionach. Mój pan zaś i władca też mi na pewno
wybaczy.
- Gdzie chcesz go poszukać?
- Nie wiem, wyruszył bowiem do walki. - Oby Allah zachował
go przy życiu! - Ale potrafię znaleźć obóz, w którym zostali
starcy, kobiety, dzieci, chorzy i słabi. Znajduje się w Dżebel
Eszuir, dokąd dotrzemy jutro. Czy chcesz mnie tam odprowadzić? Nasi
przyjmą cię z radością. Jestem wprawdzie uboga, ale nazywam się
Elatheh i wszyscy mnie lubią, więc z radością powitają mego zbawcę.
- Nawet, jeśli jest waszym wrogiem?
- Wrogiem? Jakże możesz być wrogiem Uled Ayarów, ty, któryś
mnie wybawił z najstraszliwszej śmierci!
- A jednak jestem nim.
- To niemożliwe, powiedziałeś bowiem, że przybywasz z
dalekich, bardzo dalekich stron. Jak się nazywa twoje plemię?
- Nie jest to już plemię, ale naród. Wielki
pięćdziesięciomiljonowy naród.
- O Allah! Jakże wielka musi być oaza, w której mieszka tylu
ludzi. Jak się nazywają?
- Kraj zowie się Belad el Alman. Jestem więc Almani, czyli,
jeśli ci to słowo jest bardziej znane Nemzi, a nazywam się Kara ben
Nemzi. Moja ojczyzna leży daleko za morzem.
- I powiadasz, że jesteś wrogiem Uled Ayarów?
- Tylko dlatego, że jestem przyjacielem i towarzyszem tych,
których nazywacie swymi wrogami, to znaczy przyjacielem żołnierzy
baszy.
- Jakto? - zapytała struchlała z lęku. - Jesteś towarzyszem
tych dręczycieli, którym odmówiliśmy pogłównego?
- Tak.
- A więc jesteś naszym wrogiem! Nie powinnam iść z tobą.
- Chcesz zostać tutaj i zginąć?
-
Allah 'l Allah! Masz słuszność. Jeśli mnie nie zabierzesz,
wraz z dzieckiem zginę niechybnie. Co mam czynić?
- To, na coś się poprzednio zdecydowała. Powierzysz się
mojej opiece.
- Wszak nie zaprowadzisz mnie do naszego obozu?
- Tego uczynić nie mogę. Przedewszystkiem i ty, i twój
chłopczyk jesteście osłabieni, a ja nie mam ani jadła, ani wody, -
jakże wytrzymacie do jutra, a tem bardziej do pojutrza? A ponadto,
muszę bezwzględnie wrócić do swoich. Jeśli nie wrócę, będą bardzo
zatroskani i zarządzą poszukiwania. Wskutek tego może dojść do
potyczek z twoimi ziomkami, a do tego pragnąłbym nie dopuścić.
- A więc zaprowadzisz mnie do żołnierzy, do naszych wrogów?
Czy przypuszczasz, że pójdę?
- Nietylko przypuszczam, ale jestem pewien. Wolisz więc
zginąć?
- Prawda. W mojej duszy ważą się sprzeczności. Nie wiem, co
postanowić.
- Nie możesz postanawiać, gdyż jest rzecz oczywistą, że
pojedziesz ze mną. Jeśli nie pojedziesz dobrowolnie, użyję
przymusu.
-
Allah la jukaddir! - Boże uchowaj! - zawołała przerażona.
- Chcesz uciec się do przemocy nad słabą kobietą?
- Tak. Zmuszając, czynię ci dobrze. Jeśli zostaniesz tutaj,
będziesz zgubiona. Musisz pójść ze mną, a chociaż mogę tylko wrócić
do wojsk baszy, nie powinnaś się przerażać. Nie zamierzam wyrządzić
ci żadnej krzywdy. Jeśli cię zmuszę, to tylko dla twego własnego
dobra. Nie uważaj mnie za wroga. Kiedy zobaczyłem cię, sterczącą z
ziemi, natychmiast pomyślałem, że należysz do Uled Ayarów, zatem do
dzisiejszych moich przeciwników. Mimo to wykopałem cię z ziemi.
Możesz z tego wnioskować, iż nie jestem niebezpiecznym wrogiem.
Przyłączyłem się do walki, być może poto właśnie, aby zapobiegać
rozlewowi krwi i aby, o ile to będzie możliwe, zawrzeć pokój.
Przyjrzyj mi się! Czy mam oblicze człowieka, którego należy się
lękać?
- Nie - odparła, uśmiechając się. - Twoje oczy spoglądają
łagodnie, a oblicze jest dobre i łaskawe. Ciebie się nie boję, ale
tem bardziej lękam waszych żołnierzy.
- Niesłusznie. Będą wobec ciebie przyjaźni. Nie wojujemy z
kobietami.
- Czy możesz rozkazać, aby się ze mną nie obeszli wrogo?
- Tak. I będą mnie słuchali.
- A więc jesteś dowódcą?
- Dowódcą i gościem, a to znaczy, jak ci wiadomo, o wiele
więcej.
- Czy będę branką?
- Obiecuję, że będziesz wolna i niczego ci nie zbraknie.
Biorę cię pod swoją szczególną opiekę. Będziesz zawsze wpobliżu
mnie i każdy, kto się ośmieli zaczepić, zostanie surowo ukarany.
- A kiedy będę mogła odejść?
- Skoro tylko pozwolą okoliczności i skoro będę pewny, że
to, co możesz o nas swoim rodakom opowiedzieć, nie obróci się nam
na szkodę. To może nastąpić bardzo szybko, być może już pojutrze.
- Ufam twoim słowom, ponieważ wyglądasz na człowieka
uczciwego, a nie na oszusta. A ponieważ mi przyrzekasz, więc - -
ale, spójrz, zbliżają się jacyś jeźdźcy!
Wskazała kierunek, z którego przybyłem, a do którego byłem
teraz zwrócony tyłem. Beduinka była tak pochłonięta rozmową, że
zauważyła jeźdźców dopiero z odległości dosyć bliskiej, bym mógł w
nich rozpoznać Emery'ego i Winnetou.
- Nie są to chyba wrogowie twoi, albo moi, o panie! - rzekła
zatrwożonym głosem.
- To są moi przyjaciele, którzy mnie szukają, gdyż zbyt
długo trwała moja nieobecność, - odpowiedziałem. - Nie powinnaś się
lękać. Będą cię tak samo bronić, jak ja, - są też cudzoziemcami.
Nie należą do plemienia Ayunów, jeden jest Inglizi, a drugi
wojownikiem z dalekiego Belad Amierika.
Jeźdźcy zbliżyli się i osadzili wierzchowce na miejscu.
Emery zapytał:
- Dlaczego tak długo nie wracałeś? Niepokoiliśmy się o
ciebie. Nie było cię przeszło dwie godziny, więc odszukaliśmy twój
trop i przyjeżdżamy. Oczywiście, znów przygoda?
Opowiedziałem zdarzenie, naturalnie po angielsku, aby i
Winnetou mógł zrozumieć. Gdy skończyłem, zsiedli z koni i Emery dał
kobiecie daktyle, a Winnetou kawał mięsa, które, usmażone po
Indjańsku, przechowywał w torbie przy siodle.
Widać było, że kobieta jest ogromnie wygłodniała. Podczas
gdy jadła, zauważyłem woddali na wschodzie biały punkt, który się
coraz bardziej powiększał, przybierając jeszcze jedno zabarwienie.
U góry był biały, a u dołu ciemny. Kiedy wskazałem towarzyszom,
rzekł Emery:
- Oddział Beduinów. U dołu konie ciemne, u góry jasne
burnusy. Zbliżają się do nas. Co czynić?
Kobieta, obejrzawszy się, natychmiast zawołała przelękniona:
- Allah niech nas obroni! Jesteśmy zgubieni, jeśli nie
uciekniemy co koń wyskoczy. To Uled Ayuni!
- Może kto inny?
- Ależ nie! Uled Ayuni żyją teraz w niezgodzie z całym
światem. Kto w jasny dzień przyjeżdża tak otwarcie ze strony ich
obozu, ten jest niewątpliwie Ayunem. Uciekajmy, panie, szybko,
szybko!
Mówiąc to, skoczyła na równe nogi.
- Poczekaj chwilę, poczekaj! - rzekłem. - Cudzoziemiec nie
ucieka tak szybko przed tymi ludźmi.
- Ale jest ich ponad dziesięciu!
- Bodajby było dwudziestu lub trzydziestu.
- A więc jesteście zgubieni, i ja także! O Allah, Allah,
wspomóż nas w tem niebezpieczeństwie!
- Uspokój się. Nic ci złego nie zrobią. Sądzę nawet, że
zdołamy Ayunów ukarać za dokonane morderstwo, o ile istotnie są to
Uled Ayuni.
- Chcesz zostać? - zapytał Emery.
Zrozumiał słowa kobiety, zarówno jak i moje.
- Bezwzględnie - odpowiedziałem.
- A jeśli to nie Uled Ayuni?
- W takim razie są to Ayarzy, których tem bardziej musimy
pojmać.
- Pojmać? Zgoda!
Oblicze jego, zwykle nacechowane powagą, teraz promieniało z
wewnętrznego zadowolenia, gdy podszedł do wierzchowca, aby zdjąć z
siodła broń, tę broń, z której zwykł trafiać w czoło każde zwierzę
i każdego wroga.
Winnetou również sięgnął po swoją srebrną strzelbę i założył
za pas krzywy nóż i tomahawk.
- To będzie zapewne twoja pierwsza w Afryce rozprawa orężna
- rzekłem.
- Winnetou nie sądzi, aby doszło do rozprawy, - odezwał się.
- Przestrach rzuci ich w nasze ręce.
Naraz kobieta zaczęła wrzeszczeć jeszcze okropniej:
- O Litościwy, o Łaskawy, o Obrońco! To są naprawdę Uled
Ayuni, a między nimi sześciu tych, którzy mnie zakopali.
- Nie mylisz się? - zapytałem.
- Nie. Przywodzi im ten z długą, czarną brodą, który jedzie
na czele. Co się z nami stanie?
O Allah, Allah, Allah!
Ułożyłem ją na ziemi przemówiłem uspakajająco:
- Włos z głowy nie spadnie tobie, ani twemu dziecku. Nie my
powinniśmy się lękać, tylko oni nas.
- To niemożliwe, zgoła niemożliwe! Jest ich czternastu, a
was tylko trzech.
Nie miałem czasu na uspakajanie lękliwej niewiasty, gdyż
oddział zbliżył się na niespełna trzysta kroków, gdzie się
zatrzymał, aby nas obejrzeć. Uled Ayuni przybyli sprawdzić, czy
kobieta żyje jeszcze, i napawać się widokiem jej cierpień. Nie
porozumiewając się nawet, ustawiliśmy się tak, jak należało,
mianowicie, ja z kobietą pośrodku, Emery o dwadzieścia kroków na
prawo, Winnetou o tyleż na lewo. Tworzyliśmy więc linję długości
czterdziestu kroków. Konie stały za nami.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.