Dywizjon żab - J.M. Woytt

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Ja to załatwię..."

Dowódca 10 Flo­tylli MAS 1, koman­dor Vale­rio Bor­ghese, jesz­cze raz przej­rzał prze­słany mu przed chwilą tajny raport. "Tak - pomy­ślał - to pismo zostało prze­słane pod wła­ściwy adres. Sprawa leży cał­ko­wi­cie w naszej kom­pe­ten­cji i chyba nikt inny nie potra­fiłby jej "zała­twić" tak jak my...".

Koman­dor poczuł coś w rodzaju dumy, że na nim wła­śnie i na jego ludziach spo­czy­wało to nie­zwy­kłe i trudne zada­nie. W tej chwili zda­wało mu się nawet, że on jeden dźwiga na sobie cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści za losy Włoch, nad któ­rymi zawi­sło widmo klę­ski. Prze­by­wa­jąc czę­sto w szta­bie gene­ral­nym i w mini­ster­stwach, z któ­rymi musiał utrzy­my­wać łącz­ność z racji swych obo­wiąz­ków, był świad­kiem postę­pu­ją­cego w pań­stwie roz­kładu. Tam nie liczono już na zwy­cię­stwo. Myślano już tylko o oca­le­niu swo­ich głów i mająt­ków.

Sytu­acja rze­czy­wi­ście przed­sta­wiała się nie naj­le­piej. Nie­miecki sojusz­nik pośpiesz­nie "skra­cał front" na roz­le­głej ziemi rosyj­skiej. Po opusz­cze­niu przez armię wło­ską Tunisu w maju 1943 roku alianci stali u wrót Ita­lii. Trzeba było przy­go­to­wać obronę kraju, trzeba było pomy­śleć o zabez­pie­cze­niu Sycy­lii i Sar­dy­nii. Defe­tyzm sze­rzący się w armii roz­kła­dał ją, czy­nił nie­zdolną do walki.

Na wspo­mnie­nie armii Bor­ghese skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Tak, trudno byłoby powie­dzieć, żeby faszy­stow­ska armia Włoch przy­spo­rzyła chwały orę­żowi Ita­lii. On sam ni­gdy nie miał naj­lep­szego o niej wyobra­że­nia, ale to, czego był świad­kiem, prze­cho­dziło nawet jego poję­cie. Zda­niem Bor­ghesa, jedy­nie 10 Flo­tylla na­dal wypeł­niała swoje zada­nie i na niej można było pole­gać, inne zaś zespoły i jed­nostki floty wło­skiej nie­wiele lepiej popi­sały się od armii lądo­wej.

Wzrok koman­dora zatrzy­mał się na por­tre­cie, z któ­rego spo­glą­dała nie­kształtna twarz Duce.

Kie­dyś Bor­ghese wraz ze swo­imi ludźmi został przy­jęty przez Mus­so­li­niego. "Wódz" faszy­stow­skiego pań­stwa gra­tu­lo­wał im suk­cesu. Była to dla niego nie­za­po­mniana chwila. Koman­dor spró­bo­wał chwilę poma­rzyć, ale nie­szczę­sne pismo przy­po­mniało mu o smut­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Spoj­rzał na zega­rek. "Tamci powinni już nadejść" - nie­cier­pli­wił się. Pod­szedł do roz­wie­szo­nej na ścia­nie mapy. Oczy jego prze­su­nęły się po połu­dnio­wych krań­cach Włoch, minęły Pół­wy­sep Bał­kań­ski i zatrzy­mały się na... połu­dnio­wych wybrze­żach Tur­cji. "Więc to tu..." - patrzył na dwa małe punkty, pod któ­rymi wid­niały napisy: Alek­san­dretta i Mer­sin.

Każ­demu, kto nie znał myśli Bor­ghese, wyda­wało się co naj­mniej dziwne, że ten wło­ski koman­dor zain­te­re­so­wał się nagle tak odle­głymi i małymi w grun­cie rze­czy miej­sco­wo­ściami, pod­czas gdy nie­bez­pie­czeń­stwo zagra­żało jego ojczyź­nie z zupeł­nie innej strony. Ale w gło­wie Bor­ghese kształ­to­wał się już kon­kretny plan...

Punk­tu­al­nie o 7.00 sta­wili się wszy­scy, któ­rych wezwał. Była to ści­sła narada w gro­nie naj­bar­dziej zaufa­nych. 10 Flo­tylla była zbyt samo­dzielną jed­nostką, by koman­dor poczu­wał się do obo­wiązku zawia­da­mia­nia kogo­kol­wiek z dowódz­twa o taj­nej odpra­wie. Mógł dzia­łać i dzia­łał na wła­sną rękę. Pierw­szy przy­szedł Luigi Fer­raro. Bor­ghese uści­snął mu rękę szcze­gól­nie ser­decz­nie. Luigi zro­zu­miał, że koman­dor w swo­ich pla­nach musiał mu prze­zna­czyć spe­cjalną rolę.

Znali się już dość dawno, od pierw­szej chwili ist­nie­nia tej naj­taj­niej­szej z taj­nych jed­no­stek. Był to okres, kiedy przed roz­bu­dową flo­tylli admi­rał Cava­gnari posta­wił im nowe, roz­le­glej­sze zada­nia. We wszyst­kich jed­nost­kach lądo­wych i mor­skich, w klu­bach spor­to­wych poszu­ki­wano wów­czas naj­lep­szych pły­wa­ków. Prze­cho­dzili oni przez dokładną sieć selek­cyjną, badano dokład­nie życio­rysy, cha­rak­ter, skłon­no­ści, nawyki, sła­bostki i nałogi. Kan­dy­daci musieli się legi­ty­mo­wać dowo­dami bez­gra­nicz­nej lojal­no­ści wobec faszy­stow­skiego ustroju, śle­pym posłu­szeń­stwem i wier­no­ścią. Zdro­wie musiało być bez zarzutu. Ci, któ­rzy prze­szli przez ową sieć, orga­ni­zo­wani byli w małe, kil­ku­oso­bowe, nie­zna­jące się nawza­jem grupy. Zasady taj­no­ści i ści­słej kon­spi­ra­cji prze­strze­gane były jak naj­su­ro­wiej. W ten spo­sób powstał naj­pierw Bata­lion N - Nat­ta­tori. Był to oddział dywer­san­tów pod­wod­nych znaj­du­jący się w dys­po­zy­cji sztabu armii lądo­wej i prze­zna­czony do zrzu­ce­nia na spa­do­chro­nach w rejo­nach mor­skich obję­tych dzia­ła­niami wojen­nymi. Inny oddział zaszy­fro­wany został pod nazwą "Grupa Gamma" i obej­mo­wał dywer­san­tów pod­wod­nych współ­dzia­ła­ją­cych z flotą mor­ską.

Począt­kowo zamie­rzano z tej grupy stwo­rzyć oddziały pie­choty pod­mor­skiej, z cza­sem jed­nak prze­kształ­cono ją w oddziały płe­two­nur­ków-dywer­san­tów.

Luigi Fer­raro był człon­kiem "Grupy Gamma". W chwilę póź­niej przy­szedł Anto­nio, jeden z młod­szych ofi­ce­rów, tro­chę poryw­czy i ner­wowy, ale pełen ini­cja­tywy i pomy­słów.

- Mam wia­do­mo­ści od Gio­van­niego - szep­nął na ubo­czu Bor­ghese do Fer­rara.

- Roc­car­diego? - spy­tał Luigi.

Koman­dor ski­nął głową. Fer­raro był zain­try­go­wany. Roc­cardi był jego sta­rym przy­ja­cie­lem. Nie widzieli się już od bar­dzo dawna i Luigi nie­raz żało­wał, że Gio­vanni nie uczest­ni­czy bez­po­śred­nio w ich poczy­na­niach.

- Nie będę ukry­wał tego - zaczął naradę Bor­ghese - o czym sami dosko­nale wie­cie. Sytu­acja nasza jest trudna i wyma­ga­jąca od nas szcze­gól­nej aktyw­no­ści. Nasza flo­tylla zadała cięż­kie straty nie­przy­ja­cie­lowi, ale nie zła­mała jego siły. Wróg zbliża się do gra­nic naszej ojczy­zny. W chwili obec­nej nie ma warun­ków do fron­tal­nego, jeśli tak wolno się wyra­zić, ataku. Ale możemy mu zadać ciosy tam, gdzie się naj­mniej tego spo­dziewa.

Koman­dor pod­szedł do mapy.

- Według otrzy­ma­nych wia­do­mo­ści - tu poro­zu­mie­waw­czo spoj­rzał w stronę Fer­raro - w por­tach Alek­san­dretta i Mer­sin panuje oży­wiony ruch nie­przy­ja­ciel­skich stat­ków. Łado­wane są tam cenne surowce o zna­cze­niu stra­te­gicz­nym. Dywer­sja w tych punk­tach przy­nie­sie zarówno korzyść mate­rialną w postaci obni­że­nia poten­cjału wojen­nego naszych nie­przy­ja­ciół, jak też będzie cio­sem w morale prze­ciw­nika. Anglicy będą zmu­szeni szu­kać innych punk­tów prze­ła­dun­ko­wych, opóźni to dostawy surowca dla ich prze­my­słu zbro­je­nio­wego i w kon­se­kwen­cji zmniej­szy ich siłę w stop­niu nie mniej­szym, niż gdy­by­śmy zato­pili kilka pan­cer­ni­ków...

Uczest­ni­czą­cym w nara­dzie wyda­wało się, że słowa koman­dora, wypo­wie­dziane z pato­sem, zawie­rają wiele prawdy, zwłasz­cza w oce­nie roli przy­szłej akcji w turec­kich por­tach. Nikt jed­nak nie zamie­rzał pod­da­wać w wąt­pli­wość jego wypo­wie­dzi. Sytu­acja na fron­tach wyglą­dała w ten spo­sób, że lepiej było oddać się marze­niom, niż roz­trzą­sać rze­czy­wi­stość.

Koń­cem pałeczki koman­dor wska­zy­wał wciąż te same punkty na połu­dnio­wym brzegu Tur­cji. Anto­nio z uwagą śle­dził słowa dowódcy. Fer­raro sie­dział nie­po­ru­szony, jak gdyby już teraz roz­wa­żał w myśli tech­niczne szcze­góły planu.

- Kilka uwag natury ogól­nej - cią­gnął Bor­ghese. - Alek­san­dretta: port turecki poło­żony nad Morzem Śród­ziem­nym. Lud­no­ści około 12 000, prze­waż­nie Ara­bów. Ta część lud­no­ści nie jest do nas nasta­wiona wrogo i nawet sprzy­ja­łaby nam, gdyby nie dzia­łal­ność Gre­ków i Żydów zde­cy­do­wa­nie wystę­pu­ją­cych prze­ciwko nam i naj­praw­do­po­dob­niej współ­dzia­ła­ją­cych z wywia­dem alianc­kim. W mie­ście znaj­duje się sześć kon­su­la­tów: ame­ry­kań­ski, angiel­ski, fran­cu­ski, grecki, nie­miecki oraz nasz. Warunki pracy agen­tu­ral­nej nie­zwy­kle utrud­nione. Można by wyli­czyć na pal­cach ludzi, któ­rzy nie współ­pra­cują z żad­nym wywia­dem. Szcze­gól­nie duże wpływy ma wywiad angiel­ski: datują się od chwili, gdy angiel­ski kapi­tał oraz angiel­scy fachowcy zaan­ga­żo­wani zostali do budowy portu oraz drogi na tra­sie Alek­san­dretta - Adana. Wła­dze turec­kie, prak­tycz­nie bio­rąc, są narzę­dziem w rękach Angli­ków. Jest rze­czą zro­zu­miałą, że uka­za­nie się nowego czło­wieka w Alek­san­dret­cie byłoby natych­miast zauwa­żone, a jego dzia­łal­ność pil­nie śle­dzona. Z tego względu odrzu­ci­li­śmy pier­wotny plan prze­rzu­ce­nia dywer­san­tów drogą mor­ską na okrę­cie pod­wod­nym. Musimy szu­kać innych spo­so­bów i innych metod. W tym wła­śnie celu popro­si­łem was... - zakoń­czył Bor­ghese.

- Zada­nie mógłby wyko­nać tylko płe­two­nu­rek - pod­jął Fer­raro. - Należy roz­strzy­gnąć, w jaki spo­sób go prze­rzu­cić. Jeśli weź­mie się pod uwagę ist­nie­nie tam naszego kon­su­latu, czy nie warto byłoby poro­zu­mieć się z naszym Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych?

- Już poro­zu­mie­wa­łem się - prze­rwał mu Bor­ghese. - Nie możemy na nich liczyć. Oba­wiają się, że ewen­tu­alne wykry­cie takiego czło­wieka postawi w trud­nej sytu­acji cały nasz kor­pus dyplo­ma­tyczny we wszyst­kich kra­jach neu­tral­nych. Boją się, że stracą wię­cej, niż mógłby wynieść zysk. Ta droga jest wyklu­czona.

- Kto miałby wyko­nać to zada­nie? - zapy­tał Fer­raro.

- Mia­łem na myśli cie­bie, Luigi, wła­śnie cie­bie. - Bor­ghese spoj­rzał mu w oczy. - Z chwilą powsta­nia planu pomy­śla­łem o tobie.

Fer­raro bez waha­nia przy­jął pro­po­zy­cję. Nie wie­dział tylko, jak dosta­nie się do tej prze­klę­tej Alek­san­dretty. W dodatku ze sprzę­tem, cięż­kimi ładun­kami wybu­cho­wymi, które nie mogłyby nie zwró­cić na sie­bie uwagi kon­troli gra­nicz­nej, nie mówiąc już o innych, jesz­cze bar­dziej wścib­skich orga­nach. Gdyby tam w mini­ster­stwie zechcieli zro­zu­mieć sytu­ację! Mógłby wyje­chać zupeł­nie swo­bod­nie. Mógłby prze­wieźć cały sprzęt jako bagaż dyplo­ma­tyczny nie­pod­le­ga­jący kon­troli, mógłby na miej­scu, w kon­su­la­cie, zado­mo­wić się, poświę­cić tro­chę czasu na obser­wa­cję, opra­co­wa­nie trasy doj­ścia do kotwi­czą­cych tu stat­ków i wyko­nać zada­nie dokład­nie, tuż pod nosem całej sfory angiel­skich agen­tów.

Tego rodzaju roz­my­śla­nia musiały tra­pić rów­nież i umysł Anto­nio.

- Czy w tym wypadku - zapy­tał nagle - cho­dzi o zgodę mini­stra na nową nomi­na­cję, czy też o odpo­wied­nie doku­menty?

Bor­ghese skrzy­wił się.

- Ależ oczy­wi­ście o doku­menty! Tylko że... nie otrzy­mamy ich bez zgody mini­stra... To jest prze­cież zwią­zane jedno z dru­gim. Mini­ster musi pod­pi­sać, a więc musi wie­dzieć...

Anto­nio naj­wi­docz­niej prze­ży­wał coś gorącz­kowo. Jego myśli prze­la­ty­wały jedna po dru­giej.

- Musi wie­dzieć... - powtó­rzył. - Czy naprawdę musi wie­dzieć? Czy mini­stro­wie zawsze wie­dzą, co pod­pi­sują? Signor capi­tano2! - wykrzyk­nął. - Fer­raro może szy­ko­wać się do podróży. Ja to zała­twię...

Ange­lica deli­kat­nie trą­ciła pal­cem kie­rowcę.

- Caris­sime, nie mógł­byś tro­chę szyb­ciej... - spoj­rzała na zega­rek.

Kie­rowca wzru­szył ramio­nami.

- Dobrze, że w ogóle jedziemy. Na takiej ben­zy­nie to i tak wspa­niała jazda. Dia­bli niech wezmą całą wojnę! Niczego już dostać nie można. Połowa tak­só­wek stoi...

Ange­lica nie mogła już tego słu­chać. Wszę­dzie, w skle­pie, na ulicy, w auto­bu­sie, te same narze­ka­nia. Nawet w mini­ster­stwie atmos­fera pogar­szała się z dnia na dzień.

Prze­mó­wie­nia wodzów faszy­stow­skiej par­tii nie odno­siły żad­nego skutku, tak jak i odwo­ły­wa­nie się do patrio­tycz­nych uczuć narodu. Wręcz prze­ciw­nie, postawa prze­cięt­nych ludzi sta­wała się coraz bar­dziej wroga wobec przed­sta­wi­cieli wła­dzy, czego dowody były widoczne na każ­dym kroku. Faszyzm we Wło­szech wcho­dził w sta­dium ago­nii... Naprawdę nie wia­domo było, czym to wszystko się skoń­czy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki