"Ja to załatwię..."
Dowódca 10 Flotylli MAS 1, komandor Valerio Borghese, jeszcze raz
przejrzał przesłany mu przed chwilą tajny raport. "Tak - pomyślał - to
pismo zostało przesłane pod właściwy adres. Sprawa leży całkowicie w naszej kompetencji i chyba nikt inny nie potrafiłby jej "załatwić" tak
jak my...".
Komandor poczuł coś w rodzaju dumy, że na nim właśnie i na jego ludziach
spoczywało to niezwykłe i trudne zadanie. W tej chwili zdawało mu się
nawet, że on jeden dźwiga na sobie ciężar odpowiedzialności za losy
Włoch, nad którymi zawisło widmo klęski. Przebywając często w sztabie
generalnym i w ministerstwach, z którymi musiał utrzymywać łączność z racji swych obowiązków, był świadkiem postępującego w państwie rozkładu.
Tam nie liczono już na zwycięstwo. Myślano już tylko o ocaleniu swoich
głów i majątków.
Sytuacja rzeczywiście przedstawiała się nie najlepiej. Niemiecki
sojusznik pośpiesznie "skracał front" na rozległej ziemi rosyjskiej. Po
opuszczeniu przez armię włoską Tunisu w maju 1943 roku alianci stali u wrót Italii. Trzeba było przygotować obronę kraju, trzeba było pomyśleć
o zabezpieczeniu Sycylii i Sardynii. Defetyzm szerzący się w armii
rozkładał ją, czynił niezdolną do walki.
Na wspomnienie armii Borghese skrzywił się z niesmakiem. Tak, trudno
byłoby powiedzieć, żeby faszystowska armia Włoch przysporzyła chwały
orężowi Italii. On sam nigdy nie miał najlepszego o niej wyobrażenia,
ale to, czego był świadkiem, przechodziło nawet jego pojęcie. Zdaniem
Borghesa, jedynie 10 Flotylla nadal wypełniała swoje zadanie i na niej
można było polegać, inne zaś zespoły i jednostki floty włoskiej niewiele
lepiej popisały się od armii lądowej.
Wzrok komandora zatrzymał się na portrecie, z którego spoglądała
niekształtna twarz Duce.
Kiedyś Borghese wraz ze swoimi ludźmi został przyjęty przez
Mussoliniego. "Wódz" faszystowskiego państwa gratulował im sukcesu. Była
to dla niego niezapomniana chwila. Komandor spróbował chwilę pomarzyć,
ale nieszczęsne pismo przypomniało mu o smutnej rzeczywistości.
Spojrzał na zegarek. "Tamci powinni już nadejść" - niecierpliwił się.
Podszedł do rozwieszonej na ścianie mapy. Oczy jego przesunęły się po
południowych krańcach Włoch, minęły Półwysep Bałkański i zatrzymały się
na... południowych wybrzeżach Turcji. "Więc to tu..." - patrzył na dwa
małe punkty, pod którymi widniały napisy: Aleksandretta i Mersin.
Każdemu, kto nie znał myśli Borghese, wydawało się co najmniej dziwne,
że ten włoski komandor zainteresował się nagle tak odległymi i małymi w gruncie rzeczy miejscowościami, podczas gdy niebezpieczeństwo zagrażało
jego ojczyźnie z zupełnie innej strony. Ale w głowie Borghese
kształtował się już konkretny plan...
Punktualnie o 7.00 stawili się wszyscy, których wezwał. Była to ścisła
narada w gronie najbardziej zaufanych. 10 Flotylla była zbyt samodzielną
jednostką, by komandor poczuwał się do obowiązku zawiadamiania
kogokolwiek z dowództwa o tajnej odprawie. Mógł działać i działał na
własną rękę. Pierwszy przyszedł Luigi Ferraro. Borghese uścisnął mu rękę
szczególnie serdecznie. Luigi zrozumiał, że komandor w swoich planach
musiał mu przeznaczyć specjalną rolę.
Znali się już dość dawno, od pierwszej chwili istnienia tej
najtajniejszej z tajnych jednostek. Był to okres, kiedy przed rozbudową
flotylli admirał Cavagnari postawił im nowe, rozleglejsze zadania. We
wszystkich jednostkach lądowych i morskich, w klubach sportowych
poszukiwano wówczas najlepszych pływaków. Przechodzili oni przez
dokładną sieć selekcyjną, badano dokładnie życiorysy, charakter,
skłonności, nawyki, słabostki i nałogi. Kandydaci musieli się
legitymować dowodami bezgranicznej lojalności wobec faszystowskiego
ustroju, ślepym posłuszeństwem i wiernością. Zdrowie musiało być bez
zarzutu. Ci, którzy przeszli przez ową sieć, organizowani byli w małe,
kilkuosobowe, nieznające się nawzajem grupy. Zasady tajności i ścisłej
konspiracji przestrzegane były jak najsurowiej. W ten sposób powstał
najpierw Batalion N - Nattatori. Był to oddział dywersantów podwodnych
znajdujący się w dyspozycji sztabu armii lądowej i przeznaczony do
zrzucenia na spadochronach w rejonach morskich objętych działaniami
wojennymi. Inny oddział zaszyfrowany został pod nazwą "Grupa Gamma" i obejmował dywersantów podwodnych współdziałających z flotą morską.
Początkowo zamierzano z tej grupy stworzyć oddziały piechoty
podmorskiej, z czasem jednak przekształcono ją w oddziały
płetwonurków-dywersantów.
Luigi Ferraro był członkiem "Grupy Gamma". W chwilę później przyszedł
Antonio, jeden z młodszych oficerów, trochę porywczy i nerwowy, ale
pełen inicjatywy i pomysłów.
- Mam wiadomości od Giovanniego - szepnął na uboczu Borghese do Ferrara.
- Roccardiego? - spytał Luigi.
Komandor skinął głową. Ferraro był zaintrygowany. Roccardi był jego
starym przyjacielem. Nie widzieli się już od bardzo dawna i Luigi nieraz
żałował, że Giovanni nie uczestniczy bezpośrednio w ich poczynaniach.
- Nie będę ukrywał tego - zaczął naradę Borghese - o czym sami doskonale
wiecie. Sytuacja nasza jest trudna i wymagająca od nas szczególnej
aktywności. Nasza flotylla zadała ciężkie straty nieprzyjacielowi, ale
nie złamała jego siły. Wróg zbliża się do granic naszej ojczyzny. W chwili obecnej nie ma warunków do frontalnego, jeśli tak wolno się
wyrazić, ataku. Ale możemy mu zadać ciosy tam, gdzie się najmniej tego
spodziewa.
Komandor podszedł do mapy.
- Według otrzymanych wiadomości - tu porozumiewawczo spojrzał w stronę
Ferraro - w portach Aleksandretta i Mersin panuje ożywiony ruch
nieprzyjacielskich statków. Ładowane są tam cenne surowce o znaczeniu
strategicznym. Dywersja w tych punktach przyniesie zarówno korzyść
materialną w postaci obniżenia potencjału wojennego naszych
nieprzyjaciół, jak też będzie ciosem w morale przeciwnika. Anglicy będą
zmuszeni szukać innych punktów przeładunkowych, opóźni to dostawy
surowca dla ich przemysłu zbrojeniowego i w konsekwencji zmniejszy ich
siłę w stopniu nie mniejszym, niż gdybyśmy zatopili kilka pancerników...
Uczestniczącym w naradzie wydawało się, że słowa komandora,
wypowiedziane z patosem, zawierają wiele prawdy, zwłaszcza w ocenie roli
przyszłej akcji w tureckich portach. Nikt jednak nie zamierzał poddawać
w wątpliwość jego wypowiedzi. Sytuacja na frontach wyglądała w ten
sposób, że lepiej było oddać się marzeniom, niż roztrząsać
rzeczywistość.
Końcem pałeczki komandor wskazywał wciąż te same punkty na południowym
brzegu Turcji. Antonio z uwagą śledził słowa dowódcy. Ferraro siedział
nieporuszony, jak gdyby już teraz rozważał w myśli techniczne szczegóły
planu.
- Kilka uwag natury ogólnej - ciągnął Borghese. - Aleksandretta: port
turecki położony nad Morzem Śródziemnym. Ludności około 12 000,
przeważnie Arabów. Ta część ludności nie jest do nas nastawiona wrogo i nawet sprzyjałaby nam, gdyby nie działalność Greków i Żydów zdecydowanie
występujących przeciwko nam i najprawdopodobniej współdziałających z wywiadem alianckim. W mieście znajduje się sześć konsulatów:
amerykański, angielski, francuski, grecki, niemiecki oraz nasz. Warunki
pracy agenturalnej niezwykle utrudnione. Można by wyliczyć na palcach
ludzi, którzy nie współpracują z żadnym wywiadem. Szczególnie duże
wpływy ma wywiad angielski: datują się od chwili, gdy angielski kapitał
oraz angielscy fachowcy zaangażowani zostali do budowy portu oraz drogi
na trasie Aleksandretta - Adana. Władze tureckie, praktycznie biorąc, są
narzędziem w rękach Anglików. Jest rzeczą zrozumiałą, że ukazanie się
nowego człowieka w Aleksandretcie byłoby natychmiast zauważone, a jego
działalność pilnie śledzona. Z tego względu odrzuciliśmy pierwotny plan
przerzucenia dywersantów drogą morską na okręcie podwodnym. Musimy
szukać innych sposobów i innych metod. W tym właśnie celu poprosiłem
was... - zakończył Borghese.
- Zadanie mógłby wykonać tylko płetwonurek - podjął Ferraro. - Należy
rozstrzygnąć, w jaki sposób go przerzucić. Jeśli weźmie się pod uwagę
istnienie tam naszego konsulatu, czy nie warto byłoby porozumieć się z naszym Ministerstwem Spraw Zagranicznych?
- Już porozumiewałem się - przerwał mu Borghese. - Nie możemy na nich
liczyć. Obawiają się, że ewentualne wykrycie takiego człowieka postawi w trudnej sytuacji cały nasz korpus dyplomatyczny we wszystkich krajach
neutralnych. Boją się, że stracą więcej, niż mógłby wynieść zysk. Ta
droga jest wykluczona.
- Kto miałby wykonać to zadanie? - zapytał Ferraro.
- Miałem na myśli ciebie, Luigi, właśnie ciebie. - Borghese spojrzał mu
w oczy. - Z chwilą powstania planu pomyślałem o tobie.
Ferraro bez wahania przyjął propozycję. Nie wiedział tylko, jak dostanie
się do tej przeklętej Aleksandretty. W dodatku ze sprzętem, ciężkimi
ładunkami wybuchowymi, które nie mogłyby nie zwrócić na siebie uwagi
kontroli granicznej, nie mówiąc już o innych, jeszcze bardziej
wścibskich organach. Gdyby tam w ministerstwie zechcieli zrozumieć
sytuację! Mógłby wyjechać zupełnie swobodnie. Mógłby przewieźć cały
sprzęt jako bagaż dyplomatyczny niepodlegający kontroli, mógłby na
miejscu, w konsulacie, zadomowić się, poświęcić trochę czasu na
obserwację, opracowanie trasy dojścia do kotwiczących tu statków i wykonać zadanie dokładnie, tuż pod nosem całej sfory angielskich
agentów.
Tego rodzaju rozmyślania musiały trapić również i umysł Antonio.
- Czy w tym wypadku - zapytał nagle - chodzi o zgodę ministra na nową
nominację, czy też o odpowiednie dokumenty?
Borghese skrzywił się.
- Ależ oczywiście o dokumenty! Tylko że... nie otrzymamy ich bez zgody
ministra... To jest przecież związane jedno z drugim. Minister musi
podpisać, a więc musi wiedzieć...
Antonio najwidoczniej przeżywał coś gorączkowo. Jego myśli przelatywały
jedna po drugiej.
- Musi wiedzieć... - powtórzył. - Czy naprawdę musi wiedzieć? Czy
ministrowie zawsze wiedzą, co podpisują? Signor capitano2! -
wykrzyknął. - Ferraro może szykować się do podróży. Ja to załatwię...
Angelica delikatnie trąciła palcem kierowcę.
- Carissime, nie mógłbyś trochę szybciej... - spojrzała na zegarek.
Kierowca wzruszył ramionami.
- Dobrze, że w ogóle jedziemy. Na takiej benzynie to i tak wspaniała
jazda. Diabli niech wezmą całą wojnę! Niczego już dostać nie można.
Połowa taksówek stoi...
Angelica nie mogła już tego słuchać. Wszędzie, w sklepie, na ulicy, w autobusie, te same narzekania. Nawet w ministerstwie atmosfera
pogarszała się z dnia na dzień.
Przemówienia wodzów faszystowskiej partii nie odnosiły żadnego skutku,
tak jak i odwoływanie się do patriotycznych uczuć narodu. Wręcz
przeciwnie, postawa przeciętnych ludzi stawała się coraz bardziej wroga
wobec przedstawicieli władzy, czego dowody były widoczne na każdym
kroku. Faszyzm we Włoszech wchodził w stadium agonii... Naprawdę nie
wiadomo było, czym to wszystko się skończy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki