DYWAN ZACHODU I WSCHODU - Johann Wolfgang von Goethe

Kup ebooka

55.00 zł
44.00 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MO­GANNI NAME

KSIĘGA ŚPIE­WAKA

Lat dwa­dzie­ścia, mnie się wi­dzi,

Prze­ży­wa­łem jak dar wielki,

Sze­reg piękny jak epoka,

Gdy rzą­dzili Bar­me­ki­dzi.

.
.

HE­GIRE

Trzy skłó­cone świata strony

Drżą w za­mę­cie, nikną trony,

Uchodź na Wschód, by cię go­ścił

Pa­triar­chów wiew czy­sto­ści.

Pij Chi­zera źró­dła sło­dycz,

Pieśń i mi­łość cię od­mło­dzi.

Tam w czy­sto­ści, no i w pra­wie

Pójdę w głę­bię jak naj­da­lej.

Pra­gnę po­znać ludz­kie ple­mię,

Gdy Bóg ze­słał tu na zie­mię

Wie­dzę nieba w ludz­kiej mo­wie

I za­wartą w Jego sło­wie.

Tam gdzie oj­com w czci słu­żyli,

Obcą służbą wręcz gar­dzili,

Chcę się cie­szyć mło­dych pa­sją:

Szczo­drą wiarą, my­ślą cia­sną,

Ile słowo tam wa­żyło,

Bo mó­wio­nym sło­wem było.

Chcę ucho­dzić za pa­ste­rza,

Co w oa­zach się od­świeża,

Chcę han­dlo­wać w ka­ra­wa­nach,

Szale, kawę mieć w dy­wa­nach.

Każdą ścieżkę tam prze­mie­rzę,

Od pu­styni po miast wieże.

Tam gdzie wśród skał zio­nie prze­paść,

Ty, Ha­fi­zie, mnie po­cie­szasz.

Gdy prze­wod­nik za­chwy­cony

Pieśń twą śpiewa na wsze strony

Z osła grzbietu, gwiazdy bu­dząc,

No i zbój­ców gło­sem łu­dząc.

Czy to w łaź­niach, czy w go­spo­dach,

"Święty Ha­fiz" cią­gle wo­łam.

Kiedy we­lon ściąga luba,

A jej loki - am­bry cuda,

Gdy wieszcz szep­cze o mi­ło­ści,

Chuć w hu­ry­sach na­wet go­ści.

Czy to wa­szym zda­niem skaza,

Chce­cie tego wręcz za­ka­zać?

Wiedz­cie za­tem: wiesz­cza słowa

Wo­kół raj­skich wrót szy­bują,

De­li­kat­nie w nie pu­kają,

Wieczne ży­cie wy­pra­szają.

.

GWA­RANCI BŁO­GO­SŁA­WIEŃSTW

Kar­neol jako ta­li­zman,

Wier­nym szczę­ście sam to wy­znam,

Gdy na onyk­sie uło­żony,

Złóż po­ca­łu­nek uświę­cony!

Wszel­kie wy­pę­dzi zło,

Ochroni cie­bie i miej­sce to:

A gdy wryte w niego słowo

Moc Al­la­cha głosi sobą,

Co mi­ło­ści, czynu pra­gnie,

Wów­czas zwłasz­cza wie­niec ko­biet

Ten ta­li­zman czuje w so­bie.

Amu­lety są po­dobne,

Na pa­pie­rze znaki godne,

Lecz nie mu­szą tu się tło­czyć,

Jak to na klej­no­cie zo­czysz,

Za­tem du­sze tu po­bożne

Po­miesz­czają wier­sze zbożne.

Za­wie­szają męże w wie­rze

Te pa­piery - ich szka­ple­rze.

Lecz in­skryp­cja nic za sobą nie ma,

To ona sama wszystko mówi niema,

Co ty za nią po­wiesz ra­do­śnie do głębi:

Ja to mó­wię, ja sam! co mnie gnębi.

Z abrak­sa­sem rzadko staję!

Tu­taj bo­wiem mina wstrętna,

Przez obłęd nie­gdyś po­częta,

Czymś naj­wyż­szym wszak się zdaje.

Gdy ga­dam od sasa do lasa,

Jak­bym no­sił abrak­sasa.

Sy­gnet trudno na­ry­so­wać,

Naj­wyż­szy sens w naj­mniej­szej prze­strzeni,

Gdy jed­nak zdo­łasz prawdę w so­bie scho­wać,

Słowo wy­ry­jesz i nic go nie zmieni.

.

WOL­NOŚĆ WE MNIE

Daj­cie, bym siadł w swoim sio­dle!

Po­zo­stań­cie w swym na­mio­cie!

Rad dziś po­gnam w dale mo­dre,

Nad mą czapką gwiazdy złote.

*

On je gar­ścią w niebo na­szył,

Do mórz, lą­dów tę dra­binę,

Nie­chaj cie­szą oczy wa­sze,

Gdy spoj­rze­nie w górę pły­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki