PRZEDMOWA
Książka Aleksandra Podrabinka nie jest zwykłą opowieścią biograficzną. To wciąż żywe i aktualne świadectwo odwagi i bezkompromisowości. Ta historia ma swój ciąg dalszy, jest obecna, dzieje się na naszych oczach. Ruch dysydencki, tak szczegółowo opisywany przez aktywnego uczestnika, nie jest epizodem w dziejach Związku Sowieckiego. Los Podrabinka to ilustracja fundamentalnego sporu: między ideologią kolektywizmu a cywilizacją judeochrześcijańską, w której człowiek stanowi podstawowy i najważniejszy punkt odniesienia.
Ideologie kolektywistyczne mają swoje historyczne formy i oblicza; zaliczamy do nich nie tylko sowiecki komunizm i niemiecki faszyzm. Dzisiaj przywdziewają szaty modernizmu, wiary w geopolitykę czy wyznania płynności aksjologii. Wśród nich są również systemy polityczne podstępnie zawłaszczające wyobraźnię, w których człowiek jest najmniej istotnym elementem światowego układu: militarnego, gospodarczego czy demograficznego.
Każda tego typu ideologia prowadzi, wcześniej czy później, do ogromnych tragedii, ludzkich cierpień i licznych ofiar. Ruch dysydencki był w krajach komunistycznych unikatowym zjawiskiem. Opierał się na głębokim przekonaniu garstki odważnych ludzi, że nie wolno budować systemu społecznego i państwowego bez szacunku dla jednostki. Każdy przejaw pogardy ze strony instytucji władzy dla konkretnej osoby musi rodzić w konsekwencji pogardę dla wielkich zbiorowości. XX wiek z ogromem cierpień i milionami ofiar jest szczególnym tego dowodem.
Aleksander Podrabinek przybliża nam swoją osobistą historię, pisząc ją we współczesnej Rosji, po ogromnych manifestacjach na placu Błotnym, po zabójstwie Anny Politkowskiej i Borisa Niemcowa, po zdarzeniach, które przywracają z nieoczekiwaną siłą sowiecką rzeczywistość. Polityczny system represji, odbudowany przez uczniów Jurija Andropowa i KGB, odżył i święci sukcesy, wybuchając śmiechem nad losem krzywdzonego człowieka. To jest przykład triumfu kolektywizmu.
Historia zatoczyła na naszych oczach wielkie koło. Liderzy polityczni Rosji postanawiają udowodnić światu, że w obliczu globalnej, geopolitycznej rozgrywki o strefy wpływów i moc decydowania o losach wielkich zbiorowości ludzkich, narodów, społeczeństw, instytucji obywatelskich - jednostka ludzka nie ma znaczenia. Przeciwnikiem jest tutaj wolność człowieka i prawo do decydowania narodu o swoim losie. Kiedy w 2003 roku rewolucja róż w Gruzji pogrążyła jednego z ostatnich liderów Związku Sowieckiego, na Kremlu zaczęto się niepokoić. Kiedy w 2005 roku na Ukrainie wygrali odważni ludzie, dokonując pokojowego przewrotu politycznego na Majdanie, rosyjskie kierownictwo polityczne zarządziło początek operacji specjalnej. Jej celem stało się unicestwienie podmiotowości obywatelskiej, a w konsekwencji unieważnienie praw jednostki. W maju 2005 Putin wypowiedział wojnę tzw. kolorowym rewolucjom, uznając je za towar eksportowy zachodnich, amerykańskich sił.
Każdy przejaw obywatelskiej aktywności niezależnej od struktur państwa jest tam dzisiaj uznawany za agenturalność, działanie na rzecz obcych państw, służb, wywiadów itd. Globalna rozgrywka o wolność jednostki, walka z pokojowymi manifestacjami, niszczenie zasad i wartości, tak trafnie skatalogowanych w książce Gene'a Sharpa Od dyktatury do demokracji, rozpoczęły się w Syrii kilka lat temu i zbierają krwawe, bolesne żniwo. Kiedy w 2011 roku w Damaszku i Aleppo pokojowi demonstranci usiłowali zmienić opresyjne państwa, zaczęto do nich strzelać. Zabijano tych, którzy ośmielili się żądać więcej praw dla siebie i kontroli instytucji państwa. W rezultacie część sfrustrowanej i bezradnej opozycji chwyciła za broń. To poważnie zachwiało naszym dotychczasowym przekonaniem, że polityczne kampanie można nadal wygrywać metodami pokojowymi.
Wbrew pozorom to, co się dzieje w Syrii, to nie lokalna wojna, arabska czy islamska rewolta - jesteśmy świadkami globalnej rozgrywki. Po jednej stronie mamy system wartości, po drugiej - interesy i nagą przemoc. Tego nie sposób opisać w czarno-białych barwach. Narastająca fala innej ideologii kolektywistycznej, opartej na islamskim fundamentalizmie, wykorzystywana jest przez geopolitycznych strategów na potrzeby walki z wrogiem prawdziwym. Dla postkomunistycznej ideologii najpoważniejszym wrogiem jest bowiem podmiotowe społeczeństwo, które cywilizowanymi metodami domaga się kontroli władzy i jej autorytarnych zapędów.
Postsowieckie reżimy nie podzielają demokratycznego systemu wartości, mimo że wielu Rosjan, może zdecydowana większość, chciałoby żyć w świecie wolnym od globalnych i geopolitycznych rozgrywek. To, co dzieje się na naszych oczach we wschodniej Ukrainie, na Kaukazie czy w Syrii, stanowi uzupełniający materiał dowodowy w procesie, którego Aleksander Podrabinek ze swoimi przyjaciółmi nie dał rady i nie mógł przeprowadzić. Ten proces powinien się odbyć zaraz po upadku ZSRS, w 1991 roku. Tak samo jak w Norymberdze skazano zbrodniarzy, a intelektualistów flirtujących z nazizmem zepchnięto na margines niemieckiego społeczeństwa, taki też proces powinien się odbyć przeciw komunizmowi. Do tego zawsze nawoływali dysydenci: i Aleksander Podrabinek, i Władimir Bukowski, i Natalia Gorbaniewska, i Wiaczesław Czornowił, i Mustafa Dżemilew, i Merab Kostawa, i Zianon Paźniak, i Balys Gajauskas i wielu, wielu innych. Minęło ćwierć wieku i nic. Dlatego recydywa bolszewizmu, pod postaciami kolektywistycznego euroazjatyzmu, postsowietyzmu, suwerennej demokracji czy geopolityki, wraca do nas w dużo groźniejszej formie.
Aleksander Podrabinek opisuje szarą sowiecką rzeczywistość, nadając jej metafizyczny i duchowy wymiar. Opowiadając o codzienności, o prostych życiowych sprawach, jest bardzo konkretny; tym mocniej podkreśla wagę wielkich spraw i najwyższych wartości. Jako młody chłopak z podmoskiewskiej "sypialni", dojeżdżał elektryczką do centrum stolicy, wpatrzony w garstkę szlachetnych wariatów, którzy wychodząc z sowieckiej kuchni na place miast, dokonywali rzeczy wielkich, choć w tamtym czasie trudno dostrzegalnych. Słynny protest siedmiu osób na placu Czerwonym w sierpniu 1968, gdy Natalia Gorbaniewska zdołała wyprowadzić grupę swoich przyjaciół na skromną pikietę, która przeszła do historii ruchu dysydenckiego, był dla młodego Podrabinka jednym z przykładów, który pociąga swoją moralną i intelektualną siłą. Potem - mając świadomość, że system sowiecki broni się medycyną karną (psychiatrią) - angażuje się całym sobą w nagłaśnianie tego, co sprytni oficerowie z Łubianki i zatwardziali komuniści z Kremla usiłują dyskretnie ukryć przed społeczeństwem. System sowiecki zakładał od początku "modernizację", czyli zniszczenie człowieka tradycyjnego. Dlatego największe ostrze komunizmu było skierowane przeciw ruchom religijnym oraz narodowym. Wolność wyznania oraz prawo narodów do samostanowienia stały się osią buntu i sprzeciwu małych grup szlachetnych wariatów, aktywistów religijnych, intelektualistów, nonkonformistów w większości sowieckich republik.
Książka Podrabinka udowadnia, że można było się opierać, nie podpisywać lojalki, nie iść na współpracę. Ktoś chciałby zapomnieć o tym i o tamtym. Aleksander jednak bardzo dokładnie pamięta, kto był wierny do końca, a kto wybrał kompromis i zdradził ideały. Dlatego dzisiaj książka Dysydenci jest niewygodnym dokumentem epoki. Autor nie wybacza konfidentom i tym, którzy w imię takiej czy innej racji współpracowali, kluczyli, a na końcu bali się otwarcie przyznać do błędu.
Przebija z jego zapisu głębokie pragnienie oczyszczenia. Nie po to, by kogoś skrzywdzić, ułomnych osądzić, ale po to, by nie tworzyć fałszywych autorytetów, by ludzie słabi i nieuczciwi nie stanowili wzorca dla kolejnych pokoleń.
Kiedyś Aleksander wspomniał mi w prywatnej rozmowie, że w ramach zajęć ideologicznych więźniowie w łagrach musieli oglądać programy sowieckiej telewizji. W 1982 roku zobaczył relację z procesu polskich działaczy podziemia solidarnościowego, w tym Zbigniewa Romaszewskiego. Od tego czasu jego sympatia dla Polski i ruchu opozycyjnego w naszym kraju stała się ważnym motywem aktywności. Zaprzyjaźnił się zresztą później z małżeństwem Romaszewskich i poprzez nich był wiernym uczestnikiem wielu polskich inicjatyw, konferencji, akcji politycznych i podróży po świecie (na Kubę, do Wietnamu, Laosu, Birmy, na Białoruś...).
W książce Dysydenci jest krótki fragment pośrednio dotyczący Polski - opis środowiska młodych socjalistów, z tzw. grupy Fadina. Byli rozpracowani przez KGB i większość z nich dotknęły represje. Wielu z nich uwięziono, ale tylko niektórzy zachowali się - według Podrabinka - godnie i szlachetnie. Grupa Fadina należała do tego samego środowiska, które wiosną 1981 wystosowało list do polskich robotników, do "Solidarności". Odpowiedzią na ten list, wydrukowany przez Kornela Morawieckiego w "Biuletynie Dolnośląskim", było historyczne Posłanie do Narodów Europy Wschodniej z I Zjazdu "Solidarności".
*
Nieoczekiwanie w marcu 2006 spotkaliśmy się z Aleksandrem w celi numer 21 aresztu na Akrestina w Mińsku. Nie wiedząc o sobie, byliśmy razem, nocą z 23 na 24 marca 2006, na placu Październikowym, kiedy kilkaset osób, głównie białoruska młodzież, demonstrowało przez kilka mroźnych dni i nocy przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim. Znalazłem się w jednej celi z prawdziwym sowieckim zekiem, z bohaterem ruchu dysydenckiego.
Sasza był bardzo praktyczny i doświadczony, wiedział, jak sobie radzić z wieloma problemami: brakiem światła w dzień, nadmiarem żarówki w nocy, chłodem, kapiącym kranem, intymnością w wieloosobowej celi. Dla Saszy pobyt na Akrestina był w zestawieniu z łagrowym doświadczeniem trochę jak turnus wczasowy. Wyroki były śmieszne - dwa tygodnie. Nie musieliśmy jeść bałandy, bo przynoszono co i rusz z miasta zapasy od przyjaciół (pieredaczę). Siedziało nas razem i spało na jednej scenie kilkanaście osób. Ale nie to było najważniejsze. On potrafił stworzyć atmosferę święta wolności. Inicjował aktywne i ciekawe zajęcia. Rozdysponował zadania: były wykłady z historii i filozofii, zajęcia muzyczne i wspólne śpiewanie, uczyliśmy się języka ukraińskiego, rozgrywaliśmy turniej szachów (zrobionych z chleba).
W celi 21 na Akrestina był też z nami dziennikarz Paweł Szeremet, który zginął w tym roku na kijowskiej ulicy, w efekcie wybuchu ładunku w samochodzie. Oddając hołd odwadze i pracowitości Pawła Szeremeta, pochylamy głowy z Aleksandrem Podrabinkiem nad ofiarami wojny, w której - nie tylko dla dysydentów w ZSRS - największą stawką są niezmiennie: wolność i sprawiedliwość.
GRZMIĄCA, 7 LISTOPADA 2016
Mariusz Maszkiewicz
JAK SKOŃCZYĆ Z PALENIEM I ZACZĄĆ PISAĆ WSPOMNIENIA(Zamiast wstępu)
Któregoś razu zdarzyło mi się w PKT1 - wewnętrznym więzieniu łagrowym - bardzo krótko siedzieć w celi zbiorowej. Coś jakby urlop od karceru. I tak sobie siedzimy, sześciu facetów, o jedzeniu można tylko pomarzyć, o kobietach - tym bardziej. I wszyscy jęczą - żeby tak chociaż sobie zapalić. Albowiem "jak para nie uchodzi, to uszy puchną". Aż kiedyś nasz wesoły Paszka-Ormiaszka wykołował dozorcę na dwie paczki papierosów. Założył się. Zawołał go do korytka2 w drzwiach:
- Z którego roku jesteś?
- Z pięćdziesiątego dziewiątego - odpowiada malusieńkiego wzrostu młody klawisz z dużymi uszami, o przezwisku Mikłucho.
- Niemożliwe, nie jesteś taki stary - podpuszcza go Pasza.
- Dokładnie tak jest - odpowiada Mikłucho.
- Nie wierzę. Załóż się ze mną, że nie kłamiesz! O dwie paczki papierosów.
- Ale po co mam się zakładać? Bo to niby ja nie wiem, kiedy się urodziłem?
- No to jak - zakładamy się?
Założyli się. Wtedy mądry Pasza mówi do głupiego Mikłuchy:
- Nie jesteś z pięćdziesiątego dziewiątego, tylko z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego! Na więcej niż tysiąc lat to ty jednak nie wyglądasz!
Papierosy były nasze! No, ale na ile to wystarczy? I wtedy od razu postanowiłem, że muszę skończyć z paleniem. Po pierwsze, niezależność - od nałogu, od klawiszy, od pieniędzy. Po drugie, oszczędzę płuca - uchronię je przed gruźlicą. Pasza też postanowił rzucić. Umówiliśmy się w ten sposób: pierwszego dnia wypalamy po pięć papierosów, drugiego po cztery - i tak dalej, aż do piątego dnia. Piątego dnia wypaliliśmy po jednym - i koniec. A żeby nie było jak u Marka Twaina, który "sam rzucał palenie dziesiątki razy", obaj daliśmy sobie słowo - pod groźbą kary czterystu przysiadów.
Czy ktokolwiek z was próbował zrobić przysiad czterysta razy z rzędu? Nawet gdy stołujesz się na wolności, to trudne, a na więziennym wikcie - praktycznie niemożliwe. Ale jak się popadło między kryminalistów i przegra się zakład, to zapłacić trzeba. Bo jak nie... Najkrócej mówiąc - lepiej nie przegrywać.
Niedługo trwał mój urlop w celi zbiorowej i szybko wróciłem do swojej pojedynki.
Nie będę opisywał, jaki budzi się apetyt, kiedy się rzuca palenie. Do tego jeszcze na więziennej bałandzie3. Ale jakoś wytrzymywałem. Po długiej serii karcerów i pojedynek nawet stu przysiadów bym nie zrobił. Po jakichś dwóch tygodniach wychodzę raz wieczorem na korytarz nabrać wody do picia. Dozorca gdzieś się na chwilę zatrzymał, ja tymczasem podnoszę klapki w wizjerach, witam się z kolegami, zamieniam parę słów z tym czy tamtym zekiem4. W jednej celi widzę - Pasza! Leży na narach, na górze i... pali! Krzyczę do niego: "Pasza, czterysta przysiadów masz u mnie jak w banku!". Pasza wymiękł: "Aj-aj-aj! Dekabrysta mnie nakrył!" (Miałem w łagrze taką ksywkę - Dekabrysta). Co najzabawniejsze, właśnie przegrał w karty na dwieście przysiadów, zrobił dopiero połowę i akurat się położył, żeby sobie odsapnąć z papieroskiem w ustach... No i doleciało mu jeszcze czterysta. Ale Pasza był fajny gość, więc mu trochę ułatwiłem zadanie - dwa razy po dwieście. Po tym wszystkim też próbował mnie nakryć - kiedy zapalę.
Przez następne piętnaście lat nie paliłem. A czasami bardzo mnie ciągnęło. Jedno tylko powstrzymywało - co będzie, jak Pasza się dowie? Na pieriesyłkach5 wszyscy o wszystkim wiedzą. Więc jakoś się trzymałem.
No ale właściwie po co ja o tym piszę? Ano, chodzi o to, że - jak to się mówi w więzieniu - "musowo jest być charakternym". I że diabeł mnie podkusił, i jesienią 2008 roku uległem namowom i zacząłem pisać wspomnienia. Obiecałem to Igorowi Gubermanowi6. I muszę teraz dotrzymać słowa. Guberman to też przecież były zek - co będzie, jak nagle zechce mnie sprawdzić?
DZIECIŃSTWO
Wszystko zaczęło się od radioli7 "Kama" z pięknymi białymi klawiszami, które podczas zmiany częstotliwości wydawały przy naciśnięciu urzekający dźwięk. Żyło się nam bardzo skromnie, więc wydatek był niemały. Ale tata się zdecydował. Z trudem przetransportowaliśmy tę radiolę do domu, od razu włączyliśmy ją i zaczęliśmy szukać Głosu Ameryki. Pierwszą rzeczą, którą było nam dane tam usłyszeć, była piosenka Bułata Okudżawy o papierowym żołnierzyku. Była połowa lat sześćdziesiątych.
W domu było nas trzech: tata, starszy ode mnie o rok brat Kiriłł i ja. Mama umarła na raka żołądka, kiedy byłem w pierwszej klasie. Tata bardzo ją kochał i pozostał przy życiu tylko ze względu na nas. Ból z czasem ucichł i ojciec pytał nas, czy powinien się ożenić - najpierw mówił o jednej, a potem o innej kobiecie. Obaj z bratem za każdym razem tylko marszczyliśmy czoło, nie rozumiejąc, na co w naszym domu obca osoba, skoro i we trzech jest nam dobrze.
Często rozmawialiśmy o polityce, było wiele zażartych dyskusji. Dzięki radioli "Kama" podniosła się temperatura naszych sporów - z zachodnich stacji radiowych zaczęliśmy uzyskiwać rzetelne informacje. Ja i brat mieliśmy po trzynaście-czternaście lat oraz świadomość tego, jak wiele kłamstwa otacza nas w szkole, na ulicy, w kinie. Z dziecięcym zapałem wszystko podawaliśmy w wątpliwość i z euforią upewnialiśmy się, że racja jest po naszej stronie.
O manifestacji, która odbyła się 5 grudnia 1966 na placu Puszkina, dowiedzieliśmy się oczywiście również z zachodnich stacji. I postanowiliśmy natychmiast, że za rok też musimy tam pójść i wziąć w tym udział. 5 grudnia 1967 wczesnym rankiem wyjechaliśmy z naszej Elektrostali8 pociągiem podmiejskim do Moskwy. Było nas czterech, oprócz ojca i nas był jeszcze Jura - szkolny przyjaciel Kiriłła. Był tylko jeden problem - nie wiedzieliśmy, o której godzinie odbędzie się ta manifestacja. Rozgłośnie tego nie podawały. Jakoś wydawało nam się, że chyba najlepiej będzie iść tam w południe.
Kupiwszy kwiaty, pojechaliśmy na plac Puszkina. Nie był otoczony kordonem milicji, czego można było się obawiać, a jednak duża liczba funkcjonariuszy i charakterystycznych mężczyzn w cywilu nie pozostawiała wątpliwości - czekają na demonstrantów. Tymczasem, widząc, co się dzieje na placu, Jura przestraszył się i sobie poszedł. Ale nie było żadnych demonstrantów, tylko my sami. I już nie można było się wycofać. Podeszliśmy do pomnika, kładąc kwiaty na piedestale. Zdjęliśmy czapki i przez jakiś czas tak staliśmy w milczeniu, oczekując, że zaraz nas zwinie KGB. Istotnie, zwrócili na nas uwagę, ale jakoś nikt nas nie zwinął. Spokojnie odeszliśmy stamtąd, starając się nie oglądać za siebie. Złapaliśmy oddech dopiero po przejechaniu kilku stacji metra. Wieczorem z rozgłośni zachodnich dowiedzieliśmy się, że manifestacja jednak się odbyła, tyle że o szóstej po południu.
Miałem czternaście lat i to było moje pierwsze zwycięstwo. Oczywiście nie nad władzą komunistyczną, ale nad samym sobą, nad swoim strachem, nad swoim przeświadczeniem o nieuchronności aresztowania.
PLAC PUSZKINA
Pierwsza manifestacja na placu Puszkina odbyła się 5 grudnia 1965. Domagano się na niej, żeby proces Siniawskiego i Daniela był jawny.9 Odtąd manifestacje co roku były organizowane właśnie tam. Dobry punkt. Miejsca na tyle dużo, by mogło się zebrać paruset uczestników protestu, i na tyle mało, żeby demonstranci nie pogubili się na placu. Rytuał był zawsze taki sam - dokładnie o szóstej wieczorem dysydenci zdejmowali nakrycia głowy dla upamiętnienia zmarłych oraz siedzących po dziś więźniów politycznych. Dzięki temu przy grudniowym mrozie od razu można było wyraźnie zobaczyć, kto przyszedł protestować, a kto łapać demonstrantów albo ze zwykłej ciekawości.
Na początku lat siedemdziesiątych na placu Puszkina 5 grudnia po raz pierwszy zobaczyłem Grigorienkę - stał obok Sacharowa10 i obaj byli o głowę wyżsi od pozostałych.
Na placu w tym dniu zawsze pełno było zachodnich korespondentów i dla władz przez długi czas rozpędzanie demonstracji było rzeczą niewygodną. KGB i komsomolski oddział operacyjny MGU11 wypełniały plac, wyciągając z tłumu i na podejściu do placu tych dysydentów, których znali z widzenia. Niektórych przetrzymywali w samochodach milicyjnych, innych odwozili na posterunki, niektórych po prostu wozili po mieście do czasu, aż zakończy się manifestacja. Czasami robili ludziom drobne świństwa. Amerykańskiemu korespondentowi George'owi Krimsky'emu któregoś razu przebili wszystkie cztery opony w samochodzie zaparkowanym w pobliżu placu.
W 1976 roku tradycję milczącej manifestacji zakłóciła Zinaida Michajłowna Grigorienko, żona generała Piotra Grigorienki. Wygłosiła krótką przemowę o naszych więźniach politycznych - i nikt nie odważył się jej aresztować. Ale zaraz po tym wywiązała się bójka. Głównym celem ataku stał się Andriej Dmitrijewicz Sacharow - operacyjni komsomolcy i czekiści12 zaczęli rzucać w niego torbami z folii wypełnionymi piaskiem i błotem z chodnika. Potem doszło do walki wręcz. Wiktor Niekipiełow13 i ja znaleźliśmy się obok Sacharowa, w małym, kiepsko oświetlonym kąciku przy końcu placu. Andriej Dmitrijewicz do bójek się nie nadawał, więc Wiktor i ja musieliśmy się bić za trzech. Tamtym udało się jednak powalić Sacharowa na śnieg, a jakiś tłusty wieprz w cywilnym ubraniu jeszcze położył się na nim, przydusiwszy go do ziemi. Chwyciłem Sacharowa za rękę i próbowałem go podnieść, spychając wieprza na ziemię i mocno napierając nogą na jego brzuch, po czym ten zgiął się w pół, ale zaraz po tym otrzymałem z tyłu silny cios w tył głowy i na pewien czas straciłem świadomość.
Zaczęli mnie wlec do samochodu milicyjnego, ale wtedy nadbiegł Niekipiełow i jeszcze ktoś z naszych - zdaje się Jura Grimm14 - i mnie odbili. Sacharow tymczasem zdołał się podnieść i dołączyć do głównej grupy dysydentów na placu, gdzie został otoczony kołem i zaprowadzony do samochodu któregoś z zachodnich korespondentów. Odtąd już Andriej Dmitrijewicz w manifestacjach na placu Puszkina nie brał udziału.
W 1977 roku została uchwalona nowa konstytucja i wszystko się zmieniło. Oczywiście nie w kwestii praw człowieka - zmieniła się tylko data święta. Dzień Konstytucji przeniesiono z 5 grudnia na 7 października. W szeregach dysydentów moskiewskich zaczęły się gorące spory, w jakim dniu teraz urządzać tradycyjną manifestację: 7 października - w nowy Dzień Konstytucji, czy 10 grudnia - w Dzień Praw Człowieka? W końcu jednak data międzynarodowa wygrała z sowiecką.
Ale KGB zaczęło działać brutalniej. 10 grudnia wielu znanych dysydentów od samego rana uwięziono w ich własnych mieszkaniach. Inni byli zabierani już na podejściu do placu Puszkina. Niemniej kilkadziesiąt osób dotarło do pomnika i przeprowadziło tradycyjną milczącą manifestację.
Podobnie jak wielu innych, od rana zostałem zablokowany w domu. Mieszkałem wtedy u mojego przyjaciela Dimy Leontjewa15 przy ulicy Nowoaleksiejewskiej, dwa kroki od stacji metra Szczerbakowska. Prawdę mówiąc, właściwie była zbędna ta dodatkowa obstawa. Już od wielu tygodni chodzili za mną szpicle, namierzając każdy krok, każdą rozmowę, depcząc mi po piętach - niemal dosłownie czułem na plecach ich oddech. Tym razem kilku czekistów wyszło z samochodów i rozlokowało się w bramie. A u nas, jak zawsze, zebrało się wielu przyjaciół.
Było tak. Siedzimy w mieszkaniu i wiemy, że kiedy spróbujemy pojechać na Puszkę16, to nas zgarną. No cóż - można siedzieć, bo nas "zablokowali". Można też wyjść - spędzić trochę czasu na komendzie. Kto powiedział, że w ZSRR nie ma wolności wyboru? Zawsze jest wybór. Siedzenie na milicji jest rzeczą nudną i trywialną. Siedzenie w domu oznacza przyjęcie narzuconych nam reguł gry. Ja i Tania Osipowa17 postanawiamy iść przebojem - i niech się dzieje, co chce. Wychodzimy z mieszkania. Któryś czekista z mojej obstawy już w bramie uprzedza: "Mówię wam, nie idźcie tam, nie ma sensu". No i rzeczywiście, nie zdążyliśmy przejść nawet stu metrów w stronę metra, a tu nas wpychają do samochodów i odwożą na milicję. Wypuszczają dopiero o dziesiątej wieczorem.
Wiele lat po tym dotarł do mnie z archiwum KC KPZR dokument KGB ZSRR O udaremnieniu wrogiej akcji elementów antyspołecznych, datowany 11 grudnia 1977 i podpisany przez przewodniczącego KGB Jurija Andropowa. W tej dwustronicowej notatce o manifestacji, która odbyła się dzień wcześniej, Andropow informuje członków KC, że "najbardziej aktywni ekstremiści i osoby skłonne do wzięcia udziału w masowych zbiegowiskach wzięto pod ścisłą kontrolę" i w związku z tym "żaden spośród inspiratorów prowokacji nie pojawił się na placu Puszkina". Dotychczas nie rozumiem, kogo oni oszukiwali - samych siebie czy jedni drugich? Jacy niby inspiratorzy? No i przecież manifestacja się odbyła!
Wygląda na to, że takie matryce ideologiczne zastępowały im informacje nawet w komunikowaniu się we własnym resorcie. W tej samej notatce Andropow pisze: "O zorganizowaniu takiej akcji aktywnie dyskutowano pośród ekstremistycznych elementów z grona syjonistów, w mieszkaniu Sacharowa, żony aresztowanego Ginzburga i w innych miejscach. Ze szczególnym uporem dążył do urzeczywistnienia tego zamysłu aktywny żydowski ekstremista Podrabinek". Naturalnie, KGB doskonale wiedziało, że nie jestem aktywistą ruchu żydowskiego. Co im kazało kłamać nawet w swoim kręgu, we własnych tajnych dokumentach?
Tradycja grudniowych manifestacji na placu Puszkina nie upadła. Każdego roku ktoś tam przychodził, bez względu na to, w jak przygnębiającej sytuacji znajdował się nasz ruch demokratyczny.
Jak dziś - pamiętam 10 grudnia 1986. To był taki ciężki, pochmurny dzień. Poprzedniego dnia rozeszła się wiadomość o śmierci Anatolija Marczenki18 w więzieniu czystopolskim. Nastroje były parszywe. Wszelkie wzmianki - o głasnosti i pierestrojce - wydawały się fałszem.
Na manifestację postanowiliśmy jechać razem z ojcem - tak jak dziewiętnaście lat wcześniej, kiedy to po raz pierwszy pojechaliśmy na plac Puszkina, też razem. Mieszkałem wtedy w obwodzie włodzimierskim, w mieście Kirżacz, gdzie osiedliłem się po wyjściu z łagru. Już wieczorem KGB obstawiło nasz dom - jeden samochód w końcu ulicy po drodze na dworzec autobusowy, drugi przy skrzyżowaniu na drodze do miasta. Było jasne - zabiorą na milicję i będą tam trzymać do wieczora. Jednak wstaliśmy wcześnie rano, po czwartej, licząc na to, że może się uda pojechać do Moskwy pociągiem o piątej. Był mróz i prawie całkiem ciemno. Latarnie uliczne kołysały się na wietrze, ledwie ledwie oświetlając drogę. Przy końcu ulicy stała kagebowska wołga, przodem do jezdni, żeby światła reflektorów mogły wychwycić każdego przechodnia. Ale reflektory były zgaszone. W samochodzie wszyscy spali, z głowami na oparciach. W milczeniu przeszliśmy obok, dopiero potem roześmialiśmy się - piąta rano to najsłodszy czas do spania. Trzeba mieć silną motywację, żeby wyrzec się takiej niewinnej przyjemności. My ją mieliśmy, oni - nie.
W Moskwie ojciec poszedł załatwiać swoje sprawy i mieliśmy się spotkać punktualnie o szóstej po południu na placu Puszkina. Do placu udało mi się dojść bez przeszkód, ale sam plac był zablokowany przez milicję i kagebistów. Żadnych znajomych twarzy. Za pięć szósta zacząłem podkradać się do pomnika. Bardzo szybko jednak zatrzymali mnie dwaj mężczyźni w cywilu i oficer milicji.
- Pan dokąd? - zapytał oficer z rozdrażnieniem w głosie.
- A to chyba nie pana sprawa? - odparłem uprzejmie.
- Będzie pan musiał przejść się z nami na komendę - włączył się do rozmowy szeroko uśmiechnięty i bardzo z czegoś zadowolony cywil.
- Z jakiej racji? Po co?
- Ano po to, żeby ustalić pańską tożsamość, panie Aleksandrze Pinchosowiczu - odpowiedział nie bez poczucia humoru czekista i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- No jak to, przecież pan mnie zna - próbowałem odwołać się do logiki.
- Oczywiście. Ale teraz jeszcze będziemy musieli to ustalić.
Rozmowa zrobiła się zupełnie idiotyczna. Na komisariacie numer 108 przesiedziałem kilka godzin i zdążyłem dopiero na ostatni pociąg do Kirżacza.
Ostatni raz wziąłem udział w tradycyjnej grudniowej manifestacji w 1987 roku. To był już początek nowej epoki. Władza postanowiła zmienić strategię - żeby utrzymać protesty w bezpiecznym dla niej nurcie, trzeba było stanąć na ich czele. 10 grudnia zwołali na placu Puszkina wiec dla uczczenia Dnia Praw Człowieka. Ma się rozumieć, o szóstej wieczór. Plac naokoło pomnika Puszkina otoczyła milicja. Przedostać się do środka można było tylko za okazaniem przepustki. Występowali oficjalni mówcy, wygłaszali oficjalne przemowy. Ja i jeszcze kilku ludzi, którzy też nie mogli podejść do pomnika i zostali poza łańcuchem - dokładnie o szóstej zdjęliśmy czapki. Partyjni propagandyści w tym czasie mówili właśnie o pierestrojce, o nowej polityce głasnosti i nowych perspektywach socjalizmu. To przypominało farsę.
Dla mnie konieczność wysłuchiwania tych kłamstw była rzeczą wyjątkowo odrażającą. Sprofanowano plac Puszkina i dzień 10 grudnia, nasze manifestacje, w których zacząłem brać udział dwadzieścia lat wcześniej.
ELEKTROSTAL
Jak się trafiało do ruchu demokratycznego? Do komsomołu czy do partii pisało się podanie, natomiast do grona dysydentów wchodziło się nie od razu, ale krok po kroku, stopniowo zyskując reputację i uznanie. Żadnych formalności nie było, bo nie było jakiejś jednej, scentralizowanej organizacji. Na tym polegała siła całego ruchu. Zorganizowaną grupę - czy to legalną, czy to nielegalną - znacznie łatwiej jest rozpracować. Takie grupy jednakże istniały i - ze zmiennym szczęściem - działały. Czekiści byli szkoleni do tropienia zorganizowanego oporu - zajmowali się tym przez całe dziesięciolecia, jeszcze od czasów Dzierżyńskiego. Ale jak zwalczyć tych, którzy się nie ukrywają, nie wiedzieli. Nie byli w stanie tego zrozumieć.
Mieszkaliśmy w podmoskiewskim mieście Elektrostal, do którego rodzice przenieśli się z Moskwy na początku lat pięćdziesiątych. Powody ucieczki ze stolicy były całkiem proste. Tata był lekarzem i na dodatek Żydem. "Kampania przeciwko kosmopolityzmowi" i "sprawa lekarzy"19 pozostawiły go bez pracy. W Elektrostali, robotniczym mieście z trzema dużymi zakładami i stutysięczną ludnością, praca się znalazła. Tata był rejonowym lekarzem w przychodni, dorabiał jako lekarz sportowy na stadionie klubu Awangard, uczył mikrobiologii w szkole medycznej w Nogińsku i zajmował się prywatną praktyką - leczył alkoholików hipnozą. Czasem nawet urządzał seanse hipnozy w miejskim klubie.
Mając dziesięć lat, wstąpiłem do pionierów. Za jakieś przewinienie ojciec chciał mnie kiedyś ukarać i nie puścić do Moskwy na ceremonię uroczystego przyjęcia do organizacji pionierskiej. Mało się nie popłakałem. Tata się nade mną zlitował i pojechałem razem ze wszystkimi. Przyjęcie do pionierów odbywało się w Muzeum Lenina na placu Czerwonym, ale najpierw zaprowadzili nas do mauzoleum. Niesamowite i mroczne miejsce. W zupełnej ciszy szliśmy gęsiego dookoła przezroczystego sarkofagu z takim wielkim i takim martwym wodzem proletariatu, jak zaczarowani patrząc na zabalsamowane zwłoki. Na jakimś schodku się potknąłem - i wydało mi się, że sarkofag z Leninem się przesunął, a Lenin w swojej trumnie poruszył się. To było przerażające.
Wracając do domu, przez całą drogę spieraliśmy się, z czego jest zrobiony ten sarkofag. (Później moi koledzy z pogotowia opowiadali, jak jeździli kiedyś do mauzoleum na wezwanie, kiedy jakiś zamachowiec samobójca wysadził tam ładunek wybuchowy. Ilu ludzi zginęło razem z tym bombiarzem, nie można było ustalić - części ciał i wnętrzności były rozmazane po ścianach; podmuch w małym pomieszczeniu o granitowych ścianach zmienił wszystkich w krwawą bryję. Ale sarkofag ani trochę nie ucierpiał.)20
Przez pierwsze dwa lata nosiłem pionierską chustę z radością i dumą. Potem zaczęły mnie dręczyć wątpliwości. Na obozie letnim uczyliśmy się śpiewać:
"Niech gwiazda nasza wśród ludu świeci,
Myśmy pionierzy, my ludu dzieci.
Niech brzmi wesoło nasz młody śpiew,
Bądź zawsze gotów, pioniera to zew!"21
Śpiewałem niechętnie - i nasza drużynowa, studentka wyższej szkoły pedagogicznej z dużymi piersiami i miłymi oczyma, zainteresowała się, co mi jest.
- Nie mogę tego śpiewać - powiedziałem cicho.
- Dlaczego? - spytała drużynowa.
- Bo ja nie jestem "ludu dzieci" - odpowiedziałem w dobrej wierze, ale speszony. Widząc, że ona mnie nie rozumie, dodałem: - Mój tata jest lekarzem, a mama nie żyje.
Drużynowa przez pewien czas patrzyła na mnie ze zdziwieniem, a potem powiedziała:
- I bardzo dobrze, że jest lekarzem. I ty dlatego wstydzisz się śpiewać?
Mnie było już głupio, ale postanowiłem jednak podzielić się z nią jeszcze jednym swoim problemem. Nie mogłem zrozumieć, co to takiego: "zbliża się era świetlanych lat"22. Każdy tekst przywykłem rozumieć dosłownie.
- Jak to? - zapytałem drużynową, wstydząc się swej niewiedzy - to teraz jest era ciemnych lat?
Drużynowa jakoś tak dziwnie się uśmiechnęła. Widocznie taka myśl była dla niej czymś nowym. Westchnąwszy, odezwała się do mnie naprawdę po przyjacielsku:
- Daj sobie spokój, nie myśl o tym. Śpiewaj tak, jak śpiewają na scenie. Przecież śpiewak też nie zawsze śpiewa o sobie samym i to, co mu się podoba. Taką po prostu ma pracę, no nie tak?
Przytaknąłem, ale i tak śpiewałem z przymusem. Nie rozumiałem, co teraz jest za era i czy jest w tym coś złego, że ja to nie żadne "ludu dzieci".
Tak się powoli kończyło pionierskie dzieciństwo. Wkrótce swoje chusty rzuciliśmy za szafę. Wraz z dzieciństwem kończył się czas zabawy.
W środowisku miejscowej inteligencji wszyscy się znali. Krąg moich znajomych stopniowo się zacieśniał. Najbliżsi przyjaciele zaczęli dzielić się ze mną publikacjami samizdatu. To stanowiło istotny dodatek do wiadomości przekazywanych przez zachodnie radiostacje. I to były sprawy ważne i sekretne, wiążące się z pewnym ryzykiem - o jakich się nie gada ze szkolnymi koleżkami, a czasami w ogóle nie mówi się o nich głośno. Byłem zachwycony i dumny z powodu zaufania, jakim darzyli mnie dorośli.
Ja i brat nie byliśmy w komsomole - jako jedyni w swoich klasach. W przypadku uczniów starszych klas było to czymś wyjątkowym. W szkole odnoszono się do nas z podejrzliwością. W młodszych i średnich klasach nasza fronda nie skupiała na sobie zbyt wiele uwagi. Odmowę wstąpienia do komsomołu władze szkolne mogły interpretować na dwa sposoby: że jesteśmy albo baptyści, albo naprawdę wrogi element. Daliśmy nauczycielom oraz przywódcom partyjnym i komsomolskim sekretarzom szansę rozwikłania tej kwestii bez naszego udziału.
W naszym mieście faktycznie działała niezarejestrowana wspólnota baptystów. Chodziły pogłoski o milicyjnych obławach w domach u baptystów, o aresztowaniach młodych ludzi, którzy ze względów religijnych odmawiali służby wojskowej. Kiedyś miasto obiegła straszna wiadomość. Młodemu baptyście, który pracował w hucie, przysłali wezwanie do wojska, ten odmówił, grozili mu, że go aresztują, więc doprowadzony do rozpaczy wskoczył do kadzi z roztopionym metalem. Mówiło się, że władze zakładowe martwiły się, że wytop został zepsuty z powodu podwyższonego poziomu węglowodorów...
Jednak mnie i mojego brata do baptystów nikt przecież nie zapisał. Byliśmy wrogami. Ale nie za bardzo było za co się nas uczepić. Języki mieliśmy nie od parady, argumenty wypróbowane w dyskusjach i nie dawaliśmy powodów do stawiania nam konkretnych zarzutów. No - może najwyżej Kiriłł, kiedy w 1968 roku przy całej szkole wypowiedział się krytycznie o interwencji sowieckiej w Czechosłowacji. Zrobił się skandal, który został zamieciony pod dywan po tym, jak mój brat oświecił kierownika działu nauczania pełniącego zarazem funkcję partorga23, że to właśnie on poniesie konsekwencje za złą pracę wychowawczą. A ogólnie rzecz biorąc, wzięliśmy sobie do serca perswazje taty, który mówił, że przede wszystkim musimy skończyć szkołę i zrobić maturę. W dodatku ojciec przygotowywał się do obrony pracy doktorskiej, a to również zobowiązywało nas do tego, byśmy się nie zachowywali nazbyt śmiało.
Jednak w trudnych chwilach tata zawsze nas bronił. W ósmej klasie moja wychowawczyni Nina Pawłowna Czukancewa na godzinie wychowawczej zaczęła nas odpytywać - kto co zrobił na rzecz budowania komunizmu w naszym kraju. Każdy kręcił, jak mógł, i wszystko to wyglądało bardzo głupio. Przyszła kolej i na mnie. Uczciwie odpowiedziałem jej, że nie zrobiłem nic - ale całkiem pojednawczo dodałem, że przecież uczę się i to chyba powinno wystarczyć.
Nina Pawłowna natychmiast wzięła mój dzienniczek i wpisała zamaszyście uwagę, że nie odnoszę się z całą powagą do zadań budowy komunizmu i na to powinna być zwrócona większa uwaga rodzicielska, ponieważ moje wychowanie ideologiczne pozostawia wiele do życzenia. Tata napisał w odpowiedzi tylko jedno słowo: "Bzdury!" i podpisał się. Czekałem z uwagą, jaka będzie reakcja wychowawczyni, kiedy następnego dnia dawałem jej dzienniczek z odpowiedzią ojca. Jej twarz zaczerwieniła się, zrobiła się zupełnie pąsowa, ale nic nie powiedziała, bo mówić nie miała do kogo. W domu żartowaliśmy sobie, że teraz tacie postawią dwójkę z zachowania i każą mu przyjść do szkoły z babcią.
W dziesiątej klasie zacząłem się przygotowywać do egzaminów na biologię na MGU, uparcie ignorując zapewnienia dorosłych, że przy rekrutacji na studia istnieje określony limit dla Żydów i nie uda mi się tam dostać. Mogłem też, oczywiście, nie być Żydem: mama była Rosjanką, tata - Żydem, można było sobie samemu wybrać, kim się chce być. Wybraliśmy Żydów, nawet nie dyskutując o tym - inne wyjście wydawało się nieprzyzwoite. Być razem z prześladowanymi - to rzecz naturalna. Naczelnik biura paszportowego, wydając mi dowód osobisty, długo mi się ze zdziwieniem przyglądał, kiedy odpowiedziałem, że naprawdę chcę, żeby w trzeciej rubryce wpisano "Żyd". On rzeczywiście nic nie rozumiał.
Potem wszystkim mówiłem, że Żydem jestem z przekory. Przy tym było rzeczą zabawną, że Rosjanie nie uważają mnie za Rosjanina, bo u Rosjan pochodzenie ustala się po ojcu, a Żydzi nie uważają mnie za Żyda, bo u nich pochodzenie określa się według pochodzenia matki. Jestem więc człowiekiem bez narodowości. Mnie taka nieokreśloność zawsze urządzała, ponieważ tak czy owak traktowałem te wszystkie sprawy jako niezasługujące na uwagę przesądy.
Zacząłem szykować się do egzaminów na uniwersytet, nie przejmując się swoim pochodzeniem. Byłem dobrze przygotowany z biologii, a moja młodzieńcza wiara we własne siły umacniała mnie w przekonaniu, że muszę się dostać. Brałem udział w olimpiadach biologicznych na MGU. Podczas jednej z nich zawarłem znajomość ze swoim rówieśnikiem Saszą Lewitowem, który przez kilka następnych lat był moim najbliższym przyjacielem. Saszka mieszkał w Moskwie, któryś z jego przyjaciół bywał u Piotra Jakira i dostawał od niego "Kronikę Bieżących Wydarzeń"24, która ukazywała się już od prawie dwóch lat. Takim też sposobem "Kronika" po raz pierwszy trafiła w moje ręce.
To było niesamowite odkrycie! To, co podawano w radiowych "głosach"25 lub dochodziło do nas z samizdatu, nie wytrzymywało żadnego porównania z tym, co drukowano w "Kronice". Przede mną stanął w całej okazałości świat oporu, solidarności, wzajemnego wsparcia. W kraju toczyło się najprawdziwsze życie polityczne. A ja tymczasem wegetowałem na jakimś głuchym uboczu, w prowincjonalnym podmoskiewskim miasteczku, z dala od ciekawych wydarzeń, od prawdziwej walki i przyjaciół. Byle jak najprędzej do Moskwy! Jak najszybciej muszę skończyć szkołę, pójść na studia i włączyć się w burzliwe życie pełne przygód - z których, ma się rozumieć, wyjdę bez szwanku jako zwycięzca.
MOSKWA
Cios był powalający, a przy tym nieuchronny. Po oblanym egzaminie na MGU w przypływie desperacji zacząłem studiować w I Instytucie Medycznym im. Sieczenowa. Ale z nauką marnie mi szło. Moje stosunki z ojcem mocno się popsuły. Miałem siedemnaście lat, chciałem już sam o sobie decydować. Pyskowałem ojcu, a że on bywał czasem nawet bardzo zapalczywy, skończyło się na tym, że któregoś wieczora trzasnąłem drzwiami, zabierając ze sobą tylko dokumenty i kolekcję znaczków pocztowych, które zbierałem przez wszystkie szkolne lata. I tak oto opuściłem nasz dom, do którego nie powróciłem już nigdy.
Na dworze padał zimny wrześniowy deszcz. Przemoknięty do suchej nitki dobrnąłem do dworca, szczękając z zimna zębami, wsiadłem do pociągu, a za półtorej godziny byłem już w Moskwie.
Nie miałem gdzie przenocować, musiałem spędzić całą noc w poczekalni Dworca Kurskiego. Na drewnianych ławkach nie wiadomo czemu wolno było tylko siedzieć. Tych, którzy bezwiednie zajmowali pozycję leżącą, czujny milicjant dyżurny brutalnie szturchał w ramię i budził słowami: "Tu się nie śpi!". Obok mnie próbowała spać na siedząco sympatyczna rudowłosa dziewczyna. Już nie pamiętam, jak to się stało, ale wkrótce jej główka przechyliła się na moje ramię, ja położyłem swoją głowę na jej - i w ten sposób cudownie przespaliśmy do rana. Po obiedzie spotkaliśmy się na mieście i długo spacerowaliśmy po Moskwie. Ona opowiadała mi o swoim zamiłowaniu do motocykli, a ja jej powiedziałem, że odszedłem z domu. "Dawno?" - zapytała. "Wczoraj" - odpowiedziałem. Roześmiała się. Potem całowaliśmy się na jakimś skwerze, a wieczorem wsadziłem ją do pociągu, który jechał do Permu, i już nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Trzeba było sobie zapewnić jakieś środki do życia. Poszedłem do dziekanatu dowiedzieć się o stypendium. W dziekanacie mi wyjaśnili, że stypendia będą przyznawane na podstawie wyników nauczania, dopiero po pierwszym semestrze. Wtedy poprosiłem, żeby mi chociaż dali akademik, ale na to usłyszałem, że mieszkańcom obwodu moskiewskiego nie przydziela się miejsc w akademiku - bo bez problemu codziennie mogą sobie dojeżdżać z domu do instytutu i z powrotem. Mówiłem im, że jestem w nietypowej sytuacji - pokłóciłem się z domownikami i akademik jest mi potrzebny tak bardzo, jak nikomu innemu. Dziekan zastanowił się i powiedział, że oczywiście nie ma reguł bez wyjątków, a następnie rzucił okiem na moją cieniutką teczkę z dokumentami i zapytał, dlaczego nie jestem w komsomole. Odpowiedziałem mu zwięźle: "Bo nie mam ochoty". Dziekan popatrzył na mnie z zadumą i powiedział, że w niczym nie może mi pomóc.
Z nauką mi nie szło. Trzeba było rzucić instytut i zacząć zarabiać na życie. Ale wciąż ciągnęło mnie na uniwersytet - postanowiłem, że muszę znaleźć sobie tam pracę. Przyjęli mnie w charakterze laboranta na katedrę biofizyki wydziału biologii MGU, którą wtedy kierował profesor Boris Nikołajewicz Tarusow. Otrzymywałem 74 ruble miesięcznie. To było odrobinę więcej niż płaca minimalna i mogłoby nawet ujść, ale najpierw trzeba było jakoś dociągnąć do pierwszej wypłaty. Ratowało mnie to, że ze względu na pracę w szkodliwych warunkach - z odczynnikami chemicznymi - przysługiwała mi codziennie bezpłatna butelka mleka i drożdżówka. Poza tym w stołówce uniwersyteckiej biały chleb można było wziąć ze stołu bezpłatnie, co w tamtych latach było wielką rzadkością. Tym sposobem kwestię wyżywienia mogłem uznać za rozwiązaną.
Dni były wypełnione pracą i po części nauką - chodziłem na wykłady z chemii i biologii, wybierając sobie tematy, które mi odpowiadały najbardziej. Nikt nie stał mi nad głową, nie kłopotał się o moje wyniki nauczania i takie studia sprawiały mi prawdziwą przyjemność.
Wieczory były nijakie i bez sensu. Pieniędzy nie miałem, więc nie mogłem nigdzie pójść. Włóczyłem się po ciemnej wieczornej Moskwie, a w złą pogodę wsiadałem w tramwaj 39, który od uniwersytetu do bulwaru Czistoprudnego jechał co najmniej godzinę. Przez ten czas można było się nie tylko ogrzać, ale i zdrzemnąć, oparłszy się o szybę.
Gorzej było z mieszkaniem. Nocować na katedrze nie było wolno. Iść do krewnych czy znajomych nie miałem ochoty - no bo czy można rozpoczynać samodzielne życie od próśb o pomoc? Nocowałem na dworcach. Kiedy już wiedziałem, że na jednym mnie wszyscy rozpoznają, przenosiłem się na inny. Najbardziej spodobał mi się dworzec lotniczy przy prospekcie Leningradzkim - tam nocowałem najczęściej. Ławki były miękkie i można było nawet się położyć, o ile nie było tłoku. W podziemiu mieściły się całkiem przyzwoite toalety z zimną i gorącą wodą w umywalkach, więc rano można było dobrze wyczyścić zęby, umyć się i rześko maszerować do pracy. Ale i na tym aerofłotowskim dworcu wkrótce też zacząłem być rozpoznawany.
Zwróciła na mnie uwagę nie tylko milicja. Spekulanci, którzy działali na dworcu, na początku po prostu zainteresowali się, po co tutaj sterczę, a następnie zaproponowali mi włączenie mnie do ich spółki. Najpierw miałbym sprzedawać skopiowane aparatem fotograficznym pornograficzne karty do gry i skupować ciuchy od cudzoziemców, a potem, jak dobrze pójdzie, to może nawet zająć się walutą. To były niezłe chłopaki, wcale nie w bandyckim typie i bez wyraźnych skłonności kryminalnych. Nasze stosunki układały się dobrze, jednak z ich propozycji nie skorzystałem. Ale nie obrazili się, od czasu do czasu tylko żartowali, że może już dojrzałem do poważnych interesów. W końcu aerofłotowscy milicjanci zaczęli mnie przeganiać z dworca i opowiedziałem o tym swoim spekulantom. Nie wiem, czy gliniarze byli po prostu przekupieni, czy siedzieli w interesie, w każdym razie od tej pory zostawili mnie w spokoju.
Wkrótce dostałem pierwszą wypłatę, kupiłem za własne pieniądze prawdziwy, pełnowartościowy gorący obiad w stołówce uniwersyteckiej i papierosy "Tu-134". I był pierwszy, najlepszy w całym moim życiu zakup: buty turystyczne i ciepłe flanelowe skarpety! Teraz już śmiało mogłem chodzić sobie po mokrych moskiewskich chodnikach, nie omijając z lękiem zimnych jesiennych kałuż. Można się było rano nie śpieszyć, nie przychodzić do pracy przed czasem po to, żeby rozwiesić na kaloryferze mokre skarpetki z nadzieją, że zdążą wyschnąć, zanim przyjdą koledzy z laboratorium. A już niebawem porzuciłem i dworce, i przyjaciół spekulantów, i bezdomne życie przy akompaniamencie ogłaszanych przez megafon komunikatów o przyjazdach i odjazdach pociągów i odlotach samolotów. Zacząłem szukać mieszkania do wynajęcia i osiągnąłem na tym polu znaczące sukcesy.
CZŁOWIEK WOLNY
Na południowym zachodzie Moskwy, naprzeciwko bazaru na Czeriomuszkach, w dni wolne od pracy w tych latach zbierał się tłumek handlarzy, pojawiali się również ludzie, od których przy dużej dozie szczęścia można było wynająć pokój albo nawet całe mieszkanie. Tam też się udałem, gdy tylko zarobiłem trochę pieniędzy.
Ten człowiek od razu zwrócił moją uwagę. Mógł mieć koło trzydziestki i wyróżniał go spośród całego towarzystwa pewien arystokratyzm. Nie był, jak inni, rozlatany, trzymał się spokojnie i pewnie, był elegancko ubrany i, co najdziwniejsze, życzliwie uśmiechnięty, gdy z kimś rozmawiał. W tamtych ponurych czasach to było coś niezwykłego.
Nie odniósłszy sukcesu w swoich poszukiwaniach, pojechałem następnego dnia na inny taki bazarek, na Banny Projezd. Do kobiety, która właśnie zbliżała się do bazaru, najwyraźniej mając coś do wynajęcia, podbiegliśmy jednocześnie - ja i tamten człowiek z bazaru na Czeriomuszkach. Żaden z nas nie chciał drugiemu ustąpić korzystnej transakcji, natomiast spolegliwa Nadieżda Iwanowna, nasza przyszła gospodyni, powiedziała, że wynajmie nam - niech już tak będzie - po pokoju.
I tak zawarłem znajomość z Wołodią Jeżowem, z którym przyjaźniłem się przez całe życie. On wynajmował pokój dla swojej przyjaciółki Lusi, a mnie przypadł w udziale pokój przechodni, odgrodzony ciężką kotarą. Był tańszy, co przy mojej laboranckiej pensji było sprawą niebagatelną.
Dom był drewniany, stał na pagórku pośród innych drewnianych domów, których tak mało już zostało w Moskwie. Nasza "wieś" nazywała się Troickoje, od nazwy walącej się cerkwi, która stała w tym samym miejscu, na górce - a wszystko to nie znajdowało się gdzieś na peryferiach Moskwy, ale naprzeciwko Mosfilmu26, po drugiej stronie ulicy Mosfilmowskiej. Później przeniosłem się do osobnego pokoju w sąsiedniej oficynie. To było cudowne miejsce - zimą śnieg otulał nasz mały domek niemal do samego dachu, a wiosną bez wdzierał się przez okno i nawet specjalnie otwierałem je, zapraszając go do środka.
Wołodia Jeżow był człowiekiem wolnym. Niejednego mnie nauczył i niejedno objaśnił. Zajmował się rozmaitymi rzeczami. Otrzymawszy wykształcenie w instytucie gospodarki rolnej, a następnie na wydziale prawa, nie podjął pracy w swojej specjalności. Był strażakiem w Teatrze im. Stanisławskiego, agentem ubezpieczeniowym, zasuwał swoją pobiedą, a potem starożytnym bmw z 1939 roku. Przyjaźnił się z malarzami, poetami i aktorami. Ale co najważniejsze - był poetą. Jego wiersze, których napisał co prawda niezbyt wiele, były autentyczne w sferze uczuć, melodyjne i napisane czystym jak łza językiem rosyjskim.
Kochał poezję i rosyjskich poetów. Co roku 30 maja we trójkę - on, Lusia i ja - jechaliśmy do Pieriediełkina, żeby pójść na grób Borysa Pasternaka, gdzie Wołodia czytał jego wiersze - i to trzeba było słyszeć! W tamtych czasach w dniu urodzin Pasternaka na jego grób przychodziła masa ludzi. W tym miejscu spotykali się znajomi, miłośnicy poezji, wielbiciele Pasternaka.
Kiedy mnie zamknęli, na pewien czas straciliśmy się z oczu. Po moim wyjściu z więzienia okazało się, że Wołodia zmienił numer telefonu i nie mogłem go nigdzie znaleźć. Ale gdy po raz kolejny z żoną pojechaliśmy 30 maja do Pieriediełkina, jeszcze nie dochodząc do cmentarza, spotkaliśmy Wołodię. Odtąd często widywaliśmy się z nim aż do jego śmierci na atak serca w 2004 roku.
Prowadził niezależny tryb życia, pozostając człowiekiem wolnym, nieprzyśrubowanym do państwowej posady czy pozycji społecznej. Kiedy upadła władza sowiecka, jeździł do Australii, miał w Adelajdzie syna. Coś tam budował własnymi rękami, czytał wiersze i był ulubieńcem tamtejszej społeczności. Był hojnym i uroczym człowiekiem.
W jakimś innym, szczęśliwszym kraju byłby sławny i szanowany. Ale nie w Rosji. Rosja nie ceni ludzi utalentowanych, którzy mieli przy tym tyle szczęścia, że tylko dlatego nie wsadzili ich za kraty, że po prostu ich nie zauważyli.
MOSKIEWSKI DZIEŃ POWSZEDNI
Wołodia stale potrzebował pieniędzy. Cieszył się powodzeniem u kobiet i odpowiadał im wzajemnością. Jednak im huczniejsze odnosi się sukcesy, tym większe są koszty - wdawał się w jakieś ryzykowne operacje, pożyczał pieniądze od jednych, a potem od następnych, żeby oddać tym pierwszym, zastawiał różne rzeczy w lombardzie. W końcu postanowił pracować fizycznie. Podjął intratne w owym czasie zajęcie - ocieplanie drzwi w mieszkaniach, najczęściej w nowych budynkach. Z początku dorabiałem u niego, biegając po piętrach w poszukiwaniu zamówień, a potem już i sam brałem się za takie fuchy.
To było mi bardzo na rękę. Pracę na uniwersytecie rzuciłem już wcześniej, po wstąpieniu do szkoły medycznej przy Instytucie Sklifosowskiego, gdzie zdobywałem zawód felczera pogotowia ratunkowego. Szkoła dawała gwarancję zwolnienia ze służby wojskowej oraz stopień chorążego po uzyskaniu dyplomu. Stypendium było maleńkie i pieniędzy na życie nie wystarczało. W wolne dni razem z innymi studentami jeździłem rozładowywać wagony na stacji przeładunkowej przy Dworcu Kurskim. Tam płacili nie najgorzej - nawet 10-15 rubli dziennie, ale praca była ciężka.
Podczas koszmarnie gorącego lata 1972 roku zatrudniłem się jako konduktor na kolei. Mój brat Kiriłł studiował na wydziale fizyki Moskiewskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej i tam u nich organizowano letnią robotniczą brygadę konduktorską. Dołączyłem do nich. Cała Moskwa była zasnuta dymem pożarów z podmiejskich torfowisk, więc wyjazd z miasta był bardzo dobrym pomysłem. Pracowałem na trasie Moskwa-Chabarowsk. Siedem dni w tamtą stronę i siedem z powrotem. Płacili dobrze. Ja i mój kompan próbowaliśmy, tak jak wszyscy, dodatkowo zarobić na gapowiczach, ale nic nie zarobiliśmy. Zabrakło nam cwaniactwa i tupetu.
W połowie trasy przydarzyła mi się wpadka. Pełniąc swoją konduktorską powinność, roznosiliśmy herbatę; szklanka kosztowała pięć kopiejek. W Nowosybirsku do naszego pociągu dosiadł się rewizor, któremu spodobała się nasza praca, poza herbatą. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu okazało się, że powinna była kosztować cztery kopiejki. Zupełnie nie wiem, skąd nam to przyszło do głowy, że ma kosztować pięć. Rewizor, chłop z doświadczeniem, zdawał sobie sprawę, że to naprawdę była pomyłka, więc już nie robił afery. Zwłaszcza że nasz zysk wynosił dosłownie jedną kopiejkę. Ma się rozumieć, że dalej już, za Nowosybirskiem, zaczęliśmy roznosić herbatę po cztery kopiejki. Tym razem zdziwienie ogarnęło pasażerów. "Dlaczego przed Nowosybirskiem herbata kosztowała pięć kopiejek, a teraz cztery?" - podejrzliwie dopytywali się ci najbardziej drobiazgowi. Wyjaśnialiśmy im mętnie, że chodzi o jakieś zniżki klimatyczne na północy kraju, ogólną obniżkę cen i temu podobne bzdury, jednak pasażerowie tylko kręcili głowami i się dziwili. Gdyby herbata zaczęła kosztować drożej, nie byłoby żadnych pytań, do tego wszyscy byli przyzwyczajeni. Ale - żeby taniej...
Kiedy zaczął się rok szkolny, musiałem się pożegnać z zawodem konduktora. Nocami pracowałem jako sanitariusz w oddziale reanimacyjnym Instytutu Pierwszej Pomocy im. Sklifosowskiego. Praca sanitariusza przy reanimacji jest brudna i niewdzięczna, ale za to miałem okazję zapoznawać się z praktyką lekarską i przyswajać sobie niektóre procedury medyczne. Nauczyłem się intubować tchawicę, wykonywać zastrzyki dosercowe i wenesekcje27. Później, podczas pracy w pogotowiu, to wszystko bardzo mi się przydało. Na oddziale wielu osób nie udawało się odratować, ilość zgonów była naprawdę wysoka. Poszkodowanych przywozili z wypadków, pożarów i katastrof. Wszyscy w stanie ciężkiego szoku. Chociaż bywały również przypadki doprawdy graniczące z cudem.
Kiedyś na mój dyżur przywieźli budowlańca, który spadł z dużej wysokości. Nikt nie mógł zrozumieć, jakim cudem udało mu się przeżyć. Robociarze popijali sobie późnym wieczorem na dwunastej kondygnacji wznoszonego przez nich budynku, kiedy nagle zauważyli, że jednego z nich nie ma. Chociaż byli bardzo pijani, to jednak rzucili się na poszukiwania. Wreszcie odnaleźli go leżącego na ziemi bez przytomności. Wezwali pogotowie i przywieźli do nas na reanimację. Rano ocknął się i powiedział nam, że wieczorem, kiedy już porządnie popili, zszedł na dół za potrzebą, a potem, nie mając siły wejść z powrotem na górę, padł i usnął.
Inny wypadek był jeszcze ciekawszy. Pułkownik Armii Radzieckiej, około pięćdziesiątki, po przejściach na służbie i awanturze rodzinnej postanowił pożegnać się z życiem. Musiał być człowiekiem pedantycznym, bo postanowił zrobić wszystko jak należy, z gwarancją, że na pewno się uda. Do balustrady balkonu piętro wyżej przywiązał sznur, założył pętlę na szyję, stanął na krawędzi swojego balkonu i wystrzelił sobie w głowę ze służbowego pistoletu. Był przekonany, że jak nie zginie od kuli, to zawiśnie na pętli albo spadnie na dół i się rozbije. W ostatniej chwili, jak to często przytrafia się samobójcom, ręka mu drgnęła i kula ledwie zawadziła o czaszkę. Pułkownik osunął się i zawisł na pętli, lecz linka nie wytrzymała jego ciężaru i pękła. Spadł z szóstego piętra, ale gałęzie drzew pod oknem złagodziły upadek i wylądował, złamawszy sobie tylko nogę. Przywieźli go do nas, ale już po paru godzinach przenieśli do szpitala na ortopedię. Potrójne samobójstwo mu nie wyszło. Po paru miesiącach przyszedł do nas na oddział, żeby podziękować lekarzom za udzieloną pomoc i skarżył się, że za próbę samobójstwa zwolnili go z wojska i wydalili z partii.
Lecz prawdziwie cudowny przypadek miał miejsce, kiedy ja tam jeszcze nie pracowałem. W przerwie między wykładami paliliśmy sobie na dworze, kiedy obok nas przeleciało z hukiem kilka osób wiozących kogoś na wózku do transportu chorych. W niesłynących z pośpiechu sowieckich szpitalach nigdy się nie zdarzało, żeby tak w biegu przewozić pacjentów. Wszystkim chyba wydawało się, że taki pośpiech naraża na szwank godność personelu medycznego. Tym razem szczególnie dziwne było to, że wieźli kogoś od strony kostnicy w kierunku oddziału reanimacyjnego. W odwrotną stronę - w każdej chwili - ma się rozumieć, bez pośpiechu. Ale takie numery?
Wkrótce jednak sprawa się wyjaśniła. Na oddziale wewnętrznym umarł pacjent. Po stwierdzeniu zgonu przez dwie godziny zwłoki przechowywane są w osobnej sali albo na korytarzu za parawanem do czasu, aż pojawią się niewątpliwe symptomy śmierci. Dopiero wtedy można jechać z denatem do kostnicy. Ale oddział był, jak zwykle, przepełniony, wolnych sal nie było, na korytarzu leżeli pacjenci i lekarz dyżurny nie chciał pozostawiać tam zwłok, nawet za parawanem. Działo się to już pod wieczór, lekarz kończył zmianę i kazał sanitariuszom odwieźć zwłoki do kostnicy. Co też natychmiast zrobiono.
Następnego dnia zwłoki przewieziono z chłodni do sali sekcyjnej na autopsję. Zwykle jest tak, że zanim patolog przystąpi do swojej pracy, dwaj sanitariusze podejmują czynności wstępne. Jeden robi obszerne nacięcie skalpelem, otwierając klatkę piersiową i jamę brzuszną, a drugi specjalną piłą rozpiłowuje czaszkę. Kto od czego zacznie - to kwestia przypadku. Delikwentowi, przywiezionemu z interny, poszczęściło się - bo jako pierwszy zabrał się za niego sanitariusz ze skalpelem. Po otwarciu klatki piersiowej zobaczył, że serce wciąż bije. Podniósł się straszny rwetes; nieboszczyka, który ożył, załadowali znowu na wózek i popędzili z nim na reanimację. To właśnie ujrzeliśmy, wyszedłszy na papierosa w przerwie między zajęciami.
Miał chłop szczęście, że - jak już mówiłem - pierwszy podszedł do niego sanitariusz ze skalpelem, a nie z piłą. Dlatego przeżył i wyzdrowiał. Lekarza, który omyłkowo stwierdził zgon, jakoś tam ukarano. A ten gość okazał się dobrym fachowcem od parkietów i w dowód wdzięczności za uratowanie mu życia układał potem klepki podłogowe w budynku dyrekcji. Można się cieszyć, że nie pozabijał wszystkich!
Praca w reanimacji była bardziej pożyteczna, a nawet poniekąd ciekawsza, ale płacili nam marnie. Nauczywszy się od Wołodi Jeżowa obijać drzwi, przestałem się liczyć z każdym groszem. Cóż może być lepszego niż nienormowany czas pracy i to za niezłe pieniądze! Brałem zamówienia, kiedy miałem czas i ochotę. Czasami pieniędzy było tyle, że wracając do domu, po prostu je wkładałem do szuflady, a później wyciągałem stamtąd, nawet ich nie licząc. Czasem obaj z Wołodią łączyliśmy swoje siły, pracując we dwójkę.
Swoje lokum w Troickoje po pewnym czasie musiałem opuścić. Gospodyni, Nadieżda Iwanowna, była kobietą przedsiębiorczą i wynajmowała ludziom wszystko, co tylko się dało - w tym szopę z piecykiem, w której mieszkały dwie niestare jeszcze, ale mocno podniszczone alkoholiczki. Wciąż urządzały libacje z bezdomnymi tak jak one kawalerami, wiecznie z kimś się awanturowały, biły, sikały na trawniku przed samymi drzwiami i rzadko bywały trzeźwe. Któregoś jesiennego poranka jednego z ich odwiecznych kompanów od flaszki Nadieżda Iwanowna odnalazła koło szopy martwego, z nożem w plecach. Przyjechała milicja, wszystkich przesłuchali, mnie również. Nikt mi w związku z zabójstwem niczego nie zarzucał, ale nie byłem tam zameldowany, na co sowieckie przepisy nie pozwalały. Trzeba było się wyprowadzić.
Wołodia miał kawalerkę w budynku przypominającym hotel przy 9-tej Parkowej, obok stacji metra Szczełkowska. Właśnie miał zamiar ją sprzedać, na razie stała pusta, więc póki co tam się przeniosłem.
W tej małej klitce Wołodia przechowywał dermę do swoich robót drzwiowych oraz żółtą watę techniczną - trzy ogromne bele, po 50 kilogramów każda. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, ale pewnego razu wpadł mi do głowy wariacki pomysł, żeby zobaczyć, jak się taka wata pali. Przypaliłem od papierosa zupełnie mały kawałek, ale płomień nagle przerzucił się na leżącą tuż obok belę i w jednej chwili ogarnął całą jej powierzchnię. Rzuciłem się w stronę zlewu, ale woda z kranu ledwie sączyła się cieniutką strużką, jak to bywa w koszmarnym śnie, kiedy próbujesz biec, a nogi są tak okropnie ciężkie, że i kroczki robią się przerażająco małe. Spróbowałem zdusić ogień kocem, ale od tego wata rozpaliła się jeszcze mocniej. Pokój wypełnił się dymem, więc otworzyłem okno, żeby łatwiej było oddychać. Dopływ czystego powietrza jeszcze bardziej rozniecił pożar. Telefonu w mieszkaniu nie było, ale walące z okna kłęby dymu były wystarczająco jasnym sygnałem dla przechodniów. Ktoś wezwał straż pożarną.
Ja tymczasem próbowałem poradzić sobie z pożarem na własną rękę. W jakimś stopniu to mi się udało. Otwartego ognia już nie było, bele opaliły się niby tylko po bokach, ale wata powoli i smętnie tliła się gdzieś w głębi. Dym jednak leciał bez przerwy. Obwiązałem usta i nos mokrą chustką i działałem dalej. Wkrótce przyjechała straż - sześć dużych samochodów i komendancki gazik. Strażacy szybko puścili w górę rozkładaną drabinę i wspięli się po niej do mnie na trzecie piętro, ciągnąc za sobą sikawkę. Tymczasem grupa innych strażaków weszła do budynku, jak wszyscy normalni ludzie - przez bramę i schodami. Weszli do mieszkania i badając sytuację, zaczęli przetrząsać bele z watą, po czym ogień buchnął z nową siłą, podczas gdy strażacy, którzy dotarli od zewnątrz, bezlitośnie rozbili okno, przez co zapewnili obfity dopływ tlenu do lewo żarzącej się waty. Pożar rozszalał się na całego. Płomienie tak buchnęły, że koziołkując wyleciałem na klatkę schodową, podobnie jak strażacy, którzy weszli tu po schodach. I wtedy właśnie przydała się sikawka. Potężny strumień wody rozrzucił mokre strzępki waty i po kilku minutach z ognia nie pozostało ani śladu.
Resztki waty strażacy wyrzucili przez rozbite okno na ulicę. Tłum, który zebrał się wokół domu, zaczął się stopniowo rozchodzić. U sąsiadów piętro niżej z sufitu kapał deszcz. Było czuć swąd spalenizny. Siedziałem z załzawionymi od dymu oczami i spuchniętym gardłem na pogorzelisku cudzego mieszkania, tępym wzrokiem patrząc na dzieło własnych szalonych rąk. Część podręczników i zeszytów z konspektami wykładów była nadpalona. Przez cały rok po tym wszystkim na zaliczeniach i egzaminach pokazywałem wykładowcom najbardziej przykrych przedmiotów popalone zeszyty i z tragiczną miną wyjaśniałem, że nie mogłem przygotować się z powodu pożaru. Wykładowcy współczuli mi i wstawiali zaliczenie.
Wołodia później nie raz wypytywał mnie, jak to się stało. "No przyznaj się, specjalnie podpaliłeś, co nie?" - pytał. Kłamałem mu, że zasnąłem z papierosem w rękach. Było mi wstyd się przyznać. No i nigdy mu nie powiedziałem. A on potem długo jeszcze zmagał się z konsekwencjami wywołanej przeze mnie klęski żywiołowej. Mnie to kosztowało 40 rubli, co było wcale niemałą sumą jak na tamte czasy. Ale za to miałem okazję zobaczyć, jak pali się wata.
TRZEJ TOWARZYSZE
Było nas trzech - zupełnie jak u Remarque'a, tylko my byliśmy młodsi, a nasze czasy surowsze. Marzyła się nam genetyka, chcieliśmy studiować na MGU i dokonać w życiu czegoś wielkiego czy w każdym razie godnego uwagi. Byliśmy rówieśnikami. Mieliśmy takie same imiona. Sasza28 Lewitow, z wojskowej rodziny, też był Żydem i też nie mógł się dostać na biologię, ale dostał się na medycynę. W odróżnieniu ode mnie z powodzeniem ją ukończył. Sasza Siedow był Rosjaninem i na MGU na biologię się dostał. Naprawdę się wtedy przyjaźniliśmy i spędzaliśmy ze sobą sporo czasu.
Wynajmowałem maleńki pokoik przy prospekcie Kalinina29, w starym domu pomiędzy Sadowym Kolcem a Wybrzeżem Smoleńskim. Udostępnił mi go za niedużą opłatą mieszkający o piętro niżej dobry znajomy taty - Gieorgij Jakowlewicz Swiet-Mołdawski, profesor i członek korespondent Akademii Nauk Medycznych, znany wirusolog - autor wirusowej koncepcji raka. (Po iluś latach sam umarł na raka - opowiadano, że robił śmiertelnie niepezpieczne badania na samym sobie.)
Zbieraliśmy się najczęściej u mnie, pijąc "koktajl aleksandrowski" - mojego własnego wyrobu piekielną mieszankę spirytusu medycznego, koniaku i likieru. Czytaliśmy na głos wiersze Iosifa Brodskiego30, słuchaliśmy nagrań magnetofonowych Aleksandra Galicza31 i rozmawialiśmy o wolności, o osobowości i władzy, o sensie życia. Którejś zimy, zatraciwszy wszelką miarę w spożywaniu "aleksandrówki", szliśmy nocą po zaśnieżonym i ziejącym pustką prospekcie Kalinina i upajając się własną zuchwałością, ryczeliśmy na całą ulicę białogwardyjski hymn: "Jak książę nasz Oleg wyruszał do boju..."32. Do tej pory nie rozumiem, jakim cudem nas wtedy nie zgarnęli, przynajmniej na posterunek.
Saszka Lewitow chodził z niezwykle ładną dziewczyną, Mariną - córką znanego pisarza animalisty Igora Akimuszkina. Wszyscy byliśmy zakochani w Marince - jedni bardziej, drudzy troszkę mniej, ale przyjaźń z Lewitowem nie pozwalała nam na podejmowanie starań o jej względy. Czasem Saszka przyłączał się do naszej kompanii razem z nią. Od razu robił się poważny, starając się wyglądać na starszego. Gasiliśmy światło i zapalaliśmy świece. Saszka recytował z pamięci poemat Galicza Kadisz o Januszu Korczaku i w oczach Marinki błyszczały łzy, kiedy dochodził do miejsca, gdzie rozstrzeliwują dozorcę domu dziecka. Potem wszyscy prowadziliśmy dysputy o obowiązku i służbie, o wierności i zdradzie, o obojętności i bohaterstwie.
Sasza Siedow miał wuja. Leonid Aleksandrowicz Siedow33, socjolog, był człowiekiem, mającym bliskie znajomości w kręgach dysydentów. To od niego udawało nam się czasem dostać "Kronikę Bieżących Wydarzeń". Któregoś dnia w maju 1972 roku ujrzałem go idącego przez Sadowe Kolco, blisko mojego domu. W rękach miał ciężką walizkę, a jego twarz była poważnie zatroskana. Powiedział mi, że jego przyjaciele mieli w domach rewizje, więc teraz i on obawia się, że spotka go to samo. W walizce miał cały samizdat, jaki trzymał w swoim mieszkaniu. Leonid Aleksandrowicz szedł ulicą, rozmyślając, gdzie by to wszystko zanieść. Zaproponowałem, że może do mnie. Z początku się ucieszył, ale potem rozmyślił się. Może go zniechęcił mój młody wiek, a może pogłoski o niefrasobliwym trybie życia całej naszej kompanii, do której należał również jego bratanek.
Niemniej sam wkrótce zapoznał mnie z Wołodią Albrechtem34, a on z kolei - z Andriejem Twierdochlebowem35. I tak oto zacząłem utrzymywać stosunki z dysydentami.
Lewitow zaraz potem ożenił się z Mariną. Sasza Siedow ukończył uniwersytet. Ja zaś wpakowałem się po uszy w działalność ruchu demokratycznego. Nasza stara paczka powoli się wykruszała. Każdy poszedł w swoją stronę. Wspólne życie Saszki z Mariną nie trwało długo i w końcu się rozwiedli. Marinka wyjechała z córeczką do Izraela, Lewitow - do USA, gdzie pracuje jako lekarz. Sasza Siedow został profesorem MGU. A ja - zekiem.
DAMY Z MINIONEJ EPOKI
To było dziwne. One nie były ot tak po prostu nietypowe - nie pasowały do nich jakiekolwiek porównania. Były odbłyskiem świata, który już zginął, innej kultury, zupełnie innych stosunków między ludźmi. Żywym wspomnieniem kraju, który przestał istnieć. Poznałem w tamtych latach trzy takie kobiety, bardzo już leciwe, których jednak nie ośmieliłbym się nazwać staruszkami. Każda z nich urodziła się pod koniec XIX wieku i każda z nich była świadkiem wielkich wydarzeń historii i kultury rosyjskiej XX stulecia.
Po pożarze, wznieconym przeze mnie w mieszkaniu Wołodi, pierwsze dni przechorowałem z opuchniętym gardłem i łzawiącymi oczami u mamy naszej Marinki - Aliny, która mieszkała w zaułku Orużejnym, koło placu Majakowskiego. Byłem pod troskliwą opieką - karmiono mnie, pojono i nie pozwalano mi się nigdzie śpieszyć. Około dwóch tygodni bez pośpiechu dochodziłem więc do siebie, no a potem musiałem gdzieś się przenieść, bowiem Saszka Lewitow z Marinką prowadzili intensywne życie rodzinne, a ja, chcąc nie chcąc, bywałem świadkiem ich pokomplikowanych stosunków. Wtedy to Igor Akimuszkin - mąż marnotrawny Aliny - zaproponował, żebym pomieszkał sobie u niego, w jednym z trzech pokojów w mieszkaniu przy ulicy Pietropawłowskiej, koło stacji metra Riecznoj Wokzał.
Igor Iwanowicz prowadził beztroskie życie i ostro pił. Czasem w środku nocy pukał do mnie i mamrocząc tłumaczył, że przyszedł z nową świetną dziewczyną ("Chodź szybciej, popatrz na nią, to przecież istny cud"), ale nie została mu już ani jedna prezerwatywa. Więc przychodziłem mu z pomocą. Był człowiekiem dobrotliwym i niemałostkowym. Miał prawdziwy talent. Jego popularnonaukowymi książkami z biologii zaczytywali się wtedy dorośli i dzieci. Czasem niestety zatracał się w okrutnym opilstwie. To jeszcze może by dało się znieść, gdyby nie fakt, że podczas swoich tygodniówek stawał się gadatliwy, podejrzliwy i niezrównoważony. Kiedyś w porywie pijackiej szczerości wyjawił mi swój schowek - wewnątrz jednego z tomów Wielkiej encyklopedii radzieckiej była wycięta część stron, a w tej niszy przytulnie ulokowała się gruba paczka dwudziestopięciorublówek. To była bardzo przyzwoita kwota, cały majątek jak na tamte czasy. Następnego dnia, z trudem próbując poskładać do kupy wypadki minionej nocy, wypytywał mnie o pieniądze i schowki, próbując się zorientować, co mi wiadomo na temat jego oszczędności. Potem zaś dokładnie chował pieniądze w innym miejscu.
Ale to nie mogło trwać długo. Czułem, że w końcu kiedyś wybuchnie awantura, więc zacząłem szukać nowego mieszkania. Znajoma Aliny, rzeźbiarka Inna Iljiniczna Blomberg, znalazła dla mnie pokój przy ulicy Kirowa, w dawnym internacie Wchutemasu - Wyższych Teatralnych Warsztatów Artystycznych. Właścicielką mieszkania składającego się z dwóch samodzielnych pokoi była jej przyjaciółka Aleksandra Wieniaminowna Azarch36, która zgodziła się wynająć mi pokój za 40 rubli miesięcznie.
Praktycznie nie mogła chodzić - już za młodych lat wpadła pod tramwaj i straciła nogę. Opiekowała się nią pielęgniarka, która przychodziła do niej rano i wieczorem. Pani Aleksandra Wieniaminowna miała osiemdziesiąt lat, ale bardzo dbała o siebie, zawsze miała lekki makijaż i roztaczała wokół aromat drogich perfum, które nie wiadomo jak wynajdowano dla niej w ogarniętej kryzysem i ubóstwem Moskwie.
Przez pierwsze pół roku prawie wcale nie rozmawialiśmy ze sobą. Kiedy wchodziłem, żeby zapłacić za mieszkanie, za każdym razem wpatrywałem się w obrazy, wiszące na ścianach jej całkiem sporego pokoju. W moim pokoiku też wisiały obrazy. Prawdę mówiąc, nie za bardzo znałem się na sztuce. Podobali mi się impresjoniści, Corot - ale tak naprawdę o malarstwie nie miałem większego pojęcia. Naprzeciwko mojego łóżka wisiał mały obrazek. Kładąc się spać, często na niego patrzyłem: subtelna akwarela z niewyraźnym zarysem morza, chmur i jakiegoś miasta, jak gdyby oglądanego z dużej wysokości. Ta akwarela wprawiała mnie w romantyczny nastrój, który bardzo wówczas pasował do mojego wieku i postawy życiowej.
Pani Aleksandra sprawiała wrażenie arystokratki, która jakimś cudem ocalała w sowieckim piekle: wytworne maniery, spokojny i kulturalny ton rozmowy, życzliwy i dobrotliwy uśmiech. Była osobą z innej epoki, ze świata, którego zaledwie się domyślaliśmy, o którym czytaliśmy gdzieś lub coś nam zostało w głowie ze strzępków czyichś wspomnień. Wieczorami często zbierali się u niej goście, ludzie z jej kręgów - moskiewskiej inteligencji. Odbywało się wiele rozmów, niewymuszonej wesołości i śmiechu. I ja zacząłem coraz częściej do niej przychodzić i coraz więcej dowiadywałem się o jej niezwykłym życiu.
Pani Aleksandra urodziła się w 1892 roku w Witebsku, w rodzinie lekarza. Po ukończeniu gimnazjum pojechała studiować medycynę do Belgii, ponieważ w Rosji istniał oficjalny limit ograniczający przyjmowanie Żydów na wyższe uczelnie. Po kilku latach powróciła do Moskwy i poznała Aleksieja Granowskiego37, po czym wkrótce się pobrali. Po upływie kilku lat, już po rewolucji, on założył Moskiewski Państwowy Teatr Żydowski - Gosjet. Ona porzuciła medycynę, by poświęcić się teatrowi - była aktorką, potem reżyserem i pedagogiem teatralnym. Malarzem i scenografem był w teatrze Marc Chagall, którego pani Aleksandra znała od dziecka, jeszcze w Witebsku. Jej rodzona siostra Raisa była żoną znanego malarza Roberta Falka.
Teraz już rozumiałem, skąd w domu tyle obrazów. I to same oryginały. No i dowiedziałem się, że akwarela, która wisi w moim pokoju - ta, na którą lubiłem patrzeć przed zaśnięciem - była też oryginalna i wyszła spod pędzla Marca Chagalla. W połowie lat siedemdziesiątych Chagall przyjeżdżał do Moskwy, bywał u Aleksandry Wieniaminowny. Po jego śmierci długo była w roztrzęsionych uczuciach; widocznie napływały wspomnienia i nie mogła powstrzymać łez.
Aleksandra Wieniaminowna sama stanowiła cząstkę Srebrnego Wieku i znajdowała się w samym centrum zdarzeń. Jej grę w teatrze zauważał sam Stanisławski38. Zachwycał się nią Majakowski39, nawet próbował z nią flirtować. Pani Aleksandra wspominała o tym ze zdumieniem - zarówno dlatego, że była już wtedy mężatką, jak i dlatego że Majakowski nie był w jej oczach kawalerem godnym uwagi. Pytałem ją, czy naprawdę ani przez chwilę nie była nim zainteresowana - na co pani Aleksandra tylko zaciskała wargi, podnosiła oczy ku sufitowi, głośno wzdychała i kręciła głową.
W 1918 roku była obecna przy pierwszym czytaniu w Moskwie przez Aleksandra Błoka poematu Dwunastu40. To było w czyimś mieszkaniu, w kręgu dobrych znajomych - poetów, pisarzy, malarzy. Aleksandra Wieniaminowna bez zachwytu odnosiła się do Błoka z jego rewolucyjnym entuzjazmem i do jego współpracy z bolszewikami. Później, w czasach sowieckich, mówienie o takich rzeczach nie było bezpieczne. Szczególnie bali się prowadzić takie rozmowy ci, którzy żyli w Związku Radzieckim w latach trzydziestych. Ale ze mną pani Aleksandra była szczera. Oczy jej błyszczały, kiedy wspominała, jak po przeczytaniu przez Błoka jego słynnego poematu wściekły Nikołaj Gumilow41 trzasnął drzwiami i wyszedł bez pożegnania. Był pośród obecnych jedyną osobą, która tak otwarcie wyraziła swój stosunek do rewolucyjnych zachwytów Błoka.
Pod koniec lat dwudziestych Żydowski Teatr Kameralny pojechał ze swoimi spektaklami na tournée po Europie. Występy cieszyły się powodzeniem. Aleksandra Wieniaminowna poznała tam wielu wybitnych ludzi tego czasu, między innymi Zygmunta Freuda i Liona Feuchtwangera42. Freud - jak opowiadała - w ciągu dwóch seansów psychoterapii zdołał wyleczyć z jąkania aktora jej teatru Wieniamina Zuskina43, który jąkał się w życiu, ale nigdy - na scenie. Pani Aleksandra mówiła o nim, że strasznie się bał, iż kiedyś zacznie jąkać się w czasie spektaklu.
Tymczasem w ZSRR Granowskiemu już zarzucano bezideowość i apolityczność. Powrót do ojczyzny byłby rzeczą ryzykowną. Granowski postanowił pozostać na Zachodzie; teatr powrócił do kraju bez niego. W Moskwie na czele teatru stanął jeden z czołowych aktorów teatru - Salomon Michoels44. Aleksandra Wieniaminowna została z mężem. Grała przez pewien czas w teatrze francuskim, ale w 1933 roku powróciła do ojczyzny. Granowski pozostał we Francji i tam w 1937 roku zmarł.
Represje polityczne jakimś cudem ją ominęły. Znała się, a nawet przyjaźniła z tyloma ludźmi, którzy w różnych okresach siedzieli albo zostali skazani na śmierć, że po prostu jest rzeczą zdumiewającą, jak jej samej udało się przeżyć te straszne lata. Do grona jej przyjaciół należał Jakow Blumkin45, były eser i zabójca niemieckiego ambasadora Mirbacha, rozstrzelany przez czekistów w 1929 roku. No i oczywiście jej koledzy z teatru - Salomon Michoels, zabity w 1948 roku na rozkaz MGB46, lub Wieniamin Zuskin, rozstrzelany w 1952 roku jako "wróg ludu".47
W 1937 roku na zaproszenie sowieckiego rządu przyjechał do ZSRR niemiecki pisarz Lion Feuchtwanger. Był obecny na styczniowym procesie sądowym w sprawie "antysowieckiego ośrodka trockistowskiego". Siedział na sali, słuchał wystąpień prokuratora Andrieja Wyszyńskiego oraz siedemnastu podsądnych, oskarżonych o zdradę Ojczyzny. Byłych wysoko postawionych działaczy bolszewickich Jurija Piatakowa, Leonida Sieriebriakowa i jedenaście innych osób skazano na rozstrzelanie; Karola Radka i Grigorija Sokolnikowa - na dziesięć lat łagrów, dwóch pozostałych na osiem lat.
"I oto stoję przed wami w brudzie, rozgnieciony ciężarem własnych przestępstw, pozbawiony wszystkiego z mojej winy, utraciwszy moją partię, nie mając przyjaciół, utraciwszy rodzinę, utraciwszy samego siebie..." - taką samokrytykę prezentował na procesie Piatakow. Oskarżeni sami na siebie wylewali pomyje, kajali się za rzekomo popełnione nikczemne zbrodnie, przyznawali się do organizowania niewyobrażalnych aktów dywersji i szpiegostwa na rzecz Japonii i Niemiec. Każdy, kto nie został otępiony przez sowiecką propagandę, zrozumiałby, że oskarżenia są fałszywe, a zeznania oskarżonych uzyskano, stosując tortury.
Lion Feuchtwanger cały czas słuchał, zapisywał i zapamiętywał. Powróciwszy do kraju, napisał książkę Moskwa 1937, pełną pochwał pod adresem Stalina i stalinizmu. Potem, po upływie lat i dziesięcioleci, popularne były takie wyjaśnienia, że Feuchtwanger dał się oszukać, że uwierzył stalinowskiej propagandzie i szczerze uważał oskarżonych za winnych tych koszmarnych przestępstw wobec ZSRR. Lewicowej zachodniej inteligencji w ten sposób łatwiej było uniewinnić demaskatora świata kapitalistycznego i autorytatywnego obrońcy socjalizmu, który pisał w 1937 roku: "Tępota, zła wola i ignorancja zmierzają do tego, by oczernić, oszkalować, zanegować wszystkie rzeczy pozytywne, dokonujące się na Wschodzie".
Lecz oto co mi powiedziała na ten temat Aleksandra Wieniaminowna. Feuchtwanger, którego dobrze poznała w latach dwudziestych podczas pobytu w Berlinie, po przyjeździe do Moskwy parokrotnie ją odwiedzał. Pewnego razu, przyszedłszy do niej po procesie "wrogów ludu", chwycił się za głowę i powtarzał, że to kiepski spektakl, niemożliwie prostacka inscenizacja, że wszystko to jest okropne już teraz i okropnie się to wszystko zakończy. Nie było w nim nawet odrobiny zaufania - ani do sądu, ani do władzy sowieckiej. "Więc dlaczego on to wszystko napisał?" - męczyłem pytaniami panią Aleksandrę, zaś ona tylko rozkładała ręce i mówiła, że sama tego nie rozumie. Teraz myślę, że być może jednak to rozumiała, ale miała zbyt dużo sympatii dla Feuchtwangera, ażeby być jego demaskatorką.
W pokoiku z akwarelą Chagalla spędziłem około roku. Potem bratanek pani Aleksandry - Julij Łabas - potrzebował jakiegoś lokum, więc byłem zmuszony znowu się wyprowadzić. Przeniosłem się tuż obok, do domu numer 15 przy ulicy Kirowa, do ogromnego mieszkania komunalnego, gdzie oprócz mnie osiedliło się jeszcze osiem rodzin. Mieszkanie było na najwyższym piętrze, loggia i okna mojego ogromnego pokoju ze strasznie wysokim sufitem wychodziły na ulicę Kirowa, a przy bramie stał lew z tarczą, niejako chroniąc wszystkich mieszkańców domu. Pokój wynajęła mi rzeźbiarka Inna Iljiniczna Blomberg, ta sama, która przedtem załatwiła mi pokój u pani Aleksandry.
Sama Inna Iljiniczna zajmowała w tym mieszkaniu mały pokoik, a mnie odstąpiła duży, w którym wcześniej miała pracownię. W tej pracowni w połowie lat sześćdziesiątych rzeźbiła popiersie Sołżenicyna48; wtedy nie był jeszcze w niełasce i przychodził do niej pozować. Niestety, nie dane jej było dokończyć. Sołżenicyna zaczęto publicznie szkalować i sama, bojąc się represji, zniszczyła niedokończone popiersie.
Bywałem nadal u Aleksandry Wieniaminowny, czasem przyjeżdżałem do niej karetką pogotowia ratunkowego, żeby zrobić jej jakiś zastrzyk lub zmierzyć ciśnienie. Jesienią 1979 roku, już z jakuckiego zesłania, zadzwoniłem do niej z powiatowej poczty, żeby złożyć życzenia urodzinowe. Słyszalność była okropna, pani Aleksandra nie poznawała mnie, wyjaśniając gościom, że dzwoni jakiś Sasza z Jakucji, ale ona nie wie, kto konkretnie. To były jej ostatnie urodziny. W następnym roku na zlecenie bywającego w jej mieszkaniu jakiegoś młodego łajdaka okradziono ją - straciła obrazy, które towarzyszyły jej przez całe życie. Bardzo mocno to przeżyła. Trzy tygodnie później umarła; niewiele jej zabrakło do ukończenia 88 lat.
Moja przyjaciółka Tania Jakubowska poszukiwała nauczyciela wokalu. Jej śliczny głos potrzebował dobrego ustawienia. Nasi wspólni znajomi polecili mi dobrą nauczycielkę, ale uprzedzili, że przyjmuje do nauki bynajmniej nie wszystkich chętnych i że obcowanie z nią nie jest rzeczą łatwą. Ale Tanię przyjęła. Co się tyczy opłat, to były one znośne.
Anna Iwanowna Trojanowska miała około dziewięćdziesiątki. Niezbyt dobrze ją znałem, widywałem ją od czasu do czasu i za każdym razem zdumiewała mnie jej nadzwyczajna energia i jasny umysł. Zajmowanie się w takim wieku pracą pedagogiczną dla każdego człowieka jest sprawą co najmniej kłopotliwą, ona zaś miała z tego nie tylko pieniądze, ale również przyjemność. Jej stosunek do uczniów był groźny i zjadliwy. "Tanieczko, ma pani małą buzię - to jest dobre, żeby się całować, ale złe, kiedy się śpiewa" - mówiła do mojej speszonej przyjaciółki, która już zupełnie nie wiedziała, co począć. Tymczasem Anna Iwanowna bezlitośnie przeciążała ją ćwiczeniami, które pozwalały głosowi "otworzyć się". Była wymagająca i nieubłagana, kapryśna i nie panowała nad emocjami. Ale nikt się na nią nie obrażał.
Mieszkała w Moskwie w zaułku Skatiertnym. W jej domu często bywali Światosław Richter i Nina Dorliak49, z którymi bardzo się przyjaźniła. Pani Anna interesowała się nie tylko muzyką, ale również malarstwem, poezją, dlatego wśród jej przyjaciół było wielu malarzy i poetów.
Urodziła się w 1885 roku w rodzinie lekarza. Miała jedenaście lat, kiedy Isaak Lewitan50 podarował jej swój szkic Kwitnące jabłonie. Podczas wojny domowej w jej domu ukrywał się kompozytor Nikołaj Medtner51 ze swoją żoną. Jej rodzina przyjaźniła się z rodzinami Stanisławskich i Szalapinów52. W czasach sowieckich pani Anna była pedagogiem w Konserwatorium Moskiewskim i należała do Związku Artystów Malarzy ZSRR.
Któregoś lata bardzo chciała wyjechać z miasta, więc oboje z Tanią wyszukaliśmy dla niej pokój z werandą w wielorodzinnej drewnianej willi w podmoskiewskiej Małachowce. Na letnisku nudziło jej się i kiedyś poprosiła, żebym dał jej poczytać Sołżenicyna, o którym, jak wszyscy, wiele słyszała. Przyniosłem jej odbite na powielaczu wydanie Oddziału chorych na raka, prosząc tylko, żeby nikomu nie pożyczała, żebyśmy nie mieli kłopotów.
Książki, faktycznie, nikomu nie dawała, ale pewnego razu zapomniała ją zabrać z altany w ogrodzie i takim sposobem wywrotowe dzieło znalazło się w rękach sąsiadki - beznadziejnej baby koło pięćdziesiątki, która nienawidziła mieszkańców Moskwy, Żydów, inteligentów, letników i w ogóle wszystkich na świecie, nie wyłączając, jak się zdaje, i samej siebie. Już nie pamiętam, czego mogła chcieć od Anny Iwanowny - czy to pieniędzy, czy czegoś innego - a może tylko chciała ją postraszyć. W każdym razie oświadczyła, że w najbliższych dniach zaniesie książkę do KGB albo na milicję. Sprawa przyjmowała przykry obrót. Oczywiście Trojanowskiej za czytanie samizdatu chyba nikt by nie aresztował, ale nieprzyjemności mogły być duże. Trzeba było coś zrobić. Długo łamałem sobie głowę, ale nic sensownego wymyślić nie mogłem. Koniec końców postanowiłem urządzić mały spektakl.
Rano włożyłem na siebie najbardziej znoszone ubranie, na głowę wcisnąłem daszkiem do tyłu cyklistówkę, przerzuciłem przez ramię torbę z kluczami i śrubokrętami i poszedłem do złośliwej sąsiadki. Z kieszonki na piersi sterczał mi wskaźnik napięcia, z bocznej - notes i paczka jakichś starych kwitów. "Z elektrowni" - przedstawiłem się gospodyni i wszedłem do środka, nie pytając o pozwolenie. "Sprawdzamy instalację elektryczną i wszystkie gniazdka - objaśniłem. - Takie są przepisy ochrony przeciwpożarowej." Gospodyni, jak się tego spodziewałem, momentalnie pogodziła się z wtargnięciem do jej mieszkania człowieka obcego, mającego natomiast niewielką wprawdzie, ale jednak władzę, więc tylko chodziła za mną krok w krok i odsuwała meble, żebym mógł dostać się do tych gniazdek.
W każde z nich wtykałem śrubokręt ze wskaźnikiem napięcia, po czym na uchwycie zapalało się jaskrawożółte światełko, co na gospodyni robiło duże wrażenie. Wetknąwszy parę razy śrubokręt do gniazdka, z miną fachowca starannie wpisywałem coś do swojego notesu. W tym samym czasie uważnie rozglądałem się wokół siebie, licząc na to, że uda mi się na jakimś stole czy szafce znaleźć książkę i zabrać ją niepostrzeżenie, a jak się nie da, to choćby całkiem jawnie. Ale książki nigdzie nie widziałem. Gniazdek już więcej nie było, więc zrobiłem drugie podejście, szkicując schemat instalacji elektrycznej i narzekając, że nie jest w należyty sposób izolowana. Gospodyni usprawiedliwiała się i obiecała, że jeszcze tego samego dnia wszystko doprowadzi do porządku. I cóż - było jasne, że książka leży w szafie czy gdzieś indziej, nie na widoku; ale trudno, żebym teraz właził do szafy w poszukiwaniu gniazdek i instalacji elektrycznej!
Mój spektakl się walił i na oklaski nie mogłem liczyć. Już stałem w przedpokoju i pora była wychodzić. Musiałem błyskawicznie zmienić scenariusz.
- No i jak się pani wydaje, po co ja właściwie sprawdzam zabezpieczenia przeciwpożarowe? - mówiąc to, starałem się nadać swym słowom maksymalnie uprzejmy i nieomal pieszczotliwy ton.
Gospodyni wzruszyła tylko ramionami i popatrzyła na mnie pytająco. A ja postarałem się przybrać możliwie jak najbardziej agresywny wyraz twarzy i z pogróżką w głosie mówiłem dalej:
- Dlatego że jak ty jeszcze dzisiaj nie oddasz Annie Iwanownie książki Sołżenicyna, to jutro wasz dom spali się żywym ogniem. Zrozumiałaś, co się do ciebie mówi?
Sąsiadka zbladła. Prawdopodobnie, może nie tyle z powodu samej groźby, co ostrej zmiany tonu i nagłego przejścia na "ty". Zdawałem sobie sprawę, że dla wzmocnienia siły przekonywania trzeba byłoby jeszcze wulgarnie zakląć, ale mi się nie udało. Dalsze rozmowy tylko osłabiłyby wrażenie, więc skierowałem się do wyjścia. Sąsiadka tymczasem oprzytomniała i ściśniętym głosem wydusiła z siebie:
- Pójdę na milicję.
- No jasne, że idź - poparłem ją. - Tylko że wtedy możesz być już pewna, że z twojego domu sam popiół zostanie.
Cały dzień siedzieliśmy jak na szpilkach, wyczekując na wiadomości od pani Anny, która nic nie wiedziała o mojej wizycie w przebraniu elektryka u jej sąsiadki. Wieczorem Tania poszła do niej. Po powrocie powiedziała, że w tamtym domu panuje popłoch, wszyscy sąsiedzi o coś się kłócą i są bardzo zdenerwowani. Tak jak przypuszczałem, złośliwa sąsiadka opowiedziała pozostałym lokatorom o groźbie podpalenia. Miałem nadzieję, że pozostali, nie będąc aż tak fanatycznymi sowieckimi patriotami, przemówią jej do rozumu. Ale czas leciał i nic się nie działo. Rano Tania pojechała do pracy, a jak wróciła, od razu poszła do Trojanowskiej. Czekałem niecierpliwie w naszym małachowskim mieszkaniu. Za jakieś dwie godziny wróciła uśmiechnięta - w jej torebce leżała nieszczęsna książka.
Wszystko odbyło się tak, jak oczekiwaliśmy. Cały wieczór sąsiedzi spierali się między sobą, co jest ważniejsze - obowiązek obywatelski człowieka sowieckiego czy jego własny dom. Opinie były podzielone. Dla nikogo, prócz złośliwej sąsiadki, z doniesienia żadnej korzyści nie było, a mógł stać się ofiarą pożaru każdy. Los Wroniego Gniazda53 nikogo nie pociągał. Koniec końców doszło aż do wyzwisk, opór złośliwej sąsiadki udało się złamać i następnego poranka któryś z sąsiadów zwrócił książkę właścicielce.
Anna Iwanowna zniosła to wszystko z absolutnym spokojem.
- Sasza, nie ma pan do poczytania jeszcze jakichś innych powieści Sołżenicyna? - zapytała kilka dni później.
- Oczywiście, pani Anno - odpowiadałem - tylko niech pani zaczeka, aż wrócimy do Moskwy.
Anna Iwanowna Trojanowska, która przeżyła tak długie i pracowite życie, umarła w 1977 roku.
Związek Radziecki bardzo kochał robotników amerykańskich, ale nienawidził ich największego związku zawodowego AFL-CIO54. Bo i było za co! Takich zapamiętałych antykomunistów, jak w tym związku zawodowym, długo by szukać. Ich lider George Meany nie omijał ani jednej okazji, by wyrazić swoją odrazę do komunizmu i całego sowieckiego systemu. Sowieci odpłacali mu się tym samym.
W 1977 roku Meany zaprosił na kongres AFL-CIO w Los Angeles sześć osób z ZSRR: Anatolija Marczenkę, Andrieja Sacharowa, Władimira Borisowa55, Walerija Iwanowa56, Nadieżdę Mandelsztam57 i mnie. Ma się rozumieć, nikt z nas nie mógł pojechać, a zaproszenie wysłane pocztą dotarło, zdaje się, tylko do jednej osoby. Niektórzy przesłali teksty swoich wystąpień, ale niezależnie od tego planowaliśmy jeszcze wysłanie wspólnego listu z wyjaśnieniem, dlaczego nie możemy pojechać. Mnie zlecono omówienie tej sprawy z Nadieżdą Mandelsztam.
Nadieżda Jakowlewna była wtedy już postacią szeroko znaną nie tylko jako wdowa po wielkim poecie Osipie Mandelsztamie, ale również jako autorka dwóch tomów wspomnień o swoim mężu i o epoce, w której było mu dane żyć i umrzeć. Miała siedemdziesiąt osiem lat, mieszkała w Czeriomuszkach, a zaprowadził mnie do niej Pietia Starczik58, który odnosił się do niej z nabożeństwem i pomagał, jak tylko mógł.
Nadieżda Jakowlewna czy to była niezdrowa, czy po prostu słaba, w każdym razie przyjęła nas, leżąc w łóżku - bez ceregieli, ale z godnością. Wyłożyłem jej sedno sprawy - opowiedziałem o zaproszeniu do Ameryki i naszym zamiarze napisania wspólnego listu. Ona odniosła się do tego pomysłu z dystansem, ale powiedziała, że się zastanowi. Zamorski kraj jej nie pociągał, na podróże brakowało sił, w dodatku, jak mi się zdaje, żyła raczej przeszłością niż teraźniejszością czy tym bardziej przyszłością.
Ja byłem trochę speszony na początku rozmowy. No bo jak tu się nie peszyć, kiedy masz przed sobą żywą legendę, świadka tragicznych wydarzeń i heroicznych czynów. Była zadziwiająco otwarta. Bardzo mnie wtedy poruszyło, że rozmawia ze mną tak poważnie i szczerze, jak z bliskim znajomym, choć widzimy się pierwszy raz w życiu. Teraz myślę, że ona rozmawiała wtedy nie tyle ze mną, co z rozmówcą wyobrażonym, ze swoim pozaczasowym oponentem.
Ciężko znosiła brak sprawiedliwości w otaczającym ją świecie. W swoich wspomnieniach napisała prawdę o wielu ludziach i wiele osób się na nią obraziło. Nie miała czasu na owijanie w bawełnę. Trzeba było się śpieszyć. Gdy miała potrzebę zakląć, to klęła jak szewc - ale nie dlatego, iżby sprawiało jej jakąś dziką przyjemność epatowanie otoczenia (lubią je uprawiać, gwoli większej "ludowości", niektórzy rosyjscy inteligenci), ale po to, żeby było krócej i dosadniej - i żeby łatwiej było zaznaczyć swoją postawę. Broniła siebie i swoje życie przed pancerzami konwencji i uprzejmych kłamstw. Była bezlitosna wobec innych, wobec siebie, a nawet wobec zmarłego męża.
Rozmawialiśmy o Mandelsztamie, o losach pisarzy w Rosji, o pokutowaniu za grzechy rewolucji - cudze grzechy. W pewnym momencie, po krótkim milczeniu, Nadieżda Jakowlewna powiedziała z westchnieniem, że nie może wybaczyć Mandelsztamowi jego ostatnich, wiernopoddańczych wierszy na cześć Stalina. Próbowałem oponować - że dzisiaj taką winę waży się już na innych szalach - oceniamy poetę za jego genialne wiersze, a nie te powstałe z wyrachowania. Ona takiego argumentu nie uznawała. (Prawdę mówiąc, nie był zbyt mocny, ale zależało mi na tym, żeby ją pocieszyć.) Dla niej Osip Mandelsztam nie był tylko poetą. A osobie bliskiej trudno wybaczyć niedoskonałość.
Rozmawiała ze mną, a przecież była wsłuchana w siebie, w swoją przeszłość, a w niej spierała się z Mandelsztamem, z przyjaciółmi i nieprzyjaciółmi, których już od dawna nie było na świecie. Taka też pozostała mi w pamięci - bezpośrednia, twarda, z przejęciem zwrócona w przeszłość, ze spokojem patrząca na teraźniejszość, obojętna wobec przyszłości. Więcej już się z nią nie spotkałem. Nadieżda Jakowlewna umarła w grudniu 1980, kiedy byłem już na dalekiej Północy.
POCIĄG DO PISANIA
Słowa mnie fascynowały. W najwcześniejszym dzieciństwie, kiedy mama czytała nam na noc wiersze Puszkina i Marszaka59, a tata - Bez rodziny Hectora Malota, mnie porywała nie tyle nawet fabuła, co muzyka słów, melodyka wypowiedzi. To był taki osobny świat, w którym poszczególne słowa miały swoje przeznaczenie i swój ciężar. Były słowa ważne i były zwyczajne, a ich sploty tworzyły dziwny i ładny obraz, gdy układały się w zdania jak kolorowe ogniki w moim cudownym tekturowym kalejdoskopie.
Miałem cztery lata. Tata pisał pracę doktorską z medycyny - maciupeńkie literki kładły się równymi oszczędnymi rządkami na kartce białego papieru. Ten widok naprawdę mnie oczarował. Kiedyś wziąłem papier i zapisałem kulfonami w kilku linijkach coś bez większego sensu. Wydało mi się świetne, byłem dumny i poprosiłem, żeby wysłali to do Marszaka - bo do Puszkina, jak mi wcześniej wyjaśniono, z jakiegoś powodu nie można było wysłać. Tata włożył mój list do koperty, napisał na nim "Moskwa, Związek Pisarzy ZSRR. Dla S.J. Marszaka" i następnego dnia wrzucił kopertę do skrzynki pocztowej.
Wkrótce zapomniałem o swoim liście, ale pewnego razu wieczorem do mieszkania zadzwonił listonosz, pomówił o czymś z tatą, a już po chwili wręczono mi niewielką przesyłkę pocztową. Mnie, czterolatkowi - osobiście! Mało nie pękłem z dumy. W paczuszce była książka Marszaka z wierszami dla dzieci i to jeszcze z dedykacją autora na stronie tytułowej. Tak rozpoczęła się moja korespondencja z Samuelem Jakowlewiczem. Posyłałem mu swoje wiersze i opowiadania, a on - pocztówki i listy, w których stanowczo mi radził czytać Puszkina, Lermontowa i innych pisarzy rosyjskich. Czasy były sowieckie, w szkole kazali czytać o wojnie i bohaterach, a ja, idąc za radą Marszaka, starałem się czytać klasyków. Chociaż muszę przyznać, że było to dla mnie wtedy zupełnie nieciekawe. I korespondowaliśmy ze sobą aż do samej jego śmierci w 1964 roku. Miałem wówczas jedenaście lat.
Wryły mi się w pamięć słowa Marszaka o tym, że trzeba dużo czytać i dużo pracować, a wtedy wszystko dobrze mi pójdzie. Ale czytać nie lubiłem. Natomiast pisanie mi się podobało. W związku z tym w szkole z literatury miałem zawsze świetne stopnie, a z gramatyki - kiepskie. Bardzo długo pisałem jak analfabeta, zanim zrozumiałem, że poprawność językowa - to ważny wskaźnik poziomu literackiego.
Mając dwanaście-trzynaście lat zacząłem wydawać własne pismo. Tato miał maszynę do pisania "Moskwa", na której wystukiwał swoje artykuły naukowe i szykował materiały do pracy doktorskiej. Nauczyłem się i ja pisać na maszynie. Jako że nie miałem nad sobą żadnych zwierzchników, to drukowałem sobie, co chciałem. Mnie pociągała prasa "brukowa", której jednak w ZSRR w owym czasie właściwie nie było. Zbierałem więc anegdoty, notatki z rubryk "Choćbyś myślał, to nie wymyślisz" i wszelkie inne gazetowe dyrdymały. Potem drukowałem to wszystko na złożonej na pół kartce grubego kreślarskiego papieru o normalnym maszynowym formacie. Kiedy uzbierało się już dużo takich kartek, zszywałem je pośrodku mocną białą nicią. To pisemko miało nawet jakąś nazwę. Krewni i znajomi brali je do poczytania, ale kupować nie chcieli. Nawet po najbardziej umiarkowanej cenie. I tak oto po raz pierwszy zetknąłem się ze zjawiskiem tak zwanego popytu nieefektywnego. Zresztą i tak byłem zadowolony z samego faktu, że moje pismo jest w ogóle czytane.
Szkolne wypracowania na lekcjach literatury nie dawały dużego pola do popisu. Już wtedy rozumiałem, że pisać można bynajmniej nie wszystko to, co się myśli. W dziesiątej, ostatniej, klasie niektóre z moich wypracowań omawiano na radzie pedagogicznej, zastanawiając się, czy postawić mi piątkę, czy wyrzucić ze szkoły. Niektórzy nauczyciele z powodu moich niezależnych poglądów mnie nie znosili. Za to inni byli bardzo życzliwi i to mnie ratowało.
W 1970 roku, kiedy już na całego rozpętała się kampania przeciwko Sołżenicynowi60, byłem w ostatniej klasie. Na lekcji angielskiego dostaliśmy zadanie domowe: napisać recenzję ulubionej książki. Ja napisałem o opowiadaniu Jeden dzień Iwana Denisowicza, które zostało niegdyś opublikowane w czasopiśmie "Nowyj Mir"61, a potem ukazało się jako osobna publikacja. Mój angielski był fatalny, jednakże nasza angielka, gruba i poczciwa Eleonora Naumowna Adler, lubiła mnie, natomiast władzy sowieckiej - nie. Postawiła mi czwórkę. W naszej małej miejscowości wszyscy ludzie dobrze się znali, więc następnego dnia nas trzech (tatę, Kiriłła i mnie) w trybie pilnym zaprosiły do siebie na spotkanie dwie dobre znajome taty, nauczycielki języka rosyjskiego i literatury. Jedna z nich uczyła w mojej szkole.
Jewgienija Lwowna Sobolewa i Żozefina Josifowna Belfand od czasu do czasu dawały nam do poczytania samizdat, który miały od znajomego - Władimira Łakszyna62, krytyka z miesięcznika literackiego "Nowyj Mir". Jak tylko przyszliśmy do nich, rzuciły się na mnie z wymówkami, że chyba zwariowałem, bo wywołuję wilka z lasu i narażam ojca. Tłumaczyły, że moja poczciwa angielka też ryzykuje, że straci pracę, stawiając mi za takie wypracowanie czwórkę, zamiast poinformować o nim dyrektora szkoły i partorga. Było mi wstyd i obiecałem, że już nigdy nie będę tak postępował.
Lęk, że mogę popełnić błąd nie do naprawienia, na długo wybił mi z głowy ochotę na pisanie o czymkolwiek. Ale rok później wpadł mi w ręce dziewiętnasty numer "Kroniki Bieżących Wydarzeń", w którym opublikowano wspomnienia ze specjalnego szpitala psychiatrycznego w Orle - bardzo mną wstrząsnęły. Ich autorem był Władimir Gierszuni63. Mimo iż zdążyłem już niemało dowiedzieć się o GUŁAG-u w naszych czasach i o psychuszkach, to nie sądziłem, że medycyna może być wykorzystywana w tak koszmarny sposób. Nigdy dotąd nie zdawałem sobie sprawy, że to jest całkiem realne zagrożenie.
W 1973 roku miałem dwadzieścia lat i właśnie kończyłem szkołę medyczną. Któregoś dnia uprzytomniłem sobie, że muszę coś napisać o psychiatrii represyjnej. Dobrze pamiętam ten dzień. Była jesień. Wróciłem do domu z zajęć, siadłem przy staroświeckim biurku, wziąłem czystą kartkę. Pomyślałem wtedy, że zaraz zrobię coś, co gwałtownie odmieni moje życie. A gwałtownie zmieniać życia nie miałem zbyt wielkiej ochoty. Własną ręką wpisywać swoje nazwisko na listę wrogów państwa to rzecz przerażająca. Ale jak żywy ogień paliły mnie wspomnienia Władimira Gierszuniego, który wciąż siedział w psychiatryku. Za rok miałem dostać dyplom medyka. Miałem jakie takie pojęcie o sprawach psychiatrii i wiele czytałem o losach dysydentów - któż więc, jak nie ja, miałby o tym wszystkim napisać? Wykaligrafowałem na kartce nagłówek i napisałem kilka pierwszych linijek. Zrobiło mi się nieswojo. Teraz na wszystko trzeba będzie uważać, ukrywać rękopis, przynajmniej do momentu, kiedy napiszę wszystko do końca. Zabierając się do pisania książki, obrałem kurs na opór wobec władzy. Stałem się wrogiem państwa i utraciłem część swojej wolności. Zabawa się skończyła. Życie zaczęło nabierać całkiem innego kształtu.
Z myślą, że teraz już mają za co mnie posadzić, stopniowo się pogodziłem. Rękopis robił się po trochu coraz większy, pęczniał, obrastał w odsyłacze i załączniki. Całymi godzinami siedziałem w Bibliotece Historycznej, poszukując materiałów dotyczących sowieckiej służby zdrowia. Niektóre książki udawało się kupić na książkowym straganie na Kuznieckim Moście64. Książki stare, zwłaszcza te poświęcone kwestiom psychiatrii w przedrewolucyjnej Rosji, można było znaleźć tylko w bibliotece medycznej na placu Powstania lub w Lenince65. Jednak zwykły śmiertelnik nie mógł tam wejść. Dostęp mieli tylko posiadacze stopni naukowych lub aspiranci. Wobec tego musiałem prosić ojca i szliśmy tam razem - on jako doktor habilitowany, a ja jako jego asystent. Mówiłem mu, jakie książki są mi potrzebne, a on wszystko sprawnie zamawiał.
W owym czasie pracowałem już w pogotowiu ratunkowym i wykorzystując swoje kontakty, zdobyłem kopię najnowszej wersji tajnej instrukcji dotyczącej obowiązkowej hospitalizacji psychicznie chorych, stanowiących zagrożenie dla społeczeństwa. Widniał na niej stempel "Do użytku wewnętrznego" i numer porządkowy egzemplarza. Bardzo mnie cieszyło, że będę mógł opublikować tajny dokument.
Stopniowo poszerzał się krąg moich znajomości wśród dysydentów, przy czym szczególną uwagę zwracałem na tych, których dotknęły represje psychiatryczne. Robiłem z nimi wywiady. Szkoda by z tego było utracić choćby jedno wypowiedziane przez nich słowo. Tata pomógł mi finansowo i za 160 rubli kupiłem magnetofon kasetowy "Legenda", na którym nagrywałem świadectwa niedawnych więźniów politycznych. Udało mi się uzyskać zeznania Oli Joffe, Jurija Ajchenwalda, Piotra Starczika, Władimira Borisowa, Jurija Szychanowicza, Natalii Gorbaniewskiej, Michaiła Bernsztama, Romana Finna, Władimira Gierszuniego, Piotra Grigorienki, Siergieja Pisariewa, Jurija Biełowa, Michaiła Kukobaki, Iriny Kristi, Władimira Gusarowa. Chętnie opowiadali mi o swoim życiu, o przymusowym pobycie w szpitalach psychiatrycznych.
Jedyną osobą, która nie zgodziła się na rozmowę przy mikrofonie, był Jurij Szychanowicz66; wtedy wydało mi się to dziwne, ale przyczynę tego zrozumiałem znacznie później. Za to zwolniony w 1974 roku Władimir Gierszuni, od którego zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem, opowiedział ze szczegółami, jak został uwięziony w szpitalu psychiatrycznym specjalnego typu67 w Orle.
Długo nie mogłem dotrzeć do Natalii Gorbaniewskiej68. Zawsze była zajęta, a potem nagle dowiedziałem się, że szykuje się do wyjazdu na Zachód. Przyszedłem do niej w dniu pożegnania - w przeddzień jej wyjazdu. W domu pełno było ludzi i aż gęsto od dymu; stanowczo nie był to dobry moment na nagrywanie wywiadu na dyktafon. Niemniej udało mi się ją wywabić do kuchni, gdzie opowiadała o swoim procesie i o kazańskim szpitalu psychiatrycznym specjalnego typu.
Pisanie szło mi dobrze. Kłopot sprawiało tylko wyszukiwanie materiałów i stałe kopiowanie, a także ukrywanie drugiego egzemplarza w coraz to innych miejscach. Obawiałem się rewizji. Najpierw robiłem audiokopię, czytając tekst i nagrywając na magnetofon. Szpula z taśmą wędrowała do schowka. Wkrótce jednak uprzytomniłem sobie, że taśma magnetofonowa nie może pełnić roli kopii rękopisu, który wciąż uzupełniałem i przepisywałem. Zacząłem więc przepisywać rękopis na maszynie w dwóch egzemplarzach. Najczęściej prosiłem o pomoc tatę, przyjeżdżając do niego z kolejną porcją napisanego odręcznie tekstu. On pisał z nieprawdopodobną szybkością na ślepo, używając wszystkich palców. Czasem podejmował się tej pracy mój znajomy pianista Dima Leontjew, który walił w klawiaturę co prawda dwoma palcami, ale za to z prędkością karabinu maszynowego.
Pisałem najczęściej w podmoskiewskiej Małachowce, gdzie wówczas mieszkałem u swojej przyjaciółki Tani Jakubowskiej. W ciągu dnia pracowała jako redaktor w instytucie naukowo-badawczym produkcji opon, a wieczorem śpiewała w chórze cerkiewnym - miała zdumiewający mezzosopran. A ja, kiedy nie miałem dyżuru w pogotowiu, siedziałem w Małachowce w kuchni, obłożywszy się papierami, papierosami i butelkami z lemoniadą, której wypijałem podczas jednej pisarskiej dniówki niesamowitą ilość.
Po czterech latach książka była praktycznie gotowa. W 1977 roku, akurat w momencie, kiedy w jednym z moskiewskich domów była przepisywana na czysto, wtargnęło KGB; zrobili rewizję i wszystko zabrali. Chwała Bogu, został mi drugi egzemplarz, który z zachowaniem szczególnej ostrożności udało się wydobyć ze schowka, przepisać na czysto i przemycić pocztą dyplomatyczną za granicę.69
Tymczasem jednak ilość nowych materiałów o represjach psychiatrycznych rozrastała się jak kula śniegowa. To były unikalne świadectwa, nie wolno było ich zignorować. Razem z Wiktorem Niekipiełowem70 - lekarzem farmaceutą i znanym dysydentem - przygotowaliśmy do druku zbiór wspomnień więźniów szpitali psychiatrycznych, który zatytułowaliśmy Z żółtej niemoty71. Zbiór ten niestety nie został w końcu nigdy opublikowany, a jego wariant samizdatowy wiele razy rekwirowano na rewizjach i w konsekwencji nie pozostał nam ani jeden egzemplarz.
Podobny los spotkał poza tym jeszcze jedno moje literackie przedsięwzięcie. Gdy tylko na jakuckim zesłaniu72 zwolniono mnie z aresztu tymczasowego i skończyła się tułaczka po wciąż nowych etapach73, postanowiłem spisać notatki o swoim nowym więziennym doświadczeniu. Nadałem im tytuł Zbędna historia. Pisałem w milczeniu. Nawet z żoną o tych rzeczach w domu nie rozmawialiśmy. Jednakże w KGB jakimś sposobem zwęszyli, że coś się dzieje. Być może podsłuchano nas poza domem. Nasłani na mnie "koledzy" jak gdyby przypadkowo zainteresowali się, czy może piszę jakieś pamiętniki, bo "bardzo by mieli ochotę poczytać". Były rewizje, ale rękopisu nie znaleźli. Był schowany pod warstwą papy na spadzistym dachu naszego parterowego drewnianego domu, więc gdyby nawet ktoś się domyślił, to znaleźć nie byłoby łatwo - musieliby zrywać z dachu całą papę. Na tak absorbujące prace remontowo-budowlane miejscowemu KGB chyba nie starczyłoby samozaparcia. Dopiero gdy mnie ponownie zamknęli, jeden z "kolegów" przyszedł do żony z wiadomością, że KGB szuka mojego rękopisu i u nas w domu znowu będzie rewizja. Czekiści przewidywali, że Alka74, podobnie jak wiele osób w takich sytuacjach, poleci zaraz, żeby ukryć rękopis w innym miejscu i zostanie przyłapana.
I rzeczywiście puściły jej nerwy. Uznała, że jak znajdą ten rękopis, to mi dołożą jeszcze jeden zarzut do oskarżenia. Było lato 1980 roku, w Moskwie hucznie przebiegały igrzyska olimpijskie. A w Jakucji - białe noce i o północy było jasno jak latem w Moskwie wczesnym wieczorem. Dom był pod stałą obserwacją i Alka o tym wiedziała. Na podwórku rozpaliła ogień pod rusztem do szaszłyków. Kiedy drewno się rozpaliło, ona podciągnęła pod dom drabinę, wlazła na dach, wyjęła paczkę z rękopisem i zszedłszy na dół, w tym samym miejscu wszystko spaliła. KGB nie zdołało jej w tym przeszkodzić, nie zdążyli nawet dobiec do furtki.
Później, dowiedziawszy się podczas łagrowego widzenia o tym całopaleniu, byłem załamany. Starałem się tego nie okazywać, rozumiejąc, że żona działała z najlepszych pobudek, jednak było to dla mnie bardzo ciężkie przeżycie. Co prawda, pozostawała nadzieja na odnalezienie kopii. Duża część rękopisu była mikrofilmowana, a klisze nasza moskiewska przyjaciółka Irina Griwnina75 wywiozła z Ust'-Niery do Moskwy i razem z niektórymi innymi moimi rzeczami oddała komuś na przechowanie. Po wyjściu na wolność próbowałem odzyskać swoje rzeczy, ale Griwnina wkrótce wyemigrowała z kraju, a pośród tego, co mi później zostało zwrócone, mikrofilmu z rękopisem jakoś nie znalazłem. Możliwe, że ta klisza do tej pory leży gdzieś w archiwach Łubianki, a może ją zniszczyli jako bezużyteczną. Niestety - rękopisy czasem jednak płoną albo przepadają bez śladu.76
Dziecięce upodobanie do bawienia się literami i słowami w końcu zaprowadziło mnie do pracy dziennikarskiej. Zacząłem zajmować się nią zawodowo, kiedy zaczęła walić się w gruzy władza sowiecka i pojawiła się możliwość wydawania własnej gazety. Wraz z trzema moimi przyjaciółmi - Piotrem Starczikiem, Wołodią Korsuńskim oraz Wołodią Riabokoniem - zaczęliśmy wydawać tygodnik pod nazwą "Ekspriess-Chronika"77. Na początku wyglądał jak klasyczny maszynopisowy samizdat, ale wkrótce przekształcił się w pełnowartościową wielokolumnową gazetę. Stosunek czytającej publiczności do mnie i do moich artykułów bywał różny. Sam zresztą nigdy nie starałem się przypodobać czytelnikom i liczyłem się z opinią naprawdę bardzo niewielu osób.
Jedną z takich osób był Sołżenicyn. W 1991 roku Aleksander Isajewicz pisał do mnie ze swojego wygnania, z miejscowości Cavendish w hrabstwie Suffolk: "Kreśląc te bardzo osobiste słowa, mam przyjemność zapewnić Pana - w Pańskich artykułach, które od czasu do czasu do mnie docierają, zawsze podoba mi się wyjątkowa rzetelność i słuszność podejścia do świata, Pańskich ocen ludzi i wydarzeń. Wiele z nich i ja z Panem podzielam. Z całego serca życzę Panu owocnych rezultatów Pańskiej niestrudzoności!".
Jego ocena mojej pracy dziennikarskiej znaczyła dla mnie bardzo dużo. Tyle samo znaczy i dziś, kiedy go już nie ma pośród żywych. To on dał mi poczucie, że nauki Marszaka nie poszły na marne.
NIECIERPLIWOŚĆ
Była jesień 1973 roku i wkrótce miałem ukończyć szkołę medyczną. Wszystko mi się dobrze układało - wynajmowałem przyzwoity pokój w centrum Moskwy, zarabiałem nie najgorzej, obcowałem z ciekawymi ludźmi. Miałem cudowną dziewczynę i dobrych przyjaciół. A jednak wydawało mi się, że żyję nazbyt potulnie, za mało intensywnie. W takich czasach nie wypada być jak mysz pod miotłą - myślałem - trzeba podejmować działania wyraziste i śmiałe. Byłem żądny czynu, pragnąłem zmierzyć się ze złem, twarzą w twarz.
Wołodia Albrecht polecił mnie Andriejowi Twierdochlebowowi - wtedy już bardzo znanemu dysydentowi, fizykowi, jednemu ze współzałożycieli Komitetu Praw Człowieka w ZSRR. Mieszkał w zaułku Lalinym, niedaleko ulicy Czernyszewskiego. Ode mnie szło się do niego jakieś dwadzieścia minut. Któregoś razu zadzwoniłem do niego i powiedziawszy, kim jestem, umówiłem się na spotkanie.
Powitał mnie człowiek około trzydziestki, szczupły, z wysportowaną sylwetką, o cichym głosie i uważnym spojrzeniu. Nie było mi łatwo wyjaśnić mu, czego właściwie chcę, bo jego pytania i opinie były bardzo precyzyjne, natomiast moje zamiary - całkowicie nieokreślone. Było mi głupio ot, tak, powiedzieć mu, że chcę walczyć z władzą sowiecką. Gdybym tak właśnie powiedział, to on by zapewne uśmiechnął się z aprobatą i odpowiedział: "A właściwie to czemu by nie, no niech pan powie?" - lub coś w tym rodzaju.
A jednak miałem w zanadrzu pewien pomysł; mnie wydawał się świetny, toteż wyłożyłem go Twierdochlebowowi. Wkrótce otrzymam dyplom medyka i będę mógł bez większego problemu dostać pracę w każdym psychiatryku. Również tam, gdzie trzymają więźniów politycznych. Mogłaby być z tego cała masa korzyści. Po pierwsze, mógłbym być pośrednikiem pomiędzy politycznymi a wolnym światem. Po drugie, być może uda mi się uzyskać dostęp do dokumentacji resortowej, która reguluje stosowanie psychiatrii w odniesieniu do nieprawomyślnych. Po trzecie, w razie potrzeby mogę być ważnym świadkiem w sądzie. Wysuwałem również inne argumenty. "KGB jeszcze nie wie o mnie - mówiłem z przejęciem do Twierdochlebowa w jego na wskroś podsłuchiwanym mieszkaniu - dlatego poważnych trudności nie przewiduję." Krótko mówiąc, mógłbym stać się idealną wtyczką ruchu demokratycznego w mateczniku wroga. Ta myśl bardzo mnie wtedy fascynowała. Miałem dwadzieścia lat.
Twierdochlebow słuchał w milczeniu, utkwiwszy wzrok w klepkach podłogi przed fotelem, i trudno było odgadnąć, co myśli na temat moich kuszących propozycji. Kiedy wreszcie zakończyłem swoją chaotyczną przemowę, zapytał, czy coś mi przeszkadza robić to, o czym mówię. Uczciwie przyznałem, że praca w takim miejscu i w takim charakterze nie jest szczytem moich marzeń i byłbym gotów zdecydować się na to wyłącznie dla dobra ruchu demokratycznego. Inaczej mówiąc, potrzebna mi była swego rodzaju delegacja, skierowanie, a także obietnica poświadczenia, że to nie dla korzyści materialnych gotów jestem pracować ramię w ramię z oprawcami.
Andriej Twierdochlebow nawet się nie zaśmiał, co zapewne uczyniłby ktoś inny na jego miejscu, tylko zaczął bardzo przystępnie wyjaśniać, jak funkcjonuje ruch demokratyczny. Jest w nim miejsce na inicjatywy, odpowiedzialność, ofiarność, wzajemną pomoc i wiele innych rzeczy, ale nie ma w nim ani odpowiedzialności zbiorowej, ani zadań partyjnych, ani konspiracji, ani też innych atrybutów nielegalnej walki rewolucyjnej.
Byłem rozczarowany. Wydawało mi się, że składam propozycję nie do odrzucenia. Zapewne ja nie budzę w nich pełnego zaufania, to w końcu normalne - myślałem wtedy. Minie trochę czasu, uznają mnie za swojego człowieka i nabiorą do mnie zaufania.
Minęło trochę czasu - i zrozumiałem, jak niedorzeczne były moje pomysły konspiratorskie. Ruch demokratyczny to nie jakaś partyzantka miejska, nielegalne podziemie czy zabawa w rewolucyjną romantykę. To coś poważniejszego. To demonstracyjne przeciwstawienie się ostentacyjnemu złu uosabianemu przez reżim komunistyczny.
OD ILUZJI DO DZIAŁANIA
Kiedy ma się dwadzieścia lat, człowiekowi się wydaje, że walka z panującym złem musi się odbywać na barykadach lub podczas bohaterskich manifestacji na placu Czerwonym. To takie odważne i piękne! Życie jest jednak o wiele bardziej prozaiczne. Gdy nie wypalił mój plan infiltracji służb psychiatrycznych, zacząłem zbierać materiały z zakresu psychiatrii represyjnej. Zamysł książki dojrzewał już w mojej głowie i nieuchronnie zbliżał się dzień, kiedy trzeba będzie siąść przy biurku i zacząć pisać.
Wśród stałych gości Aleksandry Wieniaminowny Azarch był Żenia Kokorin - inżynier energetyk, świetny szachista i ojciec uroczej córki, z którą wtedy mieszkał niedaleko stadionu Dynama. Zaprzyjaźniliśmy się i dosyć często chodziłem do nich. Jego Lenoczka miała osiem lat i w życiu nie widziałem ładniejszego dziecka. Była mądra, żywa, wesoła i niezwykle bezpośrednia. Ogromnie się z nią przyjaźniliśmy. Jednak stała się rzecz straszna: wykryto u niej mięsak. Policzek jej spuchł, oczy posmutniały. Żenia odchodził od zmysłów w poszukiwaniu ratunku. Lenoczka leżała na oddziale onkologicznym Szpitala Morozowskiego, potem wypisali ją do domu. Poprawy nie było. Ja wtedy pracowałem w pogotowiu i często przyjeżdżałem robić jej zastrzyki przepisane przez onkologów, czasem po prostu przeciwbólowe. Wszyscy przyjaciele Żeni ciężko przeżywali tragedię Lenoczki. Był wśród nich Siergiej Jefimowicz Gienkin78 - matematyk i aktywny uczestnik ruchu dysydenckiego, Aleksander Kronrod79 - też matematyk i autor pierwszego sowieckiego programu szachowego dla maszyn liczących, przyjaciele Żeni z klubu szachowego, jacyś ludzie, których mało znałem lub nie znałem wcale. Wszyscy próbowali coś zrobić. Tylko zrobić już nic nie było można. Nasza ulubienica szybko gasła. Wiosną Lenoczka umarła. Przeżyła zaledwie osiem lat - tak niesprawiedliwie króciótkie życie. Potem niejeden raz miałem kontakt ze śmiercią, próbowałem utrzymać czyjeś gasnące życie i bynajmniej nie zawsze to się udawało, ale nigdy nie doznałem większej rozpaczy niż tamtym razem. To była jakaś krzycząca niesprawiedliwość, w człowieku podnosił się bunt przeciwko Bogu i porządkowi świata.
Siergiej Jefimowicz Gienkin, którego poznałem u Żeni, pełnił wśród dysydentów rolę agencji usług rekrutacyjnych. Zapewniał ruchowi demokratycznemu napływ nowych kadr. Mówiono o nim, że brał te młode istoty, tak jak chwyta się szczenięta za skórę na karku, wpuszczał je do najgorętszych dysydenckich domów, a one pozostawały w ruchu demokratycznym, pełne wdzięczności wobec swojego pierwszego guru. Nie mogę wymienić tu całej listy tych osób, ale w każdym razie figurowała na niej Ira Kapłun80, Tania Osipowa - i ja.
Jak widać, w dysydenckich kręgach pojawiłem się, by tak rzec, ponownie - całkowicie niezależnie od tego, że poprzez Albrechta poznałem już Andrieja Twierdochlebowa. To po raz kolejny dowodzi, że nie ślepy los nami kieruje, ale my sami wybieramy sobie ten los. Poznajemy dziesiątki, setki osób i decydujemy, dokąd - i z kim - mamy iść dalej. Gdybym nie poznał Twierdochlebowa albo Gienkina, to i tak na pewno tu czy tam napotkałbym człowieka, który swoimi ścieżkami doprowadziłby mnie do ruchu demokratycznego. Trzeba było tylko zrobić stanowczy krok we właściwym kierunku.
W tym właśnie czasie został zwolniony ze szpitala psychiatrycznego generał Grigorienko. Był słaby, chory i potrzebował opieki lekarskiej. Siergiej Jefimowicz, dostrzegając mój medyczny entuzjazm, poprosił, abym na miarę swoich sił zaopiekował się Piotrem Grigorjewiczem. Mnie nie trzeba było prosić - bowiem możliwość niesienia pomocy takiej legendzie stanowiła dla mnie prawdziwy zaszczyt. Zawarłem znajomość z Piotrem Grigorjewiczem i Zinaidą Michajłowną, zacząłem do nich przychodzić z powodów medycznych, a potem to już i bez żadnych szczególnych.
Dom państwa Grigorienków był jednym z najbardziej znanych domów w Moskwie jako jawnie dysydenckie. Bywało tu wiele osób, tu gromadzono nowe informacje, tutaj podejmowano wiele decyzji. Stopniowo zawierałem wtedy znajomości z całą dysydencką Moskwą. Szeroki krąg znajomych pozwolił mi z powodzeniem zbierać materiały do mającej powstać książki.
Od czasu do czasu bywałem proszony o zaopiekowanie się rodzinami więźniów politycznych pragnącymi odwiedzić swoich bliskich w łagrach. Żony politycznych potrzebowały kogoś do pomocy w długiej drodze, zwłaszcza gdy jechały z dziećmi. Przede wszystkim trzeba było nosić ciężkie torby z prowiantem na trzy dni widzeń osobistych. Wiele razy jeździłem w takim charakterze do Mordowii, do zarządu łagru ŻCh-385, dawnego Dubrowłagu. Pociągiem z Sarańska do Poćmy, stamtąd wąskotorówka wlecze się przez osiemdziesiąt kilometrów do Baraszewa, a po obu stronach trasy kolejowej rozlokowane są niezliczone łagry i osiedla straży łagrowej. Zazwyczaj na powrót moich podopiecznych z widzenia czekałem w domku dla przyjezdnych lub w miejscowym hoteliku, cierpiąc męki z powodu przymusowej bezczynności.