Dyskursywizowanie Białoszewskiego. Tom2. Dyskursy literaturoznawstwa literackiego i szkolnego - Piotr Sobolczyk

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszyBiałoszewski w dyskursie naukowym

I. Dyskurs strukturalistyczny

Moment introdukcji Białoszewskiego w dyskurs naukowy zbiega się z "rewolucyjną" próbą konsolidacji pewnych praktyk literaturoznawczych w nowy "paradygmat" - strukturalistyczny. Rzec by można, że Białoszewski i młodzi strukturaliści są rówieśnikami, zaproponuję termin, r ó w i e ś n i k a m i d y s k u r s o w y m i, w sensie czynnego zaistnienia w kulturze, nie zaś rówieśnikami biologicznymi - Białoszewski, jak wiadomo, to 1922 rok, dwie kluczowe postacie zaś, Michał Głowiński i Janusz Sławiński, to 1934, gdy zaś o owo zaistnienie w dyskursie, dyskursach raczej, ale w szeroko rozumianym dyskursie kultury, w tym w zawężeniu, dyskursie kultury literackiej, co umożliwia już singularis, debiutują książką i recenzją na przełomie lat 1956/1957. Głowiński recenzuje pierwszy tomik Białoszewskiego1, ustanawia tym samym swoiste partnerstwo, partnerstwo w sytuacji komunikacyjnej (upraszczając: nadanie komunikatu - recepcja komunikatu i przetworzenie go w nowy komunikat), niekoniecznie natomiast partnerstwo rozumiane jako pewnego rodzaju figura retoryczna w sferze metodologii (na przykład metafora kognitywna "partnerstwa" czy "rozmowy" w hermeneutyce). To jednak nie wystarcza, aby wstępujący nowy paradygmat wykorzystał jakiegoś poetę jako figurę w swoim dyskursie, aby - inaczej mówiąc - pokazał się od dobrej, a przede wszystkim - nowej, odmiennej strony przy jego wsparciu (mam na myśli "bierne" wsparcie, ograniczające się do roli "przedmiotu" - badań oczywiście). Mówmy odtąd o Figurze Wsparcia (nie zapominając o retorycznym znaczeniu słowa "figura", jakkolwiek znanym jest, iż niekiedy figury retoryczne zmieniają się w rzeczywiste "posągi"). Na przykład Harasymowicz (debiut w 1956) taką figurą stać się nie mógł - więcej, przypadła mu rola innej figury w dyskursie strukturalistycznym, zwłaszcza w subdyskursie Sławińskiego, ze względu na status Figury Wsparcia w - nie tyle w założeniach, ile w sensie uczestnictwa w pewnej sytuacji - paradygmacie hermeneutycznym, reprezentowanym konkretnie zwłaszcza przez Jerzego Kwiatkowskiego, a ponieważ pomiędzy obiema tymi opcjami, czy ściślej dyskursem wstępującego paradygmatu (strukturalizm) a quasi-paradygmatem (ówczesna "hermeneutyka"), istniał spór (o wartości estetyczne i etyczne przede wszystkim, w mniejszym stopniu o metodologię, a w najmniejszym - co krótko pokażę później - o praktyki dyskursowe), sojusznik Antenata stawał się sam Figurą Antenata. Tak więc do skonstruowania literackiego Patrona czy Sojusznika, będącego wszak przedmiotem badań, potrzebna była jeszcze pewna jakość jego twórczości i jej nie- i rozpoznania krytycznoliterackie; albo też w odwrotnym porządku następstwa, nie- i rozpoznania krytycznoliterackie (jakieś) danej twórczości oraz sama jakość tej twórczości, dozwalająca na ujęcia odmienne niż u Antenata, najlepiej dające się retorycznie "przechwycić", najlepiej z poszanowaniem obowiązujących w danym momencie historycznym w dyskursie krytycznoliterackim i naukowym zasad etycznych, a więc - nie "naginając" zbytnio danej twórczości do konkretnych potrzeb. (W innym miejscu pokazałem, jak w latach 90. takie "zasady etyczne" zastąpił - to też "zasada etyczna" - swoisty cynizm czy pragmatyzm, ale i w latach 70. wystąpiły jego antecedencje). Dodać tu trzeba, że spór ten rozgrywa się w dyskursie krytycznoliterackim, w którym w owej chwili - mowa o połowie lat 60. - obaj Antenaci uprawiają p r z e d e w s z y s t k i m ten właśnie dyskurs, a są na moment przed pierwszymi kluczowymi książkami naukowymi, doktorskimi (Sławiński w 1964 roku, Kwiatkowski w 1966). Chwilę później następuje rozbieżność - Kwiatkowski pozostaje przy dyskursie krytycznoliterackim (jego działalność naukowa poważnie zresztą się nie różni od krytycznej, obie sytuują się w metatropie Metafory, niekiedy Ironii), Sławiński przechodzi z dyskursu krytycznoliterackiego niemal wyłącznie do literaturoznawczego naukowego, gdzie pociąga z(a) sobą Białoszewskiego.

Oczywiście spór, który tu kreślę, nabiera, mocą narracji, cech nieomal mitycznych, tymczasem była to "zwykła" polemika w ówczesnym życiu literackim, która dostarcza mi pewnego znamiennego modelu. Tylko. Chodzi mi o tekst Próba porządkowania doświadczeń Sławińskiego z 1964 roku2. Występuje w nim ów jako krytyk, rzucający okiem na najważniejsze zjawiska poetyckie. Niby niewinnie, to jest, jak to się mawia, "obiektywnie", prawie jak badacz literatury, w istocie - z krytyckim zaangażowaniem. Z czterech wyróżnionych przezeń modeli poezji, każdy daje się usytuować na innym biegunie prywatnego gustu; tak się składa, że najdalej w stronę minusa wychyleni są Harasymowicz i Kwiatkowski (lub Kwiatkowski i Harasymowicz): "Program "wyzwolonej wyobraźni" (posługuję się terminem-hasłem Jana Brzękowskiego) został sformułowany w głośnej przed paru laty dyskusji, którą zainicjował szkic Jerzego Kwiatkowskiego Wizja przeciw równaniu. Był to program polemiczny wobec wzorca poetyckiego awangardy, przeciwstawiający dyscyplinie poetyckiego wysłowienia - swobodę fantazjotwórstwa, obrazowi poetyckiemu - prawo do rozwichrzonej enuncjacji lirycznej, pośredniości - bezpośredniość. Najsłabszą stronę tego programu, dość - trzeba przyznać - staroświeckiego, stanowiła egzemplifikacja. Głównym patronem antyawangardowej rewolucji obwołano Jerzego Harasymowicza. Mówiło się o polskim nadrealizmie, który wreszcie położy kres dyktaturze Przybosia. Ale wszystko zakończyło się bezboleśnie - na poziomie "Przekroju""3.

Są bardziej i mniej subtelne wskaźniki zaangażowania Sławińskiego przeciw temu modelowi; mniej - zapewne "Przekrój" i słowo "najsłabszą", bardziej - użycie słowa "enuncjacja" (pozornie neutralne, niby scjentyficzna énonciation u Benvenista!), ironiczna ocena Przybosia jako dyktatora (użycie hiperboli w celu jej ośmieszenia, hiperbola w retorycznej funkcji permissio)4, wreszcie zarzut kluczowy - "staroświeckość". Zdradza to opowiadanie się Sławińskiego po stronie - na powierzchni - p r o g r a m u awangardy (nowoczesność vs. staroświeckość), pod tą powierzchnią zaś, oczywiście, za samą awangardą. Dodatkowo doświetlał to oczywiście kontekst subdyskursów tych obu krytyków (Sławińskiego teksty o awangardzistach głównie, szkice i recenzje Kwiatkowskiego), a rok, dwa lata później - ich książki naukowe (Sławiński o awangardzie, Kwiatkowski o Staffie...). Na "wizję przeciw równaniu" Sławiński odpowiadał "Białoszewski przeciw Harasymowiczowi"5. Gdyż, oczywiście, tak się składa, że najbardziej wychylona w stronę plusa na biegunie gustu Sławińskiego jest poezja zwana przezeń "lingwistyczną", aktualna awangarda: "We współczesnej poezji polskiej oni wyciągnęli najdalsze konsekwencje z awangardowego przełomu w pojmowaniu zadań i zobowiązań mowy poetyckiej. Tak dalekie, że przekształcające stosunek nawiązania do tego wzorca - w stosunek opozycji"6. Tu jest niesłychanie ważny, a niejako w zalążku, moment dla zrozumienia późniejszej fascynacji strukturalistów Białoszewskim, zarazem kolejne ogniwo opozycji wizji i równania. Otóż wizje są na ogół niezmienne w swojej wizyjności. (To nie ja, Sobolczyk, tak twierdzę, tylko Sobolczyk jako obserwator trzeciego stopnia twierdzi, że Sławiński tak uważał jako obserwator drugiego stopnia). Awangarda zaś -"ruchliwa", Owidiuszowa. To przekłada się na światopoglądy krytycznoliterackie, albo inaczej mówiąc - na hermeneutyki: krytyk-wizjoner nie lubi zmiany i ruchu, chce w kółko tego samego, awangardzista krytyczny zaś umie dostrzec projekt awangardowy nawet tam, gdzie ów projekt nie przypomina swojego pierwowzoru, nawet jeśli sami ojcowie-prawodawcy są w tym projekcie "zabici" i z pozycji "trupa" (czasami - "anty-turpa ") gadają, jak w istocie przydarzyło się Przybosiowi i Białoszewskiemu, którzy reprezentują tu, odpowiednio, wzorzec i najnowsze tendencje7. Krótko mówiąc - strukturaliści, Sławiński, potrafili się wznieść ponad poziom wartości, które im samym były też drogie, a zatem nie byli zamknięci na wyzwania rzucane przez najnowsze awangardyzmy. To w tym tekście Sławiński wprowadza po raz pierwszy w swój subdyskurs o Białoszewskim prototyp "lingwisty peryferyjnego"; to, co tutaj powie, sformułowania, których użyje, powtórzy w kolejnych tekstach, więcej - jego dwie następujące później interpretacje (nazywane wówczas "analizami") dają się potraktować jako w pewnej mierze "interpretacje pokazowe", dowody na ów prototyp, lub też przemieszczenia w skali prototypowości od uogólnienia ku eksperckim rozpoznaniom szczegółowym. Przyjrzyjmy się owej matrycy w Próbie porządkowania doświadczeń: "Autora Rachunku zachciankowego i Mylnych wzruszeń fascynują peryferie praktyki językowej. Mowa ześlizgująca się w bełkot, automatyzmy, formy kalekie, nieskoordynowane składniowo szeregi wyrazów, zbitki frazeologiczne, które przez wielokrotne powtarzanie zatraciły wszelki sens. Jego lingwistyczną wyobraźnię pociąga przede wszystkim to, co jest w mowie niesprawnością, zakłóceniem procesów komunikacyjnych, "szumem" zagłuszającym znaczenia. [...] jest to niemożność sklecenia przekazu poddanego regułom jakiejś określonej segmentacji. Słowo, ten elementarny segment wypowiedzi, znajduje się tu w ciągłym zagrożeniu. To rozpada się na cząstki składowe, z których każda chce znaczyć i wieloznaczyć na rachunek swojej rzekomej etymologii, to znów zostaje wchłonięte przez inne słowa, zatraca granice, rozpływa się w jakimś niepodzielnym szuruburu. Także zdanie nie może jak gdyby dorosnąć do własnego poziomu, osiągnąć przyzwoitej normy. Jego projektowany zamysł gubi się w nieciągłości składni anakolutycznej, ulega zatarciu nim w ogóle zdołał się wykrystalizować. Najbliższym układem odniesienia dla takich praktyk jest mowa potoczna w jej granicznych przejawach: monotonne bredzenie pacjentów w szpitalnej poczekalni, pijackie mamrotanie pod budką z piwem, sądowa pyskówka, narracje z magla, osobliwy, "dwujęzyczny", urzędowo-infantylny słowotok funkcjonariuszy administracji najniższego szczebla. [...] Nie jest zapisem naturalnego bezładu słów i zdań, lecz bezładem f o r m o w a n y m przez celowe usiłowanie poetyckie. Usiłowanie parodystyczne. Białoszewskiemu nie chodzi wszakże o parodię jakichś określonych metod werbalizacji. Przedmiotem jego parodystycznych procederów jest system językowy jako całość. System, interpretowany konsekwentnie od strony tych tkwiących w nim możliwości, które są antysystemowe, peryferyjne, wstydliwie zatajone"8.

A teraz spójrzmy, jak poszczególne elementy tego prototypu powracają w dwóch następnych tekstach Sławińskiego o Białoszewskim, niejako "przy okazji" interpretacji. W interpretacji Ballady od rymu napotykamy następujące sformułowania:

"Tu uwaga ogólniejsza, tycząca lingwistycznego programu Białoszewskiego. Autora Rachunku zachciankowego i Mylnych wzruszeń intrygują nade wszystko te sytuacje praktyki językowej, gdy mowa ześlizguje się w bełkot, gdy więc ulegają rozchwianiu reguły jej segmentacji. I nie tylko reguły określające granice i porządek jednostek składniowych. Także normy, które zapewniają identyczność słowu, temu elementarnemu segmentowi wypowiedzi. W utworach Białoszewskiego słowo jest ustawicznie zagrożone w swojej tożsamości. To rozsypuje się na cząstki składowe, z których każda usiłuje znaczyć, lub nawet wieloznaczyć, na rachunek faktycznej, czy też - częściej - fałszywej etymologii, to znów zostaje wchłonięte przez inne słowa, gubi się wśród nich, zatraca granice, rozpływając się w niepodzielnym potoku werbalnym9. Oczywiście najbliższym układem odniesienia dla takich praktyk jest mowa potoczna w jej najbardziej peryferyjnych przejawach. Wyobraźnię lingwistyczną Białoszewskiego pociągają określone społecznie i obyczajowo formy mowy niesprawnej, ględzenia, mamrotania, bełkotania. [...] Jego parodia sięga poza każdy z tych modeli ujmowany z osobna. Kieruje się w stronę wszelkiej praktyki językowej (opowiadającej, ekspresywnej, moralistycznej itp.), demaskując i przedrzeźniając jej rzekomą celowość i sprawność"10.

Wreszcie w trzecim tekście, analizie leżeń zwięzłe powtórzenie:

"Autor Leżeń bowiem nie tylko ogranicza się do kręgu tematów peryferyjnych, ale - co więcej - usiłuje utrwalać je w specyficznym j ę z y k u p e r y f e r y j n y m. Dla jego utworów znamienny jest dokładny paralelizm między właściwościami materiału tematycznego a właściwościami materiału językowego. Białoszewskiego pociąga w mowie to, co jest w niej kalekie, nieporadne, mieszczące się poza ramami systemu (znaczeniowego, gramatycznego, składniowego). Intryguje go niesprawność języka: rozchwianie formy słowa, zbijająca z tropu wieloznaczność wyrazów, a nawet ich cząstek, przejęzyczenia, automatyzmy frazeologiczne "rozpuszczające" w sobie wszelki sens, mówienie ześlizgujące się w bełkot"11.

Oraz nowe nazwanie - nowy "koncept"! - na uprzednio zasugerowane zjawisko:

"Prawdą bowiem jest, że podmiot liryczny utworu wypowiada się w sposób groteskowo niesprawny, ale prawdą jest również to, że w perspektywie zamiaru autorskiego owa groteskowa niesprawność mowy jest szczególnego rodzaju k o n c e p t e m p o e t y c k i m. Konceptem - parodystycznym. Białoszewski dekonspiruje wstydliwe strony języka, tkwiące w nim siły nieporządku, przewrotną rutynę form, automatyzm i tandetę. Przedrzeźnia i ośmiesza w ten sposób język jako całość, jako system umożliwiający "oficjalne" artykulacje"12.

W analizie dyskursu potrzeba niekiedy dłuższych cytatów. Teraz możemy wyliczyć powtarzające się określenia bądź warianty, a także pogrupować je w "rodziny wyrazów" (w rozumieniu raczej Witt­gensteinowskich "podobieństw rodzinnych" i za tymiż w kognitywnym rozumieniu sieci radialnych niż jak w tradycyjnym słowotwórstwie). A zatem mamy grupę "praktyka językowa" (wariant: "sytuacje praktyki językowej"; dopowiedzenie: "opowiadająca, ekspresywna, moralistyczna itd." oraz "(rozumiana jako) celowa i sprawna"), "norma", "system" (wariant: "ramy systemu"; dopowiedzenie: "(system) znaczeniowy, gramatyczny, składniowy", drugie dopowiedzenie: "(system) umożliwiający "oficjalne" artykulacje"). Następna grupa to: "bełkot" (warianty: "bredzenie", "mamrotanie", "ględzenie"), "formy kalekie" (wariant: "przejęzyczenia"), "nieskoordynowane składniowo szeregi wyrazów" (warianty: "słowotok", "niepodzielny potok werbalny", "nieciągłości składni anakolutycznej"), "zbitki frazeologiczne, które przez wielokrotne powtarzanie zatraciły wszelki sens" (warianty: "automatyzmy", "automatyzmy frazeologiczne "rozpuszczające" w sobie wszelki sens", "przewrotna rutyna form"). Tu trzeba wspomnieć o owej "podmywającej" metaforyce "rozpuszczania", "rozpływania" (oczywiście tego, co systemowe itp.). Kolejna grupa: "peryferie" (warianty: "peryferyjne przejawy", "tematy peryferyjne", "język peryferyjny"), "antysystemowe" (wariant: "poza ramami systemu"), "wstydliwie zatajone" (wariant: "wstydliwe strony języka"). Weźmy jeszcze jedną grupę, tym razem czasowniki, co Białoszewski robi?, co się z nim dzieje?: "fascynuje go" (warianty: "pociąga", "intryguje"), tu jak gdyby Białoszewski "ulega" systemowi, ponieważ wszystkie te określenia nie stawiają go w pozycji aktywnego podmiotu, jego aktywność zaś polega na "dekonspirowaniu" (w wariancie: "demaskowaniu", czego konsekwencją jest cała grupa związana z "ośmieszaniem", "przedrzeźnianiem", "parodiowaniem" (a poprzez "parodię" przechodzi się płynnie do grupy "groteska"). Jakkolwiek Sławiński cały czas powtarza to samo, w każdym tekście używa innych słów, powiedzmy, aloleksów. Można to uznać za przejaw dbałości stylistycznej. Być może jednak, jeśli uznać te powtórzenia za chęć utrwalenia prototypu, motywacja jest retorycznie bardziej wyrafinowana: chodzi otóż o wywołanie w odbiorcy (mowa o cokolwiek "idealnym" odbiorcy, czyli takim, który czyta wszystkie trzy teksty, zresztą w dowolnej kolejności; w przeciwnym wypadku efekt ten nie powstaje) wrażenia, że słyszy coś jak gdyby znajomego - a zarazem nowego. Pewne elementy (słowne, gdyż myślowo - wszystko) się powtarzają, zarazem dają się rozpoznać jako nie takie same. Zjawisko to jest dobrze znane psychologii percepcji, literaturoznawczym badaniom nad recepcją (w streszczeniu hasłowym: "konwencja i oswojenie", "automatyzacja odbioru a chwyt uniezwyklenia" itd.), a także w folk theory, w polskiej kulturze na przykład jako cytat z filmu Rejs ("podobają mi się tylko te piosenki, które już słyszałem")13. Krótko mówiąc, owa wariantywność kieruje nas w stronę generatywności. Zapewne jakiś "Chomskoid" zrobiłby to precyzyjniej, ale z tych fragmentów da się wyprowadzić zdanie jądrowe, które następnie można modyfikować; powiedzmy, że zdanie to mogłoby wyglądać tak:

[Białoszewskiego] "fascynuje" + "praktyka językowa" + [w as­pekcie] "antysystemowym" + [co się przejawia szczegółowo jako na przykład] "bełkot" + [i przez to on] "demaskuje" + "peryferie" + [osiągając efekt] "parodii" + [i/lub] "groteski".

Wydaje się to więc próbą wprowadzenia i ugruntowania określonego prototypu, który następnie będzie punktem odniesienia - to znaczy co najmniej polemiki, jeżeli nie kontynuacji - dla dalszych uczestników dyskursu. Nie umiem jednak wybrać: czy Sławiński świadomie powtarzał pewne sformułowania, aby je utrwalać w proto­typ, czy też gdy przystępował do pisania pierwszego tekstu, prototyp ten był już w jego umyśle tak ugruntowany, a przy kolejnych tekstach nie ulegał zasadniczym ekstensjom metaforycznym (tylko drobnym metonimicznym, jak na przykład wprowadzenie pojęcia "koncept poetycki" w ostatnim z tekstów), że po prostu "tak mu się pisało" i "prototypotwórstwo" nie jest tu produktem celowych zabiegów, a "naturalną konsekwencją" pisania "tego, co się myśli". Zresztą - jedno się z drugim ostro nie wyklucza. Z punktu widzenia dyskursu strukturalistycznego o Białoszewskim w momencie jego formowania się niewątpliwie pierwszy tekst jest "generatorem", pierwszą metaforą, dwa następne teksty zaś stanowią dyskursy metaforo-recepcyjne, przynajmniej po części (w tych momentach, w których powtarzają i utrwalają prototyp). Rzecz w tym, że ów prototyp n i e j e s t w całości wynalazkiem Sławińskiego; nie jest od podstaw wynalezioną przezeń metaforą. Jak widzieliśmy w poprzednim tomie, krytyka literacka kilkakrotnie wspominała o "bełkocie", "peryferiach", "grotesce". Zwykle jednak w sposób mało aprobatywny, a również nie sytuując tego w paradygmacie awangardowym, ni w jego podkategorii - poezji lingwistycznej. Tak więc Sławiński wykorzystał te rozpoznania z dyskursów przedmetaforycznych, jak je nazwałem, i dokonał ekstensji przede wszystkim poprzez pełne dowartościowanie tych wszystkich funkcjonujących etykiet, a druga ekstensja polegała na osadzeniu tych etykiet - ich uzasadnieniu - w elementach zaczerpniętych z dyskursu naukowego, mianowicie - strukturalistycznego. Te dwie (przynajmniej) ekstensje zasadniczo przeformułowały zastany prototyp krytycznoliteracki i jakkolwiek powtarzały elementy znane, to w nowym układzie, krótko mówiąc - łączyły stare z nowym (a i nieoczekiwanym!), a zatem spełniały wszelkie warunki nowej metafory, dlatego też to właśnie Sławińskiemu można przypisać kreację pierwszego naukowego prototypu twórczości Białoszewskiego - a wiązanego z (wstępującym wówczas) strukturalizmem. Wskazywałem już, że wymagało to od badacza swobodnego, to jest w zasadzie "niepara­dygmatycznego" (niedogmatycznego, nieortodoksyjnego) rozumienia pojęcia "awangarda"; podobnie jednak wymagało to niedogmatycznego, niemetonimicznego rozumienia pojęcia "strukturalizm". Gdyby bowiem Sławiński chciał pozostać wiernym uczniem - tylko uczniem - ojców-założycieli (w czasie, o którym piszę, sam nie był jeszcze "ojcem" dyskursowym), winien był nie zauważać wszystkiego, co "antysystemowe" czy - jak się później, a pewnie i trafniej wyraził - "w systemie peryferyjne" (w obecnych czasach lubimy bardziej słowa "marginalne" oraz "zmarginalizowane"), winien odrzucać samą możliwość "rozmywania" czy "rozpuszczania" systemu, a gdyby chciał wiernie strzec dorobku swojego niewątpliwego mistrza, Jana Mukařovskiego, winna odrzucać go składnia Białoszewskiego, gdyż według Mukařovskiego to właśnie zdanie stanowiło najmniejszą jednostkę znaczeniową, strukturalną (identycznie zresztą w programie awangardy Peipera i Przybosia), zdolną do realizacji funkcji estetycznej, rozumianej jako będącej w napięciu pomiędzy funkcją komunikacyjną a "wewnętrzną celowością"14. Oczywiście, Sławiński potrafi wszystkie te wątpliwości świetnie osadzić w myśleniu strukturalistycznym - antysystemowość, czy lepiej peryferie - również należą do systemu (więc Białoszewski kwestionując system i normę, zawsze pozostaje w jego obrębie), owa "asystemowa" składnia zaś stanowi nowy chwyt (tu formalizm łączy się z awangardą) realizacji "poetyckości", ponieważ idealnie realizuje się tutaj napięcie pomiędzy chęcią wyrażenia komunikatu a wartościami "naddanymi", "wewnętrzną celowością", tylko ukrytą, ale przyjmując formalistyczno-awangardową dynamikę rozwoju języka poetyckiego, nowa estetyczność zawsze ukrywa się tam, gdzie się jej nie spodziewamy, innymi słowy również, to właś­nie peryferie systemu zwykle są źródłem nowych poszukiwań15. "W zasadzie wszystko to wiemy" - mógłby ktoś powiedzieć. W połowie lat 60. nie było to jednak tak oczywiste, to po pierwsze, po drugie - a kluczowe - nie jest to typ myślenia, który byłby typowy ("prototypowy") przy początkach paradygmatu (dyskursu), gdzie istotniejsze są raczej best examples, najprostsze przykłady, doskonale ilustrujące przyjmowane tezy, przy wprowadzaniu paradygmatu od eksperymentów i wątpliwości istotniejsza jest pewność i klarowność; i po trzecie wreszcie - nie jest to typ myślenia typowy dla młodości, zarówno jednostkowej (Sławiński był naonczas krótko po trzydziestce), jak i "młodości systemu" (paradygmatu, dyskursu...). Kuhn zauważał, że fundatorami paradygmatów są zwykle ludzie młodzi:

"Prawie zawsze człowiek dokonujący takiego zasadniczego odkrycia nowego paradygmatu jest bądź bardzo młody, bądź od niedawna pracuje w dziedzinie, której paradygmat zmienia. I chyba nie wymaga to nawet objaśnienia. To zrozumiałe, że ludzie, którzy nie są zbytnio przywiązani poprzez wcześniejszą praktykę do tradycyjnych reguł nauki normalnej, o wiele łatwiej niż pozostali zdają sobie sprawę z tego, że na gruncie tych reguł nie da się już rozgrywać gry, i wymyślają inny zbiór reguł"16.

Folkową psychologią mówiąc - młodzi są bardziej beztroscy wobec tradycji naukowej, zwłaszcza że nie jest ona dla nich "tradycją" w sensie bezpośredniego doświadczenia. Po mojemu zaś - młodość, która chce zmiany paradygmatu, musi (zazwyczaj) sytuować się w Metonimii, to jest - odrzucać i patrzeć z nadzieją na proponowane przez siebie reguły. Tymczasem Sławiński w kilku napomkniętych tutaj aspektach - a w innych tekstach znalazłoby się ich więcej - wydaje się wstępować na drogę paradygmatotwórcy patrzącego nie z perspektywy przyszłego sukcesu szczegółowych badań17, nie jak młody człowiek - tylko jak człowiek starszy, jak gdyby domykający swój paradygmat, widzący ograniczenia w zbyt redukcjonistycznym o nim myśleniu, krótko mówiąc, patrzy nie jak Metonimik, a Ironista! Przypuszczalnie to cechuje umysły naprawdę wielkie i postawienie wykrzyknika po ostatnim zdaniu nie ma oczywiście obrażać Sławińskiego, o którym wszyscy wiedzą, że był umysłem głębokim i cóż tu się właściwie dziwić; jednak sytuacja taka jest rzadka, choćby z tego względu, że tego typu umysłowości z rzadka stają się generatorami, częściej natomiast outsiderami dyskursowymi. Ktoś, kto chce zostać przywódcą, powinien zaczynać od wyrazistych haseł, zdolnych skonsolidować "masę", zwykle dużo mniej głęboką, a nie pokazywać czyhające w zbyt prostym myśleniu pułapki, jątrzyć wątpliwości. (Jeszcze do tej kwestii wrócę). Podsumowując - Białoszewski miał wszelkie dane, aby nie trafić na grunt strukturalistyczny jako grunt podatny. Tymczasem stał się jednym z pisarzy wiązanych (w dyskursie naukowym, nie ze względu na jakieś "immanentne" cechy jego twórczości, czy deklaracje!) ze strukturalizmem ze względu na to, że przez ten dyskurs został do dyskursu naukowego w ogóle wprowadzony i także z tego względu, że wprowadzenie to było nader pomyślne oraz wpływowe - całe dotychczasowe dzieje recepcji Białoszewskiego, co wielokrotnie jeszcze będę miał sposobność pokazać, nie mogły się obejść bez strukturalistycznych prototypów; zaś Sławińskiego interpretacja Ballady od rymu stała się - już u samych źródeł paradygmatu! - niedoścignionym wzorem strukturalistycznego postępowania z tekstem literackim, błyskotliwym pokazem sprawności tego języka.

Wiążą się z tym pewne paradoksy. Otóż, jak wspominałem, Próba porządkowania doświadczeń była w zasadzie tekstem krytyczno­literackim z użyciem niektórych pojęć i wątków strukturalistycznej myśli (dyskursy krytycznoliteracki i naukowy stały w relacji inkluzji na korzyść - w tej mikrodyskursowej realizacji - dyskursu krytycznego). Przejście od dyskursu krytycznoliterackiego do literaturoznawczego dokonuje się w analizie Ballady od rymu. Ale gdy chodzi o retorykę - tutaj podobnie nie znajdziemy "twardego" teoretycznego języka, choć napotkamy następujące pojęcia ze strukturalistycznego słownika: "poetyka utworu", "klasa utworów w obrębie tradycji literackiej", "zbiór reguł", "kod", "stylistyka narracji", "konwencje stylistyczne", "płaszczyzny narracji", "meta­językowy komentarz", "szablon prozodyjny klauzuli wersowej". W istocie jednak Sławiński - lub jakiś inny krytyk w tamtych czasach - mógłby użyć ich także w tekście krytycznoliterackim; poza tym znajdują się one w znacznym rozproszeniu, nie zdarzają się praktycznie "scjentyficzne zbitki", ciągi fachowych słów i zdań, zwykle owe wprowadzane pojęcia są zresztą niejako "objaśniane" przez kontekst; wreszcie - obeznany ze strukturalizmem czytelnik mógłby wytropić charakterystyczne dla tego dyskursu pojęcia, używane niejako i n a b s e n t i a, na zasadzie "wiemy, co to tak naprawdę jest, jak się nazywa, ale nie demonstrujemy tej wiedzy". Na przykład już pierwszy akapit analizy Sławińskiego, gdzie sytuuje się tytuł wiersza i jego domniemany gatunek w obrębie bieżącej i dawniejszej tradycji, można by określić mianem "sytuowania tekstu w genologicznej synchronii i diachronii", a jakby ktoś chciał jeszcze bardziej dać do pieca, wspomniałby o "teście komutacyjnym", "wyszukiwaniu podobieństw i różnic poprzez sieć opozycji binarnych w systemach synchronii i diachronii", czy coś takiego. Oczywiście, wiadomo, po co zwykle się takiego języka używa, gdy, jak wiadomo, można go równie dobrze (jak widać i tu) nie użyć, a procedury pozostają nienaruszone. Aby się odróżnić (od dyskursu krytycznoliterackiego, od innego paradygmatu... itp.) i zidentyfikować (ze "swoim"). Po raz kolejny widać tutaj nadświadomość teoretyczną Sławińskiego. Po co jednak się takiego języka nie używa? - to intrygujące pytanie, a odpowiedź zasugeruję później (i widać będzie nadświadomość retoryczną badacza?). Również sposób konstrukcji narracji w rzeczonym tekście odbiega od stylu, jakiego można by się po strukturalistycznej analizie spodziewać. W skrócie - zamiast spodziewanej retoryki nomotetyzmu mamy tutaj w zasadzie odwzorowanie retoryki idiografizmu, podążania za dziełem, w który to idiografizm w ł ą c z a n e są pojęcia i procedury strukturalistyczne (często właśnie in absentia). Jeśli prototypową narracją strukturalistyczną, realizującą gatunek "analiza", są sławne-niesławne "Koty" Baudelaire'a Jakobsona i Levi-Straussa18, oczywista jest różnica z tekstem Sławińskiego. Jego przebieg dałoby się streścić jako przebieg następujących jednostek, traktowanych hasłowo:

1 - osadzenie genologiczne w diachronii i przede wszystkim synchronii;

2 - modyfikacja wzorców genologicznych w nowym, niepowtarzalnym ujęciu Białoszewskiego (wyciągnięcie krańcowych wniosków z używanej konwencji, co ma charakter refleksji kulturowej);

3 - wynikające z tego konsekwencje dla leksyki utworu, poziomy języka, konwencje stylistyczne;

4 - tradycja literacka i jej parodia, wydzielenie instancji nadawczej zwanej "podmiotem działań parodystycznych";

5 - podwójność instancji narratorskich, wynikająca stąd dwupoziomowość akcji;

6 - poziom metapoetycki akcji utworu i przejście do ukazania jego mechanizmu od mikrostruktury (analiza zasady tworzenia rymów) do makrostruktury (cały utwór rozwija się analogicznie jak budowa owych rymów);

7 - wynikające z tego wnioski dotyczące podmiotu;

8 - wnioski ogólniejsze dotyczące programu lingwistycznego Białoszewskiego19;

9 - przykłady konkretnych realizacji w tekście zabiegów językowych wspomnianych przy okazji "ogólnego programu";

10 - uogólnienie tych zabiegów do formuły "przejęzyczenie" i "retoryka anakolutu";

11 - sposób kształtowania tematu przez narratora (fabuła i sjużet), przykład na poziomie makro- i mikrostrukturalnym;

12 - osadzenie tej praktyki w kontekście innych utworów Białoszewskiego;

13 - wnioski na temat wyobraźni lingwistycznej20 i poetyckiej sensowności zabiegów pozornie niespójnych, niefunkcjonalnych, bezsensownych.

Zgrabny to opis przebiegu, ale - oczywiście? - nadmiernie upraszczający! Ponieważ już w drugiej jednostce pojawia się zdanko o narratorze itd., krótko mówiąc, różne poziomy opisu potrafią się tu zaplatać, nie ma troski o czyste oddzielenie ich od siebie, jak również widać w tym wyliczeniu, pewne procedury czy wątki powracają, na przykład ukazywanie mechanizmów językowych (jednostki 3, 6, 9) lub "wnioski ogólniejsze" (7, 8, 13) czy wglądy w tradycję literacką itd. Kolejność doboru jednostek narracyjnych jest zresztą, na powierzchni, przypadkowa, w istocie - świetnie zaplanowana i zbliżająca się do retoryki idiografizmu, czyli lektury hermeneutycznej oraz jej krytycznoliterackich wcieleń. Na tym przykładzie widać, że można "podążać za dziełem" (retoryka idiografizmu), "wchodząc w nie od dowolnej strony" (retoryka idiografizmu), nie rezygnując z "analizy tektonicznej utworu i systemu literackiego" (retoryka nomotetyzmu). Jakkolwiek "wejście od dowolnej strony" realizuje się tu przez wejście od strony genologii, a więc, znów, strukturalistycznie, nomotetycznie. Rzecz w tym jednak, że Białoszewski wyrabia z "gatunkiem" coś nieoczywistego, co Sławiński doskonale rozumie - a co, dodajmy, nie musiało dla ortodoksyjnego strukturalisty być ni zachwycające, ni oczywiste. Białoszewski mianowicie posługuje się czymś w rodzaju "szczątków gatunkowych", "śladów po gatunkach", "archetypach" czy "kulturowej pamięci o pewnych formach/formułach gatunkowych", występujących u niego zresztą w rozproszeniu i nierzadko in absentia (oczywiście w tym momencie in praesentia usiłuję wskazać na analogię między narracją Białoszewskiego i Sławińskiego, która z kolei jest, oczywiście, zabiegiem prototypowo idiograficznym). A zatem przyjmuje jako najzupełniej w świecie naturalne coś, co wiążemy z późniejszymi (w ich polskiej recepcji!) myślami Bachtina21 czy ujęciami Clifforda Geertza22 i zwłaszcza Stanisława Balbusa23. Przy tym akcentuje jednostkowość użycia tych "szczątków". A więc nomotetyczny punkt wyjścia zostaje natychmiast sprowadzony do rozpoznania idiograficznego. Zresztą postępowanie z tekstem w tej postaci, jaką obserwujemy w Sławińskiego analizie-interpretacji Ballady od rymu, pozwala na (ogólniejszy) wniosek, że tak pojmowane procedury strukturalistyczne zupełnie się nie kłócą z hermeneutyką, dają się w nią wpisać. Schleiermacher rozróżnia "interpretację gramatyczną" i "psychologiczną", twierdząc, że nie są rozdzielne zaś w relacji koła hermeneutycznego. "Gramatyczna" bierze język jako "całość", co strukturalista, jeśli chce, może rozumieć jako langue. Więcej nieporozumień rodziła zwykle "interpretacja psychologiczna" - otóż Schleierma­cher definiuje ją jednak jako próbę podążania za wszelkimi możliwymi kontekstami, które uznamy, że mogły się pojawić w umyśle autora, a zyskuje to potwierdzenie w "interpretacji gramatycznej". Krótko mówiąc, nie chodzi (wyłącznie) o wyjaśnienia genetyczne, tylko o re-konstrukcję światopoglądu pisarza, tak jak on się przejawia w danym tekście. Strukturalizm wcale tego nie unikał, projektował takie zadania na przykład na semiotykę (w tę stronę zmierzały projekty Michaela Riffaterre'a)24. Jeśli zaś chodzi o kwestie poetologiczne, to myśl Schleiermachera da się - zgodnie z myśleniem strukturalistycznym - przeprojektować tak, by mówić o "interpretacji gramatycznej" jednostek wyższego rzędu, na przykład genologicznych (na wzór gramatyki języka); zresztą niemiecki myśliciel bodaj i to przewidział w swoim koncepcie "interpretacji technicznej" (relacja wzorzec gatunkowy - konkretny utwór jest relacją koła hermeneutycznego25). Po takich "adaptacjach" w zasadzie nie ma konfliktu między hermeneutyką Schleiermacherowską a strukturalizmem Sławińskiego26. Wyraźnie to widać także w trzecim tekście, Miron Białoszewski: epigramaty na leżąco27. Używane tam kategorie "szerokie" okazują się natychmiast punktem negatywnego odniesienia, ponieważ bohater tekstu, Białoszewski, we wszystkim, co niejednostkowe, się nie mieści. Pierwszą szeroką kategorią jest gatunek i tradycja literacka - zaraz apofatycznie zmodyfikowane: "Utwór Białoszewskiego to cykl epigramatycznych miniatur osnutych wokół sytuacji, która - trzeba z niejakim ubolewaniem przyznać - nie uległa dotąd poetyckiej nobilitacji"28. Kolejną szeroką kategorię dałoby się nazwać po strukturalistycznemu "synchronią", wnet okazuje się, że Białoszewski nie daje się w nią całkowicie włączyć inaczej niż na zasadzie opozycji, albo "przesunięcia", a może "rozmycia". Następnie Sławiński przechodzi do ujęcia socjologicznego, zresztą będącego w stosunku do poprzednich jego mikrodyskursów metonimiczną ekstensją (by tak streścić drogę trzech mikrodyskursów: od języka poetyckiego - do ujęcia socjolingwizującego - ku ujęciu socjologiczno-literackiemu29), gdzie albo odkrywa na własną rękę (co jest możliwe), albo posługuje się bez odnotowania świeżą w owym czasie w amerykańskiej socjologii i psychologii kategorią "skryptów sytuacyjnych"30, tu zwanych "przyjętymi szablonami zachowań". Oczywiście okazuje się, że Białoszewski kwestionuje społeczny sens rytuałów, leżąc na łóżku - odwraca się (by nie rzec: wypina) od "skryptów":

"Owa prywatność sama jest w dużej mierze kategorią socjalną. Składające się na nią doświadczenia (nawet najbardziej osobiste) są porządkowane przez przyjęte szablony zachowań. Z moim prywatnym życiem wiążą się oczekiwania innych ludzi, którzy przewidują, że zachowywać się będą [sic - P. S.] w taki lub inny sposób. Oczekiwania te zobowiązują mnie do wypełniania swoimi poczynaniami pewnych przewidzianych systemów (na przykład w erotyce, życiu rodzinnym, a nawet spożywaniu posiłków, odpoczywaniu etc.). Znajduję się w kręgu tych systemów zarówno wtedy, gdy pozostaję z nimi w zgodzie, jak i wtedy, gdy w jakiejś mierze uchylam się od nich, lub gwałtownie im przeczę. [...] Poniżej tego poziomu znajduje się sfera zachowań jednostki, które nie tworzą żadnej struktury (chciałoby się powiedzieć: "chodzą luzem"), nie są przez nikogo oczekiwane, a z ich wystąpieniem lub niewystąpieniem nie wiąże się społecznego znaczenia. Jest to dziedzina prywatności społecznie nie usystematyzowanej, niegodnej zainteresowania, marginesowej. Przyjemności, jakie czerpię z leżenia, są dla innych równie nieważne jak to, że lubię miętowe cukierki. Na tym poziomie doświadczeń jest się nieomal swobodnym od społecznych standardów i zobowiązań, ale swoboda ta jest pozbawiona znaczenia, ponieważ nikogo poza mną nie obchodzi"31.

Kolejny raz daje się zaobserwować, jak przy okazji Białoszewskiego Sławiński "testuje" niejako teorię systemowości - tu socjalnej - i jak owa niezwykła jednostka każe mu dostrzegać najpierw, że negacja pewnych elementów pozytywnych w systemie również się w owym systemie mieści, a następnie, że istnieje sfera, która ów system "podmywa". Ciekawostka dla współczesnych odkrywców kategorii "doświadczenia" dla literaturoznawstwa - u Sławińskiego właśnie tym, co zdolne "podmywać", jest doświadczenie najbardziej osobiste, dookreślone jako "peryferyjne". Gdyby jednak konsekwentnie przyjąć teorię schematów, nawet nie odrzucając teorii systemowej, nie dałoby się utrzymać w mocy twierdzenia, że jest sfera w życiu człowieka, która "chodzi luzem", nie tworzy struktury, po prostu należałoby powiedzieć, że jest to inny system, ten pierwszy - doświadczeń społecznych rozumianych jako interakcje, ten drugi - również społeczny, lecz nierozumiany jako interakcje, czyli indywidualny (jednostka jako system). Tak mógłby powiedzieć na przykład Niklas Luhmann. Ta polemika ma jednak o tyle sens, o ile nie chcemy podtrzymywać opozycji "centralne - peryferyjne" (a Sławiński chce lub nie uważa, że można poza nią wyjść) oraz o ile naszym celem nie jest w y r ó ż n i e n i e jednostki na tle systemu, a raczej wpisanie jej weń. Innymi słowy, gdyby Sławiński nie napisał tak, jak napisał, oryginalność, osobność Białoszewskiego byłaby nie tak łatwa do uchwycenia. Kolejną szeroką kategorią użytą przez badacza w toku dyskursu są - i znów jest to kategoria z pogranicza socjologii, ale też epistemologii - "stereotypy poetyckości". Po to, aby konkludować: "Poeta ten - w całej swojej twórczości - programowo schodzi poniżej poziomu przeżyć, zachowań i refleksji, pozostających dotąd w polu możliwych zainteresowań liryki"32. A także, co z kategorią "stereotypu" związane - oczekiwań wobec liryki. Po tej serii "szerokości i zawężeń wyróżniających", uwag interpretacyjnych, wpisujących omawiany cykl w pewne - powiedzmy heurystycznie - "transcendentne" konteksty, Sławiński przechodzi do mikroanaliz czy mikrointerpretacji kolejnych członów cyklu (objaśnienia leksykalne, wersologiczne, semantyczne). W końcowej części szkicu badacz zbiera wnioski i stara się odpowiedzieć na pytanie o głębszy sens tych praktyk oraz ich sens dla, powiedzmy, "systemu poezji". Otóż ten z kolei układ narracyjny zbliża się strukturalnie do koła hermeneutycznego, a zatem, znowu, do retoryki idiografizmu. Nie tracąc możliwości rozpoznania w nim prototypu strukturalistycznego, jakkolwiek z podobnym jak uprzednio zastrzeżeniem, że specjalistycznych pojęć wiązanych z tym dyskursem jest tu niewiele (nawet mniej niż w interpretacji Ballady).