1 Nikt nie odziedziczył win
Październikowy poranek, równo w połowie miesiąca, był pierwszym dniem, kiedy po ponad półrocznym urlopie zdrowotnym Amelia nareszcie wracała do pracy. Minione miesiące wolała wymazać z pamięci, bo dojście do siebie po piekle, które zgotował jej Kofta, wiele ją kosztowało. Pobyt w szpitalu, leczenie i terapia, chwile słabości i całkowitego załamania, przeplatane poczuciem krzywdy oraz potrzebą walki o siebie i rodzinę - to był do niedawna jej chleb powszedni.
Przez te pół roku wielokrotnie rozpadała się na kawałki, traciła grunt pod nogami i cierpiała jak nigdy wcześniej. Krzysztof udowodnił jej i Szymonowi, że potrafi ich zranić głęboko, aż do kości. Zadał ból, po którym rany trudno było wyleczyć. Nie przewidział jednego - byli jednością, rodziną, w której każde poszłoby za drugim w ogień. To sprawiło, że się nie poddali, bo to oznaczałoby jego wygraną. Choć serca im krwawiły, trwali razem. Stopniowo podnosząc się z kolan, musieli mu pokazać, że mimo jego starań, by ich zniszczyć, znów przetrwali. Ale ślady tej walki każde z nich nosiło jak piętno.
Amelia widziała to w swoich pozbawionych blasku oczach, równie wyraźnie jak na twarzach bliskich, na których malowało się to samo cierpienie. Długotrwały stres sprawił, że pod oczami Szymona pojawiły się zmarszczki, a jego szpakowate włosy stały się bielsze niż kiedykolwiek. Teraz przypominał sędziwego starca, choć do takiego wieku było mu daleko. Najbardziej jednak ściskał ją za serce widok smutku wymalowanego na twarzach dzieci. Gdy spoglądała na dojrzałe ponad wiek rysy Zuzanny i na zgaszone oczy Maksa, któremu ktoś bezpowrotnie odebrał beztroskie dzieciństwo, wiedziała, że dla nich musi stanąć na nogi. Dla nich musiała nauczyć się żyć... albo przynajmniej udawać, że znowu żyje.
Jedynie doktor Kaja Kirchner - jej terapeutka, psychiatra, a dziś już także serdeczna przyjaciółka, znała bolesną prawdę. Wiedziała, że za wystudiowanym uśmiechem Amelii wciąż kryją się strach i smutek. Przed nią Amelia nie musiała udawać. To jej mogła z czystym sumieniem i pełnym zaufaniem powierzyć obawy. Kaja rozumiała ciężar, z jakim Kiliańska się zmagała, i uprzedzała ją niejednokrotnie, że codzienność po tym, co przeszła, może ją przytłoczyć. Choć stała się bliska jak siostra, zachowywała zawodowy dystans i prowadziła za rękę jak dziecko we mgle. To na sesjach, w bezpiecznych czterech ścianach, Amelia mogła być sobą, wiedząc, że to, co powie, nie wyjdzie poza gabinet, szczelnie chroniony tajemnicą lekarską.
Nie obawiała się też, że Kaja zdradzi jej sekrety Iwonie Wierzbie. W duchu wręcz śmiała się z tego, że nieoczekiwanie z całej tej dramatycznej sytuacji wyniknęło coś pozytywnego - przez przypadek stała się swatką. Była wdzięczna Iwce, że ta nie zostawiła jej w potrzebie, a ich przyjaźń bez szwanku przeszła najcięższą próbę. Iwona wiernie trwała przy niej i jej rodzinie, a jej częste wizyty na oddziale psychiatrycznym dawały Amelii tak niezbędne w rekonwalescencji wsparcie i motywację do zebrania się w sobie.
Kiliańska szybko jednak zrozumiała coś jeszcze - im bardziej jej stan się poprawiał, tym częściej Iwona pojawiała się w bolesławieckim szpitalu, nie tylko z troski o zdrowie Amelii. Błysk w oku przyjaciółki - to poszukiwanie wzrokiem doktor Kirchner, choćby tylko po to, by zamienić z nią dwa słowa - stał się aż nadto widoczny. Po kilku tygodniach Amelia była pewna, że Iwona nie tylko skutecznie przyczyniła się do postawienia jej na nogi, ale najwyraźniej w uroczej, drobnej lekarce znalazła kogoś więcej niż tylko dobrą koleżankę. Gołym okiem było widać, że Wierzbie szybciej biło do niej serce, a i Kaja, choć z pozoru chłodna profesjonalistka, straciła głowę dla policjantki.
Dziś jednak niepokój znów wkradł się w serca wszystkich, a bezpieczeństwo ostatnich kilku miesięcy zostało wystawione na próbę. Amelia upierała się, że już czuje się dobrze, że jest gotowa, by wrócić do pracy, że jeśli spędzi w domu choćby jeszcze jeden dzień, to oszaleje, a wtedy nikt i nic już nie wyrwie jej z otchłani. Szymon był temu przeciwny, Kaja miała wątpliwości, a Iwona bezskutecznie przekonywała, że prokuratura nie runie bez niej przez kilka kolejnych tygodni. Kiliańska jednak wiedziała swoje.
Teraz kiedy nadszedł moment powrotu za prokuratorskie biurko, zawahała się. Nagle wróciły wątpliwości i wewnętrzny niepokój. Czy zdoła unieść ciężar śledczej pracy? Czy sprosta roli bezkompromisowej śledczej, którą niegdyś była? Dziś nie miała już tej pewności, a bestie pokroju Kofty i wizje ich zbrodni gdzieś podświadomie ją przerażały. Jednak nie mogła się już wycofać. Musiała w pojedynkę zmierzyć się z własnym lękiem.
Z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem, mającym przekonać i ją, i innych do tego, że podjęła słuszną decyzję, po miesiącach nieobecności otworzyła drzwi swojego gabinetu. Uderzył ją zapach kurzu dawno nieotwieranych akt, gryzący się z wonią stojących na stoliku do kawy czerwonych róż. Zapewne miały być miłym gestem, ale ich krwisty kolor przywołał zbyt wiele, wciąż świeżych wspomnień tego, o kim chciała zapomnieć. Tego, przez którego ledwo uszła z życiem, a który teraz... Nie, nie wracać do tego myślami. Nie w chwili, w której wreszcie odważyła się wyjść z mroku i spróbować żyć na nowo.
Mimowolnie się wzdrygnęła. Wczoraj wyobrażała sobie ten moment zupełnie inaczej - widziała siebie wchodzącą pewnym krokiem, z podniesioną głową, przeświadczoną, że pokonała wszystkie dręczące ją demony. Teraz na własnej skórze doświadczała tego, jak bardzo się myliła. Wystarczyło, że przekroczyła próg prokuratorskiego pokoju, by panująca w nim cisza ją sparaliżowała. Oddychała z trudem i drżała, ulegając nagłemu napadowi paniki. Zamknęła oczy, a dłonie zacisnęła w pięści, pozwalając, by długie, wypielęgnowane paznokcie wbiły się w skórę. Potem liczyła powoli do dziesięciu. Z każdą kolejną liczbą dygot ustawał, a ona się uspokajała. Tylko półksiężyce krwawych śladów na wewnętrznych stronach dłoni namacalnie, choć niemo dowodziły jej trudnej walki ze strachem.
W końcu otworzyła oczy, poprawiła opadający na twarz kosmyk włosów i weszła do środka. Tylko otwarte na oścież drzwi świadczyły o jej niepewności, zapewniając jednak złudne poczucie bezpieczeństwa, a może nawet naiwnie przekonując, że wciąż kontroluje własne życie.
Przeklinała Koftę za to, co jej zrobił, za to, że zabił w niej tę siłę, którą kiedyś się tak szczyciła, że pozbawił ją pewności siebie, pozostawiając tylko lęk i zagubienie. To przez niego teraz bała się zamkniętych przestrzeni. To on sprawił, że ją przerażały, kojarząc się z potrzaskiem, z którego trudno się wydostać. Przez niego Amelia nie ufała już zamkom, kratom, a zwłaszcza innym ludziom, a w chwilach, gdy panika brała górę nad rozumem, nawet sobie. W takich momentach w głowie nieustannie słyszała jego głos i powtarzane w kółko, jak mantra, jej imię - najpierw ledwie słyszalnie, potem coraz głośniej, aż do wrzasku.
Kiedy ataki mijały, z trudem wracała do rzeczywistości. Drżała na samą myśl, że kolejny napad ponownie zepchnie ją w otchłań, w której zbyt długo trwała wtedy, po tamtym zdarzeniu. Choć minęły miesiące, a ona dawno już wyszła ze śpiączki, to strach nie odpuszczał. Wracał w nocy w sennych koszmarach, przynosząc przerażające obrazy, a wraz z nimi ból i wstręt do splugawionego przez Koftę własnego ciała. W dręczących ją snach widziała siebie na szpitalnym łóżku w pokoju z zieloną lamperią, siedzących przy jej łóżku Szymona, Zuzkę i Maksa. Słyszała ich rozmowy, czuła ich obecność, a mimo tego nie potrafiła odnaleźć do nich drogi. Jakby nie mogła się przebić przez pancerz krępujący jej ciało, jakby jej dusza została uwięziona w ciele, nad którym straciła panowanie. Ta świadomość sprawiała, że nie mogła ponownie utracić kontroli, że musiała walczyć. I ze wszystkich sił żyć.
W chwilach zwątpienia tylko jej bliscy trzymali ją przy zdrowych zmysłach. Kotwicę stanowiła ich miłość i ich oddanie. Dla nich musiała wytrwać i ich musiała chronić - również przed prawdą o swoim stanie. Bo choć bardzo chciała na powrót stać się dawną sobą, wykrzesać z siebie entuzjazm, którym kiedyś zarażała innych, to straciła patent na osiągnięcie tego. Jej spontaniczność i wieczny optymizm zniknęły, niczym śnieg wiosną, pozostała tylko pustka, maskowana z trudem odgrywaną normalnością. Grała rolę, jakiej inni od niej oczekiwali, wciąż szukając siebie. Tylko że ta dawna Amelia wydawała się coraz bardziej obca.
Nienawidziła Kofty za to, że odebrał jej życie, jakie znała, że przez niego musiała codziennie walczyć, by odzyskać siebie, by jej imię przestało być jedynie etykietą w albumie niby jej, a jakby cudzych wspomnień. Bo jej wspomnienia coraz bardziej blakły, wyławiała z nich zaledwie strzępki zapamiętanych obrazów. Dlatego żyła tu i teraz, licząc, że ratunkiem w powrocie do pełnej sprawności okaże się praca, a raczej zatracenie się w niej. Wierzyła, że jeśli jej umysł wpadnie w śledczą rutynę, to mgła wreszcie opadnie, a ona nie będzie już musiała nic przed nikim udawać. Wtedy nareszcie raz na zawsze zrzuci maskę, którą przywdziewała jak zbroję za każdym razem, gdy niepewność przegrywała z rozsądkiem.
Silny podmuch wiatru zatrzasnął okno, a huk wyrwał ją z zamyślenia. Podbiegła, by je domknąć, zanim ponownie uderzy o drewnianą ramę. Zaciągnęła też roletę i spojrzała na biurko. Zamarła, bo kolejny raz dopadł ją strach. Na blacie leżała czarna lilia, a obok niej kartka, na której ktoś pismem maszynowym wydrukował jedno zdanie: "Nie odziedziczyliście win, ale poniesiecie ciężar".
Nawet nie drgnęła, nie sięgnęła po nią. Nie musiała. Nagle, jak przebłysk, wróciło zatarte wcześniej wspomnienie - znów szpitalna sala, metalowy stolik obok łóżka, a na nim bukiet czarnych lilii. Zmrużyła oczy, dotknięta gwałtownym bólem głowy, i wtedy jej pamięć przywołała jeszcze jeden obraz, coś, na co natrafiła tuż przed rozpoczęciem śledztwa w sprawie Zosi. Miała do tego wrócić, kiedy rozwiąże sprawę zabójstwa dziewczynki, ale nie zdążyła, bo Kofta pokrzyżował jej plany, zastępując je własnymi. Teraz jednak coś sobie przypomniała - coś, co zmusiło ją do natychmiastowego działania.
Otworzyła najniższą szufladę biurka i wyjęła z niej akta opatrzone roboczym tytułem: "Czarna dalia". Nie pamiętała dokładnie, co w nich było, i musiała to sprawdzić. Drżącymi dłońmi rozwiązała troczki. W środku leżała zaadresowana do niej koperta. Teraz sobie przypomniała. Wówczas, na kilka dni przed tragedią, ktoś anonimowo przysłał jej list z wyblakłym wycinkiem z lokalnej gazety z lat dziewięćdziesiątych. Artykuł dotyczył makabrycznego znaleziska na Jeziorze Bielawskim - wyłowiono tam ciało nastoletniej dziewczyny, której tożsamości nigdy nie ustalono. Wtedy przyjęto, że to nieszczęśliwy wypadek, utonięcie, i sprawę zamknięto. Dziewczynę pochowano na cmentarzu komunalnym jako bezimienną. Dziennikarz wspominał jednak, że po pogrzebie ktoś obsypał jej grób białymi liliami, choć jego uwagę wzbudziła jedna samotna czarna lilia i napis na żałobnej szarfie: "Zmarli kiedyś przemówią".
Ku jej zdziwieniu w teczce znalazła coś jeszcze - mały, srebrny dyktafon. Nie przypominała sobie, by go tam umieszczała, nie pamiętała także, by kiedykolwiek taki miała. Obróciła go kilka razy w palcach. Brak oznakowania prokuratorskimi naklejkami utwierdził ją w przekonaniu, że to nie był sprzęt służbowy.
Wyjęła z torebki słuchawki, podłączyła do urządzenia i nacisnęła "Play". Po serii szmerów i trzasków, gdy miała już wyłączyć nagranie, usłyszała głos. Głos, który ją zmroził i przeszył niczym włócznia:
- Jeśli tego słuchasz, to znaczy, że mój plan potoczył się zgoła odmiennie niż przypuszczałem, a ty właśnie odkryłaś nagranie i teraz będziesz szukać odpowiedzi. Zacznę od pierwszej, która cię nie usatysfakcjonuje - nie powiem ci, kiedy i gdzie to nagranie powstało, nie powiem też, czy cały czas leżało w twoim biurku, czy dostałaś je wczoraj, a może dzisiaj rano. To nie jest ważne, podobnie jak to, czy żyję, czy może wreszcie szlag mnie trafił - czego pewnie byś chciała, jeśli sama przeżyłaś. Choć będziesz się teraz zastanawiać, o co mi chodzi, zdradzę ci tylko, że los bywa przewrotny, choć późno się o tym przekonałem. Nie ułatwiam ci sprawy, prawda? Nie szkodzi, przyjdzie czas, że zrozumiesz, jeśli tylko będziesz chciała. Miałem swoje powody, by wybrać cię za swój cel... - głos zawiesił się, ale Amelia wiedziała, że musi słuchać dalej, że to jeszcze nie koniec nagrania, a tylko krótka przerwa. Nie myliła się. - ... jesteś pewna, że kierowała mną chęć zemsty, że wybór padł na ciebie tylko po to, by skrzywdzić Szymona, by tobie i jemu odpłacić za Zuzkę. Może tak, może nie, a może to jedynie część prawdy... A może... wszystkiemu winien jest ktoś inny... Może on, może ona, może twoja przeszłość... A może wszystko to, co cię spotkało, to twoje i moje przeznaczenie... Może... Może... Może... - Histeryczny śmiech na nagraniu przeraził ją, ale wciąż nie wyłączała, czekając na finał. - Bawię się wciąż twoim strachem, wiesz? To przez nich, a może przez ciebie albo przeze mnie jesteś dziś tym, kim jesteś... Może to ja cię ukształtowałem, może sama tego chciałaś, a może ktoś inny miał w tym swój cel... Przekonaj się sama. Spójrz w lustro. Czyją twarz w nim widzisz? Swoją, moją, a może jej? Przejrzyj się w nim i pamiętaj - pęknięcia zawsze lepiej wyglądają na porcelanie niż na szkle. Nadają jej szlachetności. A ty kim jesteś - porcelanową lalką czy szklaną kukłą? Czy sama sobie jesteś winna tego, co cię spotkało, a może zawdzięczasz to jej? A może tylko siebie, a nie mnie, możesz o wszystko obwiniać. Zastanów się nad tym, bo nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. Z ciekawości zapytam - tęsknisz już za mną?
Amelia zamarła i w przestrachu wyłączyła dyktafon. Wiedziała, że nie odsłuchała do końca, ale nie miała siły na dalszy ciąg. Jeszcze nie teraz - nie, dopóki wciąż trzęsła się jak osika. Nic z tego nie rozumiała, ale to był jego głos. Kofty! Tylko brzmiał inaczej. Nie tak, jak go zapamiętała. Był spokojny, niemal... kliniczny. Przypominał fragment zarejestrowanej sesji psychiatrycznej.
Wyjęła słuchawki z uszu i spojrzała na lilię. Kwiat był świeży, nie mógł leżeć tu dłużej niż kilka godzin. Dopiero teraz dostrzegła bilecik przypięty do czarnej wstążki. Wyciągnęła z szuflady jednorazowe rękawiczki, ujęła go delikatnie w palce i ostrożnie uniosła. Ręcznym, wykaligrafowanym pismem ktoś nakreślił na nim dwie litery: L. V.
- L. i V.? - przeczytała głośno. - Co to do cholery oznacza?
Z korytarza usłyszała stukanie obcasów. W pośpiechu schowała bilecik i kartkę do teczki, zatrzaskując szufladę. Na biurku pozostał jedynie kwiat. Podeszła do okna, otworzyła je na chwilę, by zaczerpnąć powietrza i spojrzała na niebo spowite czarnymi cumulonimbusami. Kotlinę Jeleniogórską ołowianym cieniem nakrył mrok. Choć lato dawno odeszło w zapomnienie, a październik przekroczył już półmetek, to w górze wisiała gruba warstwa ciężkich burzowych chmur, a ona miała nieodparte wrażenie, że nie tylko nad miastem, ale i nad jej życiem zebrała się nawałnica.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ