Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci - Antoni Wit, Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Kup ebooka

50.15 zł
44.03 zł (32,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kraków

Zgaś światło, dziadziu idzie!

Co dziś dla pana znaczy Kraków?

Kraków to mój świat. Miasto niezwykle mi bliskie od zawsze - i tak już pewnie pozostanie. Urodziłem się w Krakowie i mimo że mieszkałem w różnych miastach Polski, a obecnie mieszkam w Piasecznie koło Warszawy, wszystko, co dzieje się w Krakowie, jest dla mnie najbardziej interesujące. Jestem czytelnikiem "Gazety Wyborczej" i gdy czytam w Warszawie jej dodatek lokalny, przerzucam go bez specjalnego zainteresowania. Ale krakowski dodatek tej samej gazety czytam zawsze dokładnie. Problemy tego miasta przemawiają do mojej wyobraźni. Nasiąknąłem atmosferą krakowską, ona mi się zawsze bardzo podobała, chociaż oczywiście można z niej pokpiwać.

Na przykład z czego?

Kraków jest wspaniały, jeśli chodzi o życie towarzyskie, natomiast nie jest najlepszy do pracy. Nadal panuje tam atmosfera "austriacka", choć nie wiem, czy to słuszne określenie, bo w rzeczywistości to raczej połączenie plotkarstwa z hipokryzją. To, niestety, jest ciągle obecne. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie zacząłem pracować w Katowicach. Wtedy spostrzegłem, że jest olbrzymia różnica mentalna między mieszkańcami Krakowa i Śląska. To są dwa zupełnie różne światy, mimo że tak blisko położone. Poza tym we współczesnym Krakowie denerwuje mnie ruch, hałas, ciasnota, korki, brak miejsc do parkowania itd. Drażnią mnie częste imprezy na Rynku z muzyką najgorszego rodzaju. Ubolewam, że do tej pory nie powstała i pewnie już nie powstanie sala filharmoniczna. Inne miasta takie sale mają, a Kraków - nie. To przykre. Kocham Kraków, ale gdy zaproponowano mi pracę w Katowicach, to się tam przeprowadziłem.

Dlaczego? Przecież to raptem siedemdziesiąt kilometrów. Można było dojeżdżać.

Wiele osób tak mi doradzało, ale ja uważałem, że trzeba się przeprowadzić. Żeby pokazać, że się poważnie potraktowało ten znakomity zespół i pracę. Mimo że w Krakowie mieliśmy z żoną mieszkanie, a niedaleko, czterdzieści kilometrów od Krakowa, letni domek w miejscowości Poręba. Gdy później przenieśliśmy się do Warszawy, ten domek już był dla nas za daleko i moja żona doprowadziła do wybudowania domu w gminie Mogilany.

Czyli tuż pod Krakowem.

Jak widać, Kraków ciągle jest mi bliski. Chociaż prawie za każdym przyjazdem okazuje się, że kolejni znajomi zmarli, a osoby, które mieszkały w centrum, już tam nie mieszkają. Sporo się zmienia, ale jak poruszam się w obrębie Plant po Krakowie, to co druga kamienica budzi we mnie wspomnienia. To nie są dla mnie anonimowe budynki. Choćby dlatego, że tu byłem u kolegi, tu kupowałem papier nutowy, tam był sklep filatelistyczny, w którym zaopatrywałem się w znaczki, a tu mieściła się ważna dla mnie instytucja, na przykład komenda milicji, gdzie odbierałem paszport. Gdzieś były świetne lody i ciastka, a pod inną kamienicą pierwszy raz pocałowałem dziewczynę. Mam emocjonalny stosunek do Krakowa. I bardzo sobie cenię to, że dyrektor Bogdan Tosza zaproponował mi, abym został dyrygentem honorowym Filharmonii Krakowskiej. Daje mi to ogromnie dużo satysfakcji.

Panie profesorze, jakie jest pana pierwsze wspomnienie z Krakowa?

Mój dom, w którym się urodziłem i wychowałem. To kamienica przy ulicy Siennej 14, na pierwszym piętrze. Znajduje się ona w obrębie krakowskich Plant, niedaleko Rynku. To jedyna przy całej tej ulicy kamienica z balkonem, który właśnie należał do naszego mieszkania. Kiedy jestem w Krakowie, bardzo często idę ją zobaczyć. Kamienica od ponad dwudziestu lat - albo i dłużej - stoi zupełnie opuszczona, nic się tam nie dzieje, po prostu marnieje, choć ostatnio zaczął się dość poważny remont. To był mój dom i przykro mi z tego powodu, bo przecież całe śródmieście na ogół wygląda wspaniale.

A nie myślał pan o tym, żeby wykupić to mieszkanie i zamieszkać na Siennej?

Proszę sobie wyobrazić, że miałem takie marzenie, ale stosunki własnościowe tej kamienicy były skomplikowane i nieuregulowane. Nadto teraz to mieszkanie jest jednak zbyt mało komfortowe. Myślałem więc o tym, ale tylko w sferze irracjonalnych pragnień. Gdy przychodzę do bufetu Akademii Muzycznej, który znajduje się na szóstym piętrze i skąd jest piękny widok na Kraków, to z przyjemnością patrzę na moją kamienicę. Oczywiście widać ją od tyłu, ale i tak jest miło popatrzeć. Przyznam się, że jeżeli śni mi się jakieś mieszkanie, to zawsze to na ulicy Siennej. Gdy tam mieszkałem, czułem się takim dobrym, wręcz prawdziwym krakowianinem, bo kamienica mieściła się w obrębie Plant. A gdy ktoś mieszkał na przykład na ulicy Karmelickiej czy na Krowodrzy, starzy krakusi uważali, że to prawie poza miastem.

Choć to ścisłe centrum Krakowa.

Tak, ale poza obrębem Plant. W dzieciństwie lubiłem się oddawać licznym marzeniom. Jedno z nich dotyczyło tego, aby być strażakiem na wieży Mariackiej. Wyobrażałem sobie, co bym tam robił przez dwadzieścia cztery godziny w przerwach między trąbieniem.

No tak... skoro mieszkał pan na Siennej, co godzinę słyszał pan hejnał.

To prawda. Ta melodia odmierzała mi dzieciństwo i młodość. W kamienicy całe pierwsze piętro to było olbrzymie mieszkanie. Moja rodzina zajmowała jego połowę, bo w dawnych czasach takie wielkie mieszkania często były dzielone na dwie części albo nawet na więcej. Między nami a sąsiadami były tylko zwykłe drzwi wewnętrzne, które dopiero po paru latach zamurowano. Mieszkanie, jak to w starych krakowskich kamienicach: dwa duże pokoje, duża kuchnia - dość ciemna, bo jej okno wychodziło na oficynę, na podwórko studnię - i dwa przedpokoje. Niestety, nie było pełnej łazienki, ponieważ podczas okupacji ją zdemontowano, aby uniknąć wykwaterowania przez Niemców. Taka była rzeczywistość krakowskich domów. Później, w latach sześćdziesiątych, odtworzono łazienkę w części jednego z przedpokojów.

Wychował się pan w rodzinie wielopokoleniowej?

Tak. Mieszkaliśmy razem: moja mama, jej rodzice, moja starsza siostra i ja. Była z nami jeszcze siostra babci, no i pomoc domowa, która była bardzo ważna, gdyż codziennie przychodziło do nas kilkanaście osób z rodziny na obiad, a ona ten obiad przygotowywała wraz z moją babcią Walerią.

Kto przychodził na obiad?

Dwie siostry mojej mamy wraz z rodzinami. Mieszkała z nami także niania, którą nazywaliśmy Aja. Niania zajmowała się dziećmi, zwłaszcza mną, ponieważ mama pracowała i dziadkowie też pracowali. Wychowywałem się właściwie bez ojca. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, gdy miałem trzy lata, że ktoś mnie niesie na barana. To właśnie był mój ojciec. Następnym razem zobaczyłem ojca, gdy miałem czternaście lat, na pogrzebie jego brata, a potem gdy miałem już osiemnaście lat. Pojechałem go odwiedzić do Częstochowy. Wybrałem się z wizytą dwudniową. Mogłem wtedy z ojcem dłużej porozmawiać.

Jak pan dziś ocenia to spotkanie?

Niespecjalnie to przeżywałem i ojciec chyba też nie przeżywał. To była taka wizyta właściwie bez wielkich emocji. Tak mnie tylko dziś zastanawia, że ojciec się w ogóle nie interesował swoimi dziećmi. Owszem, płacił zasądzone alimenty - i to było wszystko. Później dopiero czasem pisał listy do nas, ja go czasem odwiedzałem w Częstochowie, ale rzadko, raz na parę lat. Tak, ten brak zainteresowania ze strony ojca dziwił mnie i teraz też mnie dziwi, ale nigdy nie odczuwałem tego w sensie emocjonalnym. Nigdy. Ojciec był jednym z pierwszych absolwentów Akademii Górniczo-Hutniczej, w dwóch specjalnościach - górnictwo i hutnictwo. Wiem, że pojechał do Szczecina uruchamiać hutę, a potem osiadł w Częstochowie i tam mieszkał do końca życia. I tak się małżeństwo z moją mamą rozpadło.

1. Od lewej: Jan Wit (ojciec), Piotr Wit (dziadek), Paweł Wit (stryj), Kraków, lata 30. Piotr Wit, który na co dzień mieszkał w Oleszycach, przyjechał do Krakowa by spotkać się z synami: Janem i Pawłem

Odczuwał pan brak ojca?

Nie, nigdy. Na pewno moje wychowanie w związku z tym miało inny przebieg i inny kształt, ale nigdy nie ubolewałem nad tym, że właściwie nie mam ojca. Ojciec pochodził z Oleszyc pod wschodnią granicą. Co ciekawe, jego ojciec i rodzina pisali nazwisko przez dwa "t", ale przyszły czasy polonizacji nazwisk i jedno "t" z nazwiska wypadło. Ale mam kuzynów, którzy nadal piszą nazwisko przez dwa "t". Gdy miałem dwadzieścia jeden lat, stryj namawiał mnie, żebym wrócił do nazwiska przez dwa "t" i nawet złożyliśmy razem wizytę w jakimś stosownym urzędzie, gdzie powiedziano nam, że zmienić nazwisko można tylko wtedy, gdy jest ono śmieszne czy uwłaczające. Mnie na tym specjalnie nie zależało, już miałem pewne dokumenty na nazwisko z jednym "t" - i tak zostało. Jednak muszę stwierdzić, że był taki okres, gdy wiele osób zaczęło mnie nagle pisać przez dwa "t", zwłaszcza na Śląsku i w Niemczech - i było to dla mnie bardzo nieprzyjemne. Nawet jakieś wydawnictwo encyklopedyczne (co istotne, polskie) napisało moje nazwisko przez dwa "t", ale to już źle świadczy tylko o tym wydawnictwie.

Czy to po dziadku Antonim Surowieckim otrzymał pan imię?

Tak. On był zresztą moim ojcem chrzestnym. Dla mnie dziadek był wielkim autorytetem. Wspaniale, że mogłem wychowywać się obok niego. Dziadek był zasłużonym krakowskim kupcem. Miał jeszcze przed wojną sklep przy ulicy Zwierzynieckiej 23/25. Był to bardzo okazały sklep z artykułami kosmetycznymi i chemicznymi: farby, lakiery, tego typu asortyment. Sklep był czynny w czasie okupacji i nawet po wojnie dziadek zdołał go utrzymać. Bywałem jeszcze w tym sklepie w początkach lat pięćdziesiątych. Później dziadka wykwaterowano do innego lokalu i potem do śmierci prowadził ten interes w suterenie przy ulicy Tarłowskiej 8.

Czyli za rogiem ulicy Zwierzynieckiej.

Dla mnie sporym zaskoczeniem było to, że ten sklep przy Zwierzynieckiej i tę firmę wielu ludzi znało, choć nie mieli świadomości, że jej właścicielem był mój dziadek. Na przykład znany redaktor Polskiego Radia Kraków Jerzy Bresticzker, który mieszkał na Zwierzynieckiej, był wielce zdziwiony, gdy się o tym dowiedział. Było mi bardzo miło, że wypowiadał się o tym sklepie z uznaniem, jak zresztą wszyscy, którzy go pamiętali. Kiedy myślę o mojej rodzinie, to z największym szacunkiem wspominam właśnie mojego dziadzia, bo to był człowiek, dla którego praca i firma były zawsze na pierwszym miejscu. Dla niego największą obrazą czy nieszczęściem byłoby, gdyby klient przyszedł i powiedział: "No, jaką mi pan farbę sprzedał, pomalowałem i zaraz to zeszło". Firma była na pierwszym planie, interes musiał działać bez zarzutu.

W czasach socjalistycznych prywatny interes prowadzić było bardzo trudno.

Na pewno były straszne kłopoty z wydziałami skarbowymi. Na przykład w domu na Siennej przez cały czas musieliśmy płacić za prąd trzy, a później nawet pięć razy drożej niż inni mieszkańcy, z uwagi na to właśnie, że dziadziu prowadził prywatną inicjatywę. Skutek był taki, że on szalenie się denerwował, jeżeli widział, że niepotrzebnie świeci się światło. To mi przekazał. Ja też zawsze gaszę niepotrzebne światło i w pracy tępiłem zużywanie prądu bez potrzeby. Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: dziadzio wrócił ze sklepu i usiadł w jakimś niewidocznym miejscu, a lampy świeciły się w całym domu. Ja krzyknąłem do mamy: "Mamo, zgaś światło, bo dziadziu przyszedł" - co oczywiście zainteresowany świetnie usłyszał i bardzo go to zdenerwowało. Usłyszałem komentarz: "Patrzcie, jak to dzieci są wychowywane".

Dziadek wstawał o godzinie szóstej, bo wychodził koło siódmej, kiedy ja jeszcze spałem. Wtedy był taki system pracy, że sklepy były czynne do trzynastej i od piętnastej. W przerwie przychodził na obiad do domu i wracał do sklepu na piętnastą. Później wprowadzono obowiązek pracy handlu przez cały dzień. Wówczas dziadzio wstawał, tak jak wstawał, bo był przyzwyczajony, i wracał do domu o dziewiętnastej. Właściwie dopiero jak był ciężko chory i już dobrze po osiemdziesiątce, to ktoś inny zajmował się sklepem. To jest dla mnie imponujący i właściwy przykład podejścia człowieka do pracy i do firmy, za którą jest odpowiedzialny. Poza tym dziadziu był w młodości zapalonym rowerzystą, członkiem klubu Sokół, i nawet brał udział w wyścigach kolarskich, na przykład na trasie Kraków-Lwów-Kraków. Był także sympatykiem, działaczem, a nawet członkiem zarządu i sponsorem Cracovii. Mnie też przetrwała sympatia do tego klubu, chociaż piłką nożną się nie interesuję, a sportem, w sensie oglądania, też zupełnie nie. Owszem, czym innym jest uprawianie sportu, ale oglądanie to kompletnie nie dla mnie.

Niewiele do tej pory powiedział pan o babci.

Bo też w dzieciństwie autorytetem i wzorem dla mnie był dziadek. Babcia była bardzo rodzinną osobą, bardzo dbała o wszystkich, przejmowała się tym, co następowało w rodzinie. Była bardzo pobożna. Myślę, że jej kalendarz w dużym stopniu pokrywał się z kalendarzem kościelnym. Pilnowała wszystkich, scalała całą rodzinę, ale także pracowała, pomagając dziadkowi w sklepie. Pielęgnowała historie rodzinne, a jedną z nich opowiem. Kiedy miałem lat trzy, miał przyjść ksiądz po kolędzie i okazało się, że nie ma w domu wody święconej. Wszyscy się zmartwili i wywiązała się dyskusja, w czasie której wymyślono, że poda się wodę przegotowaną... Wszystko słyszałem i zaledwie ksiądz przyszedł, pobiegłem do niego, krzycząc: "Prosę księdza, woda psegotowana!, psegotowana!" (jak widać, nieco sepleniłem, co mi - zdaje się - zostało...). Ksiądz pogłaskał mnie po główce i powiedział: "Ach, to dobrze, że przygotowana". A ja na to znowu: "Nie, nie, psegotowana!". Ale ksiądz i tak nie zrozumiał i pochwalił nas, że wszystko jest jak trzeba.

2. Antoni Wit z mamą Aldoną i siostrą Małgosią, lata 60. Zdjęcie zrobione w mieszkaniu państwa Witów przy ul. Siennej w Krakowie

Moja mama przed wojną studiowała filologię klasyczną, ale w końcu skończyła farmację. Przed wojną wydawało się, że to będzie dobry zawód, ale po wojnie niestety nie. Mama nawet przez jakiś czas prowadziła prywatny interes, jakąś hurtownię leków, ale to wszystko musiało upaść, bo takie były polityczne dyrektywy. Mama pracowała w różnych aptekach na terenie Krakowa.

Nie lubiła tego?

Przeciwnie, ale ten zawód miał dla niej wielką wadę. Z uwagi na to, że pracowała z różnymi odczynnikami chemicznymi - bo wtedy w aptekach leki przygotowywało się ręcznie, czyli wyrabiało się z różnych składników, co teraz zdarza się bardzo rzadko albo nawet i wcale - mama uwrażliwiła się na mnóstwo substancji. Była bardzo słabego zdrowia, przeżyła siedemdziesiąt sześć lat, ale całe życie zmagała się z różnymi dolegliwościami. No i mieszkanie w tej wcale nie takiej dużej przestrzeni z tyloma osobami nie było dla niej komfortowe. Dopiero po latach się rozluźniło. Ja wyjechałem, siostra wyszła za mąż i się wyprowadziła, dziadkowie zmarli...

Mama została na Siennej?

Mama do śmierci mieszkała na Siennej.

Jak trafił pan do muzyki? Czyja to była decyzja?

Kiedy miałem pięć czy sześć lat, to zauważono, że interesuje mnie wszystko, co wiąże się z muzyką. Na przykład kiedy orkiestra dęta maszerowała ulicą, to ja biegłem, żeby posłuchać. W domu często się tak bawiłem, że wyjmowałem szufladkę z komody i udawałem, że gram na akordeonie, albo brałem dwa patyki i udawałem grę na skrzypcach - zresztą w końcu dostałem małe skrzypeczki. Stąd mama pomyślała, że może trzeba by mnie zacząć uczyć muzyki. W domu było pianino. Zapisano mnie, gdy miałem lat sześć, do eksperymentalnego studia gry na fortepianie przy ulicy Gołębiej, u pani Druszkiewiczowej.

To była słynna w Krakowie szkoła dla małych dzieci. Maluchy tworzyły zespoły i często bawiły się razem, muzykując.

Tak, to prawda. Wspominam zwłaszcza udział w szkolnej orkiestrze perkusyjnej, którą prowadził uwielbiany przez dzieci i przez mnie także znakomity kotlista Filharmonii Krakowskiej - Józef Stojko.

Do dziś pamiętam egzamin, choć nie to, na czym on polegał, ale to, że wyszedłem i powiedziałem do niani, która przyszła ze mną: "Zdałem". Nie wiem, na czym opierałem swoje przekonanie, ale zacząłem się uczyć. W szkole podstawowej poszedłem od razu do drugiej klasy, gdy miałem siedem lat. Tam również zdawałem egzamin wstępny. W moim dzieciństwie w domu panował pogląd, że Antoś ma ciężką wadę serca. Wobec tego w szkole byłem zawsze zwolniony z gimnastyki, uważano, żebym przypadkiem nie biegał, nie męczył się. To miało taki skutek, że jak tylko mogłem się wyrwać spod kurateli niani, biegałem czy też grałem z kolegami w piłkę aż do utraty tchu. Wobec tego zawsze robiono mi wymówki: "No widzisz, ciebie nigdzie nie można puścić".

Pańska rejonowa szkoła podstawowa znajdowała się na placu Matejki. Miał pan stałą trasę do szkoły?

W pewnym sensie tak: szedłem albo ulicą Szpitalną, albo Floriańską. To była dość długa droga jak na stary Kraków. No więc byłem w szkole podstawowej zwolniony z gimnastyki, choć gimnastyka, którą prowadził dyrektor, polegała głównie na sprawdzaniu, czy chłopcy mają czyste tenisówki i odpowiednie stroje, a do sali gimnastycznej chodziło się oglądać filmy, jak przyjeżdżało kino objazdowe. Również w liceum byłem zwolniony z gimnastyki. W wieku chyba czternastu lat zacząłem mieć jakieś dolegliwości, ale wtedy już były lepsze możliwości diagnostyczne i lekarz, który mnie dokładnie zbadał, stwierdził, że Antoś nie ma żadnej wady serca, ale chorą ślepą kiszkę. Na szczęście do tej pory żyję z tą ślepą kiszką.

Co do serca, powiem, że od chwili, kiedy przekonałem się, że mam zdrowe, ogromnie zaczęły mi się podobać wszelkie zajęcia związane z ruchem, bo jak mówię, nie lubię oglądać sportu, ale bardzo lubię go uprawiać. Niestety, nie ma tego wiele: jeżdżę na rowerze, nawet teraz jeżdżę o wiele więcej niż dawniej, bo mam trochę więcej czasu. Bardzo lubię pływać, regularnie chodzę na basen. Kiedy jestem za granicą, to chodzę w hotelu na siłownię. Muszę się pochwalić, że jak w latach osiemdziesiątych w Katowicach dokładnie mnie przebadano, to stwierdzono, że mam serce sportowca. Parametry doskonałe. Tak się to zmieniło - lub zmieniły się możliwości diagnostyczne. Niestety, żałuję, że bardzo słabo jeżdżę na nartach i nie gram w tenisa. Mam w domu jedynie stół do ping-ponga, ale nie zawsze znajduję partnerów o podobnym poziomie...

W jednym z wywiadów powiedział pan, że wyjątkowo lubił pan matematykę.

Bardzo ją pokochałem i wyjątkowo dobrze mi szła. W podstawówce miałem wybitnych - jak teraz to oceniam - pedagogów. Moim wychowawcą był pan Stanisław Balala, profesor, który był zresztą magistrem matematyki. Kiedy sobie przypominam to, co nam przekazywał, to powiem, że był wręcz wizjonerem. W latach pięćdziesiątych potrafił mówić: "Chłopcy, popatrzcie na mapę świata, hiszpańskim językiem posługują się od Meksyku po Ziemię Ognistą, z wyjątkiem Brazylii. Uczcie się hiszpańskiego". Kto w tamtych czasach myślał o hiszpańskim? To było coś wręcz abstrakcyjnego. W szkole ogólnokształcącej, zarówno podstawowej, jak i średniej, nauczyłem się dobrze nie tylko matematyki, ale także polskiej gramatyki. Uważam, że umiałem ją znakomicie i to głównie dzięki szkole podstawowej. To mi się bardzo przydało i przydaje w nauce języków obcych. Byłem także dobry z historii, ponieważ przedmiot ten bardzo lubiłem, a w liceum mieliśmy świetną nauczycielkę - Olgę Krzyżanowską.

V Liceum Ogólnokształcące przy ulicy Świerczewskiego, obecnie przy ulicy Studenckiej, to jedna z najsłynniejszych szkół w Krakowie. Ja także jestem absolwentką tej szkoły. Z okazji jubileuszu została wydana publikacja, w której jest pan wymieniony wśród dwudziestu najważniejszych osób, które ukończyły tę szkołę.

Przysłali mi to wydawnictwo. Bardzo mnie to ucieszyło. Miałem w Piątce bardzo wielu wybitnych profesorów, na przykład wspomnianą tu Olgę Krzyżanowską (która była także niezapomnianą naszą wychowawczynią), Bronisławę Małek, Antoniego Bielaka, dyrektora Stanisława Potoczka, Władysława Horbackiego, księdza Zdzisława Krzystyniaka i jeszcze paru innych. O moich profesorach myślę z szacunkiem, ale z mniejszym szacunkiem myślę o szkole jako instytucji.

Dlaczego?

Nie zawsze uczono nas w niej tego, co uważam za istotne. Po pierwsze, wtedy, gdy szedłem do liceum (a to był rok 1957), panowała wręcz psychoza, że należy się uczyć łaciny. Uczyłem się jej cztery lata i jestem z tego bardzo niezadowolony. To nie był przedmiot, który dałby mi wiedzę i rozszerzył horyzonty o starożytności (chociaż podobno to jest jego głównym zadaniem). Byłoby o wiele pożyteczniej, gdybym w tym czasie uczył się języka współczesnego. Łacina, jak uważam (niech mi wybaczą humaniści...), to kompletna strata czasu - w każdym razie w takiej postaci, z jaką ja miałem do czynienia. Podobnie przysposobienie wojskowe, które trwało trzy lata, oraz język rosyjski - a zwłaszcza sposób jego uczenia. Pomijam, że nie było entuzjazmu wokół tego przedmiotu, ale chodzi o coś zupełnie innego. Rosyjski w szkole to było niby zajmowanie się literaturą, niby uczenie się życiorysów pisarzy - ale nie było przy tym praktycznych rozmówek. Strata czasu!

3. Antoni Wit w wieku trzech lat. Już jako mały chłopiec był bardzo zainteresowany muzyką. Potrafił wyciągnąć szufladę z komody, ułożyć ją na kolanach i udawać, że gra na akordeonie

Cieszę się, że jakieś dziesięć lat temu wróciłem do języka rosyjskiego. Kiedy teraz jadę do Rosji, mogę rozmawiać po rosyjsku i to jest przyjmowane naprawdę bardzo pozytywnie. Zresztą na całym terenie dawnego Związku Radzieckiego jest to język bardzo przydatny. Na przykład na Litwie czy w Armenii, nie mówiąc o Ukrainie, najlepiej rozmawiać z muzykami właśnie po rosyjsku. A wracając do liceum: sposób uczenia niektórych przedmiotów i zakres wiedzy, jaki musieliśmy sobie przyswoić, był - moim zdaniem - zupełnym nieporozumieniem. O ile sobie przypominam, uczyłem się o szkielecie królika czy anatomii żaby. Właściwie nie jest to wiedza, która świadczy o ogólnym praktycznym wykształceniu.

4. Pierwsza Komunia Święta, 1954 r. Uroczystość odbyła się w kościele św. Floriana, przy placu Jana Matejki vis-a-vis szkoły podstawowej Antoniego Wita. W tym samym kościele w latach 1949-1951 posługę pełnił Karol Wojtyła

Czy dzięki biologii nie jadał pan żabich udek z większą świadomością?

...Akurat za nimi nie przepadam, chociaż kuchnią francuską się fascynuję. Z lekcji biologii mam inne wspomnienie. Na jednych z pierwszych zajęć profesor roztrząsał zagadnienie: "Które organizmy zaliczamy do roślin, a które do zwierząt?". Zapytałem więc, jaka jest różnica między roślinami a zwierzętami, a profesor przede wszystkim spytał mnie, jak się nazywam. Dalszej jego odpowiedzi nie pamiętam.

Jak długo uczył się pan gry na fortepianie w studiu pani Druszkiewiczowej?

Kilka lat. Gdy byłem tam w piątej klasie, mama skorzystała z możliwości przeniesienia mnie do Państwowej Szkoły Muzycznej przy ulicy Basztowej 23, która była bezpłatna. I tam, ponieważ przyjęto mnie jako zdolnego ucznia, dostałem się pod skrzydła nauczycielki bardzo znanej wtedy w Krakowie, Kazimiery Treterowej. Ona uczyła fortepianu. Chodziłem do niej na lekcje przez trzy lata. Ona dostrzegła, że nie jestem chyba zbyt pracowity, jeśli chodzi o fortepian. Wobec tego nie namawiała mnie, żebym się dalej kształcił jako pianista, i sugerowała, że może by mnie zainteresowały inne dziedziny muzyki. O dyrygowaniu (bo miałem bardzo dobry słuch) mówili inni życzliwi mi pedagodzy tej zasłużonej placówki, tacy jak choćby Antoni Wroński, Helena Życzyńska, Halina Kunzowa, którzy uważali, że stanowczo powinienem dalej się kształcić muzycznie.

Okazało się, że w średniej szkole muzycznej istnieje wydział teorii. Zachęcono mnie, żebym tam zdawał, i rzeczywiście zdałem na teorię. Dyrektorem szkoły średniej był Juliusz Weber. To była interesująca i pozytywna postać. Pamiętam, że był na moim egzaminie wstępnym. Mam takie miłe wspomnienie: kiedy ukończyłem średnią szkołę muzyczną, to zwrócono mi wszystkie moje dokumenty i zobaczyłem, że na moim podaniu o przyjęcie dyrektor Weber napisał: "Wybitny". Widać musiałem się dać poznać z dobrej strony. Z sentymentem wspominam tych, którzy w czasach, kiedy byłem zwykłym młodzieńcem, jednak oceniali, że coś mogę w życiu osiągnąć.

5. Antoni Wit z siostrą i kuzynostwem na Rynku Głównym w Krakowie. Antoni Wit mieszkał w ścisłym centrum Krakowa, a Rynek był częstym miejscem rodzinnych spacerów

Skąd zatem pomysł, by studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim?

Kiedy w 1961 roku zdałem maturę w wieku siedemnastu lat, nie bardzo wiedziałem, kim chcę być. Miałem ukończony wówczas trzeci rok średniej szkoły muzycznej, która trwała pięć lat. Aby iść na studia muzyczne, musiałem mieć dyplom tej szkoły, czyli miałem jeszcze przed sobą dwa lata nauki. Tymczasem w liceum byłem bardzo dobrym uczniem. Na świadectwie maturalnym miałem same oceny bardzo dobre, czego - przyznam się - w dużym stopniu żałuję.

Dlaczego?

Ponieważ uczyłem się wielu rzeczy zbytecznych, a lepiej byłoby, gdybym ten czas poświęcił na uczenie się rzeczy pożytecznych. Ale pytanie, czy sam, niezobowiązany, uczyłbym się właśnie tych rzeczy, które byłyby pożyteczne? Czy nie zbijałbym bąków? Musiałby mną ktoś pokierować. Ponieważ w szkole byłem bardzo dobrym uczniem, a miałem stwierdzone zdolności do matematyki, bo ten przedmiot ogromnie mi się podobał, nauczyciele z liceum uważali, że powinienem iść na politechnikę. Wtedy, a był to początek lat sześćdziesiątych, studia na politechnice były uważane za koronę osiągnięć, coś, o czym marzy każdy człowiek. Przyznam się, że hasło "politechnika" nie działało na moją wyobraźnię i... bardzo dobrze. Nie mówiłem "nie", bo naprawdę nie wiedziałem, co chcę robić. Z pewną dozą zazdrości przeczytałem niedawno w programie jubileuszowym pewnego znanego dyrygenta, że decyzję o wyborze zawodu podjął w wieku lat trzech...

Teraz już wiem, że miałem jedno pragnienie, że właściwie było mi prawie wszystko jedno, co będę robił, ale wiedziałem, że to chciałbym robić naprawdę doskonale i chciałbym z tego powodu być odpowiednio doceniony. Trzydzieści lat temu może bym się krępował o tym powiedzieć, ale teraz uważam, że to było moje wewnętrzne credo życiowe. Robić coś, co potrafię robić doskonale, i być należycie ocenionym. Jeżeli ktoś by mi powiedział: "Antosiu, ty powinieneś zajmować się biologią, bo tu masz ogromne szanse, że będziesz znakomitym odkrywcą", to sobie wyobrażam, że natychmiast pokochałbym biologię. Naprawdę.

6. Świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, 1957 r. Po ukończeniu podstawówki Antoni Wit zdecydował się na kontynuację nauki w V Liceum Ogólnokształcącym (Piątka), szkole o długiej tradycji, zaliczanej do najlepszych placówek w Krakowie

7. Dyplom PŚSM, 1963 r. Dopiero dyplom tej szkoły dał Antoniemu Witowi możliwość ubiegania się o indeks wymarzonej uczelni - Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej

Profesor Franciszek Skołyszewski, który był pana mentorem w średniej szkole muzycznej, nie pomógł panu w podjęciu decyzji?

Profesor Skołyszewski odkrył we mnie talent kompozytorski i uważał, że powinienem iść w ślady Pendereckiego.

Dodajmy, że to Skołyszewski był pierwszym nauczycielem kompozycji Krzysztofa Pendereckiego.

Uważał, że kompozycja to jest coś dla mnie. A ja, gdy byłem w szkole średniej, nie czułem wewnętrznej potrzeby komponowania, ale słuchałem tych rad z zainteresowaniem. Ale wyobraźmy sobie taką sytuację - zdaję maturę i wszyscy mówią: "Antosiu, ty, uczeń, który skończył liceum na samych ocenach bardzo dobrych, powinieneś wybrać jakieś odpowiednie studia", a ja mówię, że nie idę na studia, bo teraz będę kończył średnią szkołę muzyczną. Wszyscy powiedzieliby: "Wit zwariował". Zresztą ja nie byłem przekonany, że teraz mam nic nie robić, tylko kończyć szkołę muzyczną. Proszę sobie wyobrazić, że w gronie rodzinnym doszliśmy do wniosku, że najlepsze dla mnie studia to byłoby prawo, dlatego że studia te uchodziły za niezbyt absorbujące w sensie zajęć. Trochę mi wmówiono, że jak będę studiował prawo, to dam radę skończyć szkołę muzyczną. Inne aspekty wyboru właśnie prawa nie były brane pod uwagę. Byli też tacy, co słusznie pukali się w głowę. Rodzice kolegi mówili do mojej mamy: "Proszę pani, niech pani mu to wyperswaduje, bo co w dzisiejszych czasach można robić po prawie? Żeby być sędzią albo prokuratorem, to trzeba być partyjnym". A mój dom jako prywatna inicjatywa był daleki od partii. Zresztą więcej, Kraków cały był mocno antypartyjny, więc nie mógłbym nawet wyobrażać sobie, że się zapisuję do partii i wszyscy znajomi oceniają, że Wit karierowicz zapisał się do partii. To było traktowane jako trefny element. W innych miastach to nastawienie nie było negatywne w aż tak wielkim stopniu - wystarczy popatrzeć na Katowice - ale w Krakowie...

8. Koncert szkolny, 1954 r. Jako starszy uczeń studia pani Druszkiewiczowej Antoni Wit podczas występów szkolnych grał na fortepianie

A więc rodzina zadecydowała i został pan studentem prawa.

Ale jak już zacząłem studiować, potraktowałem to bardzo poważnie, jak to ja. Zgodnie z moją zasadą, że jak już coś robię, muszę to robić bardzo dobrze. Studiowanie prawa zaczęło mi się podobać. Ale byłem na czwartym roku w szkole średniej i na pierwszym roku prawa i okazało się, że tego właściwie nie można pogodzić. Profesor Skołyszewski powiedział: "No nie, pan ma zaległości, pan nie napisał tych kontrapunktów i fug". No, co tu robić? Wpadłem na pomysł, że wezmę po pierwszym roku na prawie urlop dziekański, żeby skończyć szkołę muzyczną. To nie było łatwe, dlatego że trzeba było mieć jakąś podstawę. A ponieważ ja się trochę leczyłem u różnych lekarzy, którzy ciągle coś u mnie odkrywali, to wreszcie namówiłem jednego z nich, aby wydał odpowiednie zaświadczenie. Poszedłem do dziekana, taki zbolały, cierpiący. Pan dziekan popatrzył na mnie i podpisał bez niczego urlop dziekański. Byłem na urlopie dziekańskim i na piątym roku szkoły muzycznej, zajmowałem się komponowaniem. Skołyszewski już widział we mnie kompozytora, już nawet Pendereckiego sprowadził, by obejrzał moje prace. Tymczasem kompozycje, które napisałem, w najmniejszym stopniu nie budziły mojego entuzjazmu.

Ale dlaczego?

Po prostu mi się nie podobały. Kiedy czytałem biografie kompozytorów, którzy komponowali szybciej, niż mogli zapisać, to zorientowałem się, że brak mi pomysłów na nowe utwory. Nie tylko Mozart tak pisał, ale też i wielu innych, na przykład Szostakowicz. Pewnie dlatego jego partytury są czasami trochę niedbałe; nie miał czasu ich poprawić, bo miał już nowe pomysły. Tymczasem ja nie miałem specjalnie pomysłów. Coś tam napisałem, nawet coś tam było wykonane, nawet uznano, że z powodzeniem, ale przyznam się, że miałem do tego raczej chłodny stosunek.

Chodził pan do szkoły średniej pełnej fantastycznych osobowości. Choćby Marian Wallek-Walewski, barwna postać krytyki muzycznej, nazwany przez Waldorffa "brodatą żmiją".

Nie tylko. W szkole muzycznej otaczało mnie wielu wybitnych profesorów, pasjonatów edukacji muzycznej, którzy nie mieli innych celów, bo kariery solistów nie robili, za to uczenie było dla nich pasją. Byli to jeszcze na przykład wicedyrektor Stanisław Smiczka, Erazma Kopaczyńska, Wanda Waliszewska, Irena Konopacka czy dyrektor Juliusz Weber. Dyrektor uważał, że warto zainwestować w moją naukę, i w związku z tym na pierwszy rok na fortepian posłał mnie do profesora Stefańskiego.

To był pedagog przeznaczony dla najlepszych, mąż Haliny Czerny-Stefańskiej, zwyciężczyni Konkursu Chopinowskiego.

Obawiałem się Stefańskiego, bo nie miałem czasu ćwiczyć. A Stefański też był niezadowolony, że ma ucznia, który nie jest na głównym fortepianie, i mawiał do mnie: "No co, już pan się przeniósł na fortepian?". Nie mógł zaakceptować tego, że byłem na wydziale teorii. Niemniej chodziłem do niego na ulicę Garncarską na lekcje, tak jak wszyscy jego uczniowie.

Był to najsłynniejszy adres w Krakowie: ulica Garncarska 3. Mekka wszystkich pianistów, choćby w późniejszych latach Kevina Kennera, także zwycięzcy Konkursu Chopinowskiego.

Poznałem całą rodzinę, więc to też jest miłe wspomnienie. Byłem oczywiście pod wrażeniem samego mieszkania, w którym było wiele pamiątek i zdjęć związanych z różnymi najsławniejszymi postaciami światowego życia muzycznego. No i oczywiście kilka fortepianów. Po pierwszym roku profesor Ludwik Stefański przekazał mnie pani Wandzie Waliszewskiej, która gry na fortepianie uczyła mnie przez dwa lata. To była wspaniała, niezwykle mądra osoba, wdowa po malarzu Zygmuncie Waliszewskim. Nawiązałem z nią bardzo głęboki kontakt, ale niestety, kiedy skończyłem trzeci rok, ona przeniosła się do Warszawy. Pracowała później w ministerstwie, ale do końca jej życia utrzymywaliśmy bardzo ścisłe kontakty. Była powiernicą w wielu moich sprawach. Bardzo wiele jej zawdzięczam, a gdy pracowała w ministerstwie, też starała się otoczyć mnie opieką. Po jej wyjeździe trafiłem na lekcje do profesora Jerzego Łukowicza.

Studenta profesora Stefańskiego, a zarazem później jego zięcia, męża klawesynistki Elżbiety Stefańskiej.

To był już okres, kiedy wiedziałem, że pianistą nie będę, ale naukę gry na fortepianie musiałem kontynuować. Wmawiałem Łukowiczowi, że marzę o tym, żeby zagrać jakieś utwory, które grałem wcześniej u profesora Stefańskiego. Byłem skuteczny, co oczywiście pozwalało mi oszczędzić czas na przygotowanie się do lekcji. Doszło do takiego zdarzenia, że grałem jedną z etiud, a tu profesor Łukowicz wziął nuty, coś tam czyta, nad czymś się zastanawia i wreszcie mówi: "A to są pana nuty?". "Tak" - odpowiadam. "A pan komuś te nuty pożyczał?". "Nie". Ale już wtedy zrozumiałem, o co mu chodzi, i w końcu mu powiedziałem: "Byłem uczniem profesora Stefańskiego". "No właśnie, widzę tu jego rękę!".

Miałem też w średniej szkole muzycznej profesorkę Irenę Konopacką, która uczyła nas solfeżu. Z kształcenia słuchu byłem dobry, więc niewątpliwie stałem się jej faworytem. Okazało się, że w marcu 1963 roku odbędzie się ogólnopolski konkurs solfeżowy w Katowicach i szkoła chce mnie wysłać. Zaczęliśmy specjalne przygotowania. Pojechałem na ten ogólnopolski konkurs i dostałem trzecią nagrodę. Pani Konopacka niemalże pękła z zachwytu i dumy. Nie ustawała w robieniu mi reklamy w szkole. Lekcje solfeżu polegały potem głównie na tym, że pani Konopacka opowiadała, jak ja wypadłem na tym konkursie. Zresztą jeszcze inny mój talent dał wtedy znać o sobie.

Jaki?

Zdolność do publicznych wystąpień, z czego kompletnie nie zdawałem sobie sprawy. Gdy już dostałem nagrodę i konkurs miał się kończyć, pani Konopacka podeszła do mnie i mówi: "Słuchaj, Tosiu (bo tak do mnie wtedy w szkole mówiono), może wyszedłbyś i powiedział parę słów, podziękował za organizację". Pomyślałem chwilę, wyszedłem i wygłosiłem bardzo zgrabne przemówienie. Pani Konopacka jeszcze raz wpadła w zachwyt.

Kiedy pojawiła się u pana myśl, że może warto byłoby się zająć dyrygenturą?

To też zawdzięczam pani Konopackiej, która wielokrotnie mi powtarzała, że powinienem być dyrygentem. Ale profesor Skołyszewski twierdził, że powinienem być kompozytorem, a nie wracać na prawo. Co tu robić? Pomyślałem, że może akurat dyrygowanie to byłoby to, w czym byłbym dobry. Może rzeczywiście to jest dla mnie najlepsza szansa. Na miesiąc przed egzaminem wstępnym do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej pani Konopacka przedstawiła mnie krakowskim osobistościom życia muzycznego i posłała do profesora Krzemińskiego, który wówczas wykładał dyrygenturę na uczelni, aby mnie ocenił. Profesor wydał mi pozytywną ocenę. To wystarczyło, aby pani Konopacka rozpętała prawdziwe publicity.

Na dziesięć dni przed egzaminem wstępnym poprosiłem dyrygenta Lucjana Laprusa, który działał wówczas w Filharmonii Krakowskiej i w szkole muzycznej, by mnie przygotował do egzaminu. Będę mu wdzięczny do końca życia za podjęcie się tego zadania. Mieliśmy pięć spotkań. Dyrygowałem z wielkim rozmachem, tak wielkim, że mnie ramiona rozbolały. Moja mama okleiła mnie plastrami, abym dał radę pójść na egzamin. Poszedłem obolały. Zdawałem na dyrygenturę, teorię i kompozycję. Na wszystkie kierunki jednocześnie. I na wszystkie mnie przyjęto. Pamiętam, mądra pani dziekan Maria Dziewulska spytała mnie, czy chcę to wszystko studiować. Ja naiwny powiedziałem, że tak. Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Szybko zorientowałem się, że praktycznie jest to niemożliwe. Ale dostałem się na wszystkie trzy kierunki.

Pan Lucjan Laprus był wówczas dyrygentem Chóru Filharmonii Krakowskiej.

Jaka ta Filharmonia Krakowska była wtedy niezwykła! Jak wiele jej zawdzięczam! Moje młode lata upłynęły w jej cieniu, murach i dźwiękach. Chodziłem na koncerty od dziecięcych lat. To była pierwsza orkiestra symfoniczna, którą słyszałem. Wielu muzyków poznałem, wielu muzyków wtajemniczało mnie w zawód. Filharmonia Krakowska jest mi bardzo bliska do dziś. Dyrektorem naczelnym był Tadeusz Krzemiński. Kiedy zacząłem studia, dyrektorem artystycznym był jeszcze Andrzej Markowski, a później Henryk Czyż. Z chórem zaczął pracować Janusz Przybylski. Bardzo dużo wybitnych muzyków grało wtedy w Filharmonii Krakowskiej, na przykład: I skrzypce - Zdzisław Rezner, Leszek Izmaiłow, Karol Teutsch, II skrzypce - Eugeniusz Kawalla, Eustachy Bruczkowski, wiolonczele - Józef Makowicz, Leon Solecki...

...ojciec Elżbiety Pendereckiej...

...tak. Kontrabas - Ryszard Daun, waltornia - Czesław Peciulewicz, człowiek, którego wspominam z dużym szacunkiem, bo to był w tamtych czasach, w latach sześćdziesiątych, jedyny waltornista w Krakowie na wysokim poziomie. Grał w trzech orkiestrach: radiowej, filharmonicznej i operowej - i jeszcze uczył w szkole. Niestety, odbiło się to na jego zdrowiu. Mówiło się wtedy, że krakowskie życie muzyczne stanie, jak odejdzie Peciulewicz. Ale oczywiście świat się nie zatrzymał i obecnie w grupie waltorni są w filharmonii świetni muzycy. Pamiętam fagocistę Kazimierza Siudmaka, Lesława Lica, który grał na klarnecie, czy perkusistę Józefa Stojkę, o którym już wspominałem. I świetnych inspektorów - Henryka Olejniczaka i Czesława Pilawskiego.

W ciągu swojego życia z Orkiestrą i Chórem Filharmonii Krakowskiej dałem wiele wspaniałych koncertów i dlatego tak cenię sobie urządzony przez dyrektora Bogdana Toszę piękny jubileusz mojego pięćdziesięciolecia działalności artystycznej (2014) i siedemdziesięciolecia urodzin, a pięć lat później siedemdziesięciopięciolecia. Gdy wspominam tę instytucję, muszę także przypomnieć dyrektora Jacka Berwaldta, który przez ponad trzydzieści pięć lat odpowiedzialny był za planowanie koncertów. Był to niezwykle kompetentny i oddany filharmonii człowiek, wykonujący zawsze doskonale pracę kilku osób (takie odnosiłem wrażenie). A oto charakterystyczna historia. Otrzymałem od niego telefon w listopadzie z zaproszeniem na następny sezon. Powiedziałem, że dziękuję, ale to stanowczo za wcześnie, więc proszę o telefon po Wielkanocy. Przychodzi kwiecień, wtorek po Świętach Wielkanocnych, o dziewiątej rano telefon: "Mówi Jacek Berwaldt, miałem zadzwonić w sprawie terminu na przyszły sezon...".

Gdy tak wspominam tamte lata i widzę siebie z młodości, to dziś z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że mój wybór zawodu był pod wieloma względami doskonale trafiony.

Dlaczego?

Bo chociaż był to splot okoliczności i w pewnym sensie szczęśliwy przypadek, do dziś znajduję w pracy przyjemność, a czasem ogromną satysfakcję, i chyba uprawiam ten zawód z coraz większą pasją. Praca ta w różnych czasach była w bardzo małym stopniu zależna od politycznych zawirowań. Poza tym od lat zapewnia mi nie najgorszy status materialny, a także podróże, co zawsze było przedmiotem moich marzeń. A przy tym, chociaż jestem ponad dziesięć lat na emeryturze, to nadal mogę uprawiać ten zawód. Ale gdy miałem siedemnaście lat, nie umiałem zdecydować. To jest kwestia nie tylko wieku, ale i dojrzałości życiowej. Moja siostra Małgorzata (obecnie Sas-Topolnicka) także miała mnóstwo wątpliwości i w jej przypadku też rodzina doradziła, co powinna studiować.

I pracowała w tym zawodzie?

Tak. Poszła na AGH, skończyła wydział ceramiki i cale życie pracowała jako inżynier ceramik. Jej starszym kolegą ze studiów był Wiesław Ochman. Właśnie na AGH pierwszy raz go usłyszała. Pamiętam, jak wróciła z koncertu uczelnianego i opowiadała mi, że student z AGH przepięknie śpiewał. Był to właśnie Wiesław Ochman, który też skończył AGH. Siostra wyszła za mąż za kolegę ze studiów. Mieszkali wiele lat na ulicy Długiej, dopóki nie dorobili się własnego domu. Moja siostra pracowała w Nowej Hucie ponad trzydzieści pięć lat. Wiem, że miała okropne dojazdy do pracy: codziennie rano przepełnionym tramwajem. Ale to jej chyba za bardzo nie przeszkadzało. Jest optymistką i na ogół jest w życiu z wielu rzeczy zadowolona. To jest bardzo dobry charakter dla jego posiadacza! Moja siostra ma zupełnie inne usposobienie niż ja.

9. Opinia z Publicznej Szkoły Powszechnej, 1957 r. Bardzo dobra opinia na ukończenie szkoły podstawowej, wystawiona Antoniemu Witowi przez jego wychowawcę, matematyka Stanisława Balalę

Jak to inne? Przecież pan też jest optymistą.

No, tutaj miałbym poważne wątpliwości. Widzę wiele spraw w czarnych barwach, potrafię się przejmować wszystkim na zapas. Boję się z góry, choć jeszcze nie wiadomo, czy jest powód, żeby się przejmować lub obawiać. Od czasów szkolnych, jeszcze sprzed matury, mam kłopoty ze snem. Można powiedzieć, że cierpię na uporczywą bezsenność, i o dziwo, okazało się, że to nie ma zbyt wielkiego znaczenia dla tego, co robię. Ale zwłaszcza wtedy, gdy byłem młodszy i czytałem artykuły czy książki o tym, co grozi ludziom, którzy się nie wysypiają, na jakie choroby są narażeni, to ogromnie się tym przejmowałem. To, że się tym przejmowałem, było często gorsze niż fakt, że nie spałem. A jednak dożyłem już pewnego wieku i okazuje się, że serce mam zdrowe, nawet w bardzo dobrym stanie, i całkiem nieźle funkcjonuję. To jest nauczka, że pewnymi stwierdzeniami nie należy się przejmować, one ogólnie może są i prawdziwe, ale w poszczególnych przypadkach się nie sprawdzają.

10. Policyjne zameldowanie, 1944 r. Tak w czasie okupacji wyglądał akt urodzenia

Próbował się pan leczyć? Mama pomagała?

Nie za bardzo. Mama też miała takie kłopoty, a dawniej właściwie nie było możliwości - poza środkami, nazwijmy to, bardziej lub mniej nasennymi, które zresztą uzależniały.

Może po prostu mniej snu pan potrzebuje?

Nie, nie mogę tak powiedzieć. Nie odnosiłem takiego wrażenia. Dla mnie to był problem, a nie zadowolenie, że mam więcej czasu na studiowanie, bo inni śpią, a ja mogę coś w tym czasie zrobić. Niestety, to nie było tak. Brak snu bardzo mi dokuczał.

11. Waleria i Antoni Surowieccy (dziadkowie ze strony matki). Babcia Waleria była bardzo rodzinna, ale największy wpływ na Antoniego Wita miał jego dziadek

A czy mimo tylu zajęć miał pan w młodości czas na wakacje?

Nasza rodzina zawsze jeździła na wakacje. Te rodzinne wyjazdy polegały na tym, że mama z dwiema siostrami i z dziećmi jechały razem w jedno miejsce. Tak było przez kilka lat.

Dokąd pan jeździł?

Jedną z takich miejscowości, w której cztery razy z rzędu spędziłem wakacje, były Rokiciny Podhalańskie. Oczywiście wakacje w tamtych czasach na tym polegały, że mieszkaliśmy w budynku, który należał do sołtysa, a w ciągu roku służył jako szkoła. W tej szkole stały łóżka, na których rozkładano sienniki z prawdziwą słomą. To były lata pięćdziesiąte. Z domu należało przywieźć pościel, a także garnki, bo tam się gotowało. Cała rodzina mieszkała w jednym albo dwóch domach, bo czasem jeden nie wystarczał. Ale ten drugi to był zazwyczaj sąsiedni dom. Czasem tam przyjeżdżali mężowie sióstr, czasem dziadkowie. Dziadek tak naprawdę na wakacje wyjeżdżał bardzo rzadko, bo nie lubił opuszczać sklepu. A jeżeli już wyjeżdżał, to na krótko. Ale babcia, bywało, że spędzała z nami nawet miesiąc.

Gdy miałem jedenaście, dwanaście lat, to kilkakrotnie pojechaliśmy z mamą gdzie indziej. Już tylko my we trójkę czy we czwórkę, jeszcze z nianią. Byliśmy w Ustroniu Śląskim, Rytrze i Szczawnicy. Pamiętam wyprawę do Gdyni, nad morze, gdzie największym problemem była sama podróż w ogromnie zatłoczonym pociągu. Jeździliśmy też do Kramarzówki. Była to rodzinna posiadłość mojego pradziadka ze strony mamy. Tylko to już była wyprawa jak na koniec świata.

Gdzie znajdowała się Kramarzówka?

Blisko granicy wschodniej, obecnie to powiat Jarosław. Jeszcze przed wojną moja mama regularnie spędzała tam wakacje. Do Jarosławia jechało się pociągiem, a później dwadzieścia pięć kilometrów wozem konnym, co zabierało prawie cały dzień. Ale kiedy w roku 1961 pojechałem tam po raz pierwszy, to z Jarosławia do Pruchnika jeździł autobus, tylko ostatnie pięć kilometrów trzeba było jechać wozem. Pamiętam też, że już w roku 1966 autobus dojeżdżał do wsi. To był luksus...

Powiedział pan kiedyś, że w młodości zakochał się w Tatrach. Kiedy odkrył pan góry?

Jako dziecko byłem z mamą kilka razy w Zakopanem, ale góry mnie zafascynowały znacznie później. Z kolegami z Akademii Muzycznej - Jackiem Frydrychem i Józkiem Serafinem - wybrałem się do Zakopanego i wtedy zakochałem się w górach. Od tamtej pory niejednokrotnie chodziłem po górach, ale nie wspinaczkowo, tylko po szlakach. Teraz ubolewam, że Zakopane wzbudza niechęć, żeby nie użyć gorszego słowa. Czasem żona proponowała: "A, pojedźmy sobie do Zakopanego". Zdarzyło nam się to kilka razy i zawsze mówiliśmy, że już nigdy więcej. To straszne, co tam się dzieje, na przykład na Gubałówce: ten handel, grill, tłum. Przykre. W roku 1966 byłem 1 maja na Giewoncie. Było jeszcze trochę śniegu, ale jaka pustka wkoło. Gdzieś tam daleko majaczyły pojedyncze postaci. Góry puste, bez ludzi, to jest zupełnie coś innego. To jest klimat niezwykły, za którym bardzo tęsknię. Iść z przyjaciółmi w góry i przez pół dnia nie spotkać nikogo. To piękne. Teraz to jest niemożliwe.

Przetrwały pana przyjaźnie z młodych lat?

Niestety, nie za bardzo. Właściwie w okresie nauki w szkole podstawowej i liceum nie miałem przyjaciół. No, może jeden czy drugi kolega do mnie czasem przyszedł na partię szachów albo chciał się dowiedzieć, co było w szkole, ale to wszystko. Byłem trochę izolowany od rówieśników.

Izolowany od rówieśników? Z jakiego powodu?

Miałem "łatkę" chorego na serce, więc powstrzymywano mnie zwłaszcza od zabaw, podczas których mogłem się zmęczyć. Moje wychowanie chyba nie przebiegało dobrze pod tym względem. Babcia z dziadziem byli zajęci w sklepie, mama w aptece, a na co dzień opiekowała się mną niania Aja. Nauczyłem się pisać i czytać jeszcze w domu, co spowodowało, że rozpocząłem naukę od razu od drugiej klasy. Z tego akurat jestem bardzo zadowolony, bo gdyby nie ta sytuacja, to moje życie ułożyłoby się całkiem inaczej. Miałem wiele szczęścia, że tak ukształtował się harmonogram mojej nauki. Chociażby dlatego, że Akademię Muzyczną w Krakowie zacząłem wtedy, kiedy przyszedł Henryk Czyż, i zdążyłem ją skończyć, zanim on odszedł. Jakie to trzeba mieć szczęście! Studia pod kierunkiem kogoś innego byłyby może tylko stratą czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjaciół w dzieciństwie nie miałem. Nad czym bardzo ubolewam.

Czyli był pan ciągle poza grupą?

Tak. Przyjmowałem postawę obserwatora. Zdaję sobie sprawę, że człowiekowi, zwłaszcza jeśli uprawia taki zawód jak ja, potrzebna jest nauka zachowań społecznych, w towarzystwie. Ja tego nie miałem. Później, gdy byłem w szkole ogólnokształcącej i jednocześnie w szkole muzycznej, nie miałem czasu na przyjaźnie, może dopiero na studiach. Jak wychodziłem z liceum, to szedłem czasem i na pięć godzin do szkoły muzycznej... Pamiętam, że w szkole było harcerstwo, wszystko jedno jakie, ale mnie namawiano, żebym do niego wstąpił. Broniłem się przed tym zażarcie, i słusznie, że nie mam czasu, mam szkołę muzyczną, więc już nie mogę się harcerstwu poświęcać. A teraz, jak czytam w mądrych rozprawach, że ludzie, którzy mają krąg znajomych, dzwonią, rozmawiają, spotykają się, żyją dłużej, to znowu sobie myślę, że mi to źle wróży. Bo ja zbyt dużego takiego kręgu nie mam.

Jak pan dziś, po latach ocenia, kto miał na pana największy wpływ?

Duży wpływ na moją osobowość miała niania Aja, dlatego że z nią spędzałem dużo czasu. Sądzę, że ona w bardzo dużym stopniu ukształtowała mój charakter. Powtarzała mi często, że mam być najlepszy. Może stąd zawsze byłem i jestem człowiekiem bardzo ambitnym.

I myśli pan, że zawdzięcza to niani?

Nie wiem, czy jej zawdzięczam, a także nie wiem, do jakiego stopnia to jest dobra cecha, i nie wiem, w jakim stopniu była u mnie wrodzona.

Ambicja w zawodzie artystycznym wydaje się niezbędna.

Myślę, że postawa niani miała bardzo duży wpływ na wykształcenie tej cechy u mnie. Przypominam sobie taką scenę: miałem sześć lat, byłem uczniem eksperymentalnego studia muzycznego. Ponieważ miało to wszelkie cechy szkoły, po pół roku były już wydawane świadectwa. Na tym świadectwie z fortepianu miałem ocenę dobrą. Pamiętam, że niania zostawiła mnie na korytarzu i poszła do sekretariatu się wykłócać, bo jak mówiła: "Co to znaczy, żeby Antoś miał ocenę dobrą, powinien mieć bardzo dobrą". Pamiętam, że wtedy to do mnie nie przemawiało ani nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Ale jeśli takie sceny rozgrywają się w dzieciństwie, nie mogą pozostać bez wpływu na charakter i osobowość człowieka.

A dostał pan tę piątkę?

Nie, dostałem wtedy dobry. A pedagodzy popatrzyli pewnie na nianię ze zdziwieniem. To pokazuje, jak ona bardzo była za mną, jaki miała charakter i jaką miłością mnie obdarzała.

Studia

Patrzcie panowie, kto dyryguje

Rozpoczął pan studia na Akademii Muzycznej w 1963 roku. Był pan wtedy jednocześnie studentem drugiego roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dwie uczelnie, cztery kierunki studiów. Nie za dużo?

Przyznam, że gdy opadła euforia z powodu dostania się na trzy kierunki do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (tak wtedy nazywała się ta uczelnia), zacząłem się zastanawiać, co zrobić z tym nadmiarem szczęścia. Co studiować? Zostawić prawo? Zdawałem sobie sprawę, że studiować prawo tak, jak studiowałem, a jednocześnie studiować w PWSM - i to tak, żeby to miało sens - niestety się nie da. Ktoś mi podrzucił pomysł, żebym się przeniósł na zaoczne prawo. To dobry pomysł, ale musiałem zdobyć zaświadczenie, że pracuję. Tutaj pomógł mi uczynny człowiek, profesor Jerzy Łukowicz, który po protekcji załatwił mi w eksperymentalnym studiu na ulicy Gołębiej jedną godzinę tygodniowo lekcji umuzykalnienia. Zdobyłem zaświadczenie, że pracuję, i na tej podstawie przeniosłem się na prawo zaoczne. No to żyjemy!

Zaoczne prawo nie stawiało takich wymagań przed studentami jak dzienne?

Przede wszystkim zabierało znacznie mniej czasu. Studenci prawa zaocznego mieli zajęcia co dwa tygodnie, w soboty i niedziele. W dodatku nie były to zajęcia obowiązkowe. Natomiast mogłem się fakultatywnie zapisać na ćwiczenia z dowolnego przedmiotu i chodzić co tydzień, jeśli godzina by mi odpowiadała, oraz chodzić ze studentami stacjonarnymi, bo miałem prawo wybierać różne grupy.

Miał pan na prawie wielu wybitnych pedagogów, między innymi profesora Adama Vetulaniego z historii państwa i prawa polskiego (na marginesie, ojca Jerzego Vetulaniego, słynnego biochemika). Jaki ci pedagodzy wywarli na pana wpływ?

Teraz już wiem, że dość duży. Kontakt z tak wybitnymi postaciami był dla mnie niezwykle cenny. Wśród pedagogów miałem wspaniałe osobowości. Byli to profesorowie, których wykłady wspominam jako przeżycia wyższego rzędu: Władysław Wolter, Jan Gwiazdomorski, Wacław Osuchowski czy wspomniany już Adam Vetulani. A także wielu świetnych asystentów, którzy potem zostali sławnymi profesorami: Stanisław Waltoś, Paweł Sarnecki, Andrzej Delorme, Wojciech Maria Bartel, Wiesław Lang czy Stanisław Włodyka. To były osobowości wielkiego formatu. Miałem także wielu wybitnych kolegów, jak Piotr Sztompka (syn naszego sławnego pianisty, później wybitny socjolog), Krzysztof Pałecki, Rett Ludwikowski czy Sławomir Pietras (później wieloletni dyrektor polskich teatrów operowych, który po roku przeniósł się do Poznania, gdyż - jak mówił - opera gra tam 6 razy w tygodniu...).

Podobało się panu prawo czy jedynie z rozpędu pan studiował?

Bardzo mi się podobało. Przeglądałem niedawno mój indeks, większość stanowią oceny bardzo dobre. Inna rzecz, że to może skutek mojego równoległego studiowania na uczelni artystycznej.

Jak to?

Umiałem robić dobre wrażenie na profesorach. To jest bardzo ważne, ale na uczelni trzeba jednak mieć też wiadomości, na samym dobrym wrażeniu daleko bym nie zajechał. Czasem miałem szczęście, ale to zupełnie inna historia. Na prawie był taki system, że należało jeden egzamin zdać przed wakacjami, a pozostałe, na ogół trzy albo cztery, zostawały na po wakacjach. Zachęcony przez profesora Henryka Czyża (od dyrygentury w PWSM), który popierał studiowanie przeze mnie prawa, studiowałem je dość intensywnie. A później już mi się zrobiło żal - po trzech latach bardzo niewiele brakowało do końca, więc szkoda było mi rzucić. Mogę się pochwalić, że miałem na prawie pewne sukcesy.

Jakie?

Chodziłem na proseminarium z prawa rzymskiego. Profesorem był Wacław Osuchowski, a prawo rzymskie uchodziło za najtrudniejszy przedmiot, zakałę studiów. Zdać prawo rzymskie - to była korona wszystkiego. Ja z prawa rzymskiego byłem doskonały, chodziłem na proseminarium i pewnego dnia profesor Osuchowski mnie zaprosił. Powiedział tak: "Pan jest na zaocznym, chcielibyśmy zaproponować, żeby pan zostawił pracę i przeniósł się na studia stacjonarne, a dostałby pan stypendium naukowe". Bardzo to było miłe, ale grzecznie podziękowałem i wtedy wyznałem panu profesorowi, że w bardzo małym zakresie pracuję, bo przede wszystkim studiuję w szkole muzycznej i niestety z tymi studiami prawo stacjonarne nie dałoby się pogodzić. Ale było mi bardzo przyjemnie usłyszeć coś takiego.

Później miałem jeszcze propozycję z katedry prawa cywilnego, od innego wybitnego wykładowcy, docenta Góreckiego, który niestety musiał wyemigrować w 1968 roku. Kiedy o tym mówię, to wygląda, że się przechwalam, ale rzeczywiście mam bardzo miłe wspomnienia ze studiów prawniczych, które w końcu ukończyłem pomyślnie. Mimo że Adam Rieger, wybitny pedagog, muzykolog, pianista, ciągle powtarzał, że studiowanie prawa jest z mojej strony zupełną głupotą.

A pan jak o tym myśli z perspektywy czasu?

Niestety uważam, że Adam Rieger miał w dużym stopniu rację. Byłoby o wiele lepiej, co widzę zwłaszcza teraz, gdybym porzucił prawo. Istnieje wiele utworów, którymi nie zadyryguję nigdy w życiu, bo nie zdążę się ich nauczyć - repertuar tak się rozszerzył. Dyrygowałem na przykład pięcioma symfoniami Brucknera, a jest ich dziesięć! Dyrygowałem siedmioma symfoniami Szostakowicza, a jest ich piętnaście. Lepiej byłoby, gdybym się tym zajmował, zamiast studiować prawo.

Ale czy prawo nie dało panu pewności w zawodzie artystycznym? Dyrygentów potrzeba kilku, ale prawników wielu.

Kiedyś rzeczywiście ukończenie prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim robiło na wszystkich wrażenie. Jest to kierunek rozszerzający horyzonty młodego człowieka, co było bardzo ważne. Na pewno pomogło mi to, kiedy zacząłem zajmować stanowiska dyrektorów orkiestr. Natomiast Adam Rieger uważał, że jestem bardzo zdolny i muzyce powinienem się poświęcić, a nie tracić czas na studiowanie prawa. I w tym kontekście dziś uważam, że miał rację.

Kiedy w 1963 roku rozpoczął pan studia na Akademii Muzycznej w Krakowie, która wówczas nosiła nazwę Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, odszedł z uczelni Witold Krzemieński. Zasłużony polski dyrygent...

...który przyjmował mnie na studia. Witold Krzemieński przenosił się wtedy do Poznania, gdzie rozpoczął pracę w filharmonii. Początek roku akademickiego to były ogromne zmiany na uczelni, ale dla mnie bardzo szczęśliwe. Okazało się, że rektor, profesor Bronisław Rutkowski - inna wybitna postać z tamtych lat - zachęcił Henryka Czyża, który w tym czasie nie był związany z żadną instytucją w Polsce, żeby właśnie w Krakowie rozpoczął pracę jako dojeżdżający pedagog. Tak trafiłem do klasy profesora Czyża. Na pierwszych zajęciach u niego okazało się od razu, że moje wyobrażenie o zawodzie dyrygenta jest dość dalekie od tego, jak zawód i pracę dyrygenta rozumie Henryk Czyż.

12. Spotkanie z Nadią Boulanger, Kraków, 1963 r. Od lewej m.in.: Jerzy Gert, rektor Bronisław Rutkowski, prof. Jan Hoffman, Andrzej Bachleda, prof. Aleksander Frączkiewicz. Zanim w 1967 r. Antoni Wit wyjechał na stypendium do Paryża, do Nadii Boulanger, miał okazję poznać ją w PWSM w Krakowie, gdzie przyjechała z wykładami o muzyce

Krótko mówiąc, dla Czyża dyrygent był przede wszystkim kimś w rodzaju aktora. Wobec tego bardzo ważne były wszelkie ruchy, gesty, mowa ciała. Poza tym oprócz samej muzyki bardzo ważne było dla niego skłonienie ludzi grających w orkiestrze do podporządkowania się woli dyrygującego i to najlepiej w taki sposób, aby jeszcze dawało im to satysfakcję.

W każdym razie to wszystko już od pierwszych lekcji było oczywiste. Czyż interesował się mną bardzo kompleksowo: "Co pan robi? Ach, pan studiuje prawo, to bardzo, bardzo dobrze". I prawdę mówiąc, ten głos Czyża był jednym z powodów, dla których skończyłem prawo. W życiu zawsze miałem i lubiłem mieć autorytety. W szkole średniej na pewno takim autorytetem był dla mnie Franciszek Skołyszewski, z wyjątkiem tego, że chciał zrobić ze mnie kompozytora. Natomiast na studiach był nim profesor Henryk Czyż. We wszystko, co mówił na temat muzyki, święcie wierzyłem. Teraz, po latach, często zastanawiam się, dlaczego ja i wszyscy moi koledzy tak bardzo mu wierzyliśmy. Dlaczego Czyż był takim Panem Bogiem, że było to nawet przedmiotem zazdrości innych profesorów?

Może miał charyzmę.

Miał - i to niezwykłą. Po latach myślę, że to nasze uwielbienie dla niego było związane z jego osobowością i sposobem, w jaki nas uczył. On po prostu, cokolwiek robił, oczekiwał przede wszystkim akceptacji, wręcz uwielbienia ze strony tych, z którymi się stykał. To był chyba główny cel jego działalności. Również jego praca w orkiestrze na tym polegała, że orkiestra musiała go uwielbiać. Niewykluczone, że właśnie dlatego wszędzie krótko był szefem, bo po trzech latach to już nie wszyscy uwielbiają swojego dyrygenta, a tego Czyż nie mógłby znieść.

Gdy w 1973 roku blisko poznałem Bernsteina, asystowałem mu, okazało się, że ma osobowość bliźniaczo podobną do Czyża. Bernstein - zdawało się - działał tylko to po, żeby wszyscy go kochali, żeby wszyscy mówili: "Mój Boże, jaki ty jesteś cudowny, jaki wspaniały". I to niezależnie od tego, co robił. Wszyscy musieli kochać Bernsteina. Kiedy byłem na stypendium w 1967 roku w Paryżu, poznałem muzyków z bardzo dobrej Orchestre Philharmonique i pewien wiolonczelista mi powiedział: "Pan był uczniem Czyża, on tu u nas dyrygował. Powiem panu, dwaj najlepsi dyrygenci, z którymi kiedykolwiek grałem, to byli Bernstein i Czyż". I to zestawienie zupełnie mnie nie zdziwiło. Ten sam typ osobowości, powiedzmy, wręcz bliźniaczy. Po krótkim czasie nauczania wokół Czyża jaśniała już aureola, złożona z jego studentów.

Ale w tamtych latach na Akademii Muzycznej wiele było wybitnych postaci wśród pedagogów. Których pan przede wszystkim wspomina?

Na przykład Adama Riegera, o którym już mówiłem. Miałem z nim lekcje fortepianu i z łatwością stał się także moim autorytetem.

Czym sobie na to zasłużył?

Mądrością i życzliwością. Była to niezwykle barwna i oryginalna postać. Fenomenalnie znał obce języki. Adam Rieger potrafił być tłumaczem symultanicznym. Tak właśnie tłumaczył na przykład na spotkaniach z Nadią Boulanger, która wizytowała naszą uczelnię w roku 1963. Potrafił wziąć fachową książkę niemiecką, francuską czy angielską i czytać wzrokiem, tłumacząc bez najmniejszego zastanowienia. Później dowiedziałem się, że przed wojną był bardzo dobrze zapowiadającym się pianistą, skończył z najwyższym odznaczeniem konserwatorium w Krakowie, co wtedy miało wielkie znaczenie. To nie było tak jak dzisiaj, że co chwilę przyznają studentom wyróżnienia. A jednak Adam Rieger jako pianista nie zrobił tak zwanej kariery, a potem był tylko docentem, nie profesorem. Przez pewien czas dyrektorował w liceum muzycznym i wykładał w PWSM, lecz chyba nie cieszył się na uczelni takim uznaniem, na jakie zasługiwał. A mimo to nie było w nim śladu zgorzknienia. On był niezwykle życzliwie, wręcz entuzjastycznie usposobiony do studentów, a poza tym miał wspaniałe pomysły muzyczne. Studiowałem u niego fortepian i już po pół roku orzekł, że mam nadzwyczajny talent do tego instrumentu, że w ogóle mam nadzwyczajny talent. On poza tym umiał szalenie barwnie i interesująco opowiadać. Był bardzo mądrym człowiekiem, ale ja niestety nie zawsze go słuchałem.

Co takiego mówił panu Adam Rieger?

Na przykład: "Ty prawo studiujesz, chyba zwariowałeś". To zdanie do dziś dźwięczy mi w uszach. Albo: "Po coś ty w szkole uczył się łaciny, to już się nic nie da zrobić, ale to w ogóle stracony czas". Albo: "Zacząłeś się uczyć francuskiego - a po co? Teraz trzeba przede wszystkim szlifować angielski". Dużo miał racji w tych słowach.

Kiedy pan rozpoczynał naukę na Akademii Muzycznej, rektorem był Bronisław Rutkowski.

Niestety, zmarł po roku mojego studiowania. Była to postać wspaniała i otoczona powszechnym szacunkiem. Pamiętam znaną historię z czasów, kiedy byłem na pierwszym roku. Wtedy zaczął odnosić sukcesy zespół MW2.

13. Indeks Wydziału Prawa UJ. Antoni Wit mógł po maturze dostać się na każdą uczelnię - oprócz PWSM, gdyż nie miał jeszcze dyplomu średniej szkoły muzycznej. Wybrał wówczas prawo i ukończył je z sukcesem, choć miał świadomość, że prawnikiem nie będzie

Tak, z Adamem Kaczyńskim na czele.

To był zespół bardzo eksperymentalny, którego koncerty gromadziły dosyć dużą publiczność, bo często przebiegały w atmosferze pewnej sensacji, nie zawsze uzasadnionej muzycznie. Na jednym z koncertów był rektor Rutkowski, a on miał taką cechę, że zwłaszcza jak był troszkę podenerwowany, to się jąkał. Koncert się skończył, wychodzimy i studenci podekscytowani do niego: "Ach, co pan rektor myśli o tym koncercie?".

Rektor Rutkowski zaczął mówić i widać było, że nie może się wysłowić z powodu tego jąkania. I wyszło coś takiego: "Jjjaaa myślę, że to jest... gggówno". To słowo w ustach tego kulturalnego, dystyngowanego rektora brzmiało sensacyjnie!

Rektor był zaszokowany koncertem.

To jest zupełnie zrozumiałe. Pamiętam, wtedy były grane utwory Schaeffera połączone z teatrem instrumentalnym, odbywało się na estradzie lanie wody, rzucanie grochem... Ale byli tam też świetna flecistka Barbara Świątek i pianista Marek Mietelski, który z poważną miną grał najśmieszniejsze role.

Artyści występowali w piżamach...

Pamiętam, na pierwszym roku moim kolegą na studiach był Jacek Zieliński (z późniejszych Skaldów). On był uczniem profesora Hoffmana i coś nie bardzo współpraca im się układała. I po pierwszym roku Jacek zmienił specjalność, zmienił profesora, a Hoffman mówił: "Ja mu powiedziałem przecież, że powinien robić coś innego, kupić sobie grochu i będzie kompozytorem...".

Piękna aluzja...

...tak, to była aluzja do występów w MW2, bo oczywiście profesor Hoffman też chodził na występy MW2, bo była wtedy taka moda.

Kolejnym rektorem została Eugenia Umińska, też postać wybitna i niezwykła, bardzo kulturalna i dystyngowana osoba, o której przejściach okupacyjnych niestety niewiele wiedzieliśmy. Potem Jan Hoffman, postać trochę zabawna, ale interesująca.

Zabawna?

Miał takie swoje słabostki, które studenci zaraz podchwytywali, ale nie chciałbym o tym mówić, bo była to przecież osobowość wybitna.

Uczyli nas też inni znakomici profesorzy: Maria Dziewulska, Józef Chwedczuk, Tadeusz Machl, Aleksander Frączkiewicz, Bogusław Schaeffer, Krzysztof Missona zaangażowany na wniosek Henryka Czyża. Był oczywiście Krzysztof Penderecki, u którego zacząłem studiowanie kompozycji, choć nie miałem do kompozycji specjalnego przekonania.

Równocześnie atmosfera panująca na uczelni była niezwykle stymulująca - właściwie wszyscy sądziliśmy, że zostaniemy wybitnymi muzykami. Miałem wielu utalentowanych kolegów, byli to między innymi Marek Stachowski, Krzysztof Meyer, Stanisław Radwan, Stefan Wojtas, Leszek Polony, Józef Serafin, Bolesław Bieniasz, Jacek Frydrych i wielu, wielu innych. Z wieloma z nich łączyła mnie także długoletnia przyjaźń po ukończeniu studiów, jak z Markiem Stachowskim i Krzysiem Meyerem (byłem wykonawcą wielu napisanych przez nich kompozycji) czy ze Stefanem Wojtasem, z którym utrzymujemy miłe stosunki do dnia dzisiejszego (podziwiam jego wspaniałe osiągnięcia jako długoletniego dyrektora Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia, placówki, którą kiedyś sami kończyliśmy, a także osiągnięcia pedagogiczne, jak wykształcenie wielu młodych, doskonałych pianistów, z którymi miałem przyjemność niejednokrotnie występować).

Oczywiście było też kilku pedagogów, którzy na zajęciach mieli tylko jedno życzenie: żeby student ich zagadał, żeby nie trzeba się było zajmować tym, co było przedmiotem zajęć. Choć oceniałem to bardzo negatywnie, to wtedy, z uwagi na drugie studia, było mi to czasem na rękę. Ale nie do pomyślenia, by takie zajęcia mógł prowadzić Henryk Czyż. On nas uczył dyrygowania i życia z dyrygowaniem, zwracał uwagę na wiele spraw, nie tylko muzycznych.

Na co na przykład?

Na przykład od pierwszej lekcji, a potem w ciągu całej nauki powtarzał często: "Panowie, a jak języki obce?". Ja niestety tutaj byłem bardzo słaby. Bo rosyjski miałem "kulawy", trochę się uczyłem niemieckiego, ale wszystko to było marne. Profesor Czyż stawiał sprawę jasno: "Panowie, jak się uczycie dyrygować, a nie znacie języków, to w ogóle dajcie sobie spokój". Szybko się przekonałem, jak bardzo te uwagi były prawdziwe. W czasach, kiedy zaczynałem swoją działalność dyrygencką, jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, angielski nie był tak jak dzisiaj powszechnie znanym językiem i we Włoszech, Hiszpanii czy Francji naprawdę trudno się było porozumieć z ludźmi w jakimkolwiek innym języku poza ich własnym. Czyż miał stuprocentową rację. A ponieważ był dla mnie autorytetem, postanowiłem sobie, że muszę się nauczyć języków obcych. Od drugiego roku studiów zabrałem się za naukę. Wymyśliłem sobie francuski. Nie wiedziałem, czy to dobrze - jak wspomniałem, Rieger mnie skrytykował, że jestem niemądry, że przede wszystkim trzeba się uczyć angielskiego. I miał rację, no ale ja postanowiłem się uczyć francuskiego.

Dlaczego?

Ponieważ w PWSM uczyła francuskiego Stefania Des Loges, pani szalenie wymagająca. To była starsza nauczycielka, która miała metody nieco staroświeckie, a podręcznik chyba jeszcze przedwojenny, ale jeśli ktoś się nie uczył, to po prostu odstawał i rezygnował. A ponieważ mi zależało, ostro wkuwałem. I proszę sobie wyobrazić, jak teraz czasem dyryguję we Francji i pracuję z orkiestrą w tym języku, to podchodzą do mnie muzycy i mówią: "Jak to miło, że mówi pan do nas po francusku" albo: "Ten pański francuski jest taki archaiczny, rzadko się teraz taki słyszy". W tamtych czasach możliwości wyjazdów zagranicznych były niewielkie, a Czyż od razu powiedział: "Panowie, uczcie się języków, bo stypendia czekają".

14. Dyplom Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, 1967 r. Antoni Wit ukończył studia o rok wcześniej na życzenie prof. Henryka Czyża

W tym czasie pani Waliszewska, moja dawna nauczycielka fortepianu, pracowała w Ministerstwie Kultury, w którym rozdzielano te stypendia. Byłem na pierwszym roku. Czyż przyjechał kiedyś z Warszawy i powiedział: "Proszę pana, pan ma jakąś ciocię w ministerstwie? Takie znajomości trzeba pielęgnować". Czyż miał swoją metodę, nas tępił i gnębił, ale oczywiście wobec innych nas chwalił, więc pani Waliszewska powtarzała mi, że Czyż mnie w ministerstwie wychwalał i to bardzo.

Okazało się wtedy, że już od wielu lat w Weimarze odbywa się seminarium muzyczne. W 1965 roku pojechał tam kolega dyrygent i opowiadał o tym z wielkim entuzjazmem. Kursy prowadził świetny dyrygent Arv?ds Jansons, ojciec Marissa Jansonsa. W 1966 roku wymarzyłem sobie, aby pojechać do Weimaru. Zacząłem się o ten wyjazd starać, a pani Waliszewska mi pomogła. Były osoby, które mi to odradzały. Mówiły, że jak ministerstwo wyśle mnie do Weimaru, to później będę już skreślony na pięć lat, nie dostanę żadnego innego stypendium. Takich doradców nie słuchałem. Chciałem jechać. Bardzo.

A niemiecki?

No właśnie. Musiałem się zabrać za niemiecki. No to się wziąłem. Na uczelni mieliśmy też świetną nauczycielkę tego języka, Ewę Jarosińską. Na lektoracie było tylko kilka osób, czasami zostawałem sam i ku zdziwieniu pani profesor nie chciałem anulować zajęć. Poza tym pani Jarosińska miała wiele uroku... i do Weimaru pojechałem. Miałem możliwość przedłużenia pobytu i w sumie byłem tam cały miesiąc. Przez ten czas nauczyłem się bardzo dużo, dotyczy to także języka niemieckiego.

Teraz po latach widzę, jak bardzo byłem zapóźniony z tymi językami. Po pierwsze, nie uczyłem się ich w dzieciństwie, a po drugie, w nauce języka obcego trzeba przejść pewien próg, aby móc się już komunikować - i wtedy nauka idzie zupełnie inaczej. Jak człowiek widzi, że jest rezultat, to praca staje się przyjemniejsza i wydajniejsza. Szybko zacząłem robić postępy.

15. Dyplom Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1969 r. Antoni Wit ukończył zaocznie studia prawnicze, do czego zachęcał go także jego mistrz prof. Henryk Czyż

A tymczasem nadszedł już rok 1966, profesor Czyż od ponad roku był dyrektorem artystycznym Filharmonii Krakowskiej i zaczął przebąkiwać, że jestem u niego już trzy lata i że powinienem zrobić dyplom w przyszłym roku, czyli na czwartym, zamiast na piątym. Podejrzewam, że on już planował, iż za rok odejdzie. I tak się stało. Nastawiłem się więc, że będę robił dyplom, a tu nagle profesor zasugerował, że trzeba pomyśleć o zagranicznych stypendiach. Z początkiem roku szkolnego 1966/67, gdzieś w październiku, gruchnęła wiadomość, że jest możliwość wyjazdu na stypendium do USA. To ja zacząłem uczyć się angielskiego jak szalony. Bardzo mądrze powiedział Rieger, że języka obcego można się uczyć tylko intensywnie, każda inna metoda to strata czasu. Opowiadał, że jak uczyli szpiegów języków obcych, to po dziesięć godzin dziennie. I ja się tak uczyłem wtedy angielskiego.

Sam się pan uczył?

Miałem wprawę, bo znałem już nieźle francuski, nieźle niemiecki, poza tym wtedy miałem bardzo dobre książki do nauki. Ktoś mi pomagał, ale systematycznych lekcji nie miałem, stąd wymowę do dzisiaj mam, jak to mówią, galicyjską. Starałem się o to stypendium do Ameryki, a tymczasem trzeba było wypełnić kwestionariusze. W nich należało podać, jakimi się mówi językami. Żeby zrobić lepsze wrażenie, podałem francuski, niemiecki, angielski oczywiście i rosyjski. I nawet zdarzyła się taka historia: Czyż przyjechał kiedyś z ministerstwa i powiedział do mnie, że chyba przesadziłem, bo urzędniczka go poprosiła i pytała, czy ten młody człowiek mówi rzeczywiście czterema językami. W styczniu w ministerstwie usłyszałem jednak: "Niestety, stypendium pana do Ameryki jest niemożliwe, ale pan podaje, że zna pan francuski, jest możliwość uzyskania stypendium do Francji. Proszę przyjechać za dwa tygodnie na egzamin z języka francuskiego". Francuski znałem na tyle, że mogłem zdać ten egzamin. Egzamin polegał na rozmowie z panią w ministerstwie.

Muszę tu podkreślić, jak dużo profesor Czyż dla mnie zrobił. Chodził ze mną osobiście po ministerstwie, po różnych pokojach, przedstawiał mnie różnym paniom, instruował, jak z nimi trzeba rozmawiać. Pod tym względem był nadzwyczajny. Niezwykle dużo zrobił, żeby wprowadzić mnie w życie, ułatwić mi start zawodowy. To było również jednym z ważnych powodów, dla których, gdy byłem później dyrektorem Filharmonii Narodowej, reaktywowałem stanowisko asystenta dyrygenta. Do dziś swoim studentom bardzo dużo pomagam.

Wygląda na to, że spłaca pan dług, który zaciągnął pan u Henryka Czyża.

Tak, pomagam, bo mnie pomagano. Przede wszystkim pomagał mi Czyż, ale później także Rowicki i Krenz. A do Francji pojechałem do Nadii Boulanger i to na cztery miesiące, ale już po studiach, po dyplomie.

Pierwszy pana wyjazd zagraniczny to było stypendium w Weimarze, w 1966 roku. Jak pan ocenia ten wyjazd?

Miałem wtedy dwadzieścia dwa lata i było to dla mnie wielkie wydarzenie. Cieszę się, że ten wyjazd wykorzystałem pod każdym względem. Po właściwym kursie zostałem jeszcze na dwa tygodnie, zwiedziłem Lipsk, Drezno i okolice, a także bardzo podciągnąłem niemiecki. Do dzisiejszego dnia niemiecki to jest ten język, w którym czuję się najswobodniej, bo to jest język, którego uczyłem się najwcześniej. Chłonąłem go, ale moim doświadczeniem było również to, że z trudnością w mowie Niemców rozpoznawałem niemiecki. Było to dla mnie pierwsze zetknięcie z różnymi dialektami. Słuchałem Niemców mówiących po niemiecku i początkowo z trudnością się orientowałem, że oni w ogóle mówią po niemiecku. Wyjechała nas wtedy z Polski dość duża grupa, dziesięć osób, studentów różnych specjalności, z uczelni z całej Polski.

Czy kursy w Weimarze były dla pana pożyteczne pod względem zawodowym?

Niesłychanie, bo codziennie mieliśmy zajęcia z profesjonalną orkiestrą symfoniczną z Jeny. Dla studenta to bardzo cenna sprawa. Głównym prowadzącym był Arv?ds Jansons, świetny, starszy dyrygent, z pochodzenia Łotysz, którego wiedza na tematy orkiestrowe była naprawdę bardzo głęboka. Prowadził zajęcia w sposób konserwatywny i uważam, że to bardzo dobrze. Zupełnie inaczej niż Henryk Czyż, który z jednej strony dawał nam do zrozumienia, że mamy dyrygować tak jak on, bo nie ma lepszego dyrygenta, ale z drugiej strony mówił czasem: "Zobaczcie, jak ktoś inny dyryguje, zobaczcie, że też tak można, że wcale nie trzeba tak jak ja". Wiele uwag Jansonsa pamiętam do dzisiaj.

Jakich?

Tu trzeba by się odwołać do poszczególnych partytur, bo jego uwagi dotyczyły na ogół konkretnych utworów. W każdym razie, kiedy prowadzę IV Symfonię Czajkowskiego albo II Symfonię Brahmsa lub też Ognistego Ptaka, to stale mi się to przypomina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki