Wieść o tym, że jego życiowa passa się skończyła, rozniosła się w branży jak tyfus. Znajomi kończyli rozmowę za pomocą niewiarygodnie uprzejmej formułki: "Teraz nie mogę, oddzwonię później". Odrzucali połączenie albo przerywali je, jak tylko rozpoznawali jego głos.
Marcel odłożył telefon i spojrzał na zegarek - przeklął i zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że je wywrócił. Podniósł z podłogi wygniecione spodnie i wciągnął je na siebie, nie przejmując się tym, że już w zeszłym tygodniu powinny trafić do prania. W drodze do wyjścia wrzucił na siebie koszulę i zerwał z wieszaka marynarkę. Biegł po schodach, przeklinając siarczyście, a w połowie drogi uświadomił sobie, że nie mył dzisiaj zębów. W najbliższym sklepie kupił miętówki i wrzucił do ust od razu trzy sztuki. Szedł w pośpiechu - lepiej, żeby dotarł na miejsce na czas. Zdążyłby, gdyby umówili się tam, gdzie ostatnio, ale oni za każdym razem zmieniali miejsce spotkania i informowali go o tym w ostatniej chwili. Panowie stali przy barze tyłem do wejścia. Zważywszy na ich wiek, mogliby być kumplami Marcela, ale nie byli.
- Ustalmy jedno, to ty czekasz na nas, a nie my na ciebie - powiedział ten szczuplejszy z łysym plackiem na czubku głowy, przypominającym biskupią piuskę. Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu dawały Marcelowi przewagę nad większością rozmówców. Dostrzegał pierwsze oznaki łysienia, plamy i łupież wcześniej niż sami zainteresowani.
- Co podać? - zapytał barista. Miał na sobie białą koszulę. Wyglądał świeżo i schludnie.
- Podwójne espresso - poprosił Marcel. W tym czasie Łysy zabrał swoją filiżankę z baru i dał sygnał koledze, żeby zrobił to samo. Wszyscy trzej ruszyli w stronę wolnego stolika w głębi lokalu.
- Co słychać? - zagadał ten niższy, moszcząc obfite miękkie pośladki na drewnianym krześle. Jego zbity szeroki korpus był nieproporcjonalnie duży w stosunku do krótkich kończyn, przez co mężczyzna przypominał napitego krwią kleszcza.
- Nic ciekawego. - Łysy spojrzał na kumpla. - Nic ciekawego - powtórzył Marcel.
- To niedobrze - powiedział Łysy z udawaną troską w głosie, po czym znów przeniósł wzrok na Marcela.
- Chyba coś nam obiecałeś - powiedział, mrużąc oczy. - Dobrze pamiętam?
- Pracuję nad tym - zapewnił Marcel. Wypił espresso i natychmiast zatęsknił za drugim.
- Problem w tym, że my jesteśmy niecierpliwi jak dzieciaki w Wigilię - dodał Łysy.
- Wiesz, jak to jest z kumplami, martwimy się - zaczął Kleszcz.
Marcela brzydziła ta dwuznaczna retoryka. Wiele można było o nich powiedzieć, ale na pewno nie to, że się o niego troszczyli.
- Opracowuję plan - wyjaśnił. - Przecież nie zrobię tego sam. To skomplikowana operacja. Potrzebuję specjalistów.
- I jak ci idzie? - zapytał Łysy.
- Jest kilka osób gotowych mi pomóc. Musimy tylko zgrać grafiki. - Brzmiał przekonująco, ale prawda była taka, że od dwóch tygodni bezskutecznie próbował znaleźć wspólnika. - Potrzebuję jeszcze trochę czasu i spokoju - wysyczał, uderzając dłonią w blat stołu. Łysy gapił się w majaczącą na dnie filiżanki resztkę kawy.
- Nie rozumiem, po co te nerwy? - zapytał.
- Bo nie łapiecie, że to jest skomplikowane. Trzeba opracować każdy szczegół, przewidzieć wszystkie okoliczności - tłumaczył Marcel.
- Zbyt długo utknąłeś w Poznaniu - dodał Kleszcz. - I uznaliśmy, że potrzebujesz motywacji.
- Masz czterdzieści dni - wtrącił się wyraźnie zniecierpliwiony Łysy. Marcel strzelił oczami na boki.
- Pojebało cię? - wrzasnął. Uniósł się na krześle z zamiarem wstania, ale powstrzymało go ciężkie ramię Kleszcza naciskające mu na bark.
- Przecież mówiłem, że potrzebuję co najmniej pół roku. - Cedził każde słowo, a jego twarz przybierała purpurowy kolor.
- Czterdzieści - powtórzył Łysy tonem, który nie pozostawiał przestrzeni do negocjacji.
- Człowieku, nie rozumiesz, na czym polega taka akcja?! Samo planowanie...
- Niech ci będzie, liczymy od jutra - powiedział Łysy, spojrzał na swojego kumpla i wstał.
Kleszcz z trudem podnosił swój ciężki tyłek z krzesła.
- To wszystko, co możemy zrobić - wysapał.
- Do następnego - powiedział Łysy.
- Gdzie? - zapytał Marcel.
- Jeszcze nie wiemy - powiedział Kleszcz.
- Może Sołacz? - zastanowił się głośno Łysy. - Mazowiecka. Ostatnio trochę się tam kręcisz, co nie?
Marcel pokiwał przecząco głową. Jak mógł zapomnieć, że znają każdy jego krok.
- Naprawdę nie macie lepszego zajęcia? - zapytał.
- Nie mamy - powiedział śmiertelnie poważnie Łysy i ruszył w kierunku wyjścia.
Kleszcz podrapał się po głowie, zatrzymał w połowie drogi i dorzucił:
- Byłbym zapomniał: Happy birthday! - zawołał w kierunku Marcela. Barista podszedł do stolika, żeby zabrać brudne naczynia.
- Podać coś jeszcze? - zapytał. Podwinięte wysoko rękawy koszuli odsłaniały pokaźnych rozmiarów tatuaż.
- Dwie czarne na wynos - poprosił Marcel i ruszył za nim w kierunku baru. - Sprawiedliwość jest ślepa? - zapytał, bo w kobiecej postaci z przepaską na oczach rozpoznał Temidę.
- Rodzice chcą, żebym został prawnikiem, ale ja nie mam zamiaru pracować w sądzie. - Sięgnął po napełniony kawą kubek i spakował go do papierowej torby. Na drugim ramieniu Marcel dostrzegł wytatuowaną pięciolinię, a chłopak przekrzykując ekspres, mówił, że nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Kiedy opowiadał o tym, że w liceum założył z kumplami zespół, Marcel sięgnął po dwa maślane rogaliki, włożył je do tej samej papierowej torby i starannie ją zamknął.
- Masz swojego idola? - zapytał.
- No jasne.
- Hendrix? - strzelił Marcel. Barista odwrócił się i włożył drugi kubek w wyciągniętą dłoń Marcela.
- Raczej Robby Krieger - powiedział i uśmiechnął się, bo zauważył uniesione u Marcela brwi. - Americano dwa razy, to będzie trzydzieści cztery.
Marcel położył na ladzie błękitny banknot.
- Reszty nie trzeba. Gdzie można posłuchać, jak gracie? - zapytał.
- W każdą sobotę do końca września, tutaj - odparł chłopak.
- Wpadnę kiedyś - powiedział bez szczególnej wiary w ten plan i ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł z kawiarni, ale zatrzymał się zaledwie po kilku metrach. Na wysokości okna schylił się, podniósł coś z chodnika i wrócił do kawiarni. - Wygląda na to, że ktoś to zgubił - powiedział, unosząc czarny skórzany portfel. Barista podniósł głowę i zaczął macać tylne kieszenie spodni. Uśmiech powoli spływał z jego twarzy i zaczynało się na niej malować zakłopotanie.
- Fuck! - powiedział. - Przecież to mój. - Marcel położył portfel na ladzie. - Kawa jutro na mój koszt? - Usłyszał za plecami.
Szedł szybko, stawiając długie kroki. Słońce przyjemnie oświetlało mu twarz. Cieszyło go, że nadal to potrafi. Rogaliki to było "przedszkole", ale żeby ukraść komuś naprawdę miłemu portfel, trzeba mieć tupet i palce zwinne jak pianista. Takich sztuczek nauczył się dawno temu w Santo Domingo. Przy Calle Colón jest dzielnica artystów, taki paryski Montmartre - niektórzy malują, inni kradną, a najzdolniejsi potrafią i to, i to.
Smukłe klony stały na straży dostojnych sołackich willi jak wartownicy. Jasne elewacje budynków z dużymi oknami i zaparkowane na wymiecionych podjazdach limuzyny tworzyły niepowtarzalny klimat tej okolicy. Mazowiecka dziewięć. Niska furtka z kutego metalu nie miała zamka. Do budynku prowadziły trzy szerokie marmurowe stopnie, które Marcel pokonał jednym krokiem. Nacisnął dzwonek i choć nie spodziewał się, że ktoś mu otworzy, po kilku sekundach spróbował ponownie. Tak jak wczoraj i trzy dni temu, papierową torbę z kawą i rogalikami zostawił na schodach. Odpuścił po chwili, a gdy był już na chodniku, usłyszał otwierające się drzwi. Odwrócił się i zrobił unik dosłownie w ostatnim momencie - torba przeleciała tuż nad jego głową. Zanim wylądowała na mokrym asfalcie, papierowy kubek i rogaliki zakręciły w powietrzu potrójny piruet.