Dyplomatyczny cicer cum caule - Jakub Wolski

Reflow text when sidebars are open.
Poeta Ernest Bryll, laureat Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w roku 2018, to wspaniały przykład połączenia literata i dyplomaty w jednej osobie. W latach 1991-1995 był pan Ernest ambasadorem RP w Dublinie, ale ze służbą zagraniczną zetknął się już za czasów Gierka, kiedy to kierował ważnym dla naszej dyplomacji Instytutem Kultury Polskiej w Londynie (1975-1978).
Mam na półce chyba wszystkie pierwsze wydania wczesnych tomików poety i opasły, liczący przeszło 600 stron, zbiór wierszy zebranych, który ukazał się nakładem Instytutu Wydawniczego PAX już w roku 1988. Jego poezja jest gęsta, pełnokrwista, sarmacko-barokowa i bardzo, bardzo polska.
Czytelnicy Brylla wiedzą, że posługuje się on własną, charakterystyczną frazą poetycką, przez co jest wdzięcznym obiektem parodii i pastiszów. Oto jeden z nich, napisany mistrzowską ręką Joanny Kulmowej (1928-2018) i opublikowany w 1978 roku w tomiku Trefnisiem będąc:
pejzanie (z brylla anonima)
W ambasadory porośli pejzanie
jeszcze nam w zadach ciąży głos natury.
Cichcem jest nasze wężowe pełzanie
w ślizgu ulanych za stodołą uryn.
Ledwie się który na salon dostanie
ledwie się tłustych splinów naje który
już ci tam czuje śmiech u samej góry
co krzyżem spływa jako wszów skrobanie.
Zasmrodź się przecie i na gębie spotniej
i to nie będziesz jak lordy madamy
co im kultury słodkość zawdzięczamy.
Ani nas ona zmierzi ani dotknie
żur fiks siorbiemy i pierdząc stokrotnie
w jedwabne zydle władzy zapadamy.
Poezja Brylla odznacza się jeszcze jedną bardzo szczególną cechą. Jego wiersze pisane w głębokim PRL-u zadziwiająco często zachowały walor aktualności. Choćby Piosenka z tomiku Muszla, wydanego w 1968 roku przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą, w bardzo skromnym na owe czasy nakładzie 1302 egzemplarzy.
Błazenkowie nasi
Przy jaglanej kaszy
Siedzący
Prostaczkowie cisi
Swoim głosem mysim
Nucący
Ziemia nóżki pali
Lecz my będziem trwali
Z prostotą
Jak Russo przykazał
Odeprzem zarazę
Głupotą
Na swej oślej łące
Spasajmy poemy
Jednakie
Przez światy płonące
Jak pijak smykniemy
Zygzakiem
Wiele napisano o słynnym poselstwie wysłanym w 1633 roku przez króla Władysława IV do Rzymu do papieża Urbana VIII. Do legendy przeszły złote podkowy gubione przez konie należące do orszaku polskiego posła Jerzego Ossolińskiego. Znacznie skromniej prezentował się poczet towarzyszący królewiczowi Władysławowi Wazie, gdy dziewięć lat wcześniej wybrał się on osobiście ad limina apostolorum. Opowiada o tym wielki znawca epoki - Kazimierz Chłędowski:
"Towarzyszyli mu Radziwiłł, kanclerz wielki litewski, jako ochmistrz i "wiadomy tamtych krajów", Stefan Pac, pisarz i referendarz litewski, kronikarz tej podróży, i kilku innych panów, z których każdy miał co najwyżej czterech służących. Królewicz chciał poznać środkową i zachodnią Europę, więc obrócił swą drogę na Wiedeń, Norymbergę i Kolonię do Brukseli, gdzie go bardzo gościnnie przyjmowała infantka Izabela, córka Filipa II, a następnie przez Szwajcarię - Lucernę i Lugano - skierował się do Włoch. (...) Do stolicy papieskiej przybył królewicz późnym wieczorem (...) papież życzył sobie jeszcze tego samego dnia przyjąć gościa z północy; więc Polacy nie mieli nawet czasu przebrać się i włożywszy na siebie tylko suche płaszcze, bo w drodze deszcz ich zmoczył, pojechali do Watykanu z kardynałem Torresem.
W Watykanie wyszedł naprzeciw nich do antykamery kardynał Francesco Barberini, a po przywitaniu się z królewiczem con parole di cortesia, zaprowadził go wraz z Torresem pod przewodnictwem mistrza ceremonii do sali, w której się papież znajdował. Pac opowiada, że królewicz, zbliżając się do papieża, musiał trzy razy uklęknąć: raz przy drzwiach, drugi raz na środku "izby", a trzeci raz "już do samego papieża przyszedłszy", gdzie zwykłą ceremonię całowania nogi czynił. Papież go "obłapił" - mówi Pac - "i w prawą jagodę pocałował, co tylko królom i ich synom zwykł czynić". "Postawiono potem dwa zydle z obu stron, po prawej ręce siadł królewicz, po lewej dwa kardynały, pytając go, jako mu droga plagowała i zdrowie jak mu służyło". Następnie towarzysze królewicza weszli "do całowania nogi papieskiej", jeden tylko pan Denhoff, aby "przeciw regułom Kalwina nie zgrzeszył, nie chciał papieża witać, choć pan Rozen, tejże albo mało lepszej wiary, z towarzyszami pospołu to czynił, co drudzy".
Po tych powitaniach i grzecznościach królewicz "tymże kształtem, którym wszedł, wyszedł pomiędzy dwoma kardynałami" i do domu pojechał".
Jednak nie było to jedyne spotkanie królewicza z papieżem. Po paru dniach pobytu królewicz wybrał się na dziesięć dni do Neapolu, aby następnie powrócić do Rzymu.
Pisze Chłędowski:
"Tym razem obdarzył go Urban VIII uroczyście mieczem i berłem poświęcanym, a następnie zaprosił na obiad, który był urządzony w wielkiej sali wobec publiczności. Według zwyczaju, były nagotowane dwa stoły: przy jednym pod baldachimem na estradzie siedział papież, przy drugim, "bez podstawek i bez baldachimu" siedział królewicz "na zydlu prostym, pomalowanym tylko". "Gdy się papież umywał, królewicz, przyklęknąwszy, ręcznik mu oddał". Z uwagi na pogromcę Turków były stoły ozdobione figurami z cukru, przedstawiającymi "zwycięstwo nad pogany". Ponieważ stół królewicza był oddalony niemal o dwa sążnie od stołu papieża, przeto Urban VIII rozmawiał czasem z Władysławem "przez camerieri", pytając o to i owo, i pił do królewicza raz albo dwa. "Kiedy papież pił" - opowiada dalej Pac - "wszyscy, co stali, przyklękali na kolana, tylko pan Denhoff, uparty w swej wierze kalwińskiej, nie chciał ani papieża witać, ani mu nogi całować, ani w kościele przy ceremoniach i nabożeństwach bywać, powiadając, że to wszystko bałwochwalstwo". Ale przy owym obiedzie, gdy papież pił, ukląkł i pan Denhoff, "żeby sam jeden między wielu klęczących nie stał", zwłaszcza że był na oku, blisko papieża".
[...]
Słynna, napisana w formie zabawnych
dialogów powiastka filozoficzna Denisa Diderota,
twórcy Wielkiej Encyklopedii Francuskiej.
Zarówno humor, jak i rewolucyjność formy
i treści tego utworu nic nie straciły na aktualności,
mimo że pierwsze wydanie Kubusia Fatalisty
i jego pana ukazało się w 1796 roku.
Książka brawurowo przełożona
przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Satyryczna powiastka filozoficzna,
uważana za największe dzieło Woltera.
Zmuszony do porzucenia beztroskiego życia
w westfalskim zamku Kandyd błąka się
po obcych krainach. Podczas pełnej przygód
wędrówki będzie miał okazję przekonać się,
czy człowiek rzeczywiście żyje w "najlepszym
z możliwych światów".
Książka brawurowo przełożona
przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i wydana
w słynnej serii "Biblioteka Boya".