Przedmowa
Byłem szczególnie zaszczycony, gdy Tomasz
Orłowski poprosił mnie o napisanie przedmowy do jego książki. To silny
znak przyjaźni i uznania z jego strony, znamy się bowiem od ponad
trzydziestu lat. Poznaliśmy się w Paryżu na początku lat 90., kiedy
Tomasz wybrał karierę dyplomatyczną u zmierzchu reżimu komunistycznego.
Ja sam byłem wówczas młodym dyplomatą odpowiedzialnym za Polskę i Europę
Środkowo-Wschodnią w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Bardzo miło
wspominam naszą wspólną pracę i wymianę doświadczeń. Tomasz dał mi wiele
kluczy do lepszego zrozumienia Polski, za co jestem mu niezmiernie
wdzięczny.
Ciężko pracowaliśmy razem nad tym, żeby Francja i Polska stworzyły silne
więzi najgłębiej zakorzenione w Europie. Tomasz zawsze był zaangażowanym
dyplomatą, dyplomatą z przekonania, i bardzo wcześnie dołączył do tych,
którzy widzieli Polskę jako część Europy, Polskę zakotwiczoną w Europie.
Muszę powiedzieć, że związki Tomasza z Francją, jego przywiązanie do
niej i stałe zainteresowanie jej życiem politycznym, kulturalnym i artystycznym czynią go wielkim przyjacielem i znawcą naszego kraju.
Podczas swoich pobytów we Francji (w tym siedmiu lat jako ambasador)
Tomasz podróżował po naszym kraju więcej niż ktokolwiek inny, spotykając
się z wieloma przywódcami politycznymi, przedsiębiorcami i postaciami
kultury. Francja zawsze zajmowała szczególne miejsce w sercach autora i jego żony Aleksandry, którzy są zagorzałymi frankofonami i frankofilami.
Nie zapomniałem również o tym, co Tomasz zrobił w Polsce jako wiceprezes
Polskiego Stowarzyszenia Kawalerów Legii Honorowej, pomagając we
wzniesieniu pomników generała de Gaulle'a i Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie oraz popiersia Georges'a Clémenceau, które miałem zaszczyt
zainaugurować wraz z nim podczas mojej misji w Warszawie w 2022 roku.
Ambasador Francji Frédéric Billet dekoruje autora Orderem Sztuki i Literatury, Ordre des Arts et des Lettres. 26 października 2022 (zbiory własne autora)
Tomasz Orłowski jest niezastąpionym przyjacielem Francji, który zawsze
służył swoją otwartością i wielkodusznością naszym dwustronnym stosunkom
i dialogowi między naszymi dwoma krajami. Z tych wszystkich powodów
zachęcam do przeczytania kontynuacji Naszego zakochanego przewodnika po
Francji, czyli dyplomatycznej ratatouille, a także pierwszego tomu,
jeśli jeszcze go nie przeczytaliście.
Frédéric Billet,
dyrektor Protokołu Państwowego i Wydarzeń Dyplomatycznych,
były ambasador Francji w Polsce (2019-2023)
Il n'existe aucun pays auquel la France soit
plus sentimentalement liée que la Pologne.
Nie ma takiego drugiego kraju, z którym Francja jest równie związana
emocjonalnie jak Polska1.
CHARLES DE GAULLE
Czytelnicy Naszego zakochanego przewodnika
po Francji, czyli dyplomatycznej ratatouille sprawili nam olbrzymią
radość, żądając dokładki. Możemy odnieść wrażenie, że nasze upodobanie
do Francji przypadło do smaku i zwiększyło apetyt. Najwyraźniej sprawdza
się w tym powiedzenie l'appetit vient en mangeant, czyli mądrość, że
apetyt przychodzi w miarę jedzenia, a nam - jak doświadczonemu
kucharzowi - pozostaje przygotować dokładkę naszej ratatouille.
Dokładkę, którą w stołówkach szkolnych i studenckich zazwyczaj nazywało
się repetą, co przecież wzięło się od francuskiego czasownika répéter,
czyli powtarzać! My jednak powtarzać nie zamierzamy i zamiast dokładki
tego, co już zasmakowało, zaproponujemy nowy zestaw dań. Innymi słowy,
będą to nowe eseje czy też impresje opisujące nasze kolejne fascynacje i ukochane miejsca, których nie zdołaliśmy ująć w pierwszym tomie.
Ujmując rzecz skrótowo, spotkały nas dwa rodzaje reakcji czytelników na
nasze opowieści, wspomnienia i wskazówki. Pierwszym stało się
posługiwanie się Naszym zakochanym przewodnikiem dosłownie jako
vademecum, czyli książką towarzyszącą w podróży. Niektórzy postanowili
zwiedzać wraz z nim Francję, zachodzić w mniej znane turystom uliczki,
do rzadziej odwiedzanych zabytków, a nawet planować na jego podstawie
całą trasę. Inni zaglądali do opisanych restauracji w poszukiwaniu
niezapomnianych przez nas smaków czy do zachowanych w naszej pamięci
winiarzy. Był to zupełnie nieoczekiwany i bardzo miły aspekt naszej
książki, jako że, szczerze mówiąc, nie nadaliśmy jej systematyczności
przewodnika i nie przyszło nam do głowy podawać adresów konkretnych
miejsc. Choć nieraz słyszeliśmy już o turystach odwiedzających z książką
pod pachą naszą ulubioną paryską restauracyjkę Au Petit Tonneau. A już
największą, bo niespodziewaną radość sprawił mi jeden z moich
wcześniejszych szefów, minister spraw zagranicznych, człowiek
doświadczony i bywały w świecie, kiedy mi powiedział, że po jej
przeczytaniu uznał, że będzie ją zabierał w każdą kolejną podróż do
Francji.
Drugim typem reakcji były pytania o miasta, regiony i zabytki, których
Nasz zakochany przewodnik nie uwzględnił. Dlaczego zabrakło tajemnic
celtyckiej Bretanii, jak można było w ogóle pisać o klimatach Burgundii
i nie porównać ich z winnicami Bordeaux czy pominąć Lyon, majestatyczną
galijską metropolię, którą, jak mawiał Léon Daudet, oblewają trzy rzeki:
Rodan, Saona i Beaujolais (ta ostatnia jest nazwą miejscowego
niewyszukanego, acz miłego winka znanego z wczesnego odkorkowywania).
Odpowiedź jest tak banalnie prosta, że aż wstydliwa. Nasza książka tak
się rozrosła, że w pewnym momencie zdecydowaliśmy się arbitralnie
przerwać pisanie, słusznie sądząc, że nawet najbardziej życzliwy
wydawca, jakim jest dla nas REBIS, nie zaakceptowałby jeszcze grubszego
tomu! Sprawę ujmując bardziej praktycznie, vademecum, zatem książka,
którą ewentualnie weźmie się z sobą w podróż, nie może mieć rozmiarów i wagi foliału wymagającego specjalnego pulpitu, żeby go na nim rozłożyć.
No i tak powstało zamykające dalszą dyskusję wyjaśnienie, ale po trosze
również skryte życzenie, że jeśli czytelnicy polubią Nasz zakochany
przewodnik, to pomyślimy o jego kontynuacji.
No i stało się to, co się stać miało. Książka natrafiła na krańcowo
niekorzystny czas, albowiem jej prezentacja odbyła się w Instytucie
Francuskim w Warszawie wieczorem 10 marca 2020 roku. Było to trzy dni
przed decyzją o lockdownie, który drastycznie ograniczając wyjścia i wyjazdy, odmienił nasze życie na ponad dwa lata. Dlatego trzeba było
zrezygnować z jej szeroko pomyślanej promocji. Mimo to sprzedała się
bardzo dobrze. Zgoda, nie tak jak nowy Harry Potter, lecz jak na debiut
literacki i dość nieokreślony gatunek, niebędący przecież ani
przewodnikiem turystycznym, ani wspomnieniami dyplomatycznymi, ani
eseistyką kulturalną, wynik przerósł oczekiwania.
Bo była jeszcze jedna reakcja odbiorców, sprawiająca mi chyba najwięcej
przyjemności. To pochwała polszczyzny, lekkości i bogactwa języka, które
doceniło wiele osób, a mimo całej niestosowności obnoszenia się z takim
uznaniem, muszę ją przytoczyć. Otóż przez większość dorosłego życia
pisałem depesze dyplomatyczne i to na nich ostrzyłem swój styl.
Specyfika tego gatunku, który z natury rzeczy jest całkowicie poufny,
powoduje, że nie ma szans trafić do szerszej wiadomości wcześniej niż
pod koniec tego wieku, kiedy to upłynie ustawowy czas utajniania depesz.
Przychodzi mi więc wątpić, że nieco większe grono czytelników wyrobi
sobie na ich podstawie opinię o moim pisaniu.
Ale czymże jest depesza dyplomatyczna? Możliwie najpełniejszym obrazem
obcego kraju, jego rzeczywistej sytuacji, charakterystyką jego
przywódców lub oceną polityki, opartych na stanie wiedzy ambasadora,
który stara się je przybliżyć, pozwolić zrozumieć czy poczuć specyfikę
swojemu oddalonemu lub niezorientowanemu ministerialnemu adresatowi.
Buduje więc wizerunek kraju w miarę możności tak wyrazisty i namacalny,
jakby był trójwymiarowy, wspiera się osobistym wyczuciem i intuicją,
lecz nie posuwa się nigdy do nadmiernego subiektywizmu czy chciejstwa.
Giętkością języka, dzieleniem się wrażeniami, trafnością porównań,
zaskakującą czasem argumentacją stara się wpłynąć na poglądy swojego
czytelnika lub na ich zmianę. Legendarna "długa depesza", którą w początkach 1946 roku wysłał z Moskwy amerykański dyplomata George
Kennan, całkowicie odmieniła politykę USA wobec stalinizmu. Zrozumienie
istoty zagrożenia, jakie niósł on dla świata, znalazło wyraz w przyjętej
przez prezydenta Trumana doktrynie containment, skutecznego
powstrzymania sowieckiej zaborczości. Ostatnia depesza opuszczającego w 1979 roku Paryż ambasadora brytyjskiego sir Nicholasa Hendersona,
prowokacyjnie zatytułowana "Schyłek Brytanii: jego przyczyny i konsekwencje", pomogła pani Thatcher jako nowemu szefowi rządu określić
cele polityki zagranicznej.
Badaczka uchodzących za najdoskonalsze w historii relacji dyplomatów
weneckich napisała o nich: "to gatunek literacki sui generis o konwencjonalnej narracji, przemyślanej wykładni, nienaśladujący innych
form, choć bardzo podobny do tego, co nazywamy komentarzem lub
memoriałem, nie będąc dokładnie ani jednym, ani drugim"2.
Wygląda na to, że takie jest nasze pisanie. Przybliżanie czytelnikom
niepowtarzalności Francji przy użyciu wszelkich dostępnych nam sposobów
przekonywania. Pierwszym z nich jest sprawność języka, o którym Roland
Barthes powiedział: "Język to skóra: ocieram swój język o inne. To tak,
jakbym miał słowa jako palce albo palce na końcu moich słów"3.
Wrażliwość dotyku oddana słowem, które stara się wyrazić wszystkie
pozostałe doznania - spojrzenia, brzmienia, smaku, zapachu i stylu
będącego czymś istotniejszym niż talent i gust, jak twierdził Pierre
Cardin.
Staram się operować polszczyzną możliwie wprawnie i zręcznie, aby
dostosować ją do potrzeby wyrażenia wszystkich niuansów i wyrafinowania
francuskiej kultury, jej gry słów i niedopowiedzeń. Dostosować do języka
Kartezjusza, Moliera i Woltera, którzy wydobyli z niego wszystko, co
złoży się na kluczowy termin concision, a zatem zwięzłość, co oznacza
w rzeczywistości trafność doboru słów. Tę wewnętrzną sprzeczność opartą
na niedopowiedzeniach i treściwości najlepiej ujął Balzac, pisząc, że
"miłość jest równie wielką paplaniną jak zwięzłością"4.
Podobnie jest z nami, którzy przyznaliśmy się w Naszym zakochanym
przewodniku, że Francję tkliwie kochamy w jej wszystkich zaletach i wadach, w jej wielkości i małostkowości, "w jej roszczeniu do
uniwersalizmu, tej mieszance bezczelności i braterstwa, odwołaniu do
wielkich uczuć i egoistycznych interesów"5. Bo musimy
zachować wobec niej ten umiar i pełnię wymagane od dyplomatycznej
depeszy.
Nie sposób mi w tym kontekście zapomnieć rozmowy toczonej przed dwoma
laty z bliskim francuskim przyjacielem, podczas której dzieliłem się
swoim odczuciem, że postępy populizmu w Europie nie są zjawiskiem
dotykającym jedynie mniej ugruntowane i krócej funkcjonujące demokracje.
Odpowiedział mi: Masz rację, to zjawisko dużo szersze, ale w żadnym
przypadku nie dotyczy Francji. Te słowa pobrzmiewały mi w uszach, kiedy
w ostatnich tygodniach przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w kwietniu 2022 roku obawiano się powszechnie, że zwycięży w nich
populistyczna kandydatka Marine Le Pen, a w czerwcowych wyborach do
parlamentu lewicowi populiści z Nupes i prawicowi z Rassemblement
national zdobyli połowę mandatów i jedynie wskutek braku możliwości
stworzenia wspólnej koalicji programowej nie uzyskali większości
niezbędnej do rządzenia krajem.
Dbałość o piękno języka pozwala złożyć hołd opisywanym rzeczom i oddać
szacunek czytelnikowi, do którego wyobraźni chcemy trafić. Dlatego nie
znajdą tutaj Państwo wielu słów, które ostatnimi czasy zachwaściły nasz
język. Nie tylko dlatego, że rażą płytkością, ale przede wszystkim
dlatego, że zdradzają zupełny brak wysiłku, żeby odmalować całe piękno
rzeczy w ich urodzie i smakach. Na posługiwanie się takimi
wyświechtanymi frazesami język francuski znalazł właściwe określenia.
Nadał im nazwę cliché, czyli klisza, bo kopiuje, zamiast tworzyć, co
za nim przejęły inne języki włącznie z naszym. Stosuje także ironiczne
określenia lieux communs albo idées reçues, co polski oddał jako
komunały albo pustosłowie. Gustave Flaubert, chcąc walczyć ze
śmiesznością takich śmieciowych banałów, zebrał je jako "rejestr myśli
wytwornych" w kpiarski Dictionnaire des idées reçues przełożony
kongenialnie przez Jana Gondowicza jako Słownik komunałów6,
którego lekturę polecamy dla uciechy czytelników.
Pragniemy dzielić się intensywnością odczuć, aby zaciekawić lub pozwolić
puścić wodze wyobraźni, więc nie znajdą Państwo w naszych opisach
"klimatyczności", "kultowości" czy "urokliwości", słów wytrychów, które
nieporadnie próbują przekazać czytelnikom niestarannej i powierzchownej
prozy wyjątkowość, niepowtarzalność, unikatowość opisywanych rzeczy, a które zamiast tego są dziwacznie powykręcane i zniekształcone. Nie
dowiedzą się Państwo tutaj, że coś jest "dedykowane", czyli
zarezerwowane do jakieś celu, bo dedykuje się książki lub piosenki, czy
też "ekskluzywne", bo to znaczy luksusowe, a nie - jak spotyka się
nagminnie w prasie i reklamach - wyłączne. To nie przesadny puryzm, jaki
wykpiwał Słowacki - "Estrada! jakie słowo! Ja przyswoić wolę wyraz
wschodowidownia"7 - tylko oczarowanie bogactwem
własnego języka.
Wybraliśmy kolejną dziesiątkę naszych ulubionych obrazów i smaków
Francji. Znów są między nimi krainy geograficzne, pamiątki piękna i przeszłości, trasy flanowania, tego "włóczenia się bez planu według
perspektyw, a nie przewodników"8, jak scharakteryzował to
genialnie Zbigniew Herbert, minimalna dawka encyklopedyzmu, własne
wspomnienia, smaki potraw i win. Ten wybór jest naturalnie bardzo
osobisty, oparty na tym, co znamy najlepiej i lubimy najbardziej,
zgodnie z przyjętą formułą zakochanego przewodnika. Zakochanego
przewodnika, który różni się od klasycznych przewodników turystycznych
tym, że można go czytać, nie planując podróży do Francji, ale równie
dobrze wioząc go z sobą jako vademecum, towarzysza wędrówki, gdyby
przyszła ochota zejść z utartych szlaków.
Na koniec wypada nam wyrazić radość, że jest nas o wiele więcej,
frankolubnych, nie zgorzknialców, którzy mówią o Francji jedynie to, że
zawdzięcza nam wiedzę o używaniu widelca, a w 1939 roku nas zdradziła!
Aleksandra i Tomasz Orłowscy
Lyon, metropolia między wielkimi rzekami i winnicami
W czasach mojej studenckiej młodości
spędzanej w rodzimej Łodzi spotkałem się po raz pierwszy z nazwą Lyonu
jako jej miasta partnerskiego we Francji. Dzielni dziennikarze
najchętniej nazywali Łódź "polskim Lyonem", skądinąd podobnie jak i "polskim Manchesterem", z racji podobnego znaczenia przemysłu
włókienniczego w ich historii. Jednak przyznajmy, że podobieństwa
rozwoju nie były aż tak oczywiste. Potem przyszło porównanie Lyonu i Łodzi jako miast kinematografii, tego pierwszego ze względu na braci
Lumi?re, którzy tam właśnie nakręcili pierwszy film, i tego drugiego z powodu słynnej na świecie szkoły filmowej i trzech wytwórni filmowych.
Mimo to zdecydowanie więcej dzieliło wytworną i bogatą metropolię
malowniczo rozłożoną na wzgórzach między Rodanem i Saoną od
proletariackiego i do niedawna jeszcze bardzo zaniedbanego miasta
rozciągającego się wzdłuż głównej ulicy Piotrkowskiej.
Moje pierwsze wrażenia związane z Lyonem były umiarkowanie korzystne.
Miasto, gdzie na pierwszą kolację polecono mi spróbować mózg tkacza,
cervelle de canut, lekko mnie wystraszyło. Dla wyjaśnienia: lubię
móżdżek, a jeszcze bardziej cielęcą głowiznę, t?te de veau, obficie
podlaną wybornym sauce gribiche, ziołowym winegretem z kaparami i siekanymi jajkami na twardo, na którą nieodmiennie polecam skoczyć w Paryżu do Vaudeville, brasserie przy rue Vivienne. No ale próbowanie w Lyonie mózgu biednego czeladnika jedwabniczego, le canut, zdawało mi
się przesadą, póki nie okazało się, że pod tym mianem kryje się świeży,
tłusty twarożek szczodrze wzmocniony jeszcze gęstą śmietaną, doprawiony
szalotką, szczypiorkiem i ziołami. Odstraszająca mnie nieco ludożercza
nazwa drwiąco miała widzieć w nim "mięso biedaków", choć tak naprawdę
zachwyci on najbardziej wysublimowane podniebienia aksamitnością godną
tkanego tu jedwabiu.
Kolejne wrażenie pozostawiały uciążliwe przeprawy przez miasto, które
przez długie lata było nieuniknionym etapem w każdym wyjeździe do
Prowansji czy na Lazurowe Wybrzeże i wymagało pokonania dwóch wąskich,
źle oświetlonych i zawsze zakorkowanych tuneli autostradowych.
Informacje o długości zatorów na dłuższym z nich, przekopanym pod
wzgórzem Fourvi?re i noszącym jego nazwę, były latami tak powszednie jak
"stan Bugu we Włodawie" w codziennym komunikacie o stanie wód Polskiego
Radia. Doczekały się też uwiecznienia w zabójczo śmiesznej piosence
Oldelafa, wyliczającej wszystkie plagi i życiowe niepowodzenia: La
tristitude, c'est franchir le tunnel de Fourvi?re le 15 ao?t, czyli
"smuteczek to przebywać tunel Fourvi?re 15 sierpnia", w dniu masowych
powrotów z wakacji. Uwiecznienia, bo od kiedy miasto omija obwodnica
autostradowa A46, heroiczne przemierzanie lyońskich tuneli przeszło do
opowiadań rodziców dzieciom o tym, jak to bywało kiedyś.
Oczywiście Lyon nie jest taki! Opiszmy najkrócej, jak się go postrzega.
Majestatyczne stołeczne miasto rzymskich trzech cesarskich prowincji
Galii, gdzie urodzili się cesarze Kaligula i Klaudiusz, siedziba
arcybiskupa tytułowanego od wczesnego średniowiecza prymasem Galii,
europejska stolica jedwabiu, co uczyniło je pierwszym miastem
przemysłowym Francji, słynne z najdumniejszej i najzamożniejszej, choć
dyskretnej w okazywaniu tego, burżuazji kraju. Miejsce narodzin
Guignola, najważniejszej marionetki francuskiego teatru lalkowego. Tak
ważnej, że zrodziła powiedzenie faire le guignol, śmieszyć innych,
celowo lub mimowolnie. Dziś Vallée de la chimie, skupiająca francuski
przemysł chemiczny i farmaceutyczny. To obok kolebki kinematografu
miejsce powstania gry w bule zwane z tej przyczyny lyońskimi, gry,
której w rozmowie z miejscowymi nie wolno pomylić z prowansalską
pétanque. "Miasto świateł", gdzie w 1852 roku zainaugurowano pierwszą
iluminację fasad i placów dla upiększenia pierwotnie odbywanych 8
grudnia obchodów święta Niepokalanego Poczęcia, z czasem przekształconą
w całkiem świeckie F?te des Lumi?res, czyli gromadzące tego wieczoru
miliony widzów święto świateł, i na koniec serce sztuki kulinarnej
dzięki doskonałej, choć dość ciężkiej kuchni zraszanej beaujolais.
Ponieważ przyjdzie nam wielokrotnie odwoływać się do win, wyjaśnijmy tu,
że ich nazwy w odróżnieniu od regionów czy miejscowości, z których
pochodzą, pisze się małą literą.
Powiedzonko głosi przy tym bardzo trafnie, że jeśli Paryż jest stolicą
Francji, to Lyon jest stolicą prowincji. Wyraża się w nim różnica między
tym, co jest międzynarodowe, kosmopolityczne, otwarte na nowości, ale
sceptycznie wyniosłe, a tym, co tradycyjne, zachowawcze, nieufające
zmianom, ale swojskie i przynoszące pogodę mieszkańcom. A wreszcie o ile
w Paryżu tylko się żywi, o tyle w Lyonie się degustuje, jak napisał
przed stu laty Marcel Grancher.
Miasto, skąd pochodzą Antoine de Saint-Exupéry, najbardziej poetycki
spośród pilotów, który dał nazwisko lyońskiemu lotnisku, Jean-Michel
Jarre, twórca muzyki elektronicznej, wielkich spektakli łączących muzykę
z lyońskim świętem świateł, Éric-Emmanuel Schmitt, pisarz tak płodny i błyskotliwy, że nie wypada obecnie nie cytować go w towarzystwie, i Bocuse, znany jako Monsieur Paul, kucharz stulecia, papież gastronomii.
Radość życia we Francji zazwyczaj przeplata się z heroizmem: w znajdującej się dziś w granicach metropolii gminie
Collonges-au-Mont-d'Or, skąd pochodził Monsieur Paul i gdzie znajduje
się jego słynna trzygwiazdkowa restauracja, w 1942 roku rozpoczął
jednoczenie ruchu oporu prefekt Jean Moulin, aresztowany potem i torturowany w Lyonie przez Gestapo.
Collonges-au-Mont-d'Or pod Lyonem, restauracja Paul Bocuse, trzy gwiazdki Michelina (? M. Kirchgessner/Auvergne-Rhône-Alpes Tourisme)
Eleganckie i zbytkowne bogactwo Lyonu wzięło się z jego dogodnego
położenia u zbiegu wielkich rzek, przecinającej wschód kraju Saony i wypływającego z Jeziora Genewskiego Rodanu. Wyznaczało ono linię
podziału między północą i południem Francji, ale także odgraniczało
włości królewskie od ziem uznających zwierzchność cesarzy rzymskich
narodu niemieckiego. To strategiczne usytuowanie ułatwiło rozwój
bezcłowego handlu, a potem osiedlanie tkaczy jedwabiu, którzy w 1536
roku otrzymali od Franciszka I monopol na jego produkcję i których
przeliczne warsztaty utworzyły jedną wielką Fabrique lyonnaise. Grube
brokaty przetykane złotą nicią, połyskliwe tafty, marszczone krepy,
adamaszki i satyny o matowym wzorze na lśniącym tle, jednobarwne mory o subtelnym rysunku jakby słojów pnia drzewa, przezroczyste muślinowe
szyfony, mięsiste aksamity, te wszystkie wykwintne lyońskie jedwabie
ubraniowe i dekoracyjne, tapicerskie i obiciowe podbiły za panowania
Ludwika XIV bez reszty Europę.
Kazał je sprowadzać Stanisław August Poniatowski do dekoracji wielkich
apartamentów Zamku Królewskiego. Dekorację Sali Tronowej z jej
zapleckiem tronu zdobionym 86 haftowanymi srebrem orłami król zamówił w najsłynniejszej lyońskiej firmie Camille Pernon et Compagnie, która już
wcześniej pracowała dla Stanisława Leszczyńskiego w Nancy. Kiedy
przyszło do odbudowy Zamku Królewskiego, postanowiono je odtworzyć.
Opowiadał nam profesor Andrzej Rottermund, jak jeździł po jedwabne
tkaniny do manufaktur lyońskich, w których zamawiano je przed 250 laty.
Wpisy w zachowanych do dzisiaj ich ówczesnych księgach rachunkowych
pozwoliły odnaleźć dokładne opisy zleceń i na ich podstawie odtwarzać
oryginalne wzory.
Swoją drogą w tym trwaniu jest coś fascynującego. Kiedy przy innej
okazji zwiedzaliśmy słynną manufakturę porcelany w S?vres, dyrektor
pokazywał nam wzorniki wielkich serwisów stołowych z okresu Ludwika
Filipa, które czasem wykorzystuje się na nowo do uzupełnienia braków w porcelanie używanej do dzisiaj w Pałacu Elizejskim. Podarował nam przy
okazji rozrysowane wzory polskich orłów państwowych, które posłużyły do
dekoracji reprezentacyjnego serwisu wykonanego dla prezydenta Ignacego
Mościckiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki