Rozdział 1
Ćma po raz kolejny zbliża się do płomienia świecy na odległość
niebezpieczną dla jej wątłych skrzydeł. Wpatruję się w nią jak
zahipnotyzowana. Czekam na ten moment, kiedy pomyli się w swoich
obliczeniach i w ułamku sekundy zakończy żywot.
- Justynka, to nie twoja wina - słyszę.
- Mhm... - mruczę.
Mruczę, bo co niby mam powiedzieć, skoro nawet nie wiem, co mam myśleć?
Siedzę i patrzę, jak ćma igra z ogniem, jak po raz kolejny udaje jej się
wyjść z potyczki bez szwanku. Oni nie mieli takiego wyboru. A może
mieli? Anita podsuwa mi kubek z jeszcze gorącą herbatą i wzrokiem
wskazuje na mój telefon, który wibruje raz po raz.
- Po prostu go wyłącz. Pismaki w końcu dadzą sobie spokój. Zawsze tak
jest. Obie wiemy, że postąpiłaś słusznie. To, co się stało... Nikt nie
mógł tego przewidzieć. To był wypadek. Nieszczęśliwy wypadek.
Mam wątpliwości, ale nie mówię tego głośno. Oczywiście staram się
hamować swoje rozbiegane myśli, bo to one zaprowadziły mnie do punktu, w którym znajduję się teraz, a ciągłe analizowanie nie przynosi ulgi. Nie
mogę się zadręczać. Nie mogę. Nie chcę. Nie powinnam. W przeciwnym razie
zwariuję.
W końcu sięgam po kubek i po sporym łyku gorącego napoju zwracam się do
Anity:
- Dlaczego tak długo zwlekałaś, zanim do mnie przyszłaś? Może gdybym
wiedziała wcześniej, to dziś... - Głos mi się łamie. - Dziś może by...
- ...może by żyli? Może. A może nie. Nie ma w tym niczyjej winy. Ani
mojej, ani tym bardziej twojej. Rozumiem, że ciężko ci się pozbierać. Ja
też nigdy nie spotkałam się z taką sprawą. Prawie nikt się nie spotkał.
Zresztą, nasz komisariat został odsunięty od dochodzenia. Za wysokie
progi. Ale ty możesz spać spokojnie.
- Niby wiem, ale...
- Wytrzymaj jeszcze trochę. Możesz zostać u mnie tak długo, jak będziesz
chciała.
- Dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. - Patrzę na Anitę znad
kubka.
Ta kiwa łagodnie głową i przymyka powieki na znak, że przyjmuje moje
słowa do wiadomości.
- Pij, pij. To herbata z prądem. Na pewno ci nie zaszkodzi. - Puszcza do
mnie oko.
- Ale nie z Mgłą Roztocza? - pytam, gwałtownie odsuwając kubek od ust.
- W życiu! Zwykły bimber od mojego ojca. Tylko ciii, bo mnie wyleją. -
Śmieje się, przykładając palec do ust.
Szeleszczący łoskot przerywa naszą rozmowę. Patrzymy teraz, jak ćma
przekracza granicę bezpieczeństwa. W szalonej panice wykonuje właśnie
ostatnie ruchy nadpalonymi skrzydłami, obija się o wysokie ranty słoika
i wpada w lepki wosk. Jeszcze ostatnie ruchy w gęstej mazi i owad
umiera. W pokoju czuć swąd spalenizny.
- Myślisz, że oni też tak...
- Justyna! Przestań! - Anita szybko wyciąga ćmę, wstaje i idzie w stronę
okna. Uchyla je szybkim ruchem ręki i wyrzuca truchełko na zewnątrz.
Pokój wypełnia zapach maciejki. - Nie było tematu. - Teatralnie
otrzepuje dłonie.
Rozdział 2
Wcześniej
Zacisnęłam palce na kierownicy i dodałam gazu na krętej ulicy
prowadzącej z Zamościa do Guciowa. Nie lubiłam tam wracać, ale musiałam.
Policja skończyła swoje czynności na moim podwórku, tyle że ja już nigdy
nie poczuję się tam spokojnie. Babka Feliksa nalega na odwiedziny, ale
na to tym bardziej nie jestem gotowa. Nie wiem, czy kiedykolwiek zechcę
się z nimi spotkać. Co prawda w chwili euforii zgodziłam się na te ich
wszystkie inicjacje, wkroczenie w krąg piekielny, ale na litość, to było
spontaniczne!
No ale teraz muszę tam jechać. Muszę zabrać resztę swoich rzeczy do domu
Feliksa. Teraz mieszkamy razem. Jest dobrze. Chociaż dziś rano, kiedy
obudziłam się wcześniej, patrzyłam, jak śpi. Raz po raz zadawałam sobie
to samo pytanie: kim tak naprawdę jesteś, drogi Feliksie? Wciąż miałam
nieodparte wrażenie, że coś przede mną ukrywa.
A może to tylko mój kolejny wymysł? Znamy się przecież stosunkowo
krótko, to naturalne, że nie wiem o nim wszystkiego. Chyba znowu coś
sobie wkręcam. Przecież Feliks nosi mnie na rękach, wspiera, nie
naciska.
Zbliżam się do Guciowa. Jeszcze tylko jedno skrzyżowanie, potem minę
dwie wsie i jestem. Mam nadzieję, że nie natknę się na nikogo z mieszkańców. Besztam się w myślach, że przecież mogłam jechać inną
drogą. Pojadę tam, zabiorę rzeczy i wracam do Zamościa. Feliks pytał,
czy ma jechać ze mną, ale nie chciałam. Muszę zrobić to sama: pożegnać
się z moim domkiem czarownicy.
Jeszcze nie zdecydowałam, czy sprzedam siedlisko, czy będę wynajmować je
turystom. Ten sezon i tak straciłam - mieliśmy połowę sierpnia. Do tego
musiałabym wszystkiego doglądać, a czułam dreszcze za każdym razem,
kiedy myślałam o tym, co się wydarzyło. Trup w piwnicy mógłby ściągnąć
co bardziej odważnych turystów. Doskonale wiem, jak rozreklamować tak
oryginalny zakątek...
...ale czuję, że to byłoby zwyczajne skurwysyństwo wobec tej biednej
kobiety i jej dziecka. Najchętniej sprzedałabym dom. Rozsądek
podpowiadał jednak, że większe korzyści będę miała z wynajmu, pasywny
zarobek to zawsze bezpieczna przystań.
Feliks nalega, żebym nie sprzedawała. Twierdzi, że sprawa przycichnie i za rok można pomyśleć o turystach, ale w tradycyjny sposób. Żadnych
nawiedzonych chatek, po prostu agroturystyka.
Na razie potrzebuję chwili oddechu. Moje oszczędności wystarczą na
jeszcze jakiś czas, w którym poszukam pracy. W Zamościu nie będzie to
łatwe, ale liczę na pracę zdalną. Niedługo zacznę wysyłać CV, lecz na
razie odsuwam od siebie nawet myślenie o tym.
Uchylam szybę w aucie, mimo że dzień jest upalny. Fala gorącego
powietrza natychmiast uderza mnie w twarz. Biorę głęboki wdech. Roztocze
pachnie tak samo cudownie jak zawsze, zupełnie jakby nigdy nie wydarzyło
się tu nic złego. Macierzanka, sosny, rozgrzana ziemia, polne kwiaty -
feeria zapachów świdruje nozdrza i rozbrzmiewa w zmysłach w rytm cykania
świerszczy. Kurwa, dlaczego ci ludzie zniszczyli moją sielankę?!
Wjeżdżam do Guciowa. Na szczęście wieś wygląda na pustą. W lusterku
dostrzegam jadący za mną samochód i nic poza tym. Nawet stragan z chlebem nie jest otoczony wianuszkiem turystów. Nigdzie nie ma też Anki.
Kątem oka widzę jakiś ruch na jednym z podwórek. W głębi ducha liczę, że
nikomu z wieśniaków nie przyjdzie do głowy mnie niepokoić.
Skręcam w drogę do mojego domu. Przeszywa mnie dreszcz. Jeszcze mocniej
zaciskam palce na kierownicy.
Może nie powinnam tu wracać? Może nie tak szybko? Kurwa, stop! Nic się
nie wydarzy! Nieświadomie mieszkałam na jednym podwórku z zamordowaną
kobietą, więc teraz żadne duchy, strzygi czy nawet upiory nic mi nie
zrobią. A przecież i tak nie wierzę w takie dziwolągi. Chyba.
Wysiadam z auta i biorę głęboki wdech. Trawa sięga mi do łydek. Jaruś
już tutaj nie kosi. Mnie też długo nie było. Pierwsza myśl - maciejka.
Co z moją maciejką? Moja maciejka! Coś, co jest żywe i naprawdę moje,
tylko moje, namacalne. Coś, co łączy mnie z naturą. Coś, co jest nikomu
niepotrzebne, błahe, ale cenne dla mnie. Nikomu niepotrzebna maciejka -
jak róże Orwella.
Wędruję przez porośnięty ogród. Odgarniam trawę pod kuchennym oknem i jest! Trochę zdziczała, trochę wybujała, trochę poharatana, jak ja - ale
jest! Wyrywam źdźbła chwastów, które ulegają moim dłoniom, i daję
maciejce namiastkę normalności.
Prostuję się i ocieram spocone czoło. Mój wzrok zatrzymuje się na
zdewastowanej piwnicy. Na sośnie rosnącej przy domu dostrzegam
pozostałości policyjnej taśmy, która cicho szeleści, smagana delikatnym
sierpniowym wiatrem. Wzdycham głęboko. Już po wszystkim. Sprawa
zamknięta. Po prostu muszę odpuścić.
Ruszam do drzwi wejściowych. Znowu trzymam te same klucze z breloczkiem
z napisem "Warszawa". Normalnie dzień świstaka. Stoję przed starymi
drewnianymi drzwiami i miętoszę pęk kluczy z breloczkiem, który miałam
zmienić już dawno temu. W końcu decyduję się wejść do środka.
Za drzwiami wita mnie ogromna pajęczyna - zupełnie jak wtedy, kiedy
weszłam tu po raz pierwszy. Rzucam klucze na szafkę w przedpokoju i idę
do kuchni. W domu czuć zaduch i decyduję się otworzyć okno. Siadam przy
stole i omiatam pomieszczenie wzrokiem. Mimo wszystko będzie mi żal
rozstać się z tym miejscem. Może wypiję chociaż herbatę? Posiedzę,
pomyślę.
Nalewam wodę i ustawiam czajnik na kuchence. Do starego dzbanka wrzucam
trzy saszetki owocowej herbaty, którą miałam w szafce. Przeciąg szamocze
poszarzałą firanką w równie poszarzałym oknie. Dziwne - myślałam, że
kiedy tu wejdę, całe miejsce wyda mi się mroczne i nieprzyjemne, ale nic
takiego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie! Czuję się tu dobrze. Jest
przytulnie.
Gwiżdżący czajnik wyrywa mnie z zadumy. Zalewam wiekowy dzbanek z herbatą wrzątkiem i w tym momencie słyszę dziwne skrobanie za oknem.
Zamieram i wpatruję się w roztańczoną firankę. Skrobanie jest coraz
silniejsze, bliższe, bardziej przenikliwe. Stoję z czajnikiem w dłoni
jak zamurowana. Czuję, jak serce wali niczym oszalałe. Nagle na moim
parapecie ląduje on!
- Czarek-Maciek! Ty dziadu! Wiesz, jak mnie wystraszyłeś?! Chodź tutaj!
- Klepię w stół, a kot jednym susem ładuje się pod moją dłoń. - Znowu
mnie witasz i straszysz, ty mały sierściuchu. Szkoda, że nie umiesz
mówić, na pewno opowiedziałbyś mi, co tutaj się działo pod moją
nieobecność - mówię do zwierzaka, głaszcząc go po grzbiecie.
Odstawiam czajnik, biorę kota na ręce i idę z nim do sypialni. Kładę się
z nim na łóżku i jeszcze chwilę tarmoszę, gadając o wszystkim i o niczym. W końcu otwieram szafę i biorę z niej ciuchy, po które między
innymi przyjechałam. Wyciągam też ciężką szufladę i wyjmuję z niej
dokumenty, które również muszę zabrać do Zamościa. Przez cały ten czas
Czarek-Maciek łasi się do moich nóg i pomrukuje.
Gdy przeglądam stertę papierów, z dworu zaczyna dobiegać warkot silnika.
Zbyt bliski jak na auto, które przejeżdża ulicą. Ktoś tutaj jedzie. Ale
kto? Feliks? Raczej nikt z lokalsów, oni by przyszli.
Doskakuję do okna. Nie znam tego auta. Granatowa skoda, a w środku jakaś
kobieta. Nie zdążyłam się jej przyjrzeć, bo już parkuje na moim
podwórku. Co, do licha?!
Wzdycham i idę w stronę drzwi wejściowych; przecież nie będę udawać, że
mnie tutaj nie ma.
Zanim kobieta zdążyła zapukać, zdecydowanym ruchem otwarłam drzwi i wypaliłam zirytowana podniesionym głosem:
- Słucham?!
Filigranowa, młoda dziewczyna z zaskoczoną miną zamienia się w posąg, z ręką wyciągniętą przed siebie.
- Pani w jakiej sprawie? - dopytuję już łagodniejszym tonem.
Ma maksymalnie trzydzieści lat, granatowe jeansy rurki, w których na
pewno jest jej gorąco, i prosty T-shirt z komiksowym nadrukiem.
- Ja? Nie poznaje mnie pani?
Skądś kojarzę ten przyjemny tembr głosu...
- Nie bardzo.
- Anita Lepa. Posterunkowa Anita Lepa. - Prostuje się i patrzy mi w oczy. - Byłam tutaj wtedy, kiedy... No, wie pani! Kiedy TO się wydarzyło.
- Akcentuje słowo "to".
W mojej głowie zapala się lampka. To dziewczyna, która próbowała mnie
uspokoić zaraz po znalezieniu kości tej biedaczki.
- To ty... To znaczy pani znalazła mi wtedy nocleg w pensjonacie! -
wykrzykuję, może trochę zbyt radośnie. - Przepraszam, a właściwie w jakiej sprawie? - pytam już bez emocji. - Myślałam, że temat został
zamknięty?
- Właściwie to tak... Ale coś nie daje mi spokoju. - Zagląda dyskretnie
przez moje ramię. - Jest pani sama?
- Tak, ale nadal nie rozumiem, co pani tutaj robi. I jak pani na mnie
trafiła? Jestem tu po raz pierwszy, odkąd... od wtedy.
- Przypadek. Psi nos. - Uśmiecha się. - Dzisiaj mam wolne, akurat
przejeżdżałam i zobaczyłam, że obok domu stoi samochód. Tak jak mówiłam,
coś nie daje mi spokoju. - Głos ma spokojny, ale wyczuwam w nim nutkę
niepokoju, jakby bała się nazwać rzeczy po imieniu. - Znajdzie pani
chwilkę?
- Szczerze mówiąc, nie mam ochoty wracać do tej sprawy - zaczynam
zgodnie z prawdą, ale gdy widzę zawód w jej oczach, dodaję: - Ale za to,
jak pani się mną zajęła, należy się pani przynajmniej herbata.
Zapraszam. - Odsuwam się od wejścia i zapraszającym gestem wskazuję jej
drogę do kuchni.
Ciekawość wzięła górę. Co też mogło niepokoić tę delikatną dziewczynę?
Kompletnie nie wyglądała na policjantkę. Drobna, wręcz eteryczna, o łagodnych rysach twarzy. Raczej nimfa z roztoczańskiego lasu aniżeli
przedstawicielka prawa.
- Proszę siadać. Niestety nie mam nic do herbaty, a dom jest lekko
przykurzony. - Wskazuję krzesło.
- Nic nie szkodzi. Wiem, że pani nie było. Jeżdżę tędy codziennie i zauważyłabym, gdyby ktokolwiek kręcił się w okolicy. - Odsuwa krzesło, a ja przecieram dwa zakurzone kubki i stawiam je na stole.
- A więc pani...
Cholera, zapomniałam imienia!
- Anita - mówi, nalewając sobie herbatę.
- Pani Anito. Mogę po imieniu?
- Jasne. - Wyciąga dłoń w moim kierunku. - Anita jestem.
- Justyna, miło mi - rzucam frazesem, chociaż właściwie jeszcze nie
wiem, czy to będzie miła pogawędka.
Rozdział 3
Pogawędkę rozpoczynamy od długiej chwili milczenia. Widzę, że Anita
próbuje zebrać myśli i zadać mi nurtujące ją pytanie w możliwie
najbardziej taktowny sposób. Ona wie, że ja wiem, że coś wisi w powietrzu. Obie zdajemy sobie sprawę, a mimo to udajemy, że najbardziej
fascynującą rzeczą na świecie w tym momencie jest herbata w naszych
kubkach. W końcu niezręczną ciszę przerywa kot, który - z gracją słonia,
jakżeby inaczej! - w pogoni za muchą wskakuje na stół i przewraca
butelkę po wodzie.
- Kocie! - Podrywam się z miejsca i ściągam sierściucha ze stołu. - No
dobrze - zwracam się do dziewczyny - o co właściwie chodzi? Sprawa
jednak się nie skończyła? Mam się stawić na jakieś zeznania?
- Nie, nie o to...
- A więc o co? - Cała sytuacja zaczyna mnie irytować.
- Dobra, powiem wprost. Po tym, gdy znaleziono szczątki, byłam tu z moim
partnerem jako pierwsza. Guciów podlega pod komisariat w Zwierzyńcu, ja
tam pracuję od pewnego czasu...
- Do brzegu - ponaglam.
- Podeszłam wtedy do ciebie. Siedziałaś wystraszona na schodach i zadałam ci kilka pytań. Byłaś w szoku, poza tym niewiele wiedziałaś, co
zresztą powtórzyłaś później, już podczas oficjalnych zeznań.
Poczułam się nieswojo. Czyżby policja nadal węszyła? Co, jeśli się wyda,
że zataiłam część informacji? Do dziś mam wyrzuty sumienia, ale też
czuję ulgę, że po prostu się od tego odcięłam i mogę żyć z dala od tej
chorej historii.
- Justyna? - Anita wyrywa mnie z zamyślenia.
- Tak?
- Słuchasz mnie?
- Tak, tak. Przepraszam, na samą myśl o tej sprawie robi mi się słabo.
- Okej. Do czego zmierzam? Na koniec powiedziałaś, że ta wieś jest
dziwna, mieszkańcy podejrzanie się zachowują i łączysz sprawę szczątków
kobiety z zaginięciem dziecka sprzed lat. Na zeznaniach już o tym nie
wspomniałaś - rzuca beznamiętnym głosem.
Nie wiem, co powiedzieć.
Gwałtownie wstaję od stołu i podchodzę do szafki. Udaję, że czegoś
szukam. Naiwnie myślę, że kupię sobie trochę czasu.
- No i właśnie to nie daje mi spokoju. Sprawa teoretycznie jest
zamknięta. Tam już nic większego się nie zmieni. Zresztą, nawet jakby
miało się zmienić, to tutaj każdy kogoś zna, ktoś ma wujka policjanta,
ktoś stryja w prokuraturze - macha ręką w geście kapitulacji - a mnie
coś tu śmierdzi. - Zerka na mnie podejrzliwie.
- Ale co miałoby śmierdzieć? - wypalam i już po sekundzie żałuję swojego
niewyparzonego jęzora.
- Jak dla mnie to wszystko - stwierdza z rozbrajającą szczerością.
- Sugerujesz, że zabiłam tę kobietę? Przecież ledwie tu przyjechałam!
Jeszcze wiosną nie miałam pojęcia, że istnieje jakiś Guciów! - wybucham.
- Nie wiem, co to za insynuacje i po co cię tu w ogóle wpuściłam, nawet
nie jesteś na służbie! To wszystko, co miałam do powiedzenia, a teraz
nie mam czasu. Przyjechałam tu tylko po resztę rzeczy.
- To bardzo ciekawe, bo nikt nic nie mówił o żadnym zabójstwie. - Anita
nie reaguje na mój wybuch emocji. - Zaraz sobie pójdę, ale zanim wyjdę,
coś ci powiem, a ty zrobisz z tym, co zechcesz.
Cholera. Stresuje mnie ta dziewucha i przez to dodaję od siebie coś, o czym nie powinnam nawet pisnąć! Teraz Anita zacznie węszyć, a przecież
nikt nie wspominał nic o żadnym zabójstwie. Oprócz mnie. Jestem
kretynką.
- Słucham i żegnam.
- Miałaś rację. Wieś i mieszkańcy mają dziwny wajb. Na tyle dziwny, że
zaczęłam drążyć, bo wiem, że nikt od nas nie będzie grzebał w tym
bagnie. Znajomości, możliwości, zależności. Wiem, że nie zrobiłaś nic
złego, ale nie wiem, dlaczego tak usilnie bronisz tych dziwaków. Albo
cię zastraszyli, albo przekupili, albo Kowalski nieźle zawrócił ci w głowie...
- Dość! Nie życzę sobie takich insynuacji! - warczę i wskazuję jej drzwi
wyjściowe.
Anita powoli wstaje, spokojnie zerka na swój telefon, po czym chowa go
do tylnej kieszeni spodni i rusza do przedpokoju. W połowie drogi
zatrzymuje się, odwraca i dodaje:
- Nie bądź na mnie zła. Powinnaś być zła na kogoś innego. Pewnie nie
wiesz, że Damian wcale nie wpadał na ciebie przez przypadek, a służby
mają Kowalskiego od dawna na oku. - Wyjmuje wizytówkę i kładzie na
szafce przy drzwiach. - Gdybyś jednak chciała pogadać, to mój numer.
Sama zdecyduj.
Wychodzi, delikatnie zamykając za sobą drzwi, a ja stoję jak słup soli i próbuję przetworzyć w mózgu to, co przed chwilą usłyszałam. Słyszę, jak
Anita odpala auto, i wtedy uderza mnie myśl, że wcale nie uciekłam od
problemów tego miejsca. Może nawet władowałam się w nie jeszcze
bardziej.
Mała, wścibska gówniara z przerostem ambicji! Zgarniam z szafki
wizytówkę i bez namysłu wyrzucam do kosza na śmieci.
W tym miejscu nigdy nie będę miała spokoju!
Poczłapałam wzburzona, żeby kończyć pakowanie. Czarek-Maciek gdzieś
zniknął i teraz jestem ze swoimi bzdurnymi myślami sama. Najgorzej. W mojej głowie zaczynają kotłować się słowa tej wścibskiej dziewuchy.
Służby mają Kowalskiego od dawna na oku. Ale jaki Kowalski? Mój
Kowalski, znaczy Feliks, czy jego ojciec? Bo przecież nie Jaruś. Chociaż
diabli wiedzą, może i Jaruś. Ale skoro są na oku służb, to cholera wie
jakich, skoro tutaj podobno prawa strzegą sami przyjaciele i rodzina
króliczka. Jeśli którykolwiek Kowalski jest obserwowany, to dlaczego
zamknięto sprawę? A nawet jeśli nie jest zamknięta na amen, to ze słów
Anity wynika, że i tak już nic się nie zmieni. A jeśli się nie zmieni,
to po co kogoś obserwować czy co oni tam robią? Chyba że chodzi o inne
postępowanie. Trop w sprawie zaginionego dziecka? Sprawa ucichła. Może
uruchomiło się to słynne Archiwum X?
Moje myśli zaczynają krążyć gdzieś w świecie seriali, wokół wiadomego
tytułu. Teraz przez moment myślę, że nie skończyliśmy wczoraj oglądać
filmu na Netflixie. Nie znoszę tego mojego rozpraszania! Myślę o jednym,
potem o dwóch kolejnych rzeczach, a te dwie rzeczy rozbijają moje myśli
na kolejne rozgałęzienia. I znowu!
Wkładam dokumenty do pudełka i biorę się za składanie ciuchów. Muszę
sprawdzić lodówkę i szafki w kuchni. Mam nadzieję, że nic się w nich nie
zepsuło.
Co jeszcze bredziła ta cała Anitka? Coś o jakimś Damianie. Damian? Jaki
Damian? Nie znam żadnego Damiana! Nie mam pamięci ani do imion, ani do
twarzy. Dobrze, że po tym wszystkim chociaż siebie poznaję w lustrze.
Gdyby nie Feliks, już dawno postradałabym zmysły. A teraz przychodzi tu
jakaś tam Anita i mąci mi w głowie! No tak, najłatwiej rzucić
podejrzenia na kogoś mi bliskiego i sobie pójść! I jeszcze ten jej
tekst, że Kowalski nieźle zawrócił mi w głowie! Phi! Kolejna zazdrosna
panna?
Przewracam oczami i widzę ogromnego pająka. Z obrzydzeniem idę po
szczotkę, żeby zgarnąć gadzinę, zanim ta wskoczy mi na głowę.
Pająk ląduje na schodach przed domem, a ja zaglądam do szafek, popijając
herbatę, która już zdążyła wystygnąć. Przy nodze - nie wiadomo skąd, jak
zwykle - materializuje się czarny kocur. Łasi się i pomiaukuje. Zaglądam
do lodówki i dostrzegam samotną kocią puszkę. Nakładam karmę na
talerzyk, który stawiam na podłodze, a opakowanie wyrzucam do śmieci. Ku
mojemu zdziwieniu Czarek-Maciek zamiast rzucić się na żarcie, jak ma w zwyczaju, podchodzi do kosza i miauczy wniebogłosy.
- O co ci chodzi, kocie? Jedzenie masz tutaj. - Wskazuję palcem na
talerzyk, ale kot nie zaprzestaje symfonii. - Zimne? Nie chcesz zimnego
mięcha?
Sprawdzam wodę w czajniku, jest jeszcze dość ciepła. Dolewam ją do
żarcia i podsuwam bliżej. Kot je, ale co chwilę przerywa i plącze się
między moimi nogami i kubłem na śmieci. Pochylam się nad nim i głaszczę
czarne, lśniące futro. Mój wzrok zatrzymuje się na wizytówce Anity,
która leży w kuble. Waham się przez chwilę, ale w końcu wyciągam ją i kładę na blacie. Kot w jednej chwili rzuca się na jedzenie.
- Co, czorcie? - Kucam obok zwierzaka. - Chodziło ci o tę wizytówkę?
Kot przeszywa mnie spojrzeniem.
- Podobno moja prababka była czarownicą, a ja mam czarnego kota.
Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że ja i tak nie wierzę w te
dyrdymały.
Maciek mruczy przeciągle i wraca do pałaszowania kociej karmy, a ja - do
opróżniania szafek. Nie wiem, jak powiedzieć Feliksowi, że tak naprawdę
to wcale nie chcę przechodzić żadnych inicjacji i rzucać czarów w Guciowie. Zgodziłam się na to wszystko pod wpływem emocji, a od tamtej
pory nie wracaliśmy do tematu. Co prawda jego babka podobno nie może się
doczekać, kiedy ją odwiedzimy, ale żadne z nas się nie spieszy. Na razie
spędzamy czas we dwójkę. Jemy, śmiejemy się, uprawiamy seks, oglądamy
filmy, chodzimy na spacery. Feliks rozumie, że potrzebuję czasu, żeby
wszystko sobie poukładać w głowie.
No właśnie, Feliks. Jest pięknie! Zbyt pięknie, żebym nie zaczęła się
zastanawiać, czy oby nie zbyt idealnie. Ma kasę, ma klasę, jest
wyrozumiały, potrafi rozśmieszyć do łez, świetny w łóżku, przystojny,
pracowity, inteligentny... Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale... przecież
przez lata pod tą piękną maską potrafił ukrywać, że jest zamieszany w morderstwo i zaginięcie dziecka.
Zakochałam się. Totalnie odpłynęłam, a teraz zaczęłam się zastanawiać,
czy znowu nie wpadłam w pułapkę własnych emocji i uczuć. Fakt, stąpam
twardo po ziemi, ale kiedy w coś wchodzę, to całą sobą. No i tracę
kontrolę nad rozumem. Poza tym ciągle gryzą mnie wyrzuty sumienia. Dla
ratowania własnej dupy zeznałam, że o niczym nie wiem. Chciałam po
prostu zamknąć ten rozdział. Zniknąć. Odciąć się od cudzych spraw.
Zdążyłam już trochę ochłonąć, cały czas udając przed samą sobą, że nic
takiego się nie wydarzyło...
I wtedy pojawia się ona - Anita Lepa.
Znowu mam młyn w głowie. Chwytam wizytówkę i mnę ją w palcach. Maciek
patrzy na mnie spode łba, więc chowam kartonik do kieszeni i pokazuję mu
język. Sierściuch wydaje z siebie pomruk zadowolenia i wskakuje na
kuchenne krzesło. Do czego to doszło, żebym słuchała kota?! Mam
wrażenie, że ten kudłaty dziad pilnuje, żebym nie pozbyła się wizytówki.
To oczywiście bzdura, ale dla świętego spokoju ulegam jego niby-namowom,
śmiejąc się z siebie w duchu.
Wynoszę do samochodu kolejno pudełko z dokumentami, torbę z ciuchami,
reklamówkę z kosmetykami i resztki nieodpakowanego żarcia: dwie paczki
chipsów, jakieś przekąski i przyprawy. Na koniec zawiązuję dokładnie
śmieci, które chcę zostawić przy wjeździe na posesję. Za dwa dni powinna
być tu śmieciarka.
Myję dzbanek i kubki, wpatrując się w ścianę lasu za kuchennym oknem. W pewnym momencie za drzewami widzę jakiś ruch. Mam nadzieję, że to tylko
sarna, żaden mieszkaniec wsi. Przyjechałam tu na chwilę i nie mam ochoty
gadać z tymi oszołomami. I tak mnóstwo czasu zmarnowałam z tą całą
Anitą.
W pośpiechu wycieram naczynia. Zamykam okna. Sprawdzam jeszcze raz, czy
o niczym nie zapomniałam. Wołam kota i wychodzimy z domu. I nagle słyszę
przeciągłe wołanie za plecami:
- Juuustyyynaaa!
Klucze, które właśnie miałam zamiar włożyć do zamka, wypadają mi z rąk.
W tym samym momencie kot nurkuje w krzaki, a ja odwracam się i widzę
Jarusia. Ten to dopiero potrafi się zmaterializować w najbardziej
niespodziewanym momencie! Nawet Czarek-Maciek nie jest aż takim kosmitą.
- Słonecznik. Mam - informuje, wyciągając w moją stronę połowę
nadjedzonego kwiatostanu.
- Zawsze masz. - Wzruszam ramionami i zasuwam drzwi.
- Aleee z kwiatkaaa! Mam! Nie z paaaczki! Zawszeee miałem z paaaczki! -
Obraca słonecznikiem jak kierownicą.
- Jest sezon, to masz z kwiatka. Jaruś, muszę już jechać - ucinam i otwieram drzwi samochodu.
- Jedź. Ty wróciiisz. Ty nasza. Justyna wróci!
Srasza, nie wasza. Zatrzaskuję drzwi i odpalam silnik. Słyszę jeszcze,
jak Jaruś powtarza, że jestem "nasza" i coś o babce, ale nawet nie mam
ochoty tego słuchać. Macham na odchodne, co powoduje dziki napad śmiechu
u Jarusia, i ruszam z kopyta. Zatrzymuję się jeszcze na kilka sekund
przy ulicy, żeby zostawić śmieci, ale kiedy widzę, że Jaruś cały w skowronkach biegnie w moją stronę, odjeżdżam, udając, że go nie widzę.
Ufff... Jak najdalej od tego miejsca!
Rozdział 4
Na miejsce dojechałam z poczuciem ulgi. Zaparkowałam samochód przed
domem Feliksa i zaczęłam zbierać tobołki z rzeczami.
Objuczona jak osioł otwieram drzwi do willi. Feliks znowu gdzieś
zniknął. Często znika. To jedyna rzecz, która mnie w nim wkurza. Ilekroć
pytam, dokąd jedzie, słyszę zdawkowe: "Do pracy". Do dziś nie wiem, czym
się dokładnie zajmuje. Nie chcę wyjść na ciekawską babę, ale to chyba
normalne, że chcę wiedzieć, szczególnie kiedy druga połówka żyje dość
luksusowo. Dotychczas udało mi się z niego wydusić jedynie zdawkowe:
"Inwestuję", "Trochę marketing, tylko taki nowocześniejszy", "Dłubię
czasem przy krypto, nie zrozumiesz, zresztą to nic ciekawego".
Najbardziej drażni mnie właśnie to jego "Nie zrozumiesz"! Jakby z góry
zakładał, że kobiety nie rozumieją tych wszystkich wykresów, cyferek i nazw!
Po cichu zaczęłam nawet podczytywać co nieco na temat blockchainów, żeby
pewnego dnia zaskoczyć go swoją wiedzą. Może wtedy uzna, że o tym też
może ze mną pogadać. Z jednej strony wiem, że to głupie - gdybym
patrzyła na to wszystko z boku, pomyślałabym, że jestem stuknięta i chcę
zaimponować facetowi, który ma mnie za durną dziunię. Z drugiej strony
to chyba fajnie, kiedy kobieta interesuje się tym, czym zajmuje się jej
facet?
Już w korytarzu ściągam buty i niosę rzeczy na górę. W wolnym pokoju
zdążyłam zorganizować sobie małe gniazdko. Rozkładam dokumenty do
kolorowych pudełek, które dotąd stały puste. Zerkam na telefon.
Wiadomość od Feliksa.
"Mała, przeciągnie mi się do późna. Nie czekaj na mnie. Wynagrodzę Ci
to".
No dobra, to też mnie w nim wkurza. W przypadku Feliksa nienormowane
godziny pracy to absurdalne godziny pracy. Ech! Proza życia wkradła się
w nasz związek szybciej, niż mogłam przypuszczać. Ale przynajmniej nie
rozrzuca skarpetek po całym domu! Jako pierwszy facet w historii potrafi
wrzucać brudne ciuchy do kosza na pranie.
Cóż, najwyraźniej czeka mnie dzień dla siebie. Może to i lepiej?
Maseczka na twarz, dobra książka, jakiś film na odmóżdżenie, lampka
wina. Niezbyt ambitne plany, ale należy mi się trochę słodkiego
lenistwa. Gotować też nie zamierzam. Zjadłabym sushi, ale nie wiem, czy
mój budżet uciągnie takie zachcianki. Niby mam jeszcze okrągłą sumkę na
koncie, ale jeśli będę sobie pozwalać na drobne przyjemności zbyt
często, to nawet nie zauważę, kiedy skończę na utrzymaniu konkubenta, a tego bym nie chciała.
Feliks w kwestii finansów ma inne podejście niż ja. Lekkie. Twierdzi, że
nie ma nic przeciwko, żebym korzystała z jego pieniędzy, wręcz mnie do
tego zachęca. Oczywiście nie odmawiam mu prezentów czy płacenia za
obiad, ale nie wyobrażam sobie być jego utrzymanką! Kiedy
zaproponowałam, że będę dorzucać się do rachunków, zrobił kwaśną minę i stwierdził, że nawet nie ma mowy i pogadamy o tym kiedy indziej, a teraz
mam się skupić na sobie i nie martwić na zapas takimi pierdołami.
Odpuściłam. Miał trochę racji - moje oszczędności topniały. Od nowego
tygodnia zacznę szukać pracy, w przeciwnym wypadku skończę z ręką w nocniku. Przynajmniej w moim mniemaniu, bo Feliks nigdy nawet przez
chwilę nie dał mi odczuć, że to głównie on za nas płaci. Fakt, że sama
nie jadłabym na mieście tak często jak teraz, nie kupowałabym wielu
(według mnie) zbędnych rzeczy, ale on przywykł do pewnego stylu życia, a teraz i ja stałam się tego częścią, więc wydatki zrobiły się razy dwa.
Jednak decyduję się zamówić sushi. Przecież nie mogę żyć jak uboga
krewna. Ludzie harują za najniższą krajową i mimo to żyją szczęśliwie.
Od czasu do czasu każdemu należą się małe przyjemności.
Już po złożeniu zamówienia nagle dociera do mnie, że usprawiedliwiam się
sama przed sobą - niezależnie od tego, czy chodzi o drobne zakupy, czy
sprawy większej wagi. Zawsze się tłumaczę. Nie potrafię powiedzieć nie,
odmówić, kupić czegoś, bo chcę. Zawsze analizuję każdy swój ruch, jakby
najdrobniejsza decyzja miała zaważyć na moim życiu. Z drugiej strony już
podjęłam kilka spontanicznych decyzji i...
...i za każdym razem coś się zesrało.
Znowu analizuję. Znowu! Czasami mam wrażenie, że mój mózg nie stygnie.
Stygł tylko w Guciowie, kiedy leżałam na trawie i wyjadałam palcem dżem
ze słoika. Gdyby nie te chore historie, ta wiocha byłaby moim miejscem
na ziemi.
A może potrzebuję wakacji? Teraz nie mogę sobie pozwolić na żadne
wycieczki, najwyżej weekend z dala od zgiełku. Nie, nie. Muszę ciąć
wydatki. Wieczór we własnym towarzystwie musi wystarczyć. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Odpalam pierwszy lepszy film. Nalewam sobie kieliszek wina pachnącego
soczystymi porzeczkami oraz nutką cytrusów i zajadam obłędnie
przygotowane sushi. Wcześniej wzięłam aromatyczną, długą kąpiel, a teraz
- otulona miękkim szlafrokiem, z maseczką na twarzy - zalegam na
ogromnej kanapie. Dość myślenia na dziś. Dość. Mózgu, wyłącz się!
Na ekranie telewizora leci komedia, która miała mnie rozśmieszyć, ale z minuty na minutę irytuje coraz bardziej. Przeglądam na Facebooku grupę
miłośników filmów. Szukam czegoś, co mogłabym obejrzeć bez zażenowania.
Sprawdzam kolejne tytuły na Filmwebie, ale nic nie wydaje mi się godne
obejrzenia. Czy dobre komedie skończyły się na Poranku Kojota? Albo na
Kilerze? W rodzimych produkcjach całkowita posucha. Co drugi film ma
taką samą fabułę, w pozostałych gra Karolak. Jak nie żenujące
pseudoerotyki, to komedie romantyczne dla Grażynek bez wymagań!
W gniocie, który leci w tle moich poszukiwań, właśnie okazuje się, że
dziewczyna zdradza swojego faceta z jego bratem bliźniakiem, bo uznała,
że ten drugi jest lepiej umięśniony. Chryste! Jak nisko upadła
kinematografia?! A jej odbiorcy? Jeszcze niżej!
- Brat bliźniak! - Aż podskakuję porażona nagłym olśnieniem.
Damian! Znam Damiana! Damian to przecież ten chłopak z plaży, którego
brat bliźniak zginął w wypadku! Ale zaraz, co o nim mówiła Anita?
Próbuję odszukać w głowie odpowiednią półeczkę, a na niej segregator
podpisany "Pierdololo Anisi". Chyba coś w stylu, że Damian nie wpadał na
mnie przypadkowo. Albo coś takiego. Ale Damiana spotkałam tylko raz, nad
zalewem w Krasnobrodzie. Wcześniej wpadłam na Łukasza, ale nie mogłam
wpaść na Łukasza, bo Łukasz umarł. Łukasz to Damian? No przecież nie mam
zwidów!
A może ona mówiła, że na mnie wpadł, a nie że wpadał kilkukrotnie?
Natknęłam się na niego jeden raz. Nie no! Więcej! Przecież nie mogłam
spotkać nieboszczyka! W dodatku Feliks wspominał coś o tym, że zna
Łukasza.
Noż cholera jasna! Znowu snuję bzdurne domysły, to się nawet kupy nie
trzyma. Wymyślam banialuki, dopowiadam i staram się szukać logiki w czymś, co nie ma nawet znamion logicznych powiązań! Zresztą, ta cała
Anita też wyskoczyła jak diabeł z kapelusza. Niby akurat przejeżdżała.
Tak jakby Guciów był aglomeracją.
Dość. Dość!
W końcu włączam kolejny losowy film i tym razem nawet wciągam się w fabułę na tyle, że przestaję zadręczać się chorymi wizjami. Ściągam
wyschniętą maseczkę i kładę ją obok pustego kieliszka. Sama nie wiem,
kiedy zasypiam, bo budzi mnie dopiero dźwięk klucza w zamku i ciche
kłapnięcie drzwi wejściowych. Słyszę, że Feliks rozmawia z kimś przez
telefon. Prosi kogoś o więcej czasu. Jest zdenerwowany. Obiecuje uciszyć
temat. Brzmi to co najmniej dziwnie. Przeciągam się ospale. Feliks
wchodzi do salonu i na mój widok kończy rozmowę.
- Co ty tutaj robisz? - pyta zaskoczony.
- Wygląda na to, że śpię.
- Nie męcz się na tej kanapie. Leć na górę, zaraz do ciebie przyjdę. -
Nachyla się nade mną i cmoka w policzek.
- Już, już. - Powoli prostuję nogi pod kocem i po omacku szukam
puchatych kapci. - Z kim gadałeś? - pytam, drepcząc w kierunku schodów.
- Z nikim ważnym. - Macha ręką. - Kładź się, zaraz przyjdę do sypialni.
Rano nie pytam o dziwną rozmowę. Nie mam nawet pewności, czy strzępy
rozmowy, które słyszałam, brzmiały tak, jak brzmiały, czy byłam zaspana
i coś przekręciłam. To nieistotne.
Idę do kuchni, Feliks nad czymś pracuje. Słyszałam dźwięki dochodzące z jego domowego biura.
Zastaję go przed komputerem. Przynoszę mu kawę i siadam na małej sofie
stojącej w głębi pomieszczenia. Biorę łyk aromatycznego napoju i rozglądam się po pokoju. Niewielki gabinet jest urządzony chyba najmniej
gustownie w całym domu. Na ścianie za plecami Feliksa wisi wielki plakat
wyglądający jak reklama filmu science fiction - jakieś kreski, kropki,
symbole bitcoina. Normalnie miszmasz taki, że flaki przewracają się na
drugą stronę. W biblioteczce cały arsenał literatury fachowej, a właściwie literatury, która próbuje być fachową - poradniki marketingu,
krzykliwe okładki wywodów pseudocoachów, na grzbietach tytuły wręcz
krzyczące do odbiorcy, że ten będzie bogaty. Na półkach statuetki od
instytucji, o których w życiu nie słyszałam. Dyplomy, podziękowania,
certyfikaty - i rażą tandetą Wyższej Szkoły Gotowania Budyniu na Gazie,
i zdobią wszystkie wolne miejsca na ścianach.
- Kompletnie mi ten wystrój do ciebie nie pasuje.
Feliks odrywa się od klepania w klawiaturę i sięga po kubek.
- Hmm?
- No... Ten pokój jest jakiś taki... nie twój.
- To prawda.
- To dlaczego go nie zmienisz? Wierzyć mi się nie chce, że czytałeś te
wszystkie paszkwile. - Wskazuję biblioteczkę.
- Bo nie czytałem! - Śmieje się.
- To po co ci to wszystko? Certyfikaty z dupy, tandetny plakat, książki...
- Marketing - odpowiada zdawkowo. Jak zwykle.
- Marketing? Chyba z lat dziewięćdziesiątych! Na kimś to robi wrażenie?
Przecież to... tandeta!
- Na kim ma robić, to robi. Ty to powinnaś wiedzieć najlepiej. Zęby
zjadłaś na marketingu, nie na takie rzeczy ludzie się łapią. - Wraca do
pisania.
- Faaakkkttt - stwierdzam. - Ale właściwie jaka jest twoja grupa
docelowa? - pytam ni to poważnie, ni to żartobliwie.
- Różni ludzie.
- To bardzo szeroko działasz. - Chichoczę, a po chwili znowu drążę: -
Sądząc po dobrach materialnych, które posiadasz, to przemawiasz z tego
gabinetu co najmniej do ministrów. Ale jeśli spojrzeć na wystrój tego
przybytku, to jednak prowadzisz webinary dla kół gospodyń wiejskich. -
Wybucham śmiechem.
Feliks obraca się na fotelu w moją stronę i puszcza do mnie oko, sącząc
kawę.
- Prawie w sedno. Pracuję z poważnymi ludźmi, jednocześnie pracuję też
nad ludźmi, którzy za takich chcą uchodzić.
Podchodzę do Feliksa i siadam mu na kolanach, odstawiając jego kubek na
biurko. Przytulam się do niego, a kątem oka zerkam na monitor.
- To jakaś strona do inwestycji? Może mnie nauczysz? - pytam.
- A daj spokój! Wystarczy, że ja muszę się nad tym głowić.
- I tak muszę poszukać pracy, może zostanę inwestorem? - Uśmiecham się
głupkowato.
- Mogę ci pokazać kilka sztuczek. Granie na dźwigni, altcoiny... Chociaż
nie, handel z dźwignią to chyba nie jest dobry pomysł na początek, za
duże ryzyko. Kilka miesięcy nauki i coś tam zarobisz. - Całuje mnie w czoło.
- Dobra, to ja jednak poszukam pracy w moim segmencie... - burczę. -
Chociaż masz tu taką mądrą książkę. - Wstaję z jego kolan i wyciągam z półki pozycję w jaskrawożółtym kolorze. - Jak szybko zostać
milionerem? Może przyspieszę proces wzbogacania - drwię, po czym
otwieram książkę w losowym miejscu i zaczynam czytać na głos: - "Cały
proces zaczyna się w twojej głowie. Musisz być mentalnie gotowy na
ogromne pieniądze. Jeśli nie jesteś na nie gotowy, one nie pojawią się w twoim życiu. Zacznij od nastawienia. Kolejnym krokiem jest jasne
określenie swoich celów" - recytuję z poważną miną, po czym przerzucam
kilka stron i czytam kolejny fragment: - "Kryptowaluty są dla
wszystkich! To od ciebie zależy, czy jesteś gotowy sięgnąć po ogromne
bogactwo, które jest na wyciągnięcie ręki. Cyfrowe złoto jest pewniejsze
niż tradycyjne kruszce, choć zarówno bitcoin, jak i złoto łączy kilka
rzeczy. Po pierwsze i bitcoin, i złoto mają ograniczoną podaż". -
Wybucham śmiechem. - Nie, żebym nie doceniała kryptowalut, ale to jest
napisane w taki sposób... Przecież to pierdololo!
- Dokładnie tak, ale nie zapominaj, że większość ludzi to nie urodzeni
brokerzy, tylko marzyciele, którzy myślą, że zainwestują dwieście
złotych i po miesiącu będą mieli dwieście tysięcy. A autorzy tych
broszurek, bo nawet nie nazwę ich książkami, jedyny hajs, który
zarobili, to z tych pozycji.
- Typowe.
- Najlepsze pieniądze robi się na głupich ludziach - stwierdza z rozbrajającą szczerością.
- A więc ten dom to też zasługa głupich?
- Poniekąd.
- Poniekąd? Ale nie robisz jakichś przekrętów?
- Skąd! - ostro protestuje. - Szkolę ludzi, nie ma w tym nic złego. W międzyczasie pracuję przy nowym projekcie. Tokenizujemy właśnie jedną
spółkę. Kupa roboty, ale efekty będą imponujące. Poza tym koszty są
niższe niż w equity crowdfundingu.
- Niewiele z tego rozumiem. - Odkładam na miejsce żółtą książkę pełną
obietnic.
- Domyślam się. Kotek, nie mam cię za głupią, po prostu trudno to
wszystko wytłumaczyć tak na jednym oddechu. Po co więc masz sobie
zaprzątać tym głowę?
W odpowiedzi tylko wzruszam ramionami.
- Powiedz mi lepiej, jak wizyta w Guciowie? Wszystko okej?
- Właściwie to tak. Zabrałam swoje rzeczy. Spotkałam... - Nagle dochodzę
do wniosku, że nie ma sensu wspominać o wizycie policjantki.
- Kto ci się napatoczył?
- Jaruś złożył mi wizytę - wyrzucam z siebie, gdy przypominam sobie, że
Anita nie była jedynym niezapowiedzianym gościem.
- Jaruś? Ten to zawsze w centrum wydarzeń. - Parska śmiechem. - Czego
chciał?
- Właściwie to niczego. Przywitał się i pochwalił słonecznikiem, to
wszystko.
- Cały Jaruś. A teraz przepraszam cię, ale muszę wracać do pracy. Mam do
przygotowania jeszcze całą procedurę dla tej spółki. Obiecuję, że
popołudnie rezerwuję dla ciebie. Wyskoczymy na obiad do Bohemy, a potem
się pomyśli. Jutro mam webinar. Jak dobrze pójdzie, to niedługo
wyskoczymy na trzy dni do Dubaju. - Pochyla się nad stertą papierów i czegoś szuka, jakby informacja o wyjeździe do Dubaju była dla niego
czymś zupełnie zwyczajnym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki