Dym Roztocza - Wioletta (Niewyparzona Pudernica) Pyzik

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ćma po raz kolejny zbliża się do pło­mie­nia świecy na odle­głość nie­bez­pieczną dla jej wątłych skrzy­deł. Wpa­truję się w nią jak zahip­no­ty­zo­wana. Cze­kam na ten moment, kiedy pomyli się w swo­ich obli­cze­niach i w ułamku sekundy zakoń­czy żywot.

- Justynka, to nie twoja wina - sły­szę.

- Mhm... - mru­czę.

Mru­czę, bo co niby mam powie­dzieć, skoro nawet nie wiem, co mam myśleć?

Sie­dzę i patrzę, jak ćma igra z ogniem, jak po raz kolejny udaje jej się wyjść z potyczki bez szwanku. Oni nie mieli takiego wyboru. A może mieli? Anita pod­suwa mi kubek z jesz­cze gorącą her­batą i wzro­kiem wska­zuje na mój tele­fon, który wibruje raz po raz.

- Po pro­stu go wyłącz. Pismaki w końcu dadzą sobie spo­kój. Zawsze tak jest. Obie wiemy, że postą­pi­łaś słusz­nie. To, co się stało... Nikt nie mógł tego prze­wi­dzieć. To był wypa­dek. Nie­szczę­śliwy wypa­dek.

Mam wąt­pli­wo­ści, ale nie mówię tego gło­śno. Oczy­wi­ście sta­ram się hamo­wać swoje roz­bie­gane myśli, bo to one zapro­wa­dziły mnie do punktu, w któ­rym znaj­duję się teraz, a cią­głe ana­li­zo­wa­nie nie przy­nosi ulgi. Nie mogę się zadrę­czać. Nie mogę. Nie chcę. Nie powin­nam. W prze­ciw­nym razie zwa­riuję.

W końcu się­gam po kubek i po spo­rym łyku gorą­cego napoju zwra­cam się do Anity:

- Dla­czego tak długo zwle­ka­łaś, zanim do mnie przy­szłaś? Może gdy­bym wie­działa wcze­śniej, to dziś... - Głos mi się łamie. - Dziś może by...

- ...może by żyli? Może. A może nie. Nie ma w tym niczy­jej winy. Ani mojej, ani tym bar­dziej two­jej. Rozu­miem, że ciężko ci się pozbie­rać. Ja też ni­gdy nie spo­tka­łam się z taką sprawą. Pra­wie nikt się nie spo­tkał. Zresztą, nasz komi­sa­riat został odsu­nięty od docho­dze­nia. Za wyso­kie progi. Ale ty możesz spać spo­koj­nie.

- Niby wiem, ale...

- Wytrzy­maj jesz­cze tro­chę. Możesz zostać u mnie tak długo, jak będziesz chciała.

- Dzię­kuję. Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­biła. - Patrzę na Anitę znad kubka.

Ta kiwa łagod­nie głową i przy­myka powieki na znak, że przyj­muje moje słowa do wia­do­mo­ści.

- Pij, pij. To her­bata z prą­dem. Na pewno ci nie zaszko­dzi. - Pusz­cza do mnie oko.

- Ale nie z Mgłą Roz­to­cza? - pytam, gwał­tow­nie odsu­wa­jąc kubek od ust.

- W życiu! Zwy­kły bim­ber od mojego ojca. Tylko ciii, bo mnie wyleją. - Śmieje się, przy­kła­da­jąc palec do ust.

Sze­lesz­czący łoskot prze­rywa naszą roz­mowę. Patrzymy teraz, jak ćma prze­kra­cza gra­nicę bez­pie­czeń­stwa. W sza­lo­nej panice wyko­nuje wła­śnie ostat­nie ruchy nad­pa­lo­nymi skrzy­dłami, obija się o wyso­kie ranty sło­ika i wpada w lepki wosk. Jesz­cze ostat­nie ruchy w gęstej mazi i owad umiera. W pokoju czuć swąd spa­le­ni­zny.

- Myślisz, że oni też tak...

- Justyna! Prze­stań! - Anita szybko wyciąga ćmę, wstaje i idzie w stronę okna. Uchyla je szyb­kim ruchem ręki i wyrzuca tru­chełko na zewnątrz. Pokój wypeł­nia zapach maciejki. - Nie było tematu. - Teatral­nie otrze­puje dło­nie.

Rozdział 2

Wcze­śniej

Zaci­snę­łam palce na kie­row­nicy i doda­łam gazu na krę­tej ulicy pro­wa­dzą­cej z Zamo­ścia do Guciowa. Nie lubi­łam tam wra­cać, ale musia­łam. Poli­cja skoń­czyła swoje czyn­no­ści na moim podwórku, tyle że ja już ni­gdy nie poczuję się tam spo­koj­nie. Babka Feliksa nalega na odwie­dziny, ale na to tym bar­dziej nie jestem gotowa. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek zechcę się z nimi spo­tkać. Co prawda w chwili eufo­rii zgo­dzi­łam się na te ich wszyst­kie ini­cja­cje, wkro­cze­nie w krąg pie­kielny, ale na litość, to było spon­ta­niczne!

No ale teraz muszę tam jechać. Muszę zabrać resztę swo­ich rze­czy do domu Feliksa. Teraz miesz­kamy razem. Jest dobrze. Cho­ciaż dziś rano, kiedy obu­dzi­łam się wcze­śniej, patrzy­łam, jak śpi. Raz po raz zada­wa­łam sobie to samo pyta­nie: kim tak naprawdę jesteś, drogi Felik­sie? Wciąż mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że coś przede mną ukrywa.

A może to tylko mój kolejny wymysł? Znamy się prze­cież sto­sun­kowo krótko, to natu­ralne, że nie wiem o nim wszyst­kiego. Chyba znowu coś sobie wkrę­cam. Prze­cież Feliks nosi mnie na rękach, wspiera, nie naci­ska.

Zbli­żam się do Guciowa. Jesz­cze tylko jedno skrzy­żo­wa­nie, potem minę dwie wsie i jestem. Mam nadzieję, że nie natknę się na nikogo z miesz­kań­ców. Besz­tam się w myślach, że prze­cież mogłam jechać inną drogą. Pojadę tam, zabiorę rze­czy i wra­cam do Zamo­ścia. Feliks pytał, czy ma jechać ze mną, ale nie chcia­łam. Muszę zro­bić to sama: poże­gnać się z moim dom­kiem cza­row­nicy.

Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam, czy sprze­dam sie­dli­sko, czy będę wynaj­mo­wać je tury­stom. Ten sezon i tak stra­ci­łam - mie­li­śmy połowę sierp­nia. Do tego musia­ła­bym wszyst­kiego doglą­dać, a czu­łam dresz­cze za każ­dym razem, kiedy myśla­łam o tym, co się wyda­rzyło. Trup w piw­nicy mógłby ścią­gnąć co bar­dziej odważ­nych tury­stów. Dosko­nale wiem, jak roz­re­kla­mo­wać tak ory­gi­nalny zaką­tek...

...ale czuję, że to byłoby zwy­czajne skur­wy­syń­stwo wobec tej bied­nej kobiety i jej dziecka. Naj­chęt­niej sprze­da­ła­bym dom. Roz­są­dek pod­po­wia­dał jed­nak, że więk­sze korzy­ści będę miała z wynajmu, pasywny zaro­bek to zawsze bez­pieczna przy­stań.

Feliks nalega, żebym nie sprze­da­wała. Twier­dzi, że sprawa przy­cich­nie i za rok można pomy­śleć o tury­stach, ale w tra­dy­cyjny spo­sób. Żad­nych nawie­dzo­nych cha­tek, po pro­stu agro­tu­ry­styka.

Na razie potrze­buję chwili odde­chu. Moje oszczęd­no­ści wystar­czą na jesz­cze jakiś czas, w któ­rym poszu­kam pracy. W Zamo­ściu nie będzie to łatwe, ale liczę na pracę zdalną. Nie­długo zacznę wysy­łać CV, lecz na razie odsu­wam od sie­bie nawet myśle­nie o tym.

Uchy­lam szybę w aucie, mimo że dzień jest upalny. Fala gorą­cego powie­trza natych­miast ude­rza mnie w twarz. Biorę głę­boki wdech. Roz­to­cze pach­nie tak samo cudow­nie jak zawsze, zupeł­nie jakby ni­gdy nie wyda­rzyło się tu nic złego. Macie­rzanka, sosny, roz­grzana zie­mia, polne kwiaty - feeria zapa­chów świ­druje noz­drza i roz­brzmiewa w zmy­słach w rytm cyka­nia świersz­czy. Kurwa, dla­czego ci ludzie znisz­czyli moją sie­lankę?!

Wjeż­dżam do Guciowa. Na szczę­ście wieś wygląda na pustą. W lusterku dostrze­gam jadący za mną samo­chód i nic poza tym. Nawet stra­gan z chle­bem nie jest oto­czony wia­nusz­kiem tury­stów. Ni­gdzie nie ma też Anki. Kątem oka widzę jakiś ruch na jed­nym z podwó­rek. W głębi ducha liczę, że nikomu z wie­śnia­ków nie przyj­dzie do głowy mnie nie­po­koić.

Skrę­cam w drogę do mojego domu. Prze­szywa mnie dreszcz. Jesz­cze moc­niej zaci­skam palce na kie­row­nicy.

Może nie powin­nam tu wra­cać? Może nie tak szybko? Kurwa, stop! Nic się nie wyda­rzy! Nie­świa­do­mie miesz­ka­łam na jed­nym podwórku z zamor­do­waną kobietą, więc teraz żadne duchy, strzygi czy nawet upiory nic mi nie zro­bią. A prze­cież i tak nie wie­rzę w takie dzi­wo­lągi. Chyba.

Wysia­dam z auta i biorę głę­boki wdech. Trawa sięga mi do łydek. Jaruś już tutaj nie kosi. Mnie też długo nie było. Pierw­sza myśl - maciejka. Co z moją maciejką? Moja maciejka! Coś, co jest żywe i naprawdę moje, tylko moje, nama­calne. Coś, co łączy mnie z naturą. Coś, co jest nikomu nie­po­trzebne, błahe, ale cenne dla mnie. Nikomu nie­po­trzebna maciejka - jak róże Orwella.

Wędruję przez poro­śnięty ogród. Odgar­niam trawę pod kuchen­nym oknem i jest! Tro­chę zdzi­czała, tro­chę wybu­jała, tro­chę poha­ra­tana, jak ja - ale jest! Wyry­wam źdźbła chwa­stów, które ule­gają moim dło­niom, i daję maciejce namiastkę nor­mal­no­ści.

Pro­stuję się i ocie­ram spo­cone czoło. Mój wzrok zatrzy­muje się na zde­wa­sto­wa­nej piw­nicy. Na sośnie rosną­cej przy domu dostrze­gam pozo­sta­ło­ści poli­cyj­nej taśmy, która cicho sze­le­ści, sma­gana deli­kat­nym sierp­nio­wym wia­trem. Wzdy­cham głę­boko. Już po wszyst­kim. Sprawa zamknięta. Po pro­stu muszę odpu­ścić.

Ruszam do drzwi wej­ścio­wych. Znowu trzy­mam te same klu­cze z bre­locz­kiem z napi­sem "War­szawa". Nor­mal­nie dzień świ­staka. Stoję przed sta­rymi drew­nia­nymi drzwiami i mię­to­szę pęk klu­czy z bre­locz­kiem, który mia­łam zmie­nić już dawno temu. W końcu decy­duję się wejść do środka.

Za drzwiami wita mnie ogromna paję­czyna - zupeł­nie jak wtedy, kiedy weszłam tu po raz pierw­szy. Rzu­cam klu­cze na szafkę w przed­po­koju i idę do kuchni. W domu czuć zaduch i decy­duję się otwo­rzyć okno. Sia­dam przy stole i omia­tam pomiesz­cze­nie wzro­kiem. Mimo wszystko będzie mi żal roz­stać się z tym miej­scem. Może wypiję cho­ciaż her­batę? Posie­dzę, pomy­ślę.

Nale­wam wodę i usta­wiam czaj­nik na kuchence. Do sta­rego dzbanka wrzu­cam trzy saszetki owo­co­wej her­baty, którą mia­łam w szafce. Prze­ciąg sza­mo­cze posza­rzałą firanką w rów­nie posza­rza­łym oknie. Dziwne - myśla­łam, że kiedy tu wejdę, całe miej­sce wyda mi się mroczne i nie­przy­jemne, ale nic takiego nie miało miej­sca. Wręcz prze­ciw­nie! Czuję się tu dobrze. Jest przy­tul­nie.

Gwiż­dżący czaj­nik wyrywa mnie z zadumy. Zale­wam wie­kowy dzba­nek z her­batą wrząt­kiem i w tym momen­cie sły­szę dziwne skro­ba­nie za oknem. Zamie­ram i wpa­truję się w roz­tań­czoną firankę. Skro­ba­nie jest coraz sil­niej­sze, bliż­sze, bar­dziej prze­ni­kliwe. Stoję z czaj­nikiem w dłoni jak zamu­ro­wana. Czuję, jak serce wali niczym osza­lałe. Nagle na moim para­pe­cie ląduje on!

- Cza­rek-Maciek! Ty dziadu! Wiesz, jak mnie wystra­szy­łeś?! Chodź tutaj! - Kle­pię w stół, a kot jed­nym susem ładuje się pod moją dłoń. - Znowu mnie witasz i stra­szysz, ty mały sier­ściu­chu. Szkoda, że nie umiesz mówić, na pewno opo­wie­dział­byś mi, co tutaj się działo pod moją nie­obec­ność - mówię do zwie­rzaka, głasz­cząc go po grzbie­cie.

Odsta­wiam czaj­nik, biorę kota na ręce i idę z nim do sypialni. Kładę się z nim na łóżku i jesz­cze chwilę tar­mo­szę, gada­jąc o wszyst­kim i o niczym. W końcu otwie­ram szafę i biorę z niej ciu­chy, po które mię­dzy innymi przy­je­cha­łam. Wycią­gam też ciężką szu­fladę i wyj­muję z niej doku­menty, które rów­nież muszę zabrać do Zamo­ścia. Przez cały ten czas Cza­rek-Maciek łasi się do moich nóg i pomru­kuje.

Gdy prze­glą­dam stertę papie­rów, z dworu zaczyna dobie­gać war­kot sil­nika. Zbyt bli­ski jak na auto, które prze­jeż­dża ulicą. Ktoś tutaj jedzie. Ale kto? Feliks? Raczej nikt z lokal­sów, oni by przy­szli.

Doska­kuję do okna. Nie znam tego auta. Gra­na­towa skoda, a w środku jakaś kobieta. Nie zdą­ży­łam się jej przyj­rzeć, bo już par­kuje na moim podwórku. Co, do licha?!

Wzdy­cham i idę w stronę drzwi wej­ścio­wych; prze­cież nie będę uda­wać, że mnie tutaj nie ma.

Zanim kobieta zdą­żyła zapu­kać, zde­cy­do­wa­nym ruchem otwar­łam drzwi i wypa­li­łam ziry­to­wana pod­nie­sio­nym gło­sem:

- Słu­cham?!

Fili­gra­nowa, młoda dziew­czyna z zasko­czoną miną zamie­nia się w posąg, z ręką wycią­gniętą przed sie­bie.

- Pani w jakiej spra­wie? - dopy­tuję już łagod­niej­szym tonem.

Ma mak­sy­mal­nie trzy­dzie­ści lat, gra­na­towe jeansy rurki, w któ­rych na pewno jest jej gorąco, i pro­sty T-shirt z komik­so­wym nadru­kiem.

- Ja? Nie poznaje mnie pani?

Skądś koja­rzę ten przy­jemny tembr głosu...

- Nie bar­dzo.

- Anita Lepa. Poste­run­kowa Anita Lepa. - Pro­stuje się i patrzy mi w oczy. - Byłam tutaj wtedy, kiedy... No, wie pani! Kiedy TO się wyda­rzyło. - Akcen­tuje słowo "to".

W mojej gło­wie zapala się lampka. To dziew­czyna, która pró­bo­wała mnie uspo­koić zaraz po zna­le­zie­niu kości tej bie­daczki.

- To ty... To zna­czy pani zna­la­zła mi wtedy noc­leg w pen­sjo­na­cie! - wykrzy­kuję, może tro­chę zbyt rado­śnie. - Prze­pra­szam, a wła­ści­wie w jakiej spra­wie? - pytam już bez emo­cji. - Myśla­łam, że temat został zamknięty?

- Wła­ści­wie to tak... Ale coś nie daje mi spo­koju. - Zagląda dys­kret­nie przez moje ramię. - Jest pani sama?

- Tak, ale na­dal nie rozu­miem, co pani tutaj robi. I jak pani na mnie tra­fiła? Jestem tu po raz pierw­szy, odkąd... od wtedy.

- Przy­pa­dek. Psi nos. - Uśmie­cha się. - Dzi­siaj mam wolne, aku­rat prze­jeż­dża­łam i zoba­czy­łam, że obok domu stoi samo­chód. Tak jak mówi­łam, coś nie daje mi spo­koju. - Głos ma spo­kojny, ale wyczu­wam w nim nutkę nie­po­koju, jakby bała się nazwać rze­czy po imie­niu. - Znaj­dzie pani chwilkę?

- Szcze­rze mówiąc, nie mam ochoty wra­cać do tej sprawy - zaczy­nam zgod­nie z prawdą, ale gdy widzę zawód w jej oczach, dodaję: - Ale za to, jak pani się mną zajęła, należy się pani przy­naj­mniej her­bata. Zapra­szam. - Odsu­wam się od wej­ścia i zapra­sza­ją­cym gestem wska­zuję jej drogę do kuchni.

Cie­ka­wość wzięła górę. Co też mogło nie­po­koić tę deli­katną dziew­czynę? Kom­plet­nie nie wyglą­dała na poli­cjantkę. Drobna, wręcz ete­ryczna, o łagod­nych rysach twa­rzy. Raczej nimfa z roz­to­czań­skiego lasu ani­żeli przed­sta­wi­cielka prawa.

- Pro­szę sia­dać. Nie­stety nie mam nic do her­baty, a dom jest lekko przy­ku­rzony. - Wska­zuję krze­sło.

- Nic nie szko­dzi. Wiem, że pani nie było. Jeż­dżę tędy codzien­nie i zauwa­ży­ła­bym, gdyby kto­kol­wiek krę­cił się w oko­licy. - Odsuwa krze­sło, a ja prze­cie­ram dwa zaku­rzone kubki i sta­wiam je na stole.

- A więc pani...

Cho­lera, zapo­mnia­łam imie­nia!

- Anita - mówi, nale­wa­jąc sobie her­batę.

- Pani Anito. Mogę po imie­niu?

- Jasne. - Wyciąga dłoń w moim kie­runku. - Anita jestem.

- Justyna, miło mi - rzu­cam fra­ze­sem, cho­ciaż wła­ści­wie jesz­cze nie wiem, czy to będzie miła poga­wędka.

Rozdział 3

Poga­wędkę roz­po­czy­namy od dłu­giej chwili mil­cze­nia. Widzę, że Anita pró­buje zebrać myśli i zadać mi nur­tu­jące ją pyta­nie w moż­li­wie naj­bar­dziej tak­towny spo­sób. Ona wie, że ja wiem, że coś wisi w powie­trzu. Obie zda­jemy sobie sprawę, a mimo to uda­jemy, że naj­bar­dziej fascy­nu­jącą rze­czą na świe­cie w tym momen­cie jest her­bata w naszych kub­kach. W końcu nie­zręczną ciszę prze­rywa kot, który - z gra­cją sło­nia, jak­żeby ina­czej! - w pogoni za muchą wska­kuje na stół i prze­wraca butelkę po wodzie.

- Kocie! - Pod­ry­wam się z miej­sca i ścią­gam sier­ściu­cha ze stołu. - No dobrze - zwra­cam się do dziew­czyny - o co wła­ści­wie cho­dzi? Sprawa jed­nak się nie skoń­czyła? Mam się sta­wić na jakieś zezna­nia?

- Nie, nie o to...

- A więc o co? - Cała sytu­acja zaczyna mnie iry­to­wać.

- Dobra, powiem wprost. Po tym, gdy zna­le­ziono szczątki, byłam tu z moim part­ne­rem jako pierw­sza. Guciów pod­lega pod komi­sa­riat w Zwie­rzyńcu, ja tam pra­cuję od pew­nego czasu...

- Do brzegu - pona­glam.

- Pode­szłam wtedy do cie­bie. Sie­dzia­łaś wystra­szona na scho­dach i zada­łam ci kilka pytań. Byłaś w szoku, poza tym nie­wiele wie­dzia­łaś, co zresztą powtó­rzy­łaś póź­niej, już pod­czas ofi­cjal­nych zeznań.

Poczu­łam się nie­swojo. Czyżby poli­cja na­dal węszyła? Co, jeśli się wyda, że zata­iłam część infor­ma­cji? Do dziś mam wyrzuty sumie­nia, ale też czuję ulgę, że po pro­stu się od tego odcię­łam i mogę żyć z dala od tej cho­rej histo­rii.

- Justyna? - Anita wyrywa mnie z zamy­śle­nia.

- Tak?

- Słu­chasz mnie?

- Tak, tak. Prze­pra­szam, na samą myśl o tej spra­wie robi mi się słabo.

- Okej. Do czego zmie­rzam? Na koniec powie­dzia­łaś, że ta wieś jest dziwna, miesz­kańcy podej­rza­nie się zacho­wują i łączysz sprawę szcząt­ków kobiety z zagi­nię­ciem dziecka sprzed lat. Na zezna­niach już o tym nie wspo­mnia­łaś - rzuca bez­na­mięt­nym gło­sem.

Nie wiem, co powie­dzieć.

Gwał­tow­nie wstaję od stołu i pod­cho­dzę do szafki. Udaję, że cze­goś szu­kam. Naiw­nie myślę, że kupię sobie tro­chę czasu.

- No i wła­śnie to nie daje mi spo­koju. Sprawa teo­re­tycz­nie jest zamknięta. Tam już nic więk­szego się nie zmieni. Zresztą, nawet jakby miało się zmie­nić, to tutaj każdy kogoś zna, ktoś ma wujka poli­cjanta, ktoś stryja w pro­ku­ra­tu­rze - macha ręką w geście kapi­tu­la­cji - a mnie coś tu śmier­dzi. - Zerka na mnie podejrz­li­wie.

- Ale co mia­łoby śmier­dzieć? - wypa­lam i już po sekun­dzie żałuję swo­jego nie­wy­pa­rzo­nego jęzora.

- Jak dla mnie to wszystko - stwier­dza z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią.

- Suge­ru­jesz, że zabi­łam tę kobietę? Prze­cież led­wie tu przy­je­cha­łam! Jesz­cze wio­sną nie mia­łam poję­cia, że ist­nieje jakiś Guciów! - wybu­cham. - Nie wiem, co to za insy­nu­acje i po co cię tu w ogóle wpu­ści­łam, nawet nie jesteś na służ­bie! To wszystko, co mia­łam do powie­dze­nia, a teraz nie mam czasu. Przy­je­cha­łam tu tylko po resztę rze­czy.

- To bar­dzo cie­kawe, bo nikt nic nie mówił o żad­nym zabój­stwie. - Anita nie reaguje na mój wybuch emo­cji. - Zaraz sobie pójdę, ale zanim wyjdę, coś ci powiem, a ty zro­bisz z tym, co zechcesz.

Cho­lera. Stre­suje mnie ta dzie­wu­cha i przez to dodaję od sie­bie coś, o czym nie powin­nam nawet pisnąć! Teraz Anita zacznie węszyć, a prze­cież nikt nie wspo­mi­nał nic o żad­nym zabój­stwie. Oprócz mnie. Jestem kre­tynką.

- Słu­cham i żegnam.

- Mia­łaś rację. Wieś i miesz­kańcy mają dziwny wajb. Na tyle dziwny, że zaczę­łam drą­żyć, bo wiem, że nikt od nas nie będzie grze­bał w tym bagnie. Zna­jo­mo­ści, moż­li­wo­ści, zależ­no­ści. Wiem, że nie zro­bi­łaś nic złego, ale nie wiem, dla­czego tak usil­nie bro­nisz tych dzi­wa­ków. Albo cię zastra­szyli, albo prze­ku­pili, albo Kowal­ski nie­źle zawró­cił ci w gło­wie...

- Dość! Nie życzę sobie takich insy­nu­acji! - war­czę i wska­zuję jej drzwi wyj­ściowe.

Anita powoli wstaje, spo­koj­nie zerka na swój tele­fon, po czym chowa go do tyl­nej kie­szeni spodni i rusza do przed­po­koju. W poło­wie drogi zatrzy­muje się, odwraca i dodaje:

- Nie bądź na mnie zła. Powin­naś być zła na kogoś innego. Pew­nie nie wiesz, że Damian wcale nie wpa­dał na cie­bie przez przy­pa­dek, a służby mają Kowal­skiego od dawna na oku. - Wyj­muje wizy­tówkę i kła­dzie na szafce przy drzwiach. - Gdy­byś jed­nak chciała poga­dać, to mój numer. Sama zde­cy­duj.

Wycho­dzi, deli­kat­nie zamy­ka­jąc za sobą drzwi, a ja stoję jak słup soli i pró­buję prze­two­rzyć w mózgu to, co przed chwilą usły­sza­łam. Sły­szę, jak Anita odpala auto, i wtedy ude­rza mnie myśl, że wcale nie ucie­kłam od pro­ble­mów tego miej­sca. Może nawet wła­do­wa­łam się w nie jesz­cze bar­dziej.

Mała, wścib­ska gów­niara z prze­ro­stem ambi­cji! Zgar­niam z szafki wizy­tówkę i bez namy­słu wyrzu­cam do kosza na śmieci.

W tym miej­scu ni­gdy nie będę miała spo­koju!

Poczła­pa­łam wzbu­rzona, żeby koń­czyć pako­wa­nie. Cza­rek-Maciek gdzieś znik­nął i teraz jestem ze swo­imi bzdur­nymi myślami sama. Naj­go­rzej. W mojej gło­wie zaczy­nają kotło­wać się słowa tej wścib­skiej dzie­wu­chy. Służby mają Kowal­skiego od dawna na oku. Ale jaki Kowal­ski? Mój Kowal­ski, zna­czy Feliks, czy jego ojciec? Bo prze­cież nie Jaruś. Cho­ciaż dia­bli wie­dzą, może i Jaruś. Ale skoro są na oku służb, to cho­lera wie jakich, skoro tutaj podobno prawa strzegą sami przy­ja­ciele i rodzina kró­liczka. Jeśli któ­ry­kol­wiek Kowal­ski jest obser­wo­wany, to dla­czego zamknięto sprawę? A nawet jeśli nie jest zamknięta na amen, to ze słów Anity wynika, że i tak już nic się nie zmieni. A jeśli się nie zmieni, to po co kogoś obser­wo­wać czy co oni tam robią? Chyba że cho­dzi o inne postę­po­wa­nie. Trop w spra­wie zagi­nio­nego dziecka? Sprawa uci­chła. Może uru­cho­miło się to słynne Archi­wum X?

Moje myśli zaczy­nają krą­żyć gdzieś w świe­cie seriali, wokół wia­do­mego tytułu. Teraz przez moment myślę, że nie skoń­czy­li­śmy wczo­raj oglą­dać filmu na Net­fli­xie. Nie zno­szę tego mojego roz­pra­sza­nia! Myślę o jed­nym, potem o dwóch kolej­nych rze­czach, a te dwie rze­czy roz­bi­jają moje myśli na kolejne roz­ga­łę­zie­nia. I znowu!

Wkła­dam doku­menty do pudełka i biorę się za skła­da­nie ciu­chów. Muszę spraw­dzić lodówkę i szafki w kuchni. Mam nadzieję, że nic się w nich nie zepsuło.

Co jesz­cze bre­dziła ta cała Anitka? Coś o jakimś Damia­nie. Damian? Jaki Damian? Nie znam żad­nego Damiana! Nie mam pamięci ani do imion, ani do twa­rzy. Dobrze, że po tym wszyst­kim cho­ciaż sie­bie poznaję w lustrze. Gdyby nie Feliks, już dawno postra­da­ła­bym zmy­sły. A teraz przy­cho­dzi tu jakaś tam Anita i mąci mi w gło­wie! No tak, naj­ła­twiej rzu­cić podej­rze­nia na kogoś mi bli­skiego i sobie pójść! I jesz­cze ten jej tekst, że Kowal­ski nie­źle zawró­cił mi w gło­wie! Phi! Kolejna zazdro­sna panna?

Prze­wra­cam oczami i widzę ogrom­nego pająka. Z obrzy­dze­niem idę po szczotkę, żeby zgar­nąć gadzinę, zanim ta wsko­czy mi na głowę.

Pająk ląduje na scho­dach przed domem, a ja zaglą­dam do sza­fek, popi­ja­jąc her­batę, która już zdą­żyła wysty­gnąć. Przy nodze - nie wia­domo skąd, jak zwy­kle - mate­ria­li­zuje się czarny kocur. Łasi się i pomiau­kuje. Zaglą­dam do lodówki i dostrze­gam samotną kocią puszkę. Nakła­dam karmę na tale­rzyk, który sta­wiam na pod­ło­dze, a opa­ko­wa­nie wyrzu­cam do śmieci. Ku mojemu zdzi­wie­niu Cza­rek-Maciek zamiast rzu­cić się na żar­cie, jak ma w zwy­czaju, pod­cho­dzi do kosza i miau­czy wnie­bo­głosy.

- O co ci cho­dzi, kocie? Jedze­nie masz tutaj. - Wska­zuję pal­cem na tale­rzyk, ale kot nie zaprze­staje sym­fo­nii. - Zimne? Nie chcesz zim­nego mię­cha?

Spraw­dzam wodę w czaj­niku, jest jesz­cze dość cie­pła. Dole­wam ją do żar­cia i pod­su­wam bli­żej. Kot je, ale co chwilę prze­rywa i plą­cze się mię­dzy moimi nogami i kubłem na śmieci. Pochy­lam się nad nim i głasz­czę czarne, lśniące futro. Mój wzrok zatrzy­muje się na wizy­tówce Anity, która leży w kuble. Waham się przez chwilę, ale w końcu wycią­gam ją i kładę na bla­cie. Kot w jed­nej chwili rzuca się na jedze­nie.

- Co, czor­cie? - Kucam obok zwie­rzaka. - Cho­dziło ci o tę wizy­tówkę?

Kot prze­szywa mnie spoj­rze­niem.

- Podobno moja pra­babka była cza­row­nicą, a ja mam czar­nego kota. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że ja i tak nie wie­rzę w te dyr­dy­mały.

Maciek mru­czy prze­cią­gle i wraca do pała­szo­wa­nia kociej karmy, a ja - do opróż­nia­nia sza­fek. Nie wiem, jak powie­dzieć Felik­sowi, że tak naprawdę to wcale nie chcę prze­cho­dzić żad­nych ini­cja­cji i rzu­cać cza­rów w Gucio­wie. Zgo­dzi­łam się na to wszystko pod wpły­wem emo­cji, a od tam­tej pory nie wra­ca­li­śmy do tematu. Co prawda jego babka podobno nie może się docze­kać, kiedy ją odwie­dzimy, ale żadne z nas się nie spie­szy. Na razie spę­dzamy czas we dwójkę. Jemy, śmie­jemy się, upra­wiamy seks, oglą­damy filmy, cho­dzimy na spa­cery. Feliks rozu­mie, że potrze­buję czasu, żeby wszystko sobie poukła­dać w gło­wie.

No wła­śnie, Feliks. Jest pięk­nie! Zbyt pięk­nie, żebym nie zaczęła się zasta­na­wiać, czy oby nie zbyt ide­al­nie. Ma kasę, ma klasę, jest wyro­zu­miały, potrafi roz­śmie­szyć do łez, świetny w łóżku, przy­stojny, pra­co­wity, inte­li­gentny... Mogła­bym tak wymie­niać bez końca, ale... prze­cież przez lata pod tą piękną maską potra­fił ukry­wać, że jest zamie­szany w mor­der­stwo i zagi­nię­cie dziecka.

Zako­cha­łam się. Total­nie odpły­nę­łam, a teraz zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy znowu nie wpa­dłam w pułapkę wła­snych emo­cji i uczuć. Fakt, stą­pam twardo po ziemi, ale kiedy w coś wcho­dzę, to całą sobą. No i tracę kon­trolę nad rozu­mem. Poza tym cią­gle gryzą mnie wyrzuty sumie­nia. Dla rato­wa­nia wła­snej dupy zezna­łam, że o niczym nie wiem. Chcia­łam po pro­stu zamknąć ten roz­dział. Znik­nąć. Odciąć się od cudzych spraw. Zdą­ży­łam już tro­chę ochło­nąć, cały czas uda­jąc przed samą sobą, że nic takiego się nie wyda­rzyło...

I wtedy poja­wia się ona - Anita Lepa.

Znowu mam młyn w gło­wie. Chwy­tam wizy­tówkę i mnę ją w pal­cach. Maciek patrzy na mnie spode łba, więc cho­wam kar­to­nik do kie­szeni i poka­zuję mu język. Sier­ściuch wydaje z sie­bie pomruk zado­wo­le­nia i wska­kuje na kuchenne krze­sło. Do czego to doszło, żebym słu­chała kota?! Mam wra­że­nie, że ten kudłaty dziad pil­nuje, żebym nie pozbyła się wizy­tówki. To oczy­wi­ście bzdura, ale dla świę­tego spo­koju ule­gam jego niby-namo­wom, śmie­jąc się z sie­bie w duchu.

Wyno­szę do samo­chodu kolejno pudełko z doku­men­tami, torbę z ciu­chami, rekla­mówkę z kosme­ty­kami i resztki nie­od­pa­ko­wa­nego żar­cia: dwie paczki chip­sów, jakieś prze­ką­ski i przy­prawy. Na koniec zawią­zuję dokład­nie śmieci, które chcę zosta­wić przy wjeź­dzie na pose­sję. Za dwa dni powinna być tu śmie­ciarka.

Myję dzba­nek i kubki, wpa­tru­jąc się w ścianę lasu za kuchen­nym oknem. W pew­nym momen­cie za drze­wami widzę jakiś ruch. Mam nadzieję, że to tylko sarna, żaden miesz­ka­niec wsi. Przy­je­cha­łam tu na chwilę i nie mam ochoty gadać z tymi oszo­ło­mami. I tak mnó­stwo czasu zmar­no­wa­łam z tą całą Anitą.

W pośpie­chu wycie­ram naczy­nia. Zamy­kam okna. Spraw­dzam jesz­cze raz, czy o niczym nie zapo­mnia­łam. Wołam kota i wycho­dzimy z domu. I nagle sły­szę prze­cią­głe woła­nie za ple­cami:

- Juuusty­y­y­naaa!

Klu­cze, które wła­śnie mia­łam zamiar wło­żyć do zamka, wypa­dają mi z rąk. W tym samym momen­cie kot nur­kuje w krzaki, a ja odwra­cam się i widzę Jaru­sia. Ten to dopiero potrafi się zma­te­ria­li­zo­wać w naj­bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nym momen­cie! Nawet Cza­rek-Maciek nie jest aż takim kosmitą.

- Sło­necz­nik. Mam - infor­muje, wycią­ga­jąc w moją stronę połowę nad­je­dzo­nego kwia­to­stanu.

- Zawsze masz. - Wzru­szam ramio­nami i zasu­wam drzwi.

- Aleee z kwiat­kaaa! Mam! Nie z paaaczki! Zawszeee mia­łem z paaaczki! - Obraca sło­necz­ni­kiem jak kie­row­nicą.

- Jest sezon, to masz z kwiatka. Jaruś, muszę już jechać - uci­nam i otwie­ram drzwi samo­chodu.

- Jedź. Ty wró­ciiisz. Ty nasza. Justyna wróci!

Sra­sza, nie wasza. Zatrza­skuję drzwi i odpa­lam sil­nik. Sły­szę jesz­cze, jak Jaruś powta­rza, że jestem "nasza" i coś o babce, ale nawet nie mam ochoty tego słu­chać. Macham na odchodne, co powo­duje dziki napad śmie­chu u Jaru­sia, i ruszam z kopyta. Zatrzy­muję się jesz­cze na kilka sekund przy ulicy, żeby zosta­wić śmieci, ale kiedy widzę, że Jaruś cały w skow­ron­kach bie­gnie w moją stronę, odjeż­dżam, uda­jąc, że go nie widzę.

Ufff... Jak naj­da­lej od tego miej­sca!

Rozdział 4

Na miej­sce doje­cha­łam z poczu­ciem ulgi. Zapar­ko­wa­łam samo­chód przed domem Feliksa i zaczę­łam zbie­rać tobołki z rze­czami.

Obju­czona jak osioł otwie­ram drzwi do willi. Feliks znowu gdzieś znik­nął. Czę­sto znika. To jedyna rzecz, która mnie w nim wku­rza. Ile­kroć pytam, dokąd jedzie, sły­szę zdaw­kowe: "Do pracy". Do dziś nie wiem, czym się dokład­nie zaj­muje. Nie chcę wyjść na cie­kaw­ską babę, ale to chyba nor­malne, że chcę wie­dzieć, szcze­gól­nie kiedy druga połówka żyje dość luk­su­sowo. Dotych­czas udało mi się z niego wydu­sić jedy­nie zdaw­kowe: "Inwe­stuję", "Tro­chę mar­ke­ting, tylko taki nowo­cze­śniej­szy", "Dłu­bię cza­sem przy krypto, nie zro­zu­miesz, zresztą to nic cie­ka­wego".

Naj­bar­dziej drażni mnie wła­śnie to jego "Nie zro­zu­miesz"! Jakby z góry zakła­dał, że kobiety nie rozu­mieją tych wszyst­kich wykre­sów, cyfe­rek i nazw!

Po cichu zaczę­łam nawet pod­czy­ty­wać co nieco na temat block­cha­inów, żeby pew­nego dnia zasko­czyć go swoją wie­dzą. Może wtedy uzna, że o tym też może ze mną poga­dać. Z jed­nej strony wiem, że to głu­pie - gdy­bym patrzyła na to wszystko z boku, pomy­śla­ła­bym, że jestem stuk­nięta i chcę zaim­po­no­wać face­towi, który ma mnie za durną dziu­nię. Z dru­giej strony to chyba faj­nie, kiedy kobieta inte­re­suje się tym, czym zaj­muje się jej facet?

Już w kory­ta­rzu ścią­gam buty i niosę rze­czy na górę. W wol­nym pokoju zdą­ży­łam zor­ga­ni­zo­wać sobie małe gniazdko. Roz­kła­dam doku­menty do kolo­ro­wych pude­łek, które dotąd stały puste. Zer­kam na tele­fon. Wia­do­mość od Feliksa.

"Mała, prze­cią­gnie mi się do późna. Nie cze­kaj na mnie. Wyna­gro­dzę Ci to".

No dobra, to też mnie w nim wku­rza. W przy­padku Feliksa nie­nor­mo­wane godziny pracy to absur­dalne godziny pracy. Ech! Proza życia wkra­dła się w nasz zwią­zek szyb­ciej, niż mogłam przy­pusz­czać. Ale przy­naj­mniej nie roz­rzuca skar­pe­tek po całym domu! Jako pierw­szy facet w histo­rii potrafi wrzu­cać brudne ciu­chy do kosza na pra­nie.

Cóż, naj­wy­raź­niej czeka mnie dzień dla sie­bie. Może to i lepiej? Maseczka na twarz, dobra książka, jakiś film na odmóż­dże­nie, lampka wina. Nie­zbyt ambitne plany, ale należy mi się tro­chę słod­kiego leni­stwa. Goto­wać też nie zamie­rzam. Zja­dła­bym sushi, ale nie wiem, czy mój budżet ucią­gnie takie zachcianki. Niby mam jesz­cze okrą­głą sumkę na kon­cie, ale jeśli będę sobie pozwa­lać na drobne przy­jem­no­ści zbyt czę­sto, to nawet nie zauważę, kiedy skoń­czę na utrzy­ma­niu kon­ku­benta, a tego bym nie chciała.

Feliks w kwe­stii finan­sów ma inne podej­ście niż ja. Lek­kie. Twier­dzi, że nie ma nic prze­ciwko, żebym korzy­stała z jego pie­nię­dzy, wręcz mnie do tego zachęca. Oczy­wi­ście nie odma­wiam mu pre­zen­tów czy pła­ce­nia za obiad, ale nie wyobra­żam sobie być jego utrzy­manką! Kiedy zapro­po­no­wa­łam, że będę dorzu­cać się do rachun­ków, zro­bił kwa­śną minę i stwier­dził, że nawet nie ma mowy i poga­damy o tym kiedy indziej, a teraz mam się sku­pić na sobie i nie mar­twić na zapas takimi pier­do­łami.

Odpu­ści­łam. Miał tro­chę racji - moje oszczęd­no­ści top­niały. Od nowego tygo­dnia zacznę szu­kać pracy, w prze­ciw­nym wypadku skoń­czę z ręką w noc­niku. Przy­naj­mniej w moim mnie­ma­niu, bo Feliks ni­gdy nawet przez chwilę nie dał mi odczuć, że to głów­nie on za nas płaci. Fakt, że sama nie jadła­bym na mie­ście tak czę­sto jak teraz, nie kupo­wa­ła­bym wielu (według mnie) zbęd­nych rze­czy, ale on przy­wykł do pew­nego stylu życia, a teraz i ja sta­łam się tego czę­ścią, więc wydatki zro­biły się razy dwa.

Jed­nak decy­duję się zamó­wić sushi. Prze­cież nie mogę żyć jak uboga krewna. Ludzie harują za naj­niż­szą kra­jową i mimo to żyją szczę­śli­wie. Od czasu do czasu każ­demu należą się małe przy­jem­no­ści.

Już po zło­że­niu zamó­wie­nia nagle dociera do mnie, że uspra­wie­dli­wiam się sama przed sobą - nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o drobne zakupy, czy sprawy więk­szej wagi. Zawsze się tłu­ma­czę. Nie potra­fię powie­dzieć nie, odmó­wić, kupić cze­goś, bo chcę. Zawsze ana­li­zuję każdy swój ruch, jakby naj­drob­niej­sza decy­zja miała zawa­żyć na moim życiu. Z dru­giej strony już pod­ję­łam kilka spon­ta­nicz­nych decy­zji i...

...i za każ­dym razem coś się zesrało.

Znowu ana­li­zuję. Znowu! Cza­sami mam wra­że­nie, że mój mózg nie sty­gnie. Stygł tylko w Gucio­wie, kiedy leża­łam na tra­wie i wyja­da­łam pal­cem dżem ze sło­ika. Gdyby nie te chore histo­rie, ta wio­cha byłaby moim miej­scem na ziemi.

A może potrze­buję waka­cji? Teraz nie mogę sobie pozwo­lić na żadne wycieczki, naj­wy­żej week­end z dala od zgiełku. Nie, nie. Muszę ciąć wydatki. Wie­czór we wła­snym towa­rzy­stwie musi wystar­czyć. Przy­naj­mniej w naj­bliż­szym cza­sie.

Odpa­lam pierw­szy lep­szy film. Nale­wam sobie kie­li­szek wina pach­ną­cego soczy­stymi porzecz­kami oraz nutką cytru­sów i zaja­dam obłęd­nie przy­go­to­wane sushi. Wcze­śniej wzię­łam aro­ma­tyczną, długą kąpiel, a teraz - otu­lona mięk­kim szla­fro­kiem, z maseczką na twa­rzy - zale­gam na ogrom­nej kana­pie. Dość myśle­nia na dziś. Dość. Mózgu, wyłącz się!

Na ekra­nie tele­wi­zora leci kome­dia, która miała mnie roz­śmie­szyć, ale z minuty na minutę iry­tuje coraz bar­dziej. Prze­glą­dam na Face­bo­oku grupę miło­śni­ków fil­mów. Szu­kam cze­goś, co mogła­bym obej­rzeć bez zaże­no­wa­nia. Spraw­dzam kolejne tytuły na Film­we­bie, ale nic nie wydaje mi się godne obej­rze­nia. Czy dobre kome­die skoń­czyły się na Poranku Kojota? Albo na Kile­rze? W rodzi­mych pro­duk­cjach cał­ko­wita posu­cha. Co drugi film ma taką samą fabułę, w pozo­sta­łych gra Karo­lak. Jak nie żenu­jące pseu­do­ero­tyki, to kome­die roman­tyczne dla Gra­ży­nek bez wyma­gań!

W gnio­cie, który leci w tle moich poszu­ki­wań, wła­śnie oka­zuje się, że dziew­czyna zdra­dza swo­jego faceta z jego bra­tem bliź­nia­kiem, bo uznała, że ten drugi jest lepiej umię­śniony. Chry­ste! Jak nisko upa­dła kine­ma­to­gra­fia?! A jej odbiorcy? Jesz­cze niżej!

- Brat bliź­niak! - Aż pod­ska­kuję pora­żona nagłym olśnie­niem.

Damian! Znam Damiana! Damian to prze­cież ten chło­pak z plaży, któ­rego brat bliź­niak zgi­nął w wypadku! Ale zaraz, co o nim mówiła Anita? Pró­buję odszu­kać w gło­wie odpo­wied­nią półeczkę, a na niej segre­ga­tor pod­pi­sany "Pier­do­lolo Anisi". Chyba coś w stylu, że Damian nie wpa­dał na mnie przy­pad­kowo. Albo coś takiego. Ale Damiana spo­tka­łam tylko raz, nad zale­wem w Kra­sno­bro­dzie. Wcze­śniej wpa­dłam na Łuka­sza, ale nie mogłam wpaść na Łuka­sza, bo Łukasz umarł. Łukasz to Damian? No prze­cież nie mam zwi­dów!

A może ona mówiła, że na mnie wpadł, a nie że wpa­dał kil­ku­krot­nie? Natknę­łam się na niego jeden raz. Nie no! Wię­cej! Prze­cież nie mogłam spo­tkać nie­bosz­czyka! W dodatku Feliks wspo­mi­nał coś o tym, że zna Łuka­sza.

Noż cho­lera jasna! Znowu snuję bzdurne domy­sły, to się nawet kupy nie trzyma. Wymy­ślam bania­luki, dopo­wia­dam i sta­ram się szu­kać logiki w czymś, co nie ma nawet zna­mion logicz­nych powią­zań! Zresztą, ta cała Anita też wysko­czyła jak dia­beł z kape­lu­sza. Niby aku­rat prze­jeż­dżała. Tak jakby Guciów był aglo­me­ra­cją.

Dość. Dość!

W końcu włą­czam kolejny losowy film i tym razem nawet wcią­gam się w fabułę na tyle, że prze­staję zadrę­czać się cho­rymi wizjami. Ścią­gam wyschniętą maseczkę i kładę ją obok pustego kie­liszka. Sama nie wiem, kiedy zasy­piam, bo budzi mnie dopiero dźwięk klu­cza w zamku i ciche kłap­nię­cie drzwi wej­ścio­wych. Sły­szę, że Feliks roz­ma­wia z kimś przez tele­fon. Prosi kogoś o wię­cej czasu. Jest zde­ner­wo­wany. Obie­cuje uci­szyć temat. Brzmi to co naj­mniej dziw­nie. Prze­cią­gam się ospale. Feliks wcho­dzi do salonu i na mój widok koń­czy roz­mowę.

- Co ty tutaj robisz? - pyta zasko­czony.

- Wygląda na to, że śpię.

- Nie męcz się na tej kana­pie. Leć na górę, zaraz do cie­bie przyjdę. - Nachyla się nade mną i cmoka w poli­czek.

- Już, już. - Powoli pro­stuję nogi pod kocem i po omacku szu­kam pucha­tych kapci. - Z kim gada­łeś? - pytam, drep­cząc w kie­runku scho­dów.

- Z nikim waż­nym. - Macha ręką. - Kładź się, zaraz przyjdę do sypialni.

Rano nie pytam o dziwną roz­mowę. Nie mam nawet pew­no­ści, czy strzępy roz­mowy, które sły­sza­łam, brzmiały tak, jak brzmiały, czy byłam zaspana i coś prze­krę­ci­łam. To nie­istotne.

Idę do kuchni, Feliks nad czymś pra­cuje. Sły­sza­łam dźwięki docho­dzące z jego domo­wego biura.

Zastaję go przed kom­pu­te­rem. Przy­no­szę mu kawę i sia­dam na małej sofie sto­ją­cej w głębi pomiesz­cze­nia. Biorę łyk aro­ma­tycz­nego napoju i roz­glą­dam się po pokoju. Nie­wielki gabi­net jest urzą­dzony chyba naj­mniej gustow­nie w całym domu. Na ścia­nie za ple­cami Feliksa wisi wielki pla­kat wyglą­da­jący jak reklama filmu science fic­tion - jakieś kre­ski, kropki, sym­bole bit­co­ina. Nor­mal­nie misz­masz taki, że flaki prze­wra­cają się na drugą stronę. W biblio­teczce cały arse­nał lite­ra­tury facho­wej, a wła­ści­wie lite­ra­tury, która pró­buje być fachową - porad­niki mar­ke­tingu, krzy­kliwe okładki wywo­dów pseu­do­co­achów, na grzbie­tach tytuły wręcz krzy­czące do odbiorcy, że ten będzie bogaty. Na pół­kach sta­tu­etki od insty­tu­cji, o któ­rych w życiu nie sły­sza­łam. Dyplomy, podzię­ko­wa­nia, cer­ty­fi­katy - i rażą tan­detą Wyż­szej Szkoły Goto­wa­nia Budy­niu na Gazie, i zdo­bią wszyst­kie wolne miej­sca na ścia­nach.

- Kom­plet­nie mi ten wystrój do cie­bie nie pasuje.

Feliks odrywa się od kle­pa­nia w kla­wia­turę i sięga po kubek.

- Hmm?

- No... Ten pokój jest jakiś taki... nie twój.

- To prawda.

- To dla­czego go nie zmie­nisz? Wie­rzyć mi się nie chce, że czy­ta­łeś te wszyst­kie pasz­kwile. - Wska­zuję biblio­teczkę.

- Bo nie czy­ta­łem! - Śmieje się.

- To po co ci to wszystko? Cer­ty­fi­katy z dupy, tan­detny pla­kat, książki...

- Mar­ke­ting - odpo­wiada zdaw­kowo. Jak zwy­kle.

- Mar­ke­ting? Chyba z lat dzie­więć­dzie­sią­tych! Na kimś to robi wra­że­nie? Prze­cież to... tan­deta!

- Na kim ma robić, to robi. Ty to powin­naś wie­dzieć naj­le­piej. Zęby zja­dłaś na mar­ke­tingu, nie na takie rze­czy ludzie się łapią. - Wraca do pisa­nia.

- Faaakk­kttt - stwier­dzam. - Ale wła­ści­wie jaka jest twoja grupa doce­lowa? - pytam ni to poważ­nie, ni to żar­to­bli­wie.

- Różni ludzie.

- To bar­dzo sze­roko dzia­łasz. - Chi­cho­czę, a po chwili znowu drążę: - Sądząc po dobrach mate­rial­nych, które posia­dasz, to prze­ma­wiasz z tego gabi­netu co naj­mniej do mini­strów. Ale jeśli spoj­rzeć na wystrój tego przy­bytku, to jed­nak pro­wa­dzisz webi­nary dla kół gospo­dyń wiej­skich. - Wybu­cham śmie­chem.

Feliks obraca się na fotelu w moją stronę i pusz­cza do mnie oko, sącząc kawę.

- Pra­wie w sedno. Pra­cuję z poważ­nymi ludźmi, jed­no­cze­śnie pra­cuję też nad ludźmi, któ­rzy za takich chcą ucho­dzić.

Pod­cho­dzę do Feliksa i sia­dam mu na kola­nach, odsta­wia­jąc jego kubek na biurko. Przy­tu­lam się do niego, a kątem oka zer­kam na moni­tor.

- To jakaś strona do inwe­sty­cji? Może mnie nauczysz? - pytam.

- A daj spo­kój! Wystar­czy, że ja muszę się nad tym gło­wić.

- I tak muszę poszu­kać pracy, może zostanę inwe­sto­rem? - Uśmie­cham się głup­ko­wato.

- Mogę ci poka­zać kilka sztu­czek. Gra­nie na dźwi­gni, alt­co­iny... Cho­ciaż nie, han­del z dźwi­gnią to chyba nie jest dobry pomysł na począ­tek, za duże ryzyko. Kilka mie­sięcy nauki i coś tam zaro­bisz. - Całuje mnie w czoło.

- Dobra, to ja jed­nak poszu­kam pracy w moim seg­men­cie... - bur­czę. - Cho­ciaż masz tu taką mądrą książkę. - Wstaję z jego kolan i wycią­gam z półki pozy­cję w jaskra­wo­żół­tym kolo­rze. - Jak szybko zostać milio­ne­rem? Może przy­spie­szę pro­ces wzbo­ga­ca­nia - drwię, po czym otwie­ram książkę w loso­wym miej­scu i zaczy­nam czy­tać na głos: - "Cały pro­ces zaczyna się w two­jej gło­wie. Musisz być men­tal­nie gotowy na ogromne pie­nią­dze. Jeśli nie jesteś na nie gotowy, one nie poja­wią się w twoim życiu. Zacznij od nasta­wie­nia. Kolej­nym kro­kiem jest jasne okre­śle­nie swo­ich celów" - recy­tuję z poważną miną, po czym prze­rzu­cam kilka stron i czy­tam kolejny frag­ment: - "Kryp­to­wa­luty są dla wszyst­kich! To od cie­bie zależy, czy jesteś gotowy się­gnąć po ogromne bogac­two, które jest na wycią­gnię­cie ręki. Cyfrowe złoto jest pew­niej­sze niż tra­dy­cyjne kruszce, choć zarówno bit­coin, jak i złoto łączy kilka rze­czy. Po pierw­sze i bit­coin, i złoto mają ogra­ni­czoną podaż". - Wybu­cham śmie­chem. - Nie, żebym nie doce­niała kryp­to­wa­lut, ale to jest napi­sane w taki spo­sób... Prze­cież to pier­do­lolo!

- Dokład­nie tak, ale nie zapo­mi­naj, że więk­szość ludzi to nie uro­dzeni bro­ke­rzy, tylko marzy­ciele, któ­rzy myślą, że zain­we­stują dwie­ście zło­tych i po mie­siącu będą mieli dwie­ście tysięcy. A auto­rzy tych bro­szu­rek, bo nawet nie nazwę ich książ­kami, jedyny hajs, który zaro­bili, to z tych pozy­cji.

- Typowe.

- Naj­lep­sze pie­nią­dze robi się na głu­pich ludziach - stwier­dza z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią.

- A więc ten dom to też zasługa głu­pich?

- Ponie­kąd.

- Ponie­kąd? Ale nie robisz jakichś prze­krę­tów?

- Skąd! - ostro pro­te­stuje. - Szkolę ludzi, nie ma w tym nic złego. W mię­dzy­cza­sie pra­cuję przy nowym pro­jek­cie. Toke­ni­zu­jemy wła­śnie jedną spółkę. Kupa roboty, ale efekty będą impo­nu­jące. Poza tym koszty są niż­sze niż w equ­ity crowd­fun­dingu.

- Nie­wiele z tego rozu­miem. - Odkła­dam na miej­sce żółtą książkę pełną obiet­nic.

- Domy­ślam się. Kotek, nie mam cię za głu­pią, po pro­stu trudno to wszystko wytłu­ma­czyć tak na jed­nym odde­chu. Po co więc masz sobie zaprzą­tać tym głowę?

W odpo­wie­dzi tylko wzru­szam ramio­nami.

- Powiedz mi lepiej, jak wizyta w Gucio­wie? Wszystko okej?

- Wła­ści­wie to tak. Zabra­łam swoje rze­czy. Spo­tka­łam... - Nagle docho­dzę do wnio­sku, że nie ma sensu wspo­mi­nać o wizy­cie poli­cjantki.

- Kto ci się napa­to­czył?

- Jaruś zło­żył mi wizytę - wyrzu­cam z sie­bie, gdy przy­po­mi­nam sobie, że Anita nie była jedy­nym nie­za­po­wie­dzia­nym gościem.

- Jaruś? Ten to zawsze w cen­trum wyda­rzeń. - Par­ska śmie­chem. - Czego chciał?

- Wła­ści­wie to niczego. Przy­wi­tał się i pochwa­lił sło­necz­ni­kiem, to wszystko.

- Cały Jaruś. A teraz prze­pra­szam cię, ale muszę wra­cać do pracy. Mam do przy­go­to­wa­nia jesz­cze całą pro­ce­durę dla tej spółki. Obie­cuję, że popo­łu­dnie rezer­wuję dla cie­bie. Wysko­czymy na obiad do Bohemy, a potem się pomy­śli. Jutro mam webi­nar. Jak dobrze pój­dzie, to nie­długo wysko­czymy na trzy dni do Dubaju. - Pochyla się nad stertą papie­rów i cze­goś szuka, jakby infor­ma­cja o wyjeź­dzie do Dubaju była dla niego czymś zupeł­nie zwy­czaj­nym.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki