KRĄG PIERWSZY
Człowiek morski
Mówił, że prawdziwie interesujące chwile wiążą się w jego przypadku z wodą. Rzeką, jeziorem, morzem. Gdyby mógł decydować, wolałby urodzić się
pod znakiem Wodnika, a nie Strzelca, bo strzelania nie lubił, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim lubił "wielką wodę". Patrzeć w morze i zastanawiać się, co kryje się za horyzontem. A najlepiej zostać
marynarzem. "Nie wybiera się sobie znaków zodiaku i w ogóle mało rzeczy
wybiera się sobie w życiu. Raczej jest się wybieranym"5.
Kwalifikuje siebie całą duszą do "ludzi morskich", czyli nieco
narwanych, obdarzonych fantazją, marzycielskich i roztrzepanych.
Przynajmniej tak siebie widzi. Ludzie "górscy" są inni: skupieni,
skryci, pedantycznie dokładni. Bałtyk, wzbudzający emocje, gloryfikuje i ustawia zdecydowanie wyżej niż "przestarzały" Adriatyk, "aroganckie i zgryźliwe Morze Północne". Kocha Półwysep Helski, który "wyciągał długą
szyję, jakby podglądał ciekawie, co się dzieje w Gdyni i Gdańsku"6. W patrzeniu na morze nigdy nie wyzbędzie się
fascynacji kilkuletniego chłopca, który po raz pierwszy widzi statki,
fale, kąpiących się i plażujących ludzi. Wdycha zapach świeżo wyłowionej
ryby i bryzy morskiej. "Morze jest moją drugą ojczyzną. Każde morze,
chociaż najbardziej lubię Bałtyk i Atlantyk"7.
Co nieco z tych wodnych marzeń się spełniło. Stanisław Dygat przyszedł
na świat 5 grudnia 1914 roku, w roku spektakularnych wydarzeń, kiedy
wypadki toczyły się lawinowo: 28 czerwca w Sarajewie zamordowano
austro-węgierskiego następcę tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda,
28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, 1 sierpnia Niemcy
ogłosiły stan wojenny z Rosją, następnie z Francją, a później Wielka
Brytania i Francja ogłosiły stan wojenny z Austro-Węgrami. A ten ciąg
przyczynowo-skutkowy okazał się na tyle historycznie istotny, że
doprowadził do wybuchu I wojny światowej.
Stanisław Dygat przyszedł na świat w Warszawie - mieście co prawda
jeszcze niesuwerennym, urbanistycznie zaniedbanym, ale nad Wisłą.
Urodzajne pole. Antenaci
Równie dobrze, zważywszy na francuskie korzenie rodu, mógł przyjść na
świat w Paryżu nad Sekwaną. Albo w Saint-Étienne, Écouen czy La Barre,
gdzie mieszkali przodkowie. Czy wówczas byłby innym człowiekiem? Czy
jedynie życie potoczyłoby się inaczej, bo płynęłoby w zupełnie
odmiennych realiach i rytmie?
"Ale nikomu nie przychodzi do głowy, że w gruncie rzeczy jest
zdeterminowany swoimi cechami wrodzonymi i nabytymi i gdyby raz jeszcze
się urodził, musiałby mniej więcej powtórzyć te same
głupstwa"8 - wskazuje na aprioryczności bytu w Kołonotatniku. Nigdy nie będziemy nikim innym, niż jesteśmy, z "wyroku
losu" skazani zostaliśmy na samych siebie. Uwięzieni "w ciasnym lochu
własnych dziejów, uczuć, przeżyć"9.
Cechy wrodzone ma po kim dziedziczyć. Galeria przodków, zwłaszcza od
strony ojca, jest imponująca.
Prapradziadek François Digat
Byłem przez długie lata pewien, że wszystko, co napisałem o mojej
rodzinie w Jeziorze Bodeńskim, zostało przeze mnie wymyślone. W domu
panowało słabe zainteresowanie naszym drzewem genealogicznym. W zasadzie
historia naszego rodu ginie w mrokach pierwszej połowy dziewiętnastego
wieku. Wiedziałem tyle, że mój dziadek był powstańcem 1863 roku i po
powstaniu zbiegł do Francji. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że mój
prapradziadek naprawdę przybył do Polski z Napoleonem i był Francuzem. Z maleńką różnicą: nie był żadnym oficerem, ale kupcem, który wlókł się za
wojskiem z towarami. W Warszawie spodobało mu się i został, założył
sklep. Rodzina moja pochodzi z Saint-Étienne i są jeszcze tam, albo w okolicy, ludzie o moim nazwisku pisanym tak, jak pisał się mój
pradziadek - przez i, a nie przez y10.
Przeszłość rodu spowita była, jak mówił, "w mrokach XIX wieku", prawie
mityczna, a rolę dokumentów muszą odgrywać najpierw barwne opowieści
ojca, a potem listowne glossy od stryja. Krystyna Kiersnowska,
stryjeczna siostra pisarza, aktorka mieszkająca w Londynie, mówiła:
"Staś śmiał się, że nie wiadomo, czy nasz prapradziadek rzeczywiście był
oficerem, czy też po prostu pichcił w kuchni"11.
Musiała mu się podobać romantyczna legenda o protoplaście
francusko-polskiego rodu, napoleońskim oficerze, niejakim François
Digat, który w drodze na Moskwę wraz z Wielką Armią zawędrował do
polskiego dworku na terenie dzisiejszego Mokotowa i zakochał się w urodziwej córce właścicieli. Strzała amora trafiła tak celnie, że
radykalnie odmieniła jego los. Co więcej: przyczyniła się do tego, że od
następnego pokolenia ludzie, którzy winni rodzić się Francuzami, rodzili
się Polakami12.
Panna szlachcianka z mokotowskiego dworku była nie tylko urodziwa, ale i mądra. Czytała Próby Michela de Montaigne'a, stąd w rodzinie utarło
się, że: "Nie można ufać nikomu, kto nie ceni Montaigne'a". Innymi słowy
nie można zadawać się z kimś, kto nie jest sceptyczny, tolerancyjny,
odważny w myśleniu, inspirowany starożytną filozofią, przepełniony
żywotnymi treściami humanizmu. Nie zadaje nieustannie pytania: Qui sais
je? (Cóż ja wiem?) albo nie wierzy w maksymę:
Świat jest jeno sztuką szukania,
Nie o to chodzi, kto dopadnie,
Ale kto przebieży piękniejszą drogą.
François ma dziwnie zbieżne charakterologiczne rysy ze swoim
praprawnukiem. Jako młodzieniec musiał być kompletnie nierokujący.
Ojciec prapradziadka klął i rozpaczał, bo nie mógł go zmusić do niczego.
Wreszcie niemal podstępem oddał go do szkoły oficerskiej. I tak
François, pośrednio przez decyzję ojca, a bezpośrednio przez Napoleona,
znalazł się na terenach polskich. "I oto pewnego wiosennego wieczoru
roku 1812 François przejeżdżał gościńcem mokotowskim w mundurze gwardii.
Serce mu biło, rozglądał się wokoło zdumiony"13. Zobaczy
drewniany dworek otoczony zielenią. Ganek, na który za chwilę wybiegnie,
przywołana szczekaniem psa, rodzina: stary szlachcic w polskim stroju, z siwymi wąsami, matka - siwa matrona - i córka z blond warkoczami.
Strudzony poprosi o kwaterę. A potem w romantycznej dworkowej scenerii
przeżyje płomienny romans z Konstancją, której wyjeżdżając, przyrzeka,
że niebawem przyjedzie po nią i zabierze do Francji. Opowieść o protoplaście rodu, jak przystało na piękną legendę czy mit, miała tyle
ulepszonych wersji, ilu członków rodziny.
Prapradziadek François Digat, sprawca czy główny winowajca
narodowościowego zamieszania, który "strumień rodnej siły przesunął z Francji do Polski", doczeka się malowniczego portretu w Jeziorze
Bodeńskim:
François, mój prapradziadek, urodził się w Lyonie mniej więcej w tym
samym czasie, gdy rozszalała się rewolucja francuska. Ojciec jego był
tępym episjerem, wkrótce również stał się równie tęgim republikaninem.
Obie te zalety pragnął przekazać synowi, jednak przekonał się szybko, że
syn zawodzi i będzie zawodził w przyszłości wszystkie jego nadzieje. Był
to chłopiec cichy, marzący i niechętny do wszystkiego, co działo się
wokoło. [...] Nie chciało mu się bawić z rówieśnikami. Przypinanie
trójkolorowych kokard i zabawa w gilotynę były dla niego nierozumnym
błazeństwem. Kiedy zjawił się Napoleon, ten bój episjerów, którzy w pompie i krwawych awanturach odkryli wreszcie łatwą lokatę dręczącej
potrzeby ideologii, ojciec François odnalazł cel istnienia, ale dla
François nie było to znów niczym innym, jak przykrą dolegliwością
hałasu14.
Pierworodny syn François, Antoni, rocznik 1813, uczestnik powstania
listopadowego, a potem w dorosłym życiu urzędnik Najwyższej Izby
Obrachunków Królestwa Polskiego, pradziadek, przypieczętuje polskość
rodu. Ożeni się z Polką, Katarzyną de domo Święcicką, a swoje dzieci
wychowa w duchu miłości do kraju wymazanego na ponad wiek z mapy Europy.
Dziadek Ludwik Dygat
Wiadomości o dziadku nie skrywają się w "mrokach XIX wieku". Przebijają
te mroki. Są stosunkowo dobrze opracowane i pojawiają się w wielu
źródłach. Ludwik Dygat przyszedł na świat 16 sierpnia 1839 roku w samym
centrum starej Warszawy, przy ulicy Piwnej, w obrębie parafii św. Jana.
Po ukończeniu gimnazjum wstąpił na wydział prawa Uniwersytetu
Petersburskiego. Napisał o nim jako o powstańcu styczniowym i działaczu
emigracyjnym Adam Emil Lewak w Polskim słowniku biograficznym. Istnieją
wzmianki o jego chrzcie w 1840 roku w katedrze warszawskiej, dwóch
małżeństwach, emigracji, dzieciach, a także dokładna data
niespodziewanej śmierci: 27 kwietnia 1901 roku, w wieku zaledwie 61 lat.
Po latach jego wnuk nie zgodzi się jednak z wersją historii dziadka,
któremu Zdzisław Skwarczyński przypisywał uczestnictwo w Komunie
Paryskiej w oddziałach Jarosława Dąbrowskiego, ani z tym, że jako
członek II Międzynarodówki miał być notowany w kronikach policyjnych.
Ostatecznie, po rozmowach i konsultacjach ze stryjem, w książce
Skwarczyńskiego takie rewelacje odnośnie do przeszłości dziadka się nie
pojawią. Wskazań na lewicowe parantele nie zabraknie za to w liście-obronie przesłanym w styczniu 1978 roku do Ministerstwa Kultury i Sztuki:
Mój dziadek Ludwik, walczył w Powstaniu Styczniowym, zbiegł do Francji,
gdzie z kolei walczył w oddziałach Jarosława Dąbrowskiego jako komunard.
Był notowany w agendach policji francuskiej jako członek
Międzynarodówki. Ożenił się z siostrzenicą Mierosławskiego. Moim
ciotecznym dziadkiem był Wacław Święcicki, przywódca "Proletariatu" i autor "Warszawianki Robotniczej" (jego córka Jadwiga żyje dziś w Londynie). Potwierdzenie tych danych można znaleźć u Lewaka,
Złotorzyckiej, Romanikowej, Halicza, Radkego, J. Borejszy i ostatnio u profesora Zdzisława Skwarczyńskiego (Prace Polonistyczne ser. XXVII,
1971)15.
Tak pisał urzędowo i oficjalnie, a w quasi-autobiograficznym Pacific
Panam Palisades bardziej kreatywnie:
Co do dziadka, to jedno jest pewne: był rewolucjonistą czy nie był,
został w końcu wicedyrektorem Kolei Północnych w Paryżu. Jeżeli istotnie
rewolucjonistą był, nie ostatni to rewolucjonista, który skończył na
stołku dyrektorskim. Po moim dziadku, z tego, co wiem, nie
odziedziczyłem żadnej cechy charakteru i obawiam się, że po nikim z rodziny nie odziedziczyłem żadnej cechy charakteru16.
Dziadka nie poznał, ale otrzymał po nim na chrzcie pamiątkę - drugie
imię. Na pewno, jako literata, musiała go cieszyć myśl, że jako prawny
opiekun, razem z babcią, dziadek Ludwik wspierał Cypriana Kamila Norwida
w prowadzonym przez siostry zakonne przytułku św. Kazimierza na
obrzeżach Paryża w Ivry, w okresie, kiedy autor oryginalnych wierszy,
prekursor poezji współczesnej, uchodzić mógł jedynie za ekscentrycznego
staruszka, a więc jeszcze przed spektakularnym odkryciem przez Zenona
Przesmyckiego "Miriama".
Poza imieniem odziedziczy po nim miłość do podróży pociągami, upodobanie
do peronowo-dworcowego krajobrazu za oknem, a także wrażliwość na
wypadki kolejowe, które w jego rodzinie przeżywa się szczególnie mocno,
a także zwracanie uwagi na punktualność przyjazdów i odjazdów pociągów,
sprawdzanie zgodności kursowania z zegarkiem oraz rozkładem jazdy.
Dziadek, dawno po swoim odejściu, niezwykłą biografią zmuszać go będzie
do dokonywania zestawień czy bilansów:
Mój dziadek urodził się w 1839 roku, a więc bardzo dawno, chyba za dawno
jak na dziadka człowieka, którego dojrzałe lata przypadają na drugą
połowę dwudziestego wieku. Był sześć lat starszy od Czajkowskiego, równo
w tym samym wieku co Musorgski, a siedem lat starszy od Sienkiewicza i o osiem lat starszy od Bolesława Prusa. Ja jestem o dwa lata młodszy od
Lutosławskiego, o dwanaście lat starszy od Konwickiego, o dwa lata
starszy od Kazimierza Brandysa, a o dwa lata młodszy od
Mariana17.
Dziadek, osobiście niepoznany, odgrywa jednak ważną rolę w rodzinie,
życiu Stanisława. W okresie studiów w Petersburgu "prawdziwy siłacz" -
zwycięzca turnieju zapaśniczego. Koneser rzeczy pięknych i dobrych,
czego symbolem stało się odziedziczone w schedzie przez rodzinę biurko
biedermeier18.
Kiedy w 1862 roku dziadek Ludwik studiuje w Petersburgu prawo, patrioci
w Kraju Przywiślańskim szykują powstanie. Daje się unieść magii chwili.
Porzuca naukę suchych paragrafów. Przyjeżdża do Warszawy, gdzie
kontynuuje studia w Szkole Głównej, a przede wszystkim aktywnie działa w ruchu konspiracyjnym. A potem ucieczką do Paryża ratuje się przed
represjami. Od początku pobytu nad Sekwaną uczestniczy w życiu
politycznym emigracji w kręgu zwolenników Mierosławskiego, a po jego
śmierci staje się prawnym wykonawcą jego testamentu i żeni się z jego
siostrzenicą, Marią de domo Mazurkiewicz. Od 1865 roku aż do wojny
prusko-francuskiej bierze aktywny udział w pracach Zjednoczenia
Emigracji Polskiej. W 1870 roku znajduje się w szeregach obrońców Paryża
i w uznaniu zasług otrzymuje obywatelstwo francuskie. Liczba pełnionych
funkcji oraz zadań imponująca. "Był wydawcą pism polskich we Francji,
kontrolerem Komisji Nadzorczej Skarbu Narodowego w Rapperswilu, wydziału
Związku Wychodźstwa Polskiego i Szkoły Batignolskiej, Gminy
Narodowo-Socjalistycznej i "Pobudki" - wymieniał zasługi dziadka pisarza
na łamach Prac Polonistycznych Zdzisław Skwarczyński19.
Jego burzliwe, obfite w zdarzenia życie mogłoby stać się podstawą dla
wielu scenariuszy filmowych.
Po przedwczesnym odejściu pierwszej żony, Marii, los złączy Ludwika
Dygata węzłem małżeńskim z kolejną Polką - Konstancją Karpińską, która
wkrótce powije mu dwóch synów: Antoniego (rocznik 1886) i Stanisława
(rocznik 1891). Razem z drugą żoną nadal działa w organizacjach
społecznych. Sprawuje kontrolę nad Skarbem Narodowym. Na różne sposoby
aktywnie wspiera Polaków. Ich domy - zarówno pierwszy w Écouen, gdzie
przyszli na świat jego synowie, jak i drugi w La Barre - zawsze stoją
otworem dla potrzebujących pomocy. Kiedy w gościnnych progach pojawiają
się emigranci i emisariusze z dalekiej, wykreślonej przez zaborców z map
Europy Polski, synowie Ludwika oraz Konstancji mogą przysłuchiwać się
dyskusjom czy rozmowom. Wieczorami matka czyta dzieciom Pana Tadeusza
lub opowiada o wizytach w zakładzie św. Kazimierza u miłego staruszka
Norwida. W okresie zamieszkiwania w La Barre często bywają na polskim
cmentarzu w Montmorency i opiekują się polskimi mogiłami. Chłopcy od
dziecka wzrastają w atmosferze dwoistości narodowej. W domu króluje
polskość i Polska. Na ulicy i na podwórku panoszy się żywioł francuski i Francja. Patriotycznego wychowania z nastawieniem na kraj nad Wisłą nie
zabraknie im, kiedy obaj trafią do szkoły z internatem prowadzonej przez
księży w Juilly. Stęskniona matka będzie przyjeżdżała co tydzień, aby
dodawać synom otuchy, a także po to, by udzielać im lekcji polskiego.
Ludwik Dygat wiedzie życie na wysokim poziomie. Jeśli kupuje cokolwiek,
to tylko w dobrym gatunku. Z racji pełnienia kierowniczych funkcji w Towarzystwie Kolei Północnych, gdzie przepracuje trzydzieści pięć lat i dojdzie do stanowiska wicedyrektora rachunkowości, ma spore dochody. Nie
musi przejmować się brakiem funduszy. Może pozwalać sobie na
rozrzutność, zbytki, a nawet kaprysy. Na zdjęciu z 1889 roku,
przyprószony siwizną, pod krawatem, siedzi dumnie z kwiatem wpiętym w klapy marynarki i monoklem w oku. Emanuje spokojem i pogodą ducha.
Prezentuje się dostojnie i zdrowo. Raczej wątpliwe, aby spodziewał się
krachu rodzinnej szczęśliwości. Umiera nagle, na zawał, 24 kwietnia 1901
roku w swoim ogródku przy Rue de Vaugirard, opuściwszy żonę oraz dwóch
nieletnich synów. Konstancja na znak dozgonnej miłości nakaże zamontować
pod kamiennym krzyżem tablicę z ciągiem przymiotników w stopniu
najwyższym: "Najmilszy, Najdroższy, Najukochańszy"20.
Antoni, jak przystało na starszego syna i brata, musi zamknąć na zawsze
okres beztroskiego dzieciństwa. Dorosnąć. Wbrew woli i chęciom. W chwili
śmierci ojca ma zaledwie piętnaście lat. To dorastanie będzie odbywało
się nie w domku z ogródkiem w La Barre, ale w czynszowej paryskiej
kamienicy, której największą osobowościową atrakcję stanowi utalentowana
portrecistka pochodząca z królewskiego Krakowa, Olga Boznańska.
Zamknięta godzinami przy sztalugach, chętnie wpuszcza do siebie sąsiadów
oraz znajomych, a ci, przekraczając progi mrocznego mieszkania,
przynoszą zapachy i powiew świata. Olga szczerze polubi Konstancję. Co
więcej, uzna ją za obiekt interesujący plastycznie, skoro wykona
niebawem jej dwa bardzo udane postimpresjonistyczne portrety: w 1903
Portret panny D., a w 1907 - Portret pani Dygatowej.
Modelem Boznańskiej, pomimo propozycji artystki, nie zostaje za to stryj
Stanisław. Nie zostaje, ponieważ temperamentnego młodzieńca przerażają
godziny bezruchu w pracowni artystki. Będzie potem szczerze żałował
przegapionej okazji nobilitacji i prestiżu, a pośrednio także, że nie
przejdzie do historii malarstwa: "Gdybym był odczuł zaszczyt, moja
podobizna byłaby wystawiona w paryskim salonie i może nawet w Muzeum
Luksemburskim, jak to się stało z portretami Mamy"21.
Konstancja nie tylko, jak za życia męża, przekazuje synom sen i bajkę o polskości, ale przede wszystkim, jak przystało na troskliwą matkę, zadba
o ich edukację, zgodną z podpatrywanymi od dzieciństwa zainteresowaniami
oraz zdolnościami. Edukację konkretną, która zapewni im w przyszłości
zawody i prestiż. Młodszy Stanisław będzie studiował, podobnie jak
ojciec, prawo, a starszy, mający od dziecka pociąg do rysunków oraz
malunków - architekturę.
O Polsce prawdziwej, nieidealistycznej, chociaż też pięknej, będzie
starszemu synowi Konstancji opowiadać nie matka, a panienka z dalekiego
kraju - Jadwiga Kurowska. Pozna Antoniego w Paryżu, gdzie przyjechała
studiować w Ecole de Médecine. Studiów nie ukończy (zaliczy dwa lata),
ale zostanie żoną utalentowanego absolwenta paryskiej architektury,
przystojnego, inteligentnego młodego człowieka, w którym zakocha się od
pierwszego wejrzenia i z którym postanowi powrócić do Warszawy.
Portret rodzinny
O antenatach swojego rodu, chociaż nie lubił zanurzać się w przeszłości,
Dygat musiał opowiadać Konwickiemu, ale nie sucho i beznamiętnie, lecz
anegdotycznie, barwnie. A kolega literat, obdarzony bujną wyobraźnią,
"podawał dalej". Pisał w książkach i wracał do Dygatowych wątków w wywiadach rzekach. O ojcu Stasia, Antonim, absolwencie prestiżowej École
Nationale Supérieure Des Beaux-Arts w Paryżu:
Ojciec był zamożnym architektem, wspaniały dom warszawski, bardzo
rozległe mieszkanie. Stasiu mi to opowiadał: tata brał prysznic czy
kąpiel i lubił nago wracać do swego pokoju. A ponieważ służba była
damska, a to był gentleman, wobec tego miał gwizdek. Kiedy chciał wyjść
z łazienki, to gwizdał i wszystkie panie się chowały. I on wtedy wracał
do swego pokoju22.
Wersja Konwickiego nieco różni się od wspomnień kuzynki Krystyny
Kiersnowskiej, która paradowanie po kąpieli w stylu Adama w raju na
oczach damskiego "personelu" i celowe nieużywanie gwizdka będzie
przypisywała swojemu ojcu, Stanisławowi, uwielbiającemu "łazienkowe"
anegdoty23. Ale może obyczaje w familii Dygatów były po prostu
wspólne?
Jeszcze bardziej subtelny miał być wuj Stasia, o którym opowiedział
Konwickiemu śliczną anegdotę. Odmalowana plastycznie przez przyjaciela
scena z życia dworkowego przed wojną: "firany falujące, muślinowe",
ogromny stół, przy którym zasiada cała rodzina. Prawie cała, bo brakuje
jednego ważnego jej ogniwa, wuja. Oczekiwanie na krewnego przedłuża się
w nieskończoność. Obiad stygnie. Głód biesiadników narasta. Wreszcie
nieśmiała zachęta: "No to zjedzmy zupę". Zjedli. Następnie drugie i deser, a "zguby" jak nie było, tak nie ma. Wychodzą na ganek i widzą
wujka z palcem w serduszku okiennicy, pytają:
- Wuju, co się stało?
- Nie mogę wyjąć palca.
- To dlaczego wuj nie wołał?
- Nie chciałem robić subiekcji24.
O wuju nie tylko opowiadał, ale uczynił go bohaterem felietonu. Kiedy
ten z nudów włożył palec w serduszko wycięte w okiennicy, trzeba było
posyłać po stolarza z piłą. A po uwolnieniu zemdlał "z wielkiego
przejęcia, iż tyle sobą narobił subiekcji"25. Nie pada imię i nazwisko krewnego. Z racji charakterologicznych chyba nie chodzi o wuja
Konstantego, prezesa Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, którego Dygat
opisał w jednym z felietonów - tego, który zakochał się na zabój w dużo
młodszej od siebie powinowatej, Anetce B., pannie wyjątkowego wdzięku i urody. A w dowód uczucia:
Klęczał, słał kwiaty i czekoladki, rzucał w kurz, a nawet w błoto swój
płaszcz, gdy wysiadała z dorożki, i wciąż błagał o spotkanie, sam na
sam, nie kryjąc specjalnie, czego po takim spotkaniu oczekuje. Ale do
ożenku nie robił nawet aluzji26.
Anetka okazała się nie tylko piękna, ale i roztropna. Zaprosiła wuja do
siebie późnym wieczorem. W drzwiach uprzedziła go, że muszą
bezszelestnie przejść przez salon, w którym podłoga nieco skrzypi. Wuj
posłusznie zdjął buty, a wtedy Anetka włączyła światło i krewnemu w skarpetkach ukazała się cała rodzina powinowatej, spokojnie popijająca
herbatę i zajadająca ptifurki. Nie zabrakło zaproszonych specjalnie na
tę okoliczność gości. Nie mogli przecież przepuścić okazji zobaczenia
zalotów adonisa "starucha". Konstanty po latach urośnie do rangi
symbolu, człowieka nadymanego, przesadnie dbającego o pozory, który
pada, na swoje zamówienie, ofiarą prawdy o sobie. W drugim znaczeniowym
nurcie jest ostrzeżeniem przed wszystkimi namaszczonymi sztucznym
majestatem "Dyrektorami, Prezesami, Nadreżyserami i Obermistrzami".
"Ileż razy, patrząc na moich przyjaciół, utytułowanych Diuków i Landsknechtów, powtarzam sobie z bogobojnym lękiem: "Wuju Konstanty,
wuju Konstanty""27 - będzie pisał w felietonie.
A przy okazji opowieści o krewnym passus o szczerości, która, zdaniem
Dygata, jest wyłącznie "sztucznie stworzoną formą natury
salonowo-towarzyskiej, najbardziej wyrafinowaną, a więc prymitywną
metodą zwodzenia bliźnich i narzucania im podstępem swoich
zamysłów"28. Bo tak naprawdę: "Czego ciekawego możemy się
dowiedzieć o człowieku posiadającym szczerą naturę, szeroki uśmiech na
twarzy, rozwarte ramiona i serce jak na dłoni? Ogarnia śmiertelna nuda i ziewanie na samą myśl o kimś takim"29. Myśl z Jeziora:
Człowieka nie sposób poznać w sztucznych i wymuszonych okolicznościach,
ale zapewniając mu "swobodę naturalnego poruszania się w życiu"30.
Wuj poczciwiec, bohater anegdoty z okiennicą i serduszkiem w tle, żyjący
na prowincji w okolicach Skierniewic, to powinowaty ze strony babki lub
matki. Konstanty, warszawski elegant, kosmopolita, to stryj. Ci dwaj
osobowościowo tak różni panowie mieli okazję się spotkać, co również
stało się tematem felietonowych rozważań. Konstanty, świeżo po
przyjeździe z Paryża, zachwyca się tamtejszym Dworcem Północnym,
eleganckim i bardzo ekskluzywnym. Tym zachwytom i kolejowym laudacjom
przysłuchuje się, na pozór zupełnie spokojnie, inny krewny, "szlachcic
szaraczkowy i zaściankowy", a podczas tego przymusowego słuchania coraz
bardziej posępnieje. Nadal jednak jest cierpliwy. Tak przynajmniej
wydaje się postronnym... do chwili, kiedy emocje oraz szlachecki
temperament nie pozwolą tylko biernie siedzieć i milczeć. "[...] aż
wreszcie poczerwieniał, doskoczył niespodziewanie do opowiadającego i wymachując mu pięścią przed nosem, zakrzyknął: - A dworzec w Skierniewicach pan widział?"31.
O babci Stasia dowiedział się Konwicki ze wspomnieniowej książki Zofii
Kirkor-Kiedroniowej, siostry premiera i ministra Władysława Grabskiego.
Ponieważ autorka była zaangażowana w ruch niepodległościowy, musiała
podczas pobytu we Francji zawitać do patriotycznego domu dziadków
Dygata. A we fragmentach, w których autorka opisuje babcię przyjaciela,
Konwicki cały czas widzi Stasia: "Ona ma wzrostu około trzech metrów,
jak jej wnuk, ona siedzi i cały czas huśta nogą, tak jak Dygat, i jest
ironiczna, jak Stasiu Dygat. Więc wreszcie zrozumiałem tę jego
genealogię i te powiązania francusko-polskie przezabawne. Z tym, że mnie
się wydaje, że geny polskie zwyciężyły, aczkolwiek zadbały o ozdoby -
pewnej nonszalancji francuskiej"32.
Dygat musiał opowiadać Konwickiemu nawet o swoim urodzeniu, to jest o przeczuciach, jakie zakodowały się czy błąkały w podświadomości. Z uporem wmawiał mu, że to nie bujda na resorach:
Na przykład Dygat twierdził, że pamięta moment, w którym się urodził (z niesmakiem). Zrobił Pan (zwraca się do Beresia) znowu minę sceptyczną i kwaśną, więc zawiadamiam pana, że w ludziach błąkają się fałszywe
pogłosy tak samo jak fałszywe powietrze w samochodowym silniku czy
fałszywa informacja w komputerze. W człowieku błąka się Bóg wie co -
jakieś wymysły, wspomnienia, przeczucia 33.
Dowiedział się także o niemowlęctwie siostry Stasia, Danusi, którą znał
i spotykał wielokrotnie, przy różnych okazjach:
Jego siostra, Danusia, była żoną Lutosławskiego, kompozytora
Lutosławskiego, więc jeszcze mieliśmy takie drobne przebicia do tego
zamkniętego świata muzyki. [...] A Stasiu mi mówił, że siostra jako
niemowlę, kiedy się urodziła, od córki pana Adama, mojego sąsiada z Wileńszczyzny, pana Adama Mickiewicza, dostała jakiś krzyżyk na szyję.
Mnie się wydaje, że Stasiu nie bujał. Chodzi mi tylko o to, żeby pokazać
pole, urodzajne pole, na którym on wyrósł34.
Chyba nie bujał, a Konwicki okazał się uważnym słuchaczem. Otrzymanie
przez Danutę krzyżyka od córki Mickiewicza, Marii Goreckiej, wyjawił
Dygat w wywiadzie na łamach gdańskiego "Czasu", wskazując przy okazji na
moc dziedzictwa, rodzinnej mitologii:
Każda twórczość jest jakąś kontynuacją własnych, prywatnych wątków. Ja
odziedziczyłem w moich mitach rodzinnych wielką emigrację, wielką polską
historię XIX wieku. Za Napoleona jakiś Digat przywędrował do Warszawy,
tu założył rodzinę i osiadł na stałe. Mój dziadek był powstańcem 1863
roku, po upadku powstania wyemigrował do Francji, gdzie urodził się mój
ojciec35.
Warszawska mgiełka
Kiedy w 1912 roku Antoni Dygat kończy z wyróżnieniem studia na wydziale
architektury prestiżowej École Nationale Supérieure Des Beaux-Arts,
otrzymuje dwie propozycje wyjazdów: do Bukaresztu oraz Brazylii.
Wybiera, na krótko, pierwszą możliwość, nie przypuszczając, że druga i tak go kiedyś dosięgnie. Ostatnie lata życia spędzi, pogrążony w tęsknocie za bliskimi oraz dawnym życiem, w oddaleniu od obu ojczyzn. W obcym kulturowo i przestrzennie S?o Paulo.
Przyjazd Antoniego do Polski nie jest zesłaniem. Ma tu rodzinne
korzenie. Nie odczuwa problemów z adaptacją. Warszawa zaś potrzebuje
dobrze wykształconych architektów, szalonych planistów i wizjonerów. Po
latach peryferyjności i zaniedbań chce się podobać. Przypominać Paryż -
wszystko jedno, Południa czy Północy, Wschodu czy Zachodu. Paryż.
W pracowni w samym sercu Warszawy, przy Nowogrodzkiej 36, zamożni
klienci mogą umawiać się na spotkania z architektem Antonim Dygatem,
dzwoniąc pod numer telefonu: 9-95-30. Jego nazwisko jest popularne w środowisku i wymieniane jednym tchem z innymi ówczesnymi sławami:
Czesławem Przybylskim, Tadeuszem Tołwińskim czy Marianem Lalewiczem.
Zaprojektuje wiele przedwojennych budynków: gmach Polskiej Wytwórni
Papierów Wartościowych, Wojskowy Instytut Geograficzny w Alejach
Jerozolimskich 97, ikoniczny budynek biurowy w Gdyni, liczne kamienice
dochodowe oraz budynki radiowe w Raszynie, Toruniu i we Lwowie. Jego
plany, między innymi na rozbudowę okolic Ujazdowa i Belwederu w Warszawie, będą wygrywały prestiżowe konkursy. Nie tylko kreśli, lecz
także drukuje artykuły na łamach branżowej prasy. Wychowuje przyszłych
adeptów. W nielicznych wolnych chwilach oddaje się sztuce. Tłumaczy
polskich i francuskich poetów. Tęskni za Paryżem. Na zawsze pozostaje
wierny pięknu, na które napatrzył się w dzieciństwie. W czasopiśmie
"Architektura i Budownictwo" przedrukowano odczyt jego autorstwa
Rozbudowa Paryża jako stolicy świata. Miasto nad Sekwaną, postrzegane
w całości, stanowi dla absolwenta Wydziału Architektury École Nationale
Supérieure Des Beaux-Arts w Paryżu "jednolite dzieło sztuki", jedyne
całkowicie "skomponowane", monumentalne, klasyczne i "wciąż
żywe"36. Sentyment i nostalgię Antoniego do Paryża jego syn
Stanisław zamieni niebawem w trudną miłość do Warszawy.
Jest piękny, słoneczny dzień, wiosna, lato lub ciepła jesień.
Warszawskie matki wiozą lub prowadzą dzieci na obowiązkowy
przedpołudniowy spacer do ogrodu Saskiego na tyłach pałacu, z charakterystyczną kolumnadą, jeszcze bez Grobu Nieznanego Żołnierza.
Matki z dziećmi oblegają zachowaną do dziś fontannę projektu Henryka
Marconiego. Z głów cynkowych delfinów obficie leje się woda w kierunku
żeliwnej patery. Już od samego patrzenia można poczuć orzeźwienie.
Jadwiga Dygatowa niczym nie różni się od innych troskliwych warszawskich
matek. Prawie codziennie zabiera do ogrodu na tyłach pałacu córkę i syna. Z tego okresu Staś zapamięta taki obrazek:
Kiedyś pogładziła mnie po głowie jakaś Żydówka w Ogrodzie Saskim. W 1919
lub 1920 roku. Pogładziła mnie po głowie, a miałem ogromną, pokręconą w loki czuprynę. Pogładziła mnie po tej czuprynie, uśmiechnęła się do
mojej matki i powiedziała: "Schöne Bube"37.
Po niemiecku, nie po polsku. Jeszcze bardziej irytujące dla dziecka
dwukulturowego było mocno snobistyczne podkreślanie związków z Francją i nieustanna maniera czy moda porównywania Warszawy do Paryża. Jeśli za
fakt przyjąć to, co napisał w Jeziorze Bodeńskim, które uważał za
dzieło niemal autobiograficzne, jego buńczuczne narodowe protesty mogły
wyglądać wówczas tak:
Chodzę z matką po mieście za sprawunkami i w każdym sklepie dostaję
ataku złości.
- Mamo, dlaczego na drzwiach jest napisane entrée? Tu jest Polska, a nie Francja.
- Żeby cudzoziemcy mogli zrozumieć.
- Po co mają zrozumieć? Niech siedzą u siebie. Ciekawym, czy w Paryżu
piszą na drzwiach "wejście".
Nie chcę chodzić do kina "Trianon", ciekawym, czy w Paryżu jest jakieś
kino, które się nazywa "Wilanów". Ojciec usiłuje z nami rozmawiać po
francusku. Żebyśmy się nauczyli. Nie chcę rozmawiać po francusku.
Ciekawym, czy w Paryżu ojcowie rozmawiają z małymi Francuzami po polsku,
żeby się nauczyli?38.
O prawdziwości pełnych dziecięcego buntu dialogów świadczy wypowiedź
siostry pisarza, Danuty Lutosławskiej:
Wakacje prawie zawsze spędzaliśmy nad morzem, na Helu lub w Dinard w zachodniej Francji, w pensjonacie państwa Verdoux. Ojcu bardzo zależało
na wychowaniu nas w symbiozie polsko-francuskiej. Dużo rozmawiał z nami
po francusku, często opowiadał z nostalgią o Paryżu, w którym spędził
młodość i poznał mamę. Obcowanie z francuską kulturą i historią
przyjmowaliśmy zupełnie naturalnie, jak posiadanie francuskiego
obywatelstwa, które zresztą wtedy nie miało dla nas żadnego znaczenia. Z czasem jednak Staś coraz mniej chętnie mówił po francusku. Rezolutnie
przekonywał ojca, że mali Francuzi nie rozmawiają w swoich domach po
polsku. Ale to nie był bunt wobec języka, co przeciwko ojcu, który nie
zawsze tolerował zabawy, jakie Staś urządzał z kolegami39.
Polska, w której się urodził i mieszkał, nie może być gorsza od Francji,
kraju "trójkolorowego sztandaru, Marsylianki, Łuku Triumfalnego i katedry Notre Dame"40. Jeśli już - to lepsza.
A potem Polska i Francja jawiły się niczym dwie rywalizujące o względy
chłopaka dziewczyny. Tę pierwszą pragnie kochać miłością absolutną, bo
wiele mu dała. Ta druga, oddalona i tajemnicza, nieustannie zastawia na
niego sidła. Nie daje spokoju. Kokietuje. Kusi. A przede wszystkim
przeszkadza w odczuwaniu polskości. Sprawia, że nie potrafi bez reszty
oddać serca i zaprzedać duszy pierwszej:
Więc Francja w pewien sposób zawadzała mi w mojej polskości. Czułem ją
trochę we krwi i w odruchach instynktu: dlatego często starałem się być
Polakiem bardziej niż należało i niż miało sens, co niejednokrotnie
narażało mnie na śmieszność i niedorzeczne konflikty z otoczeniem41.
Filozof - pan, który nie boi się deszczu
Inny obrazek utrwalony na kliszy dzieciństwa: kilkuletni Staś wygląda
przez okno. O parapet i szyby dudni rzęsisty deszcz. Nabiera mocy. Za
moment rozpęta się prawdziwa ulewa. Ludzie uciekają w popłochu. Chowają
się do bram. Umykają pod markizy, zadaszenia. Tylko "jeden pan" idzie
dostojnym krokiem, majestatycznie, bez płaszcza i parasola.
- Cóż to za filozof - mówi babka zbliżająca się do okna.
- Co to jest filozof? - pyta Staś.
- Filozof - odpowiada babka - to taki pan, który nie boi się
deszczu42.
Czy już wówczas, w wieku chłopięcym, towarzyszy mu okropna tęsknota?
Tęsknota za czymś nieuchwytnym i niepojętym? Za jakimś bliżej
nieokreślonym światem, światem poza nim? Światem niezupełnie realnym,
raczej wyobrażeniowym, do którego nie sposób dotrzeć? "Gdybym tak mógł
mieć choć na chwilę kulę ziemską dla siebie! Móc objąć ją rękami,
pogłaskać, przytulić, podrzucać do góry, poturlać, położyć się z nią do
łóżka. Myślę, jak dziecko, które zasypia z ukochanym misiem w ramionach"43.
Po raz pierwszy samodzielnie wyjeżdża nad morze w 1921 roku, w wieku
sześciu lat. I pisze listy, jakie posyłało się rodzicom. Dla
współczesnego czytelnika, ledwie rozumiejącego, co to w ogóle jest list,
w zbyt staroświeckiej stylistyce, z maskowaną miłością, z nadmiarem
atencji, z czułymi nagłówkami: "Kochana Dzidzialancia"44.
Jest rok 1922, a może nieco wcześniej. Kazimierz Biernacki, niebawem
świeżo upieczony absolwent architektury Politechniki Warszawskiej,
dorabia sobie wraz z kolegami w pracowni Antoniego Dygata przy
Nowogrodzkiej, w pobliżu dzisiejszego teatru musicalowego Roma. Euforia
świeżo odzyskaną wolnością zdecydowanie przygasa. Grabski przygotowuje
reformę walutową: wartość marki spada, zwykłym ludziom, nawet
pracującym, trudno związać koniec z końcem. Parter okazałej kamienicy u wylotu Pankiewicza, w sercu Warszawy, zajmuje pracownia, a pięć
obszernych pokoi w amfiladzie - mieszkanie pryncypała. Antoni Dygat ma
sporo zleceń. Zarabia mnóstwo, ale, jak zapamiętuje Biernacki, bez
entuzjazmu część pieniędzy przelewa do chudych studenckich kieszeni.
Kilkuletni Staś, korzystając z nieobecności rodziców, często przychodzi
do pracowni, aby porozmawiać ze studentami. Biernacki zapamiętuje te
"rozgawory", a także zasady kindersztuby i rozrywki chłopca: "Gdy był
grzeczny przez cały tydzień, gdy nie napływały do ojca skargi od
kreślarzy ani od ślicznej służącej Stefci, zabierano go na imprezy
dziecięce do teatru, a zwłaszcza do cyrku, który uwielbiał"45.
Cyrk mieści się w specjalnie na ten cel zbudowanym gmachu przy Okólniku
Krasińskich, z wejściem od ulicy Ordynackiej. Opłacało się być
grzecznym. W tym pełnym od czarów mikroświecie mistrz sztuki
prestidigitatorskiej Delone Efendi prawie co wieczór daje się zamykać w niewielkim kuferku, po czym cały i zdrowy stamtąd wychodzi. Kłania się z wdziękiem ku uciesze najmłodszej części widowni.
Pewnego niedzielnego wieczoru państwo Dygatowie z córką Danusią udają
się z wizytą do znajomych. Staś nie ma ochoty, wymawia się bólem głowy.
Zostaje sam, pod opieką studentów z pracowni ojca, ponieważ Stefcia ma
akurat wychodne. Zajęci pracą sprawują nadzór z daleka. Nagle dochodzą
do nich odgłosy stukania. Udają się do mieszkania pryncypała, aby
znaleźć chłopca. Zaglądają kolejno do pokoi, a potem do kuchni. Niby
pustej, bo Staś schował się skutecznie i zatrzasnął w kuferku Stefci.
Niestety nie okazał się czarodziejski jak ten z Okólnika i mało
brakowało, aby niedoszły mistrz sztuki cyrkowej w nim się
udusił46.
Tak samo tajemnicze jak cudowne kuferki w cyrku przy Okólniku są mroczne
warszawskie apteki. Pobudzają wyobraźnię. Mają w sobie coś z alchemii.
Staś wcale nie chce, jak większość chłopców, zostać dzielnym strażakiem
ani szanowanym i zapracowanym architektem jak ojciec, a pytany, kim chce
być w przyszłości, odpowiada najczęściej: "Aptekarzem albo
dyrygentem"47.
Bohater Podróży urodził się 5 grudnia 1914 roku z myszką na lewym
kolanie. (Dygat takiej nie miał). Kiedy Henryk ma pięć lat, lubi oglądać
parę razy dziennie zdjęcia w albumie. Zna go na pamięć. A wieczorem
stawać przy oknie i patrzeć na dymy unoszące się nad Dworcem Głównym,
nazywanym nadal Dworcem Kolei Wiedeńskiej, wsłuchiwać się w głos
lokomotywy, stukot jadących pociągów. Razem z rodzicami i bratem mieszka
na trzecim piętrze kamienicy w Alejach Jerozolimskich, prawie naprzeciw
dworca, niedaleko hotelu "Polonia".
Migawki: Szklane drzwi łączące salon z pokojem stołowym. Ciepło lampy
otaczające stół. Matka snująca się po pokoju i nucąca coś pod nosem,
zwłaszcza w chwili niepokoju. Służąca Frania. Tak dokładnie mogło
wyglądać jego własne dzieciństwo.
Bohater Dworca w Monachium też tęskni za dzieciństwem. Podobnie jak
Henryk Szalaj. Za pierwszymi wakacjami w Zoppot - Freie Stadt Danzig
czy, bardziej po polsku, pobycie w Copoty. A więc w realiach wojennych
wraca wspomnieniami do chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczył morze i odkrywał uroki świata. Przypominają mu się plaża i horyzont morza,
statki: "Ajax" i "Monika", zmierzające na Hel oraz aerodynamiczny
"Preussen" pływający do Królewca. Poza tym: korso kwiatowe, molo,
szczególny smak kisielu i zapach chleba, bułek oraz przeróżnych ciast
dochodzący z niemieckiej piekarni. Popularny lokal uciech "Kakadu" i sklepik z plażowymi akcesoriami przy Seestrasse, a po wojnie deptak
Zwycięzców spod Monte Cassino. Koncerty wagnerowskie w Operze Leśnej.
Zapach morza, smoły czy dymu. Czarowny świat, rodzący podświadomie
nieukojoną tęsknotę48. Cudowny smak Apfelkuchen mit Sahne i innych ciastek. Rozchodzący się po ulicy zapach wypiekanych co rano
bułek i chleba. Kulinarnych doznań nie przesłoni fakt, że okoliczności
są mocno "zaprawione smakiem niemczyzny". A syn niemieckiego piekarza na
siłę wpaja mu szacunek do poezji niemieckiej i każe nauczyć się słów
Lorelei. W dzieciństwie Dygat na Wybrzeże patrzy jak na krainę
baśniową, a ze względu na żywioł niemiecki - na "krainę zaklętą przez
złe duchy":
W Sopotach po raz pierwszy w życiu ujrzałem morze, miałem wtedy pięć
albo sześć lat. Byłem oszołomiony i zachwycony tą żywą ogromną masą
wodną, ale nie podobali mi się Niemcy. Na plaży studenci niemieccy w kostiumach z trupią czaszką wyhaftowaną na piersi zabawiali się
ciskaniem w siebie meduzami, które to rozdzierali na pół. Po raz
pierwszy znienawidziłem ich wtedy. Dzieci niemieckie przeszkadzały nam
się bawić i prześladowały nas. Pewnego razu jakiś chłopak uderzył mnie
sznurkiem od gwizdka w twarz. Moją siostrę zepchnęli z mola do wody.
Innym znowu razem jakiś wyrostek złapał mnie, nakrył plażowym koszem, a potem skakał po tym koszu i sypał na mnie garściami piasek. Pamiętam
zwierzęcy, okrutny wyraz oczu tego dziesięcioletniego chłopaka, który
widział mnie po raz pierwszy w życiu i któremu nic nie zrobiłem, poza
tym, że mówiłem po polsku. Te same oczy ujrzałem znów w maju 1940 roku w podziemiach gestapo w alei Szucha. Może był to ten sam chłopak, a może
inny. Oczy i dusze niemieckie są wszystkie podobne49.
Był pierwszym w linii męskiej Dygatem stacjonarnym, który urodził się w Warszawie i w niej spędził większość życia. Inne miasta pojawiały się
okazjonalnie, na krótko. W 1956 roku, na czwartku literackim, do
przestrzeni dzieciństwa, ku zdziwieniu czytelników, dorzuci Poznań,
gdzie bywał z rodzicami oraz siostrą jako dziecko. A nawet, czym zapewne
wbijał w dumę mieszkańców stolicy Wielkopolski, stwierdzi: "Rodzina
częściowo pochodzi z Poznania, np. Artur Maria Swinarski jest moim
rodzonym wujem. Spędziłem tu wiele chwil dzieciństwa"50.
Przy okazji pobytu w Lublinie wspomni krótki okres, kiedy zamieszkiwał
tam z rodzicami i siostrą. W pamięci na zawsze utkwi widok stacji i odgłos przejeżdżających pociągów. Po bez mała trzydziestu latach miasto
wyda się zupełnie obce:
Przybywszy do Lublina, zacząłem gorączkowo biegać i szukać miejsc tych
wspomnień. Lecz gdy je odnajdywałem, ogarniało mnie zobojętnienie i myślałem sobie: To mi nic nie mówi, nic a nic. I odjechałem całkowicie
zobojętniały, bez tkliwości, bez wsparcia i pomyślałem tylko w wagonie:
"Lublin jak Lublin"51.
Siostra, Danuta Lutosławska, będzie wymieniała kilka adresów
dzieciństwa, poza Warszawą także Lublin, mieszkanie w kamienicy, gdzie
dochodził stukot pociągów z pobliskiego dworca. Podobnie jak brat,,
niewiele z tych miejsc pamięta - bo prawdziwe rodzinne życie zaczęło się
przy Langiewicza 13. W Kolonii Staszica.
Kolonia Staszica
Teren malowniczych piętrowych willi, domków jednorodzinnych i szeregowców na Ochocie.
Wchodząc w tę przestrzeń, pomimo zmian i spustoszeń spowodowanych wojną,
nadal można poczuć ekskluzywność tej części Warszawy. Kuzynka Krystyna
Kiersnowska wielokrotnie gościła z rodzicami u stryja i stryjenki przy
Langiewicza 13:
To był rzeczywiście wyjątkowo ładny dom. Od ulicy gabinet stryjka, od
ogrodu salon z oszklonymi drzwiami na taras, z fortepianem i wielkim
portretem babci na ścianie namalowanym przez Olgę Boznańską w Paryżu.
Jadalnię dzieliły od salonu rozsuwane oszklone drzwi. Pamiętam wielki,
długi stół ze święconką albo wigilijny, przy którym zbierała się cała
rodzina. Zawsze było bardzo wesoło, bo stryjek i mój ojciec lubili
żartować i dowcipkować52.
Dom był przestronny, funkcjonalny, dopracowany z pietyzmem ręką
architekta. Ale to, co ważniejsze od murów: pan domu i pani domu mieli
poczucie humoru i "żart we krwi":
Nasz dom wypełniony był na co dzień śmiechem. Kiedy Staś podrósł, lubił
popisywać się humorem przed moimi koleżankami. Jedna z nich mówiła:
"Wyglądasz jak dureń z dobrej rodziny", a mama wtórowała jej czasem, by
nie udawał tatusia. Może właśnie ta atmosfera przyciągała codziennie do
naszego domu wielu gości. Wieczorami wszyscy zasiadali do kolacji, a potem gawędzili do późna w salonie53.
Niewykluczone, że podobnie jak w domu Pawła z Pożegnań, dorośli
goście, krewni i przyjaciele rodziców pojawiają się w większym gronie
przy Langiewicza przeważnie w każdy ostatni czwartek miesiąca, na
tradycyjnych herbatkach. Na biedermeierowskim stole, przykrytym białym
obrusem, ląduje wielki kryształowy talerz z ptifurkami, a obok niego
stały zestaw: taca z miniaturowymi kanapkami, a na nich szynka z pomidorkiem i ogórkiem, sardynka z cytrynką. Tuż obok, na innym
stoliczku: ogromna srebrna taca, z dzbankami - do kawy i do herbaty,
widelczyki, talerzyki, filiżanki. Przy szczególnych okazjach na stole
robi się jeszcze bardziej wykwintnie. Na moment przed wizytą gości pan
domu lustruje salon. Sprawdza, czy wszystko jest w jak najlepszym
porządku. Wysuwa na mahoniową skrzynkę przy drzwiach wejściowych zdjęcie
żony z akcji charytatywnej, zbierającej datek od premiera, a po
skończonej imprezie szybko ustawia je tam, gdzie było na co dzień,
głęboko na fortepianie.
W pracowni na dole Antoni Dygat przyjmuje interesantów. W tym czasie
jego żona Jadwiga zarządza domem. Zatrudnia do pomocy służbę, z którą
szybko układa sobie bardzo dobre relacje. Podział ról był jasny.
Podobnie jak architektoniczny układ pomieszczeń. W domu przy Langiewicza
jest kucharka, pokojówka Mania i bona "panna Bronisławka". "Nie miały z nami łatwo - będzie wspominać trzy lata starsza siostra Dygata - bo ja i Staś byliśmy nieznośni i nieposłuszni. Płataliśmy gościom figle,
kłóciliśmy się, rzucaliśmy w siebie poduszkami; wszystkie rodzeństwa tak
robią i nie ma na to rady"54.
Rozumieją się i potrafią przyjaźnić. Staś pozostanie na zawsze ukochanym
braciszkiem Danuty, chociaż fakt jego urodzenia nie zwróci szczególnej
uwagi dziewczynki. "Proszę sobie wyobrazić, że bardziej przeżywałam
noclegi w wielkim koszu na bieliznę u wujostwa, gdzie rodzice oddali
mnie na czas pobytu w szpitalu, niż widok niemowlaka, o którym wszyscy
mówili, że jest moim bratem"55.
Bronisława Migulewska opiekowała się najpierw Danusią (niewiele od niej
młodszą), a potem małym Stasiem aż do ukończenia przez niego piętnastego
roku życia. Niezastąpiona. Świetna kucharka, utalentowana w pieczeniu
ciast, "producentka" wyśmienitego tortu orzechowego. A przede wszystkim
osoba z tkwiącym w niej do końca życia etosem lojalności do pracodawców,
którzy traktują ją z szacunkiem i okazują wdzięczność. Na pewno, w odróżnieniu od opiekunek późniejszego kolegi ze Szkoły Mazowieckiej,
Minia, nie straszy małego Stasia demonicznymi minami Witkiewicza. Na
szczęście Witkacy do nich nie zachodzi. Mało prawdopodobne, aby pogodna
Bronia raczyła Stasia, jak niania Pawła z Pożegnań, opowieściami o snujących się wśród żywych duchach zmarłych.
Czesław Podleski - Utek, kolega z podwórka, czyli z Kolonii Staszica, po
latach będzie wspominał beztroski czas osiedlowych zabaw z Dygatem:
wędrówki po mieście, młodzieńcze fanaberie, niekończące się popisy:
"Bawiliśmy się jak wszyscy chłopcy w tym wieku: budowaliśmy łódki nad
rzeką, pływaliśmy nago, nocą z duszą na ramieniu zakradaliśmy się na
cmentarz. Fantazji nam nie brakowało"56.
A z listu Dygata do żony Czesława, Urszuli Podleskiej, wynika, że
pewnego wiosennego dnia 1929 roku, wczesnym wieczorem, złota młodzież
Kolonii zorganizowała dość ekscentryczny konkurs: Kto najbardziej
rozebrany zajdzie najdalej z punktu wyjścia, czyli Langiewicza 13.
Zwycięzcą okazał się Stefan Podgórski (przyjaciel Dygata, zginął w Katyniu), któremu dzielnie wtórował Utek, ale i innym nie brakowało
odwagi i animuszu. Robią zakłady, kto z koszulą na głowie przejdzie
najszybciej do wyznaczonego celu. Krystyna Podleska, aktorka, młodsza
córka Utka, przysłuchiwała się, kiedy w Londynie wspominali wspólne
eskapady. Wówczas na Zachodzie zabawy uliczne dopiero stawały się modne.
A Stanisław mówił do Czesława: "Pamiętasz, przecież my to wymyśliliśmy".
Tak musiało być, ponieważ u Dygata prawda literacka niewiele różni się
od prawdy życia.
Tęsknota za stołem, który jednoczy domowników, rozproszonym światłem
lampy, bliskością. A przede wszystkim za ojcem, którego w domu i życiu
rodzinnym coraz mniej:
W naszym domu - analizuje bohater Jeziora Bodeńskiego - panuje cicha
umowa, że każdy ma prawo do swojego własnego życia. Krąg światła nie
jednoczy naszych wieczorów. Nie pytamy się siebie wzajemnie: dokąd
idziesz? kiedy wrócisz? Każdy przychodzi na posiłki, kiedy chce i kiedy
mu wygodnie. Czasem cały tydzień nie widzę ojca, chociaż pokoje nasze
sąsiadują. Dawniej było inaczej. Ale teraz jest właśnie tak. [...] Krąg
rodzinny? To anachronizm. Dziś życie toczy się nie w domach, ale na
ulicy. Ulice są gwarne, pełne znajomych, którzy spieszą do kawiarni, do
barów, do kin, na dansingi lub do klubów brydżowych. Ojciec biega na
zebrania: trzeba coś ustanawiać, zmieniać, budować, bo wszystko jest nie
tak, jak być powinno. Ale jak być powinno? Tego nikt nie wie57.
Dom Dygatów, jak na podstawie wspomnień matki Heleny Malinowskiej
relacjonuje Konrad Kempa, był bogato mieszczański z "górnej półki". Do
pokoju pana domu nie można było wejść bez pukania, a co więcej, należało
prosić o możliwość porozmawiania. Szczególnie wymagającym "producentem"
zasad oraz niepisanych konwencji miał być pan domu.
Zapach kuchni, małego dziecka lub pieluch u swej żony doprowadzał
seniora do apopleksji, bo zasadą niepodważalną było, aby żona pachniała
kobietą i perfumami w jego stylu i guście, a nie mamką, nianią czy
kucharką. Na stole też musiały być pokarmy szczególne i ulubione przez
pana domu. W bogatej i zamożnej rodzinie, za jaką uważała się rodzina
Dygatów, w domu musiała być guwernantka do opieki nad dziećmi, kucharka
i sprzątaczka58.
O domu "wybitnie artystycznym", w którym panuje klimat bohemy czy
atmosfera "artystycznego cygaństwa", wspomina Zdzisław Skwarczyński,
wskazując przy okazji wszechstronność gospodarza: "Ojciec pisarza miał
nawet swą skromną kartkę w literaturze jako tłumacz na francuski kilku
wierszy Lechonia z tomu Srebrne i Czarne", zaprezentowanych
czytelnikom "Wiadomości Literackich"59.
W domu przy Langiewicza najczęściej pojawiała się rodzina ze strony
Dygatów i Kurowskich. Wpadali też Karpińscy, Zamoyscy, Hulewiczowie,
skrzypaczka Eugenia Umińska czy Helena Bobińska - pisarka. Na szczęście
nie było wśród gości Loli Misińskiej, kobiety pretensjonalnej,
posługującej się egzaltowanym językiem, osobowościowego "koszmarka",
któremu Paweł z Pożegnań, mający awersję do schematów oraz szablonów,
a przede wszystkim zakłamania, celowo podczas oracji odsuwa krzesło,
przyczyniając się do towarzyskiej katastrofy. Podobnie postąpił przed
laty w młodości inny bohater Dygata - pan Pietroński z Księżyca,
opowiadania pochodzącego z roku 1938, a dedykowanego, podobnie jak
Różowy kajecik, Jackowi Woszczerowiczowi. Podczas kolacji imieninowej
odsunął krzesło wujowi, człowiekowi darzonemu powszechnym szacunkiem, za
co został wyrzucony za drzwi, gdzie towarzyszyć mu mogły jedynie noc i księżyc w pełni60. Lola Misińska, symbol tępej i drażniącej
pruderyjności, wystąpi ponownie w Salonie warszawskim. W pięknym domu
Jadwigi i Antoniego Dygatów, w Kolonii Staszica, najczęściej bywa
rodzina i krewni. A wśród nich, niewykluczone, być może ktoś podobny do
Loli?
Jadwiga Dygat uwielbia wizyty gości. Chętnie gra z nimi w brydża lub
robra. Rzadziej daje się wyciągnąć na kawiarniane wędrówki po mieście.
Służba w osobach: Bronisława Migulewska - niania, Pelasia Wielkopolanka
- pochodząca ze Śremu, a potem Helena Malinowska, czuje się przy pani
domu bezpiecznie i dobrze. Wiedzą, że zawsze, w każdej sytuacji, będą
sprawiedliwie i życzliwie potraktowane61.
Iluzja prawdziwsza niż życie
Tak samo jak morzem, a może jeszcze bardziej, mały Staś fascynuje się
filmem. Na długo zanim przekroczy progi kina. Zazdrości dorosłym.
Intrygują go tajemnicze oświetlone i barwne przejścia prowadzące do
ciemnej komnaty, w której - wyobraża sobie - muszą mieszkać skryte
marzenia. Wystarczy wejść w bramę kina, aby znaleźć się w zupełnie innym
świecie. A wcześniej pooglądać fotosy oraz afisze. Przemawiają do
wyobraźni. Kiedy Staś opanuje alfabet i zacznie składać literki, nie
sięgnie po popularną prasę dla dzieci w stylu "Moje pisemko", a po
tygodnik "Filmia", który przeczyta z zapartym tchem. A to, o czym
przeczyta, nie pozwoli mu spać, bo będzie nieustanie myślał, żył filmem
i losami kinowych bohaterów - tych, których widział na afiszach.
Dopisywał im biografie. Obdarzał charakterami. Kształtował w wyobraźni
ich losy. Znajdował się w świecie dla postronnych wyimaginowanym, a dla
niego najbardziej rzeczywistym. W świecie, w którym "sny przybierają
pozory prawdy lub też prawda przybiera pozory snów"62.
"Poza filmem nie interesowało mnie nic i wiedziałem, że tylko tym będę
mógł zajmować się w życiu"63. Już nie chciał zostać aptekarzem
czy dyrygentem, a aktorem, reżyserem lub operatorem. Właściwie obojętnie
kim, byle tylko miało to związek z filmem. Ze skrzynki i korbki wyrwanej
z młynka do kawy robi kamerę i "kręci" filmy. Z wymyślonymi aktorami,
wśród wyimaginowanej dekoracji. Po wielu latach przyznawał, że byłyby to
z pewnością, pomimo ascetycznych środków, najlepsze filmy i wielka
szkoda, że nie zostały zrealizowane. Jeśli wierzyć, że to, co pisał, nie
było podkoloryzowane na potrzeby ubarwiania życiorysu i w tych
kinematograficznych planach napotkał opór rodziny, która uważała, że
film, "diabelski wynalazek", to niezbyt poważna dziedzina i profesjonalne zajmowanie się nią zupełnie nie pasuje dla chłopca z dobrego domu. "Z tego wszystkiego wynika chyba jasno, iż miłość moja
była miłością typowo nieszczęśliwą, że nie powiem - tragiczną. Ale tylko
taka miłość jest coś warta. Trudno, już tak urządzony jest świat. I ma
to na pewno swoje dobre i piękne strony"64.
Afisze kinowe zapraszają do przekroczenia progu innego świata. Niektóre,
jak ten z dziewczyną skaczącą z pokładu statku do morza, zapamiętuje na
zawsze. Domyśla się, że filmowa bohaterka nie skacze w celach
samobójczych, ale z "nadmiaru radości życia", ponieważ jest roześmiana i wesoła. I jak dowiaduje się z afisza, chociaż tytułu filmu nie
zapamiętuje, dziewczyna urodziła się w samolocie i z tego powodu jest
"cudownie narwana". Kiedyś podobne dziewczyny będzie powoływać do życia
w swoich utworach. Gorzej, kiedy, jak żartobliwie stwierdza przy okazji
przedmowy do książki Stefanii Beylin, przyjdzie mu się zetknąć z nimi w prawdziwym życiu65.
Po latach napisze:
Pochodzę z pokolenia, którego dzieciństwo poddawało się fascynacji nie
bajek, albo tych w ilustrowanych książkach, albo opowiadanych przez
piastunki, ale kinom i filmom. Tym szczególnie, które były zabronione
dla dzieci i młodzieży. Czy można odnaleźć napis bardziej podniecający i wywołujący niepowtarzalne i nigdy niezrealizowane tęsknoty jak: "Dla
dzieci i młodzieży zabronione"?66.
Stare fotosy i afisze działają jak słynna madeleine u Prousta. Do kina
ciągną nieodmiennie: tęsknota, niepokój, nadzieja na znalezienie czegoś,
co zmieni i uatrakcyjni rzeczywistość. Pragnienie, żeby przez moment
przestać być sobą i pożyć cudzym, z pozoru atrakcyjniejszym i ciekawszym
życiem. Iluzja. Może dlatego kinoteatry opatrywano, co uważał w późniejszych latach za słuszne, nazwą "iluzjon". W mistycznej ciemności
sali kinowej dzieją się rzeczy nadprzyrodzone, mistyczne. Można się
nawet porządnie zakochać. Jak przekonywał czytelników w felietonie:
"Przed wynalezieniem kinematografu mali chłopcy kochali się w swoich
piastunkach, w nieznanych paniach z ogródka lub sąsiedztwa, ostatecznie
w kobietach z obrazów albo ilustracji. Ja, dziecko XX wieku, zakochałem
się po raz pierwszy, mając lat cztery...".
Nie wszystkie filmy nieme mógł oglądać. Te, które mógł, zapadały głęboko
w dziecięcą wyobraźnię, ale nawet te nieobejrzane, a znane z rozmów,
przekazów, opowieści i fotosów pomieszanych z fantazją wywierały podobne
albo jeszcze większe wrażenie.
Pierwszym kinowym obrazem, który wrył się Stasiowi w pamięć, była
Lalka z Ossi Oswaldą w reżyserii Ernsta Lubitscha, obejrzana w kinie
Colosseum przy Nowym Świecie 19. Prawdziwą atrakcję, wymyśloną
specjalnie dla najmłodszych kinomanów, stanowiły arkusze z lalką do
wycinania - zaopatrzona w stosowne ubranka, gotowa do ubierania oraz
rozbierania. Opowieść filmowa prosta i nieskomplikowana, ale dość
wyrazista. Lalka była wielkości człowieka, ruszała się i chodziła, ale
nieroztropny chłopak przez nieuwagę ją stłukł. Przed konsekwencjami ze
strony właściciela ratuje biedaka Ossi Oswalda, łudząco podobna do
lalki. "Nie bardzo pamiętam - pisał Dygat - jak to się skończyło, w każdym razie bardzo sympatycznie. Zbyteczne dodawać, że Ossi Oswalda
była moją pierwszą miłością. Miałem wtedy cztery albo pięć lat"67. A potem, dla usprawiedliwienia, wspomina, że może pierwszą miłością nie
była wcale Ossi Oswalda, a urodziwa praktykantka w majątku Kościanki
należącym do wuja Jerzego Hulewicza. Pewnego dnia spadła z konia, ale na
szczęście nic jej się nie stało. Jednak w innym miejscu, w felietonie
Tęsknoty i nadzieje, przekonuje, że Ossi to sprawa o wiele
poważniejsza od praktykantki.
Nie jest stały w uczuciach do filmowych obiektów. Ekranowe piękności
zmieniają się wraz z wiekiem. Po Ossi przychodzi zauroczenie artystką
cyrkową, ślicznie jeżdżącą na koniu Vilmą Bánky, której wdziękami
delektował się w kinie Stylowy przy Marszałkowskiej. Kiedy następnego
dnia po seansie się obudzi, uzmysłowi sobie, że ciągle o niej myśli, a przez to myślenie spóźni się na pierwszą lekcję, ponieważ zanim uda się
do szkoły, pobiegnie popatrzeć na fotosy przed kinem. "To była moja
pierwsza randka, wraz z wszelkimi jej emocjami. Nawet z tą okrutną
obawą: przyjdzie czy nie przyjdzie? No bo mogli zmienić film i fotosy" -
będzie pisał po latach68. Vilmę porzuci, właściwie bez
specjalnego żalu, po Synu szejka z Rudolfem Valentino. Jej miejsce
zajmie Virginia Valli, którą zobaczył w obrazie Titania, miasto moich
marzeń w kinie Nieznane przy Mokotowskiej:
Gdy tylko pojawiła się na ekranie, poczułem, że stało się ze mną nagle
coś dziwnego. Jakby potężne uderzenie młotem w głowę, lodowaty dreszcz,
a potem ciepło rozlewające się po całym ciele. Jednocześnie głos jakiś
tajemniczy szeptał mi do ucha. "To ona! To ona, ta jedyna, na którą
czekałeś całe życie"69.
Jak usiłuje przekonać w dalszej części felietonu, była to jego
największa miłość do piętnastego roku życia. A potem ujrzy Betty Bronson
w Piotrusiu Panu w kinie Stylowy i może skonfrontować zderzenie mitu z rzeczywistością. Postanowi się z nią, mimo różnicy wieku, ożenić. W końcu filmowa wybranka jest młodsza od poprzednich i dzieli ich
wyłącznie dwanaście lat. Największym problemem jest jednak nie wiek, ale
odległość i dalekie kilometry dzielące Warszawę od Hollywood.
W modnym wówczas Colosseum przy Nowym Świecie Staś ogląda pierwszy film
z Maxem Linderem - Fotograf. Fabuła raczej nieskomplikowana: pewne
pismo ogłasza konkurs fotograficzny. Max wyrusza w podróż, chce zdobyć
temat. Po drodze robi zdjęcie dzieciom jedzącym makaron. Wychodzi
pięknie. Max powraca w euforii i... dowiaduje się, że zdjęcie nie mieści
się w kategorii konkursowej, ponieważ należało fotografować wyłącznie
kwiaty. Mały Staś bardzo żałuje Maxa - może nie tyle samego chłopca, ale
jego zawiedzionych nadziei oraz zniweczonych marzeń. Jest zwolennikiem
szczęśliwych zakończeń, happy endów przywracających dobry nastrój i wiarę w świat.
W dziecięcej wyobraźni, jak w kalejdoskopie, ciągle zamieszkują nowi
bohaterowie. Przygody Pata i Patachona wkrótce wypierają perypetie Wicka
i Wacka. Z Pata i Patachona nie zapamiętuje za wiele, może poza
drewnianymi kukiełkami stojącymi pod kinem Światowid przy
Marszałkowskiej. A potem znów powraca do fascynacji pięknymi aktorkami i przerzuca sympatię na Mary Pickford. W tym czasie imponuje mu również
Jackie Coogan, który z ekranu kinowego usilnie przekonuje widzów, że
świat, to znaczy wszyscy ludzie poza Chaplinem, to najgorsze, perfidne
typki, krzywdzące małe dzieci.
Nie uwierzyłem mu - tłumaczy po latach Dygat - ponieważ istnieli tak
wspaniali obrońcy uciśnionej niewinności i społecznej sprawiedliwości,
jak Eddie Polo, Joe Bouomo, Harry Piel i Tom Mix. Te awanturnicze filmy
w kilku seriach sprawiły niemało kłopotu moim rodzicom i były przyczyną
wielu skarg sąsiadów. Szybko jednak spoważniałem i ideałem moim stał się
Rudolf Valentino, a pierwszą kobietą świata Alice Terry. Krew na
piasku, Syn szejka, Czterech jeźdźców apokalipsy. Muszę przy tym
zaznaczyć, że żadnego z tych filmów ani też Rudolfa Valentino i Alice
Terry nigdy na ekranie nie widziałem70.
Były też inne miłosne fascynacje: Sally Eilers, Joan Crawford, Claudette
Colbert, Jeanette MacDonald. Co może dziwić, nigdy nie pojawiły się w tym miłosnym rydwanie gwiazdy: Greta Garbo, Marlene Dietrich czy Pola
Negri - za wyniosłe, niedostępne, zbyt emocjonalnie odległe.
Filmowe archetypy. Nieustannie powielane, czasami nieznacznie zmienione
role. Jest pewien, choć nie ma sposobu tego dowieść, że gdyby nie kino,
historie świata potoczyłyby się zupełnie inaczej. Nie wiadomo tylko, czy
szczęśliwiej71.
W jakiej scenerii rozgrywa się filmowe misterium? Atmosferę ówczesnego
miasta, jego koloryt rekonstruuje w pamiętnikowych zapiskach późniejszy
kolega szkolny Dygata, Janusz Minkiewicz, który niedawno przybył wraz z rodzicami do Warszawy z Rosji przez zieloną granicę. Uwagę kilkulatka
przyciągają przede wszystkim stołeczne czerwone tramwaje72. W 1920 roku Warszawa roi się od przeróżnych mundurów. Minio prosi rodziców
o wymarzony prezent - czapkę oficerską, specjalnie pomniejszoną, aby
pasowała na dziecięcą głowę. Paradowanie w czapce wojskowej staje się
przyczyną nieprzyjemnego incydentu, kiedy jeden z nadgorliwych oficerów,
zniesmaczony, uznaje noszenie jej przez malucha za profanację i obrazę
uczuć patriotycznych. Dygat, wędrując tymi samymi ulicami i widząc tych
samych oficerów, nie odczuwa żadnych wojskowo-militarnych pragnień. Nie
wiadomo też, czy, podobnie jak Minio, bywa z rodzicami w niedzielne
popołudnia na ciastku i kakao w Dużej Ziemiańskiej, mieszczącej na rogu
Jasnej i Kredytowej.
Ciastka lubi. Jako kilkulatek ćwiczy na słodyczach sztukę hedonizmu oraz
zdrowego egoizmu. Podejmuje walkę z konwenansami. Zwalcza udawaną
skromność i nieśmiałość. Na podwieczorku w gronie rówieśników sięga po
ostatniego pączka na talerzu, uwalniając w ten sposób inne dzieci od
dylematu i dręczącego oczekiwania, co się z tym pączkiem ostatecznie
stanie. Nie zjada go jednak, ale na nim siada73. "Prawdziwa pasja
musi być nagrodzona. A ten, co pragnie najbardziej, ma pierwszeństwo
przed innymi". Magda Dygat będzie wspominała, że ojciec nie znosił
mizdrzenia i taniej kokieterii, a także nieszczerego i nieprawdziwego
zachowania, krygowania się: "Kiedyś na przyjęciu przystawił sobie miskę
z malinami i na oczach całego stołu zjadł owoce sam, mówiąc: "Nikt tak
nie lubi malin jak ja". Każdy, kto widział go jedzącego, musiał się z tym zgodzić"74.
W 1922 roku, jako siedmiolatek, Staś poznaje, pośrednio przez służącą,
zabronioną dla dzieci i młodzieży Tajemnicę przystanku tramwajowego w reżyserii Jana Kucharskiego. Na ulicach z ciekawością przygląda się
afiszom. Rzewliwa, prosta, chwytająca za serce fabuła przemawia do
chłopięcej wrażliwości. Oto młoda i piękna dziewczyna - Kazia (Jadwiga
Smosarska), związana z uczciwym, dobrym fryzjerem Mieciem (Józef
Węgrzyn), pewnego dnia, na swoje nieszczęście, poznaje na przystanku
tramwajowym podstarzałego lowelasa z tytułem hrabiowskim, Romana
Opolskiego (Kazimierz Junosza-Stępowski), i opuszcza dla niego
narzeczonego oraz rodzinę. A kiedy, co było do przewidzenia, sama
zostaje porzucona przez Don Juana, zdesperowana rzuca się pod tramwaj.
Potem jako zjawa pojawia się w tym samym miejscu. To jednak nie koniec
historii. Miecio mści się za narzeczoną. Odnajduje sprawcę nieszczęścia
i podrzyna mu gardło. Katharsis i ekspiacja w jednym. Za zło czy
wyrządzoną krzywdę należy zapłacić. Nie ma przebacz75.
Dwa lata później, jako dziewięciolatek, intensywnie przeżywa, a nawet
utożsamia się z dylematami innego kinowego bohatera - Piotrusia Pana, i stopniowo pozbywa się jakichkolwiek wątpliwości; już wie. Kino jest
iluzją zdolną do wkroczenia w codzienność:
Kino stało się moim Nieprawdziwym rajem Prawdziwym. A właściwie stało
się nim Hollywood. Hollywood - najbardziej czarodziejska nazwa.
Wierzyłem i nie wierzyłem w jego istnienie, tak jak wierzyłem i nie
wierzyłem w to, co się dzieje na ekranie. Oglądałem filmy i stałem się
Chłopcem Zatraconym, który słucha bajek Piotrusia Pana. Wypadłem z wózka
i już nigdy nie zdołałem się wdrapać do niego z powrotem76.
Staś ma niecałe dwanaście lat, kiedy w 1926 roku, w kinie Palace przy
Chmielnej 9, wyświetlano premierową adaptację Trędowatej w reżyserii
Edwarda Puchalskiego oraz Józefa Węgrzyna. Na fotosach pięknie
prezentował się aktorski duet: Jadwiga Smosarska i Bolesław
Mierzejewski. Skąd mógł wiedzieć, że wiele lat później, przy kolejnej
adaptacji powieści Heleny Mniszkówny, przyjdzie mu zagrać własną,
niezbyt fortunną dla siebie rolę.
Doskonale zapamięta fotosy z filmów: Tajemnicy przystanku
tramwajowego, Trędowatej i innych. Nawet nie oglądając, mógł oceniać
aktorów. Miał pretensje do Smosarskiej, ale aprobatę i uznanie dla
Węgrzyna. Ten ostatni, jeśli chodzi o poziom sztuki aktorskiej, nigdy go
nie zawiódł. Zetknie się z nim na żywo, w wieku sześciu czy siedmiu lat,
kiedy rodzice zabiorą go do Teatru Narodowego na Króla Edypa. Myślą,
że nie zaszkodzi zabrać syna, bo i tak niczego nie zrozumie. Nie mają
racji. Staś był przejęty i rozpalony do czerwoności - jakimiś emocjami,
aurą, podniosłością, ale także "wspaniałością Węgrzyna", który, jak
mniemał po latach, grając swoją rolę, też zapewne nie do końca rozumiał
wszystko w sensie filologiczno-klasycznym. "W istocie - będzie powracał
do tych zauroczeń Dygat - było nas trzech: Sofokles, Węgrzyn i ja,
którzy rozumieliśmy się ponad obcą greckiej tragedii wierszowaną
polszczyzną dziewiętnastowieczną"77. Po latach
przetłumaczonym przez niego Edypem przemówi ze sceny ulubiony aktor i przyjaciel Gustaw Holoubek.
Wraz ze zmianą repertuaru rodzą się coraz to nowe fascynacje. Dzięki
Scaramouche pokocha Ramona Novarro, który na piedestale trwał przez
Ben Hura aż do Wielkiej parady ze świetnymi kreacjami aktorskimi
Johna Gilberta i Renée Adorée.
Inne filmowe obrazy, które wdrukowały się w pamięć Stasia, podobnie jak
nieustannie zmieniające się afisze: Zakazane piosenki, Ulica
Graniczna. Może już wówczas kształtowała się myśl o bezzasadności
kryteriów w ocenie jakiegokolwiek filmu. Po latach będzie pisał:
Żadna ze sztuk nie jest tak jak film przystosowana do przebogatej
różnorodności ludzkiej emocji i wrażliwości. Nie ma filmów dobrych i złych. Są tylko filmy, które jednym się podobają, innym nie. Dziwne, bo
zdarza się, że nawet te filmy, które robią kasę, często nie podobają się
większości, która do robienia tej kasy się przyczynia78.
Warszawa na tle odrodzonego kraju staje się zagłębiem kinowym, polskim
Hollywood. Rodzą się kinowe rytuały. Chociaż początki X muzy nad Wisłą
wcale nie należą do łatwych, a obyczaje widzów w niczym nie przypominają
klimatu współczesnych kin studyjnych czy multipleksów. Nie wyświetlano
co prawda tasiemcowych spotów reklamowych i nie pachniało popcornem,
ale:
Publiczność w kinach była niesforna. Powszechnie spóźniano się na
seanse. Panie zasłaniały ekran kapeluszami, choć na szczęście nie
przypominały już one ogrodów, jak dekadę wcześniej. W trakcie projekcji
szeleszczono papierkami cukierków, a już plagą było odczytywanie przez
publiczność napisów pojawiających się na ekranie79.
Całkiem możliwe, że pojawiał się, jako nastolatek, ugodzony na dobre
"filmowym amorem" prosto w serce, w modnym kinoteatrze, nomen omen,
Hollywood przy Hożej 29. Kolejny przybytek X muzy zaczął działać w erze
filmu dźwiękowego. Wnętrze urządzone w stylu art déco na pewno musiało
cieszyć oko kinomanów estetów.
Zapytany w 1968 roku o swoje dzieciństwo, odpowie: "Nie wiem, czy ono
było trudne i ciężkie. Czasem właśnie trudne i ciężkie może być
dzieciństwo spędzone w warunkach bardzo dobrych, a skutki tego potem są
ciężkie i trudne"80.
Dzieciństwo, to najwcześniejsze, bardziej niż ze słowem będzie kojarzyć
z muzyką. Babka Konstancja grała na fortepianie. Stryj Stanisław
śpiewał, a mieszkający w Paryżu kuzyn, Zygmunt Dygat, będzie uczniem
Paderewskiego.
Przed wojną jest pośrednio świadkiem spektakularnych wydarzeń. Ma
niecałe sześć lat, kiedy w sierpniu 1920 roku mieszkańcy z ulgą i radością manifestują po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej. Osiem, kiedy w Zachęcie, 22 grudnia 1922 roku, dochodzi do bestialskiego mordu na
prezydencie II RP Gabrielu Narutowiczu. Jedenaście, kiedy w ciszy i skupieniu składano prochy nieznanego żołnierza w kolumnadzie Pałacu
Saskiego w listopadzie 1925 roku. Dwadzieścia, gdy w 1934 roku Stefanowi
Starzyńskiemu powierzono stanowisko komisarycznego prezydenta Warszawy.
Nieskończone dwadzieścia jeden, kiedy Warszawa, a wraz z nią cała
odrodzona Polska w maju 1935 roku żegna zmarłego w Pałacu Belwederskim
męża stanu, największą legendę dwudziestolecia międzywojennego -
Marszałka Józefa Piłsudskiego.
W Mazowieckiej
Staś wzrasta w bogatym domu. Aspirującym. Uczy się po polsku i francusku, co ma wzbogacić jego osobowość. Potem uczęszcza do jednej z najbardziej prestiżowych warszawskich szkół - męskiego gimnazjum
Towarzystwa Szkoły Mazowieckiej, placówki wyróżniającej się doskonałym
zapleczem dydaktycznym oraz światłym gronem pedagogicznym, cieszącej się
renomą.
Fakt, że właścicielami szkoły byli ziemianie - wspominał dyplomata,
absolwent placówki Stanisław Gajewski - bardzo zaważył na poziomie
nauczania. Wychowywano nas bowiem nie tylko tradycyjnie w duchu
narodowo-katolickim, ale i w specyficznej sytuacji pedagogicznej. Wśród
nas były przecież dzieci niektórych akcjonariuszy. Nauczyciele, by nie
narażać się na krytykę zarządu, a nawet utratę pracy, pozwalali nam nie
przykładać się specjalnie do nauki i nie przestrzegać
dyscypliny81.
Mimo to obowiązków było dla Dygata, jak widać, za wiele, bo
systematycznie, z upodobaniem urywa się z lekcji. Bardziej niż książkami
interesuje się sportem. Może z powodu lenistwa czy braku wytrwałości nie
odnosi sukcesów szkolnych, ale cieszy się za to powodzeniem u koleżanek
z żeńskich gimnazjów, a dzięki barwnej osobowości bez trudu nawiązuje
przyjaźnie. Niektóre z nich, jak ta z Miniem, przetrwają próbę czasu. Po
raz pierwszy wpadają na siebie przypadkowo, w pięknych okolicznościach
przyrody - w parku Skaryszewskim. Relacja Minkiewicza:
Gdy tak się tam przechadzałem z najnowszym tomem Edgara Wallace' a w ręku, uwagę moją przykuła para uczniaków składająca się z ferdydurkowatej blond-pensjonarki i sztubaka w czapce z tej samej co ja
szkoły. Choć czapki mieliśmy takie same - nie znaliśmy się. Za późno już
było na udawanie, że się nie widzimy, a czapki z takimi samymi oznakami
zobowiązywały, jak mundur wojskowy, do ukłonów. On był z damą, wypadało
mu się ukłonić pierwszemu.
- Kolega z jakiej klasy? - zagaił nieznajomy.
- Z szóstej, Minkiewicz się nazywam.
- Dygat jestem - odrzekł tamten, wyraźnie "grasejując", choć w słowach,
które dotąd wypowiedział, nie było litery "r" - ja także z szóstej, to
dziwne, żeśmy się dotychczas nie spotkali w szkole.
Słowo do słowa, okazało się, żeśmy dotąd wagarowali na przemian. W tych
dniach, kiedy on był w klasie, ja spacerowałem po parku i odwrotnie.
- Gdzie to się ludzie spotykają? - przywitaliśmy się nazajutrz w szkole,
parafrazując znany z pism humorystycznych kawał o niezbyt obowiązkowych,
a roztargnionych profesorach uniwersytetu, którzy raz spotkali się
niespodziewanie na wykładach. Odtąd przyjaźń została zawarta. Mieliśmy
wspólne zainteresowania, jak mecze piłki nożnej, gra w tenisa, a przede
wszystkim owa blond-pensjonarka, w której ja zakochałem się nie na
żarty82.
Pierwsze spotkanie Dygata i Minkiewicza satyrycznie zilustruje twórca i "poruszacz" kukiełek z szopek politycznych, utalentowany rysownik Jerzy
Zaruba. Upodobanie do zrywania się z zajęć oraz pociąg do dziewczyn,
czyli "gust romantyczny", okażą się wystarczające, by się zaprzyjaźnili.
Wcześniej się nie znali, ponieważ droga edukacyjna kolegi Minkiewicza
była kręta i wyboista, co nie wynikało wyłącznie z braku gorliwości czy
naukowych niepowodzeń. Minio wraz z rodzicami (ojciec adwokat) zmieniał
często miejsce pobytu, a wraz z nim przekraczał progi kolejnych szkół.
Podczas edukacyjnej odysei nabywał przydatnych, nie tylko w życiu
szkolnym, doświadczeń.
Z okresu nauki w Szkole Mazowieckiej Dygat najlepiej zapamięta wesołe
zabawy. W pierwszej lub drugiej klasie gimnazjum wszyscy lubili rodzaj
satyrycznej polemiki. Na tablicy rysowano świnię lub osła i pisano na
przykład: Minkiewicz. Kiedy "obiekt" żartów przychodził, ścierał tablicę
i w miejscu swojego nazwiska wpisywał najczęściej: Dygat. "To było
bardzo zabawne i wszyscy chłopcy bardzo się śmiali, ale już w trzeciej
klasie świnia Minkiewicz zaczął pisać do "Cyrulika Warszawskiego",
chodził pod rękę z Tuwimem i nie podejmował więcej tego rodzaju humoru
na tablicy"83 - pisał po latach.
Dygat, gdyby wysilił się bardziej, mógłby niebawem zazdrościć Miniowi
sławy, kontaktów z Lechoniem i Tuwimem, ale na pewno nie wyglądu.
Szkolny kolega Stasia był wówczas w fazie intensywnej adolescencji:
"potwornie pryszczaty, z mnóstwem jurnych wyprysków na czole i twarzy"84. Kiedy Staś Dygat po raz drugi, wkrótce po poznaniu,
zobaczy Minia na szkolnym podwórzu w pełnym rozkwicie, prawie w negliżu,
ubranego w "cajgowe pumpy", w pantoflach "pepegach", nie zachwyci się
jego wyglądem. Zwróci uwagę na jego sposób formułowania myśli,
bezpośredniość, odwagę oraz krytycyzm w postrzeganiu rzeczywistości.
Minio oznajmia "z obrzydzeniem", że obaj stali się ofiarami "karygodnego
niedbalstwa" Polskiego Związku Lekkoatletycznego, który czegoś ważnego
im nie ułatwił. A po latach we wspomnieniowym felietonie wyznaje, że
gdyby miał napisać na temat kolegów szkolnych pracę naukową, to passus
dotyczący Janusza, jak również innych niezmiennych w charakterze oraz
sposobie bycia rówieśników, nazwałby "aspektem Minkiewicza" (aspectus
Mincievitsius)85. Będzie mu nieraz przykro, że niektórzy na własne
życzenie opuszczą tę kategorię. Po latach, spotkani przypadkowo na
ulicy, naruszeni "zębem czasu", nie będą przypominać "miłych chłopczyków
w chłopięcych ubrankach i chłopięco rozfiglowanych"86.
Ale kategorii tej nie opuści Minio. Ten ambitny, obdarzony poczuciem
humoru dryblas niebawem stanie się ważnym ogniwem Grupy Satyryków
"Cyrulika Warszawskiego", a także, wraz z Karpińskim, współtwórcą
cieszących się ogromnym powodzeniem szopek politycznych oraz
intelektualnych scenek Teatru 13 Rzędów w Café Clubie.
Gdy kiedykolwiek będzie czytał Dygat opisy szkół, u Manna, Dickensa,
Gombrowicza czy Flauberta, to zawsze przed oczyma stanie Szkoła
Mazowiecka. Z tym miejscem wiążą się ówczesne emocje i zupełnie
bezinteresowne, prawie abstrakcyjne nadzieje.
Wspomnienia nadziei ze Szkoły Mazowieckiej zawierają się dla mnie w rzeczach najprzeróżniejszych i niczym nietłumaczących tej swojej misji.
W lśniącym poranną wilgocią bruku na ulicy Klonowej i wyfroterowanych
posadzkach na szkolnym korytarzu. W trójkątnych bonach na mleko, herbatę
albo kakao, wydawanych w czasie wielkiej pauzy, i w sklepiku z materiałami piśmiennymi na rogu placu Unii i Klonowej. Tu zresztą
nadzieja przybierała kształt nieco konkretniejszy. Zdawało się, że nowy
zeszyt, nowa guma, piórnik i cyrkiel przeciwstawiają się skutecznie
wszelkim lukom niewiedzy i nieuctwa87.
Najpiękniejsze rozciąga się za oknem i biegnie w kierunku pobliskiej
ulicy Puławskiej, gdzie nad dachami domów rozpościera się niebo,
chwilami pogodne i błękitne, innym razem zaś szare i pochmurne. Niekiedy
ciszę sali przerywają wdzierające się przez okno odgłosy kolejki
wilanowskiej. Dźwięczy donośnie przy dzwonku na pierwszą lekcję, a jeszcze bardziej, bo z nadzieją na wolność, przy ostatniej. A najpiękniej w czasie zbliżających się wakacji. Potem, nieco inaczej, w trakcie inauguracji nowego roku szkolnego.
Na lekcjach należy się skupić na konkretnych tematach. Przestrzegać
regulaminu. Słuchać nauczycieli. Działać w rytm sztywnych metod
dydaktyczno-wychowawczych, zaspokajając, a najlepiej wyprzedzając,
oczekiwania pedagogów. W opowiadaniu Koledzy można przeczytać, jak
mogły wyglądać zajęcia, pomimo że prowadził je młody, światły
nauczyciel, absolwent studiów uniwersyteckich, a nawet poeta, który
pewnego dnia zwraca się do dwóch drugorocznych uczniów:
Kiedy wywołuję nazwiska - powiedział, mówił wolno, dobitnie akcentując
wyrazy - należy wstać i odpowiedzieć: "obecny" albo "jestem". Zwrotu
"co?" nie używa się nigdy. W wypadku, gdy nie dosłyszymy czegoś,
posługujemy się słowem "słucham". W jego głosie nie było gniewu ani
wymówki. Brzmiał tonem perswazji albo rzeczowej informacji.
Drugoroczniacy pokiwali głową z aprobatą88.
A nauczyciel, mimo że nietuzinkowy, wykształcony, był raczej
przypadkowy, bo pozbawiony misji, charyzmy. Mechaniczny. "Był poetą.
Zawód nauczycielski traktował jako konieczność życiową. Uważał się
jednak za humanistę i sprawę odpowiedzialności za wychowanie powierzonej
mu młodzieży starał się traktować serio i poważnie"89.
Wartością dodaną Mazowieckiej przy Klonowej był fakt, że nauki pobierało
tam sporo ludzi, którzy zaczęli aktywnie działać w kulturze: Andrzej
Panufnik, Stanisław Wohl, Kazimierz Rudzki, Henryk Borowski i wielu
innych. Minio w pamiętnikowych wspomnieniach dorzuca jeszcze: Antoniego
Bohdziewicza oraz Eugeniusza Cękalskiego. Wohla, operatora, scenarzystę,
reżysera, wyróżnia szczególnie - wielokropkiem i etykietką "współtwórca
kinoafirmacji".
Były to lata 1928-1930. Warszawa żyła pod znakiem "prosperity".
Nabierała rozmachu, zacieśniała kontakty z zagranicą, z dniem każdym
upodobniała się coraz bardziej do miasta zachodnioeuropejskiego.
Przepełniła się luksusowymi limuzynami, zajaśniała migotliwymi reklamami
pierwszych neonów. Wieczorem nad dancingami, kabaretami i teatrzykami
unosił się duch Andrzeja Własta, który po raz pierwszy przywoził z Paryża nowe melodie, nowe inscenizacje, żywcem wzięte z Folies Berg?re -
Moulin Rouge90.
Wieczorem z lokali na ulice przedostają się słowa słynnych szlagierów,
podchwytywane przez warszawską ulicę: "Ramona, jak słodko imię twoje
brzmi, rano na zawsze serce oddaj mi", Tango Milonga, Pocałunki
kochanki, Pragnę twoją być. Rozkwitają stołeczne teatrzyki oraz
kabarety ze słynnym Qui Pro Quo przy Senatorskiej na czele. Ale
ówczesna Warszawa, nadrabiająca lata zaniedbań, piękna jest tylko
miejscami, a nazwa Paryż Północy w kontekście tych braków wydaje się
dalece naciągana.
W pierwszej połowie lat trzydziestych ojciec, urodzony i studiujący w Paryżu, o "zeszpeconej stolicy" napisze na łamach "Wiadomości
Literackich". Materiał uzupełnią liczne fotografie ilustrujące
mankamenty urbanistyczne: krzywe jezdnie, dziury po uschłych drzewach,
nierówne chodniki. W tych krytycznych osądach będą wtórować mu
solidarnie inni zatroskani architekci. Urodzonemu we Francji Antoniemu
Dygatowi bliższy jest modernizm i klarowna przejrzystość urbanistyczna w wydaniu Charles'a Le Corbusiera. Syn Antoniego, mimo że nie poszedł w ślady ojca, to znaczy nie posłuchał "głosu rodziny" i nie został
architektem, podziela jego krytyczne poglądy o mieście. Wiele lat
później w opowiadaniu Kolumna Zygmunta też będzie pisał o Warszawie.
Co prawda innej, bo odbudowywanej, wznoszonej z ruin wysiłkiem
stachanowców, finansowymi nakładami ludu pracującego miast i wsi. Z wyrwami, niezabliźnionymi ranami, dziwnie pustej:
Na placu Zamkowym nie ma Zamku, ponieważ spłonął w 1939 r. Nie
odbudowano go dotąd, odbudowano za to Stare Miasto, które zaczyna się
właśnie na placu Zamkowym szeregiem kolorowych kamieniczek dwu- lub
trzypiętrowych o pochyłych dachach. Na ich tle wyrasta w niebo,
wystrzela, może wytryska smukła kolumna, z której cokołu spogląda na
miasto król Zygmunt, trzymając wyciągnięty miecz91.
A przy okazji próbował zdefiniować miejską tożsamość oraz pojęcie
patriotyzmu lokalnego:
Aha: jestem warszawiakiem. Tej informacji nie sposób pominąć. Czy kocham
moje rodzinne miasto? Myślę, że w pojęciu miłości do rodzinnego miasta
zawiera się też coś fałszywego. Nie tak powinno określać się to uczucie.
Każdy mieszkaniec jest śrubką wielkiego mechanizmu, którym jest miasto.
Śrubka nie może kochać mechanizmu, bo zacznie zgrzytać. Ale śrubka sama
w sobie jest przedmiotem bezsensownym i bezcelowym. Śrubka musi obracać
się w jakimś mechanizmie. Ot i sens miłości do rodzinnego miasta w czasach A. Armstronga i Louisa. Obydwu oczywiście92.
Do szkoły, do której chętnie by w ogóle nie chodził, z Kolonii Staszica
nie jest blisko. "Podróż" wymaga wysiłku. Staś wsiada na rogu Topolowej
(dziś aleja Niepodległości) i Nowowiejskiej w tramwaj 17 albo 25, a na
Marszałkowskiej przesiada się w 3 lub 16. Nieraz spóźnia się na pierwsze
lekcje, bo przystaje przed warszawskim kinem Stylowy i za długo ogląda
fotosy z Vilmą Bánky. To czas, kiedy pochłania przygodowe książki Karola
Maya, ale i z upodobaniem ogląda filmy. Przejmuje się losami kowbojów
albo dramatycznym losem nieszczęśliwych z miłości heroin. Kino działa
jak narkotyk, tak silnie, że czasami nie potrafi rozgraniczyć światów:
filmowego i realnego; to, co widzi na ekranie, zlewa się z rzeczywistością, a na pewno ma na nią znaczny wpływ.
Chłonie atmosferę miasta.
W gimnazjum - wspomina Kazimierz Brandys - znał na pamięć rozkład
międzynarodowych ekspresów i opowiadał mi, że chodził na dworzec, aby
przyglądać się z peronu twarzom pasażerów za szybami Wagonslits Cook.
Widzę go doskonale, jak moknąc na deszczu, stoi z rękami w kieszeniach,
wpatrzony w swoją hollywoodzką bajkę93.
Podobnie jak bohater Dnia powszedniego, zamiast siedzieć na lekcjach,
bezmyślnie włóczy się ulicami miasta. Zmierza odruchowo w kierunku placu
Napoleona (obecnie Powstańców Warszawy) i nagle, kiedy do niego
dochodzi, niespodziewanie rozmyśla się i skręca w Kruczą. Plac Napoleona
koresponduje z wielkim światem. Jednym z gmachów jest poczta, a przed
nią stoją dwie wielkie czerwone skrzynki na listy niczym oficerowie na
warcie. Za pocztą znajduje się parterowy budynek Telegrafu z zakratowanymi oknami, nasuwający skojarzenie z więzieniem.
Szkoła to rutyna, przewidywalność zachowania czy reakcji. Miasto i jego
ulice to przestrzeń żywa, teren niespodziewanych doznań i wrażeń. Obrazy
przesuwają się jak w kinie. Pachnie przygodą. Nic nie przebiega według
z góry ustalonego schematu. Ulica Mazowiecka, intelektualne corso
przedwojennej Warszawy, z wystawą Garlińskiego i księgarnio-galerią
wydawcy skamandrytów, Mortkowicza. Z mieniącą się barwami kwiaciarnią
Złocień oraz pachnącą ciastkami i kawą Ziemiańską. "Szkoła dla mnie, jak
również można rzec śmiało dla doskonałej większości mieszkańców ziemi -
wyznaje bohater Dnia powszedniego - była męką, udręką, niewolą. Czemuż
więc, pytam, powraca się do niej po latach wspomnieniem pełnym tęsknoty
i tkliwości"94.
Szkoła, kiedy jest się uczniem, nie wygra z kortami i tenisem. W 1930
roku, po mistrzostwie juniorów, o dobrze zapowiadającym się tenisiście
Dygacie napisano w profesjonalnym "Przeglądzie Sportowym": "Na
wyróżnienie zasługuje piętnastoletni, świetnie zapowiadający się Dygat".
Pierwszy spektakularny sukces. Poczucie dumy. Udało się. Świadomość:
"Zaistniałem". Żaden artykuł, będzie z dystansu czasowego utwierdzał
czytelników, nie sprawi mu już takiej radości95.
Zwycięstwa i sukcesy - czyste. Nie za wszelką cenę, broń Boże okupione
kosztem czy krzywdą innych. Pewnego dnia bierze udział w zawodach
międzyszkolnych z chłopcem słabszym fizycznie, o rok młodszym, "malutkim
i bardzo brzydkim". I jak napisze, "robił z nim, co chciał". Kolega,
niezwykle ambitny, miota się, walczy zawzięcie, ale od początku jest na
straconej pozycji. Ta gra nie sprawia mu przyjemności. Z każdą chwilą
robi się coraz bardziej przykro i głupio. Empatycznie pożałuje "rywala".
Przeciwnik, pomimo lwiej zaciętości, nie ma warunków i talentu, by stać
się mistrzem Wimbledonu. Dlatego kolega Dygat łaskawie pozwoli mu
wygrać:
Zawsze i w każdych okolicznościach stawałem po stronie słabszych przeciw
silniejszym. Ale tu było coś zupełnie wyjątkowego i poczułem się, że
zaczynam być po jego stronie przeciw sobie samemu. Z uczuciem antypatii
dla siebie samego wpakowałem sobie dwie piłki tenisowe w siatkę96.
Sukcesy sportowe nie idą w parze z edukacyjnymi. W szkole nie promuje
się leniuchów, nawet najinteligentniejszych. Zawsze wyprzedzą ich
prymusi, którzy będą na czele peletonu. Pierwsi w szeregu. Oni są karni.
Aby nie stracić wysokiej pozycji, nie ośmielą się nigdy podważać racji i argumentów dorosłych: nauczycieli czy rodziców. Jeśli na jakiekolwiek
myśli czy wnioski kiedykolwiek się odważą. Transakcja wiązana, ponieważ
dorośli w nagrodę za spolegliwość: "Chwalą i popierają pracowitych
uczniów, owych prymusów, którzy zwalczywszy w sobie wszelką inklinację
do lenistwa, zwalczyli inklinację do myślenia i wyrośli na tępych i ograniczonych wyrobników, w swojej pracowitości równie zachłannych i złowieszczych jak jałowych"97.
A po reminiscencjach ze szkolnej ławy felietonowy przeskok w czasie do
współczesności i stwierdzenie, że podobnie szkodliwe lenistwo
rozpanoszyło się wśród krytyków teatralnych czy filmowych promujących
kulturalną "sieczkę". I może robią to zupełnie nieświadomi krzywd, jakie
wyrządzają, bo nie potrafią inaczej. W czasach szkolnych byli mało
myślącymi prymusami. Finalnymi produktami edukacyjnej sztampy: "Jest
inteligentny i dobrze ułożony, nie wyróżnia się niczym"98. Jeśli
"przed laty nie dokonałeś wszystkich warunków szkolnych - niepoprawnie
poruszasz się w dorosłości". Ale szkoła, jeśli nie było się w niej
prymusem, a drugoroczniakiem, może po latach przybrać kształt
traumatycznych reminiscencji, koszmaru sennego: "z polskiego wyleciałem
za drzwi, z niemieckiego mam ciężką pracę wakacyjną, z historii trzeba
zdawać poprawkę, a z arytmetyki uzyskane wyliczenia zrobiłem fałszywie,
muszę je zacząć od nowa"99. W szkole, do której uczęszcza, co
zrozumiałe po latach zaborów oraz państwowego nieistnienia, po
korytarzach oraz salach lekcyjnych przechadza się narodowa sztampa:
romantyzm, kult wieszczów, wajdelotów, patos, a z kątów pobrzmiewa
szczególnie niemiły "bogoojczyźniany frazes".
W noweli filmowej Nauczycielka - piątej, integralnej części
Spóźnionych przechodniów w reżyserii Jan Rybkowskiego z 1962 roku -
obrazek z pokoju nauczycielskiego. Młoda polonistka Zofia Kwiecińska
(Alina Janowska) wysłuchuje reprymendy dyrektora placówki:
Droga Pani Zofio, proszę się nie gniewać na mnie, ale muszę zwrócić pani
uwagę, że wykłady o Szekspirze, które prowadzi pani w 11. klasie, nie za
bardzo przebiegają według zasad programu szkolnego. [...] Nie wydaje mi
się, że jest to najlepszy sposób przekazywania wiedzy o Szekspirze. Pani
interesujące rozważania o Romeo i Julii nadają się do "Przeglądu
Kulturalnego" czy "Nowej Kultury", ale nie sądzę, że nadają się dla
młodzieży stojącej u progu matury.
Zofia (nie patrząc na dyrektora): "Ja myślę, że młodzieży należy
przekazywać prawdę"100.
Od dzieciństwa wpajano mu, podobnie jak w innych tradycyjnych domach, że
dorośli mają rację i chociażby z racji wieku zasługują na szacunek. A jeżeli, nie daj Bóg, okażą się pospolitymi szalbierzami czy kretynami?
To lepiej zawczasu pozbyć się nadmiaru szacunku oraz atencji. Staś
odczuwa podświadomą niechęć do szablonów i schematów. Drażnią go
egzaltowane ciotki, napuszeni wujowie, spotkania towarzyskie, herbatki,
a obyczajowe konwenanse, rytualność gestów, przewidywalność - porażają
nudą.
Brak promocji do klasy - kolejne niepowodzenie. Lęk przed reakcją
rodziców, zwłaszcza ojca, okazuje się powodem do posunięć radykalnych:
ucieczki z domu. Młody i zbuntowany Dygat, lat około siedemnastu,
dociera do Gdyni, zaciąga się na statek odbywający rejsy po Bałtyku.
Swobodą i bezkresem morza nie cieszy się długo. Po odbyciu krótkiej
podróży, nauczeniu się żywiołowego tańca matelotu, krótkotrwałej
przyjaźni z marynarzami, zostaje odnaleziony przez ojca i przywieziony
do Warszawy.
Po latach buntowniczy epizod nazwie najszczęśliwszym okresem w życiu.
Ale szczęśliwymi określał także inne momenty w biografii, toteż trudno
dociec, które z nich w rzeczywistości uznawał za najszczęśliwsze.
W dzieciństwie i latach młodzieńczych - mówi słowami bohatera Pacific
Panam Palisades - rodzina uważała mnie za kretyna, z którego nic nie
wyrośnie. Prawdę mówiąc, trudno mi mieć do nich o to żal, ponieważ
dawałem wiele powodów do tego, by mieli prawo do takiego mniemania.
[...] zmuszono mnie, bym wierzył, że starsi zawsze mają rację101.
A potem w uroczy, niemal wiarygodny sposób usiłuje przekonać
czytelników, że zaczęła mu odpowiadać rola kretyna i czuł się w niej
coraz lepiej. Wychowywanie "w pokorze i poczuciu własnej nicości",
przemieszane z "marzeniami o najwyższych trofeach losu" wytworzy "dziwny
i nie najlepszy w smaku melanż":
Rodzina uznała mnie za nieudańca. Na domiar złego ciągle słyszałem tego
rodzaju upomnienia: "Pamiętaj, że jesteś zawsze do końca". "Wbij sobie w głowę, że jesteś gorszy od innych". "Bądź pokorny". "Pamiętaj, że tobie
nic się nie należy, i niczego się nie domagaj". Mnożyć w nieskończoność
takie i podobne maksymy. Wiem, że moi rodzice chcieli dobrze, i nie mam
do nich żalu. Więcej. Kto wie, czy w pewien sposób nie czuję dla nich
nawet wdzięczności za to, że nie wychowali mnie na podbijającego,
bij-zabij osła, dla którego uśmiech triumfu jest w każdej sytuacji
grymasem twarzy102.
Ora et labora. W Rakowicach
Po naradzie rodzinnej postanowiono, że Stasiowi potrzeba nie tylko
spójnego systemu wartości, ale też zakazów i rygorów. Takie zasady
gwarantowało jedno miejsce: konwikt pijarów w Rakowicach nieopodal
Krakowa, placówka stworzona dla młodzieży nie tyle trudnej, co
niesfornej. Oddalenie od domowych pieleszy i swawolnych kolegów. Zero
atrakcji oraz kuszących afiszy kinowych z pięknymi aktorkami. Surowa
dyscyplina. Asceza. Ora et labora. Skoro zakonna edukacja przed laty w dalekiej Francji sprawdziła się w przypadku ojca i stryja Stanisława, to
i Stasiowi pomoże.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki