Dwuznaczna podróż - Bodont Bekadami

-
Proszę czekać

MEKSYK

Lecąc samolotem gonimy słońce i nadrabiamy zegarowy czas. Wylatujemy z Europy w południe a wieczorem tego samego dnia będziemy już w Ciudad de Mexico. To oszustwo powoduje, że czas stoi w miejscu i godziny lotu dłużą się jeszcze bardziej. Znużeni podróżni wstają ze swych miejsc, stoją oparci o fotele.

- Samolot tak szybko pędzi a czas płynie tak powoli, odezwał się do mnie niespodziewanie sąsiad pod koniec podróży.

- Ale i tak za szybko aby się przygotować na spotkanie z tak wielkim krajem. Wykorzystać ten wyjątkowy stan zawieszenia, tak daleki od ziemskich spraw dla uporządkowania myśli w nowym kierunku, odpowiedziałem dla podtrzymania rozmowy.

- Za czasów naszej młodości płynęło się statkiem przez kilka dni, było dość czasu dla nawiązania przyjaźni, skorygowania swoich planów. A kiedy się powracało do kraju było dostatecznie dużo czasu aby uporządkować i spisać swe wrażenia. W miarę jak statek gubił się w przestrzeni oceanu, wspomnienia coraz zręczniej można było przykrawać do wyobrażeń przyjaciół oczekujących nas w porcie macierzystym. Jednym zdaniem pomijać wielodniową nudę postojów na redzie z widokiem na egzotyczne wybrzeże. I bez umiaru rozwodzić się o przygodach na lądzie kiedy statek w końcu przybił do nadbrzeża na pół dnia i powstała wreszcie możliwość pośpiesznej jazdy do odległego centrum aby tam te kilka cennych godzin spędzić w gościnie u poleconych nam w kraju rodaków.

- I można było przewieźć bagażu i ze sto kilogramów, opłacało się przywozić do kraju nawet gliniane misy.

- Znam morze, byłem marynarzem, ciągnął mój rozmówca. Pływanie po morzu na wielkim statku jest nudne i niewygodne. Siedzi się jak na wyniosłej skale z której nie można sięgnąć fal, jada się monotonne pożywienie jak na wyspie bezludnej. Mniej wytrzymałe jednostki bardzo źle znoszą taką podróż, zwłaszcza kiedy trafi się sztormowa pogoda. Ale myślę, że pan by taką podróż wytrzymał, aby za wszelką cenę znaleźć się na nowym kontynencie, dodał patrząc na mnie badawczo. I pańska żona również. Bo przecież państwo nie przybywacie tu tylko dla turystycznych ciekawostek i wylegiwania się na plaży. Chcecie te kraje poznać głębiej, jesteście ciekawi podskórnego, prawdziwego życia. A do tego bardzo wam się przyda możliwość korzystania z pomocy osób życzliwych.

Kiedy będziecie w Meksyku nie możecie pominąć Vera Cruz. Tam przecież wylądowali pierwsi Hiszpanie, tam jest nadal najprawdziwsza kolonialna atmosfera. Wyrastałem w tym wielkim porcie, mam tam wielu przyjaciół którzy wam mogą być pomocni w ułatwieniu dalszej podróży. Pozostawię im wiadomość o waszym przyjeździe, tam otrzymacie wskazówki, jak skorzystać z ich pomocy w dalszej podróży.

- Najwięcej wskazówek jest u zegarmistrza, zaryzykowałem dowcip.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

- Tak właśnie, u zegarmistrza, skoro sobie pan tak życzy. W podcieniach na głównym placu miasta, na rogu po przekątnej od katedry ma on swój kiosk. On już was łatwo rozpozna, w końcu niewielu turystów wymienia u niego pasek do zegarka.

- Z góry dziękuję, jestem bardzo zobowiązany, powiedziałem do niczego się przecież nie zobowiązując.

Oparłem się wygodnie w fotelu, byłem z siebie dumny. Już w samolocie, w ciągu krótkiej zaledwie rozmowy jak wytrawnemu reporterowi udało mi się zyskać przyjaźń poważnego, kulturalnego, zapewne bardzo bogatego obywatela Meksyku skłonnego nam pomóc bezinteresownie.

Ogłoszono komunikat o podchodzeniu samolotu do lądowania.

- Dziękuję za mile spędzoną wspólną podróż, powiedziałem jeszcze raz na zakończenie.

- Szkoda, że już lądujemy, nie zdążyliśmy dłużej porozmawiać. W Meksyku nie macie czego się obawiać, wkrótce sami poznacie, jak ludzie są tu szczerzy, otwarci, życzliwi. Meksykanie to nie są nadęci ponuracy jak Europejczycy którzy stale noszą w sercu obawę aby nic nie uronić z tego co posiadają. Zobaczycie, jak bardzo wam się ten kraj spodoba, żywe dziedzictwo kultury starożytnych Indian, owe ciasto przetworzone przez Hiszpanów w nasz dzisiejszy chleb powszedni w kolonialnych czasach wicekrólestwa Meksyku.

Ogarniało mnie podniecenie, niepokój czy sprostam wyzwaniu jakie sobie sam rzuciłem, czy nie wpadniemy w manierę turystycznego awanturnictwa, czy będziemy zdolni do rozsądnego pokierowania swym postępowaniem, czy uda się nam szczęśliwie wykręcić z niebezpiecznych przygód bez większego szwanku?

Bo w takim kraju jak Meksyk należy oczekiwać przygód niezwykłych, godnych tego wielkiego narodu który rządzi się tradycją i honorem, w kraju wielkich historycznych wydarzeń.

Przecież Meksyk to uśpiony ale ciągle nie wygasły wulkan rewolucyjnego wrzenia. Kraj gdzie napór wielkich możliwości ciągle nie zrealizowanych wytwarza społeczne napięcia w skali jakiej nie można sobie wyobrazić w żadnym europejskim kraju.

Ale kiedy wszystko zaczęło się układać tak dobrze od samego początku strach przed nieznanym minął, uspokoiliśmy się i nabraliśmy wiary w siebie. Kiedy pierwsze odkrywające się karty pasowały do kart trzymanych przez nas w ręku teraz wystarczy dobierać je dalej tak samo starannie, kierując się intuicją i wyczuciem. Aby na koniec wszystko złożyło się w pewną wygraną.

Wśród rodaków

Samolot zatrzymuje się, kończy się opieka linii lotniczej, darmowe napoje, klimatyzacja i wygodne fotele. Jest północ. W Aeropuerto International Benito Juarez ustawiamy się w posuwającej się powoli gigantycznej kolejce do jednego z dziesięciu stoisk kontroli paszportowej.

Jakaś dziewczyna podchodzi do nas. Usłyszała jak rozmawiamy, ona także jest z naszego kraju, tu przyjechała do rodziców narzeczonego. Przedstawia nam sympatycznego młodzieńca o ciemnej karnacji i ciepłym uśmiechu.

I znów potwierdza się bezinteresowna życzliwość ludzi tego kontynentu, zwłaszcza dla przybyszów z tak podziwianej Europy. I solidarność naszych rodaków.

Narzeczeni chwilę rozmawiają szeptem, on oferuje swą pomoc, może nas podwieźć swoim samochodem. Napomykamy o dworcu autobusowym skąd chcemy się udać do Vera Cruz.

- Lepiej przenocować w mieście i jutro wczesnym rankiem wyruszyć dalej, szkoda tracić piękne widoki po drodze, radzi nam. Znam tani pensjonat gdzie prowadzą gościnne pokoje nieopodal dworca autobusowego, rano możecie przejść tam na piechotę. Jeśli wam będzie odpowiadało, to się tam zatrzymacie. A jeśli nie, to odwiozę was do hotelu.

Czytałem w przewodnikach, że taksówki są tu piekielnie drogie, taksówkarze oszukują klientów a nawet ich porywają dla okupu. Jest już późna pora a my przecież nie znamy tego trzydziestomilionowego miasta. Po za tym jesteśmy zmęczeni, odurzeni zaduchem hali, w której upale stoimy już od godziny. Przyjmujemy więc z wdzięcznością propozycję i od tej pory trzymamy się razem.

Urzędnik kontroli paszportowej patrzy na nas obojętnie, nie zadaje pytań ale gestem jakby wskazuje na nas kręcącym się obok osobnikom, którzy jakby skinęli głową.

Teraz odbieramy bagaże i wymieniamy pieniądze aby rozpocząć egzystencję na nowy rachunek. Udajmy się na wielopoziomowy parking i ruszamy.

Krążymy po mieście dobrą godzinę, zapuszczając się w coraz bardziej odległe dzielnice, wreszcie stajemy. Meksykanin wychodzi i z kimś rozmawia w pobliskim domu.

- Macie wszystko załatwione, możecie wysiadać.

Sięgamy po nasze bagaże.

- Dajmy mu za przejazd kilka peset, mówi żona.

Oczywiście, za życzliwość trzeba mu coś tam dać, przecież pomógł nam dźwigać bagaże na drugie piętro parkingu. Podaję mu banknot dziesięciopesetowy. On nawet nie wyciąga ręki w ciemnościach rozpoznając walor banknotu.

- Należy się trzysta peset, mówi patrząc na nas nieomal z obrzydzeniem, taksówkarz bierze za taki kurs pięćset.

- Ja nawet tyle nie mam, powiedziałem.

- Masz, masz, wymieniłeś na lotnisku sto dolarów. A jak nie masz to płać w dolarach, zażądał brutalnie wsiadając do samochodu i zamierzając odjechać z naszymi bagażami. Na nasze wołanie zatrzymał się po chwili, jednocześnie w ciemnym domu za wysokim ogrodzeniem zapaliły się światła, podeszło kilku ludzi. Kierowca wskazywał na mnie i coś gniewnie wykrzykiwał w tutejszym slangu, luźna dotąd grupka gapiów zwierała się, formowała w bandę napadową.

Wyjąłem żądaną sumę i podałem narzeczonej kierowcy milczącej do tej chwili, która w tym celu uchyliła szybę. On otworzył bagażnik, wystawił nasze plecaki na zakurzoną ulicę, usiadł za kierownicą i ruszył bez słowa, ona na pożegnanie wykrzyknęła w naszym języku "świnie". Podnieśliśmy bagaże kierując się do furtki, która przed nami się zatrzasnęła.

- Przyjechaliśmy na nocleg, chcemy skorzystać z pokojów gościnnych.

- Tu nie jest noclegownia dla przybłędów, to jest prywatna posiadłość, ktoś przez kraty gniewnie odburknął. Skąd mieliście nasz adres, dopytywał się coraz bardziej agresywnie, kto was tu nasłał?

- Przywiózł nas tu nasz znajomy do swego przyjaciela, rozmawiał przecież z wami.

- Cha, cha, cha, on powiedział, że to wyście mu dali ten adres. My go wcale nie znamy, sam nie wiedział jak stąd wydostać się do miasta.

Sytuacja stawała się nieprzyjemna, wydawało nam się, że padliśmy ofiarą jakiegoś nieporozumienia. Spojrzałem na zegarek, dochodziła pierwsza w nocy, robiło się niespodziewanie dla nas przenikliwie zimno. Wzięliśmy bagaże i powoli, ostrożnie, a potem prawie już biegiem zaczęliśmy się oddalać od tego miejsca w strachu że zostaniemy ograbieni w panujących ciemnościach. Szliśmy ulicą wzdłuż ślepych murów i szczelnie zamkniętych żaluzji zabezpieczonych przez sztaby, kłódki i łańcuchy. Marzyliśmy aby jak najszybciej opuścić to niebezpieczne miasto i wydostać się na zalane słońcem przestrzenie.

Na szczęście dostrzegliśmy jakieś światełka, jak się okazało od lampy ulicznej garkuchni we wnęce jakiegoś domu oferującej jeszcze o tej porze gorące dania.

Pytamy o hotel, oferują nam nocleg na piętrze. Wspinamy się po wąskich, stromych schodach do izby bez okien. Wnosimy rzeczy i kładziemy się na kocach na betonowych leżach. Rankiem widzimy, że nasz przytułek wysoko góruje nad niezmierzoną dzielnicą slumsów które jak ropiejący strup przykleiły się do stromego zbocza. Możemy teraz sami dotknąć wrzodów obolałej rzeczywistości.

- Gdzie jest stacja metra, pytamy. Chcemy jechać na dworzec autobusowy, dostać się do Vera Cruz.

- O, dworzec autobusowy Norte jest bardzo daleko, na drugim końcu miasta. Musicie wziąć taksówkę. Na tę górę nie wjeżdżają autobusy, metro omija te wzgórza.

Uczynnie zamawiają nam taksówkę, pomagają nam załadować bagaże i przyjaźnie machają na pożegnanie.

- Nie warto się z nimi tu zadawać, szkoda nerwów, mówi taksówkarz. Zaoszczędzi się na noclegu parę peset a ryzykuje się utratę wszystkiego. Od razu trzeba było jechać do porządnego hotelu koło dworca. Kosztowało by was to niewiele drożej a nie stracili byście tyle czasu.

Jedziemy przez całe prawie miasto, stając co chwilę w korkach. Ale jesteśmy zbyt zdenerwowani aby podziwiać reprezentacyjne budowle, koloryt ruchu ulicznego. Czy tym razem dojedziemy bezpiecznie, rzeczywiście na dworzec autobusowy Norte? Czy starczy mi pięćset peset które mi jeszcze pozostały na opłacenie taksówki? Przyjeżdżamy na miejsce, kierowca podjeżdża pod stanowisko z którego odjeżdża autobus do Vera Cruz i przenosi nasze bagaże do luku autobusu.

- Ile płacę, pytam.

- Czterdzieści peset, odpowiada nieco zażenowany, przecież jechaliśmy prawie na drugi kraniec miasta, dodaje usprawiedliwiająco.

Podaję banknot pięćdziesięciopesetowy a on zwraca mi resztę.

Vera Cruz

Vera Cruz wita nas piękną pogoda, jesteśmy już znowu w dobrym nastroju, szybko zapominamy o swej przygodzie pocieszając się, że zawsze na początku trzeba zapłacić frycowe.

Lokujemy się w hotelu i nazajutrz udajemy się do historycznego portu. Jakoś nam się nie śpieszy aby odnaleźć polecanego nam zegarmistrza, obawiamy się nowego podstępu. Ale i korci nas ciekawość.

Przemieszczamy się po placu niby to fotografując katedrę i z różnych pozycji przyglądamy się budce zegarmistrza która znajduje się tam, gdzie być powinna. W końcu podchodzimy i pytamy o pasek do zegarka. Zegarmistrz zagaduje nas, my niby mimochodem wspominamy o znajomym, poznanym w samolocie.

- Tak, dzwonił do mnie, zegarmistrz wychodzi z boksu, wita się z nami wylewnie, odnosi się do nas z wielkim szacunkiem. Zarekomendował was jako ludzi doświadczonych w wieloletniej walce z wojskową dyktaturą w waszym kraju, specjalistów teraz nam pilnie potrzebnych, wyjaśnia. Nasi ludzie mają zaopiekować się wami na polecenie tego towarzysza.

- Szkoda tylko, że wcześniej jego ludzie nie ustrzegli nas przed ordynarnym oszustwem zaraz na wstępie, opowiedziałem swą przygodę.

- Nie ustrzegli was bo to była też i taka próba prawdy, sprawdzenie czy nie jesteście powiązani z policją. I nikt was nie nabrał, to była po prostu danina jaką składają wszyscy turyści w najróżniejszej formie dla poparcia naszej sprawy.

- Czy nie można było tego od razu uczciwie powiedzieć?

- Nie można było. Wtajemniczeni sympatycy naszego ruchu wnoszą świadomie swój wkład a burżuje muszą płacić haracz, często nie wiedząc o tym wcale. Obwiniają potem rząd za brak bezpieczeństwa publicznego, co jest nam na rękę. Taka jest prawda. Ale skoro jesteście tacy drobiazgowi i drażliwi to możecie się wycofać, oddamy wam te pieniądze i podróżujcie sobie na własną rękę. Oby tylko nie przytrafiło się wam coś znacznie gorszego.

Przeprosiliśmy zegarmistrza szybko za ten nietakt.

- Jak zamierzacie dalej podróżować, zapytał nas nie urażony, nadal życzliwy.

- Nasza trasa przewiduje dotarcie do Oaxaca, dalej na wybrzeże Oceanu i powrót przez słynne Acapulco do Ciudad de Mexico. Taki plan pozostawiliśmy w domu dla ewentualnej możliwości odszukania nas w razie potrzeby. Ale może zatrzymamy się i w innych miejscach godnych uwagi.

- Nie ma potrzeby abyście mieli odbiegać od swojego schematu. Wędrujcie sobie zgodnie z waszym planem a nasi towarzysze was odnajdą sami w stosownej chwili. Gdy będziecie w stanie Chiapas gdzieś w pobliżu Tuxla Gutieres możecie zadzwonić pod ten numer a nasi towarzysze podjadą do was i pokażą wam tamtejsze dziwy przyrody, podał nam kartkę papieru. Podwiozą was za darmo, dodał odczytując nasze myśli.

Po kilku dniach aklimatyzacji na plażach zatoki meksykańskiej wyruszyliśmy dalej aby zwiedzać piramidy Palenque, wodospady Aqua Azul i indiańskie targi w Ocosingo. Na koniec zatrzymaliśmy się w San Cristobal de las Casas aby stąd udać się na wycieczkę do kanionu Sumidero.