Dwunastu gniewnych ludzi. Najgroźniejsi polscy gangsterzy. Część 1 - Przemysław Słowiński

Kup ebooka

46.90 zł
35.18 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Dzien­ni­ka­rze na­zy­wali ją ma­fią, przed­sta­wi­ciele or­ga­nów ści­ga­nia i wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści de­fi­nio­wali "za­le­d­wie" jako prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­waną. Można się spie­rać o na­zew­nic­two, ale jedno jest pewne: w la­tach 90. ubie­głego wieku zna­ko­mi­cie funk­cjo­nu­jące grupy gang­ster­skie za­gra­żały po­rząd­kowi praw­nemu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. Za­kłó­cały dzia­ła­nie pra­wie wszyst­kich in­sty­tu­cji spo­łecz­nych i były nie­bez­pieczne dla oby­wa­teli.

Gdy zor­ga­ni­zo­wana prze­moc i ko­rup­cja wdarły się już w Pol­sce w każdy kąt i w każdą sferę ży­cia spo­łecz­nego, dzien­ni­ka­rze ogło­sili wszem wo­bec, że oto na­ro­dziła się nad Wi­słą ro­dzima od­miana ma­fii. To oni na­zwali te grupy od nazw miast, w któ­rych pro­wa­dziły dzia­łal­ność: "Prusz­ków", "Wo­ło­min" czy "Otwock". Zwró­cili rów­nież uwagę na ist­nie­nie w Pol­sce tak zwa­nego ka­pi­ta­li­zmu po­li­tycz­nego - zja­wi­ska po­le­ga­ją­cego na łą­cze­niu ukła­dów wła­dzy ze świa­tem biz­nesu, co sprzyja prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej i daje nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści pro­wa­dze­nia in­te­re­sów na wielką skalę. Uprzy­wi­le­jo­wana po­zy­cja umoż­li­wia do­stęp do pre­fe­ren­cyj­nych kre­dy­tów, kon­ce­sji, li­cen­cji, taj­nych in­for­ma­cji go­spo­dar­czych i ban­ko­wych. Przed­sta­wi­ciele ka­pi­ta­li­zmu po­li­tycz­nego blo­ko­wali two­rze­nie prawa po­zba­wio­nego luk, po­zwa­la­ją­cego na zwal­cza­nie prze­stęp­czo­ści. Tak ro­dziły się po­li­tyczno-kry­mi­na­lne ko­losy fi­nan­sowe i "szara strefa", które w znacz­nym stop­niu zdo­mi­no­wały ży­cie go­spo­dar­cze na­szego kraju.

Gang­ste­rzy zmo­no­po­li­zo­wali prze­myt spi­ry­tusu, pa­pie­ro­sów i nar­ko­ty­ków, pro­wa­dzili nie­le­galne roz­lew­nie al­ko­holu i wy­twór­nie am­fe­ta­miny. Han­dlo­wali bro­nią, ra­bo­wali banki, kan­tory i kon­woje z go­tówką. Kra­dli sa­mo­chody oso­bowe, do­ko­ny­wali upro­wa­dzeń po­jaz­dów prze­wo­żą­cych war­to­ściowe to­wary oraz po­rwań dla okupu. Ścią­gali ha­ra­cze od kup­ców, re­stau­ra­to­rów, wła­ści­cieli agen­cji to­wa­rzy­skich, a na­wet zna­nych biz­nes­me­nów. Pro­wa­dzili roz­le­głe in­te­resy, co­raz czę­ściej in­we­stu­jąc pie­nią­dze w le­galną dzia­łal­ność go­spo­dar­czą: w nie­ru­cho­mo­ści, tu­ry­stykę, prze­mysł re­kre­acyjny czy roz­ryw­kowy. Spo­rym uzna­niem cie­szyło się za­kła­da­nie firm trans­por­to­wych, co w du­żym stop­niu uła­twiało prze­myt. Na­le­żąca do ma­fii firma Venta w Pa­bia­ni­cach (fi­gu­ru­jąca w do­ku­men­tach cel­nych jako kon­tra­hent fran­cu­skiej "Do­uzies Car­re­lage" - han­del wy­ro­bami ce­ra­micz­nymi), spro­wa­dzała na przy­kład przez przej­ście gra­niczne w Świecku spi­ry­tus za­miast ce­ra­miki. Kluby spor­towe słu­żyły zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści do pra­nia brud­nych pie­nię­dzy. Nie­ja­sne sys­temy ich fi­nan­so­wa­nia, mało przej­rzy­sty spo­sób roz­li­cza­nia do­cho­dów z me­czów, za­wie­ra­nia umów i prze­pro­wa­dza­nia trans­fe­rów umoż­li­wiały gang­ste­rom do­ko­ny­wa­nie mi­lio­no­wych nad­użyć.

W boks i ko­szy­kówkę in­we­sto­wał mię­dzy in­nymi osła­wiony "Per­shing" - An­drzej Ko­li­kow­ski. Agen­cje to­wa­rzy­skie oprócz tego, że przy­no­siły duże do­chody, po­zwa­lały le­ga­li­zo­wać lewe fak­tury. Sta­no­wiły rów­nież przy­krywkę dla han­dlu nar­ko­ty­kami i ży­wym to­wa­rem. Ma­fia kon­tro­lo­wała po­nad 80 pro­cent agen­cji to­wa­rzy­skich. Nad mo­rzem oraz na Ma­zu­rach na­le­żało do niej dzie­więć na dzie­sięć dys­ko­tek.

Gang­ste­rzy nie pła­cili po­dat­ków, a mimo to ma­fij­nych bos­sów ni­gdy nie spo­ty­kała żadna do­le­gli­wość ze strony kon­troli skar­bo­wej. Nikt nie py­tał ich o źró­dło po­cho­dze­nia pie­nię­dzy, za które wy­bu­do­wali luk­su­sowe wille i ku­pili ele­ganc­kie sa­mo­chody. Fi­skus wo­lał kie­ro­wać swoje za­in­te­re­so­wa­nie na chcące do­ro­bić so­bie do nędz­nej eme­ry­tury bab­cie, które sprze­da­wały oscypki pod dwor­cem.

Przez po­nad de­kadę pol­skie or­ga­ni­za­cje prze­stęp­cze ro­sły w siłę, bo­ga­ciły się, kra­dły, prze­my­cały, ra­bo­wały i mor­do­wały w po­czu­ciu nie­mal zu­peł­nej bez­kar­no­ści. Naj­gło­śniejsi gang­ste­rzy, na­wet je­śli tra­fiali za kratki, to na krótko. Opła­cali usługi naj­lep­szych ad­wo­ka­tów, któ­rzy spryt­nie wy­ko­rzy­stu­jąc wszel­kie luki, furtki i nie­do­sko­na­ło­ści w pra­wie, wy­cią­gali ich na wol­ność. Za­stra­szali świad­ków, prze­ku­py­wali sę­dziów. Sko­rum­po­wani ofi­ce­ro­wie po­li­cji do­star­czali kry­mi­nal­nym gru­pom in­for­ma­cji o pla­no­wa­nych ak­cjach i aresz­to­wa­niach. Pro­tek­to­rzy ze sfer biz­nesu uła­twiali pra­nie brud­nych zy­sków w ban­kach, ka­sy­nach i le­gal­nych przed­się­bior­stwach.

Duża część prasy biła na alarm. Po­dob­nie po­li­cjanci (ci nie­sko­rum­po­wani oczy­wi­ście), a także wielu in­nych świa­tłych oby­wa­teli. Po­li­tycy upie­rali się, że w Pol­sce żad­nej ma­fii nie ma. Ro­zu­mieli przez to, iż dzia­ła­jące or­ga­ni­za­cje prze­stęp­cze nie są w ża­den spo­sób po­wią­zane z ist­nie­ją­cym apa­ra­tem wła­dzy i ad­mi­ni­stra­cji. Nie są, bo tego nie udo­wod­niono. To tak jak z ko­rup­cją. Bar­dzo trudno ją udo­wod­nić, więc ofi­cjal­nie nie ist­nieje. A że każde dziecko w tym kraju wie, że w łapę biorą wszy­scy, od babci klo­ze­to­wej po mi­ni­strów... Cóż, nie od dzi­siaj po­wszech­nie wia­domo, że dla po­li­ty­ków ist­nieją dwie wer­sje rze­czy­wi­sto­ści: fak­tyczna (obiek­tywna) i usta­lona, przy czym ta druga jest nie­po­rów­na­nie waż­niej­sza niż pierw­sza. Z punktu wi­dze­nia in­te­re­sów rzą­dzą­cych jest to po­gląd bar­dzo słuszny. Z punktu wi­dze­nia rzą­dzo­nych już znacz­nie mniej, ale kogo in­te­re­sują rzą­dzeni. Wy­bory od­by­wają się prze­cież tylko raz na cztery lata. Trudno wy­ma­gać od po­li­tyka, aby co chwila od­ry­wał się od biurka i oglą­dał rze­czy­wi­stość.

Poza tym po­li­tycy nie zno­szą, kiedy mąci się wy­zna­wany przez nich przej­rzy­sty ob­raz świata. Nie cier­pią stra­sze­nia ich spi­skami czy ma­fiami. Wolą po pro­stu ode­pchnąć od sie­bie złe wie­ści. Hi­sto­ria do­brze zna tego ro­dzaju po­stawy. Nie tak dawno jesz­cze prze­cież za­my­kano uszy przed tymi, któ­rzy do­no­sili o obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, nie wie­rzono w ho­lo­caust, w Gu­łag ani w głód na Ukra­inie.

To zresztą za­le­d­wie kilka lat temu sami po­li­tycy two­rzyli tu kli­mat sprzy­ja­jący zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści, im­por­tu­jąc do Pol­ski na po­tęgę spi­ry­tus Royal. Spi­ry­tus pły­nął do Pol­ski już za Ra­kow­skiego, ale w cza­sach Bal­ce­ro­wi­cza stru­my­czek za­mie­nił się w rzekę. Spro­wa­dza­niem tego al­ko­holu zaj­mo­wali się lu­dzie z pierw­szych stron ów­cze­snych ga­zet, z ław sej­mo­wych i rady mi­ni­strów, po­przez two­rze­nie od­po­wied­niego prawa dba­jąc jed­no­cze­śnie, by za­bawa była le­galna i opła­calna. To wła­śnie na tym nie­miec­kim i ho­len­der­skim spi­ry­tu­sie zro­bili swoje ol­brzy­mie ma­jątki. Z pie­nię­dzy za­ro­bio­nych na Roy­alu wy­ro­sły for­tuny póź­niej­szych wiel­kich gwiazd pol­skiego biz­nesu.

In­te­res wy­my­ślili chłopcy ze służb spe­cjal­nych. Kiedy Ja­ru­zel­ski od­gra­żał się jesz­cze, że bę­dzie bro­nił ko­mu­ni­zmu jak nie­pod­le­gło­ści, oni już wę­szyli, jak by tu tę nie­pod­le­głość naj­ko­rzyst­niej sprze­dać no­wym kup­com, i szy­ko­wali się do za­miany ko­mi­te­tów par­tyj­nych na banki. Do­prawdy trudno zro­zu­mieć, jak pań­stwo, któ­rego po­łowa bu­dżetu po­cho­dziła z wód­cza­nego mo­no­polu, mo­gło zro­bić taką głu­potę. Je­dy­nym wy­tłu­ma­cze­niem jest to, że lu­dzie od­po­wie­dzialni za to pań­stwo my­śleli tylko, jak wy­pchać wła­sne kie­sze­nie.

Wszy­scy ci lu­dzie są do dzi­siaj bez­karni. Cho­ciaż wła­ści­wie nie, to nie­prawda. Jed­nego z nich sąd ska­zał na utratę od­zna­cze­nia pań­stwo­wego. Nie trzeba tu­taj wy­mie­niać na­zwi­ska tego naj­do­tkli­wiej spo­nie­wie­ra­nego, bo swego czasu o tym wy­roku nie­za­wi­słego sądu roz­pi­sy­wała się prasa. Po utra­cie me­dalu fa­cet ciężko się roz­cho­ro­wał i do­tąd bar­dzo nie­do­maga. Kil­ka­na­ście lat temu dzien­ni­ka­rze spo­tkali go le­czą­cego sko­ła­tane nerwy na jed­nej z raj­skich wysp. Za­py­tali go na­wet, w jaki spo­sób tak chory czło­wiek zdo­łał tam do­je­chać, a do sądu, w któ­rym to­czyła się ko­lejna z jego spraw, ni­jak nie mógł do­trzeć.

For­mu­ło­wane przez lata po­stu­laty za­ostrze­nia walki z prze­stęp­czo­ścią na­po­ty­kały nie­moż­liwy do prze­ła­ma­nia opór. Dzia­łał tu - i działa zresztą do dziś bar­dzo sku­tecz­nie - praw­dziwy front obrony prze­stęp­ców, utwo­rzony przez wielu par­la­men­ta­rzy­stów, praw­ni­ków i dzien­ni­ka­rzy prze­ciw­sta­wia­ją­cych się za­cie­kle wszel­kim pró­bom zmiany, to zna­czy po­gor­sze­nia sy­tu­acji prze­stęp­ców, a po­lep­sze­nia ich ofiar.

Kto z nas nie sły­szał po­wta­rza­nego do znu­dze­nia ar­gu­mentu, iż "ba­da­nia na­ukowe do­wo­dzą nie­zbi­cie, że to nie wy­so­kość kary, ale jej nie­uchron­ność od­stra­sza od po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa". Dla frontu obrony prze­stęp­ców re­alia nie mają żad­nego zna­cze­nia - (Nowe Pań­stwo - luty 2003): "Wy­niki wie­lo­let­nich ba­dań pro­wa­dzo­nych w USA przez ze­spół kry­mi­no­lo­gów pod kie­row­nic­twem pro­fe­sora Er­ne­sta van den Ha­aga po­twier­dzają to, co pod­po­wiada zdrowy roz­są­dek: za każ­dym ra­zem, gdy ma­leje ry­zyko po­nie­sie­nia kary i jej su­ro­wość - prze­stęp­czość wzra­sta".

A poza tym może naj­pierw niech bę­dzie ta nie­uchron­ność, a po­tem ob­ni­żajmy wy­so­kość. Na pewno same wy­so­kie kary nie za­ła­twią pro­blemu prze­stęp­czo­ści w Pol­sce, tylko ja oso­bi­ście wolę, aby opi­sy­wane ni­żej in­dy­wi­dua zni­kły za krat­kami na lat dwa­dzie­ścia niż na dwa lata. A Wy, dro­dzy Czy­tel­nicy?

"Kto nie za­po­biega złemu, cho­ciaż może to uczy­nić - rze­cze Tal­mud (Ta­enit 5) - uwa­żany bę­dzie za tego, kto sam to zło po­peł­nił".

Wir­tuoz prze­krętu

Bo­gu­sław Bag­sik (1963-)

Jest je­den spo­sób na spraw­dze­nie, czy czło­wiek jest uczciwy

- za­py­tać go o to. Je­żeli po­wie, że tak, to na pewno jest oszu­stem.

Gau­cho Marx

W jaki spo­sób młody mu­zyk, który pod ko­niec lat 80. był tylko sza­rym czło­wie­kiem z pro­win­cjo­nal­nej Pol­ski, wdra­pał się na szczyt świa­to­wej fi­nan­sjery? W jaki spo­sób za­skar­bił so­bie przy­jaźń po­li­ty­ków peł­nią­cych naj­waż­niej­sze funk­cje w pań­stwie? W jaki spo­sób nie­wielka spółka z Cie­szyna w ciągu za­le­d­wie pół­tora roku stała się po­tęż­nym hol­din­giem kon­tro­lu­ją­cym kil­ka­set firm? Przed­się­bior­stwem ob­ra­ca­ją­cym mi­liar­dami do­la­rów, ro­bią­cym in­te­resy prak­tycz­nie na ca­łym świe­cie, za­an­ga­żo­wa­nym w stra­te­giczne przed­się­wzię­cia zwią­zane z ryn­kiem pa­li­wo­wym i han­dlem bro­nią? Przed­się­wzię­cia, które - jak stwier­dził póź­niej Urząd Ochrony Pań­stwa - za­gro­ziły bez­pie­czeń­stwu kraju.

Kiedy roz­pę­tała się afera Art-B, wy­su­wano naj­roz­ma­it­sze hi­po­tezy: współ­praca z ma­fią, Mo­sa­dem, KGB. Po­ja­wił się też tak zwany wą­tek cy­gań­ski, ale i ta droga - po­dob­nie jak wszyst­kie inne - wio­dła na ma­nowce. Po­niż­sza opo­wieść z pew­no­ścią nie wy­ja­śni za­gadki jed­nej z naj­więk­szych afer go­spo­dar­czych Pol­ski po­czątku lat 90. ubie­głego wieku, ale nie­wąt­pli­wie przy­bliży czy­tel­ni­kowi jej ku­lisy, bio­rące w niej udział po­staci i prze­bieg zda­rzeń, a tym sa­mym po­zwoli na peł­niej­sze zro­zu­mie­nie tego, co tak na­prawdę zda­rzyło się pew­nego dnia w spo­koj­nym Cie­szy­nie.

***

Bo­gu­sław Bag­sik przy­szedł na świat 8 kwiet­nia 1963 roku w By­to­miu, w ro­dzi­nie ży­dow­skiej. Ad­op­to­wany na­stęp­nie przez ro­dzinę pro­te­stancką, dzie­ciń­stwo spę­dził w Za­brzu-Ro­kit­nicy, gdzie ukoń­czył szkołę pod­sta­wową (nr 30 na He­lence) i śred­nią (IV LO im. Mi­ko­łaja Reja). Kształ­cił się także w Pań­stwo­wej Szkole Mu­zycz­nej im. Sta­ni­sława Mo­niuszki pierw­szego i dru­giego stop­nia, w kla­sie for­te­pianu.

Po ma­tu­rze wy­je­chał z Za­brza i za­miesz­kał naj­pierw w gmi­nie Go­le­szów, a na­stęp­nie w Cie­szy­nie. Tam oże­nił się z Mag­da­leną Ka­mie­niarz, z za­wodu kraw­cową, z którą z cza­sem spło­dził czte­rech do­rod­nych sy­nów: Be­nia­mina, Sa­mu­ela, Szy­mona i Marka. Kształ­cił się da­lej w Stu­dium Na­uczy­ciel­skim oraz Aka­de­mii Mu­zycz­nej w Ka­to­wi­cach, jed­nak stu­diów wyż­szych w nie ukoń­czył.

Pra­co­wał jako stro­iciel for­te­pia­nów, póź­niej był na­uczy­cie­lem, po­moc­ni­kiem na bu­do­wach ko­ścio­łów i or­ga­ni­stą w kilku pa­ra­fiach, by osta­tecz­nie zo­stać akwi­zy­to­rem w fir­mie Jur-Gast w Wi­śle, gdzie szybko awan­so­wał na peł­no­moc­nika za­rządu spółki.

Bę­dąc stro­icie­lem for­te­pia­nów (za­trud­nio­nym w cie­szyń­skiej Spół­dzielni Pracy In­stru­men­tów Mu­zycz­nych "Ton"), za­sły­nął wy­sta­wia­niem le­wych ra­chun­ków, dzięki czemu do jego kie­szeni tra­fiło pra­wie dzie­więć­dzie­siąt trzy ty­siące zło­tych (w 1988 roku prze­ciętna pen­sja wy­no­siła ok. 20-30 tys. zł mie­sięcz­nie). Brał rów­nież in­stru­menty do sprze­daży ko­mi­so­wej (ofi­cjal­nie za po­śred­nic­twem spół­dzielni), upłyn­niał je na­to­miast cał­ko­wi­cie pry­wat­nie. Efek­tem tych prak­tyk był wy­rok są­dowy z paź­dzier­nika 1988 roku - rok po­zba­wie­nia wol­no­ści z za­wie­sze­niem na dwa lata oraz sie­dem­dzie­siąt ty­sięcy zło­tych grzywny.

Nie­któ­rzy dzien­ni­ka­rze lan­so­wali po­tem upar­cie teo­rię, że za­an­ga­żo­wany w zie­lo­no­świąt­kowy ruch mi­syjny Bag­sik zo­stał w całą tę hi­sto­rię o le­wych ra­chun­kach wro­biony przez Służbę Bez­pie­czeń­stwa. Po­noć nie zgo­dził się do­no­sić o tym, co się dzieje w jego zbo­rze, czym na­ra­ził się na ze­mstę. Cóż, nie­któ­rzy wi­dać wie­rzą, że im mniej sen­sowna bajka, tym cie­kaw­sza. Praw­dziwa hi­sto­ria Bo­gu­sława Bag­sika i jego Art-B jest jed­nak znacz­nie bar­dziej in­te­re­su­jąca niż le­genda.

Spółka z o. o. Art-B (skrót od Ar­ty­ści Biz­nesu), zo­stała za­re­je­stro­wana 4 maja 1989 roku w Cie­szy­nie, a jej ka­pi­tał za­kła­dowy wy­no­sił sto ty­sięcy zło­tych, co sta­no­wiło w opi­sy­wa­nym cza­sie rów­no­war­tość pięt­na­stu ów­cze­snych do­la­rów. I tyle można po­wie­dzieć o Art-B z cał­ko­witą pew­no­ścią. Reszta to już gąszcz nie­do­mó­wień, spe­ku­la­cji i fan­ta­sma­go­rii pra­so­wych, sprzecz­nych ra­cji praw­ni­ków oraz dez­in­for­ma­cji - świa­do­mie lub nie - roz­po­wszech­nia­nych przez jej wła­ści­cieli.

Udzia­łow­cami spółki byli po­cząt­kowo: Fran­ci­szek Ju­ra­szek (szef firmy "Jur­gast" - były już pra­co­dawca Bag­sika, wła­ści­ciel rzeźni, ho­telu i dys­ko­teki), jego żona - Ja­nina Fi­lak oraz me­ce­nas Je­rzy Pa­giełło (obrońca Bag­sika w wy­żej wspo­mnia­nym pro­ce­sie kar­nym). Po­tem do grona udzia­łow­ców do­łą­czyli Jan Ki­wit (były pra­cow­nik mi­ni­ster­stwa ko­mu­ni­ka­cji) oraz Ma­rek Do­liń­ski - syn wójta Cy­ga­nów z Ka­li­sza. Ten mu­zyczno-cy­gań­ski kon­takt za­owo­co­wał wkrótce wy­ge­ne­ro­wa­nym wspól­nie z Pio­trem Prońko (bra­tem Kry­styny) po­my­słem fe­sti­walu mu­zyki rom­skiej w Go­rzo­wie, który po­noć przy­niósł Art-B pierw­sze duże pie­nią­dze. Do­piero na końcu w skład spółki wszedł An­drzej Gą­sio­row­ski, le­karz la­ryn­go­log z Wał­brzy­cha. Z Bag­si­kiem po­łą­czyło ich wspólne mu­zy­ko­wa­nie i za­mi­ło­wa­nie do jazzu.

***

Pierw­sze in­te­resy han­dlowe Art-B wpi­sane były w lo­kalny ko­lo­ryt racz­ku­ją­cego w Pol­sce ka­pi­ta­li­zmu. Na każ­dym kur­sie po kawę, cze­ko­ladę czy cy­trusy do Ber­lina Za­chod­niego za­ra­biało się sto pro­cent. Na al­ko­holu, elek­tro­nice, pa­pie­ro­sach i sa­mo­cho­dach jesz­cze wię­cej. Ta­jem­nicą po­li­szy­nela jest, że wiele firm eks­por­to­wych w Ber­li­nie i Wied­niu, w któ­rych za­opa­try­wali się Po­lacy, na­le­żało do lu­dzi zwią­za­nych ze służ­bami spe­cjal­nymi daw­nej PRL...

Ber­lin Za­chodni sta­wał się po­woli pol­skim mia­stem. Cały Char­lot­ten­burg, w oko­li­cach dworca ZOO i Ku­damu, za­roił się od pol­skich pio­nie­rów biz­nesu, któ­rzy ku­po­wali, ku­po­wali i ku­po­wali. To my, Po­lacy, pra­co­wa­li­śmy pod ko­niec lat 80. na po­tęgę dzi­siej­szej sto­licy zjed­no­czo­nych Nie­miec, li­kwi­du­jąc osta­tecz­nie pro­blem tak zwa­nej nad­pro­duk­cji, da­jąc za­trud­nie­nie dzie­siąt­kom ty­sięcy tu­byl­ców i zo­sta­wia­jąc w tam­tej­szych skle­pach mi­liony ma­rek.

"Do­sta­łem za­mó­wie­nie od pew­nego przed­się­bior­stwa na za­kup sprzętu elek­tro­nicz­nego" - wspo­mina po­czątki swo­jej dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej sam Bo­gu­sław Bag­sik. "O ósmej wsze­dłem do za­kładu i ode­bra­łem za­liczkę, pięć­dzie­siąt pro­cent war­to­ści za­mó­wie­nia. Za­mie­ni­łem zło­tówki na do­lary. Po­je­cha­łem do War­szawy, ku­pi­łem sprzęt za do­lary. O po­łowę ta­niej niż za zło­tówki. O szes­na­stej by­łem już z po­wro­tem w za­kła­dzie. Zda­łem sprzęt i do­sta­łem drugą po­łowę. W ciągu jed­nego dnia za­ro­bi­łem dwa­dzie­ścia cztery ty­siące do­la­rów. Po­tem na­uczy­łem się, że rów­nie trudno, czy rów­nie ła­two, za­ro­bić ty­siąc do­la­rów jak mi­lion".

Na py­ta­nie, skąd wziął się ka­pi­tał Art-B, pre­zes od­po­wie­dział kie­dyś:

"Ja za­czy­na­łem z tymi dwu­dzie­stoma czte­rema ty­sią­cami do­la­rów. A po­tem był już snow ball - za­sada kuli śnież­nej. Trans­for­ma­cja ka­pi­tału z przy­szło­ści do te­raź­niej­szo­ści".

Za­sadę tę wy­ja­śnił póź­niej w kilku zda­niach:

"To pro­ste, je­śli mam dzie­sięć zło­tych i złożę je do banku na rok na sto pro­cent, po roku będę miał dwa­dzie­ścia zło­tych. Idę do banku i mó­wię: chciał­bym so­bie ku­pić te­le­wi­zor za dwa­dzie­ścia zło­tych. Otwórz­cie mi akre­dy­tywę na te dwa­dzie­ścia zło­tych. "Ależ pro­szę pana, pan bę­dzie miał te dwa­dzie­ścia zło­tych do­piero za rok". Tak, ale za te­le­wi­zor też mu­szę za­pła­cić do­piero za rok. Je­śli ja nie za­płacę, to za­płaci bank, ale z mo­ich pie­nię­dzy. Je­stem z ban­kiem fair? Je­stem. Mam ten te­le­wi­zor już po mie­siącu. Mogę go sprze­dać, na­wet je­śli nie za­ro­bię na tym sto pro­cent, tylko pięć­dzie­siąt, bo prze­cież prze­nio­słem zysk z przy­szło­ści w te­raź­niej­szość. Tego typu ope­ra­cji można zro­bić mnó­stwo. Przy dzie­się­ciu zło­tych mam dwa­dzie­ścia, przy dzie­się­ciu mi­lio­nach - dwa­dzie­ścia mi­lio­nów. A przy mi­liar­dach mogę już za­cząć praw­dziwy in­te­res".

U pod­staw pierw­szych suk­ce­sów fi­nan­so­wych Art-B le­gło roz­po­rzą­dze­nie któ­re­goś z mi­ni­strów unie­moż­li­wia­jące przed­się­bior­stwom pań­stwo­wym za­kup de­wiz, za które można było na­być w ist­nie­ją­cych sie­ciach skle­pów Pe­wex i Bal­tona po­szu­ki­wane na rynku te­le­wi­zory, ma­gne­to­widy oraz inne ar­ty­kuły nie­do­stępne w nor­mal­nej sprze­daży. Za sku­pione na czar­nym rynku do­lary Bag­sik ku­po­wał więc w tych skle­pach owe te­le­wi­zory i ma­gne­to­widy, a na­stęp­nie od pod­sta­wio­nych osób pry­wat­nych z kręgu ro­dziny i przy­ja­ciół na­by­wał je jako Spółka Art-B. (Wiały już inne wia­try, ale ogra­ni­czo­ność więk­szo­ści po­li­ty­ków cią­gle była bez­gra­niczna. Tak zresztą zo­stało do dziś).

Na­stęp­nie wy­sta­wiał sto­sowną fak­turę i od­sprze­da­wał to­war za zło­tówki jed­nost­kom pań­stwo­wym, tyle że za cenę dwu­krot­nie wyż­szą. Nie pa­mię­tam już na­zwi­ska dur­nia, który za­bro­nił pań­stwo­wym fir­mom ku­po­wać te­le­wi­zory ta­niej, nie­mniej jed­nak Bo­gu­sław Bag­sik był mu za tę de­cy­zję głę­boko wdzięczny, bo zy­ski z opi­sy­wa­nej dzia­łal­no­ści były na­prawdę go­dziwe.

Ko­lej­nym kro­kiem mi­lo­wym w roz­woju spółki stał się po­mysł za­opa­try­wa­nia w wy­żej wy­mie­niony sprzęt Pań­stwo­wych Do­mów To­wa­ro­wych, roz­sia­nych wtedy jesz­cze gę­sto po ca­łym pięk­nym kraju. Ku­piony za de­wizy sprzęt był od­sprze­da­wany za zło­tówki pań­stwo­wym pla­ców­kom z ol­brzy­mią marżą i oczy­wi­ście ze względu na nie­bo­tyczne ceny (PDT do­kła­dał prze­cież jesz­cze swoje), był zu­peł­nie nie­sprze­da­walny. Każdy klient mógł w końcu ku­pić do­lary pod Pe­we­xem i na­być te­le­wi­zor znacz­nie ta­niej. Do czasu jed­nak. Po kilku ty­go­dniach sza­le­jąca in­fla­cja i zwią­zany z nią gwał­towny wzrost cen twar­dej wa­luty po­wo­do­wały praw­dziwy na­jazd kup­ców na sto­iska ra­diowo-te­le­wi­zyjne pe­de­tów i au­ten­tyczne bi­twy o moż­li­wość kupna Bag­si­ko­wego sprzętu, w tym mo­men­cie o wiele tań­szego niż pe­we­xow­ski czy bal­to­now­ski.

Je­żeli ktoś jesz­cze nie zro­zu­miał, to wy­ja­śniam na przy­kła­dzie. Te­le­wi­zor kosz­to­wał, po­wiedzmy, trzy­sta do­la­rów, a do­lar ty­siąc zło­tych. Kupno te­le­wi­zora kosz­to­wało więc trzy­sta ty­sięcy zło­tych. Bo­guś sprze­da­wał ten te­le­wi­zor, dajmy na to, pe­de­towi w Kut­nie za sześć­set ty­sięcy, za które na­by­wał na­tych­miast sześć­set do­la­rów. (Zysk - trzy­sta do­la­rów, mi­nus oczy­wi­ście roz­ma­ite koszty). Te­le­wi­zor wy­sta­wiano na półkę za, dajmy na to, sie­dem­set pięć­dzie­siąt ty­sięcy. Za mie­siąc do­lar kosz­to­wał już trzy ty­siące zło­tych, czyli, że za te­le­wi­zor trzeba było wy­bu­lić dzie­więć­set ty­sięcy. W za­opa­try­wa­nych przez niego skle­pach kosz­to­wał sie­dem­set pięć­dzie­siąt ty­sięcy...

Nie­oby­tym z eko­no­micz­nym słow­nic­twem wy­ja­śniam rów­nież, że in­fla­cja jest wtedy, kiedy byle co ma więk­szą war­tość niż pie­niądz. W opi­sy­wa­nym cza­sie in­fla­cja była tak duża, że w celu unik­nię­cia jej skut­ków co bar­dziej za­po­bie­gliwe żony, wy­da­wały pen­sje swo­ich mę­żów za­raz w pierw­szych dniach mie­siąca.

***

Do końca 1989 roku Art-B osią­gnęła zysk nie­wiele po­wy­żej dwu­na­stu mi­lio­nów zło­tych. Je­sie­nią 1990 roku de­po­no­wała w PKO BP wkład ter­mi­nowy w wy­so­ko­ści czte­ry­stu mi­liar­dów zło­tych! Jak wi­dać, do za­ro­bie­nia tak wiel­kich pie­nię­dzy wcale nie był po­trzebny udział służb spe­cjal­nych ani Ro­sji, ani Izra­ela. Nie­mniej Ja­ro­sław Ka­czyń­ski twier­dził w li­sto­pa­dzie 1992 roku, po­wo­łu­jąc się na rze­komą in­for­ma­cję otrzy­maną od An­drzeja Mil­cza­now­skiego, ów­cze­snego szefa UOP-u, że Bag­sik i Gą­sio­row­ski mieli etaty w KGB. "Ga­zeta Pol­ska" dla od­miany do­no­siła zaś o "bli­skiej współ­pracy Bag­sika i Gą­sio­row­skiego z puł­kow­ni­kiem Mo­sadu Me­irem Braun­dwe­inem. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi o Me­ira Bran­dwe­ina (cza­sem za­pi­sy­wa­nego jako Meir Bar Bran­dwein), który po­ja­wia się w kon­tek­ście afer go­spo­dar­czych w Pol­sce lat 90. Choć jego rze­koma prze­szłość w Mos­sa­dzie do­da­wała mu aury ta­jem­ni­czo­ści, wiele wska­zuje na to, że była to ra­czej część le­gendy bu­do­wa­nej wo­kół jego osoby niż fakt po­twier­dzony przez izra­el­skie źró­dła.

Wśród ko­ope­ru­ją­cych z firmą zna­lazł się rów­nież Yossi Gi­nos­sar, sławny ofi­cer woj­sko­wego kontr­wy­wiadu Szin Bet, uro­dzony w Wil­nie. Rów­no­cze­śnie w Art-B za­trud­niony zo­stał ge­ne­rał dy­wi­zji Edwin Roz­łu­bir­ski pseu­do­nim "Gu­staw", pol­ski Żyd o rów­nie barw­nym ży­cio­ry­sie, za­stępca do­wódcy Ba­ta­lionu Ar­mii Lu­do­wej im. Czwar­ta­ków, uczest­nik za­ma­chu na Cafe Club i po­wsta­nia war­szaw­skiego, a po woj­nie, w la­tach 1963-1968, do­wódca 6. Po­mor­skiej Dy­wi­zji Po­wietrz­no­de­san­to­wej. (Od­wo­łany z zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska w wy­niku za­targu z I se­kre­ta­rzem KW PZPR w Kra­ko­wie oraz za od­mowę uży­cia woj­ska prze­ciwko de­mon­stru­ją­cym stu­den­tom).

Jedną z cie­kaw­szych hi­po­tez na te­mat po­cho­dze­nia ma­jątku Art-B przed­sta­wił na ła­mach "Po­li­tyki" so­cjo­log i dzien­ni­karz Je­rzy Dia­tło­wicki. We­dług jego wie­dzy przed­się­bior­stwo współ­pra­co­wało z rzą­dem Izra­ela przy wy­naj­mo­wa­niu od za­chod­nich firm lot­ni­czych od­rzu­tow­ców, któ­rymi po 1990 roku z war­szaw­skiego Okę­cia do­cie­rały do Tel Awiwu dzie­siątki ty­sięcy ro­syj­skich Ży­dów. Po la­tach re­pre­sji Mi­chaił Gor­ba­czow wpro­wa­dził re­formy (pie­re­strojka i gła­snost), które umoż­li­wiły swo­bod­niej­sze prze­miesz­cza­nie się oby­wa­teli, w tym Ży­dów, ob­ję­tych wcze­śniej ogra­ni­cze­niami wy­jaz­do­wymi. ZSRS za­czął ze­zwa­lać na emi­gra­cję Ży­dów, szcze­gól­nie do Izra­ela, w za­mian za ko­rzy­ści go­spo­dar­cze i zła­go­dze­nie sank­cji. Wielu z nich ma­rzyło o po­wro­cie do oj­czy­zny przod­ków. Po de­ka­dach ży­cia w pań­stwie, które tłu­miło re­li­gię i toż­sa­mość na­ro­dową, Izrael ja­wił się jako bez­pieczne miej­sce do ży­cia w zgo­dzie z wła­sną kul­turą. Pod ko­niec lat 80. sy­tu­acja go­spo­dar­cza ZSRS po­gar­szała się dra­ma­tycz­nie. Mo­sad ostrze­gał, że Ży­dzi mogą stać się ko­złami ofiar­nymi za kry­zys, co gro­ziło po­gro­mami na nie­spo­ty­kaną skalę. Izrael ofe­ro­wał lep­sze wa­runki ży­cia, po­moc so­cjalną i moż­li­wość pracy. W ZSRS pa­no­wały bieda, bez­ro­bo­cie i nie­pew­ność, a dla wielu emi­gra­cja była szansą na nowy start...

Ope­ra­cja no­siła kryp­to­nim MOST. Szcze­góły tej fa­scy­nu­ją­cej hi­sto­rii są na­dal owiane głę­boką ta­jem­nicą, sa­mo­loty z trans­por­tem osób po­cho­dze­nia ży­dow­skiego mo­gły bo­wiem ce­lem arab­skich ata­ków. Nie sta­no­wiło ta­jem­nicy, że ter­ro­ry­ści mieli bli­skie kon­takty z so­wiec­kimi służ­bami spe­cjal­nymi. Unik­nię­cie prze­cieku i za­bez­pie­cze­nie lot­nisk tak, by nie do­szło do za­ma­chu, gra­ni­czyło z cu­dem. Trzeba było po­szu­kać kraju tran­zy­to­wego, w któ­rym bez­piecz­nie mo­głyby lą­do­wać i z któ­rego mo­głyby star­to­wać izra­el­skie jumbo jety.

Po­cząt­kowo emi­gra­cja Ży­dów z ZSRS do Izra­ela od­by­wała się przez Wie­deń. Jed­nak ruch oka­zał się tam zbyt duży, by pro­wa­dzić ma­sową i bez­pieczną ewa­ku­ację. Po­trze­bo­wano lot­ni­ska spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nego do ta­kiego celu. Wę­grzy od­mó­wili z obawy przed od­we­tem ze strony arab­skich or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych. Na prze­pro­wa­dze­nie ak­cji nie zgo­dziła się też Ru­mu­nia.

W Pol­sce w tym cza­sie utwo­rzono pierw­szy nie­ko­mu­ni­styczny rząd Ta­de­usza Ma­zo­wiec­kiego. Bę­dąc z wi­zytą w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (26 marca 1990), na spo­tka­niu z przed­sta­wi­cie­lami Ame­ry­kań­skiego Kon­gresu Ży­dów w no­wo­jor­skim ho­telu Plaza Ma­zo­wiecki obie­cał im po­moc. I tak roz­po­częła się współ­praca pol­skich służb z izra­el­skim Mo­sa­dem.

In­for­ma­cja, która prze­do­stała się do świa­to­wych ser­wi­sów, wy­wo­łała bły­ska­wiczną re­ak­cję ter­ro­ry­stów. Cztery dni po oświad­cze­niu Ma­zo­wiec­kiego, 30 marca, at­ta­ché han­dlowy pol­skiej am­ba­sady w Li­ba­nie Bog­dan Ser­kis wsia­dał z żoną do sa­mo­chodu przed biu­rem radcy han­dlo­wego w za­chod­nim Bej­ru­cie, gdy kilku za­ma­sko­wa­nych na­past­ni­ków otwo­rzyło do nich ogień z ka­łasz­ni­ko­wów. Po­lacy zo­stali ciężko ranni. Do za­ma­chu przy­znała się nie­znana wcze­śniej grupa Or­ga­ni­za­cja Ak­cji Re­wo­lu­cyj­nej. Dwa dni póź­niej inna grupa - Is­lam­ski Front Mi­li­tarny - za­po­wie­działa na­stępne ataki na pol­skich dy­plo­ma­tów i biura LOT, je­śli Pol­ska nie wy­cofa się z obiet­nic zło­żo­nych Ży­dom.

Ale Pol­ska się nie wy­co­fała. Do War­szawy za­częli przy­by­wać z ZSRS oby­wa­tele po­cho­dze­nia ży­dow­skiego, skąd trans­por­to­wano ich sa­mo­lo­tami do Izra­ela. 14 czerwca z Okę­cia od­le­ciał pierw­szy Bo­eing 747 z grupą trzy­stu emi­gran­tów na po­kła­dzie. W su­mie z te­re­nów by­łego Związku So­wiec­kiego prze­rzu­cono przez Pol­skę do Je­ro­zo­limy kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy lu­dzi. Ope­ra­cja "Most" za­po­cząt­ko­wała współ­pracę pol­skich służb z za­chod­nimi, do tej pory wro­gimi, agen­tami.

13 lipca 1990 roku do­wódz­two nad jed­nostką woj­skową 2305 (GROM), pro­wa­dzącą ope­ra­cję "Most" w Pol­sce, ob­jął ge­ne­rał Sła­wo­mir Pe­te­licki. Dzia­ła­nia osła­niał Je­rzy Dzie­wul­ski wraz z utwo­rzoną przez sie­bie jed­nostką an­ty­ter­ro­ry­styczną. Swój udział w ak­cji mieli też sze­fo­wie Art-B.

"Lato 1990 roku" - czy­tamy w ar­ty­kule An­drzeja Fe­do­ro­wi­cza. "Most. Tajna ope­ra­cja Mos­sadu w Pol­sce. - Na war­szaw­skim Dworcu Gdań­skim pa­sa­że­ro­wie ze zdu­mie­niem przy­glą­dają się gru­pie po­dróż­nych, któ­rzy opu­ścili po­ciąg Mo­skwa-Pa­ryż. To około setki osób w róż­nym wieku, od dzieci po osiem­dzie­się­cio­let­nie sta­ruszki. Mają ze sobą wiel­kie worki, uszyte z ciem­no­zie­lo­nego płótna, tak cięż­kie, że nie dają rady ich nieść. Cią­gną je więc po pod­ło­dze dworca, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie wo­koło. Na­gle do grupy pod­cho­dzi dwóch szczu­płych, ele­gancko ubra­nych męż­czyzn. Wszy­scy sku­piają się wo­kół nich. Po kilku mi­nu­tach cała setka lu­dzi sie­dzi już w sto­ją­cych pod dwor­cem au­to­ka­rach, eskor­to­wa­nych przez po­li­cyjne ra­dio­wozy. Kon­wój ru­sza do ści­śle strze­żo­nego miej­sca na war­szaw­skim Mo­ko­to­wie".

"Było już ciemno, kiedy kon­wój eskor­to­wany przez po­li­cyjne ra­dio­wozy do­cie­rał do za­mknię­tego na ten czas kra­jo­wego portu lot­ni­czego - wspo­mi­nał Izaak Gold­berg. - Z au­to­busu wcho­dzi­li­śmy do hali, gdzie pra­cow­nicy LOT-u li­czyli pa­sa­że­rów we­dług li­sty i pro­wa­dzili od razu do sa­mo­lotu" - mówi Izaak. Po­tężne jumbo jety El Al-u stały z boku pasa star­to­wego, w oto­cze­niu in­nych ma­szyn. Pod sa­mo­lo­tem wi­dać było za­par­ko­wany trans­por­ter opan­ce­rzony jed­nostki an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej. Dwa inne jeź­dziły po dro­dze ko­ło­wa­nia oraz po dro­gach pa­tro­lo­wych lot­ni­ska. Na kan­de­la­brach oświe­tla­ją­cych miej­sce po­sto­jowe ma­szyn sie­dzieli strzelcy wy­bo­rowi".

"Kiedy nasz sa­mo­lot star­to­wał, od strony jed­nego ze skrzy­deł eskor­to­wał go pol­ski śmi­gło­wiec woj­skowy - do­daje Izaak. - Do­wie­dzia­łem się póź­niej, że jego za­da­niem było przy­ję­cie na sie­bie ude­rze­nia, gdyby w tym cza­sie ktoś pró­bo­wał wy­strze­lić w nas ra­kietę".

Ta­kie sceny jak opi­sana przez Iza­aka Gold­berga, od­by­wały się na Okę­ciu każ­dej nocy przez dwa i pół roku. Przez ten czas z War­szawy do Ziemi Obie­ca­nej wy­emi­gro­wało do­kład­nie czter­dzie­ści dwa ty­siące ra­dziec­kich Ży­dów. Mimo to ope­ra­cję "Most" udało się utrzy­mać w ta­jem­nicy. Ofi­cjal­nie za­koń­czyła się je­sie­nią 1992 roku, nie­ofi­cjal­nie - Po­lacy na­dal brali w niej udział, ale już poza gra­ni­cami kraju.

"Je­śli cho­dzi o ope­ra­cję MOST, to na po­czątku chciał­bym zde­men­to­wać, że fi­nan­so­wa­li­śmy ją z pie­nię­dzy z oscy­la­tora - wy­znał w 2020 roku re­por­te­rom "Faktu" An­drzej Gą­sio­row­ski. - Zo­stała w ca­ło­ści sfi­nan­so­wana przez rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wy­so­ko­ści po­nad 15 mi­liar­dów do­la­rów".

"Bez­sprzeczną prawdą jest to, że nikt ni­gdy ni­komu nie wy­sta­wił za MOST ra­chunku - do­dał Bo­gu­sław Bag­sik. - Jest jed­nak druga strona me­dalu. I dziś może są to trudne słowa dla wielu Po­la­ków. Ale to Ży­dzi, dzięki ope­ra­cji MOST, do­pro­wa­dzili do re­duk­cji za­dłu­że­nia Pol­ski o 50 proc. My, jako Art-B, zro­bi­li­śmy to, o co nas po­pro­szono. Tylko tyle i aż tyle [...]. W wy­niku ope­ra­cji przez Pol­skę prze­je­chało 150 000 Ży­dów z by­łego ZSRS. Jak już dzi­siaj wia­domo, dzięki MOST-owi do­ko­nano re­duk­cji do­la­rów pol­skiego za­dłu­że­nia w wy­so­ko­ści po­nad 15 mi­liar­dów. Jest to 100 000 do­la­rów za jedną osobę. Do­dat­kowo do­fi­nan­so­wa­nie wy­szko­le­nia ko­man­do­sów GROM-u - 1 mi­lion do­la­rów na jed­nego ko­man­dosa".

***

Rok 1990 Bo­gu­sław Bag­sik wraz z przy­ja­ciółmi wi­tał w go­ścińcu Fe­mina w Wi­śle. Wśród za­pro­szo­nych go­ści było kilka wy­soko po­sta­wio­nych osób z MSW, ba­wił się także dy­rek­tor ga­bi­netu mi­ni­stra Jacka Am­bro­ziaka. W czerwcu tego roku usta­lił się osta­teczny skład udzia­łow­ców Art-B. (ode­szli Do­liń­ski, Ki­wit, Ju­ra­szek i Fi­lak).

Duże pie­nią­dze ro­dziły nowe przy­zwy­cza­je­nia. Szyb­kie sa­mo­chody i do­bre ho­tele stały się co­dzien­no­ścią sze­fów spółki. Na swoje bazy upa­trzyli mo­tel Or­bis w Cie­szy­nie i war­szaw­ski Ho­li­day Inn. Fa­ceci w dżin­sach z kie­sze­niami wy­pcha­nymi forsą, T-shir­tach i czar­nych skó­rza­nych kurt­kach, ze zło­tymi łań­cu­chami na szyi i ta­ki­miż ro­le­xami na prze­gu­bach nie bar­dzo pa­so­wali do ocie­ka­ją­cych luk­su­sem wnętrz. Bag­sik jeź­dził wy­ko­na­nym na pry­watne za­mó­wie­nie ca­dil­la­kiem za sto pięć­dzie­siąt ty­sięcy do­la­rów, no­wiut­kim BMW 750 ku­pio­nym za tę samą sumę oraz mer­ce­de­sem 600 SE za dwie­ście ty­sięcy do­la­rów. Przy­zwy­cza­je­nie się do ta­kich szo­so­wych ra­kiet opła­cił uprzed­nim roz­bi­ciem che­vro­leta co­rvette i re­na­ult al­pine, dzięki czemu zy­skał so­bie przy­do­mek "Prędki Bags".

W roku 1991 Art-B ucho­dziła już za naj­więk­szą pry­watną grupę ka­pi­ta­łową w Pol­sce. Do nie­for­mal­nego hol­dingu dys­po­nu­ją­cego sie­cią około trzy­dzie­stu tak zwa­nych de­par­ta­men­tów bran­żo­wych i funk­cjo­nal­nych na­le­żało po­nad dwie­ście spółek kra­jo­wych, za­trud­nia­ją­cych łącz­nie pięt­na­ście ty­sięcy osób i pięć­dzie­siąt za­gra­nicz­nych. Art-B miała udziały w kil­ku­set do­mach to­wa­ro­wych oraz skle­pach, wła­sny sa­mo­lot, he­li­kop­ter i bo­gatą ko­lek­cję dzieł sztuki.

Waż­nymi po­sta­ciami w in­te­re­sach spółki byli od po­czątku Ire­ne­usz Se­kuła - wi­ce­pre­mier w rzą­dzie Mie­czy­sława Ra­kow­skiego, a za rzą­dów SLD pre­zes Głów­nego Urzędu Ceł; An­drzej Ko­li­kow­ski, pseu­do­nim "Per­shing" - szef gangu prusz­kow­skiego; oraz Wie­sław Pe­ciak, je­den z eg­ze­ku­to­rów dłu­gów Art-B. Pierw­szy miał wpływy w świe­cie po­li­tyki, po­zo­stali - pie­nią­dze.

Bo­gu­sław Bag­sik za­siadł w fo­telu rad­nego mia­sta Cie­szyna pierw­szej ka­den­cji, nie­wiele gło­sów za­bra­kło mu, aby zna­lazł się w Se­na­cie. W roku 1991 zo­stał lau­re­atem Na­grody Ki­siela (Ste­fana Ki­sie­lew­skiego) w ka­te­go­rii "naj­lep­szy biz­nes­men", wrę­czo­nej mu oso­bi­ście przez czci­god­nego fun­da­tora. W tym sa­mym roku zna­lazł się na ósmym miej­scu ran­kingu "100 naj­bo­gat­szych Po­la­ków ty­go­dnika "Wprost"".

Dzięki współ­pracy na­wią­za­nej z ko­re­ań­skim Gold­Sta­rem, w wał­brzy­skim "Elek­tro­che­mie" i ząb­ko­wic­kim "El­si­nie" w 1990 roku zo­stało zmon­to­wa­nych pięt­na­ście ty­sięcy te­le­wi­zo­rów, które tra­fiły na pol­ski ry­nek opa­trzone wspól­nym logo Art-B i Gold­Stara. Jed­no­cze­śnie w ca­łym kraju po­wstało dwa­dzie­ścia ser­wi­sów świad­czą­cych usługi zwią­zane ze sprzę­tem. Za­kłady za­trud­niały pół­tora ty­siąca osób, w tym trzy­dzie­ścioro in­wa­li­dów. Ceny były wy­jąt­kowo kon­ku­ren­cyjne, bo­wiem - ze względu na niż­sze stawki celne - bar­dziej opła­cało się spro­wa­dzać urzą­dze­nia w czę­ściach niż w ca­ło­ści. Kon­kret­nie ozna­czało to, że osobno przy­wo­żono te­le­wi­zory i ma­gne­to­widy, a osobno - pi­loty do nich, które wkła­dano do pu­de­łek ze sprzę­tem już w Pol­sce. Co wię­cej, sztywny przez kil­ka­na­ście mie­sięcy kurs do­lara (1 USD = 9,5 ty­siąca sta­rych zło­tych), przy wciąż wy­so­kiej in­fla­cji po­wo­do­wał, że każdy ko­lejny trans­port można było w Pol­sce sprze­dać już dro­żej, choć w do­la­rach pła­cono wciąż tyle samo. A wła­ści­wie do­piero za­mie­rzano za­pła­cić, bo part­ne­rzy z Gold­Stara zgo­dzili się po­do­bno na płat­ność od­ro­czoną aż o rok.

Nie by­łoby tego in­te­resu bez Glo­rii Ritt, men­torki nie­zli­czo­nych mło­dych mu­zy­ków. To wła­śnie ona, a nie obce wy­wiady, jak są­dzono po wy­jeź­dzie sze­fów Art-B z Pol­ski, była ich "oknem na świat". To ona na­uczyła ich, jak mają się ubie­rać, jak roz­ma­wiać o biz­ne­sie, jak za­ła­twiać in­te­resy. Glo­ria Ritt, przed­sta­wi­cielka Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego i me­ne­dżerka jed­nej z du­żych ame­ry­kań­skich firm, wsparła wi­ze­run­kowo Bag­sika i Gą­sio­row­skiego, wpro­wa­dziła ich do ga­bi­ne­tów lu­dzi, dzięki któ­rym zre­ali­zo­wali pierw­sze wiel­kie ope­ra­cje fi­nan­sowe.

W szyb­kim tem­pie te­ren kraju po­kryła sieć dwu­stu skle­pów Art-B ze sprzę­tem elek­tro­nicz­nym, odzieżą i ar­ty­ku­łami spo­żyw­czymi. Dal­sze plany prze­wi­dy­wały otwar­cie po­dob­nej sieci na te­re­nie Cze­cho­sło­wa­cji, gdzie od pew­nego czasu spółka miała swoje udziały w fir­mie "Te­sla-Art", mon­tu­ją­cej w Trzyńcu te­le­wi­zory Gold­star. Kor­po­ra­cja pod­jęła po­nadto pro­duk­cję apa­ra­tury me­dycz­nej, w tym elek­tro­kar­dio­gra­mów i apa­ra­tury do kru­sze­nia ka­mieni w ner­kach.

***

Na­stępną in­we­sty­cją była bu­dowa wy­ku­pio­nych Za­kła­dów Mle­czar­skich w Sę­pól­nie Kra­jeń­skim. Ku­piono też ole­jar­nię w wo­je­wódz­twie zie­lo­no­gór­skim, prze­jęto sie­dem­dzie­siąt pro­cent udzia­łów w spółce Lak­to­pol zaj­mu­ją­cej się prze­twór­stwem rolno-spo­żyw­czym i pięć­dzie­siąt je­den pro­cent udzia­łów Agro­tech­niki. Wła­ści­ciele spółki na­wią­zali kon­takty z ame­ry­kań­ską firmą Fred Cody of Chry­sler In­ter­na­tio­nal w spra­wie uru­cho­mie­nia mon­towni sa­mo­cho­dów w Pol­sce. Przy­mie­rzali się do eks­portu au­to­sa­nów i roz­po­częli ne­go­cja­cje trój­stron­nego po­ro­zu­mie­nia ArtB - FSM - kon­cern For­mosa (Taj­wan), na otwar­cie li­nii pro­duk­cyj­nej ma­łego fiata w Chi­nach. Pod­pi­sali li­sty in­ten­cyjne w spra­wie wy­ku­pie­nia udzia­łów w przed­się­bior­stwach ko­mu­nal­nych Cie­szyna: Ter­mika - urzą­dze­nia grzew­cze, i Ce­spa - urzą­dze­nia spa­wal­ni­cze.

Zlo­ka­li­zo­wana w War­sza­wie spółka Print AB, wy­ko­rzy­stu­jąc sieć kom­pu­te­rową składu (no­wość w owych cza­sach), szy­ko­wała do druku ty­go­dniki "Mo­ni­tor" i "Wyż­sze Sfery". Roz­bu­do­wy­wało się za­ło­żone we Wro­cła­wiu stu­dio na­grań Art-B-So­und i po­znań­skie wy­daw­nic­two Art Press. Kor­po­ra­cja za­rzą­dzała też wspól­nie z firmą Har­twig przej­ściem gra­nicz­nym dla TIR-ów w Paw­ło­wi­cach Ślą­skich, a w pla­nach po­cze­sne miej­sce zaj­mo­wała bu­dowa czte­rech no­wo­cze­snych kon­te­ne­row­ców dla Bel­gii.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii spółka po­sia­dała wy­twór­nię wi­de­okli­pów i ma­te­ria­łów pro­mo­cyj­nych "Fi­fty-five", przy­go­to­wy­wano uru­cho­mie­nie te­le­wi­zji ka­blo­wej w Cie­szy­nie, bę­dą­cej do­peł­nie­niem ku­pio­nych wcze­śniej sześć­dzie­się­ciu pro­cen­tach udzia­łów w Te­le­wi­zji Ryga, z którą utwo­rzono jo­int ven­ture. Li­nie "Art-B Air" z sie­dzibą na lot­ni­sku Py­rzo­wice koło Ka­to­wic utwo­rzono w maju 1991 roku. Stan po­sia­da­nia obej­mo­wał sześć sa­mo­lo­tów tur­bo­śmi­gło­wych i je­den ca­na­dair-chal­len­ger. 6 lipca, w swój pierw­szy lot przez Atlan­tyk wy­star­to­wał na­le­żący do Art-B tur­bo­let.

Mno­gość in­te­re­sów Bag­sika i Gą­sio­row­skiego nie prze­sło­niła im tego, o czym za­wsze ma­rzyli, wiel­kich in­te­re­sów w show-biz­ne­sie. Zor­ga­ni­zo­wali w ka­to­wic­kim "Spodku" fe­sti­wal mu­zyki go­spel, ze znaną w świe­cie firmą Tri­bute pod­pi­sali kon­trakt na or­ga­ni­za­cję w Se­willi wi­do­wi­ska "Le­gendy Gi­tary", współ­uczest­ni­czyli w or­ga­ni­za­cji kon­certu Pla­cido Do­mingo na Placu Czer­wo­nym w Mo­skwie. W dniach 14 i 15 sierp­nia 1991 roku, pod­czas czwar­tej po­dróży Jana Pawła II do Pol­ski, firma Art-B zo­stała współ­or­ga­ni­za­to­rem II Fe­sti­walu Ar­ty­stów Chrze­ści­jań­skich w Czę­sto­cho­wie, któ­rego gwiazdą była Donna Sum­mer. Kon­cert od­był się na sta­dio­nie Włók­nia­rza w Czę­sto­cho­wie i był trans­mi­to­wany przez sta­cję BBC... Wszyst­kich dzie­dzin ak­tyw­no­ści Ar­ty­stów Biz­nesu wy­mie­nić tu nie spo­sób, bo po­trzebna by­łaby do tego osobna książka. Za­mi­ło­wa­nie do sztuki Bo­gu­sława Bag­sika za­owo­co­wało też zgro­ma­dze­niem spo­rej ko­lek­cji dzieł, w tym gra­fik Pi­cassa czy płó­cien Mal­czew­skiego, Kos­saka, Wit­ka­cego i Re­no­ira, które obec­nie znaj­dują się w war­szaw­skim Mu­zeum Na­ro­do­wym.

Szcze­gólną sławę Spółka zy­skała w marcu 1991 roku, kiedy to - jak do­nio­sła prasa - na pniu wy­ku­piła ca­ło­roczną trudno zby­walną pro­duk­cję Za­kła­dów Me­cha­nicz­nych "Ur­sus".

Obok ob­rotu wa­lutą i al­ko­ho­lem naj­więk­sze pie­nią­dze przy­no­sił w tam­tych la­tach mię­dzy­na­ro­dowy han­del bro­nią. Wie­lo­mi­lio­nowe kon­trakty or­ga­ni­zo­wali głów­nie lu­dzie po­wią­zani z wy­wia­dem, naj­więk­szymi wpły­wami na świa­to­wym rynku zbro­je­nio­wym cie­szyli się zaś so­wieccy agenci. Moż­li­wość za­ro­bie­nia wiel­kiej forsy na tym in­te­re­sie sku­siła także Art-B. Do­tych­cza­sowa, oparta na ko­le­żeń­skich ukła­dach i po­li­tycz­nych sym­pa­tiach, skost­niała branża, zo­stała pod­bita wol­no­ryn­kową dok­tryną ni­skiej ceny i wy­so­kiej ja­ko­ści ofe­ro­wa­nego sprzętu. Tym sa­mym Bo­gu­sław Bag­sik i An­drzej Gą­sio­row­ski ode­brali zle­ce­nia biz­nes­me­nom po­wią­za­nym ze świa­tem po­li­tyki oraz ofi­ce­rami służb spe­cjal­nych.

ArtB była pierw­szym pry­wat­nym pod­mio­tem, który otrzy­mał w III RP kon­ce­sję na han­del bro­nią. Ko­ron­nym ar­gu­men­tem de­cy­du­ją­cym o jej przy­zna­niu po­zo­sta­wały wpływy spółki w rzą­dzie Ko­sta­ryki i u pre­zy­denta te­goż kraju, za któ­rymi miał iść kon­trakt na sprze­daż trzy­dzie­stu ty­sięcy ka­ra­bi­nów KBK AK. Dru­gim od­biorcą broni miała być Ma­le­zja. Pol­skie wła­dze za­ofe­ro­wały Bag­si­kowi upłyn­nie­nie sprzętu woj­sko­wego za­le­ga­ją­cego w ma­ga­zy­nach Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej, w tym dwu­stu czoł­gów, sześć­dzie­się­ciu sa­mo­lo­tów MIG-21 oraz trzech okrę­tów de­san­to­wych. Spółka po­śred­ni­czyła też w za­ku­pie przez Pol­skę no­wo­cze­snego izra­el­skiego wy­po­sa­że­nia, mię­dzy in­nymi elek­tro­nicz­nych sys­te­mów wy­kry­wa­nia, sil­ni­ków sa­mo­lo­to­wych i sys­te­mów ter­mo­wi­zyj­nych dla stat­ków i sa­mo­lo­tów. Usłu­gami hol­dingu za­in­te­re­so­wana była po­li­cja, zwłasz­cza im­por­tem broni, sprzętu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego i sa­mo­cho­dów z Ziemi Świę­tej. Spro­wa­dzono próbne, te­stowe par­tie pi­sto­le­tów i ka­mi­ze­lek ku­lo­od­por­nych.

Wkrótce Art-B prze­jęła długi fa­bryki w Ła­bę­dach. Współ­praca ob­jęła także inne ośrodki pro­duk­cyjne, co umoż­li­wiło sa­mo­dzielne i ta­nie wy­twa­rza­nie róż­nego ro­dzaju broni oraz jej hur­tową sprze­daż do Sy­rii. Ko­lej­nym ce­lem stał się "kon­trakt pa­ki­stań­ski". Re­ali­za­cję tego pro­jektu prze­pro­wa­dziła już jed­nak po­wią­zana z Urzę­dem Ochrony Pań­stwa spółka NAT, kon­ku­ru­jąca wcze­śniej z Art-B o do­stawy za­opa­trze­nia dla pol­skiej ar­mii. Pod­czas nie­zwy­kle spek­ta­ku­lar­nej ak­cji, na po­le­ce­nie Urzędu Ochrony Pań­stwa i pro­ku­ra­tury, ko­man­dosi eli­tar­nej jed­nostki GROM spa­cy­fi­ko­wali biura hol­dingu, a za Bag­si­kiem i Gą­sio­row­skim ro­ze­słano li­sty goń­cze. Pod kon­tro­wer­syj­nymi za­rzu­tami oszustw ban­ko­wych do­pro­wa­dzono do roz­bi­cia naj­więk­szego pol­skiego przed­się­bior­stwa pierw­szych lat III RP. Kon­trakty zbro­je­niowe Art-B zo­stały prze­jęte przez pod­mioty po­wią­zane ze służ­bami spe­cjal­nymi...

***

Pod kon­tro­wer­syj­nymi za­rzu­tami oszustw ban­ko­wych... No wła­śnie. Za­sto­so­wany przez Art-B oscy­la­tor, zwany także oscy­la­cyjną ak­ce­le­ra­cją ka­pi­tału, nie był ni­czym no­wym. Na Za­cho­dzie znano go już od dawna pod na­zwą flo­ating, czyli po pro­stu prze­pływ go­tówki. Prze­pływ ko­rzystny dla firm, ale nie dla ban­ków. W wielu kra­jach jest za­bro­niony. W in­nych sys­tem ban­kowy broni się przed jego sto­so­wa­niem, uży­wa­jąc su­per­szyb­kich sieci kom­pu­te­ro­wych. Już w kilka se­kund po do­ko­na­niu ope­ra­cji we wszyst­kich pod­łą­czo­nych do niej ban­kach wia­domo, że zo­stała wy­ko­nana. W Pol­sce in­for­ma­cja o wy­pła­ce­niu pie­nię­dzy po­tra­fiła wę­dro­wać z banku do banku przez kil­ka­na­ście dni i nikt się tym nie przej­mo­wał.

Cała afera nie za­częła się by­naj­mniej z chęci zy­sku - to przy­szło do­piero póź­niej. Na po­czątku była wście­kłość i bez­sil­ność.

"Po­wiedzmy, że wpła­ciło się sto ty­sięcy zło­tych w banku w Szcze­ci­nie - tłu­ma­czy to wszystko Bo­gu­sław Bag­sik - Dwa dni póź­niej chciało się od­zy­skać swoją go­tówkę w Rze­szo­wie i za­pła­cić nią za to­war. Można było so­bie chcieć... Żeby z po­wro­tem do­stać swoje pie­nią­dze, trzeba było cze­kać ty­dzień albo i dłu­żej. Co w tym cza­sie działo się z go­tówką? Kto był jej fak­tycz­nym wła­ści­cie­lem? Kto ko­rzy­stał na tej zwłoce? Oczy­wi­ście banki. I jesz­cze ścią­gały za to wy­so­kie pro­wi­zje".

Obu­rzony ta­kimi prak­ty­kami Bag­sik po­sta­no­wił więc od­pła­cić ło­bu­zom pięk­nym za na­do­bne. "Ope­ra­cja oscy­la­tor" po­le­gała na lo­ko­wa­niu pie­nię­dzy na ban­ko­wych kon­tach, a na­stęp­nie po­bie­ra­niu cze­ków po­twier­dzo­nych (tj. gwa­ran­to­wa­nych przez bank) na ulo­ko­wane kwoty i - w dal­szej ko­lej­no­ści - re­ali­zo­wa­niu tych cze­ków w in­nym banku, gdzie za­kła­dana była ko­lejna lo­kata, po­bie­rany ko­lejny czek gwa­ran­to­wany itd. W wa­run­kach pa­nu­ją­cej wów­czas hi­per­in­fla­cji i jed­no­cze­snej nie­droż­no­ści sys­temu prze­pływu in­for­ma­cji mię­dzy­ban­ko­wej wia­do­mość o tym, że czek zo­stał zre­ali­zo­wany w in­nym banku, do­cie­rała nie­rzadko po kilku dniach lub po ty­go­dniu, a do tego czasu lo­kata stwo­rzona z tych sa­mych pie­nię­dzy była opro­cen­to­wana w kilku ban­kach rów­no­cze­śnie. Pod ko­niec 1990 roku w Pol­sce dzia­łały 74 banki. Art-B miała ra­chunki w 68 z nich. (Do­piero w lipcu 1991 roku wpro­wa­dzono obo­wią­zek te­le­gra­ficz­nego po­twier­dza­nia cze­ków mię­dzy ban­kami, co de­fi­ni­tyw­nie po­grze­bało me­cha­nizm oscy­la­tora).

W ca­łej ope­ra­cji, jak w sta­rej pio­sence Izy Tro­ja­now­skiej, li­czył się przede wszyst­kim czas. Bag­sik po­dró­żo­wał he­li­kop­te­rem po­mię­dzy ban­kami, od­wie­dza­jąc dzien­nie po kilka od­le­głych in­sty­tu­cji fi­nan­so­wych. Spraw­nie dzia­ła­jący oscy­la­tor w ciągu nie­spełna dwóch lat przy­niósł jego twór­com sto pięć­dzie­siąt mi­liar­dów zło­tych czy­stego zy­sku! W tym cza­sie do­lar kosz­to­wał około 3 ty­sięcy zło­tych, za 150 mi­liar­dów można więc było ku­pić 50 mi­lio­nów do­la­rów. Dzi­siaj (2025 rok) kurs do­lara wy­nosi około 3,5 ty­siąca zło­tych. A więc za 50 mi­lio­nów USD można ku­pić 175 mi­lio­nów zło­tych.

W świe­tle obo­wią­zu­ją­cego w Pol­sce prawa ob­ra­ca­nie cze­kami w sys­te­mie oscy­la­tora było jak naj­bar­dziej le­galne, je­żeli tylko firma sto­su­jąca flo­ating za­księ­go­wała zy­ski z niego pły­nące i za­pła­ciła sto­sowne po­datki. Art-B tak wła­śnie po­stą­piło. W ca­łej afe­rze nie da­łoby się więc zna­leźć ni­czego na­gan­nego - z wy­jąt­kiem ku­la­wych prze­pi­sów ban­ko­wych. Pro­blem w tym - co wy­szło na roz­pra­wie są­do­wej kilka lat póź­niej - że spółka zdo­była rów­nież po­twier­dze­nie przez PKO BP wkła­dów ban­ko­wych, któ­rych ni­gdy nie miała - na trzy­sta, sześć­set, a na­wet wię­cej mi­liar­dów zło­tych...

Główny In­spek­to­rat Nad­zoru Ban­ko­wego bił na alarm już w grud­niu 1990 roku, lecz pro­ku­ra­tura wsz­częła śledz­two w tej spra­wie do­piero pół roku póź­niej. W nocy z 31 lipca na 1 sierp­nia 1991, dwie go­dziny przed za­mknię­ciem dla nich gra­nic, ostrze­żeni przed aresz­to­wa­niem dwaj sze­fo­wie Art-B, Bag­sik i Gą­sio­row­ski, wy­je­chali z kraju.

"Ob­ser­wo­wa­li­śmy ich, wie­dzie­li­śmy, że wy­jeż­dżają za gra­nicę, a wa­lizki wy­peł­nione kil­ku­dzie­się­cioma mi­lio­nami do­la­rów cze­kają na Okę­ciu. Ale ba­li­śmy się ich za­trzy­mać bez na­kazu pro­ku­ra­tor­skiego" - tak oko­licz­no­ści wy­jazdu z Pol­ski Bo­gu­sława Bag­sika i An­drzeja Gą­sio­row­skiego, opi­suje ofi­cer UOP, który pro­wa­dził wtedy do­cho­dze­nie. "Chcie­li­śmy ich za­trzy­mać w ostat­niej chwili, więc po­pro­si­li­śmy pro­ku­ra­tora Ka­zi­mie­rza Ra­dom­skiego, by był go­tów do wy­sta­wie­nia na­kazu za­trzy­ma­nia. Kiedy nad­szedł od­po­wiedni mo­ment od pro­ku­ra­tora usły­sze­li­śmy, że nie ma czasu, bo wła­śnie idzie na urlop".

Wkrótce oka­zało się, że pa­no­wie Bo­guś i An­drzej są w Izra­elu, gdzie szybko uzy­skali oby­wa­tel­stwo, co uchro­niło ich przed wy­sła­nym za nimi mię­dzy­na­ro­do­wym li­stem goń­czym. (Bag­sik ma po­trójne oby­wa­tel­stwo: pol­skie, izra­el­skie i nie­miec­kie). Izrael za­wsze i nie­zmien­nie od­ma­wia de­por­ta­cji wła­snych oby­wa­teli do in­nych kra­jów. (Trze­ciego ze wspól­ni­ków, Je­rzego Pa­giełły, wła­ści­wie nikt nie ści­gał, jako że swoją rangą w spółce nie­wiele tylko prze­wyż­szał kosz na śmieci).

***

Po ucieczce z Pol­ski obaj sze­fo­wie Art-B czę­sto spę­dzali wolne chwile, gra­jąc w du­ecie przy wiel­kim for­te­pia­nie na ta­ra­sie luk­su­so­wej willi Bag­sika w Tel Awi­wie. Nie mo­gli tylko jed­nego: prze­kro­czyć gra­nic Izra­ela, pań­stwa wiel­ko­ści mniej wię­cej po­łą­czo­nych wo­je­wództw bia­ło­stoc­kiego i su­wal­skiego.

"Du­szę się, we­ge­ta­cja" - okre­ślał swój stan du­cha Bo­gu­sław Bag­sik, nim w czerwcu 1994 roku wy­brał się wraz ze swoją mło­dziutką przy­ja­ciółką Mi­chelle w zgubną po­dróż do Zu­ry­chu. (W mię­dzy­cza­sie roz­wiódł się z pierw­szą żoną, Magdą, zo­sta­wia­jąc jej i czte­rem sy­nom dom oraz wy­so­kie ali­menty). W Szwaj­ca­rii ju­rys­dyk­cja Izra­ela już nie chro­niła. Jak Bag­sik sam mó­wił, nie chciał żyć w jed­nym pań­stwie jak w wię­zie­niu. Tym spo­so­bem wła­śnie do wię­zie­nia tra­fił.

Zo­stał za­trzy­many i osa­dzony w świeżo od­da­nym do użytku aresz­cie dla ob­co­kra­jow­ców, po­ło­żo­nym nie­da­leko lot­ni­ska. Ot, wła­ściwy Szwaj­ca­rom zmysł oszczęd­no­ści. Z ta­kiego miej­sca trans­port cu­dzo­ziem­ców, któ­rych wcze­śniej czy póź­niej trzeba ode­słać do upo­mi­na­ją­cych się o nich oj­czyzn, nic nie kosz­tuje. Więk­szość czasu Bag­sik spę­dzał na słu­cha­niu mu­zyki, dużo czy­tał. (Póź­niej, już po prze­wie­zie­niu do wię­zie­nia na war­szaw­skim Mo­ko­to­wie, na­dal z pa­sją od­da­wał się mu­zyce, skom­po­no­wał na­wet mu­zykę do wła­snej płyty, która jed­na­kże nie cie­szyła się spe­cjal­nym po­wo­dze­niem).

Po trwa­ją­cej pra­wie dwa lata pro­ce­du­rze eks­tra­dy­cyj­nej w lu­tym 1996 wy­dano go Pol­sce. Tu za­rzu­cono mu mię­dzy in­nymi za­gar­nię­cie po­nad czte­ry­stu mi­lio­nów zło­tych me­todą oscy­la­tora (do­li­czono się sze­ściu­set dwu­dzie­stu wie­lo­krot­nie opro­cen­to­wa­nych cze­ków), prze­kup­stwo urzęd­ni­ków ban­ko­wych i dzia­ła­nie na szkodę spółki. W lu­tym 1998 roz­po­czął się pro­ces, a w paź­dzier­niku - po wpła­ce­niu przez Klub Ka­pi­tału Pol­skiego dwóch mi­lio­nów zło­tych kau­cji - Bag­sik zna­lazł się na wol­no­ści. (Gą­sio­row­ski nie wy­chy­lał nosa z Izra­ela). 3 lipca 2013 roku Sąd Okrę­gowy w Ka­li­szu umo­rzył sprawę o przy­własz­cze­nie na szkodę spółki Art-B po­nad sie­dem­dzie­się­ciu je­den mi­lio­nów zło­tych z po­wodu przedaw­nie­nia. Pan Gą­sio­row­ski, który od tego mo­mentu za­czął się po­ja­wiać w Pol­sce, wy­ra­ził ofi­cjal­nie żal z po­wodu orze­cze­nia, gdyż zo­stał w ten spo­sób po­zba­wiony moż­li­wo­ści udo­wod­nie­nia przed są­dem swo­jej nie­win­no­ści.

Po wyj­ściu z aresztu Bo­gu­sław Bag­sik zo­stał pre­ze­sem Za­kła­dów Fu­trzar­skich Knu­rów SA i pod­pi­sał kon­trakt z ar­mią pol­ską na do­stawę skó­rza­nych kur­tek dla pi­lo­tów. W 1999 roku wy­dał płytę 2B in Art, skła­da­jącą się z utwo­rów in­stru­men­tal­nych, które na­pi­sał ra­zem ze zna­jo­mymi mu­zy­kami (mię­dzy in­nymi Mi­ro­sła­wem Stęp­niem i Mar­ci­nem No­wa­kow­skim).

20 paź­dzier­nika 2000 ska­zano go na dzie­więć lat wię­zie­nia (za­li­cza­jąc na po­czet kary cztery i pół roku po­bytu w aresz­cie), pięć ty­sięcy zło­tych grzywny oraz pię­cio­letni za­kaz peł­nie­nia sta­no­wisk w spół­kach. Obrońcy wnie­śli ape­la­cję, ale wy­rok zo­stał utrzy­many w mocy. 2 sierp­nia zgło­sił się ze szczo­teczką do zę­bów w aresz­cie na war­szaw­skim Słu­żewcu. Do od­sie­dze­nia po­zo­stało mu wów­czas nie­spełna cztery lata. Opu­ścił wię­zienną celę w maju 2004 na mocy wa­run­ko­wego przed­ter­mi­no­wego zwol­nie­nia za do­bre spra­wo­wa­nie, a okres próby, któ­remu zgod­nie z pra­wem pod­le­gał, mi­nął 24 lu­tego 2007 roku.

W in­nym pro­ce­sie w spra­wie Art-B, za­koń­czo­nym w 1995 roku, czte­rech urzęd­ni­ków ban­ko­wych ska­zano na kary wię­zie­nia od dwóch i pół do czte­rech lat. Wszyst­kim za­rzu­cano ka­ralną nie­go­spo­dar­ność, a jed­nemu do­dat­kowo wzię­cie ła­pówki. Unie­win­niono na­to­miast Grze­go­rza Wój­to­wi­cza, by­łego pre­zesa NBP. (W związku z aferą Art-B i ujaw­nie­niem tzw. oscy­la­tora był ob­wi­niony o za­nie­dba­nia w nad­zo­rze nad ban­kami, co do­pro­wa­dziło do żą­dań jego od­wo­ła­nia ze sta­no­wi­ska pre­zesa NBP. Po­nie­waż ów­cze­sny stan prawny nie prze­wi­dy­wał ta­kiej moż­li­wo­ści, mar­sza­łek Sejmu Mi­ko­łaj Ko­za­kie­wicz we­zwał Wój­to­wi­cza do po­wstrzy­ma­nia się od peł­nie­nia obo­wiąz­ków, czemu ten po­słusz­nie się pod­po­rząd­ko­wał. Po no­we­li­za­cji prze­pi­sów do­ty­czą­cych NBP zo­stał od­wo­łany ze sta­no­wi­ska. W związku z za­rzu­tami za­trzy­mano go, a na­stęp­nie spę­dził kilka mie­sięcy w aresz­cie tym­cza­so­wym).

Od­zy­skaw­szy wol­ność, Bag­sik zwią­zał się z prze­pro­wa­dza­jącą z nim wy­wiad dzien­ni­karką te­le­wi­zyj­nych Wia­do­mo­ści Martą Grzy­wacz. "Coś mię­dzy nami za­iskrzyło. Wie­dzia­łam, że będą nam to­wa­rzy­szyły spoj­rze­nia cie­kaw­skich i py­ta­nia, na które nie będę chciała od­po­wia­dać" - opo­wia­dała Marta Grzy­wacz w roz­mo­wie z "Na Żywo". Ich zwią­zek bu­dził wiel­kie emo­cje i me­dialne po­ru­sze­nie. Za ro­mans z "nie­wła­ściwą sobą" dzien­ni­karkę wy­rzu­cono z pracy. Byli ze sobą dwa lata, po­tem mu­sieli po­dzie­lić się ma­jąt­kiem oraz owo­cem tego związku w po­staci córki Soni.

A je­żeli już je­ste­śmy przy te­ma­cie wy­wia­dów, to w 2015 roku Bo­gu­sław Bag­sik wraz z An­drze­jem Gą­sio­row­skim wspól­nie po­wo­łali w Pol­sce Or­ga­ni­za­cję By­łych Ofi­ce­rów Wy­wiadu...

***

Naj­więk­sza gwiazda pol­skiego biz­nesu po­czątku lat 90. po­wró­ciła do gry w roku 2007, tym ra­zem jako pro­mo­tor pol­skiego mi­strza pię­ści, To­ma­sza Adamka. Skoń­czyło się na ko­lej­nej afe­rze, opóź­nie­niach w wy­pła­cie pie­nię­dzy dla bok­se­rów i in­nych uczest­ni­ków bok­ser­skiej gali oraz "prze­krę­ce­niu" na kil­ka­set ty­sięcy do­la­rów sa­mego Do­na­lda Kinga, słyn­nego ame­ry­kań­skiego pro­mo­tora boksu, sły­ną­cego do­tych­czas z ro­lo­wa­nia in­nych.

Don King, stary gang­ster z Cle­ve­land (uro­dzony 20 sierp­nia 1931 roku), to po­tęż­nej po­stury czarny męż­czy­zna w po­ły­sku­ją­cym gar­ni­tu­rze, z na­ta­pi­ro­wa­nymi si­wymi wło­sami, ob­wie­szony bi­żu­te­rią jak bo­żo­na­ro­dze­niowa cho­inka bomb­kami, z ol­brzy­mimi zło­tymi sy­gne­tami na pal­cach i wy­sa­dza­nym dia­men­tami zło­tym łań­cu­chem na szyi. W wy­po­wie­dziach pu­blicz­nych zda­rzało mu się czę­sto cy­to­wać kla­sy­ków, na przy­kład Szek­spira, cho­ciaż styl jego wy­po­wie­dzi ce­cho­wały za­wsze prze­sadna eks­pre­sja, na­gro­ma­dze­nie ba­ro­ko­wego słow­nic­twa i ję­zy­kowe lap­susy.

Za­nim zo­stał naj­więk­szym w Ame­ryce (obok Boba Aruma) or­ga­ni­za­to­rem walk bok­ser­skich, był w la­tach 1951-1966 trzy­dzie­sto­krot­nie aresz­to­wany za na­pa­ści, ha­zard i inne drobne prze­stęp­stwa. Jego oj­ciec, Cla­rence King, zgi­nął na sku­tek eks­plo­zji ko­tła w sta­lowni, w któ­rej pra­co­wał. Matka, Hat­tie King, pró­bo­wała utrzy­mać sied­mioro dzieci, sprze­da­jąc na ulicy wy­ra­biane przez sie­bie pasz­tety. Od osiem­na­stego roku ży­cia Don pro­wa­dził w ro­dzin­nym Cle­ve­land nie­le­galny ha­zard lo­te­ryjny. Za­ra­biał pięt­na­ście ty­sięcy dzien­nie, z czego od­pa­lał działkę miej­sco­wej ma­fii za ochronę. Skoń­czył szkołę śred­nią i miał nie­sa­mo­witą głowę do ma­te­ma­tyki. Szcze­gól­nie do do­da­wa­nia pie­nię­dzy.

W 1954 roku za­strze­lił czło­wieka, który pró­bo­wał okraść jego ka­syno. Ława Przy­się­głych uznała, że uczy­nił to w obro­nie wła­snej, mimo że King strze­lił ucie­ka­ją­cemu na­past­ni­kowi w plecy. Dwa­na­ście lat póź­niej sko­pał na śmierć swo­jego pra­cow­nika, Sama Gar­reta, który był mu wi­nien sześć­set do­la­rów. Pró­bo­wał unik­nąć oskar­że­nia, ofe­ru­jąc świad­kom pie­nią­dze za ze­zna­nia na jego ko­rzyść, a gdy to się nie udało - za­stra­sza­jąc ich. Gro­ziło mu "koło", czyli do­ży­wo­cie, ale sę­dzia zmie­nił kwa­li­fi­ka­cję czynu na nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci i King wy­krę­cił się za­le­d­wie czte­rema la­tami po­bytu za krat­kami. Nie mar­no­wał tam czasu. Zdo­był wielką wie­dzę praw­ni­czą, aby już ni­gdy wię­cej nie wpa­ko­wać się w po­do­bne ta­ra­paty.

Po wyj­ściu na wol­ność w roku 1971 za­jął się or­ga­ni­zo­wa­niem walk bok­ser­skich. Po­nie­waż nie miał o tym zie­lo­nego po­ję­cia, przy­brał so­bie wspól­nika, który na tym za­ję­ciu zjadł zęby, swo­jego imien­nika Dona El­bauma.

Roz­po­czął in­te­res z du­żym roz­ma­chem, or­ga­ni­zu­jąc w Cle­ve­land po­ka­zową walkę Mu­ham­mada Alego, z któ­rej część do­cho­dów prze­zna­czono na szpi­tal dla czar­nych dzieci. W roku 1974 na­mó­wił dyk­ta­tora Za­iru Sese Seko, vulgo Mo­butu, do wy­ło­że­nia dzie­się­ciu mi­lio­nów do­la­rów na zor­ga­ni­zo­wa­nie w Kin­sza­sie walki Geo­rge'a Fo­re­mana z Mu­ham­ma­dem Alim, która prze­szła do hi­sto­rii jako Rum­ble in the Jun­gle - Bi­ja­tyka w dżun­gli. Ugrun­to­wał swoją po­zy­cję wpły­wo­wego pro­mo­tora or­ga­ni­zu­jąc rok póź­niej trze­cią walkę Alego z Joem Fra­zie­rem w sto­licy Fi­li­pin, do któ­rej wy­pro­mo­wa­nia użył chwy­tli­wego ha­sła Thrilla In Ma­nila - Thril­ler w Ma­nili.

To był po­czą­tek jego wiel­kiej ka­riery. Przez pra­wie sie­dem­na­ście lat dzier­żył nie­malże mo­no­pol na or­ga­ni­zo­wa­nie po­je­dyn­ków o mi­strzo­stwo w wa­dze cięż­kiej. Miał w ręku wszyst­kich naj­lep­szych za­wod­ni­ków i udzie­lał praw wy­łącz­no­ści sta­cjom te­le­wi­zyj­nym. Z po­wo­dze­niem sto­so­wał za­sadę króla Ma­ce­do­nii Fi­lipa II: Di­vide et im­pera. Dziel i rządź. Pa­lił wiel­kie jak przed­ra­mię cy­gara i do celu zwykł był po­dą­żać per fas et ne­fas, wszel­kimi spo­so­bami. Zor­ga­ni­zo­wał po­nad pół ty­siąca po­je­dyn­ków o mi­strzo­stwo świata w róż­nych ka­te­go­riach, za­ra­bia­jąc przy tym mi­liony. Był pierw­szym czło­wie­kiem na świe­cie, który za­pew­nił bok­se­rowi gażę w wy­so­ko­ści dzie­się­ciu mi­lio­nów do­la­rów. Tym szczę­śliw­cem był Ray "Su­gar" Le­onard w walce z Ro­berto Du­ra­nem (Mont­real 1980).

Jest wła­ści­cie­lem bu­dynku z czer­wo­nej ce­gły przy 69th Street w No­wym Jorku, gdzie mie­ścił się jego spor­towy kon­cern Don King Sport Pro­mo­tion. - "Nikt nie płaci tak ja" - lubi się chwa­lić. Jest naj­lep­szym "sprze­dawcą" wśród bok­ser­skich pro­mo­to­rów. Jak nikt inny po­trafi oszo­ło­mić ki­bi­ców ko­lejną "walką stu­le­cia". Dzia­łał zresztą nie tylko w bok­sie czy na­wet spo­rcie, ale w ca­łym sze­roko ro­zu­mia­nym show-biz­ne­sie. Przez długi czas był na przy­kład me­ne­dże­rem gwiazdy popu Mi­cha­ela Jack­sona. W 1984 roku zor­ga­ni­zo­wał trasę ob­jaz­dową pię­ciorga Jack­so­nów, która przy­nio­sła po­nad sto pięć­dzie­siąt mi­lio­nów do­la­rów do­chodu. King był wi­nien urzę­dowi po­dat­ko­wemu ja­kieś wiel­kie pie­nią­dze, ale tak po­kom­bi­no­wał, że za­ro­bili Jack­so­no­wie i on sam.

Don zgro­ma­dził po­tężną ko­lek­cję cho­rą­gie­wek i za­wsze wy­ma­chi­wał nimi na kon­fe­ren­cjach pra­so­wych pro­mo­wa­nych przez sie­bie spor­tow­ców, albo na ringu, przed roz­po­czę­ciem po­je­dyn­ków. Gdy wal­czył Ame­ry­ka­nin, King ma­chał ame­ry­kań­ską flagą, gdy miał się bić Hisz­pan - hisz­pań­ską, a gdy Po­lak (An­drzej Go­łota) - pol­ską.

Od sa­mego po­czątku swej ka­riery pię­ściar­skiego me­ne­dżera i pro­mo­tora był nie­ustan­nie po­zy­wany przez swo­ich pod­opiecz­nych przed ob­li­cze sądu, naj­czę­ściej z po­wodu nie­rze­tel­nych roz­li­czeń fi­nan­so­wych. Gdy ja­cyś za­wod­nicy koń­czyli z nim współ­pracę, pra­wie za­wsze to­wa­rzy­szyła temu at­mos­fera skan­dalu. Na­rze­kali prze­waż­nie, ze King ich "prze­krę­cił", ale nie­wielu z nich de­cy­do­wało się pójść do sądu.

"On za­mor­do­wałby swoją matkę za do­lara" - pod­su­mo­wał swoje gorz­kie do­świad­cze­nia z pro­mo­to­rem Mike Ty­son. "Don to wstrętny, ośli­zgły skur­wy­syn. Miał być moim czar­nym bra­tem, a oka­zał się po pro­stu złym czło­wie­kiem. Miał mnie uczyć, a za­le­żało mu tylko na pie­nią­dzach. Był bar­dzo chciwy. My­śla­łem, że po­ra­dzę so­bie z kimś ta­kim jak King, ale on mnie prze­chy­trzył. Pod tym wzglę­dem nie do­ra­sta­łem mu do pięt. [...]. Don za­wsze bre­dził o tym, że białe skur­wiele do ni­czego się nie na­dają i że ich ce­lem jest za­bi­cie nas wszyst­kich. W pew­nym mo­men­cie za­czą­łem wie­rzyć w nie­które z tych głu­pot. Gra­łem w jego grę. King zu­peł­nie roz­re­gu­lo­wał mój ba­ro­metr. Wy­star­czyło po­pa­trzeć na jego fry­zurę, na jego nie­wy­pa­rzoną gębę i eks­tra­wa­ganc­kie mu­rzyń­skie ciu­chy, żeby zro­zu­mieć, że to pie­prz­nięty ko­leś".

W są­dzie skoń­czyła się mię­dzy in­nymi współ­praca Dona Kinga z Mu­ham­ma­dem Alim, który w 1980 roku po­zwał pro­mo­tora o mi­lion do­la­rów. Osta­tecz­nie uzy­skał za­le­d­wie kil­ka­na­ście ty­sięcy. Na po­czątku lat 90. to­wa­rzy­stwo ubez­pie­cze­niowe Lloyd's oskar­żyło Dona o wy­łu­dze­nie pie­nię­dzy na walkę, która się nie od­była. King zo­stał unie­win­niony, a nie­długo po­tem opła­cił ca­łej ła­wie przy­się­głych luk­su­sową wy­cieczkę. W 1992 roku se­na­cka ko­mi­sja ba­da­jąca kon­takty aresz­to­wa­nego gang­stera Johna Got­tiego ze świa­tem po­li­tyki i biz­nesu spraw­dzała, czy in­te­re­sów z nim nie pro­wa­dził także Don King. Pro­mo­tor na­zwał tego ro­dzaju po­dej­rze­nia "ra­si­stow­skimi" i jak zwy­kle wy­krę­cił się sia­nem.

Wie­lo­krot­nie oskar­żany o nie­pła­ce­nie po­dat­ków i różne fi­nan­sowe mal­wer­sa­cje, cią­gle utrzy­my­wał się na szczy­cie pię­ściar­skiego biz­nesu. Wy­gry­wał bez wy­jątku wszyst­kie wy­to­czone prze­ciwko niemu pro­cesy, i to za­równo cy­wilne, jak i karne. Ry­zy­ko­wał czę­sto wiele, ale za­wsze wy­cho­dził cało z ta­ra­pa­tów, które po­ło­ży­łyby każ­dego in­nego. Boks jest je­dyną dżun­glą, w któ­rej lew boi się szczura.

"Prze­ry­so­wać" Kinga (i paru in­nych lu­dzi - przy oka­zji) zdo­łał tylko je­den czło­wiek na świe­cie - Bo­gu­sław Bag­sik. Wła­śnie w 2007 roku, pod­czas or­ga­ni­zo­wa­nia w ka­to­wic­kim "Spodku" po­je­dynku An­drzeja Go­łoty z To­ma­szem Adam­kiem.

"- Twier­dził pan, że Bo­gu­sław Bag­sik winny jest panu ja­kieś pie­nią­dze. Na­prawdę?" - py­tał Ame­ry­ka­nina dzien­ni­karz "Su­per Expressu".

"- Tak - od­po­wie­dział King. - Nie roz­li­czył się ze mną po ostat­niej gali, którą współ­or­ga­ni­zo­wa­li­śmy w ka­to­wic­kim Spodku 9 czerwca.

- Ile kon­kret­nie jest winny?

- Sporo, ale nie będę po­da­wał do­kład­nej sumy. [Cho­dziło o sie­dem­set ty­sięcy do­la­rów -przyp. aut.].

- Mniej czy wię­cej niż mi­lion?

- Do­ce­niam twój dzien­ni­kar­ski upór w wy­cią­ga­niu ode mnie tej in­for­ma­cji. Na­pisz więc, że daję Bag­si­kowi szansę i czas, by od­dał mi pie­nią­dze. Wiem, że opo­wia­da­jąc to, kom­pro­mi­tuję go w Pol­sce. To przy­kre i wcale nie mia­łem ta­kiego za­miaru, ale nie­stety taka jest prawda. Szkoda, że tak za­koń­czyła się na­sza współ­praca, gdyż zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy wspa­niałe bok­ser­skie wi­do­wi­sko".

W dal­szej czę­ści roz­mowy dzien­ni­karz in­da­go­wał Kinga, za co Bag­sik jest mu dłużny pie­nią­dze. Pro­mo­tor wy­ja­śnił, że za or­ga­ni­za­cję gali. Stwier­dził też, że on sam wy­peł­nił wszel­kie zo­bo­wią­za­nia fi­nan­sowe wo­bec pię­ścia­rzy, cho­ciaż Po­lak nie od­dał mu na­wet jed­nego gro­sza. "Ale mam na­dzieję, że mi za­płaci" - do­dał opty­mi­stycz­nie. "Czy mu wie­rzę - za­sta­no­wił się - Pro­sił, że­bym dał mu szansę, więc da­łem". Py­tany, czy w tej sy­tu­acji ma za­miar zor­ga­ni­zo­wać w Pol­sce ko­lejne gale, od­po­wie­dział: "Pol­ska to je­den ze wspa­nial­szych kra­jów na świe­cie i mam na­dzieję, że kie­dyś tam wrócę. Chciał­bym pro­mo­wać Pol­skę w świe­cie, bo na to za­słu­guje. Ale po­cze­kajmy. Niech Bag­sik naj­pierw odda mi pie­nią­dze"

***

Ber­nard Law­rence Ma­doff (ur. 29 kwiet­nia 1938 w No­wym Jorku, zm. 14 kwiet­nia 2021 w But­ner) był ame­ry­kań­skim fi­nan­si­stą ży­dow­skiego po­cho­dze­nia, który 11 grud­nia 2008 zo­stał aresz­to­wany przez FBI, a 29 czerwca 2009 ska­zany na 150 lat wię­zie­nia za stwo­rze­nie pi­ra­midy fi­nan­so­wej, w któ­rej po­szko­do­wa­nych zo­stało ok. 13,5 ty­siąca in­dy­wi­du­al­nych in­we­sto­rów i or­ga­ni­za­cji. Łączne straty oszu­ka­nych są róż­nie sza­co­wane - po­cząt­kowo są­dzono, że to na­wet 65 mi­liar­dów do­la­rów, lecz z bie­giem czasu te sza­cunki znacz­nie zma­lały. Pierw­szymi klien­tami byli bo­gaci Ame­ry­ka­nie ży­dow­skiego po­cho­dze­nia na­le­żący do eli­tar­nego klubu gol­fo­wego Palm Be­ach, któ­rego Ber­nard był pro­mi­nent­nym człon­kiem. Stop­niowo do­łą­czali ko­lejni in­we­sto­rzy. Wielu było zwią­za­nych z prze­my­słem fil­mo­wym, jak ak­to­rzy Ke­vin Ba­con i jego żona Kyra Sed­gwick, John Mal­ko­vich, Zsa Zsa Ga­bor. Swoje pie­nią­dze po­wie­rzały Ma­dof­fowi gwiazdy sportu (np. ba­se­bal­li­sta Sandy Ko­ufax), po­li­tyki (se­na­tor Frank Lau­ten­berg) i mu­zyki pop. In­we­sto­wały eli­tarne wyż­sze uczel­nie i fun­da­cje cha­ry­ta­tywne. Wśród ofiar zna­la­zło się wielu wy­bit­nych Ży­dów z dia­spory, łącz­nie z lau­re­atem Na­grody No­bla Eliem Wie­slem, re­ży­se­rem Ste­ve­nem Spiel­ber­giem i ma­gna­tem nie­ru­cho­mo­ści Mor­ti­me­rem Zuc­ker­ma­nem. Co naj­dziw­niej­sze, wśród in­we­sto­rów fun­du­szu Ber­narda Ma­doffa zna­la­zło się wiele sza­cow­nych ban­ków i wy­spe­cja­li­zo­wa­nych in­sty­tu­cji fi­nan­so­wych. Naj­dziw­niej­sze, bo za­trud­niani przez nie fa­chowcy po­winni znacz­nie wcze­śniej zo­rien­to­wać się, że są po pro­stu na­bi­jani w bu­telkę. Fun­dusz miał cha­rak­ter eli­tarny, a przy­stą­pić można było do niego, wy­łącz­nie ma­jąc od­po­wied­nią re­ko­men­da­cję. Mi­ni­malna kwota in­we­sty­cji wy­no­siła 10 mi­lio­nów do­la­rów.

Pol­skim Ma­dof­fem na­zy­wano do­tąd w me­diach przede wszyst­kim Mar­cina Plichtę - wła­ści­ciela Am­ber Gold. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak chyba naj­więk­sze prawo do tego miana - choć oczy­wi­ście przy­zna­nego ze spo­rym przy­mru­że­niem oka - przy­słu­guje Bo­gu­sła­wowi Bag­si­kowi, współ­kie­ru­ją­cemu w la­tach 2005-2007 pi­ra­midą fi­nan­sową znaną jako Di­git Se­rve Ltd.

Di­git Se­rvice miał być dla in­we­sto­rów sy­no­ni­mem zło­tego in­te­resu i wiel­kiej forsy, a stał się ko­lej­nym oszu­stwem. Pół­to­rej setki osób, ma­mio­nych wi­zją kro­cio­wych zy­sków z rynku kon­trak­tów wa­lu­to­wych (tzw. fo­rex), zo­stało wy­strych­nię­tych na dudka i stra­ciło w su­mie bli­sko czter­dzie­ści mi­lio­nów zło­tych.

My­ślały, że pod­pi­sują umowę z bry­tyj­ską firmą, któ­rej uczci­wość miała za­bez­pie­czać współ­praca z jed­nym z naj­więk­szych pol­skich ban­ków - BRE. Umowa gwa­ran­to­wała zwrot ca­łego za­in­we­sto­wa­nego ka­pi­tału w każ­dej chwili i za­pew­niała, że Di­git Se­rvice działa pod kon­trolą Ko­mi­sji Nad­zoru Fi­nan­so­wego, zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi prze­pi­sami.

Za­warte z Di­git Se­rvice umowy obie­cy­wały klien­tom co­ty­go­dniową wy­płatę - je­den pro­cent zy­sku, co daje pięć­dzie­siąt dwa pro­cent rocz­nie. Po­cząt­kowo do­trzy­my­wano zo­bo­wią­zań. Jed­nak od po­łowy 2007 roku więk­szość klien­tów nie otrzy­mała obie­ca­nych pie­nię­dzy. W za­mian wy­sy­łano do nich ko­lejne pi­sma tłu­ma­czące zwłokę w wy­pła­tach i po­da­jące wciąż nowe ter­miny spłaty. Więk­szość z tych pism pod­pi­sał... Bo­gu­sław Bag­sik.

Wła­ści­cie­lem Di­git Se­rvice była szwaj­car­ska firma CENG. Jej pre­zes Sła­wo­mir Kempa (oby­wa­tel szwaj­car­ski, ko­ja­rzony z Pe­te­rem Vo­glem, ban­kie­rem szwaj­car­skim pol­skiego po­cho­dze­nia, oskar­żo­nym przez Marka Do­chnala o po­moc w pra­niu brud­nych pie­nię­dzy po­cho­dzą­cych z ła­pó­wek), za­pew­nił, że Bo­gu­sław Bag­sik je­dy­nie "do­ra­dza przy róż­nych spra­wach". Na wi­zy­tówce, którą po­słu­gi­wał się były szef Art-B, fi­gu­ro­wał jed­nak jako pre­zes CENG. Od sierp­nia 2005 roku do wrze­śnia 2006 roku ofi­cjal­nym sze­fem tej firmy był Meir Bar, Izra­el­czyk, który - zda­niem wciąż ści­ga­ją­cej go li­stem goń­czym pro­ku­ra­tury - był ukry­tym wspól­ni­kiem Art-B. Za­pewne zu­peł­nym przy­pad­kiem rów­nież, sze­fem CENG Pol­ska był je­den z by­łych dy­rek­to­rów Art-B, Ma­ciej Gło­wiń­ski.

Przy oka­zji słów kilka o Pe­te­rze Vo­glu, po­staci kie­dyś gło­śnej, a dziś już nieco za­po­mnia­nej. Pe­ter Vo­gel, uro­dzony jako Piotr Fi­lip­czyń­ski w 1954 roku w War­sza­wie, zo­stał ska­zany w 1971 roku na dwa­dzie­ścia pięć lat wię­zie­nia za za­mor­do­wa­nie ko­biety na tle ra­bun­ko­wym. Rada Pań­stwa zła­go­dziła mu wy­rok do pięt­na­stu lat, ale w 1979 roku wy­szedł na wol­ność (prze­rwa w od­by­wa­niu kary). Przy­czy­nił się do tego jego oj­ciec, TW "Ta­de­usz" - Ta­de­usz Fi­lip­czyń­ski, pro­mi­nentny dy­plo­mata w PRL. W roku 1983 (jesz­cze w cza­sie stanu wo­jen­nego!) Piotr otrzy­mał pasz­port i wy­je­chał z Pol­ski. Od 1987 roku był po­szu­ki­wany li­stem goń­czym. Mimo to (już jako Pe­ter Vo­gel) w dru­giej po­ło­wie lat 90. prze­by­wał w Pol­sce, bę­dąc czę­stym go­ściem Sejmu RP. Aresz­to­wany w Szwaj­ca­rii w roku 1998, zo­stał prze­ka­zany do Pol­ski. W 1999 roku zo­stał uła­ska­wiony w try­bie nad­zwy­czaj­nym przez pre­zy­denta RP Alek­san­dra Kwa­śniew­skiego. Pan pre­zy­dent tłu­ma­czył się po­tem, że do­piero po fak­cie do­wie­dział się o czy­nach Fi­lip­czyń­skiego, a uła­ska­wił go tylko dla­tego, że jego na­zwi­sko zna­la­zło się na li­ście ów­cze­snej pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­nej Hanny Su­choc­kiej.

A główny bo­ha­ter tego opo­wia­da­nia za­pew­nił uro­czy­ście, że nie jest winny ni­czemu i że sam stra­cił na in­te­re­sie po­nad trzy i pół mi­liona zło­tych. 19 li­sto­pada 2007 roku w Dą­bro­wie Gór­ni­czej Bag­sik oso­bi­ście uspo­ka­jał bli­sko trzy­dzie­stu po­krzyw­dzo­nych oby­wa­teli, po­da­jąc ko­lejny "osta­teczny" ter­min wy­płaty pie­nię­dzy, które miano uzy­skać ze sprze­daży nie­ru­cho­mo­ści. Na spo­tka­niu tym pe­wien oto­czony ochro­nia­rzami klient o groź­nym wy­glą­dzie obie­cał mu so­len­nie:

- Je­śli kasa nie spły­nie w obie­ca­nym ter­mi­nie, bę­dzie to twoja ostat­nia trans­ak­cja w ży­ciu.

We­dług pro­ku­ra­tury oskar­żeni w la­tach 2005-2007 oszu­kali około 170 osób, które za­in­we­sto­wały łącz­nie po­nad 33,5 mi­liona zło­tych. W paź­dzier­niku 2019 roku wy­ro­kiem War­szaw­skiego Sądu Okrę­go­wego Bag­sik zo­stał ska­zany na karę sze­ściu lat wię­zie­nia i grzywnę 100 ty­sięcy zło­tych oraz zo­bo­wią­zany do "na­pra­wie­nia szkody uczy­nio­nej prze­stęp­stwem po­przez zwró­ce­nie po­krzyw­dzo­nym po­bra­nych kwot pie­nię­dzy". (Pro­ces w tej spra­wie roz­po­czął się na po­czątku wrze­śnia 2017 roku). Wspól­nik Bag­sika, Ma­ciej Gło­wiń­ski, do­stał rok w za­wie­sze­niu na trzy lata. "Do­szło do zbu­do­wa­nia pi­ra­midy fi­nan­so­wej. Lu­dziom obie­cano ko­lo­salny zwrot ka­pi­tału. Na­zywa się to oszu­stwem" - po­wie­dział w uza­sad­nie­niu wy­roku sę­dzia Ma­riusz Iwaszko.

Jak ujaw­nił 19 czerwca 2009 roku dzien­nik "Rzecz­po­spo­lita", Bag­sik miał zle­cić za­bój­stwo dzien­ni­ka­rza sta­cji TVN zbie­ra­ją­cego ma­te­riały do­ty­czące spółki Di­git Se­rvice.

"Po­wo­dem miał być wy­emi­to­wany w lu­tym ma­te­riał ujaw­nia­jący rolę by­łego szefa Art-B w afe­rze zwią­za­nej z bry­tyj­ska firmą Di­git Se­rve, która oszu­kała 130 osób na pra­wie 40 mln zł. Dzien­ni­karz TVN sam za­wia­do­mił or­gany ści­ga­nia. Skąd wie­dział, że wy­dano na niego zle­ce­nie? Z in­for­ma­cji ga­zety wy­nika, że do re­por­tera do­tarł męż­czy­zna, który twier­dził, iż zo­stał wy­na­jęty przez Bag­sika, by go zli­kwi­do­wać".

Jak do­wie­działa się "Rzecz­po­spo­lita", pod­czas pro­wa­dzo­nego śledz­twa in­for­ma­cje o rze­ko­mym zle­ce­niu wy­da­nym przez Bag­sika po­twier­dził nie­jaki Ma­rek S., były pra­cow­nik Art.-B. "Sły­sza­łem, że miał pro­po­no­wać jed­nemu czło­wie­kowi 50 tys. euro za zli­kwi­do­wa­nie dzien­ni­ka­rza. Gdyby tego nie zro­bił, prze­chwa­lał się, że przy­jadą chło­paki z Mos­sadu i sami za­ła­twią sprawę" - po­wie­dział. Sam Bag­sik na­to­miast uciął krótko dal­sze in­da­ga­cje dzien­ni­ka­rza "Rzepy" w tej ma­te­rii: "Nie ko­men­tuję sprawy".

Na­dal nie wy­ja­śniono wielu wąt­ków po­li­tycz­nych to­wa­rzy­szą­cych spra­wie Art-B. Spółka po­wstała w okre­sie przej­ścio­wym, mię­dzy jed­nym a dru­gim sys­te­mem ustro­jo­wym. Bag­sik i Gą­sio­row­ski do­brze orien­to­wali się w ów­cze­snych ukła­dach. W fir­mie za­trud­niali by­łych wy­so­kich dzia­ła­czy PZPR, ale utrzy­my­wali też kon­takty z ludźmi no­wej wła­dzy. Do grona ich bli­skich współ­pra­cow­ni­ków na­le­żeli mię­dzy in­nymi Je­rzy Dzie­wul­ski (wtedy szef ochrony spółki, po­tem po­seł SLD) i Ma­rek Si­wiec (wtedy re­dak­tor na­czelny ty­go­dnika wy­da­wa­nego przez Art-B, po­tem szef pre­zy­denc­kiego Biura Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­wego). Krą­żyła wer­sja, że Bag­sik i Gą­sio­row­ski ucie­kli z Pol­ski dzięki Ma­cie­jowi Za­lew­skiemu, ów­cze­snemu sze­fowi Biura Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­wego, współ­pra­cow­ni­kowi pre­zy­denta Le­cha Wa­łęsy. Sam Bag­sik po­twier­dzał póź­niej tę in­for­ma­cję. Sąd unie­win­nił jed­nak Za­lew­skiego od za­rzu­tów.

***

Do dziś nie wy­ja­śniono rów­nież, czy i ewen­tu­al­nie jaką rolę Bo­gu­sław Bag­sik ode­grał w śmierci Ire­ne­usza Se­kuły...

Ostat­nie mie­siące ży­cia Se­kuły były jed­nym wiel­kim cha­osem. Jesz­cze w 1994 roku prze­szedł wy­lew. Choć ro­dzina sys­te­ma­tycz­nie wo­ziła go na wi­zyty do Anina - był pod stałą opieką neu­ro­loga i neu­ro­chi­rurga - jego stan się po­gar­szał. Miał pro­blemy z mową, pro­ste czyn­no­ści ma­nu­alne spra­wiały mu kło­pot. Za­wo­dziła ko­or­dy­na­cja ru­chów - dla­tego pi­sał pra­wie wy­łącz­nie na kom­pu­te­rze. Gdy cho­roba się na­si­lała, po­pa­dał w głę­boką de­pre­sję. Kie­dyś du­sza to­wa­rzy­stwa, te­raz z tru­dem mógł się w nim od­na­leźć. Duża część daw­nych ko­le­gów uni­kała go, bo ko­ja­rzył się z kło­po­tami.

Przy­ja­ciele Se­kuły wspo­mi­nali o dłu­gach i roz­pacz­li­wej sy­tu­acji fi­nan­so­wej, która zmu­szała go do co­raz gwał­tow­niej­szego szu­ka­nia pie­nię­dzy. Bro­ni­sław K., do­radca Se­kuły w GUC, ze­znał, że 1 lu­tego Se­kuła "we­zwał go w try­bie alar­mi­stycz­nym" na spo­tka­nie w war­szaw­skiej re­stau­ra­cji "Baszta". Na kartce po­dał mu wy­pi­sany wcze­śniej tekst: "Po­móż mi zdo­być 50 tys. USD do 8 lu­tego. Je­śli nie od­dam, to mnie za­strzelą". Kartkę na­tych­miast po­darł. K. naj­pierw z tego kpił, po­tem po­ra­dził, by Se­kuła po­szedł na po­li­cję. Za­su­ge­ro­wał rów­nież po­życzkę pod hi­po­tekę. Na żadne z tych roz­wią­zań za­in­te­re­so­wany nie przy­stał. Spo­tka­nie się za­koń­czyło.

Z ze­bra­nych re­la­cji wy­nika, że Se­kuła zwra­cał się ko­lejno do wielu za­przy­jaź­nio­nych biz­nes­me­nów.

- Obie­cy­wali, ka­zali mu się sta­wiać o okre­ślo­nej go­dzi­nie, a gdy on sta­wał pod głów­nymi drzwiami, oni wy­cho­dzili bocz­nymi.

W nocy z 22 na 23 marca jego żona i córka zna­la­zły go nie­przy­tom­nego w biu­rze przy ulicy Brac­kiej w War­sza­wie. We­dług usta­leń po­li­cji było to sa­mo­bój­stwo, Po­do­bno strze­lił so­bie trzy razy w brzuch, z czego dwa razy cel­nie... W cięż­kim sta­nie zo­stał prze­wie­ziony do szpi­tala MON na ulicę Sza­se­rów, gdzie zmarł 29 kwiet­nia, nie od­zy­skaw­szy przy­tom­no­ści.

Świa­dek ko­ronny w pro­ce­sie Ry­szarda Bo­guc­kiego i Mi­ro­sława Da­nie­laka pseu­do­nim "Ma­li­zna", Piotr W., ze­znał po la­tach, iż o oko­licz­no­ściach śmierci Se­kuły miał usły­szeć w ka­to­wic­kim aresz­cie od Bo­guc­kiego:

"Ma­li­zna" z sy­nem po­szli do Se­kuły, aby od­zy­skać pie­nią­dze, które ten był winny "Per­shin­gowi". Za­częli stra­szyć Se­kułę, że za po­śred­nic­twem dzien­ni­ka­rzy ujaw­nią jego związki z gang­ste­rem. Wy­wią­zała się ja­kaś awan­tura, w cza­sie któ­rej Se­kuła wy­jął swoją broń. Wy­rwali ją Se­kule i od­dali z niej trzy strzały w brzuch i klatkę pier­siową".

Ze­zna­nia po­dob­nej tre­ści zło­żył inny świa­dek ko­ronny, Ja­ro­sław So­ko­łow­ski, ksywa "Masa":

"Se­kuła był winny Bo­gu­sła­wowi Bag­si­kowi mi­lion do­la­rów jesz­cze z po­czątku lat 90. W wy­eg­ze­kwo­wa­nie długu za­an­ga­żo­wał się "Per­shing" ro­biący wcze­śniej in­te­resy z Se­kułą. Gdy zgi­nął w 1999 roku, dług prze­jęli Mi­ro­sław Da­nie­lak "Ma­li­zna" i jego syn. [...] Wy­zna­czyli Se­kule bar­dzo krótki ter­min zwrotu długu i w ostat­nim ty­go­dniu ży­cia Se­kuła pró­bo­wał od róż­nych osób gwał­tow­nie po­ży­czać pie­nią­dze. Zna­jąc ich me­tody dzia­ła­nia, mogę przy­pusz­czać, że wy­wie­rali duży na­cisk na Se­kułę".

We­dług re­la­cji "Masy", przez wiele lat ma­fia prusz­kow­ska utrzy­my­wała bli­skie po­wią­za­nia z czę­ścią po­li­ty­ków zwią­za­nych z SLD, czer­piąc z tego re­alne ko­rzy­ści. Po­cząt­kowo do­ty­czyło to biz­nesu zwią­za­nego z au­to­ma­tami do gier, póź­niej zaś roz­wi­nęło się w kie­runku wie­lo­mi­lio­no­wych po­ży­czek. Klu­czową po­sta­cią w tym pro­ce­de­rze był Bo­gu­sław Bag­sik, który dzia­łał jako swo­isty po­śred­nik fi­nan­sowy grupy prze­stęp­czej. To wła­śnie do niego po pie­nią­dze zgła­szali się mię­dzy in­nymi po­seł Je­rzy Dzie­wul­ski oraz Ire­ne­usz Se­kuła, peł­niący funk­cję wi­ce­pre­miera w rzą­dzie Mie­czy­sława Ra­kow­skiego.

Środki, które Bag­sik prze­ka­zy­wał po­li­ty­kom, w du­żej mie­rze po­cho­dziły od jego zna­jo­mego, zna­nego gang­stera An­drzeja Ko­li­kow­skiego, pseu­do­nim "Per­shing". Rolę łącz­nika po­mię­dzy ma­fią a świa­tem po­li­tyki peł­nili także inni lu­dzie - np. Woj­ciech P., który w po­ło­wie lat 90. był brany pod uwagę jako kan­dy­dat na mi­ni­stra bu­dow­nic­twa, oraz biz­nes­men Da­riusz W., od­po­wie­dzialny za kon­takty ma­fii z biz­ne­sem i po­li­ty­kami.

Pro­ku­ra­tura, mimo że po­ja­wiały się wy­raźne tropy wska­zu­jące na udział osób z ży­cia po­li­tycz­nego, miała kon­cen­tro­wać się wy­łącz­nie na aspek­tach kry­mi­nal­nych, cał­ko­wi­cie po­mi­ja­jąc po­li­tyczne po­wią­za­nia sprawy. Ze­zna­jący w tej spra­wie świa­dek pod­kre­ślał, że śled­czy uni­kali za­da­wa­nia py­tań do­ty­czą­cych kon­tak­tów ma­fii z po­li­ty­kami - wręcz bali się wcho­dzić w ten ob­szar.

"Per­shing" miał też ujaw­nić, że w jego rę­kach znaj­do­wała się li­sta przed­się­bior­ców za­dłu­żo­nych wo­bec Bag­sika, któ­rych zo­bo­wią­za­nia za­mie­rzał wy­eg­ze­kwo­wać. Zgod­nie z jego re­la­cją, nie­któ­rych dłuż­ni­ków nie dało się już do­się­gnąć - przy­kła­dem był Je­rzy Dzie­wul­ski, który miał za­le­gać na kwotę mi­liona do­la­rów i ofi­cjal­nie przy­znał się do długu. Wśród in­nych wy­mie­nia­nych osób znaj­do­wali się Ire­ne­usz Se­kuła, wła­ści­ciel re­stau­ra­cji Bil­bao, a także se­na­tor Alek­san­der Gaw­ro­nik.

Je­rzy Dzie­wul­ski o świadku ko­ron­nym Ja­ro­sła­wie So­ko­łow­skim mówi krótko: "To śmieć. Gdy­bym go spo­tkał, udu­sił­bym skur­wy­syna go­łymi rę­kami". Wię­cej Dzie­wul­ski mówi o swo­jej przy­jaźni z Bo­gu­sła­wem Bag­si­kiem: "Nie wy­pie­ram się tej zna­jo­mo­ści - to mój do­bry ko­lega. Tak samo jak nie wy­pie­ram się, że po­ży­czy­łem od niego kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy do­la­rów. Wą­tek ten spraw­dzano w pro­ku­ra­tu­rze, gdzie usta­lono, że od­da­łem Bag­si­kowi całą sumę, co do gro­sza".

Jesz­cze inny świa­dek opo­wia­dał, że dług wo­bec Bag­sika miał wy­no­sić dwa mi­liony do­la­rów, co Se­kuła po­twier­dził po­do­bno pod­pi­sa­nym we­kslem. Prze­słu­chi­wany w spra­wie Bag­sik stwier­dził, że Se­kuła po­ży­czał od niego pie­nią­dze, ale znacz­nie mniej­szą sumę, wiele lat wcze­śniej, i od­dał w ca­ło­ści.

Za­trzy­mani przez po­li­cję człon­ko­wie gangu wła­my­wa­czy, tak zwani Ka­ra­tecy, ujaw­nili dal­sze, nie­znane do­tąd szcze­góły stanu fi­nan­sów Ire­ne­usza Se­kuły. Kilka lat wcze­śniej, zło­dzieje okra­dli dom na­le­żący do Wie­sława Pe­ciaka, pseu­do­nim "Wi­cek". W jego sej­fie od­na­leźli po­do­bno do­ku­men­ta­cję po­twier­dza­jącą wie­rzy­tel­no­ści spółki Art-B oraz peł­no­moc­nic­twa umoż­li­wia­jące ich win­dy­ka­cję. Wśród nich znaj­do­wały się rów­nież do­ku­menty ob­cią­ża­jące Se­kułę, a opie­wa­jące na kwoty rzędu mi­liona do­la­rów. We­dług nie­for­mal­nych usta­leń swój dług wo­bec Bo­gu­sława Bag­sika były pre­zes "Po­lnip­ponu" spła­cił naj­praw­do­po­dob­niej wspo­mnia­nym wy­żej miesz­ka­niem w Alei Róż w War­sza­wie.

Wzno­wione w 2007 roku śledz­two nie do­star­czyło nie­zbi­tych do­wo­dów na to, aby Ire­ne­uszowi Se­kule ktoś po­mógł prze­nieść się na tam­ten świat. Z akt pierw­szego śledz­twa w spra­wie jego śmierci zgi­nęły jed­nak ważne do­wody, mię­dzy in­nymi zdję­cia ran, dzięki któ­rym można by od­two­rzyć, w jaki spo­sób Se­kuła zo­stał po­strze­lony. W ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach znik­nęła też za­war­tość sejfu by­łego szefa GUC. Wia­domo, że Se­kuła trzy­mał w nim ważne do­ku­menty do­ty­czące swo­ich in­te­re­sów. Uwa­żano, że za­war­tość sejfu może wy­wo­łać po­li­tyczno-biz­ne­sowe trzę­sie­nie ziemi. Pro­wa­dzący pierw­sze śledz­two pro­ku­ra­to­rzy nie za­in­te­re­so­wali się tym zu­peł­nie. Sejf roz­pruto do­piero sie­dem mie­sięcy po śmierci Se­kuły. Oka­zało się wtedy, że jest pu­sty. Znik­nęły wszyst­kie ważne pa­piery.

Pro­ku­ra­tura nie zle­ciła rów­nież ba­dań śla­dów ze­bra­nych w biu­rze firmy "Pro­de­xim", gdzie zna­le­ziono ran­nego Ire­ne­usza Se­kułę, ani nie wi­działa ko­niecz­no­ści zba­da­nia za­war­to­ści jego kom­pu­tera. Wy­gląda na to, iż ko­muś bar­dzo za­leży na tym, by ta­jem­nica śmierci by­łego szefa GUC już na za­wsze po­zo­stała ta­jem­nicą.

Nie ma żad­nych in­for­ma­cji na te­mat tego, co po­ra­bia obec­nie pan Bag­sik. Znik­nął z ży­cia pu­blicz­nego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki