Przedmowa
Rzymscy cesarze wciąż nam towarzyszą. Minęły prawie dwa tysiące lat,
odkąd prastary Rzym przestał być stolicą imperium, ale nawet dziś -
przynajmniej na Zachodzie - niemal każdy rozpoznaje imię, a czasem nawet
wygląd Juliusza Cezara albo Nerona. Ich twarze patrzą na nas nie tylko z muzealnych gablot czy ścian galerii; pojawiają się w filmach, reklamach
i karykaturach prasowych. Satyrykowi potrzeba niewiele (wieńca
laurowego, togi, liry i paru płomieni w tle), aby przeistoczyć
współczesnego polityka w "Nerona muzykującego podczas pożaru Rzymu", i większość z nas rozumie, w czym rzecz. Przez ostatnie pięćset lat owi
władcy - oraz niektóre z ich żon, matek i dzieci - byli odtwarzani
niezliczoną liczbę razy na obrazach i gobelinach, w srebrze i ceramice,
w marmurze i brązie. Podejrzewam, że przed erą mechanicznej reprodukcji
w zachodniej sztuce pojawiło się więcej wizerunków cesarzy rzymskich niż
kogokolwiek innego z wyjątkiem Jezusa, Matki Boskiej i kilkorga
świętych. Kaligula i Klaudiusz pobrzmiewają poprzez stulecia i kontynenty echem, jakiego nie budzą Karol Wielki, Karol V ani Henryk
VIII. Ich wpływ sięga daleko poza biblioteki i sale wykładowe.
Żyję z tymi starożytnymi władcami na bliższej stopie niż większość
ludzi. Już od czterdziestu lat stanowią oni znaczną część mojej pracy.
Zgłębiam ich słowa, od orzeczeń prawnych po żarty. Analizuję podstawy
ich władzy, rozszyfrowuję zasady następstwa tronu (albo ich brak) i dość
często krytykuję ich dominację. Oglądam ich profile na kameach i monetach. I uczę studentów z przyjemnością, ale wnikliwie wczytywać się
w to, co postanowili przekazać na temat swych władców rzymscy pisarze.
Pikantne historie o bezeceństwach cesarza Tyberiusza w basenie na Capri,
pogłoski o pociągu fizycznym Nerona do własnej matki albo opowieści o Domicjanie pastwiącym się nad muchami (przebijał je czubkiem rylca)
zawsze przemawiały do wyobraźni i niewątpliwie mówią sporo o lękach i fantazjach starożytnych Rzymian. Ale - jak wielokrotnie wyjaśniałam tym,
którzy chętnie przyjęliby je za dobrą monetę - niekoniecznie są
prawdziwe w normalnym znaczeniu tego słowa. Jestem z zawodu filologiem
klasycznym, historykiem, nauczycielem, sceptykiem, a czasem też
popsuj-zabawą.
W niniejszej książce przenoszę punkt ciężkości na otaczające nas
nowożytne wizerunki cesarzy i zadaję najbardziej podstawowe pytania o to, jak i dlaczego powstały. Dlaczego artyści od czasów renesansu
przedstawiali te starożytne postacie w tak wielkiej liczbie i na tak
rozmaite sposoby? Dlaczego klienci decydowali się na ich kupno, czy to w formie okazałych rzeźb, czy tanich plakietek i druków? Co twarze od
dawna nieżyjących autokratów, często słynących bardziej z nikczemności
niż z heroicznych czynów, znaczą dla nowożytnych odbiorców?
Sami starożytni cesarze są bardzo ważnymi bohaterami tej książki,
zwłaszcza pierwszych "dwunastu cezarów", jak się ich dziś często nazywa
- od Juliusza Cezara (zamordowanego w 44 r. p.n.e.) do znęcającego się
nad muchami Domicjana (zamordowanego w 96 r. n.e.), poprzez Tyberiusza,
Kaligulę, Nerona i innych (Tab. 1). Niemal wszystkie nowożytne dzieła
sztuki, które omawiam, powstały w dialogu z przedstawieniami tych
władców tworzonymi przez samych Rzymian i z wszystkimi - mniej lub
bardziej wiarygodnymi - antycznymi historiami o ich dokonaniach i występkach. Jednak w kolejnych rozdziałach cesarze współdzielą centralną
pozycję z licznym gronem nowożytnych artystów: niektórzy, jak Mantegna,
Tycjan czy Alma-Tadema, są dobrze znani w zachodniej tradycji; inni
wywodzą się z pokoleń bezimiennych dziś tkaczy, ebenistów, złotników,
drukarzy i ceramików, którzy tworzyli jedne z najbardziej zdumiewających
i wpływowych wizerunków tych cezarów. Dzielą też tę pozycję z wybranymi
renesansowymi humanistami, antykwariuszami, uczonymi oraz współczesnymi
archeologami, którzy poświęcali energię na identyfikowanie lub
rekonstruowanie - poprawnie lub mylnie - owych antycznych oblicz władzy,
i z jeszcze liczniejszą rzeszą ludzi, od sprzątaczek po dworzan, którzy
byli zachwyceni, oburzeni, znudzeni lub zaintrygowani tym, co widzą.
Innymi słowy, interesują mnie nie tylko sami cesarze albo artyści,
którzy ich odtwarzali, ale my wszyscy, którzy patrzymy.
Czytelnika czeka, mam nadzieję, kilka niespodzianek i nieoczekiwanie
ekstremalnej historii sztuki. Będziemy spotykać cesarzy w najbardziej
nieprawdopodobnych miejscach, od czekoladek po szesnastowieczne tapety i jarmarczne osiemnastowieczne woskowe figurki. Będziemy głowić się nad
posągami, których datowanie nawet dziś budzi takie spory, że nie ma
zgody co do tego, czy są to starożytne rzymskie zabytki, nowożytne
pastisze, fałszerstwa lub repliki czy twórcze renesansowe ukłony w stronę imperialnej tradycji. Będziemy się zastanawiać, dlaczego tak
wiele tych podobizn było dziwacznie identyfikowanych albo uporczywie
mylonych przez setki lat: jeden cesarz brany za innego, matki za córki,
kobiece postacie z dziejów Rzymu za mężczyzn i vice versa. Będziemy też
rekonstruować, na podstawie zachowanych kopii i innych nikłych śladów,
zaginioną szesnastowieczną serię portretów cesarzy rzymskich, które są
dziś niemal zapomniane, niegdyś jednak były tak znane, że zdecydowały o tym, jak ludzie w całej Europie wyobrażali sobie cezarów. Moim celem
jest ukazanie, dlaczego wizerunki tych władców Rzymu - mimo że uchodzili
za autokratów i tyranów - są wciąż ważne w historii sztuki i kultury.
Asumpt do napisania tej książki dały Wykłady o Sztuce im. A.W. Mellona,
które wygłaszałam w Waszyngtonie wiosną 2011 roku. Od tamtej pory
odkryłam nowe materiały, znalazłam nowe powiązania i zgłębiłam
dokładniej (oraz pod innymi kątami) niektóre z przytaczanych przykładów.
Książka jednak rozpoczyna się i kończy, tak samo jak cykl wykładów,
zagadnieniem osobliwego obiektu usytuowanego kiedyś zaledwie rzut
kamieniem od auli Narodowej Galerii Sztuki, gdzie przemawiałam: nie
cesarskiego portretu, ale wielkiej rzymskiej marmurowej trumny, czyli
sarkofagu, służącego niegdyś - jak z zapałem przekonywali niektórzy -
jako miejsce wiecznego spoczynku jednego z cesarzy.
--- I ---
CESARZ NA MALLU WPROWADZENIE
Rzymski cesarz i amerykański prezydent
Przez wiele lat stałym elementem oraz osobliwością waszyngtońskiego
Mallu był okazały marmurowy sarkofag stojący na trawniku przed należącym
do Smithsonian Institution gmachem Arts and Industries (il. 1.1). Został
odkryty w Libanie jako jeden z pary sarkofagów znalezionych w 1837 roku
na obrzeżach Bejrutu i sprowadzonych parę lat później do Stanów
Zjednoczonych przez komodora Jessego D. Elliotta, dowódcę eskadry
marynarki wojennej USA operującej na Morzu Śródziemnym. Twierdzono, że
niegdyś zawierał szczątki rzymskiego cesarza Aleksandra Sewera, który
panował w latach 222-235 n.e.1.
1.1. Turyści pod koniec lat 60. ubiegłego wieku czytają tabliczkę
informacyjną przy rzymskim sarkofagu przed Arts and Industries Building
na waszyngtońskim Mallu: "Grobowiec, w którym NIE POZWOLIŁ pochować się
Andrew Jackson".
[Spis ilustracji]
Aleksander nie jest dziś postacią powszechnie znaną, mimo pompatycznej
opery Händla Alessandro Severo opartej na wydarzeniach z jego życia i mimo rozdmuchanej opinii wzorowego władcy, patrona sztuk i dobroczyńcy,
jaką cieszył się w niektórych częściach wczesnonowożytnej Europy
(porównywanie z nim sprawiało szczególną przyjemność królowi Anglii
Karolowi I). Członek zdecydowanie wieloetnicznej w owym czasie elity
rzymskiej, objął tron w wieku trzynastu lat, gdy jego kuzyn Heliogabal -
którego legendarne ekscesy przyćmiewały nawet wyczyny Kaliguli i Nerona
- został zamordowany. Podstęp Heliogabala polegający na zaduszeniu
biesiadników pod stosami płatków fiołków i róż został wspaniale
uchwycony przez dziewiętnastowiecznego malarza, odtwórcę scen z antycznego Rzymu Lawrence'a Almę-Tademę (il. 6.23). Aleksander był
najmłodszym z dotychczasowych cesarzy rzymskich i większość z mniej
więcej dwudziestu jego zachowanych portretów (pewnych lub domniemanych)
przedstawia nieco rozmarzonego, delikatnego chłopca (il. 1.2). Czy był
takim ideałem, jak wyobrażały sobie późniejsze epoki, można wątpić.
Starożytni autorzy postrzegali go jednak jako stosunkowo solidną parę
rąk, głównie dzięki wpływowi jego matki Julii Mamei, szarej eminencji,
która odgrywa stereotypowo negatywną rolę w operze Händla. Matka i syn
zostali zamordowani przez zbuntowane rzymskie wojska podczas kampanii
wojennej; czy gniew żołnierzy wzbudziła finansowa roztropność (albo
skąpstwo) Aleksandra, jego brak talentów wojskowych czy wpływ Julii
Mamei, zależy od tego, której relacji damy wiarę2.
1.2. Popiersie Aleksandra Sewera z kolekcji cesarzy rzymskich w Sali
Cesarzy Muzeów Kapitolińskich w Rzymie. Identyfikacja większości władców
jest niepewna, ale wydrążone źrenice oczu tego posążka i sposób
opracowania krótko ściętych włosów są typowe dla rzeźb z początków III
w. n.e., zdradza on też przekonujące podobieństwo do niektórych
wizerunków Aleksandra na monetach.
[Spis ilustracji]
Wszystko to działo się przeszło sto lat po owych pierwszych, bardziej
znanych dwunastu cezarach. Aleksander jednak wciąż był cesarzem w ich
stylu, aż po co bardziej pikantne plotki i pomówienia (trochę zbyt
bliskie relacje z matką, wrogość żołnierzy, ekscesy poprzednika i brutalne zamordowanie). Nowożytni historycy często widzieli w nim
ostatniego z tradycyjnej linii rzymskich władców, rozpoczynającej się od
Juliusza Cezara, pewnemu szesnastowiecznemu drukarzowi i wydawcy zaś,
dzięki naciąganym rachunkom i strategicznemu pominięciu paru postaci,
udało się podwoić pierwotną dwunastkę i sporządzić diagram, na którym
Aleksander figurował jako cesarz numer dwadzieścia cztery3. To,
co nastąpiło po jego śmierci, było już czymś zupełnie odmiennym. Były to
dziesięciolecia rządów kolejnych wojskowych awanturników, z których
wielu sprawowało władzę tylko przez parę lat, a niektórzy, choć byli
cesarzami Rzymu, nigdy nie pojawili się w Wiecznym Mieście. Tę zmianę
charakteru rzymskiej władzy dobrze obrazuje często powtarzana opinia -
prawdziwa lub nie - na temat bezpośredniego następcy Aleksandra,
Maksymina Traka: panujący przez trzy lata, od 235 do 238 r. n.e.,
przeszedł on do historii jako pierwszy cesarz rzymski, który nie umiał
czytać ani pisać4.
Losy sarkofagu stanowią znakomite wprowadzenie do zaskakujących zwrotów
akcji, debat, sporów i drażliwych kwestii politycznych w mojej szerszej
opowieści o starożytnych i nowożytnych wizerunkach rzymskich władców. Na
trumnie nie znaleziono imienia Aleksandra, nie było też na niej żadnych
innych znaków rozpoznawczych; na drugiej jednak widniała wyraźna
inskrypcja z imieniem "Julia Mamaea". Dla Jessego Elliotta powiązanie
pary sarkofagów, które nabył, z nieszczęsnym młodym cesarzem i jego
matką, było pokusą nie do odparcia. Zostali zamordowani razem, a więc
musieli zostać pochowani obok siebie, z iście monarszym splendorem, w pobliżu miejsca narodzin Aleksandra na terenie dzisiejszego Libanu. W każdym razie tak sobie wmówił.
Nie miał racji. Jak wkrótce zauważyli sceptycy, zamachu dokonano dobre
dwa tysiące mil od Bejrutu, w Germanii albo nawet w Brytanii (ta druga
wersja, choć nie sam czyn, przypadła do gustu dworowi Karola I), a niezależnie od tego jeden z antycznych pisarzy odnotował, że ciało
cesarza przewieziono w celu pochówku do Rzymu5. Gdyby to nie
wystarczyło do pogrzebania tego pomysłu, inskrypcja stwierdzała
wyraźnie, że upamiętniona w niej "Julia Mamaea" zmarła w wieku
trzydziestu lat, nie mogła więc być matką Aleksandra - chyba że, jak
stwierdził kąśliwie jeden z podkomendnych samego Elliotta, "urodziła
syna, kiedy miała zaledwie trzy lata, co jest nader osobliwe". Kobieta,
która niegdyś spoczywała w tej trumnie, była przypuszczalnie jedną z wielu innych mieszkanek imperium rzymskiego o tym samym pospolitym
nazwisku6.
Co więcej, wygląda na to, że żaden z uczestników tych debat nie zdawał
sobie sprawy z istnienia co najmniej jednego konkurencyjnego kandydata
na miejsce pochówku cesarskiej pary - a jeśli było inaczej, zachowali tę
wiedzę dla siebie. Ozdobny marmurowy sarkofag z Muzeów Kapitolińskich w odległym o przeszło cztery tysiące mil Rzymie - uwieczniony na
znakomitej rycinie Piranesiego i dobrze znany wykształconym osiemnasto-
i dziewiętnastowiecznym turystom - uchodził za wspólną trumnę Aleksandra
i Julii Mamei, przedstawionych w cesarskim splendorze na jego pokrywie
(il. 1.3). Ma on nawet pewien związek z tak zwaną wazą portlandzką z granatowego szkła, która stanowi dziś jedną z głównych atrakcji British
Museum - słynną z kunsztownej reliefowej dekoracji, a także z tego, że w 1845 roku została rozbita przez pijanego zwiedzającego. Jeśli dać wiarę
(dość wątpliwej) pogłosce, jakoby wazę odkryto w XVI wieku wewnątrz tego
sarkofagu, to mogła ona być oryginalnym naczyniem, które zawierało
niegdyś prochy cesarza (choć umieszczenie małej urny z popiołami w potężnej trumnie ewidentnie przeznaczonej do złożenia w niej
kompletnych, nieskremowanych zwłok, wydaje się dość dziwne). Prawdą
jest, że miejsce pochówku na przedmieściach Rzymu lepiej pasuje do
części historycznych świadectw. Ogólnie jednak, jak przyznawały co
bardziej skrupulatne dziewiętnastowieczne przewodniki turystyczne, także
ta identyfikacja była kombinacją pobożnych życzeń i jawnej
fantazji7.
1.3. Inny kandydat na miejsce ostatniego spoczynku Aleksandra
Sewera. Rycina Piranesiego z 1756 roku, przedstawiająca sarkofag
przechowywany w Muzeach Kapitolińskich w Rzymie, ukazuje półleżące
postacie zmarłych na pokrywie oraz sceny z życia greckiego herosa
Achillesa wyrzeźbione na ściankach.
[Spis ilustracji]
Choć pozbawione podstaw, cesarskie powiązania sarkofagów Elliotta
okazały się trwalsze. Przyczyniła się do tego w dużej mierze osobliwa i nieco makabryczna historia tych trofeów po ich sprowadzeniu do Ameryki.
Elliott nie przewidywał dla nich roli eksponatów muzealnych. Sarkofag
Julii Mamei miał stać się miejscem ostatniego spoczynku filadelfijskiego
filantropa Stephena Girarda; ale ponieważ ten od dawna już nie żył i był
pochowany gdzie indziej, zabytek trafił do zbiorów Girard College, a w 1955 roku został wypożyczony uczelni Bryn Mawr College, gdzie stoi do
dziś w krużganku. Po chybionej próbie wykorzystania "sarkofagu
Aleksandra" na złożenie w nim szczątków Jamesa Smithsona (nieślubnego
syna angielskiego arystokraty, uczonego i założyciela Smithsonian
Institution) Elliott w 1845 roku podarował go Instytutowi Narodowemu,
wielkiej kolekcji amerykańskiego dziedzictwa mieszczącej się w gmachu
Urzędu Patentowego, w "żarliwej nadziei", że wkrótce zamknie on w sobie
"wszystko, co śmiertelne z patrioty i bohatera Andrew Jacksona".
Mimo że zdrowie prezydenta Jacksona szwankowało (zmarł kilka miesięcy
później), jego odpowiedź na list Elliotta przedstawiający tę propozycję
była stanowcza: "Nie mogę się zgodzić, by moja doczesna powłoka została
złożona w trumnie przygotowanej dla cesarza lub króla - zabraniają tego
moje republikańskie uczucia i zasady - zabrania tego prostota naszego
ustroju. Każdy pomnik wzniesiony dla uwiecznienia pamięci naszych
bohaterów i mężów stanu powinien nosić dowody oszczędności i prostoty
naszych republikańskich instytucji oraz skromności naszych
republikańskich obywateli [...]. Nie mogę pozwolić, aby moje szczątki
jako pierwsze w tych Stanach Zjednoczonych spoczęły w sarkofagu
wykonanym dla cesarza lub króla". Jackson był w trudnym położeniu.
Wysuwane przeciwko niemu zarzuty, że zachowuje się jak Cezar - w stylu
autokratycznego populizmu, który naśladowało też kilku jego następców -
mogły przyczynić się do gwałtowności jego odmowy. Z pewnością nie
zamierzał ryzykować cesarskiego pochówku8.
Nie znalazłszy praktycznego zastosowania, w latach pięćdziesiątych XIX
wieku sarkofag został przeniesiony z tymczasowego pomieszczenia w Urzędzie Patentowym do Smithsonian Institution, gdzie był wystawiony pod
gołym niebem na Mallu aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia,
kiedy to ukryto go w czeluściach magazynu. Ale nawet gdy archeologiczne
powiązanie z Aleksandrem Sewerem zostało jednomyślnie wykluczone (był to
w rzeczywistości typowy wschodniośródziemnomorski wytwór imperium
rzymskiego i mógł należeć do każdego dysponującego odpowiednią gotówką),
odrzucenie go przez Jacksona jako "wykonanego dla cesarza lub króla"
pozostało częścią historii i mitologii tego obiektu. W latach
sześćdziesiątych ubiegłego wieku słowa prezydenta trafiły na nową
tabliczkę informacyjną obok sarkofagu, opatrzoną nagłówkiem: "Grobowiec,
w którym NIE POZWOLIŁ pochować się Andrew Jackson" (jak czyta z uwagą
para na il. 1.1)9. Tym samym stał się on symbolem pragmatycznej
istoty amerykańskiego republikanizmu i jego odrazy do prostackich
bibelotów monarchii lub autokracji. Przy całym piętnie cezaryzmu, jakie
mogło ciążyć na Jacksonie, trudno nie wziąć jego strony przeciwko
Elliottowi pałającego żarliwą nadzieją znalezienia prześwietnego
lokatora dla swego prześwietnego sarkofagu.
Od trumny do portretów
Takie właśnie historie odkryć, błędnych identyfikacji, nadziei,
rozczarowań, kontrowersji, interpretacji i reinterpretacji stanowią
przedmiot niniejszej książki. Reszta tego rozdziału wykroczy poza dwie
marmurowe trumny, nadgorliwego kolekcjonera i bezkompromisowego
prezydenta. Zapewni pierwszy rzut oka na ogromną, zaskakującą rozmaitość
cesarskich portretów, które zapełniały niegdyś starożytny rzymski świat
(oddawanych w marmurze i brązie, malowanych, a nawet lepionych z ciasta), oraz na dzieła sztuki i artystów, którzy od czasów renesansu
wciąż na nowo obierają sobie tych cesarzy za modeli. Zakwestionuje
niektóre tradycyjne pewniki dotyczące tych wizerunków - zgłębiając
wybitnie nieostrą granicę między antycznymi a nowożytnymi portretami (co
właściwie odróżnia marmurowe popiersie wykonane dwa tysiące lat temu od
takiego, które wykonano przed dwoma wiekami?) i dając posmak politycznej
i religijnej kontrowersji tych starożytnych władców w nowożytnej sztuce.
Przedstawi też postać Gajusza Swetoniusza Trankwillusa (w skrócie
Swetoniusza), antycznego pisarza, który przekazał nowożytnemu światu
samą kategorię dwunastu cezarów i którego duch unosi się nad kolejnymi
rozdziałami.
Opowieść o zdobyczy Elliotta wprowadziła już jednak kilka ważnych zasad
przewodnich dla mojego tematu jako całości. Po pierwsze, wyraźnie
unaocznia, jak istotna jest - choć może to brzmieć banalnie - właściwa
identyfikacja. Już od starożytności podobizny rzymskich cesarzy
podróżowały po całym znanym świecie, ginęły, były odnajdywane i mylone
jedne z drugimi; nie jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma kłopoty z odróżnieniem Kaliguli od Nerona. Marmurowe popiersia były przekuwane
albo starannie retuszowane, aby przerobić danego władcę na jego
następcę, nowe zaś powstają nawet dziś, w niekończącym się procesie
niezbyt wiernego kopiowania, adaptacji i rekonstruowania. Ponadto
częściej, niż chcielibyśmy to przyznać, nowożytni uczeni i kolekcjonerzy
od renesansu począwszy świadomie identyfikowali portrety anonimowych
nobilów jako faktycznych cezarów i przypisywali pospolitym trumnom lub
zwyczajnym rzymskim willom fałszywe cesarskie powiązania. "Sarkofag
Aleksandra" stanowi klasyczny przykład pogmatwanego pasma niepotrzebnych
przekłamań i fantazji będących konsekwencją przypisania niewłaściwego
imienia do niewłaściwego obiektu.
Po drugie, unaocznia ona, że błędnych identyfikacji nie da się łatwo
odsunąć na bok i że archeologiczny puryzm można posunąć za daleko.
Pomyłka tkwiąca w sercu opowieści o "sarkofagu Aleksandra" jest
historycznie znacząca (gdyby nie ona, nie byłoby w ogóle o czym
opowiadać). A jest to tylko jedna z wielu takich zamienionych tożsamości
- "cesarzy" - które na przestrzeni wieków odegrały istotną rolę w przedstawianiu nam oblicza rzymskiej władzy oraz w przybliżaniu
nowożytnemu światu starożytnych dynastów i dynastii. Śmiały podpis,
jakim Piranesi opatrzył sarkofag z Kapitolu, nadał mu powiązanie z cesarską parą, którego nie unicestwił fakt, że jest ono po prostu
nieprawdą. Podejrzewam, że sporo ważnych i wpływowych wizerunków
omawianych w tej książce ma równie mało wspólnego z historycznymi
pierwowzorami, co prawdziwy Aleksander ze "swoimi" trumnami. Nie odbiera
im to znaczenia ani wpływów. Jest to książka zarówno o cesarzach, jak i o "cesarzach".
Najbardziej jednak uderzającym aspektem historii o prezydencie i sarkofagu jest to, że dla Jacksona ów kloc starożytnego marmuru tak
ewidentnie coś znaczył. Jego wyimaginowane powiązania z rzymskim
władcą wskazywały na autokrację i ustrój polityczny kłócący się z republikańskimi wartościami, które, jak sam twierdził, wyznawał, i były
przyczyną tak wielkiego oburzenia, na jakie tylko mógł się zdobyć
umierający człowiek. Jest to dla nas, nawet dziś, potężny sygnał, by nie
traktować przedstawień rzymskich cesarzy zbyt lekko. Otóż niespełna sto
lat po śmierci Jacksona Benito Mussolini zawłaszczył twarze Juliusza
Cezara i jego następcy, cesarza Augusta, do swego faszystowskiego
przedsięwzięcia, a także oczyścił z nadbudowań imponujące mauzoleum
Augusta w centrum Rzymu jako - przynajmniej pośrednio - własny pomnik.
To nie były niewinne ozdóbki.
Prawdą jest, że większość z nas (przyznaję, że i mnie się to zdarza) z reguły mija rzędy cesarskich głów na muzealnych półkach, ledwo
zaszczycając je spojrzeniem (il. 4.12). Nawet dziś, kiedy znaczenie
niektórych posągów w przestrzeni publicznej jest coraz bardziej - i niekiedy gwałtownie - kwestionowane, w seriach dwunastu cezarów, które
od XV wieku ozdabiały domy i ogrody europejskich elit (a później, z całym szacunkiem dla Jacksona, także amerykańskich), widzimy często
niewiele więcej niż poręczną, szablonową oznakę statusu, banalne
nawiązanie do domniemanych wspaniałości dawnego Rzymu albo kosztowną
tapetę dla arystokratycznych lub nowobogackich domów. Niekiedy zresztą
tym właśnie były, najzupełniej dosłownie. Już w połowie XVI wieku
produkowano drukowany papier z motywem cesarskich głów do wycięcia i naklejenia na nijakie poza tym meble lub ściany, aby nadać im sztampowy
pozór szyku i kultury (il. 1.4), a coś bardzo podobnego wciąż można
kupić na rolki w ekskluzywnych sklepach z artykułami do dekoracji
wnętrz10. Jednak to nie wszystko.
1.4. Niemiecka tapeta, ok. 1555. Dwie cesarskie głowy w medalionach
są podtrzymywane przez fantastyczne stworzenia wśród bujnego listowia.
Arkusz (ok. 30 cm wys.) należało pociąć na pasy i nakleić na ścianę lub
mebel jako bordiurę dla dodania im elegancji.
[Spis ilustracji]
Przez całe swoje dzieje podobizny starożytnych cesarzy - tak jak
wizerunki niektórych bliższych nam czasowo wojskowych i polityków -
nasuwały bardziej niezręczne i doniosłe pytania. Były nie tylko drętwymi
oznakami statusu, ale i źródłem kontrowersji. Nie będąc bynajmniej
jedynie niewinnymi nawiązaniami do klasycznej przeszłości, przywoływały
kłopotliwe kwestie dotyczące polityki i autokracji, kultury i moralności
oraz, oczywiście, spisków i morderstw. Reakcja Andrew Jacksona (którego
własnym pomnikom, w chwili, kiedy piszę te słowa, grozi obalenie z powodu jego związków z niewolnictwem, a nie cezaryzmu) otwiera nam oczy
na destabilizujący aspekt tych cesarskich postaci, mimo że często
przystrojone są w znajome na pozór atrybuty władzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wiele szczegółów tego znaleziska (w tym dokładne daty oraz jak i od kogo zakupiono te zabytki) pozostaje w najlepszym razie niejasne: Stevenson, "An Ancient Sarcophagus"; Warren, "More Odd Byways", s. 255-261; Washburn, "A Roman Sarcophagus". Kontrowersyjna teoria Elliotta jest broniona w: Elliott, Address (gdzie podaje on kilka szczegółów dotyczących tych sarkofagów, "Appendix", s. 58-59). Współczesna analiza archeologiczna: Ward-Perkins, "Four Roman Garland Sarcophagi". [wróć]
Współczesne opisy jego panowania: Ando, Imperial Rome, s. 68-75; Kulikowski, Triumph of Empire, s. 108-111; Rowan, Under Divine Auspices, s. 219-241 (skupiająca się na monetach). Karol I: Peacock, "Image of Charles I", zwł. s. 62-69. Przegląd jego portretów: Wood, Roman Portrait Sculpture, s. 56-58, 124-125. Rozmaite motywy zabójstwa: Herodian, Historia Cesarstwa Rzymskiego 6, 9; Historycy cesarstwa rzymskiego [SHA]: Aleksander Sewer 59-68; Zonaras 12, 15. [wróć]
Lafrery, Effigies viginti quatuor; co do Lafrery'ego (albo Lafreriego) jako wydawcy, zob. Parshall, "Antonio Lafreri's Speculum", zwł. s. 3-8. Aleksander niełatwo pozbywa się numeru 24; pojawia się na tej pozycji na przykład w XIX-wiecznych Elements of General History Tytlera, s. 612. [wróć]
Nieokrzesanie Maksymina: Herodian, Historia Cesarstwa Rzymskiego 6, 8 i 7, 1; SHA: Maximini 1-26; Aureliusz Wiktor, Zarys historii cesarzy (De Cesaribus) 25 (niepiśmienność). Kulikowski, Triumph of Empire, s. 111-112 zwięźle analizuje starożytny szum wokół tych władców. [wróć]
SHA: Aleksander Sewer 63. [wróć]
Harwood, "Some Account of the Sarcophagus", s. 385; sięgając niemal 30 lat wstecz, do początków swej służby pod Elliottem, autor - wtedy już kontradmirał - systematycznie demontuje powiązanie między sarkofagami a cesarzem i jego matką (choć łacina inskrypcji upamiętniającej "Julię Mameę" okazała się dla niego zbyt trudna). [wróć]
Kontrowersje dotyczą wszystkich aspektów tej historii: czy kompleks grobowy pod Rzymem miał cokolwiek wspólnego z Aleksandrem Sewerem, czy sarkofag z Muzeów Kapitolińskich należał do cesarza i jego matki i czy to w nim znaleziono wazę portlandzką. Sceptyczne omówienia: Stuart Jones, "British School at Rome", oraz de Grummond (red.), Encyclopaedia, s. 919-922. Mniej sceptycznie, z pełną dokumentacją znalezisk: Painter i Whitehouse, "Discovery". Już w połowie lat 40. XIX w. rzetelne przewodniki przestrzegały czytelników przed wiązaniem tego sarkofagu z Aleksandrem i jego matką: "pogląd ten jest odrzucany przez współczesne autorytety" - to stanowcze stanowisko przyjęte przez Handbook for Travellers Murraya z 1843 r. Skomplikowana historia samej wazy portlandzkiej: https://www.britishmuseum.org/research/collection_online/collection_object_details.aspx?objectId=466190&partId=1. [wróć]
List Jacksona: Stevenson, "An Ancient Sarcophagus"; Warren, "More Old Byways", s. 255-261. Oskarżenia o "cezaryzm" pod adresem Jacksona i innych: Malamud, Ancient Rome, s. 18-29; Cole, "Republicanism, Caesarism"; Wyke, Caesar in the USA, s. 167-202. [wróć]
Umieszczenie tabliczki informacyjnej w latach 60. XX w.: Washburn, "A Roman Sarcophagus". [wróć]
Stewart, "Woodcuts as Wallpaper", s. 76-77 (omawiający łóżko z końca XVI w. ozdobione tym cesarskim papierem). Producent artykułów do dekoracji wnętrz Timney Fowler (http://www.timneyfowler.com/wallpapers/roman-heads/) oferuje współczesne wersje. [wróć]