Dworzec - Jacopo De Michelis

Kup ebooka

75.00 zł
60.00 zł (42,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Setki oczu wpatrywały się w tory za rozległymi, poczerniałymi od smogu zadaszeniami ze szkła i metalu. Na razie można było tam dostrzec tylko migoczące kontury starych, dawno nieużywanych budek kontrolnych, ale rozstawieni w szeregach ludzie przekazali już sobie z ust do ust informację o dotarciu do przedmieść Mediolanu składu kolejowego nazwanego w wiadomościach radiowych "pociągiem terroru". Za kilka minut miał wjechać na stację, prawie cztery godziny później, niż przewidywał to rozkład jazdy.

Czekali na niego od trzydziestu minut. Kordon funkcjonariuszy sił prewencji z wyposażeniem bojowym stał na peronach wzdłuż toru czwartego, pierwszego z tych, które dochodziły do poprzecznego peronu. Ze względu na skrajne usytuowanie było go najłatwiej kontrolować. Teren stacji został zamknięty dla podróżnych, ruch pociągów zatrzymano do odwołania. Była niedziela, dzień, w którym ludzie wracali do miasta z weekendowych wyjazdów, więc takie zarządzenia narażały ich na ogromne niedogodności, wielu ostro protestowało za barierkami, ale decyzję podjął osobiście prefekt prowincji na prośbę zebranego w komisariacie kolejowym sztabu kryzysowego, w którego skład wchodziło kilku funkcjonariuszy sił prewencji oraz sił specjalnych DIGOS, po jednym przedstawicielu pracowników kolei i straży pożarnej oraz szef komisariatu policji kolejowej na Dworcu Centralnym, inspektor Dalmasso, pozostający w bezpośrednim kontakcie z komendą mediolańskiej policji, władzami prowincji i lombardzkim kierownictwem policji kolejowej, zwanej w skrócie Polfer.

Komisarz Riccardo Mezzanotte obficie się pocił, swędziała go skóra pod czapką, ciężka kurtka krępowała mu ruchy. Nie był przyzwyczajony do munduru, rzadko go nosił, gdy pracował w komendzie.

Miał niewielkie doświadczenie w służbach porządku publicznego, ale wyczuwał napięcie u otaczających go funkcjonariuszy sił prewencji. Jeszcze parę minut wcześniej rozmawiali między sobą, dowcipkowali, niektórzy palili papierosy. Odkąd rozeszła się informacja o rychłym przybyciu pociągu, zamilkli i znieruchomieli, szczęki mieli zaciśnięte, oczy zwężone do rozmiaru szparek, dłońmi w rękawicach ściskali nerwowo pałki i uchwyty tarcz z pleksiglasu, jakby chcieli się upewnić, że trzymają je wystarczająco silnie.

Mezzanotte zaledwie kilka dni wcześniej został przeniesiony do komisariatu kolejowego dworca Mediolan Centralny i zaraz znalazł się w samym środku takiej akcji. Nie zdążył się jeszcze zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Zresztą zapowiadało się, że nie będzie to łatwe, co go nie zaskoczyło, bo zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji. Było tylko trochę lepiej, niż kiedy pracował przy via Fatebenefratelli, w trzeciej sekcji komendy, to znaczy w Wydziale Zabójstw. Prawdę mówiąc, w policji kolejowej niewielu kolegów okazywało mu otwartą wrogość, w większości trzymali się po prostu od niego na dystans, z nieufnością zabarwioną strachem, jakby był zdrowym nosicielem jakiejś zakaźnej choroby. Niemniej jednak trudno mu było przywyknąć do pewnych rzeczy. Rozgadane grupki rozchodziły się na jego widok, rozmowy milkły, gdy przekraczał próg zamkniętych pomieszczeń, koledzy szeptali do siebie, zerkając na niego ukradkiem. Czuł się nie tyle przeniesiony, ile wydalony. Bo to właśnie go spotkało: wydalenie. Na które musiał się zgodzić i za które powinien właściwie podziękować, ponieważ pozwoliło mu uniknąć gorszych konsekwencji.

- Cardo, co teraz będzie? Co mamy robić?

Obok niego stał Filippo Colella. Na jego błyszczącej od potu okrągłej twarzy malował się strach. Patrzył pytająco, zdejmując czapkę i przeczesując palcami jasne loki, po czym ponownie włożył ją na głowę. Filippo miał kilka lat mniej i sporo kilogramów więcej niż Mezzanotte. Cztery lata wcześniej razem przeszli szkolenie dla przyszłych funkcjonariuszy policji, a teraz spotkali się na komisariacie kolejowym. Colella należał do nielicznej grupy kolegów, którzy nie trzymali się od niego na dystans. Można właściwie powiedzieć, że w nowym miejscu pracy był dla niego jedyną przyjazną duszą.

- Nie martw się, Filippo. Najgorsza robota czeka tych z oddziału prewencji, my mamy ich tylko wspomagać. Trzymaj się mnie, zobaczysz, że wszystko pójdzie gładko.

Mezzanotte starał się, żeby jego słowa zabrzmiały uspokajająco, ale i on obawiał się tego, co może ich spotkać. Nie dałby sobie uciąć ręki ani nawet małego palca, że naprawdę pójdzie gładko.

Tym bardziej że przychodzące od rana wiadomości na temat pociągu przypominały doniesienia z frontu. W niedzielę 6 kwietnia 2003 roku Intercity 586 miał odjechać ze stacji Termini w Rzymie o godzinie 9.40. Panowała spokojna atmosfera, władze nie spodziewały się problemów. Poprzedni skład załadowany kibicami zmierzającymi do Mediolanu na wieczorny mecz Inter-Roma odjechał bez incydentów. W Intercity spodziewano się około dwustu sympatyków rzymskiego klubu, ale na peronie pojawiło się ich co najmniej dwa razy więcej i nie wszyscy mieli bilet. Podobno wielu wybrało takie wyjście, bo zawiodła firma, która powinna była podstawić autobusy. Hałaśliwa, rozgorączkowana ciżba wydawała się zdecydowana na wszystko, byle wsiąść do pociągu, także bez biletów, tak więc ustawiono kordon policji, żeby wspomóc pracowników kolei przy ich sprawdzaniu. Powolne tempo tych działań doprowadziło do jeszcze większego zaognienia nastrojów. Siły porządkowe zostały obrzucone najpierw przekleństwami i wyzwiskami, a potem plastikowymi butelkami, puszkami, monetami i innymi przedmiotami. Tu i ówdzie wywiązała się szamotanina i kibice wykorzystali to, by się wedrzeć do wagonów. Zajęli w nich także miejsca przewidziane dla zwykłych pasażerów, a niektórych z już siedzących nakłonili grubiańskimi odzywkami lub pogróżkami do przeniesienia się gdzie indziej. Zanim policji udało się ustawić na nowo w kordonie, napięcie sięgnęło zenitu. Podczas gdy pozostali na peronie kibice Romy wpychali się na siłę do pociągu, w środku zaczęły się burzliwe negocjacje z tymi, którzy weszli bez biletu. Z prefektury nadeszło pilne zarządzenie, które ze względu na sytuację zagrażającą porządkowi publicznemu zezwalało na odjazd Intercity z kibicami podróżującymi na gapę. Do składu dołączono parę dodatkowych wagonów i poproszono zwykłych pasażerów, by się przenieśli. Większość z nich, choć nie ukrywała oburzenia, zgodziła się na alternatywne rozwiązanie, niektórzy jednak mimo wszystko zostali na swoich miejscach. Ostatecznie pociąg przepełniony podekscytowanymi fanami Romy opuścił stację Termini z godzinnym opóźnieniem. Na skutek chronicznych braków kadrowych miało w nim pilnować porządku zaledwie czterech funkcjonariuszy Polferu.

Pozostawało tylko mieć nadzieję, że po drodze żółto-czerwoni się uspokoją. Stało się jednak inaczej. Co więksi furiaci zabrali się za dewastowanie przedziałów, czego skutkiem były pozrywane zasłonki, pocięte czy wręcz wyrwane siedzenia, ściany wymazane graffiti. Niektórych pasażerów okradziono, innych poturbowano. Wśród nich znalazł się także konduktor, który starał się jedynie wykonywać swoje obowiązki. Pociąg zatrzymał się parę razy z powodu nieuzasadnionego zaciągnięcia hamulca bezpieczeństwa. Kilku chuliganów wykorzystało te przystanki, żeby wysiąść i zaopatrzyć się w kamienie leżące między torami.

Funkcjonariusze policji kolejowej zdecydowali się na przeniesienie wszystkich zwykłych pasażerów do pierwszego wagonu, żeby ich odizolować od coraz agresywniejszych kiboli, co było tym bardziej uzasadnione, że ci zaczęli się doprawiać alkoholem i narkotykami. Trzy czwarte pociągu znalazło się praktycznie we władaniu ultrasów.

We Florencji mieli już dwie godziny opóźnienia. Wielu pasażerów umknęło z pociągu, jak tylko otworzyły się drzwi. Tylko kilku najodważniejszych czy też może najbardziej lekkomyślnych zdecydowało się zostać z kibicami. Nikomu nie pozwolono wsiąść. Tak się pechowo złożyło, że skład skierowano na peron, na który wysiadali akurat kibice drużyny Perugia w drodze do Bolonii. Miłośnicy Romy uznali, że szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji, i zasypali ich gradem kamieni oraz żelaznych prętów, wybijając przy okazji parę okien, po czym odpalili petardy i świece dymne. Intercity ruszył pośpiesznie, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli.

W rzeczywistości jednak nikt już nad nią kontroli nie miał. Kiboli odurzonych adrenaliną, alkoholem i narkotykami opanowała jakaś ślepa, nieokiełznana furia. Między Florencją a Bolonią wciąż dewastowali przedziały. Funkcjonariusze Polferu meldowali przez radio, że jest im coraz trudniej zapobiegać nalotom wandali na wagony zajęte przez nielicznych pasażerów, którzy nie wysiedli we Florencji. Niespodziewanie doniesienia z pociągu ustały.

Na stacji w Bolonii Intercity został zablokowany przez pięćdziesięciu policjantów z oddziałów prewencji. Większej liczby nie dało się zmobilizować w tak krótkim czasie. Ostatni pasażerowie uciekli w popłochu z pociągu, zaraz potem kibole wyrzucili z niego trzech pobitych do krwi funkcjonariuszy Polferu. Policjanci opowiedzieli później, już w szpitalu, że dostało im się za interwencję w obronie dziewczyny molestowanej w pustym przedziale. Zdołali ją uwolnić, ale zaraz pojawiło się więcej ultrasów i sami nie zdążyli uciec. Zostali brutalnie pobici, co gorsza, nie wiedzieli, gdzie się podział czwarty kolega.

Na wezwanie policji do opuszczenia pociągu i oddania się bez oporu w jej ręce kibice odpowiedzieli gradem kamieni i petardami. Policjanci próbowali wedrzeć się do pociągu siłą, ale kibole odparli szturm kopniakami i ciosami, uzbrojeni we wszystko, co tylko mieli pod ręką. Głośna eksplozja bomby papierowej sprawiła, że funkcjonariusze sił prewencji zaniechali próby siłowego przejęcia kontroli nad składem.

W tej sytuacji możliwości były dwie: czekać na posiłki, które nie wiadomo kiedy przybędą, lub uruchomić pociąg i przygotować się na jego właściwe przyjęcie w Mediolanie. Wybrano rozwiązanie drugie.

Po raz kolejny pozwolono na odjazd składu z kibolami, którzy czuli się teraz jego panami i przyjęli swoje zwycięstwo dzikimi okrzykami oraz chóralnym śpiewem. Z powodu braku połączenia policjanci moniturujący na odległość trasę pociągu nie mieli pojęcia, co się w nim dzieje. Wreszcie ostatni z chroniących go funkcjonariuszy Polferu zdołał połączyć się z prywatnego telefonu ze swoim komisariatem w Neapolu. Powiedział, że udało mu się wyrwać agresorom i zamknąć się w toalecie siódmego wagonu. Był bardzo poturbowany i przez co najmniej pół godziny leżał półprzytomny na podłodze, poza tym miał prawie całkiem rozładowaną komórkę. Zanim przerwało się połączenie, zdążył zakomunikować, że widzi dym przez okno, co może oznaczać początek pożaru. Od tej chwili panowała cisza.

Zbliżał się wieczór, światła było coraz mniej. Mezzanotte spojrzał na zegarek. Minęło ponad dziesięć minut od zapowiedzi o zbliżaniu się pociągu, ale wciąż nie było go widać. Nie żeby tak bardzo pragnął go zobaczyć na stacji. Rozkazy dostał proste: zatrzymać kibiców, wylegitymować ich i zawieźć na komendę autobusami, które czekały już przed Dworcem Centralnym wraz z kilkoma karetkami pogotowia ratunkowego. Takie rozkazy łatwo jest wydać, ale bardzo trudno wykonać. Dwie jednostki sił prewencji, z których każda składała się z dziesięciu grup po dziesięć osób, do tego dwudziestka funkcjonariuszy policji kolejowej przeciwko ponad czterystu rozzuchwalonym pseudokibicom. To nie będzie zabawa.

Mezzanotte przeczytał komunikat wysłany po południu faksem z sekcji sił specjalnych DIGOS zajmującej się kibicami, że Intercity podróżują między innymi członkowie paru ekstremalnych grup ultrasów, niezwiązanych z grupami większymi, dobrze im znanymi. Podkreślano zwłaszcza nieprzewidywalność jednej z nich, Lords of Chaos. Tę pretensjonalną nazwę wybrała dla siebie banda około trzydziestu twardzieli powiązanych ze środowiskiem neofaszystowskim, chuliganów i zadymiarzy zawsze gotowych do rozróby, z których wielu miało zakaz wstępu na stadiony. Także dlatego, że od dawna podejrzewano ich o dostarczanie narkotyków i prostytutek kibicom Romy. Grupą kierowali: Fabrizio Jannone, przydomek Ninja, lat dwadzieścia osiem, instruktor sztuk walki w siłowni, gdzie spotykali się członkowie bandy, wcześniej karany za pobicia z uszkodzeniem ciała i stawianie oporu funkcjonariuszom publicznym; Juri De Vivo, lat dwadzieścia trzy, który swój przydomek Chirurg zawdzięczał precyzji, z jaką w bójkach ciął nożem sprężynowym pośladki przeciwników, z wyrokami za pobicia i przestępstwa przeciwko mieniu; Carlo Butteroni zwany Górą, lat dwadzieścia sześć, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, sto czternaście kilogramów wagi i równie ciężka kartoteka; wreszcie Massimiliano Ovidi, Max, lat trzydzieści jeden, niekwestionowany przywódca bandy, sądzony za usiłowanie zabójstwa, posiadanie broni palnej, napad i handel narkotykami, podejrzany o powiązania z mafią; kilka dni wcześniej wyszedł na wolność i podczas wyprawy do Mediolanu banda miała świętować jego zwolnienie z więzienia, a doskonale wiadomo, jak Lords of Chaos zwykli świętować. Nie, spotkanie z nimi to zdecydowanie nie będzie igraszka.

Ciszę i bezruch panujący na stacji zakłócił gołąb, który przeciąwszy powietrze rozpostartymi skrzydłami, wylądował z gracją na peronie przy torze czwartym, w odległości paru kroków od długiego szeregu policyjnych glanów. Mezzanotte obserwował go, jak dziobie coś spokojnie, nie zważając na setki ludzi stojących nieruchomo wokół niego. Gołębia wystraszył dopiero szczęk opuszczanych przyłbic na policyjnych kaskach. Riccardo podniósł wzrok i zobaczył go: Intercity 586 zbliżał się powoli, odcinając się wyraźnie na tle nieba zaczerwienionego promieniami zachodzącego słońca, a za nim ciągnęły się kłęby czarnego dymu. Pomyślał, że pociąg przypomina dryfujący statek widmo.

Pociąg denerwująco opieszale wjechał na stację i zatrzymał się na czwartym torze. Prawie jednocześnie otwarły się drzwi lokomotywy i wyskoczyło z niej dwóch maszynistów. Puścili się biegiem, jakby chcieli jak najszybciej oddalić się od miejsca, gdzie przeżyli koszmar.

Dowódca jednostki sił prewencji wystąpił przed szereg podwładnych z megafonem w dłoni. Włączył go, pokręcił gałkami, żeby uciszyć irytujące piski, po czym jedną ręką podniósł go wysoko, a drugą zbliżył do ust mikrofon.

- Dobrze, chłopaki, zabawiliście się. Ale teraz zabawa się skończyła. Nie pogarszajcie swojej sytuacji, wysiądźcie spokojnie z pociągu, nie stawiajcie oporu, żeby nikomu nie stała się krzywda.

Przez dłuższą chwilę jedyną odpowiedzią była cisza.

ŁUP!

Po tym pierwszym głuchym łupnięciu zaraz nastąpiło kolejne i jeszcze jedno, i znowu - aż z okna w pierwszym wagonie wyleciała muszla klozetowa, wyrwana pewnie z podłogi toalety, i rozbiła się na peronie tuż przy kordonie policjantów. Ci, którzy stali najbliżej, podnieśli odruchowo tarcze, by się ochronić przed odpryskami ceramiki.

Mezzanotte mruknął:

- Jasna cholera...

Zaraz potem dał się słyszeć z wnętrza pociągu groźny śpiew unisono z setek gardeł:

Wszystkie gliny skończą w ziemi!

Bić ich i kopać, łamać kości,

My dla glin nie mamy litości!

Odpowiedź nadeszła i nie mogła być bardziej wymowna. Sprowadzała się do zapewnienia: my się stąd dobrowolnie nie ruszymy. Jeśli chcecie, przyjdźcie po nas, my się was nie boimy.

W Bolonii siłom porządkowym nie udało się przejąć kontroli nad pociągiem, ale porażka posłużyła za lekcję i teraz zastosowano inną taktykę. Podczas gdy z wagonów leciały kamienie, żelazne pręty, butelki i wszystko, co kibolom wpadło w ręce, zwarty front utworzony z tarcz rozstąpił się na tyle, żeby z drugiego szeregu mogli przejść do przodu policjanci uzbrojeni w wyrzutnie granatów z gazem łzawiącym i wcelować się nimi do środka pociągu.

Przez kilka chwil nic się nie działo, widać było jedynie smugi dymu wydobywające się przez rozbite okna, a w powietrzu dało się wyczuć ostry, kwaśny zapach gazu. Później zaczęły się otwierać drzwi pociągu, jedne po drugich, i na peron, z głośnymi krzykami, wylali się kibole. Twarze zasłonili czerwono-żółtymi szalikami, apaszkami i kominiarkami, częściowo po to, by nie dać się rozpoznać, ale przede wszystkim - aby ochronić się przed gazem łzawiącym. Byli uzbrojeni w żelazne drągi, drzewce sztandarów, łańcuchy i pasy z ciężkimi metalowymi klamrami. Budzili strach.

Ich fala uderzyła w policyjny kordon z siłą porównywalną z impetem fali powodziowej.

Początkowo zapora to wytrzymała, przeciwnicy wymieniali wściekłe ciosy ponad cienką granicą oddzielających ich tarcz. Ale fanów Romy było o wiele więcej niż policjantów i w miarę jak wyskakiwali z wagonów, presja rosła. Linia niebieskich kasków stopniowo się cofała, już nie była tak zwarta, wreszcie się przerwała. Starcie zamieniło się w chaotyczną, wściekłą bijatykę, w której żadna ze stron się nie oszczędzała.

Z pociągu wystrzelono petardy i świece dymne, których kolorowe smugi spowiły wszystkich po równo i mieszały się z czarnym dymem wydobywającym się z podpalonego wagonu. Od czasu do czasu eksplozje bomb papierowych zagłuszały zgiełk walki. Komisarz Mezzanotte, z czerwonymi oczami i gardłem palącym od dymu i gazu, pomyślał, że nie musi już sobie wyobrażać, jak wygląda wojna: właśnie sam doświadczał czegoś podobnego.

Był w tej akcji jednym z dwóch oficerów policji kolejowej Polfer, podlegało mu około dziesięciu funkcjonariuszy. Zgodnie z otrzymanymi rozkazami pozostali na tyłach, nie brali bezpośredniego udziału w walce, co nie znaczy, że nie zdarzyło im się wymierzyć lub zainkasować ciosu. Ich główne zadanie polegało jednak na przejmowaniu rozbrojonych kibiców lub co najwyżej zatrzymywaniu tych, którzy próbowali ucieczki. Krępowali ich potem opaskami zaciskowymi, w które zostali obficie wyposażeni, spisywali dane osobowe i doprowadzali ich do autokarów albo w razie potrzeby do ambulansów stojących przed stacją. Niektórych trzeba było dosłownie wyrywać z rąk funkcjonariuszy oddziałów prewencji, bo nie przestawali okładać zatrzymanych pałkami i kopniakami, nawet kiedy tamci leżeli już na ziemi. Mezzanotte nie usprawiedliwiał ich, ale przynajmniej częściowo potrafił zrozumieć. Zachowanie jasnego umysłu i zimnej krwi nie było łatwe w takich sytuacjach.

Do szału natomiast doprowadzał go komisarz Manuel Carbone, podoficer Polferu, z którym był w parze. Wysoki, szeroki w ramionach, z mięśniami napompowanymi w siłowni nie bez pomocy sterydów, jak podejrzewał Riccardo. Carbone - z nosem spłaszczonym jak u rugbysty, niskim czołem i włosami ściętymi na jeża - był tym, który w komendzie czepiał się go najbardziej. Uwielbiał go prowokować i nigdy nie tracił okazji, by okazać mu niechęć. Dlatego i teraz Mezzanotte starał się trzymać od niego z daleka i udawał, że nie widzi, jak ten, wraz z kilkoma podwładnymi, którzy zawsze się go trzymali, wyżywa się na unieszkodliwionych już kibicach. Zadawał im ciosy na zimno, bez potrzeby, dla samej przyjemności sprawiania cierpienia, czego nie dało się w żaden sposób usprawiedliwić.

W pewnej chwili Riccardo zauważył, że Carbone podłożył nogę chłopakowi z czołem zalanym krwią, ubranemu w koszulkę z dziesiątką Tottiego, podczas gdy prowadził go w kierunku wyjścia ze stacji. Tamten miał ręce związane za plecami, nie mógł więc podeprzeć się nimi przy upadku i uderzył twarzą o ziemię. Carbone podniósł go gwałtownym ruchem, ale po kilku krokach ponownie podłożył mu nogę, chichocząc przy tym złośliwie. Dla Riccarda to było za dużo. Podszedł do niego bezzwłocznie.

- Co ty, Carbone, robisz, do jasnej cholery?

Carbone odwrócił się i jak tylko zdał sobie sprawę, kto do niego mówi, usztywnił kanciastą szczękę, ale już za chwilę rozłożył ramiona z fałszywie niewinnym uśmiechem.

- Spokojnie, nic się nie stało, chłopak się potknął. Zdarza się - powiedział tonem podszytym kpiną, a jednocześnie potrzasnął jak kukłą kibicem trzymanym za ramię. - Zajmij się swoją robotą, Mezzanotte, ja ze swoją poradzę sobie sam.

Riccardo jednak nie odpuścił.

- Chyba się nie zrozumieliśmy. Masz przestać zachowywać się jak dupek i wyżywać na aresztantach. Natychmiast!

Uśmiech na twarzy Carbonego zgasł w jednej chwili, ustępując miejsca ponurej minie. Podszedł do Riccarda i stanął tuż przy nim. Przerastał go o pół głowy i cała jego masywna postać wyrażała groźbę.

- Nie waż się mówić mi, co mam robić! - warknął, trzymając swoją wiecznie opaloną twarz w odległości paru centymetrów od twarzy Mezzanottego i celując palcem w jego klatkę piersiową. - Nie będziesz mi rozkazywać. Nie zamierzam słuchać takiego parszywca jak ty.

Riccardo od lat chłopięcych nie stronił od bójek. Przez jakiś czas zastanawiał się nawet, czy za drogę życiową nie obrać boksu. Choć Carbone był od niego potężniejszy, nie bał się go ani trochę, a nos aroganta tuż przy jego czole stanowił prawie nieodpartą pokusę. Zwykłe szarpnięcie głową zakończyłoby sprawę, zanimby się zaczęła. Ale to byłoby bardzo nierozsądne, już i tak tkwił po uszy w tarapatach. Do Polferu trafił właśnie dlatego, że uległ podobnej prowokacji.

- A właśnie że mnie posłuchasz! - powiedział stanowczo, zapanowawszy nad sobą ogromnym wysiłkiem. - Ja tutaj mam najwyższą rangę, więc rób, co mówię, i koniec.

Choć inspektor Dalmasso nie powierzył mu bezpośrednio dowództwa nad akcją, technicznie rzecz biorąc, Mezzanotte miał rację: był wyższy rangą niż Carbone. Który jednak nie zamierzał tego uznać.

- A jak nie, to co? Doniesiesz na mnie? - rzucił zaczepnie.

Riccardo zacisnął pięści, starając się pozbyć z głowy kuszącego obrazu zalanej krwią twarzy Carbonego i dźwięku pękających chrząstek.

To wtedy właśnie, przecisnąwszy się między otaczającymi ich funkcjonariuszami Polferu, zbliżył się do nich mężczyzna koło pięćdziesiątki o szpakowatych włosach i ostrych rysach. Mezzanotte zwrócił już na niego uwagę podczas tego długiego popołudnia i chociaż mężczyzna był w cywilnym ubraniu, odgadł w nim od razu funkcjonariusza sił specjalnych DIGOS.

Nieznajomy stanął między nim a Carbonem i zwracając się do tego drugiego, powiedział lodowatym głosem:

- Komisarzu, radziłbym posłuchać nadkomisarza. W przeciwnym razie będę zmuszony opisać pańskie zachowanie w raporcie służbowym.

Zaskoczony Carbone kilka razy otwarł i zamknął usta, ale nie przyszła mu do głowy żadna replika, wymamrotał więc tylko jakieś przekleństwo, odwrócił się na pięcie i odszedł wściekły.

Szpakowaty mężczyzna zbliżył twarz do ucha Riccarda i szepnął:

- Są wśród nas także tacy, którzy doceniają to, co pan zrobił, komisarzu. Chciałem, żeby pan o tym wiedział. - Skinął mu głową na pożegnanie i zniknął równie dyskretnie, jak się pojawił.

Mezzanotte był tak zaskoczony, że nie zdążył mu nawet podziękować. Stał przez kilka sekund osłupiały, po czym otrząsnął się i krzyknął do swoich ludzi:

- Chłopaki, przedstawienie skończone, bierzmy się do roboty!

W ciągu następnych kilku chwil nie opuszczało go jednak napięcie z powodu bójki z Carbonem, której ledwo uniknął, a perspektywa dalszego, pewnie długiego jeszcze przejmowania od jednostek specjalnych zneutralizowanych kiboli była mało zachęcająca.

Kłąb czarnego dymu wydobywający się z podpalonego wagonu stawał się coraz gęstszy, w oknie jednej z ubikacji błyskał żywy ogień. Rokazano im ograniczyć się do wspierania akcji sił specjalnych, ale Mezzanotte pomyślał, że dobrze byłoby ugasić ten pożar, zanim stanie się naprawdę niebezpieczny, tym bardziej że straż pożarna nie mogła na razie interweniować i nikt się tym problemem nie zajmował.

Dał znak czterem swoim ludziom, by poszli za nim. Zauważył, że najostrzejsze starcia toczyły się na peronie głównym, podczas gdy po drugiej stronie pociągu sytuacja była spokojniejsza, dochodziło jedynie do odosobnionych bójek. Zamierzał zadziałać z tamtej strony.

Przygotowując się do tego wraz z innymi, zauważył, że Colella zamierza do nich dołączyć. Aspirant Filippo Colella stanowczo nie był człowiekiem czynu. Na testach sprawnościowych zachowywał się jak prawdziwa łamaga, na strzelnicy nie trafiał do celu nawet przez przypadek, cudem tylko udało mu się skończyć kurs. Ale o ile jego ciało reagowało powolnie i niezdarnie, o tyle mózg działał sprawnie i szybko. Poza tym doskonale sobie radził z komputerami. Byłby świetnym funkcjonariuszem biura kryminalistyki, tylko że nie miał protektorów ani znajomości, tak więc przydzielono go do Polferu. Mezzanotte wiedział, że to nie odwaga kierowała młodszym kolegą, gdy zdecydował się za nim pójść. Po prostu u jego boku czuł się bezpieczniej.

- Ty nie, Filippo. Zostań tutaj, tak będzie lepiej!

Obeszli lokomotywę i posuwali się teraz wzdłuż pociągu po peronie, z którego wyrastały żelazne filary wspierające łuki zadaszeń. Biegli z opuszczonymi głowami, by nie oberwać czymś, co kibole wyrzucali jeszcze przez okna. W pewnej chwili z jednego z nich wyleciało coś w rodzaju papierowej torebki w kształcie kuli wielkości pomarańczy. Mezzanotte obserwował ten dziwny przedmiot lecący w ich kierunku, jakby oglądał film w zwolnionym tempie. Nie od razu domyślił się, co to takiego. Dopiero gdy dostrzegł wystający z torebki zapalony lont, odgadł, że rzucono w ich kierunku bombę papierową, ale wtedy było już za późno.

Zdążył tylko krzyknąć:

- Uważajcie!

Eksplozja powaliła ich wszystkich.

Riccardo leżał na chodniku. Dzwoniło mu w uszach jak przy czajniku z gotującą się wodą, mostek naciskał na płuca, utrudniając oddychanie, miał zaciśnięte gardło i mdłości. Podniósł się z trudem, był oszołomiony, kręciło mu się w głowie, z trudem stał na miękkich nogach. O Jezu!, pomyślał, niewiele brakowało...

Rozejrzał się dokoła. Jego ludzie też leżeli na ziemi, byli jak on zamroczeni, ale wyglądało na to, że nic poważnego nikomu się nie stało. Dał im więc znak, żeby się podnieśli.

Ruszyli ponownie wzdłuż pociągu, ale już ostrożniej, jeszcze bardziej pochyleni, trzymając się bliżej wagonów. Mezzanotte co jakiś czas wyciągał głowę i zaglądał przez okna do środka. Gdy dobiegli do siódmego wagonu, poprzedzającego ten podpalony, zatrzymał się, jakby nagle przyszło mu coś do głowy. Podszedł do otwartych drzwi i zajrzał do środka. W zasięgu wzroku nie było nikogo, podest przegradzały wyważone i częściowo wyrwane z zawiasów drzwi do toalety.

Mezzanotte znów skinął swoim ludziom i ruszył dalej, ale tym razem wolniej, bo zaglądał do każdego okna. Mniej więcej w połowie wagonu się zatrzymał. A więc dobrze pamiętał. W przedziale po drugiej stronie korytarza zobaczył funkcjonariusza Polferu, tego, który wcześniej dał o sobie znać przez komórkę z zabarykadowanej toalety, zanim urwał się z nim kontakt. Teraz policjant siedział bezwładnie, otaczało go trzech ultrasów, z których jeden groził mu nożem.

Mezzanotte oparł się o ścianę wagonu i rozważał sytuację. Podjęcie jakiegokolwiek działania na pewno wykraczało poza otrzymane rozkazy. Najwłaściwszym zachowaniem byłoby pozostawienie tej sprawy siłom prewencji, ale nieliczni funkcjonariusze tych sił, którzy znajdowali się w pobliżu, byli nazbyt zajęci tłuczeniem się z kibolami, gdyby zaś wezwał posiłki przez radio, mogłyby nadejść zbyt późno, by pomóc koledze, któremu groziło realne niebezpieczeństwo. Powinien skontaktować się z komisariatem, wiedział jednak, że inspektor Dalmasso na pewno nie dałby mu pozwolenia na interwencję, więc od razu z tego zrezygnował, choć słyszał gdzieś w głowie słaby głosik, który mówił, że pakuje się w kłopoty, a nie może sobie teraz na to pozwolić. To był ten sam głosik, który od lat bezskutecznie starał się przemówić mu do rozsądku.

Dzwonienie w uszach zmniejszyło natężenie do irytującego brzęczenia, nogi już mu nie drżały. Powinno się udać. Dał znak trzem swoim ludziom, żeby wrócili do drzwi, które właśnie minęli, on zaś oraz czwarty policjant skierowali się do drugiego wejścia do wagonu. Wszyscy jednocześnie wspięli się po stopniach i znaleźli na przeciwległych końcach korytarza. Był pusty i tak zniszczony, jakby właśnie wyszła z niego horda Hunów. Mezzanotte gestami nakazał podwładnym iść cicho naprzód. Kiedy zauważył, że jeden z policjantów sięga do kabury po pistolet, zdecydowanie pokręcił głową. Tylko tego brakowało, żeby zdarzyły się tu jakieś ofary śmiertelne, jak dwa lata wcześniej podczas szczytu G8 w Genui. Zdążyli zrobić zaledwie parę kroków, kiedy z przedziału w środku wagonu wyszło dwóch mężczyzn. Mieli odkryte twarze. Młodszy nosił markowe jeansy, błękitną koszulę i wyglądał na porządnego chłopca z dobrej rodziny. Drugi, w wojskowych spodniach i bluzie, był wyższy, miał twarz bladą i wychudłą.

Riccardo rozpoznał w nich członków bandy Lords of Chaos, których widział już na zdjęciach dołączonych do dokumentacji zebranej przez sekcję DIGOS. Byli to Juri De Vivo i Fabrizio Jannone, znani wśród kumpli jako Chirurg i Ninja.

Znalazłszy się twarzą w twarz z policjantami, obydwaj zawahali się przez chwilę, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ruszyli naprzód, Jannone w kierunku trzech funkcjonariuszy Polferu, De Vivo ku ich dowódcy i czwartemu policjantowi.

Chirurg wyjął z tylnej kieszeni spodni nóż sprężynowy i wysunął ostrze. Miał rozszerzone źrenice jak ktoś, kto wciągnął więcej niż jedną kreskę. Będzie naprawdę gorąco, pomyślał Mezzanotte. Wystąpić z gołymi rękami przeciwko człowiekowi uzbrojonemu w nóż to nie przelewki. Tym bardziej jeżeli przeciwnik zna się na rzeczy, a ograniczona przestrzeń utrudnia uniki. Musi być cholernie szybki i precyzyjny. Dał znak swemu towarzyszowi, żeby trzymał się za nim, ustawił się bokiem, tak aby trudniej było w niego trafić, podniósł ręce, zwracając je wnętrzem dłoni na zewnątrz, i skoncentrowany patrzył w oczy przeciwnika, by przewidzieć moment, w którym ten zaatakuje.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu. De Vivo wykonał kilka zwodniczych ruchów, lecz Mezzanotte nie dał się nabrać, następnie wyciągnął błyskawicznym ruchem rękę z nożem, próbując ugodzić Riccarda w brzuch, ale on był na to przygotowany, bo chwilę wcześniej dostrzegł błysk koncentracji w źrenicach przeciwnika, gdy ten powziął decyzję o ataku. Uchylił się i lewą ręką złapał Chirurga za przedramię, zmieniając kierunek ciosu. Jednocześnie uderzył go silnie w szczękę i zaraz potem zgiął w łokciu ramię, którym obronił się przed dźgnięciem, i uwięził uzbrojoną rękę De Viva. Kopniakami w pierś zmusił go do upuszczenia noża. Teraz wystarczyło już tylko uderzyć go łokciem w kark, żeby Chirurg stracił przytomność i osunął się na ziemię.

Mezzanotte oparł się o ścianę, ciężko dysząc, i otarł wierzchem dłoni pot z czoła. W tym samym czasie towarzyszący mu policjant zakładał zaciskowe opaski na ręce kibola. W dalszej części korytarza trzem innym policjantom udało się obezwładnić Jannonego. Nie bez trudności, o czym świadczyło podbite oko jednego i krwawiąca warga drugiego.

Z przedziału, z którego wyszli Jannone i De Vivo, rozległ się głos:

- Juri, Fabrizio, co się dzieje? Co to za hałasy? Czemu się nie odzywacie? Gdzie jesteście?

Mezzanotte zbliżył się do drzwi przedziału i zerknął do środka. Zobaczył zaginionego funkcjonariusza w bardzo złym stanie fizycznym, praktycznie nieprzytomnego. Trzymał się na nogach tylko dlatego, że podtrzymywał go mężczyzna stojący za jego plecami, otaczając ramieniem szyję i przytykając mu do skroni lufę pistoletu. Nie był wysoki, miał czarne włosy i wąsy, oliwkową cerę i wyglądał na twardziela. To Max Ovidi, szef bandy Lords of Chaos.

Mezzanotte zwrócił się do niego, starając się nadać swemu głosowi jak najwięcej spokoju i autorytetu.

- Ovidi, jestem komisarzem policji. Twoich kompanów już złapaliśmy. Jesteś sam i nie masz szans na ucieczkę. Sprawy źle się dla ciebie układają, najlepiej zrobisz, jeśli od razu się poddasz. Chyba nie chcesz być oskarżony także o porwanie, prawda?

- Nie wrócę do więzienia! Trzymajcie się z daleka albo go ukatrupię. Słyszeliście, pieprzone gliny? Wpakuję mu kulkę w łeb!

- Spokojnie, Ovidi, spokojnie. Nikt tu nie będzie nikogo ukatrupiać, zrozumiałeś? Porozmawiajmy i razem znajdziemy jakieś rozwiązanie. Wejdę bez broni, usiądziemy sobie spokojnie i pogadamy. Co ty na to?

- Nie ma o czym gadać. Nic nie rozumiecie. Ja go zabiję, zabiję was wszystkich, urządzę jatkę. Macie się do mnie nie zbliżać! Spierdalajcie stąd!

Sądząc po głosie, Max Ovidi był nafaszerowany kokainą i całkowicie niezdolny do trzeźwego myślenia. Był zdesperowany i gotowy na wszystko. Naprawdę potrafiłby zabić. Zresztą biorąc pod uwagę jego kartotekę kryminalną, nie można wykluczyć, że już to kiedyś zrobił.

Mezzanotte zaczął się bać nie na żarty. Niewiele brakowało, żeby stracił kontrolę nad sytuacją, mógł nie poradzić sobie sam. Negocjacje z uzbrojonym bandytą, który wziął zakładnika, to poważna sprawa, ale nie wiedział, gdzie się zwrócić po pomoc. Spróbował skontaktować się drogą radiową z funkcjonariuszem sił prewencji, ale ten nie odpowiedział. Polecił zatem swoim ludziom, by wyszli z pociągu i zawiadomili go o sytuacji, a przy okazji zabrali z sobą tych dwóch cholernych Lords of Chaos, którzy leżeli na korytarzu, on zaś zostanie na miejscu, żeby monitorować sytuację, i poczeka na posiłki i rozkazy. Czterej policjanci wzięli pod pachy kiboli i wywlekli ich z pociągu.

Po kilku minutach Ovidi znów się odezwał.

- Hej, gliny, jesteście tam jeszcze? Tak czy nie?

- Jestem tutaj - odparł Riccardo. - Czego chcesz?

- Wychodzę. Spierdalam stąd. Nie zbliżajcie się i nie próbujcie mnie zatrzymać!

Mezzanotte popadł w rozterkę. Co, do diabła, powinien teraz zrobić? Nie umiał zdecydować, co byłoby gorsze: czy pozwolić, żeby przywódca ultrasów ulotnił się, nie poniósłszy żadnej odpowiedzialności, i to pod jego nosem, czy też starać się go zatrzymać, narażając życie kolegi?

Ponownie spróbował perswazji:

- Ovidi, to nie jest dobry pomysł. Może byśmy jednak...

- Wychodzę! - przerwał mu tamten krzykiem. - Zostawcie mi wolną drogę albo urządzę jatkę!

Ultras pojawił się w drzwiach przedziału, schowany za plecami zakładnika, którego wciąż trzymał za szyję. Rozejrzał się dokoła wytrzeszczonymi oczami, był zdumiony, że czeka na niego tylko jeden policjant. Zaczął się cofać korytarzem, celując z pistoletu to w głowę zakładnika, to w Riccarda. Ten, nie mając pojęcia, co sobie umyślił kibol, szedł powoli za nim, bardzo uważając, by nie wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu i zachować stałą odległość.

- Stój! Nie zbliżaj się, kurwa! Będę strzelać! Zrozumiałeś czy nie, że będę strzelać?!

Potem wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Ovidi postawił krzywo nogę i o mało nie stracił równowagi. Przez ułamek sekundy spojrzał w dół, opuszczając broń. Mezzanotte zareagował instynktownie, bez zastanowienia. Rzucił się do przodu, by sięgnąć ręki bandyty z pistoletem. Zwalił się na niego oraz na zakładnika i wszyscy trzej, jeden na drugim, znaleźli się na podłodze wąskiego korytarza. Ovidi szarpał się i kopał, próbując się wydostać z tej plątaniny ciał, podczas gdy Mezzanotte, nie zważając na bolesne ciosy, ściskał go lewą reką za nadgarstek, by utrzymać pistolet na dystans, prawą zaś starał się zwalić z siebie bezwładne ciało funkcjonariusza Polferu, które uniemożliwiało mu ruchy. Z pistoletu padł strzał, od którego aż zadrżał i prawie pękły mu bębenki w uszach, ale nadal przyciskał do podłogi uzbrojone ramię kibola. Wyjąc z wysiłku, zdołał zrzucić z siebie nieprzytomnego policjanta i podnieść się na tyle, żeby przytłoczyć swym ciałem Ovidiego. Zaczął zadawać mu ciosy w twarz z coraz większą furią, aż ten zalał się krwią i przestał się poruszać.

Mezzanotte usiadł jednym gwałtownym ruchem i pomimo bólu dłoni i pokancerowanych kłykci zaczął walić pięściami i nogami w ściany pociągu, powtarzając:

- Kurwa, kurwa, kurwa...

Kiedy dał upust emocjom i poczuł się spokojniejszy, zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. To koniec, dzięki Bogu, to koniec.

Był wyczerpany i obolały, lecz wstał, żeby sprawdzić stan nieprzytomnego kolegi. Serce mu biło, oddychał miarowo, ale było widać, że bardzo potrzebuje lekarza. Riccardo wziął go na plecy i zaniósł do jednego z przedziałów, gdzie położył go na siedzeniach. Policjant jęczał cicho z zamkniętymi oczami. Mezzanotte pomyślał, że tamten poczuje się lepiej, jeśli przemyje mu twarz i zwilży spierzchnięte usta, zanim przybędzie pomoc lekarska. Wyszedł z przedziału i skierował się do toalety. Na podeście zauważył, że przez szpary w przesuwnych drzwiach do następnego wagonu przedostaje się dym, i poczuł ostry zapach palonego plastiku. Przy tym wszystkim, co się wydarzyło, zupełnie zapomniał o pożarze. Uśmiechnął się na myśl, że obok wszystkich innych głupich pomysłów, przez które zawsze pakował się w kłopoty, ten z gaszeniem pożaru pociągu zasłużył sobie na jedno z pierwszych miejsc w klasyfikacji.

W tej samej chwili przesuwne drzwi się rozchyliły, wpuszczając gęstą chmurę dymu. Kiedy dym się rozrzedził, w przejściu ukazała się postać tak gigantyczna, że wypełniała je prawie w całości. Poruszyła potężnym ramieniem, jakby chciała odgonić muchę, ale to Riccardo był tą muchą: ramię uderzyło go, a on wyleciał przez drzwi wagonu i poturlał się w dół po schodkach, niczym cienka gałązka.

Mezzanotte jeszcze nie uświadomił sobie w pełni, co się stało, a już leżał na peronie rozciągnięty na plecach. Atak był niespodziewany, nastąpił, gdy on przestał się mieć na baczności, opuścił gardę. Teraz na widok olbrzyma o ogolonej na zero, śmiesznie małej głowie z odstającymi uszami, w siatkowym podkoszulku obciągniętym na wydatnym brzuchu, schodzącego po stopniach wagonu, Riccardo poczuł, że panika łapie go za gardło. Tętno oszalało, a oddech zamienił się w dyszenie.

Olbrzym zmierzał w jego kierunku z grymasem okrucieństwa na tępej twarzy. Przez ten grymas marszczył się jego zadarty nos przypominający świński ryjek, a małe oczka zagłębione w tłuszczu zmieniły się w wąskie szparki. Wokół dłoni owinął sobie skórzany pas, z którego końca zwisała duża stalowa klamra w kształcie trupiej czaszki.

Mezzanotte starał się pełznąć w tył, tak żeby zachować dystans od Carla Butteroniego, zwanego Górą, podczas gdy ten podchodził do niego z wolna, potrząsając pasem. Riccardo przełknął ślinę i gorączkowo rozglądał się dokoła w poszukiwaniu pomocy, ale nieliczni policjanci, których miał w zasięgu wzroku, znajdowali się daleko i byli bardzo zajęci.

Pokusa, żeby po prostu uciec, była silna, ale chociaż opanował go strach, duma nie pozwoliła mu na ucieczkę. Nieraz myślał sobie, że duma jest jego największą wadą i największą zaletą jednocześnie. Obawiał się jednak, że w tym wypadku może się okazać jedynie wadą. Butteroni był naprawdę gigantem. Nigdy dotąd nie zmierzył się z kimś aż tak potężnym. To prawda, że Góra był tłusty, ale Riccardo nie wątpił, że pod tłuszczem miał twarde mięśnie. Był bez szans, Góra rozerwie go na strzępy, zmiażdży jak karalucha.

Przede wszystkim powinien się uspokoić, odzyskać panowanie nad sobą. Strach jest niebezpieczny, mąci myśli, usztywnia mięśnie, zwalnia odruchy. Strach jest największym wrogiem. Przypomniał sobie, co słyszał od trenera w kącie ringu, gdy podczas trudnego pojedynku dawał do siebie dostęp lękowi i zniechęceniu, a rękawice zaczynały mu ciążyć jak kamienie: oddychaj przeponą i myśl pozytywnie.

Mezzanotte wstał i nie przestając się cofać, starał się głęboko oddychać, nabierał powietrza, jakby chciał zepchnąć żołądek w dół, potem przetrzymywał je kilka sekund w płucach i wreszcie wypuszczał, jak tylko umiał najwolniej. Jednocześnie poruszał ramionami i szyją, by rozluźnić mięśnie, i dodawał sobie w myślach odwagi, przekonując samego siebie, że Góra, nieważne jak wielki, na pewno nie jest szybki, a na pierwszy rzut oka nie wydaje się też przesadnie bystry.

Dzięki tym poczynaniom także teraz nastąpił cud. O ile ogarniająca go panika przyśpieszała tętno, zmuszając płuca do częstszej wymiany powietrza, by zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na tlen, technika głębokiego oddechu zwalniała je i automatycznie osłabiała uczucie paniki. I choć Riccardo nie wierzył w to na sto procent, powtarzanie sobie, że wszystko będzie dobrze, zasiało w nim ziarno nadziei.

Przestał się cofać. Rozstawił nogi i zgiął je w kolanach, by stać na nich pewniej, po czym uniósł pięści przed twarz, przybierając pozycję obronną. Góra podniósł rękę, chcąc go uderzyć stalową klamrą pasa. Zamachnął się z przerażającą siłą, ale Riccardo zrobił unik, odskakując w bok. Klamra w kształcie trupiej czaszki uderzyła w chodnik w odległości kilku centymetrów od niego, aż poszły iskry. Zanim olbrzym zdążył się wyprostować, Riccardo podskoczył do niego, wymierzył mu prawy sierpowy w bok i natychmiast cofnął się na bezpieczną odległość.

Ten celny cios dodał mu otuchy. Mezzanotte zaczął wierzyć, że naprawdę może pokonać przeciwnika. Wykonywał szybkie ruchy, podskakiwał wokół Góry, wciąż zmieniając rytm i kierunek. Ustawiał się bokiem, nigdy przodem, tak żeby już samo jego ciało stanowiło przeszkodę przy atakach olbrzyma, przede wszystkim zaś starał się pozostawać poza zasięgiem jego łap wielkich jak bochny chleba.

Ultras z trudem dotrzymywał mu kroku. Nieustanne podskoki na prawo i lewo dezorientowały go i denerwowały, co jakiś czas wydawał gniewne pomruki. Miał zwolniony refleks, uderzenia pasa, choć silne, następowały zawsze o chwilę za późno, rękami łapał powietrze.

Do tego jeszcze za każdym razem, gdy jego uderzenia nie sięgały celu, odkrywał się, a Mezzanotte wykorzystywał to, dopadał przeciwnika błyskawicznym ruchem i zasypywał ciosami w nerki i kopniakami w golenie, po czym zaraz odskakiwał zwinnie poza jego zasięg. Uderzenia Riccarda zdawały się nie szkodzić Butteroniemu, pięści grzęzły w tłuszczu, kopniaki były dla niego pewnie jak ukąszenia komara. Mezzanotte miał jednak nadzieję, że w końcu przyniosą pożądany efekt.

Pomimo zmęczenia Riccardo w miarę upływu czasu odzyskiwał pewność siebie, walka zaczęła mu sprawiać przyjemność. Czuł się jak w stanie łaski. Zdarzało mu się to czasem na ringu, wszystko przychodziło mu wtedy łatwo, naturalnie. Jego ruchy były teraz jak taniec: płynne, harmonijne i precyzyjne. Natomiast Butteroni miał widoczne trudności. Poruszał się coraz ciężej, powłóczył nogami i dotykał jednego boku z grymasem bólu.

Obrana taktyka była słuszna, przeciwnik okazywał pierwsze oznaki załamania, przyszedł czas, żeby go przyprzeć do muru, nie zostawiając mu ani chwili na wytchnienie. Mezzanotte zachowywał się teraz śmielej, zmniejszył dystans od Butteroniego, częściej i głębiej wdzierał się w pole rażenia stalowej klamry. Zdążył go rozszyfrować, potrafił przewidzieć jego ruchy.

A jednak, trzymając się go tak blisko, więcej ryzykował. Podczas jednego z odskoków poczuł dotknięcie łapska olbrzyma. Ultrasowi nie udało się go złapać, między palcami zostało mu powietrze, ale uderzenie w ramię wystarczyło, żeby Mezzanotte stracił równowagę i musiał zrobić kilka chwiejnych kroków, by ją odzyskać. Trupią czaszkę ze stali zobaczył już nad sobą i próbował jeszcze umknąć z jej trajektorii, wykonując gwałtowny obrót, lecz tym razem klamra uderzyła go w plecy. Tylko krawędzią, ale i tak przez chwilę poczuł, jakby ktoś przytknął do tego miejsca rozpalony do białości metalowy pręt.

Mezzanotte zwinął się, krzycząc z bólu, i w tej samej chwili ramiona Góry, potężne jak pnie drzew, otoczyły go i podniosły. Policjant zdążył odwrócić się do przeciwnika przodem, zanim zacisnęły się wokół jego klatki piersiowej jak szczęki imadła. Riccardo ramiona miał unieruchomione i nie mógł zrobić nic innego, jak starać się jakoś wywinąć. Butteroni nie przestawał go ściskać z ewidentnym zamiarem zmiażdżenia jego ciała.

- Nie żyjesz, psie! - ryknął z okrutną radością, zionąc mu w twarz śmierdzącym oddechem. Były to pierwsze i jedyne słowa, jakie Mezzanotte od niego usłyszał.

Oddychał z coraz większym trudem i zaczynał tracić ostrość widzenia, gdy kątem oka dostrzegł trzech mężczyzn w szaro-granatowych mundurach idących w ich kierunku po peronie. To byli Carbone i jego dwaj ludzie. Riccardo spróbował zawołać ich i poprosić o pomoc, ale z jego ust wydobyło się tylko zdławione rzężenie. Carbone pokiwał mu ręką z szyderczym uśmiechem, po czym zniknął wraz z dwoma policjantami za drzwiami siódmego wagonu. Gnojek, pomyślał Mezzanotte, ale niespodziewanie zachciało mu się śmiać. Czuł się zamroczony i coraz słabszy, głowę miał lekką, widział jak przez mgłę. Kusiło go, żeby zamknąć oczy i poddać się śmiertelnemu uściskowi olbrzyma, który kołysał nim, jakby tańczyli razem jakiegoś dziwacznego walca.

Nie!

W ostatnim przebłysku świadomości otrząsnął się z apatii i jeszcze raz się napiął, próbując wywinąć się z uścisku. Bez powodzenia - szczęki imadła zaciskały się coraz bardziej, Mezzanotte czuł, że trzeszczą mu żebra. Wtedy desperackim wysiłkiem odchylił głowę i zadał nią gwałtowny cios w splot słoneczny Butteroniego. Ten jęknął z bólu. Riccardo odniósł wrażenie, że nieznacznie zwolnił uścisk, więc zwarł szczęki i uderzył jeszcze raz i jeszcze, choć zdawał sobie sprawę, że to jak walenie głową w mur. A jednak przeciwnik opuścił w końcu ramiona. Policjant zsunął się i postawił nogi na ziemi, podczas gdy Góra zgiął się wpół i przytknął rękę do piersi. Riccardo miał tylko kilka chwil na odzyskanie panowania nad sobą.

Z czoła kapała mu krew, czuł się zamroczony. Być może dlatego nie uznał od razu za absurdalny pomysłu, który nie wiadomo jak wpadł mu do głowy. Doskoczył do szyi Butteroniego i otoczył ją prawym ramieniem. Ścisnął z całej siły, aż dosięgnął dłonią swojego lewego bicepsu. Potem położył zdecydowanym ruchem lewą dłoń na jego karku. Podczas gdy olbrzym się prostował, podnosząc go wraz z sobą, i szarpał się, by go strząsnąć, Mezzanotte zaczął dociskać przedramię do szyi przeciwnika.

Ten chwyt pokazał mu przed laty pewien chłopak w siłowni. Twierdził, że nauczył się go na kursie krav magi zarezerwowanym dla agentów izraelskich służb specjalnych. Prawdopodobnie opowiadał bajki, ale chwyt naprawdę działał. Mata le?o to element brazylijskiego dżu-dżitsu, który ma zapewnić panowanie nad przeciwnikiem i zmuszenie go do uległości. Polega na odcięciu dopływu krwi do mózgu i przy prawidłowym wykonaniu doprowadza szybko do utraty przytomności przeciwnika, niezależnie od jego rozmiarów, siły i wytrzymałości. Jeśli uścisk jest za mocny lub trwa za długo, może spowodować śmierć. Pomijając fakt, że Riccardo ledwo mógł objąć ramieniem nadzwyczajnie gruby kark Butteroniego, był jeszcze jeden problem: zwykle wykonuje się ten chwyt na osobie leżącej na ziemi. Próba wykonania go na kimś, kto stoi, i w dodatku jest tak potężny jak Góra, mogła przyjść do głowy jedynie komuś szalonemu albo zdesperowanemu.

Mezzanotte ściskał szyję ultrasa ze wszystkich sił, wisząc na jego plecach i krzycząc na całe gardło, by dodać sobie animuszu, podczas gdy Góra miotał się jak rozdrażniony słoń i wywijał nad głową rękami, próbując go nimi dosięgnąć. Z trudem łapał powietrze. W pewnej chwili rzucił się do tyłu i przygniótł Riccarda swym potężnym ciałem do ściany pociągu, ale policjant i teraz nie zwolnił uścisku, choć z bólu w miejscu rany na plecach zobaczył gwiazdy. Wszystko to trwało kilka minut długich jak godziny, aż wreszcie nieprzytomny Góra zwalił się na peron.

Mezzanotte pozostał jeszcze przez chwilę na rozłożystych plecach ultrasa, jakby nie mógł uwierzyć, że udało mu się przeżyć. Kiedy już uspokoił oddech, bardzo ostrożnie wstał. Czuł się bezgranicznie zmordowany, w miarę jak adrenalina odpływała, zaczęło go wszystko boleć. Niepokoił go pulsujący ból w plecach, tył koszuli miał mokry od krwi.

Drżącymi rękami podniósł z ziemi czapkę i skrępował ręce Butteroniego, używając nie jednej, lecz dwóch plastikowych opasek, ścisnął je tak mocno, aż zniknęły w tłuszczu. Dotarł jakoś do wagonu, ale nie zastał tam ani Ovidiego, ani funkcjonariusza Polferu. Pewnie odprowadzili ich Carbone i jego ludzie. Zataczając się na drżących nogach, ruszył w drogę po peronie.

Colella pobiegł mu na spotkanie, jak tylko zobaczył go na początku peronu. Zapytał, co mu się przytrafiło, ale Riccardo nie odpowiedział.

- Po co przyszedł Carbone? - krzyknął, złapawszy dwiema rękami za kołnierz kurtki aspiranta. - Powiedziałem jasno, żeby zawiadomić dowódcę sił prewencji.

Colella wyjaśnił, że Carbone tak zdecydował. Zatrzymał funkcjonariuszy, którzy przyprowadzili dwóch ultrasów, i kazał sobie wszystko zreferować. Powiedział, że sam się wszystkim zajmie, a chłopakom polecił wrócić do roboty.

- A gdzie jest teraz? - zapytał Mezzanotte, rozglądając się dokoła. Sytuacja była o wiele spokojniejsza, starcia z kibolami dogasały.

- Cardo, zapytałem go, gdzie się podziałeś, ale powiedział, że cię nie widział.

Co za sukinsyn! Nie tylko zostawił go na pastwę Góry, ale przypisał sobie zasługę za uratowanie pobitego policjanta.

Mezzanotte ruszył wściekły w kierunku komisariatu, lecz nogi się pod nim ugięły, a plecy przeszył ostry ból. Musiał się złapać Colelli, żeby nie upaść.

- Filippo, zaprowadź mnie do ambulansu.

2.

Mezzanotte przestępował nerwowo z nogi na nogę, uwięziony wśród pasażerów stłoczonych przy wejściu na ruchome schody. Minęła ósma rano, był już spóźniony na poniedziałkową odprawę. Inspektor Dalmasso łatwo mu tego nie wybaczy. Przykładał dużą wagę do tych zebrań, na których wspólnie oceniali postępy toczących się śledztw i akcji policyjnych, układali plan pracy na rozpoczynający się tydzień oraz, jak zwykł mówić, cementował się duch zespołowy.

Riccardowi znowu ktoś pociął opony samochodowe, chociaż od dłuższego czasu przezornie nie parkował pod domem, tylko parę przecznic dalej. Z tego powodu musiał dzisiaj skorzystać z metra. Od dnia, w którym w ubiegłym tygodniu prokuratura zamknęła postępowanie przedprocesowe i sformułowała akt oskarżenia, był celem wciąż nowych groźb i prób zastraszania: dostawał anonimowe bileciki i nocne telefony z pogróżkami, porysowano mu karoserię samochodu i dziurawiono opony, a nawet podpalono wycieraczkę pod drzwiami mieszkania. Wszystko po to, żeby puściły mu nerwy i prawdę mówiąc, niewiele mu do tego brakowało. Wkrótce miała zostać podana data rozprawy wstępnej i chociaż prokuratorka Trebeschi zapewniła go, że powoła go na świadka tylko w razie absolutnej konieczności, Riccardo wiedział, że wcześniej czy później będzie musiał złożyć zeznania w sali sądowej, w obecności wszystkich. Odsuwał od siebie tę myśl, bo budziła w nim lęk, zimny i oślizły niczym wąż.

- Przepraszam, przepraszam!

Torował sobie drogę wśród stłoczonych ludzi przesuwających się powoli ku metalowym stopniom. Pomagał mu w tym niesiony na plecach spory worek z mundurem. Czuł pod nim zrastającą się, zaklejoną plastrem ranę, ale tego uczucia nie można było nazwać bólem, najwyżej ciągnięciem, choć zaledwie przed paroma dniami wyjęto szwy.

Wyszedł na otwartą przestrzeń przed ciężką bryłą dworca, której biel miała brudny, matowy odcień za sprawą powietrza zanieczyszczonego spalinami. Fasada imponującej budowli, surowej i dostojnej, przypominającej coś między katedrą a rzymskimi termami, dominowała nad piazza Duca d'Aosta. Na prawo od niego wznosił się wieżowiec Pirelli, w który rok wcześniej uderzył mały samolot turystyczny, pogrążając miasto na kilka godzin w koszmarze 11 września, po lewej stronie znajdował się wylot via Vitruvio, z zapchlonymi jednogwiazdkowymi hotelikami odwiedzanymi przez prostytutki i typów spod ciemnej gwiazdy, po przeciwnej zaś stronie, za portykami przy via Vittorio Pisani otwierała się piazza della Repubblica, plac otoczony budynkami z lat 30. XX wieku i drapaczami chmur.

Oficjalnej inauguracji dworca Mediolan Centralny dokonano w 1931 roku, w szczytowym okresie faszyzmu, ale jego architekt Ulisse Stacchini przedstawił pierwszy projekt o wiele wcześniej, bo już w 1912 roku, nazywając gmach "katedrą w ruchu".

Prawdopodobnie ze względu na długą i burzliwą historię swego powstawania dworzec nie miał wyraźnie określonego stylu architektonicznego. Secesja, art déco, neoklasycyzm, racjonalizm i styl faszystowski nakładały się na siebie, tworząc chaotyczną, przeładowaną ornamentami całość graniczącą z kiczem. Mieszkańcy miasta nazwali ironicznie ten eklektyczny i pompatycznie monumentalny styl "asyryjsko-mediolańskim". Trudno byłoby powiedzieć o najważniejszym mediolańskim dworcu, że był piękny, ale bez wątpienia był na swój sposób wyjątkowy. Przede wszystkim zaś był ogromny. Wyzywająco i nieumiarkowanie duży.

Nad fasadą królowały dwa gigantyczne skrzydlate konie oraz posągi przytrzymujących je postaci męskich, podobnie jak one wykutych w kamieniu. Pod nimi trzy prostokątne portale przedzielone kolumnami prowadziły do okazałego westybulu nazywanego Galerią Powozów, gdzie o tej porze panował frenetyczny ruch.

Mezzanotte wyszedł z dworca przez środkowy portal i przemierzył szeroki, zatłoczony chodnik oddzielający strefę przeznaczoną dla taksówek od tej, do której mogły dojeżdżać samochody prywatne. Musiał przy tym wykonać slalom między żebrakami oraz handlarzami obnośnymi z Afryki i Chin. Kątem oka dostrzegł grupkę dyskutujących żywo łachmaniarzy, którzy przekazywali sobie z ust do ust karton z najtańszym winem. Stali pod jednym z filarów zachodniego skrzydła galerii, półzasłonięci zaparkowanymi samochodami, i trudno było odgadnąć, czy żartują między sobą, czy się kłócą, ale Riccardo wiedział, że w przypadku alkoholików biwakujących na dworcu jedno mogło się łatwo przerodzić w drugie. Była wśród nich Amelia, bezdomna kobieta w starszym wieku, która od wielu lat pomieszkiwała na dworcu. Znała to miejsce jak własną kieszeń i wiedziała wszystko o jego stałych bywalcach. Była pomarszczona i koścista, na głowie mierzwiły jej się siwe kołtuny, cały dobytek trzymała w zdezelowanym wózku na zakupy, z którym nigdy się nie rozstawała. Na pierwszy rzut oka robiła wrażenie kruchej, bezbronnej staruszki, ale nic bardziej mylnego: była złośliwa jak żmija, bardzo mściwa i należało się dobrze zastanowić, zanim zrobiło się coś, co mogło jej się nie spodobać. Miała jednak pewną słabość: uwielbiała czekoladki. Mezzanotte więc często przynosił jej Baci Perugina i Ferrero Rocher, żeby zaskarbić sobie jej sympatię oraz zaufanie i zdobyć potrzebne informacje.

Nie zwalniając kroku, wszedł do majestatycznej hali kasowej i jak zwykle poczuł się przez chwilę beznadziejnie mały i niewiele znaczący w tej ogromnej przestrzeni. Kolebkowe sklepienie, ozdobione fryzami i płaskorzeźbami, skonstruowano na zawrotnej wysokości czterdziestu metrów. Z zewnątrz było widać, że to najwyższa część konstrukcji, zwieńczona czymś w rodzaju kopuły, przez co przypominała obserwatorium astronomiczne. Blade światło poranka przedostawało się przez witrażowe szyby wstawione w sklepienie i przez wielkie okna w ścianach bocznych, zalewając halę płynną poświatą kojarzącą się z akwarium. Odwiedzający to miejsce czasem czuli się pewnie tak, jakby znajdowali się w czymś w rodzaju świątyni. Tego wrażenia nie mogły zatrzeć ani kioski handlowe, ani banery reklamowe, które w ostatnich czasach wyrosły na dworcu jak trujące grzyby po deszczu, zajmując każdy wolny kawałek.

Wśród ludzi stojących w kolejkach po bilety dostrzegł Strzykawę, jak zwykle aktywnego od samego rana, ubranego tego dnia w jaskrawy dres, zwisający mu luźno z przygarbionych ramion. Strzykawa należał do "kolektorów", to znaczy narkomanów, którzy spędzali całe dnie na dworcu, starając się wyprosić u podróżnych drobniaki na przynajmniej jedną działkę. W odróżnieniu od większości podobnych mu ćpunów, którzy wymyślali niestworzone historie, żeby wydębić od ludzi pieniądze, stawiał na rozbrajającą szczerość i urok osobisty.

Zadawał przechodniom bezpośrednie pytanie:

- Ej, gościu, nie masz przypadkiem stu lirów? Muszę sobie wstrzyknąć. - Nie docierało do niego, że od ponad roku oficjalną walutą we Włoszech jest euro i stare liry wyszły z obiegu.

Spojrzenie Riccarda skrzyżowało się przez chwilę ze wzrokiem ćpuna, wymienili ledwo zauważalny znak porozumienia. Strzykawa był kolejnym informatorem, którego udało mu się zwerbować na dworcu. Także w czasach testów DNA i innych nowinek technicznych dokładna znajomość terenu i solidna sieć informatorów to podstawa sukcesu w dochodzeniach. Była to jedna z najpożyteczniejszych nauk, jakie otrzymał od swego ojca, legendarnego inspektora Alberta Mezzanottego. Dobry policjant to ten, który potrafi rozmawiać z ludźmi i ma schodzone podeszwy. Usłyszał to w jednym z niewielu wywiadów, jakich udzielił ojciec, i niestety nie zdążył mu podziękować za tę lekcję. Nie zdążył. Uświadomił sobie jej wartość zbyt późno, podobnie jak tyle innych rzeczy w relacjach między nimi.

Przez trzy otwory obramowane kolumnami z różowego marmuru dwie rampy schodów zwykłych i dwie taśmy schodów ruchomych łączyły halę kasową z tak zwanym poziomem żelaznym, to znaczy poziomem torów kolejowych. Tory położono na nasypie podtrzymywanym potężnymi murami na długości ponad kilometra, siedem metrów powyżej ulicy. Mezzanotte wybrał schody ruchome. Kiedy osiągnął wysokość tarasu nad kasami biletowymi, kloszard siedzący na marmurowej ławce i czytający pomiętą gazetę podniósł głowę i uśmiechnął się do niego. Miał za plecami obracający się wielki sześcian wyświetlający reklamy. To Generał, jeszcze jeden stały bywalec dworca. Był w trudnym do określenia wieku między siedemdziesiątką a osiemdziesiątką, miał szczupłe ciało, brodę i długie białe włosy, zadziwiająco czyste jak na bezdomnego. Powłóczył nogą i nigdy nic nie mówił, był niemy i zawsze wesoły, nieszkodliwy i miły. Gdy mógł zaofiarować komuś pomoc lub poczęstować go czymś do picia, zawsze chętnie to robił, więc wszyscy go lubili. Nie wiadomo, skąd się wziął jego przydomek. Może naprawdę służył kiedyś w wojsku, a może nie, trudno powiedzieć, ale trzeba przyznać, że w jego ceremonialnym zachowaniu i sztywnych ruchach było coś z groteskowo militarnej pozy. Nikt nie wiedział, gdzie spędzał noce, co nie powinno dziwić, bo bywalcy dworca, którzy mieli dobre miejsce do spania, ciepłe i bezpieczne, woleli zachować to w tajemnicy. Generał znikał czasem nawet na kilka dni z rzędu, ale kiedy zaczynano się już obawiać, że przytrafiło mu się coś złego, lub gdy o nim zapominano, pojawiał się na nowo, kulejący, ale jak zawsze komicznie po wojskowemu wyprężony. Niektórzy twierdzili, że ma mieszkanie w sąsiedztwie i odłożoną sporą sumkę, lecz z jakichś względów woli prowadzić życie kloszarda. Znaleźli się też tacy, którzy próbowali odkryć jego tajemnicę i śledzili go poza dworcem, okazało się to jednak bezskuteczne. Kiedyś nawet napadli go i pobili, ale znaleźli przy nim tylko kilka drobniaków.

Mezzanotte odpowiedział mu uśmiechem i podniósł do czoła rękę w wojskowym pozdrowieniu. Generał, wyraźnie uszczęśliwiony, wstał gwałtownym ruchem na równe nogi jak nakręcany żołnierzyk i zasalutował, po czym pozostał w pozycji na baczność, aż Riccardo wjechał schodami na samą górę.

Hala główna, przestronna i bogato zdobiona, z poczekalnią, przechowalnią bagaży, sklepami i innymi punktami obsługi podróżnych, zajmowała cały jeden poziom głównego budynku stacji. Wśród dekoracji wyróżniały się ułożone z płytek ceramicznych okazałe widoki najważniejszych miast we Włoszech oraz cyklopowo wielkie lampiony. Na jednym jej końcu można się było posilić w lokalu Gran Bar, na drugim poprosić o informacje w specjalnym biurze, blisko tych miejsc zaczynały się schody prowadzące do atriów przy bocznych wyjściach. Pięć łukowatych otworów w ścianie przeciwległej do kas biletowych dawało dostęp do peronów.

Mezzanotte przemierzył halę pośpiesznie, przechodząc pod ogromną tablicą z rozkładem jazdy, na której bezustannie zmieniał się układ ruchomych czarnych płytek z białymi literami i cyframi, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Minął wejścia na poszczególne perony i skierował się w prawo, do komisariatu policji kolejowej, do którego wchodziło się przy torze dwudziestym pierwszym, przy kaplicy kolejowej. Pierwsze strony gazet zawieszonych na klamerkach wokół kiosku donosiły o postępach w inwazji na Irak prowadzonej przez wielonarodową koalicję pod przywództwem Stanów Zjednoczonych. Zapowiedzi przyjazdu i odjazdu pociągów odbijały się schrypniętym echem pod rozległymi zadaszeniami wspartymi na gigantycznych stalowych łukach.

W dyżurce komisariatu stary Fumagalli spryskiwał wodą kalateę w doniczce na biurku. Miał dobrą rękę do roślin i w jego przeszklonej klatce było zielono jak w oranżerii.

Na widok zdyszanego Riccarda zawołał:

- Komisarzu, zebranie już się zaczęło. Niech się pan pośpieszy, bo inspektor jest gotowy wywołać pana przez dworcowe megafony!

- Już biegnę, Pietro, biegnę. Ale mówiłem ci ze sto razy, żebyś zwracał się do mnie per ty.

Starszy aspirant Pietro Fumagalli był w komisariacie najbardziej wiekowy. Całą swoją policyjną karierę związał z mediolańskim dworcem centralnym i teraz, gdy niewiele brakowało mu do emerytury, można go było uznać za chodzącą encyklopedię wiedzy o tym miejscu. Dlatego nie tylko odbierał telefony i stróżował w dyżurce komisariatu, ale odpowiadał też za archiwum. Poznał niegdyś ojca Riccarda i wysoko go cenił, może dlatego okazywał synowi tak dużą sympatię.

Mezzanotte pobiegł się przebrać, wziął potem ze swego biurka kilka dokumentów i pośpieszył do sali zebrań.

Kiedy otworzył drzwi, inspektor Dalmasso, który stał w głębi pomieszczenia pełnego policjantów, przerwał to, co akurat do nich mówił, i powitał go z sarkazmem:

- Komisarzu Mezzanotte, jak miło, że zaszczycił nas pan swoją obecnością! Mam nadzieję, że nie zakrztusił się pan cappuccino, śpiesząc tu do nas.

Wszyscy odwrócili głowy w jego stronę, a Riccardo przybrał skruszony wyraz twarzy i wykonał gest przeprosin. Jak zwykle odniósł nieprzyjemne wrażenie, że niektórzy koledzy zdjęli z niego wzrok zbyt szybko, a inni zatrzymali go na nim parę sekund dłużej, niż to było konieczne. Ale inspektor jeszcze z nim nie skończył.

- W każdym razie przyszedł pan w samą porę, Mezzanotte. Staraliśmy się właśnie rozwiązać problem z nieobsadzonymi dyżurami w weekend dwudziestego piątego kwietnia, ale teraz, kiedy zgłosił się pan na ochotnika, problem zniknął. No dalej, chłopaki, brawa dla komisarza, który uwolnił nas od kłopotów!

Kierując się do wolnego krzesła w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla oficerów, Mezzanotte myślał o tym, że będzie musiał odwołać rezerwację na farmie ekologicznej, gdzie miał spędzić weekend z narzeczoną. Nie żeby jakoś szczególnie zależało mu na tym wyjeździe, ale Alice tak. Na pewno zrobi z tego tragedię. To miały być ich pierwsze prawdziwe wakacje od prawie roku, a po tym wszystkim, co ostatnio przeszedł, naprawdę ich potrzebował.

*

Laura Cordero wyszła spod prysznica w obłokach pary bijącej od wody, której pozwoliła długo po sobie spływać w nadziei, że pomoże jej choć trochę się zrelaksować. Owinęła się ciasno ręcznikiem, umocowała jego koniec pod pachą. Tego ranka czuła się spięta i nerwowa. Czekał ją dzień ważny i pracowity. Zapowiadało się na to, że spędzi go w całości poza domem, a przebywanie wśród ludzi pociągało za sobą wysiłek stałej koncentracji. Dzisiaj miała zaplanowane nie tylko zajęcia na uniwersytecie. Po południu rozpoczynała wolontariat w Ośrodku Wsparcia na Dworcu Centralnym. Od dłuższego czasu czuła potrzebę zaangażowania się w pomoc innym, i kiedy parę tygodni temu przeczytała w "Corriere della Sera" wywiad z kierującym placówką Leonardem Raimondim, od razu pomyślała, że to coś dla niej. Wahała się dość długo przed podjęciem ostatecznej decyzji, bo nie była pewna, czy da radę, czy dla kogoś takiego jak ona nie jest to zbyt duże ryzyko. Potem jednak powiedziała sobie, że właśnie ktoś taki jak ona może pomóc ludziom, którzy cierpią i są nieszczęśliwi, więc warto to ryzyko podjąć. Poza tym niewykluczone, że przy okazji pomoże także sobie.

Stanęła przed umywalką, przetarła ręką zaparowane lustro i zaczęła suszyć suszarką długie, gładkie, ciemne włosy. O tym, że jest piękna, dowiadywała się ze spojrzeń chłopców i dojrzałych mężczyzn, bo sama tak o sobie nie myślała. Z wyglądu była bardzo podobna do matki, która przekazała jej w genach zielone, lekko skośne oczy, wydatne kości policzkowe, delikatny, trochę zadarty nos, ale sama upierała się przy farbowaniu włosów na blond i kręceniu ich w najdroższym zakładzie fryzjerskim w Mediolanie.

Laura rozwiązała ręcznik i pozwoliła mu opaść na podłogę, posmarowała kremem długie, kształtne nogi, krągłe pośladki, płaski brzuch i drobne piersi. Nie była przekonana, czy powinna być wdzięczna matce za szczupłe i zgrabne ciało, które po niej odziedziczyła. Nie lubiła przyciągać uwagi, wręcz przeciwnie, czuła się wtedy skrępowana i zdenerwowana. Gdyby mogła wybrać, wolałaby, żeby jej nie zauważano. Była za to wdzięczna losowi, że nie odziedziczyła charakteru matki. Pod tym względem przypominała bardziej ojca, człowieka powściągliwego i refleksyjnego, wrażliwego i bardzo inteligentnego, który potrafił z żelazną determinacją realizować swoje cele.

Przed kilkoma miesiącami Enrico Cordero znalazł się na okładce czasopisma "Uomini & Business" jako prezes i dyrektor zarządzający firmą farmaceutyczną Farmint, założoną jeszcze przez dziadka Laury. Poświęcony mu artykuł opowiadał o tym, jak po przejęciu kierownictwa nad spółką postawił na badania naukowe oraz innowacje i otworzył firmę na rynki zagraniczne, dzięki czemu błyskawicznie się rozwinęła i zaczęła odgrywać pierwszoplanową rolę wśród przedsiębiorstw tej branży. Obecnie Farmint zatrudniała stu pięćdziesięciu pracowników, osiągała roczny obrót w wysokości około czterdziestu milionów euro i eksportowała swoją produkcję do ponad dwudziestu krajów na całym świecie.

Laurę i jej ojca łączyła więź szczególna. On ją rozumiał - na tyle, na ile ktokolwiek mógł ją rozumieć - i kochał bezgranicznie. Gdyby tylko nie był aż tak bardzo zajęty pracą... Kiedy nie siedział w swoim biurze, podróżował w sprawach zawodowych. Rzadko się widywali i Laurze bardzo brakowało jego towarzystwa.

Jeśli zaś chodzi o matkę...

Matka różniła się od ojca tak bardzo, że Laura zastanawiała się czasem, jak mógł się w niej zakochać. Od razu jednak przypominała sobie, jak mężczyźni pożerali ją wzrokiem, gdy miała na sobie jedną ze swoich wieczorowych sukien, obcisłych i wyciętych tak głęboko, jak pozwalała na to przyzwoitość, i uświadamiała sobie, że to wszystko wyjaśnia. Była za to pewna, co pociągało matkę w ojcu.

Solange poznała go w wieku dwudziestu dwóch lat w paryskiej banlieue, gdzie jako aktorka bez talentu i bez grosza przy duszy związała się z offowym teatrzykiem. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, grała w awangardowym, skandalizującym przedstawieniu, w którym nie przewidziano dla aktorów kostiumów scenicznych, on zaś - trzydziestoośmioletni błyskotliwy przedsiębiorca - znalazł się na widowni w ramach imprezowania po pomyślnie sfinalizowanej transakcji biznesowej. Była wówczas prawdziwą pięknością i umiała to wykorzystać. Dwa lata później, zamężna i z nowo narodzoną córeczką, prowadziła luksusowe życie w Mediolanie.

Laura poszła do pokoju, żeby się ubrać. Jeansy, biała bluzka i supergi; bez makijażu, bez biżuterii. Swój pokój też urządziła z prostotą: futon, kanapa, biurko, półki z książkami i niewiele więcej. Przeszklone drzwi prowadziły na balkon z widokiem na bujną zieleń wewnętrznego ogrodu, okno wychodziło na spokojną ulicę Cavalieri del Santo Sepolcro, w samym sercu dzielnicy Brera. Na ścianach wisiała tylko jedna ozdoba: szkic przygotowawczy do obrazu Tancerki, wykonany własnoręcznie przez Degasa. Laura zachwyciła się tym obrazem w dzieciństwie, gdy zwiedzała z rodzicami paryskie Musée d'Orsay, i ojcu udało się zdobyć gdzieś ten piękny rysunek węglem. Pewnie wydał na niego fortunę, żeby podarować go córce na urodziny. Laura ćwiczyła przez kilka lat taniec klasyczny. Lubiła to i była w tym dobra. Nauczycielka twierdziła, że ma wielki talent, co matkę wprawiało w ekstazę, widziała ją już w La Scali jako primabalerinę. Ale dla Laury kariera tancerki nie była właściwą drogą życiową. Taniec wywoływał w niej zbyt silne emocje, co było niebezpieczne, nie powinna nigdy tracić kontroli nad emocjami. W końcu musiała zrezygnować z tańca.

Założyła na ramię torbę z książkami i wszystkim, co mogło jej się przydać w ciągu dnia, zamknęła za sobą drzwi pokoju i zeszła kręconymi schodami na niższy poziom luksusowego, dwupiętrowego apartamentu, do przestronnego salonu. Matka niedawno zmieniła po raz kolejny jego wystrój, kierując się wskazówkami serdecznej przyjaciółki i zaufanej architektki wnętrz w jednej osobie, i uczyniła z niego podręcznikowy wręcz model najnowszych tendencji w hiperminimalistycznym dizajnie. Rezultatem było wnętrze, i owszem, bardzo wyrafinowane, ale zimne jak kostnica. W salonie nie było nikogo, co Laura stwierdziła z westchnieniem ulgi i cichymi krokami skierowała się ku wyjściu.

- Laura! Laura, to ty?

Pytanie matki wypowiedziane z wyraźnym francuskim akcentem, pomimo że mieszkała we Włoszech od ponad dwudziestu lat, dobiegło z kuchni. Laura domyślała się, co tam robi. Solange Mercier, po mężu Cordero, w całym swoim życiu nie ugotowała nawet jajka na twardo, śniadanie zanosiła jej do łóżka służąca pochodząca z Filipin. Matka mogła się znaleźć w kuchni o dziewiątej rano tylko z jednego powodu. Laura wyobraziła ją sobie, jak stoi oparta o blat z czarnego afrykańskiego marmuru z butelką wina przed sobą i kieliszkiem w dłoni. Solange piła. Ostatnio coraz więcej. Piła w tajemnicy przed mężem i była przekonana, że Laura też niczego nie podejrzewa. Ona jednak o tym doskonale wiedziała, podobnie jak o tym, że to niejedyna rzecz, którą matka robiła za plecami ojca.

- Co chcesz, mamo? Muszę iść, bo spóźnię się na zajęcia - zawołała głośno, żeby dotarło to do kuchni. Jedną rękę trzymała już na klamce.

- Wrócisz na obiad? Mam kazać przygotować coś dla ciebie?

- Nie, teraz idę na uniwersytet, a po południu zaczynam wolontariat. Wrócę wieczorem. Postaram się nie spóźnić na kolację.

Żadnej odpowiedzi. Laura otwierała już drzwi, gdy Solange pojawiła się na progu salonu. Oparła się o framugę z założonymi ramionami, miała zmarszczone czoło i usta zaciśnięte w grymas dezaprobaty.

Solange w wieku czterdziestu czterech lat była wciąż bardzo piękną kobietą, ale Laura potrafiła już dostrzec pierwsze, jeszcze niemal niewidoczne niedoskonałości w jej nieskazitelnym dotąd wyglądzie: wokół oczu cienkie zmarszczki, których makijaż nie był w stanie ukryć, lekką opuchliznę twarzy, zaczynającą zmieniać jej rysy, ledwo zauważalną ociężałość bioder. Wkrótce Solange zapragnie kontaktu ze skalpelem.

Matka patrzyła na nią bez słowa, aż wreszcie Laura nie wytrzymała:

- O co chodzi.

- Martwię się o ciebie, Lauro. Im dłużej o tym myślę, tym mniej mi się to podoba. To nie dla ciebie.

- Och, mamo, rozmawiałyśmy już o tym. Przykro mi, ale podjęłam decyzję. Chcę spróbować, to dla mnie ważne.

- Nie zdajesz sobie sprawy, co to znaczy! Dworzec jest strasznym miejscem. Nie czytasz gazet? Trafisz między narkomanów, prostytutki i kryminalistów. To może być bardzo niebezpieczne. A co sobie ludzie pomyślą? Jeśli już musisz coś robić, zapisz się do wolontariuszy rotariańskich. Poczytałam sobie trochę o ich działalności...

- Z całym szacunkiem, mamo, ale organizowanie imprez charytatywnych i wysyłanie paczek z jedzeniem czy ubraniami do Afryki mi nie wystarczy. Chciałabym robić coś konkretnego, coś prawdziwego. I przepraszam cię bardzo, ale nic mnie nie obchodzi, co sobie o mnie pomyślą twoje przyjaciółki.

Wyraz pretensji i zawodu graniczący z niesmakiem, jaki pojawił się na twarzy Solange, był Laurze doskonale znany. Matka kontestowała wszystkie jej wybory, od kiedy tylko zaczęła ich dokonywać - poczynając od ubrań po zawierane przyjaźnie; od decyzji o rzuceniu tańca czy o nieuczestniczeniu w balu debiutantek po wybór medycyny jako kierunku studiów. Tym ostatnim sprawiła za to ogromną radość ojcu, być może dlatego, że w głębi duszy miał nadzieję ściągnąć córkę do pracy w swojej firmie. Matka, jak to matka, uznała studia medyczne za "mało kobiece".

Mimo wszystko Laura odczuwała niezmiennie ból na myśl, że ona i matka tak bardzo się od siebie oddaliły, a ciągłe nieporozumienia, które wciąż pogłębiały dzielącą je przepaść, uczyniły z nich dwie obce sobie osoby. Gorzej - dwoje wrogów.

Solange odwróciła się i już miała odejść od drzwi, ale nagle się zatrzymała i zapytała lekkim tonem:

- A co będzie, jeśli dostaniesz ataku? Pomyślałaś o tym?

Laura pochyliła głowę i ścisnęła klamkę tak silnie, że zbielały jej kostki palców. To był cios poniżej pasa, ale matka pewnie nie zdawała sobie sprawy, jak celnie uderzyła.

Czy o tym pomyślała? Tak. Nie dawało jej to spać po nocach. Teraz jednak, starając się opanować drżenie głosu, odparła tylko:

- Nie dostanę ataku.

Potem wyszła, trzaskając drzwiami.

*

Dalmasso spływał potem. Pocił się bardziej niż zwykle. Pot przyklejał mu do czaszki długie kosmyki włosów, które miały przykrywać łysinę, skraplał się na czole i na rumianych policzkach, wciskał się w fałdy na krępym karku, malował wilgotne plamy na koszuli.

Inspektor zamierzał przedstawić dane zawarte w statystykach dotyczących przestępstw popełnionych na terenie Dworca Centralnego w pierwszym trymestrze. Urzędnicy z wyższych pięter lubowali się w statystykach i sporządzali wciąż nowe. W policji byli ludzie, którzy spędzali więcej czasu na układaniu liczb w słupki i staraniach, by je nagiąć do własnych potrzeb, niż na łapaniu przestępców. Statystyki mogły być wykorzystane jako karta przetargowa w sferze polityki. Niejedną karierę na nich zbudowano. Niejedna z ich powodu się zakończyła.

Tym razem liczby były bezlitosne: 53 doniesienia o handlu narkotykami, 24 o uprawianiu prostytucji, 42 rabunki i kradzieże kieszonkowe, 61 napadów, 38 pobić z uszkodzeniem ciała, 5 zgonów z powodu przedawkowania narkotyków, 4 gwałty, 2 morderstwa. Wzrost przestępczości w porównaniu z analogicznym okresem w zeszłym roku: 17%. Te dane mówiły same za siebie. Opisywały sytuację, która wymknęła się spod kontroli.

- Czytaliście gazety w ostatnich dniach - zaczął Dalmasso, wycierając sobie twarz mokrą już chusteczką. - "Dworzec Mediolan Centralny: alarmujący poziom przestępczości". "Na dworcu szerzy się przemoc". I tak dalej, i tak dalej. Rada miejska jazgocze, komitety dzielnicowe robią to samo, podobnie jak stowarzyszenia handlowców i politycy. Wszyscy domagają się praworządności i bezpieczeństwa. Wszyscy żądają zdecydowanych działań służb porządkowych.

Inspektor przerwał i wytarł sobie czoło.

- A kto jest w oku cyklonu? My, oczywiście. Właściwie to nic nowego, już to przechodziliśmy. Takie kryzysy zdarzają się często. Zresztą zważywszy na to, jakimi zasobami ludzkimi i wyposażeniem dysponujemy, to prawdziwy cud, że obecna sytuacja jest wyjątkowa, a nie normalna. Tym razem jednak zaistniały nowe okoliczności. Niektórzy z was słyszeli pewnie, że od jakiegoś czasu toczą się prace nad iście faraońskim projektem przebudowy dworca. Chodzi o modernizację, która zmieni go radykalnie, przekształci w coś w rodzaju galerii handlowej ze sklepami, barami, restauracjami i nie wiadomo czym jeszcze, gdzie ludzie będą nie tylko wsiadać do pociągów i z nich wysiadać, ale też robić zakupy, jeść, spotykać się ze znajomymi, miło spędzać czas. Coś w stylu dworca Termini w Rzymie. Może mieliście okazję go odwiedzić... Dotąd projekt stał w miejscu, bo toczyły się wokół niego wieczne dyskusje i spory, ale w marcu został definitywnie zatwierdzony przez CIPE, międzyresortowy komitet do spraw planowania gospodarczego, i przyznano już pierwsze fundusze. Początek prac przewiduje się na końcówkę tego roku. Możliwe, że nastąpi kolejny poślizg, ale wcześniej czy później ta przeklęta przebudowa się zacznie, to już pewne. Do tego czasu sytuacja na Dworcu Centralnym musi zostać opanowana. W grę wchodzą ogromne pieniądze oraz ważne interesy polityczne i gospodarcze. W zeszłym tygodniu na posiedzeniu prowincjonalnego komitetu do spraw porządku i bezpieczeństwa praktycznie nie mówiono o niczym innym. W jego trakcie zadzwonił z Rzymu podsekretarz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i dał do zrozumienia, że jeżeli wkrótce nie będzie widać konkretnych rezultatów, polecą głowy. Reasumując: należy wymieść z dworca wszelkie brudy i tym razem trzeba to zrobić porządnie, raz na zawsze.

Przez następne pół godziny inspektor Dalmasso wysłuchiwał protestów podkomendnych. Polfer cierpiał na poważne braki kadrowe, wyposażenie miał niewystarczające i przestarzałe, słowem - z funkcjonariuszy nie da się wycisnąć nic więcej. Przydałoby się na przykład więcej kamer monitorujących niż te marne trzydzieści, które działają teraz, największe problemy są nie wewnątrz stacji, ale w jej pobliżu, gdzie Polfer ma ograniczone możliwości działania. Dalmasso nie miał argumentów, żeby uspokoić te żale, zresztą w pełni je podzielał. Kiedy zwracał się do zwierzchników z prośbą o przydział większych środków, otrzymywał tylko mgliste i ogólnikowe obietnice.

Po zakończonej odprawie policjanci wychodzili z sali konferencyjnej jeden za drugim z ponurymi minami, szemrając z niezadowoleniem. Zanosiło się na długi okres wstrzymanych urlopów i dodatkowych dyżurów. Mezzanotte pozostał na miejscu, zajęty porządkowaniem jakichś papierów. Przechodzący obok Carbone specjalnie potrącił składany stolik zamontowany na jego krześle, sprawiając, że kilka kartek spadło na podłogę. Szedł dalej, nawet się nie odwróciwszy, a za nim podążali Lupo i Tarantino, jego obrzydliwe fagasy, depcząc po rozrzuconych kartkach i wydmuchując różowe bańki z gumy do żucia. Przez ten nawyk żucia gum balonowych sprawiali wrażenie jeszcze bardziej tępych, niż byli w rzeczywistości.

Od walki z ultrasami przed dwoma tygodniami Mezzanotte unikał jakiegokolwiek kontaktu z Carbonem. Po powrocie do pracy z pięciodniowego zwolnienia złość trochę mu przeszła i stwierdził, że nie ma sensu wracać do tej sprawy. W każdym razie, choć Carbone przywłaszczył sobie zaszczyty z racji uwolnienia zakładnika, postawa Riccarda przy odbijaniu z rąk kiboli "pociągu terroru" zrobiła ogromne wrażenie na czterech policjantach, których wziął z sobą do akcji, i ci nie omieszkali opowiedzieć o wszystkim kolegom, dzięki czemu jego pozycja w Polferze nieco się poprawiła i miał się z czego cieszyć.

Mezzanotte już prawie się zerwał za Carbonem i jego kompanami, którzy szli ku wyjściu, przybijając sobie piątki z szyderczym rechotem, ale siedzący za nim Colella powstrzymał go, kładąc mu rękę na ramieniu

- Zostaw, Cardo - szepnął mu do ucha - nie warto.

Za trójką arogantów podążała agentka specjalna Nina Spada. Starannie ominęła kartki leżące na podłodze i spojrzała na niego przeciągle, uśmiechając się przy tym ironicznie i złośliwie. Pochodziła z Apulii, była nieduża, ale miała krągłe, seksowne kształty, czego nawet mundur nie mógł ukryć. Połowa funkcjonariuszy Polferu śliniła się na jej widok, ale ona była prawdziwą twardzielką i bez trudu trzymała ich na dystans. Świetnie sobie radziła w tym zdominowanym przez mężczyzn środowisku przesiąkniętym oparami testosteronu. Miała cięty język i czarny pas judo. Poza służbą można było ją zobaczyć na siodełku starego harleya-davidsona sportster, ubraną w skórzaną kurtkę nabitą ćwiekami. Krążyły pogłoski, że sypia z Carbonem.

- Ej, Cardo, zauważyłeś, jak na ciebie patrzyła? - Colella trącił go łokciem. - Myślę, że jej się podobasz.

- Nie gadaj bzdur, Filippo, ona ledwo się ze mną rano wita. Od kiedy zacząłem tu pracować, zamieniliśmy z sobą najwyżej kilka słów.

To prawda, że Nina, podobnie jak większość kolegów w nowym miejscu pracy, trzymała się od niego na dystans, zarazem jednak rzucała mu czasem spojrzenia, których nie potrafił zinterpretować.

- Możesz mi wierzyć, że wpadłeś jej w oko.

- Daj spokój. Pomóż mi raczej pozbierać te cholerne papiery.

*

Mezzanotte siedział przy swoim biurku w pokoju oficerów. Przeciągnął się z szerokim ziewnięciem, patrząc markotnie na stos dokumentów, które miał przed sobą: zgłoszenia wykroczeń, raporty służbowe, najróżniejsze protokoły. Od wielu godzin siedział jak przykuty do biurka, a i tak nie udało mu się uporać z zaległościami. Nienawidził pracy biurowej, nie widział sensu w produkowaniu każdego dnia takiej masy papierzysk. Z ulgą więc odebrał telefon od Fumagallego, który dzwonił ze swej oranżerii w dyżurce.

Miał informację, że jeden z patroli pilnie potrzebuje wsparcia. Mezzanotte mógłby wysłać na miejsce po prostu kilku ludzi, ale wolał zająć się tym sam, byle tylko wyrwać się z tej nudy za biurkiem. Poszedł do pokoju szeregowych funkcjonariuszy, w środku zobaczył Filippa Colellę, który jak zwykle w wolnych chwilach, majstrował coś przy komputerze. Poprosił, żeby mu towarzyszył. Ruszyli wielkimi krokami pod wschodnią ścianą stacji, wzdłuż dwudziestego pierwszego peronu. Przy wiecznie zamkniętych drzwiach do Pawilonu Królewskiego, poczekalni urządzonej z wielkim przepychem dla królewskiej rodziny i jej dworu, Mezzanotte podniósł wzrok na okazały półkolisty obraz z majoliki, wieńczący potrójne wejście. Robił to zawsze, od kiedy ktoś mu powiedział, że jest na nim między innymi postać Mussoliniego z cementową plamą zamiast twarzy, bo odstrzelił ją anonimowy partyzant zaraz po wyzwoleniu i od tego czasu nikt nie ośmielił się jej zrekonstruować. Fascynowała go ta blizna pozostawiona przez Historię, blizna, której czas nie zdołał zatrzeć.

- O co chodzi? - zapytał Colella, starając się dotrzymać mu kroku.

- Patrol przyłapał trzech chłopców z puszkami sprayu, jak obsmarowywali pociąg na torze postojowym poza stacją. Dwóch zatrzymali, ale trzeci wspiął się na wieżę ciśnień i grozi, że się z niej rzuci.

Początkowy odcinek rozległego nasypu poza łukowym szklanym zadaszeniem, na którym ułożono tory wychodzące ze stacji, był usiany zabudowaniami różnego przeznaczenia, obecnie nieużywanymi, często na wpół zrujnowanymi. Wśród nich były między innymi ponure budki kontrolne wystające między torami i dwie żelbetonowe wieże ciśnień. Do nich właśnie kierowali się teraz policjanci.

Minęła trzecia po południu, świeciło słońce, powietrze nie było szczególnie gorące, ale nieruchome i ciężkie. Okna na wyższych piętrach budynków, wychodzące na wiadukt, który przecinał miasto, przypominały loże w pustym teatrze. Riccardo stąpał po kruszywie między torami i zwrotnicami, gdy dostrzegł coś wśród rosnących z rzadka kępek szarej trawy i rachitycznych chwastów. W pierwszej chwili nie odgadł, czym było bezkształtne zawiniątko porzucone na żwirze, musiał się zbliżyć, by dostrzec koci pyszczek z czerwonym języczkiem między ostrymi zębami i zmatowiałe oczy otwarte tak szeroko, jakby miały wypaść z orbit. To było sztywne już, nienaturalnie wykręcone truchło kota pobrudzone ziemią o żółtawej barwie. Kot miał wszystkie cztery łapki odcięte, do rozciętego brzucha pchały się bzyczące wściekle muchy.

Colella, który został daleko w tyle, dołączył wreszcie do niego, dysząc jak miech kowalski.

- Co się stało?

Riccardo wskazał mu tylko brodą kota.

- Co za obrzydlistwo! Pewnie dostał się, biedak, pod pociąg. Idziemy dalej?

Riccardo stał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w potwornie zmasakrowane zwłoki zwierzęcia, w końcu się otrząsnął i powiedział:

- Tak, idziemy.

*

Na metalowych drzwiach w ścianie po wschodniej stronie stacji, dokładnie naprzeciw terminalu autokarowego na piazza Luigi di Savoia widniała skromna plastikowa tabliczka z napisem: "O.W. - Ośrodek Wsparcia" i pod nim: "Zarezerwowany dla pasażerów ostatniej klasy".

Obdrapane i pordzewiałe drzwi były otwarte. Laura od dłuższego czasu stała na chodniku w odległości kilku metrów i bacznie je obserwowała. Przechodzili przez nie bezustannie ludzie o wyglądzie nędznym i zaniedbanym. Próbowała zajrzeć do środka, ale niewiele udało jej się zobaczyć. Wahała się jeszcze parę minut, przestępując z nogi na nogę, aż w końcu się zdecydowała. Nabrała głęboko powietrza i ruszyła.

Znalazłszy się w środku, rozejrzała się nieśmiało. Ściany obszernego, pustego pomieszczenia z wysokim sufitem, pod którym biegły grube rury, zdobiły kolorowe freski rozweselające to ponure wnętrze. Stało w nim jedynie parę szaf, metalowe półki na dokumenty i trzy biurka. Za jednym siedział masywny mężczyzna o twarzy okolonej gęstą czarną brodą, w którym Laura rozpoznała Leonarda Raimondiego, kierownika placówki, za dwoma innymi prawdopodobnie wolontariusze. Raimondi rozmawiał z kobietą w obcisłej sukience uwydatniającej obfity biust, ze skórą tak ciemną, że ciemniejsza być nie mogła, jeden z wolontariuszy miał przed sobą bardzo grubego mężczyznę, od którego bił ostry zapach niemytego ciała, zaś drugi chudego, nerwowego chłopaka z wyraźnie trzęsącymi się rękami. Na drewnianych ławkach ustawionych pod ścianami po dwóch stronach drzwi wejściowych czekało na swoją kolej kilku ludzi, głównie mężczyzn, w których można było odgadnąć bezdomnych, ćpunów i imigrantów. Wszyscy wpatrywali się w nią z natarczywą ciekawością, która wprawiała ją w zakłopotanie.

Brodacz wreszcie ją zauważył, ale poprosił gestem o chwilę cierpliwości i wrócił do rozmowy z kobietą, którą miał przed sobą i o której Laura pomyślała, że jest pewnie nigeryjską prostytutką. Po kilku minutach Raimondi pożegnał się ze swoją rozmówczynią serdecznie, długo ściskając jej dłonie w swoich, po czym podszedł do Laury. Był naprawdę bardzo wysoki. Miał pociągłą twarz naznaczoną wyraźnie przedwczesnymi zmarszczkami, wydawał się zmęczony i pomimo uśmiechu, którym ją obdarzył, w jego oczach krył się smutek. Laura dostrzegła w nich jednak także siłę i determinację.

- Ty pewnie jesteś Laura. Bardzo mi miło, ja mam na imię Leonardo, ale wszyscy tutaj nazywają mnie Leo - powiedział głosem niskim i łagodnym, który już przez telefon wzbudził w niej ufność. - Nie stój tak, usiądź, porozmawiamy. Wyjaśnię ci, jak działamy, a ty powiesz mi coś o sobie.

Laura poszła za nim do biurka i usiadła na krześle, na którym jeszcze przed chwilą siedziała Afrykanka. Raimondi przez dłuższą chwilę milczał, z zamkniętymi oczami, łokciami opartymi na stole i głową na dłoniach, jakby się starał zebrać myśli. Potem zaczął mówić.

- Widzisz, Lauro, istnieją trzy rodzaje ubóstwa. Pierwszy to zwykła bieda, brak pieniędzy i dachu nad głową, głód i zimno. Drugi wynika z choroby, fizycznej lub psychicznej, do czego zaliczam także uzależnienie od narkotyków. Wreszcie najgorszy: samotność, brak relacji prywatnych i społecznych, brak więzi rodzinnych i przyjaciół. U nas nie brakuje żadnego z nich. Dworzec Centralny jest przystanią dla ubóstwa wszelkiego typu, tutaj cierpienie krzyżuje się z desperacją. Wielu ludzi, którzy nie potrafią dotrzymać kroku innym i lądują na społecznym marginesie, czy to dlatego, że są słabsi, czy też dlatego, że po prostu nie mieli szczęścia, wcześniej czy później trafia tutaj. I my jesteśmy tu po to, żeby wesprzeć tę armię nieprzystosowanych i odrzuconych. Tylko my. Bo tak naprawdę oni nie interesują nikogo. Ani polityków, ani instytucji, ani obywateli. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, gdy zostają uznani za zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego, jak to się dzieje ostatnio. Wtedy jedyną odpowiedzią, jedynym proponowanym rozwiązaniem są środki represyjne, choć oczywiste jest, że same nie wystarczą. Jeśli nie są powiązane z solidarnością, do niczego nie prowadzą. Należy rozpoznać przyczyny takich sytuacji i zmierzyć się z nimi, pomóc ludziom odnaleźć swoje miejsce, zreintegrować się ze społeczeństwem, w przeciwnym razie problemy będą wracać bez końca, wciąż takie same. Jeśli o nas chodzi, to robimy wszystko co w naszej mocy, a nawet więcej, ponieważ dysponujemy bardzo skromnymi środkami. Zdajemy sobie przy tym sprawę, że problemem najpoważniejszym i najtrudniejszym do rozwiązania jest samotność. Biedzie materialnej można jakoś zaradzić, znajdując na przykład pracę, choroby da się leczyć. Samotność natomiast, zwłaszcza długotrwała, niszczy człowieka najskuteczniej, bo pozbawia go tożsamości, a droga do przywrócenia tożsamości jest długa i żmudna, i nie zawsze prowadzi do zamierzonego celu.

Raimondi przerwał. Laura nie wiedziała, co powiedzieć, pokiwała więc tylko energicznie głową, zresztą nie po raz pierwszy, od kiedy zaczął mówić.

- Jest mnóstwo ubóstwa, cierpienia i nieszczęść także w takim jak nasze, bogatym społeczeństwie. Nawet sobie nie wyobrażasz ile. To się da mniej więcej wyliczyć: narkomani, bezdomni, alkoholicy, psychicznie chorzy, ludzie przebywający w więzieniach lub ci, którzy odbyli karę... Pomińmy na razie nielegalnych imigrantów. Razem dwa i pół miliona osób. I do każdej z nich należy dodać średnio cztery osoby z rodziny lub bliskiego kręgu znajomych. A właśnie, że sobie to wyobrażam, pomyślała Laura. I to aż za dobrze. Ale nic nie powiedziała, tylko znów pokiwała głową.

- Nasza praca bywa bardzo ciężka, nie będę tego przed tobą ukrywać - ciągnął Raimondi. - Jasne, że nie brak nam powodów do satysfakcji, ale nie obywa się bez porażek i rozczarowań. Od kiedy tutaj pracuję, dowiedziałem się, czym jest piekło i jak głęboka może być otchłań rozpaczy, byłem przy ludziach cierpiących i umierających. Tutaj niezbędne są cierpliwość i upór, poza tym trzeba się nauczyć bronić przed emocjami. Ale nigdy nie wątpię w sens tego, co robimy, wierzę, że nawet kiedy nie osiągamy wielkich sukcesów, dla tych ludzi to jest ważne. Wierzę też, że w nawet najbardziej splątanym kłębku nić ma gdzieś swój początek, wystarczy szukać go do skutku, żeby kłębek rozplątać.

Z całej przemowy Raimondiego zdanie o tym, że trzeba nauczyć się bronić przed emocjami, wyryło się w umyśle Laury najgłębiej. Tak, pomyślała, tego potrzebuję najbardziej. I właśnie to zdanie przekonało ją definitywnie o tym, że podjęła właściwą decyzję.

*

- Cztery kawy poproszę. Espresso.

Mezzanotte z Colellą i innymi dwoma funkcjonariuszami oddali grafficiarzy w ręce rodziców, udzielając chłopcom ostrej reprymendy. Odstąpili od sporządzenia protokołu zajścia w zamian za obietnicę, że od tej pory będą się zachowywać właściwie. Riccardo zaprosił kolegów na kawę do knajpki Gran Bar na wschodnim końcu głównej hali dworcowej. Zasłużyli sobie na nią, wszystko się dobrze skończyło, choć stracili dwie godziny, żeby skłonić chłopaka do zejścia z wieży ciśnień, i w tym czasie nie brakowało chwil pełnych napięcia. Giulio Sgambati, znany wśród mediolańskich grafficiarzy jako Kaboom, przeszedł przez metalową poręcz i usiadł na krawędzi wieży, trzymając się rękami żelaznych prętów i machając nogami dziesięć metrów nad ziemią. Miał czarną bluzę z kapturem, dżinsy ze stanem tak niskim, że nie mogły zakryć kolorowych bokserek, włosy postawione na żel i kolczyk w uchu; wyglądał na szesnaście lat, ale z dokumentów wynikało, że miał ich zaledwie czternaście. Jego ojciec, kierowca samochodów ciężarowych, prawdopodobnie nie znał innego sposobu na wychowanie nastoletniego syna jak sięganie po pas. Chłopak nie chciał zejść z wieży, bo był przerażony perspektywą spotkania z ojcem, kiedy ten się dowie o jego zatrzymaniu przez policję.

- On mnie zatłucze na śmierć! Wolę zabić się sam - powtarzał, patrząc w pustkę pod sobą szeroko otwartymi oczami.

Mezzanotte wspiął się na wieżę ciśnień i usiadł, opierając się plecami o poręcz, na tyle blisko grafficiarza, by móc go złapać przy najmniejszym podejrzanym ruchu. Długo do niego mówił, starając się przebić przez mur strachu, złości i nieufności, którym chłopak się obwarował. Ojciec Riccarda nigdy go nie uderzył z wyjątkiem tego jednego fatalnego dnia, ale Mezzanotte wiedział, czym jest dorastanie w cieniu ojca zbyt surowego i twardego. Pewnie dlatego znajdował właściwe słowa, by zdobyć zaufanie grafficiarza, i udało mu się go uspokoić.

Wsypał cukier z saszetki do filiżanki na ladzie barowej, po czym pił kawę małymi łykami, przysłuchując się rozmowie Colelli z dwoma innymi funkcjonariuszami. Uzupełniwszy wzajemnie wiadomości o ostatnich ustaleniach w sprawie, która niespełna miesiąc wcześniej wstrząsnęła całą policją kolejową, dotyczącej zabójstwa komisarza Petriego z ręki terrorystów z Czerwonych Brygad podczas rutynowej kontroli w pociągu, zaczęli plotkować o kolegach, których Riccardo na razie nie kojarzył. W pewnym momencie poczuł w kieszeni wibrowanie telefonu, który często na czas służby przełączał na tryb cichy, i dopiero wtedy uświadomił sobie, że dawała o sobie znać już kilka razy, gdy był na wieży ciśnień i w komisariacie z grafficiarzami oraz ich rodzicami. Wyjął komórkę z kieszeni i zobaczył cały ciąg powiadomień o nieodebranych połączeniach i esemesach. Wszystkie od Alice.

- Halo, Alice, przepraszam, ale...

Alice nie pozwoliła mu skończyć. Była bardzo zdenerwowana, w jej głosie ton oskarżycielski mieszał się z błagalnym.

- Dzwoniłam do ciebie setki razy, Riccardo, co się z tobą działo? Dlaczego nie odpowiadałeś? Ja... - Szloch nie pozwolił jej dalej mówić.

- Przepraszam, byłem zajęty, miałem trudną interwencję. Co się stało?

- Och, Riccardo, to było straszne. Wróciłam do domu i... i... - znów przerwała. Przez chwilę starała się powstrzymać łzy, ale w końcu się poddała i wybuchnęła płaczem.

Mezzanotte zaczął się poważnie niepokoić. Obserwowany przez Colellę i dwóch funkcjonariuszy, którzy przestali rozmawiać i patrzyli na niego pytająco, powiedział głośniej, niż zamierzał:

- Alice, uspokój się, proszę. Nic nie rozumiem. Co się dzieje?

Na drugim końcu linii zapadła cisza. Wreszcie usłyszał, jak Alice pociąga nosem i drżącym głosem mówi:

- Boję się, Riccardo, bardzo się boję. Błagam cię, wróć do domu. Wróć szybko.

- Zaraz będę. Czekaj tam, gdzie jesteś teraz.

Mezzanotte wybiegł, nie pożegnawszy się z kolegami. Nie wstąpił nawet do komisariatu, by się przebrać. W głowie zaczęło mu kiełkować pewne podejrzenie, które obudziło w nim pulsującą, głuchą złość.

*

Otworzył na oścież drzwi mieszkania, małego dwupokojowego apartamentu na czwartym piętrze bez windy przy via Padova. Wynajął je po powrocie do Mediolanu z Turynu, gdzie przez dwa lata pełnił służbę patrolową. Brakowało mu tchu, bo wbiegł po schodach bez zatrzymywania się. W pokoju dziennym panował mrok, nie było nikogo. Zapalił światło i szybko rozejrzał się dokoła. Na drzwiach wejściowych nie dostrzegł śladów włamania, ale na wszelki wypadek odpiął kaburę. Wyglądało na to, że wszystko jest jak zawsze, porządek zakłócały tylko dwie siatki z zakupami porzucone na stole przy aneksie kuchennym. Zawołał Alice kilka razy, ale nie odpowiedziała. Drzwi do łazienki stały otworem, w środku nie było nikogo, więc pozostawała tylko sypialnia. Może Alice nie odpowiedziała na jego wołania, bo coś jej w tym przeszkadzało. Coś lub ktoś. Jego puls przyśpieszył, gdy szedł na palcach do sypialni, z dłonią na chwycie beretty. Stał parę sekund przed przymkniętymi drzwiami. W środku nie paliło się światło, nie dobiegał stamtąd żaden dźwięk. Starając się wstrzymać oddech, wciąż jeszcze szybszy niż zwykle, pchnął lekko drzwi.

Alice była w środku, sama, dostrzegł ją w półmroku rozświetlonym ulicznymi lampami. Siedziała w głębi łóżka, ściskając ramionami podkurczone nogi, głowę opierała na kolanach. Jej gęste, rude włosy jarzyły się w półmroku jak rozżarzone węgle. Kiedy podniosła zalaną łzami twarz i zobaczyła ciemną sylwetkę w oświetlonej ramie drzwi, zadrżała.

- To ja - szepnął Riccardo. - Jestem.

Alice nic nie powiedziała i się nie poruszyła. Przeniosła tylko spojrzenie na komodę pod ścianą naprzeciwko łóżka, gdzie stała baza telefonu bezprzewodowego. Zielona lampka migała, sygnalizując nagranie wiadomości na automatycznej sekretarce.

Mezzanotte zbliżył się do komody i nacisnął guzik. Głos, który dał się słyszeć po sygnale, był zachrypnięty i przytłumiony, pewnie dzięki chustce przytkniętej do mikrofonu. Nie dało się w nim rozpoznać żadnych naleciałości dialektalnych.

- Za dużo gadasz, Mezzanotte. Masz trzymać gębę na kłódkę, rozumiesz? Nie mieszaj się do nie swoich spraw, bo mogą cię spotkać przykrości. Mamy cię na oku, komisarzu, ciebie i tę twoją rudą dziwkę. Niezła jest, wiesz? Ma fajną dupę. Ciekawe, jak nią rusza, kiedy ją rżniesz. Mogłaby nam przyjść chętka, żeby to sprawdzić. Jak myślisz, czy podobałoby jej się, gdyby choć raz zerżnęło ją porządnie kilku prawdziwych facetów, jeden po drugim, zamiast takiego cwela jak ty? Według mnie to i owszem. Wygląda na taką, co to nie wystar...

Piknięcie na zakończenie czasu przewidzianego na nagranie przerwało wiadomość. Dopiero wtedy Mezzanotte uświadomił sobie, że przez cały czas zaciskał mocno pięści, paznokcie przebiły mu skórę wnętrza dłoni i zostawiły krwawe ślady.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej zaczął dostawać pogróżki, poszedł do prokuratorki Trebeschi, która koordynowała śledztwo rozpoczęte za sprawą jego zgłoszenia. Znał ją, miał już okazję z nią współpracować, cenił ją wysoko i miał do niej zaufanie. Dlatego to właśnie jej opowiedział wcześniej o swoim odkryciu.

- Postawmy sprawę jasno, komisarzu. Co chciałby pan zrobić? - zapytała wtedy, poprawiając na nosie okrągłe okularki, które upodabniały ją do surowej nauczycielki. - Złożyć formalną skargę? I co potem? Poprosi pan o ochronę policyjną? Ryzykując, że postawią panu pod domem jakiegoś znajomka czy wręcz wspólnika podejrzanych? Nie. Niech pan posłucha rady nie tyle prokuratorki, ile przyjaciółki: najlepsze, co może pan teraz zrobić, to zacisnąć zęby i przetrzymać. Dochodzenia wstępne są zaawansowane, akt oskarżenia jest solidny, także i przede wszystkim dzięki panu, komisarzu. Wkrótce wyślemy wniosek o postawienie podejrzanych w stan oskarżenia i nie wątpię, że zapadną wysokie wyroki. Zobaczy pan, że wszystko szybko się skończy. Zresztą trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z niemoralnymi policjantami, a nie z członkami mafii. Nie sądzę, by naprawdę zamierzali spełnić swoje groźby, choć nie przeczę, że są przykre.

Mezzanotte nie był tego taki pewien. Zwrócił już uwagę prokuratorce, że może dochodzenia nie należałoby na razie uznać za zamknięte. Podejrzewał, że nie dotarli jeszcze do przywódcy gangu. Wśród aresztowanych nie było nikogo, kto miałby cechy lidera, a to, że mimo niezbitych dowodów nikt się o nim nawet nie zająknął, pozwalało się domyślać, że liczą na pomoc kogoś, kto prześliznął się przez oka sieci zastawionej na gang i kto musi zajmować wysokie stanowisko, jeśli jest w stanie im pomóc. Niestety, prokuratorka Trebeschi, przekonana, że ma już w swoich rękach wszystkie potrzebne elementy, była zdecydowana skierować sprawę do sądu. Jej zdaniem ewentualne ukryte fakty wyjdą na jaw w trakcie procesu.

Riccardo nie do końca podzielał jej przekonanie, że ci, którzy próbowali go zastraszyć, nie przejdą od słów do czynów tylko dlatego, że noszą mundur policyjny, miał bowiem w pamięci to, do czego dotąd okazali się zdolni. Nie podzielał też jej optymizmu co do czasu potrzebnego na przeprowadzenie procesu ani jego wyników, niemniej jednak nie mógł odmówić logiki jej rozumowaniu.

Co nie znaczy, że dlatego właśnie posłuchał jej rady. Zgłaszając groźby i prosząc o ochronę policyjną, okazałby słabość i strach, a tej satysfakcji za skarby świata nie chciał dać ani swym prześladowcom, ani kolegom, którzy odsądzili go od czci i wiary, bo sprowadził kłopoty na innych policjantów.

Tak więc zdecydował się zacisnąć zęby, ale wtedy nawet się nie domyślał, że będzie musiał znieść aż tyle, łącznie z przymusowym przeniesieniem z Wydziału Zabójstw do Polferu. Co więcej - jeżeli ta sytuacja była trudna dla niego, to co dopiero dla Alice! Poznali się po jego powrocie do Mediolanu, kiedy świeżo przyszyte do munduru insygnia oficera policji błyszczały jeszcze nowością. Po kursie szkoleniowym wyższego stopnia, w wyniku wewnętrznego konkursu, przydzielono go do Wydziału Zabójstw w komendzie przy via Fatebenefratelli, tej samej, w której jego ojciec był przez długi czas komendantem - najlepszym, jak mówiono, ze wszystkich, którzy kiedykolwiek piastowali to stanowisko. Alice Zanetti była córką dziennikarza i wykładowczyni uniwersyteckiej, sama skończyła studia humanistyczne, specjalizując się w sztukach pięknych. Pracowała na pół etatu w galerii sztuki w centrum miasta, resztę czasu poświęcała na malowanie abstrakcyjnych obrazów, które Riccardo uważał za okropne, ale nigdy nie odważył się jej tego powiedzieć. Za to ona spodobała mu się od pierwszej chwili, i to nie tylko dlatego, że była bardzo ładna i rozkosznie seksowna. Ujęła go przede wszystkim beztroską radością, z jaką podchodziła do życia, naturalną u kogoś, kto żył zawsze w cieplarnianych warunkach i nie musiał się o nic martwić. Riccardo zaś, pomimo młodego wieku, wiele już przeszedł i pogoda ducha oraz niefrasobliwość Alice, która podnosiła mu często palcami kąciki ust, żeby się uśmiechnął, była właśnie tym, czego potrzebował najbardziej na tym nowym etapie życia.

Między nimi wszystko układało się jak najlepiej do czasu, gdy prokuratorka Trebeschi otworzyła dochodzenie w sprawie, o której sam ją powiadomił. Alice początkowo starała się go wspierać, stać przy nim pomimo jego coraz bardziej ponurego i gniewnego nastroju oraz skłonności do zamykania się w sobie w trudnych chwilach. Kiedy jednak zaczęły się telefony z pogróżkami i inne próby zastraszania, zszokowana i roztrzęsiona przekonywała Riccarda, że powinien odpuścić, powinien odwołać oskarżenia. Nie rozumiała ani tym bardziej nie podzielała uporu, który popychał go mimo wszystko do działania, i zaczęła żywić do niego urazę, jakby to jego obwiniała za to, czego doświadczał. Stąd brały się gorzkie wyrzuty, zażarte dyskusje i kłótnie, które oddalały ich od siebie coraz bardziej.

Jak dotąd jednak jego prześladowcy nigdy nie zaatakowali bezpośrednio Alice. Nie ma się co dziwić, że była zszokowana, pomyślał Mezzanotte. Te gnidy znalazły mój słaby punkt i bez skrupułów go wykorzystują. Chciał jej powiedzieć, że może być spokojna, wszystko dobrze się skończy, on się tym zajmie, ale wiedział, że to tylko puste słowa. Czuł się bezradny, a był to dla niego najbardziej nieznośny stan umysłu.

Zdjął buty, wszedł na łóżko i ją objął. Ona wtuliła się w niego z twarzą przyciśniętą do jego piersi, łkając cicho. Trwali tak długo, podczas gdy za oknem zapadała noc, hałas ruchu ulicznego cichł stopniowo, ustępując miejsca jednostajnemu, przytłumionemu szumowi, oddechowi uśpionego miasta. Wreszcie Alice się uspokoiła. Mezzanotte poczuł, że jej ciało zupełnie się odprężyło w jego ramionach. Podniosła do niego twarz, a on się pochylił, żeby ją pocałować. Najpierw bardzo delikatnie, samymi wargami, potem coraz namiętniej, w miarę jak ogarniało ich pożądanie przechodzące, ku zaskoczeniu obojga, w coś w rodzaju furii. Zaczęli się gorączkowo rozbierać. Niecierpliwe ręce rozpinały guziki, rozsuwały zamki błyskawiczne, wyszarpywały odzież spod pasków, żeby jak najszybciej uwolnić ciało od wszystkiego, co je zakrywa.

Po kilku chwilach nadzy klęczeli na łóżku naprzeciw siebie. Ciało kobiety było miękkie i zmysłowe; Alice miała duże piersi, wąską talię i szerokie biodra, skórę mlecznobiałą, nakrapianą piegami. Ciało mężczyzny było szczupłe i muskularne; Riccardo miał dość wąskie ramiona, za to z wyrobionymi, napiętymi mięśniami; na skórze kilka tatuaży, wśród nich niezatarte pamiątki po fascynacji punkiem, w tym trupia czaszka z irokezem, stylizowany wąż oplatający krzyż oraz wspaniały orzeł z rozpostartymi skrzydłami i napisami "No Future" oraz "I Don't Need This Fucking World".

Riccardo wziął w dłonie piersi Alice i zbliżył je do warg. Ssał sutki, to jeden, to drugi, aż jęknęła z rozkoszy. Przebiegł go dreszcz, gdy poczuł, że jej chłodne palce zaciskają się wokół jego penisa. Wspiął się na nią, a ona wypchnęła do przodu biodra, złapała go za pośladki i poprowadziła zdecydowanie do wnętrza swego ciała. Kochali się żarliwie, ściśle spleceni, nie patrząc na siebie, prawie ze złością. Trzymali się siebie desperacko jak rozbitkowie resztek wraku. Orgazm był wyładowaniem krótkim i gwałtownym, zmusił ich do oderwania się od siebie, jakby poraził ich prąd. Opadli, dysząc, każde na swoją połówkę łóżka, czuli się wyczerpani, opróżnieni z wszelkiej energii.

Przez jakiś czas, którego nie potrafiłby określić, Riccardo leżał nieruchomo ze wzrokiem wbitym w sufit, aż usłyszał, że zwinięta obok niego w kłębek Alice znów zaczęła cicho płakać. Wyciągnął rękę i pieszczotliwe dotknął jej pleców drżących od szlochu, ale strząsnęła ją z siebie gwałtownym ruchem.

*

Laura stała w tramwaju gnającym z łoskotem po szynach i podobnie jak wszyscy pasażerowie trzymała się mocno poręczy, by nie stracić równowagi. Była prawie ósma, wiedziała więc, że nie zdąży na kolację. Matka siedzi już pewnie przy nakrytym stole. Sama, bo wiadomo, jak późno wraca ojciec z pracy. Prawdopodobnie zalewa teraz złość winem wypijanym kieliszek po kieliszku. Po porannej kłótni to spóźnienie mogło się okazać kroplą, która przepełni czarę, lecz Laurę niewiele to obchodziło. Czuła się bardzo zmęczona, ale szczęśliwa. Raimondi opowiedział jej historię swego życia, którą poznała już częściowo dzięki artykułowi w "Corriere della Sera": trudne dzieciństwo, ucieczka z domu w wieku szesnastu lat, kontakt ze światem narkotyków, najpierw jako konsument, później także jako diler; pierwsza odsiadka w więzieniu, po wyjściu znowu narkotyki, kradzieże i rozboje aż do następnego aresztowania; w celi więziennej otrzeźwienie, wyrzuty sumienia i czarna rozpacz, dwie próby samobójcze; później spotkanie z więziennym kapelanem, odnalezienie wiary i chęci życia; po zwolnieniu warunkowym początek nowego życia, decyzja o poświęceniu się współczesnym pariasom, utworzenie, przy pomocy kurii mediolańskiej, Ośrodka Wsparcia z siedzibą w pomieszczeniu oddanym mu bezpłatnie do dyspozycji przez państwowe koleje. Po rozmowie Raimondi powierzył Laurę wolontariuszom, którzy wyjaśnili jej w szczegółach, jak działa ośrodek i na czym polega ich praca. Od razu poczuła się tak, jakby była jedną z nich. I było to dla niej miłym zaskoczeniem.

Pogrążona w myślach Laura nie zwróciła w pierwszej chwili uwagi na nagłe doznanie zimna i dreszcz, który przebiegł przez jej ciało. A przecież wiedziała, że tak się to zwykle zaczyna. Chwilę później skóra u nasady karku zaczęła ją mrowić, jakby właśnie w tym punkcie koncentrował się czyjś wzrok. Początkowo był to tylko ledwo zauważalny dyskomfort i starała się o tym nie myśleć, ale zaraz poczuła to spojrzenie jeszcze wyraźniej i nie potrafiła już udawać, że nic się nie dzieje. Było natarczywe i pożądliwe, przesuwało się po niej całej, zdawało się ją łakomie wchłaniać. Stanowiło emanację czystego pożądania, pozbawionego czułości i czegokolwiek innego poza brutalną, drapieżną żądzą.

Zaczęła wpadać w panikę. To się znowu działo. Była zmęczona i podekscytowana, zdekoncentrowała się i dlatego do tego dopuściła. To był moment, wszystko nastąpiło błyskawicznie. Zamknęła oczy i naciskając palcami skronie, próbowała się skupić i utworzyć w głowie barierę, którą zwykle się chroniła, odcinała od innych, od całego świata. Teraz jednak było już na to za późno. Pożądliwe spojrzenie zdążyło się przebić przez wszystkie bariery, czuła je wewnątrz siebie, lubieżne i odrażające, jak pęczniało i rozprzestrzeniało się z impetem fali powodziowej. I nie chodziło tylko o spojrzenie. Laura czuła na sobie obce ręce, które ją obmacywały i wciskały się do jej ciała, przed którymi nie było ucieczki ani obrony.

Wraz z paniką podeszły jej do gardła mdłości. Na czoło wystąpiły krople potu, oddech przyśpieszył. Za każdym razem przechodziła to samo. Emocje obcych ludzi wdzierały się do jej umysłu i ciała i zagnieżdżały się tam, równie intensywne, jakby były jej własnymi. To było koszmarne doznanie, do którego nie potrafiła przywyknąć. Serce biło jej w klatce piersiowej tak silnie, jakby chciało z niej wyskoczyć. Rozejrzała się wzrokiem zaszczutego zwierzęcia, pasażerowie tramwaju patrzyli na nią wrogo, myśleli pewnie, że jest wariatką lub ćpunką na głodzie. Wstydziła się swojego zachowania, ale nic nie mogła na nie poradzić, straciła nad sobą kontrolę. Potem go dostrzegła - siedział w głębi tramwaju na drewnianej ławce, jednym ramieniem przytrzymywał sześcioletniego chłopczyka zajętego dłubaniem w nosie, drugim obejmował szykowną kobietę o wyniosłym, nieobecnym spojrzeniu. To on. Mężczyzna wpatrywał się w nią z uśmiechem samozadowolenia na twarzy. Krawat, marynarka pod eleganckim ciemnym płaszczem, krótko ścięte włosy w tym samym odcieniu szarości co okulary w metalowych oprawkach, u stóp czarna teczka. Szanowany manager, kochający ojciec rodziny. Na pozór. Ona wiedziała, jak perwersyjne były pragnienia, które w nim wrzały, jak obrzydliwe rzeczy chciałby jej zrobić, jak wynaturzone obrazy widział w swej chorej wyobraźni, podczas gdy siedział spokojnie, z błogim uśmiechem między żoną a synem.

Zrobiło się jej niedobrze, plecy miała mokre od zimnego potu, gardło ściśnięte tak bardzo, że nie przeszłaby przez nie nawet szpilka. Łapiąc z trudem powietrze, ruszyła do drzwi i nacisnęła guzik otwarcia drzwi. Długo nie zdejmowała z niego palca, nie zważając na gniewne spojrzenia i szemranie pasażerów, aż wreszcie motorniczy zatrzymał pojazd.

Wyskoczyła dosłownie na chwilę, zanim torsje zgięły ją wpół. Oparła się ręką o jakiś mur, żeby nie upaść na chodnik, i zwymiotowała całą zawartość żołądka.

*

Nocne powietrze było wilgotne i zimne, przesycone mgłą, od której wokół lamp ulicznych tworzyła się żółtawa aureola. Mezzanotte biegł po chodniku, mijając zasunięte żaluzje kebabowni, punktów usług telefonicznych, chińskich fryzjerów, egipskich sklepików spożywczych i knajpek z południowoamerykańską kuchnią. Via Padova była nie tylko jedną z najdłuższych ulic miasta, mierzącą prawie cztery kilometry między piazzale Loreto a sąsiedztwem stacji metra Cascina Gobba, już za obwodnicą, ale też jedną z tych, które odzwierciedlały wieloetniczność Mediolanu. Łączyła się z tym rzeczywistość trudna, pełna sprzeczności i konfliktów, ale jednocześnie niezwykle żywotna, co Riccardowi bardzo odpowiadało. Minęła trzecia i w pobliżu nie dostrzegł żywej duszy. Oprócz kilku samochodów, które przejechały szybko, oślepiając go na chwilę reflektorami, natknął się jedynie na grupkę Maghrebczyków o twarzach zaciętych i ponurych, którzy pod wiaduktem kolejowym zajmowali się prawdopodobnie jakimiś ciemnymi interesami, bo gdy ich mijał, nawet na chwilę nie spuścili z niego wzroku.

Pod kapturem bluzy słuchawki iPoda pompowały mu do uszu muzykę na cały regulator, hardcore punk, tę samą, która towarzyszyła mu kilka lat wcześniej, gdy znalazł się o krok od samozniszczenia.

Oh, well, things crumble to an end

Hell, we all die in the end

Die in the end

Głos Jella Biafry, wokalisty zespołu Dead Kennedys, był wściekłym, szaleńczym wrzaskiem konkurującym z chaosem dźwięków, jakie produkowały instrumenty, przez co ich muzyka stanowiła akustyczny odpowiednik czołgu miażdżącego wszystko, co spotka na swej drodze. Mezzanotte przyśpieszył kroku, starając się dopasować go do jej diabelnego rytmu, choć nie był w formie, zaczynał coraz ciężej oddychać, a mięśnie domagały się zakończenia tej tortury.

Nawet gdy Alice przestała płakać i usnęła, Riccardo długo jeszcze leżał bezsennie na łóżku z głową ciężką od krążących w niej ponurych myśli, które zdawały się dziobać jego mózg niczym sępy żerujące na padlinie. W końcu nie mógł już dłużej tego znieść. Wstał cicho z łóżka i wyszedł z pokoju. Nie zjadł kolacji, więc teraz poczuł głód. Otworzył lodówkę i na stojąco, wciąż jeszcze nago, pochłonął zimne resztki wegetariańskiej zapiekanki makaronowej. Potem włożył stary, wysłużony dres, buty do biegania i wyszedł w noc. Także po porzuceniu boksu nie zaniechał całkowicie treningów. Po części dlatego, że pewne przyzwyczajenia stają się naprawdę drugą naturą, a od wysiłku fizycznego można się uzależnić jak od narkotyków, trochę zaś - bo zależało mu na dobrej formie fizycznej. Jednak ostatnimi czasy wyraźnie sobie odpuścił. Od tygodni nie biegał i nie chodził do siłowni, prawie nie pamiętał, kiedy po raz ostatni założył rękawice bokserskie. Miał wrażenie, że jest świadkiem postępującego rozkładu swojego życia i nie może zrobić nic, żeby temu przeszkodzić. Chwilami czuł się tak sfrustrowany i udręczony, że aż bliski załamania.

It's a dead end

Dead end

Dead end

Ślepy zaułek. Tak właśnie się czuł: jakby znalazł się w ślepym zaułku. Nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że w tak krótkim czasie wszystko tak się posypało. Zaledwie sześć miesięcy wcześniej jego życie układało się jak najlepiej. Ze wszystkich ról, jakie przyszło mu grać w swoim niedługim przecież, dwudziestoośmioletnim życiu: Riccardo - młodociany chuligan, Riccardo - bokser, Riccardo - muzyk punkowy, Riccardo - policjant, ta ostatnia, najdalsza od jego wcześniejszych wyborów, niespodziewnie okazała się tą, w której poczuł się spełniony. Wybrał ją ku zaskoczeniu wszystkich, w tym samego siebie, po wyjściu z otchłani żalu, poczucia winy i wyrzutów sumienia, w którą wpadł po nagłej śmierci ojca, i szybko się w niej sprawdził. Ze względu na decydujący wkład w rozwiązanie sprawy mordercy z obwodnicy uważano go prawie za bohatera. W rekordowym czasie został awansowany do rangi komisarza za specjalne zasługi, a na korytarzach komendy można było usłyszeć, że młody Mezzanotte przypomina ojca. Między nim i Alice świetnie się układało, zdecydowali się zamieszkać razem i przed znalezieniem odpowiedniego lokum Alice sprowadziła się do niego. Być może po raz pierwszy w życiu Riccardo poczuł spokój, łudził się, że osiągnął stabilność.

Ale później...

3.

Po raz pierwszy wszedłem do sali konferencyjnej, gdzie zbierała się grupa zadaniowa do sprawy bestii z obwodnicy, 26 lipca 2002 roku. Służyłem wtedy od zaledwie kilku miesięcy w Trzecim Wydziale - zajmującym się zabójstwami i przestępstwami przeciwko zdrowiu i życiu - komendy policji w Mediolanie. Dostałem się tam w wyniku konkursu wewnętrznego po dwóch latach służby patrolowej w Turynie i kursie szkoleniowym wyższego stopnia. W komendzie przy via Fatebenefratelli, gdzie legendą obrosły dokonania ojca, moje nazwisko było bardziej niż gdziekolwiek kłopotliwym dziedzictwem. Starałem się nie zwracać na siebie uwagi i robiłem co w mojej mocy, by rozwiać podejrzenia, że jestem faworyzowany, i udowodnić, iż zasługuję na pracę w tym miejscu. Nie mogę powiedzieć, abym miał zupełnie spokojne sumienie, ponieważ przypuszczałem, że Dario Venturi, były współpracownik i jeden z najbliższych przyjaciół ojca, który dla mnie był jak wujek, wstawił się za moim przydziałem do Trzeciego Wydziału. Venturi był zastępcą komendanta, drugą co do ważności osobą w policji mediolańskiej, więc gdyby tylko chciał, nie stanowiłoby to dla niego żadnego problemu.

Od kilkunastu dni miasto trzymała w oblężeniu upalna duchota i na domiar złego klimatyzacja w komendzie miała jakąś usterkę i działała z przerwami. W zatłoczonym pomieszczeniu służącym grupie zadaniowej panowała atmosfera ciężka od oparów potu i zniechęcenia.

Między majem i czerwcem, w odstępie czterdziestu dni, znaleziono w Mediolanie ciała dwóch kobiet zamordowanych przy użyciu noża. Ślady tortur i wykorzystania seksualnego na ciałach świadczyły o tym, że morderca przed zadaniem każdej z nich śmiertelnego ciosu w gardło i przecięciem tętnicy szyjnej okrutnie się nad nimi znęcał. Wstępne dochodzenie wykazało, że były to cudzoziemki bez pozwolenia na pobyt, trudniące się prostytucją, i że zniknęły na długo przed odnalezieniem ich zwłok. Morderca musiał je więc gdzieś więzić, zanim je zabił i pozbył się ciał. Sekcja wykazała obecność środków uspokajających w organizmach ofiar. Zdaniem lekarza sądowego kobiety przez większość czasu spędzonego w niewoli były półprzytomne lub przynajmniej bardzo otępiałe.

Przy przeglądaniu akt wcześniejszych nierozwiązanych spraw znaleziono dwie dotyczące innych zabójstw o bardzo podobnych cechach, do których doszło w tym samym roku i których z sobą nie powiązano, bo wydarzyły się w dużym odstępie czasu. Do podobieństw można zaliczyć to, że wszystkie ofiary znaleziono na poboczach obwodnicy lub w jej pobliżu, a także to, że wcześniej kobiety te szukały klientów w tych właśnie okolicach. Motywem zbrodni na pewno nie były pieniądze, bo znajdowano je nietknięte w torebkach leżących przy ciałach. Morderca za to prawdopodobnie zabierał na pamiątkę trofea. Ofiary nie miały na sobie bielizny i każdej obcięto kosmyk włosów.

Wszystko wskazywało na to, że był to seryjny zabójca, i istniały uzasadnione podstawy do obaw, że znów da o sobie znać. Kiedy informacje o tej sprawie podano do wiadomości publicznej, od razu znalazły się w centrum zainteresowania mediów, które nazwały nieznanego sprawcę "bestią z obwodnicy".

Pod rosnącą presją prasy komenda policji w Mediolanie powołała 28 czerwca grupę zadaniową, w której skład weszli nie tylko prokurator koordynujący śledztwo oraz agenci Wydziału Zabójstw, ale także przedstawiciele karabinierów oraz policji finansowej, by usprawnić łączność między różnymi siłami. Znalazł się w niej również konsultant UACV, specjalnej struktury zajmującej się przestępstwami popełnionymi ze szczególnym okrucieństwem, powołanej kilka lat wcześniej w łonie policji dla wsparcia organów śledczych i sądowych w poszukiwaniach seryjnych morderców.

W śledztwie dotyczącym tej sprawy od początku było pod górkę. Zbrodniarz okazał się na tyle przezorny, że pozbywał się telefonów komórkowych ofiar zaraz po porwaniu. Wprawdzie na zwłokach prostytutek i na ich rzeczach odkryto ślady spermy i innej materii organicznej oraz odciski palców, poza tym zarówno DNA, jak i odciski były takie same we wszystkich przypadkach, co ponad wszelką wątpliwość potwierdziło, że morderstwa dokonał ten sam człowiek, ale nie figurowały w bazie danych organów ścigania, co znaczyło, że człowiek ten był niekarany. Analiza nagrań z kamer monitoringu w pobliżu miejsc, gdzie prostytutki porwano i gdzie porzucono zwłoki, nic nie dała. Przesłuchania przyjaciół i znajomych ofiar, a przynajmniej tych, których udało się znaleźć, ich opiekunów i dziewcząt wystających w tych samych rejonach co one, okazały się stratą czasu. Udało się zaprotokołować jedynie powtarzające się: "nie wiem" i "nie widziałam" oraz kilka informacji niejasnych i sprzecznych. Zdaniem profilera z UACV morderca wybrał okolice obwodnicy na swój teren łowiecki, bo je dobrze znał i swobodnie się po nich poruszał, możliwe, że wiązało się to w jakiś sposób z jego pracą. Wzięto więc pod uwagę różne opcje: zabójca był taksówkarzem, kierowcą ciężarówki, ratownikiem medycznym w ambulansie, śmieciarzem lub kimś, kto stale dojeżdża tędy do pracy. Opcji było zbyt dużo, by móc ułożyć kompletną listę potencjalnych podejrzanych, a co dopiero mówić o ich sprawdzeniu. Rozstawiano dodatkowe patrole i specjalne punkty kontroli, ale i to nic nie dało. Zresztą obwodnica wokół Mediolanu - czyli system połączonych autostrad: odcinka zachodniego, wschodniego, wschodniego-zewnętrzego oraz północnego - była najbardziej rozbudowanym kompleksem drogowym we Włoszech, zaplecionym z wielu elementów pierścieniem asfaltu ponadstukilometrowej długości, po którym poruszały się codziennie dziesiątki tysięcy pojazdów. Nawet gdyby skierowano wszystkich policjantów z całego Mediolanu do jej patrolowania, pewnie nic by to nie dało.

Krótko mówiąc, dochodzenie utknęło w martwym punkcie, a śledczy zaczęli się obawiać, że jeżeli zabójca nie popełni jakiegoś błędu lub nieostrożności, nigdy go nie złapią.

Miesiąc po znalezieniu ostatniej zamordowanej prostytutki, 22 lipca przy via Cusago, pod wiaduktem zachodniego odcinka obwodnicy pewien kierowca natrafił na zwłoki jeszcze jednej kobiety i zawiadomił o tym straż miejską. Loreta Walla, dwudziestotrzyletnia Albanka, wystawała zwykle na odcinku wschodnim, w pobliżu wyjazdu na Linate. Nikt nie zgłosił jej zniknięcia, ale łatwo było sprawdzić, że od ośmiu dni nie dawała znaku życia. Okoliczności zabójstwa były takie jak w innych przypadkach. Nie ulegało wątpliwości, że Albankę należało uznać za piątą ofiarę bestii z obwodnicy.

Dziennikarze się rozszaleli. Oskarżali siły bezpieczeństwa na pierwszych stronach gazet i w dziennikach telewizyjnych o inercję i brak kompetencji, o Mediolanie zaś pisali, że jest miastem ogarniętym grozą, bezbronnym, wystawionym na wszelkie zagrożenia i pozostawionym samemu sobie. Wtedy to uznano, że grupę zadaniową należy wzmocnić, i włączono do niej między innymi mnie.

Poza wrzawą medialną śledczych szczególnie zaniepokoiło to, że morderca coraz krócej przetrzymywał swe ofiary w zamknięciu przed ich zgładzeniem, a także to, że zmniejszał się odstęp czasu między zabójstwami. Jak to wyjaśnił konsultant z UACV, ulegała skróceniu przerwa emocjonalna, która w takich przypadkach dzieli jedno morderstwo od drugiego, to znaczy czas, po którym zabójczy instynkt po nasyceniu znów dawał o sobie znać. Morderca zasmakował krwi i teraz nie mógł się już bez niej obejść, krew stała się dla niego czymś w rodzaju narkotyku i podobnie jak ćpun potrzebował coraz większych i częstszych dawek, by zaspokoić głód. Krótko mówiąc, nie tylko należało się spodziewać, że nadal będzie zabijać, ale także że będzie to robić coraz częściej.

Z wszystkich tych powodów 26 lipca w sali konferencyjnej panowało niemal namacalne napięcie. Inspektor Altieri, oficer dowodzący zespołem utworzonym dla rozwiązania sprawy bestii z obwodnicy, ze względu na nowo przybyłych nakreślił krótko sytuację i podejmowane dotąd tropy. Kołnierzyk koszuli miał rozpięty, krawat rozluźniony i był ewidentnie w podłym humorze. Poprzedniego dnia komendant wezwał jego oraz innych oficerów Biura Dochodzeniowego do swojego gabinetu i pomimo zamkniętych drzwi podniesiony głos dowódcy roznosił się po całym piętrze. Teraz przy Altierim siedziała prokuratorka Cristina Trebeschi, ubrana w szary kostium o surowym kroju, i słuchała go z kamienną twarzą. Jako jedyna osoba w pomieszczeniu się nie pociła.

Konsultant UACV przedstawił psychologiczny profil mordercy, uaktualniony po znalezieniu ostatniej ofiary. Zauważyłem, że był młody i nerwowy, za dużo gestykulował i od czasu do czasu jego głos przechodził w falset. Zrobił na mnie wrażenie osoby kompetentnej, lecz o niewielkim doświadczeniu, kogoś, kto spotkał wielu zabójców na stronach książek, ale żadnego w życiu.

- Nasz morderca jest samotnym łowcą, dobrze zorganizowanym. Działa w pojedynkę, planuje i realizuje swoje zbrodnie racjonalnie, w pełni nad sobą panuje. Ofiary wybiera zawsze z tej samej kategorii, która ma dla niego szczególne znaczenie. Można go określić jako mordercę osiadłego, choć działa na obszarze o dużym promieniu. Jego technikę łowów można zaś porównać do techniki orła: krąży po swoim terytorium, w sąsiedztwie obwodnicy, póki nie znajdzie odpowiedniej ofiary, a kiedy już ją znajdzie, porywa ją do gniazda, najprawdopodobniej do swego domu, gdzie najpierw ją torturuje, a potem zabija. Zabiera ofiarom przedmioty, które stają się potem jego fetyszami i trofeami, i nie zdziwiłbym się, gdyby w miejscu uwięzienia robił im zdjęcia. Możemy przyjąć, że jest to mężczyzna biały, heteroseksualny, narodowości włoskiej, w wieku od trzydziestu do pięćdziesięciu lat, inteligentny, choć z wykształceniem najwyżej średnim. Nie ma rodziny, zarabia na życie pracą niewymagającą wysokich kwalifikacji, w której nie ponosi za nic większej odpowiedzialności. W sumie można powiedzieć, że jest osobą na pozór normalną, dobrze funkcjonującą w swoim środowisku, choć żyje w odosobnieniu. Jeśli chodzi o osobowość mordercy, to jest on introwertykiem z kompleksami. Miał trudne dzieciństwo naznaczone jakąś traumą i być może zbyt represyjnym wychowaniem. Prowadzi bardzo ograniczone życie towarzyskie, czego przyczyną jest niezdolność do nawiązywania relacji z innymi, zwłaszcza z kobietami, wobec których ma poczucie niższości. To, że znaleziono ślady jego spermy w jamach ustnych oraz na ciałach zamordowanych kobiet, ale nie w ich pochwach, sugeruje, że jest impotentem. W tym kontekście nie dziwi, że na ofiary wybiera prostytutki. Są szczególnie łatwym łupem, a on prawdopodobnie jest ich stałym klientem. Zabijanie sprawia mu dużą przyjemność i daje podniecające poczucie władzy i kontroli. Mamy tu też z pewnością do czynienia z motywem symbolicznej zemsty na kobietach w ogóle. Mordowanie ich jest dla niego formą rewanżu, sposobem na potwierdzenie własnej wyższości i męskości. Unicestwiając je, odzyskuje szacunek do samego siebie. Istotne jest użycie noża jako narzędzia zbrodni, nóż bowiem w tym kontekście zastępuje penisa, którym morderca nie może się posługiwać. Dlatego właśnie wchodzi w swe ofiary ostrzem noża. Znaczące jest także to, że zadawane przez niego rany koncentrują się w okolicy piersi i łona, jakby chciał w ten sposób unicestwić samą istotę kobiecości.

Wszystko to było szalenie interesujące, ale w praktyce mało użyteczne. Nie dawało żadnej nowej konkretnej wskazówki ani nie posłużyło zawężeniu kręgu potencjalnych podejrzanych, jak dotąd tak rozległego, że nie wystarczyłby stadion San Siro, żeby ich wszystkich pomieścić.

Mnie, który byłem nowicjuszem w Wydziale Zabójstw, powierzono zadanie koordynowania pracy grupki funkcjonariuszy wyznaczonych do odbierania zgłoszeń telefonicznych, z każdym dniem coraz częstszych. Do naszych obowiązków należało ich selekcjonowanie i przekazywanie do grupy zadaniowej tylko tych, które nie były ewidentnie bezpodstawne i zasługiwały na uwagę.

Wkrótce zebraliśmy bogaty asortyment zgłoszeń od różnych świrów i mitomanów. Informacji przydatnych - zero. Choć panowała nie najprzyjemniejsza atmosfera, a ja nie brałem bezpośredniego udziału w pracach dochodzeniowych, i tak czułem się szczęśliwy i podekscytowany, bo uczestniczyłem w tak ważnym śledztwie. Ta sprawa bardzo mnie zainteresowała i kiedy tylko mogłem, zostawałem po służbie w komendzie i studiowałem akta zapełniające coraz więcej teczek. Zdobyłem również wyniki badań FBI na temat seryjnych morderców i czytałem je w domu w nocy tak długo, aż zamykały mi się powieki, a głowa opadała na papiery. Alice, z którą zaczynaliśmy wtedy poważnie myśleć o wspólnej przyszłości, wcale nie była z tego zadowolona.

Zacząłem rozumieć, jak złożone jest dochodzenie w sprawie seryjnych zbrodni. Morderca nie ma wyraźnego motywu, nie łączą go z ofiarami bezpośrednie relacje, więc jeśli brakuje świadków, śledczym pozostają tylko poszlaki oraz wnioski, które mogą wyciągnąć z oględzin miejsc zbrodni i ciał ofiar. W tym przypadku wyłącznie tych ostatnich, bo nie wiedzieliśmy, gdzie dochodziło do morderstw.

Minęło około dziesięciu dni, podczas których upał trwał w najlepsze. I nie wyglądało na to, żeby wkrótce miał dać miastu trochę wytchnienia, ani na to, żeby śledztwo posunęło się choć o krok naprzód.

Wśród członków grupy zadaniowej, wyczerpanych upałem i stresem, szerzyło się zniechęcenie. Pewnego wieczoru, po zweryfikowaniu dziennych zgłoszeń telefonicznych, zacząłem czytać od nowa akta sprawy. Przeglądając listę przedmiotów znalezionych w torebce Lorety Walli, zostawionej przez mordercę jak zawsze przy zwłokach, zwróciłem uwagę na opis jednego z przedmiotów: pęku kluczy ze śladami krwi. Na pozór nie było w tym nic dziwnego. Zbrodniarz ugodził kobietę nożem, krew była jej, co stwierdzono w laboratorium kryminalistycznym. Zresztą sama torebka też była poplamiona krwią. Cóż więc kazało mi zwrócić uwagę właśnie na ten szczegół? Zastanawiałem się przez chwilę, aż w moim umyśle sformułowało się oczywiste pytanie: jak to się stało, że klucze pobrudziły się krwią, skoro były w torebce? Rzeczywiście należały do Lorety i nie potrafiłem znaleźć żadnego wiarygodnego powodu, dla którego ona lub morderca mieliby je z niej wyjąć w chwili zbrodni. Wystarczyło szybkie spojrzenie na listę, by otrzymać potwierdzenie, że pęk kluczy był jedynym znalezionym w torebce przedmiotem, na którym widniały ślady krwi.

Listę przeczytali policjanci o wiele mądrzejsi i bardziej doświadczeni niż ja, niemniej jednak coś nie dawało mi spokoju, choć nie potrafiłbym wyjaśnić co. Sięgnąłem do akt spraw wszystkich zamordowanych prostytutek i znalazłem w nich informację, że także w torebkach dwóch innych ofiar: drugiej i czwartej z kolei, znaleziono pęki kluczy poplamionych krwią. Obejrzałem dokładnie ich zdjęcia, jedno po drugim, z pomocą szkła powiększającego. Kiedy podniosłem znad nich oczy, serce biło mi silniej w piersiach. Zanim jednak pozwoliłem sobie na radość z niespodziewanego odkrycia, postanowiłem obejrzeć sfotografowane przedmioty. Po wyjściu z magazynu z dowodami przestępstw nie miałem już żadnych wątpliwości. Choć sam byłem zaskoczony i trudno mi było w to uwierzyć, naprawdę coś odkryłem. Ślady krwi znajdowały się na kluczach we wszystkich pięciu, a nie tylko w trzech pękach, w dwóch przypadkach ten, kto opisał zawartość torebek, przez nieuwagę lub pośpiech nie zaznaczył tego. Co więcej, w każdym pęku tylko jeden klucz był poplamiony, mniejszy niż inne, o takim samym kształcie i tego samego producenta. Pięć identycznych kluczy, które w każdej torebce były jedynym przedmiotem poplamionym krwią. To nie mógł być przypadek ani zbieg okoliczności. Klucze włożył do torebek morderca.

Kusiło mnie, żeby natychmiast podzielić się z kimś tym odkryciem, ale minęła już północ i komenda opustoszała. Poza tym stwierdziłem, że zanim komuś o tym powiem, powinienem przemyśleć to na chłodno, żeby się nie pomylić i nie narazić na śmieszność. Po powrocie do domu, trochę dlatego, że byłem jeszcze bardzo podekscytowany swoim odkryciem, a trochę z powodu gorąca, pomimo zmęczenia nie umiałem zasnąć. Wciąż myślałem o kluczach. Jeżeli morderca specjalnie je tam włożył, musiały być dla niego ważne, musiały coś znaczyć. Ale co? Nie miałem pojęcia, zarazem jednak te małe, zakrwawione klucze z czymś mi się mgliście kojarzyły. To skojarzenie znajdowało się tuż poza krawędzią mojej świadomości i nie umiałem go do niej przywołać. Paskudne uczucie, jak wtedy, kiedy ma się na końcu języka słowo wymykające się pamięci.

Dopiero późną nocą, po paru godzinach spędzonych bezsennie w wilgotnym od potu łóżku, gdy byłem wreszcie bliski zaśnięcia, doznałem olśnienia: Sinobrody! Oto z czym skojarzył mi się mały klucz. Usłyszałem o nim w baśni Charles'a Perraulta, czytanej mi w dzieciństwie przez jedną z moich licznych opiekunek, którym ojciec powierzył moje wychowanie. Ta baśń zrobiła na mnie tak silne wrażenie, że przez kilka tygodni miałem w nocy koszmary.

Wiedziałem, że gdzieś w domu powinienem mieć ten zbiór, bo nie wyrzuciłem książek z dzieciństwa. Być może na strychu, w jednym z pudeł. Trochę mi to zajęło, ale w końcu ją znalazłem i przeczytałem zapamiętaną jak przez mgłę opowieść.

Sinobrody był bardzo bogatym człowiekiem, ale jego broda sprawiała, że miał przerażający wygląd i kobiety przed nim uciekały. Tym bardziej że w przeszłości miał już kilka żon i nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Udało mu się w końcu wywrzeć wrażenie swoim bogactwem na pewnej panience, która zgodziła się wyjść za niego. Pewnego dnia musiał wyjechać w interesach i zostawił żonie pęk kluczy do wszystkich pomieszczeń w zamku. Zapowiedział jej jednak, że jest w całym pęku jeden klucz, którego nie wolno jej użyć, jeśli nie chce się narazić na jego gniew. Otwierał on drzwi do małego pokoju na parterze. Ciekawość okazała się silniejsza od obawy przed gniewem męża i młoda żona weszła do zakazanego pokoju. Znalazła w nim powieszone na ścianach ciała zamordowanych żon Sinobrodego i z wrażenia upuściła klucz na zalaną krwią podłogę. Jak to w baśniach bywa, krwi nie dało się zmyć, tak więc po powrocie do zamku Sinobrody od razu się domyślił, że żona była mu nieposłuszna, i postanowił ukarać ją tak samo jak inne żony. Przed śmiercią uratowali ją w ostatniej chwili jej dwaj bracia, zabijając Sinobrodego.

Seryjny zabójca prostytutek zafascynowany baśnią o wielokrotnym mordercy? To miało sens. A po bliższym przyjrzeniu się fakt, że obaj mordowali kobiety, nie był jedyną analogią między naszą sprawą a historią opowiedzianą przez Perraulta. Obaj używali noża jako narzędzia zbrodni i dobijali ofiary, podcinając im gardła. Poza tym, podobnie jak młoda żona Sinobrodego, także nasze prostytutki nawiązywały stosunki z "bestią z obwodnicy" dla pieniędzy.

Następnego ranka, kiedy tylko zaczęła się odprawa, podniosłem rękę jak dziecko w szkole i głosem lekko drżącym z emocji powiedziałem o swoim odkryciu. Początkowo zebrani słuchali mnie jak nowicjusza, który pcha się na scenę, szemrali z irytacją i wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, ale na koniec przyznali mi rację: klucze poplamione krwią do torebek zamordowanych prostytutek włożył zabójca. Ten nowy trop przywrócił grupie zadaniowej optymizm i wolę działania. Inspektor Altieri bezzwłocznie polecił kilku funkcjonariuszom skupić się na nim. Natomiast moja teza, że klucze mogą się w jakiś sposób wiązać z baśnią Charles'a Perraulta, spotkała się ze sceptycznym przyjęciem. Stwierdzono, że jest naciągana, zbyt karkołomna. Jedynie konsultant UACV okazał zainteresowanie, był gotów uznać ją za jedno z możliwych rozwiązań.

Entuzjazm, jaki zapanował po pojawieniu się tego nowego tropu, niestety nie trwał długo. Wprawdzie na kluczach znaleziono odciski palców zabójcy, ale stwierdzono, że otwierały tanie, niczym niewyróżniające się kłódki będące w powszechnym użyciu, do kupienia w każdym sklepie z wyrobami metalowymi, a nawet w supermarketach. Niemożliwe było ustalenie ich nabywców. Znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Jeśli chodzi o moją hipotezę, że morderca zainspirował się w jakiś sposób historią Sinobrodego, to nawet gdyby uważano ją za prawdopodobną, na tym etapie nie mogła ukierunkować śledztwa. Prawda była taka, że dalej poruszaliśmy się po omacku.

Dwa dni później, 7 sierpnia o czwartej nad ranem, dostałem telefon, który zapowiadał przełom w dochodzeniu. Odebrałem, nie otwierając nawet oczu, znalazłszy aparat po omacku na nocnym stoliku. Telefon był z komendy, z informacją, że wszyscy członkowie grupy zadaniowej mają się stawić na nadzwyczajne zebranie.

- Kiedy? - zdołałem wymamrotać, starając się otrząsnąć ze snu. - Kiedy?

- Teraz. Bezzwłocznie! - brzmiała sucha odpowiedź, po której nastąpiło kliknięcie przerwanego połączenia.

Pół godziny później siedziałem już w sali konferencyjnej razem z dziesiątkami kolegów, po których było widać, że ubrali się w pośpiechu i nie mieli czasu, żeby się ogolić. Szeptali między sobą i wymieniali pytające spojrzenia, żaden z nich nie wiedział, co się stało. Powiedziano nam tylko, że inspektor Altieri i prokuratorka Trebeschi zamknęli się wraz z innymi grubymi rybami w gabinecie komendanta policji i że jak tylko będą mogli, zejdą do sali konferencyjnej, by podzielić się z nami nowymi ustaleniami.

Czekaliśmy prawie godzinę. Altieri i Trebeschi pojawili się w drzwiach, gdy pierwsze promienie brzasku nowego, upalnego dnia rozświetlały już niebo za zakurzonymi szybami. Inspektor wyglądał na wyczerpanego, postarzałego o dziesięć lat w porównaniu z dniem, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w grupie zadaniowej niecałe dwa tygodnie wcześniej. Nie było w tym nic dziwnego, sprawa, którą początkowo uważał za odskocznię do świetnej kariery, mogła mu ją zwichnąć definitywnie. Także w niewzruszonym spokoju prokuratorki pojawiły się pęknięcia.

Tym razem to ona zabrała głos. Przedstawiła nowe wypadki tak klarownie, że ich powaga oraz konsekwencje dla naszego dochodzenia stały się od razu dla wszystkich dramatycznie jasne.

Nocą, około pierwszej, Matilde Branzi - lat dwadzieścia sześć, obywatelstwo włoskie, zamieszkała w Mediolanie - zawiadomiła telefonicznie ojca, że zepsuł jej się samochód na północnym odcinku obwodnicy, ale powiedziała, że sobie poradzi, w najgorszym razie wezwie pomoc drogową i pośle auto lawetą. To był ostatni sygnał od niej. Ojciec, wdowiec o słabym zdrowiu, wrócił do łóżka, ale o trzeciej w nocy obudziło go złe przeczucie. Próbował dodzwonić się do córki na telefon komórkowy i stacjonarny, lecz bezskutecznie. Bardzo się zaniepokoił, zadzwonił więc z prośbą o pomoc do swego brata, centroprawicowego radnego w mediolańskiej Radzie Miejskiej, a ten zaalarmował samego prezydenta miasta, który z kolei wyciągnął z łóżka komendanta policji. Natychmiast wysłano radiowóz. Na poboczu wskazanego przez Matilde Branzi odcinka drogi znaleziono jej samochód z migającymi światłami awaryjnymi, podniesioną klapą bagażnika i otwartymi drzwiami. Matilde ani śladu. Nie można było mieć całkowitej pewności, ale podejrzewano, że została porwana przez mordercę z obwodnicy. Zespół kryminalistyczny pracował już na miejscu zdarzenia, należało mieć nadzieję, że znajdzie wskazówki, które pomogą w śledztwie.