Gdynia, lipiec 2008 roku
- Ale kto to w ogóle jest? - zapytał Igor. - Nigdy nie opowiadałaś o żadnej bogatej ciotce.
- Mój Boże, a co ci miałam opowiadać? Ciotka jak ciotka.
- "Ciotka jak ciotka" - powtórzył z przekąsem. - Niewiele osób może powiedzieć o sobie, że ma bogatą krewną, w dodatku z pałacem i parkiem. Nie uważasz, że to interesujące?
Monika prychnęła zniecierpliwiona.
- Od kiedy obchodzą cię moje sprawy rodzinne? - zapytała. - Nigdy nie chciałeś słuchać o babciach i dziadkach, nigdy też o nic nie pytałeś. Skąd to nagłe zainteresowanie?
Igor skurczył się, jakby nagle ktoś spuścił z niego powietrze. Od jakiegoś czasu znajdował coraz mniej tematów, na które mógłby porozmawiać z żoną. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Może gdy Radek podrósł i Monika wróciła do pracy. Tak, zapewne właśnie wtedy oddalili się od siebie.
- Nie wiem - mruknął. - Chyba ten pałac rozbudził moją wyobraźnię.
- To nie pałac, tylko dworek. W dodatku taki dziwny, kamienny. Nie jak dworki polskie, tylko... No nie wiem, inny. A zresztą pewnie rudera - ucięła Monika. - Nie sądzę, żeby ktoś o to wszystko dbał za komuny, a potem, gdy ciotka odzyskała swoje włości, już zapewne nie było czego ratować. Zresztą ja w sumie niewiele wiem o tej części rodziny. Byłam tam raptem raz, w dodatku tak dawno, że prawie nic nie pamiętam. Nie utrzymujemy kontaktów. Diabli wiedzą, po co właściwie zostaliśmy zaproszeni.
W korytarzu trzasnęły drzwi. Małżonkowie umilkli i w ciężkiej ciszy czekali na wejście Patrycji. W chwilach takich jak ta jednoczyło ich przekonanie, że jeśli nie będą trzymali wspólnego frontu, nie poradzą sobie z koszmarem, jakim stało się dojrzewanie ich córki.
- Zaproszeni? - rozległ się jej głos. - Dokąd znowu zaproszeni? Nie mówcie, że musimy iść na jakąś głupią rodziną imprezę.
- Nie iść, tylko jechać - poprawił ją ojciec łagodnie. - I nie narzekaj, że znowu, bo od Wielkanocy nigdzie nie byliśmy.
Patrycja prychnęła. Ma to po matce, pomyślał Igor.
- No, wtedy zafundowałeś nam taką dawkę rodzinnej nudy, że nie przeżyłabym kolejnego dnia.
- Chcesz zupy? - zapytała Monika, jakby nie słyszała słów córki. - Tata ugotował żurek.
- Jak możesz?! - Igor musiał zareagować. - Pożegnanie z umierającą babcią to chyba nie jest coś, co można rozpatrywać w kategoriach nudy!
Poczuł się dotknięty, ponieważ chodziło o jego mamę. Rzeczywiście spędzili Wielkanoc w Bydgoszczy, przy łóżku chorej. Igor zdawał sobie sprawę, że dla dzieci było to trudne, ale o ile mały Radek mógł okazywać znudzenie, o tyle po dwunastolatce można chyba było się spodziewać odrobiny delikatności.
- Tak czy owak, to nie będzie wizyta w szpitalu, lecz w starym dworku - wyjaśnił po chwili pojednawczym tonem. - Zaprosiła nas pewna wiekowa dama, ciocia mamy.
- Wiekowa dama - powtórzyła Patrycja. - Czyli ile ma lat?
- Radziu, obiadek! - zawołała Monika.
- W tym roku kończy osiemdziesiąt - odparł Igor, zadowolony, że córka przejawiła choć cień zainteresowania. - I właśnie z tej okazji organizuje coś w rodzaju małego zjazdu rodzinnego.
Chciał wstać i przynieść z dużego pokoju dostarczony przed zaledwie godziną list, napisany bardzo wytwornym pismem na eleganckim papierze, który chyba leciutko pachniał perfumami. Ale Patrycja już przestała słuchać. Zaczęła przekomarzać się z młodszym braciszkiem, choć właściwie "przekomarzać" nie oddawało istoty sprawy - raczej mu dokuczała.
Zaczęła się zmieniać w czwartej klasie. Bardzo wcześnie. Nienormalnie wcześnie, myślał czasem Igor. Co myślała Monika, nie miał pojęcia, ponieważ rzadko rozmawiali na ten temat. Zupełnie jakby to było coś wstydliwego - porażka rodzicielska, którą należy przemilczeć w rozmowach.
Najpierw chudziutkiej, drobnej dziewczynce zaczęły rosnąć piersi. Potem pupa. Pojawiły się pryszcze, włosy się przetłuszczały. To było normalne - Monika i Igor nie spodziewali się przecież, że ich córka pozostanie przez całe życie aniołeczkiem w kusej sukience. Ale nie byli przygotowani na tak diametralną zmianę osobowości, jaka nastąpiła w piątej klasie i pogłębiła się w szóstej. Zanim się spostrzegli, Pati przestała być słodkim dziewczątkiem - przeistoczyła się w opryskliwą, nadętą nastolatkę. A przecież znajdowała się na samym początku tej nastoletniej odysei - miała dopiero dwanaście lat.
Dzień bez konfliktu to dzień stracony - tak można by opisać codzienność rodziny Sucheckich. Powodem do kłótni mogło być wszystko - ojciec nie zapukał, wchodząc do pokoju córki, na śniadanie znowu były płatki zbożowe (a każdy wie, że zawierają cukier i Patrycja ma od tego gorszą cerę), matka kazała zjeść kotlet na obiad (a Patrycja właśnie postanowiła zostać wegetarianką), ktoś odstawił tonik do cery młodzieńczej na niewłaściwą półkę w łazience...
Igor zastanawiał się niekiedy, czy córka ich nienawidzi. Patrzyła z taką pogardą, odzywała się z wyższością w głosie, wszystko ją irytowało... Usiłował sobie przypomnieć, czy sam jako nastolatek postępował podobnie, ale mimo że pochodził z rozbitej rodziny i wychowywał się właściwie bez ojca (który po rozwodzie z matką szybko znalazł sobie nową kobietę), nie zachował we wspomnieniach nawet cienia okresu buntu, przez który teraz przechodziła jego córka.
- Może właśnie dlatego - mówił sobie - że ja przez całe życie tęskniłem za ciepłem rodzinnym, a ona je po prostu ma. Podane na tacy. Nie ceni się czegoś, co się dostaje za darmochę, o co nie trzeba walczyć.
Kiedy próbował podzielić się tą myślą z Moniką, ta się obruszyła.
- Bzdury opowiadasz! - powiedziała ostro. - Co to właściwie znaczy, że miałaby "walczyć"? Miłość rodzicielska jest bezwarunkowa, zwyczajnie się dziecku należy. Właśnie za darmochę.
- Przecież wiem - tłumaczył. - Nie o to mi chodzi. Próbuję tylko znaleźć przyczyny. Dlaczego ona dojrzewa tak jakoś... agresywnie?
Monika wzruszyła ramionami i poszła zająć się młodszym synkiem, który puszczał bańki mydlane nad wanną. Nigdy więcej nie wrócili do tego tematu; nawet jeśli Igor próbował o tym pogadać, żona ucinała rozmowę.
Początkowo nie bardzo wiedzieli, co począć z zaproszeniem do Miłosnej.
- Ale nazwa! - ironizowała Patrycja. - Prawie tak samo głupia jak imię i nazwisko tej ciotki: Bogna Horyniec!
- Co może być głupiego w imieniu i nazwisku? - Igor usiłował zrozumieć sposób rozumowania nastolatki. - Mogą ci się podobać lub nie, ale nie są głupie ani mądre.
- Głupie! - powtórzyła Patrycja, którą wyraźnie bawiła irytacja ojca. - Bogna! Takie wiejskie jak Jagna!
- Kiedyś, zanim powstały pierwsze miasta, wszystko było wiejskie.
Wstał od stołu, rozdrażniony i rozczarowany. Złościł go nie tylko fakt, że córka zmieniła się w denerwującą smarkulę i zachowywała tak, jakby nikt nigdy nie próbował jej wychować; do szału doprowadzał go także absolutny brak reakcji Moniki w takich sytuacjach... Ale najbardziej wściekała go własna bezradność.
Wyszedł na balkon i odetchnął głęboko. Widać morze, pomyślał, powinno się je także czuć. Tymczasem powietrze śmierdziało zwykłymi wielkomiejskimi wyziewami. Igor nie znosił wielkich miast. Byłby przeszczęśliwy, gdyby mieszkał w niewielkim leśnym garnizonie, tak jak jego ojciec. Los rzucił go jednak do Trójmiasta, gdzie wprawdzie życie tętniło kolorami, o jakich nawet się nie śniło mieszkańcom prowincji - ale z drugiej strony na nic nie było czasu.
Przed kilkunastu laty, kiedy dowiedzieli się, że dostaną służbowe mieszkanie w Gdyni - wpadli w szał radości. Obiecywali sobie, że każdy słoneczny weekend będą spędzali na plaży. Igor był wtedy pilotem tuż po promocji, szaleńczo zakochanym w swojej ślicznej żonie. Nie planowali dzieci, w każdym razie nie tak prędko. Monika skończyła studium masażu, dostała pracę w wielkim salonie spa i choć zawsze sądziła, że bardziej interesuje ją rehabilitacja niż masowanie zestresowanych biznesmenów oraz ich żon, prędko odkryła, że przyjemnie jest dobrze zarabiać - a pieniądze za ugniatanie pleców znudzonej życiem małżonki lokalnego krezusa są znacznie większe niż za pomoc choremu człowiekowi. Była ambitna i pomysłowa. Planowała ukończenie kolejnych kursów i nawet zaczęła rozmyślać o otwarciu własnego salonu urody.
Właśnie wtedy, podczas jednego z wiosennych spacerów po pustej plaży, została poczęta Patrycja. Monika na wieść o ciąży nie ukrywała irytacji, ale szybko wytłumaczyła sobie, że przecież i tak planowała macierzyństwo - a że jeszcze nie teraz, to właściwie nic nie szkodzi. Może nawet lepiej, że wcześniej, kiedy jest taka młoda. Łatwiej jej będzie wrócić do szczupłej sylwetki.
Córeczka była śliczna jak obrazek i natychmiast stała się oczkiem w głowie obojga rodziców. Wprawdzie Igor nie mógł się oprzeć wrażeniu, że żona traktowała Patrycję jak żywą lalkę, którą trzeba ładnie ubrać i uczesać, a potem zabrać na spacer, by pochwalić się przed koleżankami, nie przejmował się tym jednak. Uznał, że to nawet dobrze, gdy małżonkowie się uzupełniają. Mama pokazywała dziewczynce, jak się maluje paznokcie, on tłumaczył ruch obiegowy i obrotowy ziemi. Mama stroiła Patrysię i zabierała ją na zakupy - on czytał jej wieczorami Muminki i uczył jeździć na rowerku.
Monika nie zrezygnowała ze swoich marzeń o salonie urody. Powoli, uparcie dążyła do celu. Kolekcjonowała kursy i szkolenia. Wkrótce była już nie tylko masażystką, stała się też manikiurzystką i kosmetyczką. Znajomi kpili, że powinna jeszcze pomyśleć o fryzjerstwie i stomatologii, a Igor nieśmiało ostrzegał, że jak się chce być dobrym we wszystkim, to nie jest się dobrym w niczym.
Ona jednak wiedziała swoje. Sporządziła biznesplan i obmyśliła wszystko ze szczegółami. Zapewne rzeczywiście otworzyłaby ten swój salon urody, gdyby kolejna nieplanowana ciąża nie pokrzyżowała jej planów.
Ku zdumieniu Igora jego żona wynik testu ciążowego przyjęła z radosnym uśmiechem.
- Tak sobie czasem myślałam, że fajnie byłoby mieć dwójkę - oznajmiła. - Ale nie byłam dość odważna, by podjąć decyzję. Wciąż mi się wydawało, że świat oczekuje ode mnie, żebym wreszcie otworzyła ten salon...
- O czym ty mówisz, kochanie? - roześmiał się Igor. - Świat od ciebie oczekuje? Chyba żartujesz! Ja jestem od zarabiania, ty możesz żyć jak pączek w maśle! Nic nie musisz, wszystko możesz! Jeśli zechcesz urodzić jeszcze troje dzieci, co ja mówię, jeszcze pięcioro, to też będzie cudownie! Jeśli chcesz, możesz do końca życia nie pracować, tylko opalać się na balkonie.
Nie zrozumiał, dlaczego uśmiech na twarzy żony zgasł. Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwała. W każdym razie nie wracali więcej do tego tematu. Kiedy urodził się Radek, znów oboje wpadli po uszy w wir rodzicielstwa.
- Teraz macie już wszystkie dzieci świata - powiedziała wtedy mama Igora. - Chłopiec i dziewczynka. Tak właśnie powinno być.
Przez pierwsze dwa lata było cudownie. Igor był zakochany zarówno w córeczce, jak i w synku, Patrycja pomagała opiekować się braciszkiem, Monika zaś najwyraźniej odnajdowała w tym drugim, dojrzalszym macierzyństwie coś, czego nie znalazła za pierwszym razem. Była mądrze wymagająca, ale i wyrozumiała, czuła i cierpliwa. Wyglądała na absolutnie szczęśliwą. Aż do dnia, w którym, spacerując z wózkiem, spotkała dawną koleżankę z pracy. Monika była w legginsach i rozciągniętej bluzce (nieco poplamionej, bo karmiła synka bananem), a tamta - w zgrabnym żakieciku, ołówkowej spódnicy i białej bluzce. Monika dreptała w tenisówkach, tamta lekko kroczyła na niebotycznych szpilkach.
Co takiego jest w kobietach, zastanawiał się później Igor, gdy wieczorem żona z determinacją w głosie oświadczyła mu, że koniec z tym rozmemłaniem, ona zapisuje się na pilates, a w ogóle to wraca do pracy i do dawnych marzeń o własnym salonie. Jeszcze rano była zadowolona ze swojego życia, z tego wewnętrznego wyciszenia, z czasu spędzanego z dziećmi... Tymczasem nadchodzi wieczór i mamy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Gdyby to był facet, dajmy na to podtatusiały gość z brzuszkiem, który spotkałby dawnego kumpla z liceum - umięśnionego, wracającego na przykład z siłowni... cóż, zapewne wystarczyłoby strzelić piwo albo dwa, aby zapomnieć o chwilowym dyskomforcie. A kobieta - nie. Ona musi od razu schudnąć, iść do fryzjera i otworzyć salon urody.
- Co w końcu z tym wyjazdem? - Głos żony wyrwał go z zamyślenia.
Nadal stał na balkonie, mrużąc oczy w lipcowym słońcu. Nie mam pojęcia, co z tym wyjazdem, pomyślał. I tak sama podejmujesz decyzje.
- Chyba możemy jechać - odezwał się.
- Tyle to ja wiem, że możemy. Pytam, czy chcesz.
Igor zastanowił się i ku własnemu zdumieniu odkrył, że chce. Od narodzin Radka wszystkie urlopy spędzał w ten sam sposób: wykonywał drobne remonty w domu, gotował i robił przetwory (w ich rodzinie to w jego rękach skupił się talent kulinarny), a w wolnych chwilach zabierał synka na spacer. Jedynie sporadycznie wychodzili gdzieś razem, całą rodziną, a już na plażę - nigdy. Morze straciło dla nich ten urok, który miało dawniej. Spowszedniało.
- Chcę - odpowiedział wreszcie na pytanie żony. - Jeśli tylko dostanę urlop, to pojedźmy.