ŻEBRACZKA
Aż do późnej wiosny Michał Kalinowski nie wiedział, że ktoś mieszka w starej suszarni lnu przy kalinowskim dworze.
Żebraczka, którą Wacia Potocka znalazła pod krzyżem na rozstajnych drogach, przez kilka pierwszych tygodni nie opuszczała prowizorycznej izdebki. Sztuka medyczna panny Waci okazała się wystarczająca, aby wyciągnąć ją z choroby bez potrzeby wzywania lekarza. Po pewnym czasie Szalona Isia zaczęła powoli i niezbyt pewnie wychodzić na powietrze, kulejąc i kołysząc się na boki. Trzymała się z daleka od ludzi, ale prawdę powiedziawszy pośród mieszkańców Kalinówki niewielu było zainteresowanych, by zawrzeć z nią znajomość.
- Skoro już tu jest, niech tam siedzi, ale nie chcę jej widywać - oznajmił Franciszce niezadowolony mąż, gdy powiedziano mu o przygarnięciu przybłędy.
Warunek ten początkowo łatwo dało się spełnić, bo Szalona Isia jakby rozumiała, że utraci schronienie i regularne posiłki, jeśli oddali się z wyznaczonego jej miejsca. Kiedy z daleka widziała nadchodzącego, wszystko jedno czy mieszkańca dworu, czy kogoś ze służby, natychmiast zawracała i pędem uciekała do swojego pokoiku. Tylko panna Potocka cieszyła się jej zaufaniem, zdobytym dzięki opiece i regularnemu dostarczaniu posiłków.
- Ona przyuczyła się jak pies - parobek Jan szybko wyrobił sobie zdanie. - Panna Wacia tak ją wytresowała, że tylko ręką machnie, a stara wie, co ma robić i schodzi ludziom z oczu.
Panna Potocka oburzyła się na takie prostackie słowa.
- Żebyś gorzej nie trafił! - odparła, grożąc mu palcem. - To przecież nieszczęśliwy człowiek, bliźni, który potrzebuje naszej opieki.
Mieszkańcy Kalinówki z pobłażaniem traktowali nowe fanaberie starej panny, która, jak wiadomo, z natury rzeczy miewa swoje dziwactwa. Wacia Potocka z wielkim oddaniem zajmowała się chorą, izolując ją od innych.
- To moje poświęcenie - tłumaczyła się przed Franciszką. - Moja pokuta ziemska, może w ten sposób oszczędzę sobie trochę czyśćca.
Obecność Szalonej Isi w żaden sposób nie zakłócała funkcjonowania dworu, więc Franciszka z wyrozumiałością podchodziła do postanowienia dawnej pokojowej, wyrażając jedynie nadzieję, że po wykurowaniu żebraczka znajdzie sobie inne miejsce do życia.
- Póki co, gdzie dziesięciu je i jedenasty się naje - mówiła, obserwując jak panna Potocka szykuje koszyk z prowiantem. - Ale jednak nie zawsze to przyjemny widok...
Poleciła Waci trzymać chorą w suszarni, gdy w Kalinówce pojawiali się zaprzyjaźnieni ziemianie i goście, aby widokiem starej żebraczki nie ranić ich oczu.
Taką decyzję podjęła po niedawnej wizycie w Kalinówce jakiegoś znajomego pana Michała, który przypadkowo spotkał Szaloną Isię w kącie podwórza. Kobiecina robiła niemądre miny, chichotała głośno, co wziął do siebie, sądząc, że się z niego naigrywa. Uspokoił się dopiero, gdy mu wyjaśniono sytuację i przeproszono za przykry incydent.
Michał Kalinowski był niezadowolony, że jego gość doznał w Kalinówce despektu i poprosił Franciszkę o jak najszybsze pozbycie się intruza, aby podobna okoliczność więcej się nie powtórzyła.
Szalonej Isi praktycznie nie widywał. Gdy tylko pojawiał się choćby nawet daleko, znikała jeszcze prędzej niż na widok innych osób.
Wacia Potocka zauważyła w zachowaniu podopiecznej pewną prawidłowość. Kiedy Isia zobaczyła jakiegokolwiek mężczyznę, uciekała w te pędy, a jeśli akurat została zaskoczona w miejscu, gdzie drogę miała odciętą, siadała w kucki na ziemi i ramionami ochraniała głowę. Piszczała przy tym i jęczała.
- Boi się - powiedziała panna Potocka do Franciszki. - Jak tylko kogo niespodziewanie zobaczy, ucieka, zwłaszcza przed chłopami. Pewnie miała od nich szkodę, bo inaczej tego nie da się wytłumaczyć.
Kalinowska podzieliła tę opinię.
- Niech tylko Wacia tak wszystko zarządzi, żeby parobcy nie chodzili bez potrzeby pod suszarnię, to nie będzie żadnych kłopotów.
Panna Wacia nadal z wielkim przejęciem doglądała nieszczęśnicy, upewniona przez proboszcza, że takie postępowanie zasługuje na najwyższy szacunek i naśladowanie.
- Ona nic prawie nie kosztuje - tłumaczyła czasem, w obawie, że w końcu ktoś z Kalinowskich zapyta o koszty utrzymania gościa. - Ubrania nosi po mnie, a je tyle, co kura.
Była to prawda, Szalona Isia zadowalała się niewielkimi porcjami byle czego, nie wybrzydzała i nie miała żadnych wymagań. Szczególnie zjadała się chlebem, którego suche kromki gromadziła w sienniku i pod nim. Opiekunka żadną miarą nie mogła jej oduczyć chomikowania starego pieczywa.
- Czego ty się boisz? - pytała niezadowolona, wyciągając spod łóżka zapomnianą, zieloną od pleśni piętkę. - Nie braknie, tyle razy mówiłam.
Mimo wielokrotnego perswadowania szalona Isia nie słuchała poleceń i nadal w jej pościeli znaleźć można było zeschnięte na kamień pajdy. Wacia zrozumiała, że w chorym umyśle kobiety zachowała się pamięć o czasach, gdy cierpiała z głodu.
- Biedna! - wzdychała z litością. - Na pewno nędza dobrze dała się jej we znaki.
Lekarz, któremu wspomniano o manii zbieractwa Szalonej Isi, potwierdził przypuszczenia opiekunki. Takie zachowanie jest w medycynie znane i bardzo powszechne.
- Ludzie, którzy cierpieli głód, są przeczuleni na punkcie gromadzenia zapasów i czynią je w sposób, który może wydawać się przesadny. Istnieją w literaturze medycznej opisy dziesiątków takich przypadków. Dotyczą zresztą także ludzi zupełnie zdrowych na umyśle, a nie tylko mających wyraźne zaburzenia psychiczne.
Przy następnej wizycie doktor Kwaśniewski poproszony o zbadanie Szalonej Isi nie wykazał entuzjazmu, ale i nie odmówił. Schodził już ganku do powozu, który miał go odwieźć do domu.
- Zapłacimy, co się należy - zapewniła Franciszka. - Przepraszam, że fatygujemy, ale tymczasowo ma schronienie pod naszym dachem i przydałoby się sprawdzić, w jakim jest stanie. Bo jak w dobrym, to może powinna trafić w inne miejsce...
Z nieukrywaną dumą opowiedziała o okolicznościach, w jakich obłąkana znalazła się w Kalinówce.
- Wacia zajęła się nią jak miłosierny Samarytanin. Nie patrzyła na brud i smród, za przeproszeniem pana doktora, i jakoś doprowadziła do porządku.
Szalona Isia siedziała na progu przed suszarnią. Trzymała w objęciach wiklinowy koszyk, w którym ciągała ze sobą po podwórzu rozmaite skarby. Kiedyś nosiła je przytroczone do skórzanego paska, a teraz była obwiązana konopnym sznurkiem, więc przedmioty, które uważała za własne lub niezbędne trafiły do kosza. Nigdy się z nim nie rozstawała.
Pani doktor podchodził wolno, podczas gdy panna Potocka kiwała ręką ku żebraczce.
- Nie bój się - przemawiała łagodnym głosem. - To przecież swój.
Isia patrzyła spod łba i uśmiechała się niepewnie. Jej dłonie zacisnęły się na kabłąku koszyka. Wyglądała na gotową do ucieczki.
Kwaśniewski spokojnym gestem wyjął stetoskop, torbę zostawił na pieńku. Uśmiechał się łagodnie i postąpił kilka kroków naprzód.
- Nie ma się czego bać - potwierdził cichym głosem. - Tylko zobaczę, jak z waszym zdrowiem...
Ale Isia nie czekała, aż lekarz podejdzie. Skoczyła w bok i schowała za plecy panny Waci.
- No, jak ty się zachowujesz!? - strofowała panna Potocka, próbując się odwrócić, co się jej nie udało, bo szalona trzymała ją za biodra i obracała się razem z nią, uderzając boleśnie opiekunkę koszykiem. - Przecież mówię, że to tylko pan doktor. Dobry człowiek.
- Nie chcę! - odpowiedziała żebraczka, kuląc się za Wacią.
Kucnęła, kurczowo trzymając się spódnicy opiekunki. Wacia pogłaskała ją po głowie, przemawiając i usiłując przekonać, że nie ma żadnego zagrożenia.
Isia nie wytrzymała, puściła Wacię i koślawo podskakując pobiegła pomiędzy zabudowania.
Doktor pogłaskał się po brodzie.
- Czy to nie ta kobieta, którą widywano nie tak dawno w Zabłudowie?
- Ta sama - potwierdziła panna Potocka. - Nie uleczyli jej doktory z miasta, to co było nam robić? Wypuścić na zatracenie, na pewną śmierć? Toż to czująca istota choć pomylona.
- Przyznam, że jestem zaskoczony. Mówiło się przecież różnych dziwnych sprawach, w które ponoć była wplątana. Policja, jakieś zamieszanie... Nie jest niebezpieczna?
Wacia wzruszyła ramionami.
- Od zimy siedzi u nas. Jest jak ptaszek albo zabiedzony pies. Nie ugryzie ręki, która ją karmi.
Lekarz podniósł torbę i machinalnie włożył do niej słuchawki. Stał przez chwilę patrząc w kierunku budynków, za którymi zniknęła Szalona Isia.
- To niewiarygodne - zauważył po chwili zadumy, ruszając w kierunku powozu. - I trochę ryzykowne. Pan Kalinowski się na to godzi? A co na to pani Franciszka?
Wacia Potocka uśmiechnęła się z dumą.
- To dobry, chrześcijański dom - powiedziała, podnosząc wysoko głowę. - Może Bóg policzy nam wszystkim tę odrobinę miłosierdzia...