PO OBŁAWIE
Lato 1937
Obława w lesie prowadzona przez ludzi leśniczego Kowalewskiego doprowadziła do zatrzymania kilku złodziei drewna. Ku zaskoczeniu zainteresowanych sprawcami kradzieży okazali się mieszkańcy wsi Zajezierce a nie Stankiewicz z synami. Leśniczy odzyskał łup, zabrał wozy z drewnem i kazał je zawieść do Majówki pułkownika Kawelina.
- Tam odbierzecie konie i wozy.
Złodzieje byli z tego niezadowoleni, ale nie pozostawiono im wyboru. Ludzie leśniczego zagarnęli wszystko pod pretekstem, że nie poniosą przecież drewna na plecach. Pułkownik dowiedziawszy się o efektach obławy zatelefonował na komendę policji w Białymstoku i jeszcze tego dnia funkcjonariusz upoważniony do przeprowadzenia śledztwa stawił się w Majówce.
- Już on z nich wyciągnie wszystko, gdzie i kiedy rabowali - stwierdził Kowalewski z satysfakcją.
Rozglądał się za swoim pomocnikiem, ale Franio nie wchodził mu w oczy. Pomylił się co do nazwiska sprawców, choć winowajców schwytano i zleceniodawca był zadowolony z roboty.
- Niechaj zostaną przykładnie ukarani. Może to na innych podziała i przestaną rabować po moich lasach.
Wypłacił leśniczemu nagrodę z przykazaniem, by podzielił się nią z ludźmi, którzy uczestniczyli w obławie. Tym sposobem Franio zarobił osiemdziesiąt złotych.
Młody Kalinowski wyprowadził się z leśniczówki, a pan Mieczysław obiecał, że jeśli tylko zdarzy się podobna okoliczność, natychmiast go powiadomi, a tymczasem ustalili sposób dalszej współpracy. Franio raz w tygodniu będzie się stawiał do dyspozycji leśniczego, by prewencyjnie przeczesywać las i odstraszać ewentualnych następców schwytanych złodziei.
- Pułkownik jest z ciebie bardzo rad - powiedział pan Michał, gdy w Kalinówce omawiano ostatnie efekty pracy Frania. - Tamci dwaj wreszcie dostaną za swoje, a podobno podejrzewano kogo innego. Tego Stankiewicza z Zajmy co ma silnych synów, ale okazało się, że niewinny.
Franio ledwo odpowiadał na ojcowskie pytania, udając, że leśniczy nie wtajemniczał go w swoje przypuszczenia co do tożsamości złodziei.
- Działaliście sprawnie i skutecznie, to bardzo chwalebne. - ocenił pan Michal Kalinowski. - Leśniczy bardzo z ciebie kontent. "Frania zasługa" powiada.
- Gdzie tam moja - mruknął niewyraźnie Franio. - Ja tylko pomagałem.
Był dziwnie osowiały i wcale nie cieszył się z dobrego zakończenia obławy. Nie ujawnił jednak rodzicom powodu złego humoru.
- Zawsze był trochę dziki, to nie nowina - powiedziała Franciszka. - Będzie chciał co sam opowiedzieć, to powie. Inaczej i wołami z niego nie wyciągniesz.
Chłopak nikomu nie wspomniał o znalezionej w lesie wstążce. Trzymał ją w kieszeni kurtki, a czasem w ukryciu wyjmował i oglądał. Plama na wstążce zbrązowiała i zrudziała.
Pilnie nasłuchiwał plotek o ostatnich wydarzeniach, ale nie dotarło do niego, żeby w lesie ktokolwiek został ranny, więc odetchnął z ulgą. Pewnie osoba, którą postrzelił wtedy grubym śrutem, odniosła powierzchowne obrażenia nie zagrażające zdrowiu. Nie ma powodu do niepokoju.
***
Franio Kalinowski przystanął przed sklepikiem w Zabłudowie, w którym sprzedawano wyroby pasmanteryjne.
- Panicz czegoś życzy? - zapytał kupiec.
Stał w progu malutkiego sldepiku, czekał na klientów i nie chciał stracić żadnego, wiadomo, nawet najmniejszy zarobek się liczy. Kłaniał się i gestem ręki wskazywał na swój sklep.
- U mnie towar pierwsza klasa, każdy wie. Najpierwsza klasa.
Franio nigdy nie robił podobnych zakupów i teraz wstydził się przed kupcem, bo nie wiedział, jak ma się zachować.
- Wstążkę chciałem - powiedział.
Kupiec spojrzał z zaciekawieniem.
- A jaką? Mam tu wybór z najlepszych produktów. Niech tylko panicz się rozejrzy.
- Nie wiem - bąknął chłopak.
Kupiec podniósł brwi.
- Dla dziewczyny może? - domyślił się.
- Nie! - Franio gwałtownie zaprzeczył. - Dla siostry. To znaczy dla dwóch sióstr.
- Aaaa, panicz wejdzie, pani się rozejrzy... Ja chętnie pomogę wybrać. Jakiego koloru ma być?
- Niebieska, nie, to znaczy... czerwona.
- Niebieski i czerwona? - upewnił się kupiec. - Panicz dwie chyba siostry ma, to dla każdej taka sama ma być czy inna?
Kalinowski zmarszczył brwi, bo nie wiedział, jak powinien postąpić. Jeśli ma kupić dla Jadzi i Marysi to dla obu najlepiej jednakowe.
- Dwie niebieskie, na dwa warkocze dla każdej - zdecydował. - I jedną czerwoną, też na dwa.
Kupiec znowu się zdziwił.
- To dla jednej siostry dwie będą? Ona starsza pewnie.
- Właśnie - chłopak potaknął bez namysłu. - Jedna jest starsza.
Kupiec zręcznie zmierzył wstążki, odwijając je z drewnianej szpulki, odciął nożyczkami, zapakował w papier.
- Trzydzieści groszy. Za jedną parę.
Franiowi wydało się drogo, ale bez dalszych dyskusji zapłacił żądaną kwotę. Chciał jak najspieszniej opuścić sklepik i wyjść na ulicę. Tu dopiero odetchnął z ulgą.
Gdy wrócił do domu i wręczył wstążki siostrom, wzbudził podarunkiem wielkie zdziwienie. Dziewczynki były zaskoczone i natychmiast pobiegły pochwalić się matce.
- Z jakiej okazji te prezenty? - zdumiała się Franciszka.
- A tak, bez okazji - burknął Franio. - Zarobiłem przecież.
- O, jak ładnie, że pomyślałeś o siostrach - ucieszyła się matka. - Sobie też coś kupiłeś?
- Jeszcze nie.
***
Dwa dni później Frania Kalinowskiego posłano po naftę do Zabłudowa. Wychodził właśnie z pięciolitrową bańką ze sklepiku, gdy spostrzegł rudą Julkę Stankiewicz. Wrzucił bagaż do bryczki i pospieszył za dziewczyną. Chciał z nią koniecznie pogadać, dotąd nie trafiła się okazja, a nie pasowało mu specjalnie jechać do Zajmy.
W sklepie żelaznym Silbersteina Julka Stankiewicz kupowała hufnale do podków. Oglądała je uważnie, podnosząc każdy pod światło.
- A panienka co tak ogląda i deliberuje? - niepokoił się kupiec. - U mnie towar najprzyd... najprzed... najlepszy.
- Właśnie patrzę, czy najlepszy - mruknęła, wpatrując się w kolejny gwóźdź.
Miała na sobie chustę z szarej wełny, spod której wystawał gors białej bluzki, bryczesy i wysokie buty. Rude włosy zebrane nad karkiem były spięte długą stalową szpilką.
Oglądała towar, niektóre gwoździe odrzucając jako nieprzydatne.
- A czemu to panienka tak wybrzydza? - zmarszczył się kupiec.
Stankiewiczówna nie podnosząc wzroku szybko sortowała hufnale.
- Sama podkuwam, to wiem, które są co warte - zauważyła.
Żyd zdziwił się na takie oświadczenie, ale już zobaczył nowego gościa i zachęcająco giął się w jego kierunku.
- Uszanowanie paniczowi.
- Dzień dobry, Silberstein - mruknął Franio, a w kierunku znajomej klientki skłonił się zdawkowo.
Dziewczyna zerknęła spod oka, ale widząc Kalinowskiego szybko odwróciła się, rezygnując z przeglądania kolejnych hufnali.
- Tych już wystarczy - powiedziała, dając gestem znak, że bierze towar.
Położyła na ladzie pięciozłotowy banknot. Franio zbliżył się i przystanął obok niej tak blisko, że poczuł zapach jej włosów - ziołowy czy kwiatowy. Przyjemny... - pomyślał.
- Dzień dobry, Julka.
Burknęła coś w odpowiedzi, pospiesznie wzięła resztę i zawróciła szybko do drzwi.
- Zaczekaj! - zawołał za nią.
Dogonił ją dopiero na ulicy.
- Czemu uciekasz? - spytał.
- Ja? - wzruszyła ramionami.
- Nie pędź tak, poczekaj...
- Na co?
Szła szybko naprzód, on tuż obok, ledwo nadążając, bo prawie biegła. Na skraju rynku znajdował się umocowany pół metra nad ziemią długi drąg, do którego wiązano konie, pojedyncze i zaprzężone przy wozach. Stał tu także wierzchowiec Stankiewiczówny.
Franio przyspieszył i dzięki temu w ostatniej chwili znalazł się między dziewczyną a jej koniem.
- Zaczekaj - poprosił. - Przecież musimy pogadać.
- Niby o czym?
- O lesie - Franio uśmiechnął się z poczuciem przewagi. - I o jednej takiej pannie, która zostawiła coś na krzaku.
Stankiewiczówna wzruszyła ramionami, jej wyraz twarzy wskazywał, że nie ma ochoty na rozmowę.
- Znalazłem twoją wstążkę - powiedzial Kalinowski, dotykając kieszeni na piersi.
Popatrzyła nieprzyjaźnie.
- Mnie żadnej nie brakuje - oświadczyła. - Coś ci się pomyliło.
- Przecież widziałem, jak wtedy rąbałaś drewno i wiem, że to twoja.
Wyjął wstążkę z kieszeni, ale dziewczyna nie wykazała zainteresowania.
- To nie moja.
- Skąd wiesz, skoro nawet nie popatrzyłaś.
- Widziałam. Po za tym mnie tam nie było, to i wstążka nie moja!
Chłopak rozejrzał się bezradnie. Julka nie zamierzała się przyznać, że to ją tropił w lesie i prawdopodobnie postrzelił. Mogła mieć żal, chciał się wytłumaczyć.
- Nie chciałem strzelić - gorączkowo próbował się usprawiedliwiać. - Skąd mogłem wiedzieć, że tam siedzisz? Jakbyś krzyknęła, to na pewno bym nie...
Wzruszyła ramionami. Odrzuciła kosmyk włosów, który zsunął się jej na czoło i spojrzała zimno.
- Nie wiem, o czym mówisz - stwierdziła dobitnie, odwiązując konia. - A teraz muszę iść. Do widzenia.
Ale Franio nie dał się łatwo odpędzić. Nie zastanawiając się chwycił jej lewą rękę. Przy przegubie zobaczył świeże zadrapanie. A nawet coś więcej. Wprawne oko Kalinowskiego dostrzegło pod skórą czarną wypukłość.
- To przecież śrut - powiedział. - Mój?
- Nie pozwalaj sobie! - szarpnęła się.
Puścił ją, ale nie przeprosił. Założył kciuki za pasek spodni. Tuś mi, rudy ptaszku - pomyślał z radością.
- Kiedy się spróbujemy? - spytał prowokująco. - No, wiesz, na rękę.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.