MINĄŁ ROK
1931
Przeszedł miesiąc i drugi, a noga Ewy Dobruckiej, teraz Tomaszukowej, nie postała w obejściu, w którym miała być panią i gospodynią. Najpierw siedziała w domu rodziców i wcale nie się nie pokazywała, jakby w obawie, że Melchior Tomaszuk ją znajdzie i siłą zaprowadzi pod swój dach. Potem zaczęła ostrożnie wychodzić, wreszcie jeździć jak kiedyś do sklepu czy do miasta. Ludzie pytali ją czasem, co myśli dalej robić, jak żyć. Ona tylko wzruszała ramionami i nigdy nie odpowiadała na podobne pytania, wszystko jedno, kto je zadawał. Patrzyła pustym wzrokiem i niczego nie wyjaśniała. Milczała.
Młody Tomaszuk próbował namówić ją do powrotu. Początkowo honor nie pozwalał mu chodzić za nią i prosić. Uważał, że sama wróci, bo w rodzinie tak musi być, że żona ma miejsce przy mężu. Potem porzucił ambicję i usiłował przemówić jej do rozsądku. Ale nic to nie dawało. Nie wiadomo, o czym mówili, kiedy się czasem spotykali poza ludzkimi oczami. Ewa wprawdzie bardzo starała się, żeby takie spotkania zawsze odbywały się przy świadkach, ale kilka razy Tomaszuk sprytnie zaskoczył żonę a to we wsi, a to w Michałowie. Jemu też Ewa nie odpowiedziała żadnym słowem. On pyta, a ona głową kręci. Oczami tylko zdaje się mówić: nie wrócę, prosić nie ma po co.
I nie wróciła. W kilka miesięcy później ksiądz Marian Sienkiewicz próbował ich pogodzić, kiedy chodził po kolędzie. Cała wieś czekała, co z tego wyniknie, bo wiadomo, że komu jak komu, ale kapłanowi to chyba żadne z nich nie odmówi. Ale mediacje duchownego nic nie dały. Proboszcz najpierw odwiedził Melchiora, potem udał się do Ewy. U Tomaszuka niczego nie obiecywał, choć Melchior wraz z ojcem bardzo go upraszali o pomoc, a nawet wręczyli grubo wypchaną kopertę i obiecali zapłacić za blachę na kościelny dach.
Ksiądz starał się unikać konkretnych zobowiązań. Pokiwał tylko głową i potwierdził, że przysięga przed Bogiem jest święta, a żona winna mężowi posłuszeństwo oraz wspólnotę łoża i stołu. Co dostał, to wziął i poszedł dalej w obchód.
Kiedy przyszedł do tych Dobruckich, ci wiedzieli oczywiście, o czym przede wszystkim mowa będzie. Prosili siadać, też kopertę mieli uszykowaną. Proboszcz był w nie lada kłopocie. Przed tą kolędą długo się zastanawiał, co i jak powiedzieć, nawet spisał sobie w punktach poszczególne argumenty. I jak przyszło do rozmowy, to porosił, żeby mógł sam tylko z Ewą zostać, prawie jak przy spowiedzi. Długo z nią gadał, ale jak skończył, to wcale nie był radosny, tylko zmarszczony i smutny. Bo nie przekonał żony, żeby do męża wróciła, choć opowiadał jej o obowiązkach, o przysiędze małżeńskiej i o wszystkim, co mu tylko przyszło do głowy i co miał zapisane na kartce.
Ewa nie wróciła do Melchiora ani w następnym tygodniu, ani w następnym roku. Po jakimś czasie ludzie powoli zaczęli się przyzwyczajać i nikogo już nie dziwiło, że jest we wsi takie małżeństwo, co trwało tylko kilka godzin, krócej nawet niż wesele.
Po miesiącach, jak Melchior Tomaszuk spotykał się z Ewą, wedle sakramentu swoją żoną, to nawet już że sobą nie rozmawiali. Ani on jej nie namawiał, żeby wróciła, ani ona nie odmawiała powrotu.
Stary Tomaszuk nie mógł znieść myśli, że zupełnie obca osoba ma prawo do części jego majątku i wielokrotnie naciskał na syna, aby ten wreszcie coś postanowił.
- Albo ją przyprowadź do domu i z nią tu żyj, albo ją wygoń - mówił z gniewem. - Jeszcze jej kto zrobi dziecko i bękart będzie na naszym majątku chciał siedzieć.
Melchior Tomaszuk długo nie mógł się zdecydować, co powinien zrobić.
- Będzie jak Bóg da - oświadczył ojcu. Ale stary Tomaszuk kręcił głową.
- To już lepiej rozwód kościelny wziąć. Choćbyśmy mieli większość koni sprzedać.
***
Jesienią 1931 roku Józik Kalinowski pojechał do Wilna, by na Uniwersytecie Stefana Batorego kształcić się na nauczyciela.
W ramach wsparcia syna pan Michał zaproponował przesyłanie niewielkiej kwoty w każdym miesiącu, jednak zbyt małej, aby starczyło na wszystkie potrzeby.
- Dam sobie radę - zapewniał zuchowato Józik, gdy w domu zastanawiano się nad sposobami sfinansowania jego studiów. - Będę udzielał korepetycji, a po wykładach znajdę sobie jeszcze jakieś dodatkowe zajęcie.
Rozważano także wariant, żeby chłopak poszukał pracy już teraz, ale traktowano to jako ostateczność. Józik przecież od dziecka chciał być nauczycielem, każdy znał to jego marzenie i nikt nie wyobrażał sobie, żeby miało być inaczej.
Ostatecznie ojciec wyraził zgodę.
- Niech spróbuje.
Franciszka odetchnęła z ulgą. Jej przekonanie, że los człowieka jest wytyczony przez Opatrzność i powinien się dopełnić, nie uległo zachwianiu. Skoro Józikowi przepowiedziano, że będzie prowadził życie wędrownika, nie należy w tym przeszkadzać.
Żałowała, że nie zna przyszłości innych swoich dzieci, ani męża, ani swojej własnej. Jedynie o małej Jadzi miała równie silne przekonanie jak o Józiku - to przy niej miały upłynąć jej ostatnie lata. Na razie Jadzia była małym dzieckiem, więc do spełnienia przepowiedni pozostawało jeszcze wiele czasu. Franciszka przyglądała się najmłodszej córce z niedowierzaniem i zastanawiała się, na ile mogą być prawdziwe usłyszane przed jej urodzeniem wróżby. Przy tej małej, wesołej Jadzi miałaby czekać na kres życia? Kiedy to będzie? Gdzie to będzie? To Jadzia zostanie w Kalinówce?