SAD W ZŁOTNIKACH
Krótki intensywny deszcz zaskoczył ich zaraz po wyjeździe z miasta i starszy aspirant Tomasiewicz przemókł do suchej nitki, kierowca przez kilka minut bezskutecznie usiłował podnieść składany dach służbowego auta. Zrezygnował dopiero na wyraźny rozkaz oficera.
- Zostaw to! Jedźmy wreszcie!
Deszcz ustał, zanim dotarli na miejsce, pokazało się słońce i powietrze wypełniło się ciężkim zapachem wilgotnej bujnej roślinności.
Tomasiewicz jednak tak bardzo się spieszył i tak był przejęty, że nie zwracał uwagi ani na pogodę, ani na to, że wysiadając z samochodu głęboko wdepnął w kałużę. Przed dworem w Złotnikach powstało ich kilka, ale w tej sytuacji nie warto było omijać następne.
Michał Kalinowski stał na skraju ogrodu i dawał znaki niecierpliwym wymachiwaniem ramion. Miał na sobie płaszcz i kapelusz o szerokim rondzie, krople wody jeszcze z niego kapały.
- Tutaj, tutaj!
Wykop przezornie nakryto kawałkiem brezentu, więc po odsunięciu płachty policjant zobaczył prawie suche wnętrze.
Leżeli tam, dokładnie tak jak opowiadał świadek zbrodni - dwaj ludzie pochowani pospiesznie, niczym nie osłonięci, prawdopodobnie z pośpiechu rzuceni byle jak do prowizorycznego grobu, trzy kroki od miejsca, gdzie niedawno policyjna ekipa szukała ciał, a znalazła skrzynię.
Słońce stało wysoko, owocowe krzewy rosły dopiero o kilka kroków, więc wnętrze wykopu było wyraźnie widoczne.
- Dwóch - powiedział Kalinowski. - Najwyraźniej dwóch, ale nie wiemy, czy nie ma ich tu więcej.
- Gdzie gospodarz?
- Uspokaja żonę. Dostała histerii.
- A pan kim jest?
- Sąsiadem. Nazywam się Michał Kalinowski.
- Tomasiewicz - policjant nie zdradził nawet mrugnięciem oka, że nazwisko rozmówcy nie jest mu obce. - Starszy aspirant.
- Miło poznać - rzucił pan Michał. - Choć okoliczności nie wskazują...
Też był zdenerwowany i poruszony. Zobaczył, że Tomasiewicz rozgląda się wokół, patrzy po licznych śladach świeżej ziemi w różnych miejscach trawnika i od razu zaczął tłumaczyć przyjaciela.
- Andrej chciał sprawdzić, czy nie ma tu innych skrzyń i oto co znalazł...
Aspirant kucnął na brzegu wykopu i przez chwilę przyglądał się kłębowisku na dole. Nie był to przyjemny widok, ale on patrzył na to z zupełnie innego punktu widzenia - znalazł wreszcie dowód, którego szukał.
Tomasiewicz wstał, odruchowo usiłował poprawić pogniecione i upaprane ziemią i gliną ubranie.
Od dworu nadchodził Andrej Horoszko w płaszczem narzuconym na ramiona i butelką w ręku.
- Dobrze, że pan tak szybko przyjechał! - zawołał na widok policjanta.
Przejęty okolicznościami przyspieszył kroku. Przedmiot, który trzymał w rękach, okazał się małą butelką w skórzanym futerale. Kilka blaszanych kieliszków w specjalnej kieszonce stanowiło komplet myśliwski.
- Z Klarą już w porządku - rzucił do Kalinowskiego. - To ona kazała mi zabrać ten sprzęt. Zobaczyła przez okno, że pan aspirant jest zupełnie przemoczony...
Ręce mu drżały, gdy otwierał butelkę, wyjmował kieliszek i napełniał go alkoholem.
- Lekarstwo - oznajmił, podając policjantowi.
Tomasiewicz zawahał się, ale przyjął poczęstunek. Wreszcie miał konkretny ślad, teraz nie mógł w żadnym wypadku zachorować. W żadnym wypadku.
Wypił jednym haustem i strzepnął naczyniem, zanim je zwrócił.
- Uprzedzałem, że można tu znaleźć coś, co się państwu nie spodoba - przypomniał.
Obszedł wykop wokoło, zaglądając do środka i sprawdzając ślady na zewnątrz.
- Dobra - powiedział. - Reszta to już nasza sprawa.
Wezwał policjanta, kazał mu zaciągnąć brezent nad dołem i zostać na straży.
- Nikomu nie wolno się zbliżać - rozkazał. - Rozumiesz? Dokładnie nikomu!
- Tak jest.
- Nawet panom, których tu widzisz - uzupełnił aspirant. - Od tej chwili jest to wyłącznie sprawa policji. Wkrótce zjawią się lekarz, technik kryminalny i wezmą się do swojej roboty.
Funkcjonariusz wyprostował się, jakby mu kazano stać na baczność, a aspirant gestem poprosił obecnych, by odsunęli się o kilkanaście kroków.
- Może wejdziemy do domu? - zaproponował Horoszko, ale Tomasiewicz pokręcił głową przecząco.
- Dziękuję, ale nie ma na to czasu. Teraz muszę wezwać ekipę, bo jeśli znowu zacznie padać, może zmyć wszystkie ślady...
- Ślady? - wzruszył ramionami Kalinowski. - To przecież stara mogiła. Ma z dziesięć albo i dwanaście lat.
Tomasiewicz drgnął zaskoczony.
- Tak? Dziesięć? Dwanaście? - powtórzył z namysłem. - Skąd pan to wie tak dokładnie, panie Kalinowski?
Pan Michał wzruszył ramionami.
- Tak mi się widzi... Lekarz powie to panu dokładniej, ja mogę tylko zgadywać.
- Ciekawe, jak to pan robi? - policjant przenikliwie spojrzał na Kalinowskiego. - Że akurat tyle, nawet ja bym nie poznał tak od razu, mimo lat doświadczeń.
Uśmiechnął się przyjaźnie.
- Zostanie pan trochę? Może będę miał pytanie także do pana. W takich sprawach liczy się każda pomoc...
Pan Michał skinął głową.
- Miałem jechać do siebie, ale skoro tak pan stawia sprawę...
- Zostań - poprosił Horoszko. - Będzie mi raźniej. Poślemy kogoś do Kalinówki.
Czuł się niezręcznie wobec policjanta za ich ostatnie rozmowy po znalezieniu skrzyni. Teraz dowiedział się, czego wówczas szukał aspirant.
- Nie mam nic przeciw temu, by pan zabrał takie "znalezisko" - oświadczył z bladym uśmiechem. - I to im prędzej, tym lepiej.
Tomasiewicz nie odpowiedział uśmiechem, bo naturalnie także bardzo dobrze pamiętał ich poprzednie spotkanie i kłótnie o skarb.
- Muszę zawiadomić ekipę techniczną - odezwał się z zafrasowaną miną. - Gdzie tu jest telefon?
- W Zabłudowie - podrzucił pan Michał. - Choćby w aptece.
- Dobra - skinął Tomasiewicz. - Proszę panów o pozostanie na miejscu. Odbiorę zeznania zaraz po powrocie.
- Ode mnie też? - podniósł brwi pan Michał. - Ja przyjechałem już pod odkopaniu tych...
- Przepraszam, ale szczegóły są ważne - uśmiechnął się Tomasiewicz półgębkiem. - To przecież mało znana, niejasna sprawa, więc sam pan rozumie...
Andrej Horoszko przyjął wyjaśnienia policjanta z nieukrywanym zaskoczeniem.
- Mało znana? - powtórzył. - Przecież pan od początku wiedział, czego szuka.
Tomasiewicz nawet nie mrugnął okiem.
- Tylko przypuszczałem - poprawił. - To zupełnie nie to samo, co wiedzieć albo choćby jedynie podejrzewać.
Skinął policjantowi, chcąc mu przypomnieć wydany poprzednio rozkaz.
- Nikogo nie dopuszczać, pamiętaj!
***
Aspirant Tomasiewicz znalazł telefon w aptece Kamińskiego przy rynku w Zabłudowie.
- Proszę o połączenie z panem komendantem - powiedział do słuchawki. - Sprawa najwyższej wagi.
Łączność uzyskał po kilku minutach.
- Melduję, panie komendancie, że potwierdza się wszystko, o czym raportowałem w ostatnich meldunkach. Odnalazłem ciała zgodnie z doniesieniem Józefa Kurpika zakopane na terenie ogrodu dworu w Złotnikach. Wezwałem ekipę techniczną do przeprowadzenia badań na miejscu, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że mam to, za czym się uganiałem.
- Doprawdy? - spytał komendant Sobociński. - Masz pan jakieś potwierdzenie tej teorii?
- Byłem właśnie przy wykopie, w którym leżą ciała. W miejscu, wskazanym przez naszego informatora. Nie odkryłem ich poprzednio dlatego, bo albo Kurpik źle podał odległość, albo ja źle ją odmierzyłem.
- Pan to źle wymierzyłeś - stwierdził z przyganą Sobociński. - Co dalej?
- Ofiary to najprawdopodobniej dwaj mężczyźni, zabici podobno na tle rabunkowym. Podejrzani - Justyna Nowacka, była właścicielka Złotnik i Michał Kalinowski, dziedzic Kalinówki. Czy pan komendant da rozkaz, abym prowadził dochodzenie w tej sprawie?
- Zezwalam - zdecydował natychmiast Sobociński. - Sam udzielę wskazówek ekipie technicznej, żeby nie było fuszerki. Wiesz pan, gdzie znajdują się podejrzani?
- Nowacka podobno wyjechała z Polski, ale z posterunków nie potwierdzono, by ktoś taki przekraczał granicę. Kalinowskiego mam, że tak powiem, pod ręką i natychmiast go przesłucham.
- Niech pan to prowadzi - powtórzył Sobociński. - Skoro mamy ciała, może wreszcie dojdziemy do jakiegoś wyjaśnienia tych dziwacznych wydarzeń. Tylko działaj pan z głową, nie wystrasz podejrzanych, nie zadeptaj śladów. Nie bądź pan jak słoń w składzie porcelany. Czy to jasne?
- Tak, panie komendancie. Chodzi mi jeszcze o naszego informatora. Jak pan komendant pamięta, pogoniłem go, a teraz bardzo by się nam przydał. Czy pan komendant mógłby spowodować, aby go odszukano i sprowadzono na komendę? Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu... Przepraszam, panie komendancie, czy pan mnie słyszy? Halo? Panie komendancie! Halo!
Połączenie zostało przerwane, w słuchawce zaległa głucha cisza. Tomasiewicz bezskutecznie naciskał widełki, odpowiadał mu tylko suchy trzask. Awaria.
- A niech to wszyscy diabli!
Nie był pewny, czy udało mu się przekazać wszystkie niezbędne informacje.