PASER
Lato 1928
Kurpik z Nowosadów samotnie siedział przy stoliku w gospodzie Joska przy rynku w Zabłudowie i pił czystą wódkę. Małymi kieliszkami, zagryzając śledzikiem z cebulką w occie i oleju.
W gospodzie było pustawo, dzień się dopiero zaczynał. W pomieszczeniu znajdowało się oprócz niego tylko dwóch gości, siedzieli w drugim kącie sali i deliberowali nad małą butelczyną. Zerkali zazdrośnie na Kurpika, łakomie patrząc na jego kurtkę z dobrego sukna, skórzane wysokie buty, gruby łańcuszek od zegarka wystający z kieszeni kamizelki.
- Ten to ma szczęście - powiedział chłop o bujnej kędzierzawej czuprynie.
- Dorobił się jak mało który. Niby dziedzic jaki się nosi - łysy kompan kudłatego otarł dłonią usta.
Pochodzili z sąsiedniej wioski, zastanawiali się, w jaki sposób sprowokować Kurpika, żeby ich zaprosił do stolika. Wiedzieli, że stać go na ugoszczenie, choć skąpy był jak żaden w okolicy. Ale co szkodzi spróbować. Przed gospodą stała jego bryczka, zaprzężona w mocnego konia kupionego niedawno na targu w Michałowie, podobno za wielkie pieniądze.
Łysy podniósł pełny kieliszek, wskazując, że pije za zdrowie Kurpika. Ten zauważył gest i odpowiedział podobnym, ale nie zaprosił ich do towarzystwa.
Skończyli swoją flaszkę, podnieśli się głośno stukając zydlami, a wychodząc zwlekali, bo liczyli, że może jeszcze się namyśli. Kurpik jakby ich nie widział. Nalał sobie piąty kieliszek. Josek Apfelbaum z nieodłącznym ręcznikiem w dłoniach podszedł, żeby sprawdzić, czy gość nie życzy sobie czegoś jeszcze.
- Interes mam - powiedział Kurpik. - Jak zwykle.
Josek wyjrzał się za drzwi, ale nie zobaczył nikogo w pobliżu gospody.
- Jak zwykle? - powtórzył patrząc na przedmiot, który Kurpik położył na stole. - Oj, to chyba więcej niż jak zwykle.
Ujął w dłoń dużą, ciężką broszkę wysadzaną błyszczącymi rubinowymi kamieniami.
- Z tego samego miejsca? - spytał odruchowo, choć dobrze wiedział, jaką odpowiedź usłyszy.
- Tak - odparł Kurpik. - Z lasu.
Te rozmowy powtarzały się co jakiś czas. Kurpik przynosił drogocenne przedmioty, Josek wyceniał, kupował, potem sprzedawał z zyskiem. Karczmarz doskonale wiedział, że były to kosztowności podejrzanego pochodzenia, więcej - z pewnością Kurpik nie wszedł legalnie w ich posiadanie.
- Znalazłem w lesie - mówił chłop.
Josek kiwał głową. Podejrzewał, że kosztowności zostały zakopane kiedyś przez wojennych uchodźców. W jaki sposob trafił na nie Kurpik, nie wiadomo, ale to nie miało większego znaczenia. Przynosił, Josek kupował, a potem sprzedawał i zwykle obaj byli zadowoleni. Zakupu dokonywał oczywiście znacznie poniżej wartości, bo zarobić musiał jeszcze ten ktoś, kto nabywał od niego, także nie zawsze dla siebie.
Broszka była piękna. Wyglądała na starą i wydawała się bardzo kosztowna. Apfelbaum oglądał ją dokładnie, z niepokojem zerkając ku drzwiom i oknom, czy nikt go nie obserwuje.
- Sześćset złotych mogę dać - powiedział wreszcie.
Kurpik skrzywił się i pokręcił głową.
- Mało. To czyste złoto, a i kamienie mają swoją wartość.
Josek nie zamierzał uświadamiać sprzedającego w kwestii rzeczywistej wartości kamieni i wyjątkowości klejnotu. Nie miał przecież pewności, czy kosztowności nie pochodzą z rabunku i któregoś dnia nie zapuka do jego domu policja.
- Nie mam pojęcia, ile to warte - wyjaśnił. - Sześćset to jest kwota, jaka mogę zapłacić. Od ręki.
- Sprzedam za sześćset - oznajmił Kurpik. - Ale dolarów.
- Aj! - zaśmiał się Żyd. - To będzie więcej jak trzy i pół tysiąca złotych!
- Tanio - wychylił kieliszek Kurpik. - Potrzebuję gotówki, bo chciałem kupić prezent dla córki.
- Prezent? - zdumiał się Apfelbaum. - Nie byle jaki musi chyba być. No dobrze, dam tysiąc dwieście złotych, czyli w dolarach to będzie dwieście. Przepłacę trochę, ale wam, jako stałemu klientowi...
Kurpik zaśmiał się, nalał sobie nowy kieliszek.
- Zawsze mnie oszukujesz, Josek - oznajmił. - Żywisz się moją krwawicą po prostu. Ale teraz to już koniec. Albo dostanę trzy tysiące albo pójdę do kogo innego.
- Jak dać trzy tysiące za coś, co sprzedam najwyżej za półtora? - podniósł cenę Josek. - Przecież i ja muszę zarobić.
- Wystarczy dla ciebie - wzruszył ramionami Kurpik. - Ostatnie słowo, bo muszę już iść.
Dopił alkohol, odstawił kieliszek. Josek stał niezdecydowany. Te grę uprawiali od dawna - jeden chciał podwyższyć cenę, drugi obniżyć. Zawsze się w końcu godzili i to nawet dość szybko. Tak było i tym razem.
- Niech Kurpik zaczeka jeszcze - Apfelbaum skierował się na zaplecze gospody.
Gdy wrócił, przyniósł pod brudnawym fartuchem gruby plik banknotów.
- Tysiąc osiemset - powiedział. - Najostatniejsze słowo. Więcej nie mam ani kopiejki.
Kurpik przyjął pieniądze bez liczenia. Zawsze wolał takie, w niewielkich nominałach. Sprawnie podzielił stos na kilka części i porozkładał po kieszeniach. Wstał i wskazał swój kieliszek.
- Rachunku za to chyba nie będzie...
Żyd ukłonił się z uśmiechem.
- Niechaj na zdrowie pójdzie Kurpikowi. Na zdrowie.
***
Bryczka Kurpika była bardzo porządna, a dla właściciela stanowiła dowód świadczący, że osiągnął odpowiednią pozycję społeczną. Siedząc na koźle patrzył na świat z wysokości, z której inni wydawali się mali i nieważni. Gdy jechał, mógł nie zauważać kogo nie chciał widzieć, okazywać lekceważenie lub pogardę. Odpowiadał na ukłony chłopów, ale tylko niektórych, bo większość traktował jak powietrze. Kiedy brał do ręki bat i wołał: wiooo! - stawał się od razu kim innym. Kimś, kim zawsze chciał być i kim już prawie był: zamożnym gospodarzem, z którego zdaniem liczy się cała okolica. Prawie dorównywał Kalinowskiemu i jemu podobnym. W obecności dziedzica Kalinówki nie okazywał aż tyle pewności siebie, ile jej miał wobec sąsiadów ze wsi, ale usilnie pracował, aby i do takiego poziomu dociągnąć.
Zamożność jego gospodarstwa, przed laty jednego z najbiedniejszych w Nowosadach, była widoczna gołym okiem dla każdego, kto przejeżdżał przez wieś.
- Sobie to tylko zawdzięczam - mruczał Kurpik pod nosem i wiedział, co mówi.
Sąsiedzi tkwili w przekonaniu, że na powodzenie dawnego zagrodnika złożyło się wiele szczęśliwych okoliczności, ale tylko on jeden wiedział, jak było naprawdę. Owszem, dzięki pracy w Złotnikach nie umarł z głodu, nawet trochę odłożył. Prawda, wydanie córki za pana Jasińskiego z Zagrudzia to sprytne posunięcie. Najważniejszy jednak był ten amerykański spadek, o którym dziwy opowiadano po wioskach.
- Musiało tego bardzo dużo być - mówiono. - Podobno sam dyrektor banku zdejmuje czapkę, jak Kurpika widzi.
Kurpik regularnie otrzymywał nowe pieniądze, jego gospodarstwo rosło, najmował ludzi do roboty, płacił hojnie i po pańsku, a że robili porządnie, to i zyski z upraw były coraz wyższe.
O tym, że amerykański spadek jest tylko zasłoną dymną, nie wiedział nikt. Kurpik czerpał ze skrzyni, którą kiedyś zakopał w sobie tylko znanym miejscu. Znalazły się w niej drogocenne przedmioty pochodzące z dworu w Złotnikach. Właścicielka dworu, pani Nowacka i jej pełnomocnik, adwokat Wizner, byli przekonani, że rozmaite liczne dobra zostały zrabowane przez bolszewików w roku 1920, a ślad po kosztownościach, klejnotach, srebrnej zastawie, bibelotach i rozmaitych bezcennych pamiątkach zaginął bezpowrotnie. Tymczasem Kurpik odsprzedawał je Joskowi z gospody w Zabłudowie, finansując swoje nowe życie.
Żona czasem pytała, jak to właściwie jest z tym spadkiem. Ile dostał, po kim, a przede wszystkim - ile zostało.
- Tyle już kupiliśmy dobra, aż się boję, czy jeszcze na co starczy - zauważyła któregoś dnia. - Dziewczyny trzeba by za mąż szykować...
- Nie pójdą za biedaków - burknął w odpowiedzi. - Każdej kawałek ziemi dam, ale o resztę same muszą się zatroszczyć. Mnie musi na starość zostać.
- Tobie? - skrzywiła się kobieta. - Tak mówisz, jakbyś sam jeden na świecie był. Zapomniałeś, że i ja jestem tutaj? Mnie też chyba coś się należy za tyle lat pracy i starania?
Kurpik wzruszył tylko ramionami.
- Masz chyba dość wszystkiego - zauważył. - A co do spadku, to na mnie zapisany, nie na ciebie.