KOBIECE ZACHCIANKI
Luty 1918
Ochęci odwiedzenia Justyny Nowackiej w Złotnikach pani Katarzyna Kalinowska wspomniała kilkakrotnie.
- To biedna kobieta, która nie ma nikogo bliskiego. Nie weźmiesz mi chyba za złe, jeśli odwiedzę ją z dobrymi życzeniami na nowy rok.
Pan Michał wzruszył ramionami.
- Już o tym rozmawialiśmy - przypomniał. - Nie wybieram się tam ani teraz, ani kiedykolwiek. Mamie też odradzam, ale oczywiście mama może robić, co zechce.
- Zupełnie nie wiem, skąd w tobie tyle niechęci do tej biednej Justysi! - mruknęła starsza pani. - Spodziewałabym się odrobiny współczucia, nie takiej zimnej obojętności.
Kalinowski próbował jednak wpłynąć na matkę, by zrezygnowała z odwiedzin w Złotnikach.
- Ona zachowuje się dziwacznie. Przesadza z tą żałobą, mam wrażenie, że jej żal jest na pokaz. Wszystkie te pomysły, czarne konie, czarne sanie, to zakrawa na pokazywanie, że cierpi więcej niż inni. To nie jest, proszę mamy, ekstrawagancja, to prędzej choroba.
Wszyscy w okolicy znali czarne sanie pani Nowackiej. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia zamiast jak inni jechać do kościoła, demonstracyjnie udała się na grób ojca. Jacek Nowacki spoczywał na zabłudowskim cmentarzu, w grobie wysoko obłożonym wieńcami, które w każdy poniedziałek dostarczała i dokładała panna Czajkowska ze sklepu Szulmana.
- Kochała ojca, wiedzą to wszyscy - zwróciła uwagę pani Katarzyna. - A że afiszuje się z żałobą? No cóż, stać ją. Mogłaby przeznaczyć fortunę na płoche rozrywki, wydaje ją na pamięć po panu Jacku. Tak postępuje wzorowa córka...
Pan Michał zagryzał wargi i zwykle ustępował w dyskusjach na temat Justyny. Milczał zgodnie z umową, jaką zawarło kilku mężczyzn znających przyczyny zachowania, a w konsekwencji samobójczej śmierci Jacka Nowackiego. Ujawnienie powodów jego tragicznego czynu mogłoby narazić na poważny uszczerbek inne osoby. Chodziło o Haneczkę Skórnicką i jej ojca, o czym starsza pani nie miała pojęcia.
Według starszej pani żałoba Justyny była prawdziwa, a jej ojciec nie zasłużył sobie na zapomnienie.
- Bywał w naszym domu, chwilami mieliśmy go za przyjaciela - zauważyła.
- Dobrze mama powiedziała: chwilami - zgodził się Kalinowski i szybko pod jakimś pretekstem zakończył rozmowę.
Pani Katarzyna nie pojechała jednak w odwiedziny do Złotnik. Czekała na odpowiedź od Justyny i formalne zaproszenie. Wysłała do niej kartkę ze świątecznymi życzeniami, nie dostała jednak podziękowań ani życzeń od Nowackiej i poczuła się urażona.
- Jestem znacznie starsza - zauważyła. - Wypadałoby, żeby o tym pamiętała. Zawsze odnosiłam się do niej życzliwie, nikt nie zaprzeczy, ale przecież nie będę prosić, byśmy utrzymywały kontakty jak dawniej.
- Mówiłem mamie, że to nie najlepszy pomysł - przypomniał Kalinowski.
Pani Katarzyna i teraz tłumaczyła Justynę.
- A może nie dostała mojej kartki? - zastanawiała się. - Na pewno nie doręczyli! Musi to być jakieś nieporozumienie. Inaczej nie da się przecież wytłumaczyć jej milczenia, to zupełnie niezgodne z jej doskonałymi manierami!
***
W ciągu kilku tygodni Kurpik z Nowosadów stał się najbardziej zaufanym pracownikiem pani Justyny Nowackiej.
Był już nie tylko stróżem i strażnikiem, ale dysponował także kluczami do wszystkich pomieszczeń gospodarczych, które otwierał rano a zamykał wieczorem. Miał obowiązek przyjść do pani u schyłku każdego dnia, aby powiadomić, że wszystko jest w należytym porządku i domowi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.
Zanim wszedł na stopnie, bardzo starannie wycierał buty, by nie wnosić na werandę śniegu lub błota. Następnie podchodził do małego stolika, kładł klucze na blaszanej tacy i meldował:
- Zamknięte, jaśnie pani.
- Dziękuję - odpowiadała Justyna Nowacka i brała do ręki tackę, na której leżały klucze.
Kurpiki kłaniał się i wychodził. Czasem pani Nowacka zatrzymywała go na chwilę, aby zadać jakieś szczegółowe pytanie.
- Nie kręcił się kto w pobliżu?
Albo mówiła:
- Jutro spodziewam się pewnego kupca. Nie wiem, o której przyjedzie, może późno wieczorem. Niewysoki, chudy, z brodą. Wpuścisz go, o której by się nie zjawił.
- Rozumiem, jaśnie pani.
Ten gość zdarzał się rzadko. Wydawał się Kurpikowi znajomy z twarzy, ale zrazu nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie się widzieli. Aptekarz z Zabłudowa, Kamiński! Że też od razu nie rozpoznał tego oszukańca!
Właściciel apteki nie cieszył się dobrą opinią. Uchodził za skąpego, lekarstw na kredyt nie wydawał, każąc sobie płacić od ręki. Gdy ktoś nie miał pieniedzy, musiał przeznaczyć na zapłatę kurkę, gęś czy woreczek mąki albo ryżu. Kamiński posiadał przy rynku drewniany piętrowy dom, na dole apteka, mieszkanie na górze. Był prawosławny, chodził regularnie do cerkwi, nosił chorągwie w procesjach i ładnie śpiewał. Nieduży, kudłaty, o rozbieganych oczach i zawsze się spieszył. Jego żona pochodziła podobno z lepszej rodziny, nosiła drogie stroje, których miała tyle, że wypełniały dwie wielkie szafy. W mieście opowiadano, jak to często strofuje męża, który zajęty pracą nie ma czasu wyprowadzić jej gdzieś między ludzi, żeby mogła zażyć godziwej rozrywki.
Tak mu suszyła głowę, aż w końcu jednego razu pojechali do Białegostoku, specjalnie do teatru. Aptekarz postawił się jak wielki pan - powóz, stroje, specjalnie kupił żonie długie białe rękawiczki, a dla siebie płaski kapelusz typu panama, modny i drogi. Całe miasteczko huczało potem tygodniami z powodu awantury, jaka po powrocie wybuchła w domu Kamińskich.
Aptekarz zawiózł żonę do wielkiego miasta, zaprowadził najpierw na obiad do restauracji, a wieczorem do teatru Palace na występ sławnych śpiewaków. Koncert był bardzo udany. Publiczność, która wypełniała salę po brzegi, klaskała i krzyczała, wyrażając swój podziw dla znakomitych artystów. W antrakcie aptekarz kupił żonie butelkę zimnego napoju, bo w sali było gorąco i duszno. Pani aptekarzowa, spocona z wielkich emocji, jakich doświadczała tego wieczora, wypiła duszkiem pół butelki lemoniady, nie czekając nawet na szklankę. Kamiński skakał wokół niej i wszystko robił zgodnie z życzeniami żony, bo chciał jej jak najlepiej dogodzić. Wyglądało na to, że wreszcie jest zadowolona.
Wkrótce okazało się, że wyjazd przyczynił mu więcej kłopotów niż przyjemności, nie mówiąc już o wydatkach. W drodze powrotnej do Zabłudowa żona zaczęła się gorzko żalić, w jakim opłakanym stanie jest jej garderoba. W domu wybebeszyła szafy i wyrzuciła wszystkie swoje ubrania na podłogę, oświadczając, że są stare, niemodne i nigdy już tych łachów nie założy. Wizyta w teatrze uświadomiła jej, jak bardzo odbiega od dystyngowanego towarzystwa, które bywa w teatrze i na innych kulturalnych spotkaniach. Zażyczyła sobie nowej garderoby i zapowiedziała, że z miejsca się nie ruszy, jeśli natychmiast nie otrzyma nowych sukien, pantofli i kapeluszy. Usiadła na krześle i uparła się, że póty nie wyjdzie z pokoju, póki mąż nie spełni jej prośby. Kamiński początkowo zachowanie żony uznał za żart i odmówił spełnienia tak wygórowanych żądań. Aptekarzowa zastosowała więc bierny opór. Wiesia Czajkowska, która wtedy służyła w domu Kamińskich, opowiadała później, jak to pan aptekarz podchodził do żony z coraz bardziej skruszoną miną. Całe miasteczko miało dobrą zabawę, wymieniając między sobą nowinki i plotki na temat Kamińskich i zakładając się, kto kogo przetrzyma.
Ostatecznie uległ aptekarz. Nie dość, że musiał chodzić za żoną po sklepach i sklepikach, jakie tylko były w Zabłudowie, gdzie sprzedawano damskie ciuszki, ale nawet kazał sprowadzić drogie tkaniny z Białegostoku, by miejscowi krawcy uszyli eleganckie suknie i płaszcze, wymierzone i wyrysowane według katalogów najnowszej mody. Wszystko to kosztowało krocie, toteż, jeśli nawet wcześniej dawał co komu na kredyt, teraz nie chciał o tym słyszeć, bo każdy grosz przeznaczał na zachcianki żony. Sam nie dbał za bardzo o garderobę, spędzał przecież czas na produkcji proszków i syropów, więc wystarczał mu fartuch założony na codzienny strój.
Aptekarz Kamiński przyjechał do Złotnik późnym wieczorem. Zgodnie z życzeniem pani Nowackiej Kurpik od razu zaprowadził przybysza na werandę, gdzie go oczekiwano. Rozmawiał z panią krótką chwilę i zaraz odjechał, a Kurpik zastanawiał się, jakie to lekarstwo przywiózł i dla kogo. Pani Justyna wydawała się zupełnie zdrowa, więc nie rozumiał powodów, dla których aptekarz spieszył się po nocy. Wytłumaczył sobie, jak miał we zwyczaju, że bogaci ludzie są kapryśni i wydaje im się, że wszyscy inni istnieją na świecie wyłącznie po to, aby pańskie zachcianki zaspokajać natychmiast, nawet w mróz i w nocy.