PANI JUSTYNA
Wiedeń, lato 1917
Śmierć generała Ulricha-Rosinskiego wywoływała powszechne współczucie dla jego rodziny i nie mniej powszechne oburzenie z powodu ujawnienia testamentu, który przyznawał cały majątek Justynie Nowackiej. Krewni zmarłego natychmiast zaskarżyli wyrok i głośno opowiadali o tym, że testator nie był przy zdrowych zmysłach, gdy, zapominając o rodzonej córce, wszystko przeznaczył pani tak skandalicznie niewłaściwego prowadzenia się.
- Musiał być chory na głowę! - przyznawali znajomi, a niektórzy widzieli w postępowaniu generała wyraźny znak zamierającego świata.
Jednakże sąd pierwszej instancji odrzucił skargę rodziny, stanowczo stwierdzając, że nie ma powodu kwestionować ostatniej woli generała.
Justyna Nowacka wchodziła w posiadanie kolejnych części majątku, w czym wielką rolę odgrywał adwokat Thomas Wizner. On sam oraz dwaj jego pomocnicy pracowali ciężko przez siedem dni w tygodniu, by nikt i nic nie zakłócało codziennego życia chlebodawczyni.
Co kilka dni pani Justyna odbywała z Wiznerem konferencje w swojej nowej siedzibie nazywanej pałacykiem - ogromnej wilii wybudowanej na wzór neogotyckich zamków.
Tu omawiano najpilniejsze sprawy. Pani Justyna, w skromnej sukni ozdobionej żałobną kokardą, siedziała przy zaciągniętych zasłonach w dawnym gabinecie pana domu, a Wizner towarzyszył jej, pochylony nad papierami rozłożonymi na stole.
- Dom w Złotnikach jest na ukończeniu - meldował adwokat. - Zapewne za kilka tygodni będzie go pani mogła zwizytować bez obawy o doznanie jakiejkolwiek niewygody...
Szczegółowo przedstawił wyniki odbytej inspekcji, chwalił majstra Gruchałę i ekipę zajmującą się remontem.
- Prace postępują dokładnie według planu, jedynie z sadem trzeba nieco poczekać - tłumaczył. - Ogród przy domu jest prawie gotowy, ale jego zimowa część wymaga dużo więcej pracy. W jakim mniej więcej terminie chciałaby pani udać się do Złotnik?
- Pragnę odwiedzić grób ojca w dzień Wszystkich Świętych.
- Rozumiem - skinął skwapliwie Wizner. - Zatem w najbliższym czasie pojadę tam znowu, żeby dopatrzyć wszystkiego na miejscu.
- Dziękuję - uśmiechnęła sie pani Nowacka. - Chciałam właśnie o to poprosić. W Wiedniu klimat nie jest dla mnie najłaskawszy, pragnę go zmienić jak najszybciej.
Prawnik, sowicie opłacany, cieszył się jej całkowitym zaufaniem, toteż i jego przyszłość wydawała się zapewniona. Po załatwieniu wszystkiego w tym dzikim rejonie Europy, gdzie wybierała się jego chlebodawczyni, on miał zostać w Wiedniu i spokojnie administrować tutejszymi interesami. Jeszcze nieco wysiłku, a marzenie o błogim, wygodnym życiu, zacznie się spełniać.
- W Złotnikach będę potrzebowała służby - powiedziała pani Justyna. - Trzeba znaleźć odpowiednie osoby, sprawdzić referencje i tak dalej. Kucharza, trzy pokojówki...
Adwokat notował wszystko skrzętnie, żeby nie przegapić żadnej z sugestii.
- Taniej będzie nająć ludzi na miejscu - zauważył. - Na pewno chętnych tam nie brakuje.
Pani Justyna wzruszyła ramionami.
- Panie Wizner - zauważyła z naciskiem. - Zechce pan zapamiętać, żeby w swojej pracy kierować się przede wszystkim moimi wskazaniami. Inne powody są zupełnie nieistotne.
- Tak jest - potulnie zgodził sie prawnik.
- Stać mnie, żeby rzeczy odbywały się według mojego kaprysu - ciągnęła pani Nowacka. - Życzę sobie, aby służba domowa została zamówiona tutaj i pojechała ze mną. Być może zatrudni się także miejscowych, ale wyłącznie do pracy poza domem, ogrodnika czy stróża nocnego.
- Oczywiście, szanowna pani. Dokładnie wszystko zapamiętałem.
- Znakomicie. Zatem idźmy dalej. Jak wyglądają nasze plany dotyczące zakupu nieruchomości?
Mecenas Wizner otworzył teczkę i zaczął wykładać z niej kolejne pakiety zawierające dokumentację pogrupowaną według swoistego systemu.
- Ziemi jest około siedemset hektarów - raportował. - Z możliwością dokupienia od ręki około stu hektarów i prawie drugie tyle po niewielkich targach...
Pani Justyna zmarszczyła brwi.
- W domu liczono w dziesięcinach - powiedziała. - Ile gruntu będzie według tej miary?
Prawnik był przygotowany, by odpowiadać na wszystkie pytania.
- Dziewięćset hektarów to około osiemset dziesięcin - wyjaśnił. - Dziesięcina liczy jeden hektar i jedną dziesiątą. Połowa to ziemia orna, łąki i pastwiska nieco ponad dwieście hektarów, niecałe dwieście dziesięcin, reszta to las oraz nieco nieużytków, z rzeczką i stawami. Ogród i staw razem półtora hektara. Zgodnie z pani życzeniem kazałem zintensyfikować prace przy ogrodzie, bo tu potrzebujemy najwięcej czasu.
- Doskonale. A te fabryczki?
Adwokat zajrzał do innych papierów.
- W tej chwili jest pani właścicielką fabryk włókienniczych w Białymstoku i Supraślu oraz dużej cegielni pod Michałowem. W samym Michałowie, skąd wyjechała wielka liczba niemieckich osadników, możliwości zakupu przedstawiają się interesująco. Jest jeszcze mały tartak, zasadniczo na potrzeby domowe. Jeśliby odremontować stawy i oczyścić rzeczkę, byłoby wskazane odbudować młyn wodny. Kamienica w Białymstoku wartości około stu tysięcy, druga kupiona za trzydzieści tysięcy do remontu, da zapewne około osiemdziesiąt tysięcy. Nadto kilka drobniejszych firm...
- A usługi?
- Czy w rodzaju zakładu madame Kruger? - upewnił się adwokat.
Podchodzenia do podobnych instytucji jako interesu dopiero się uczył i z podziwem patrzył na chlebodawczynię, która i w tym zakresie miała wyraźną wizję.
- Wysoki poziom usług, oto droga do sukcesu.
Justyna Nowacka słuchała wyliczanki Wiznera z przyjemnością.
Lista, która przedstawiał, była z każdym tygodniem dłuższa. Tego popołudnia, na jej zakończenie mecenas powiedział:
- Jeśli zechciałaby pani wysłuchać mojej propozycji, sugerowałbym zainteresowanie się nowością, która nazywa się kinematograf.
- Proszę? - zdziwiła się Justyna. - A cóż w tym za zysk?
- To interes przyszłości, szanowna pani. Będzie takich coraz więcej i zapewne na coraz wyższym poziomie.
Justyna prychnęła lekceważąco.
- Pan żartuje? Drewniane budy, w których gromadzi się publiczność nieznająca mydła, żeby śmiać sie, spluwać i rzucać grubymi żartami! Ten etap, panie mecenasie, mam już za sobą. Nawet zakład pani von Waldeck, to znaczy teraz mój, musi stać się porządnym i nowoczesnym. Czysty, jasny, z profesjonalnym personelem, wyłącznie dla wybranej klienteli. A pan mi mówi o przybytku dla robotników, stróżów, dorożkarzy?
Mecenas Wizner poświęcił kilka minut na wyjaśnienie przyszłości kinematografu, ale pani Justyny nie przekonał.
- Co to, to nie! - oznajmiła stanowczo. - Dajmy spokój tak niedorzecznym pomysłom. To już prędzej teatr...
- Teatr, szanowna pani? Zamierza pani nabyć przybytek Melpomeny?
Miał wątpliwości, czy w dzikich rosyjskich ostępach, skąd pochodziła pani Nowacka, mieszkańcy słyszeli o podobnych instytucjach.
Justyna uśmiechnęła się łagodnie.
- Teatry zapewne mają właścicieli, prawda? Czemu nie miałabym być jednym z nich?