POWRÓT JUSTYNY
Wdrugą niedzielę grudnia na nabożeństwie w Zabłudowie panna Justyna Nowacka wystąpiła na tle kościelnego chóru. Jej śpiew oceniono na ogół dość dobrze, choć nie brakowało malkontentów, dla których tylko głos młynarzówny, pełny i pewny, ładnie wybrzmiewał w kościele.
Początkowo wszyscy rozglądali się za Natalią Wudkiewicz, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, ale wszystko szybko wróciło do normy.
W kazaniu ksiądz Miodyński wiele czasu poświęcił odpowiedniemu zachowaniu chrześcijańskich kobiet i napiętnował dobitnie "niepoczciwą pannę przeważnie z naszej parafii", która straciła skarb czystości. Wszyscy odgadli, kogo proboszcz miał na myśli, ponieważ winowajczynię wprost określił jako córkę młynarza.
Po nabożeństwie panna Justyna wyszła ze świątyni z wysoko podniesioną głową, uważnie oglądając się na gesty uznania i podziwu. Wolno przeszła do bryczki, przy której pan Jacek Nowacki już czekał, zadowolony i pęczniejący z dumy.
- Zupełnie nieźle - oceniła pani Katarzyna. - Na tyle dobrze, że może powinnam jej pogratulować.
Przyjechała na mszę tylko z parobkiem, który czekał przy powozie i pomógł starszej pani zająć w nim miejsce. Pani Katarzyna wahała się, ale w końcu poleciła odwieźć się na drugą stronę kościelnego placu, gdzie stał powóz pana Nowackiego. Panna Justyna siedziała na miejscu, obok powozu stały jakieś osoby, najwyraźniej składające jej wyrazy uznania, dziewczyna uśmiechała się i z zadowoleniem potakiwała głową. Usunęły się natychmiast, jak tylko zbliżyła się starsza pani.
- Przyszłam podziękować za pani piękny śpiew - oznajmiła Kalinowska.
Panna Justyna zarumieniła się wyraźnie, spuściła oczy i dziękowała cichym głosem.
- To chyba nieco przedwczesne pochwały. dopiero niedawno zaczęłam ćwiczyć z chórem. Może za jakiś czas lepiej się zestroimy...
Zofia Waldeck trzymała przyjaciółkę za rękę i od czsu do czasu szeptem dodawała jej odwagi.
- Ależ naprawdę było nieźle - powiedziała pani Katarzyna.
Panna Justyna uśmiechnęła się w odpowiedzi serdecznie i ciepło, jak przed laty.
- Pani zawsze była dla mnie taka miła...
W Kalinówce pani Katarzyna z wielkim przejęciem opowiadała o córce Jacka Nowackiego.
- Wygląda bardzo dobrze - oceniła. - Jakoś tak wyładniała i trochę jakby spoważniała. Dawniej wydawała mi się nieco dziecinna, ale teraz niczego takiego w niej nie dostrzegam.
- Dziecinna? - spytał Michał Kalinowski. - Mama nie wspominała o niej nigdy w taki sposób.
Starsza pani wzruszyła ramionami.
- Wybrałeś, trudno - oznajmiła. - Pozwól mi jednak mieć w tej sprawie własne zdanie. A według mnie popełniłeś błąd, czyniąc tak wielki zawód tej dziewczynie. Wspaniale pasowałaby do naszej rodziny. I nie mielibyśmy tych kłopotów, jakie mamy. Tylko ta jej przyjaciółka jakoś mi się wydaje dziwnie niedostępna i apodyktyczna. Podobno ma wielki wpływ i na pana Jacka. Słowem się przy mnie nie odezwała.
* * *
Justyna Nowacka wydawała się całkowicie wyleczona. Przez kilka pierwszych tygodni pobytu w Topolanach nie zdarzyło się nic, co mogłoby podważyć tę opinię.
- To wspaniałe, czego pani dokonała - zachwycał się pan Jacek. - A jeszcze niedawno obawiałem się, że straciłem córkę.
Zofia Waldeck z uśmiechem przyjmowała pochwały i słowa podziękowania.
- Nie było łatwo - przyznała. - Opowiem o tym panu wkrótce, jak już Justysia nacieszy się domem.
Panna Nowacka zachowywała się w sposób spokojny i opanowany, nie wpadała w melancholię, czego jej ojciec obawiał się najbardziej. Wtedy bowiem opanowywało ją zniechęcenie, nie chciała opuszczać domu, zamykała się w swoim pokoju i nie rozmawiała z nikim. Teraz chętnie uczestniczyła w życiu dworu i planowała, że jak dawniej zacznie bywać u sąsiadów i sama przyjmować gości.
- To pani zasługa, kochana pani Zofio - powtarzał pan Nowacki. - Jest pani aniołem opiekuńczym naszej rodziny.
W okolicy słyszano już o powrocie panny Nowackiej i nie brakowało ciekawskich, co chcieli na własne oczy zobaczyć Justynę i sprawdzić, jak się czuje i jak wygląda. Pan Jacek zdawał sobie z tego sprawę i pierwszą wyprawę do kościoła bardzo przeżywał, obawiając się reakcji córki na spodziewane plotki i chichoty.
Ale Justyna zachowywała się wspaniale. Jak zawsze elegancka i nieco sztywna, z głową wysoko podniesioną, nic sobie nie robiła ze spojrzeń i szeptów. Jakby specjalnie się na nie wystawiając, zwlekała z wyjściem po nabożeństwie, potem zaś długo marudziła przed wejściem do powozu. Pan Jacek z zadowoleniem zaprezentował podobną postawę, dumnego człowieka, który niewiele sobie robi z krytycznych spojrzeń sąsiadów.
- To było zupełnie łatwe - oznajmiła Justyna po powrocie do domu. - Aż się dziwię, że miałam obawy. Ale kochana Zosia nauczyła mnie nie zwracać uwagi na sprawy nieistotne.
Choć Justyna długo była nieobecna w domu, szybko przypomniała sobie wszystko i już po kilku dniach ani ona, ani ojciec, ani też nikt ze służby nie pamiętał, że dopiero co powróciła. Życie toczyło się dawnym, codziennym rytmem, spokojnie i w sposób uporządkowany. Córka pana Jacka zauważyła rozmaite zaniedbania w domu i w gospodarstwie i rzuciła się natychmiast do pracy, aby wszędzie zaprowadzono porządek. Kazała prać, czyścić i trzepać, ustawiać na nowo. Przybyło wiele drobiazgów, upiększających dom i ułatwiających życie.
- Nie rozumiem, jak do tej pory obchodziłem się bez rzeczy absolutnie niezbędnych - dziwował się pan Jacek Nowacki.
* * *
Matka Michała Kalinowskiego nie wspominała już synowi o konieczności rozwodu z Franciszką.
Przynajmniej nie głośno. Nad zmianą jej stanowiska pracował od tygodni ksiądz Miodyński.
- Jaki to byłby przykład dla ludzi - ubolewał. - Jaki przeważnie niedobry wzór! Owieczki nasze są wpatrzone w dwór jako przeważnie wzorzec postępowania. Jeśli ich wiara się zachwieje, co im pozostanie? Socjaliści im przeważnie pozostaną, kochana pani, socjaliści!
To był cios dobrze wymierzony. Pani Katarzyna socjalistów obawiała się najbardziej i opinii księdza nie mogła lekceważyć.
- Jakby proboszcz nie zwlekał, coś już by się wydarzyło - zauważyła jednak cierpko. - Proces kanoniczny może jeszcze nie, ale jakieś procedury sprawdzające zostałyby uruchomione. A tak, znowu na samym początku jesteśmy...
Ksiądz Miodyński wiedział, że pani Kalinowska nie dysponuje pieniędzmi na kosztowne zabiegi prawne i mógł bezpiecznie omijać trudne pytania.
- Jestem sobie tylko przeważnie skromnym proboszczem - powiedział. - Ale niedługo odwiedzi parafię nasz kochany przeważnie ksiądz biskup. Najsolenniej obiecuję, że poproszę o czas na rozmowę. Może on wytłumaczy łaskawej pani pewną hm... przeważnie niestosowność takich zabiegów. Dziś trzeba nam przykładów dobrych, przeważnie szczerych obywateli, przywiązanych do ojczyzny i wiary, a nie wichrzycieli i wątpiących. Pani to przeważnie własne słowa. Nie dawajmy więc wichrzycielom i przeważnie mącicielom argumentów do ręki, aby ich używali potem przeciw Kościołowi i nam wszystkim.
Starsza pani nie lekceważyła podnoszonych argumentów, na tyle przynajmniej, na ile dogadzało to jej interesom.
- Proboszcz zawsze kota umie ogonem odwrócić - powiedziała teraz. - Po co mieszać w to wszystko biskupa? Przecież prosiłam, żeby rzecz całą załatwić po cichu.
- Po cichu się nie da - sprzeciwił się ksiądz Miodyński. - Jakże mi przyłożyć ręki do niszczenia przeważnie dobrej opinii o polskim ziemiaństwie i naszych przeważnie pięknych polskich tradycjach? Tego przeważnie zrobić nie mogę.
- No, mówiłam, że odwróci kota ogonem! - podsumowała pani Katarzyna.