Dworek pod Malwami. 10 historii rodu Kalinowskich - Marian Piotr Rawinis

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PANI BARONOWA

Listopad

Sezon łowiecki rozpoczynano tradycyjnie na początku listopada, w dniu świętego Huberta, a było to głośne wydarzenie. Goście zjeżdżali do Kalinówki już poprzedniego dnia, by o świcie stawać w gotowości, z bronią i psami. Polowania miały charakter w głównej mierze towarzyski. Gromadziły zwykle do kilkunastu gości - niegdyś wyłącznie mężczyzn, teraz także i kobiety - spośród okolicznych ziemian, urzędników i wojskowych.

Przyjeżdżali panowie z sąsiednich majątków, z miasta, a także i z dalszych miejscowości, ponieważ imprezy w Kalinówce cieszyły się wielkim wzięciem, a zaproszenie do udziału w święcie patrona myśliwych traktowano jako wyróżnienie.

Rano spotykali się wszyscy na podwórzu przed dworem. Najwcześniej wyjeżdżały wozy, jeszcze przed świtem, by do gajówki w Małynce dostarczyć wszystko, czego mogą potrzebować uczestnicy myśliwskich zawodów. Tam bowiem ostatecznie spotykały się obie grupy, by wesołą biesiadą zakończyć zabawę.

Pierwsze polowanie było nim właściwie tylko z nazwy, nie strzelano a na wzór angielski organizowano wyścig - pogoń za lisem.

Jeźdźcy występowali paradnie i strojnie, na ogół w tradycyjnych czerwonych kurtkach, toczkach na głowach i czarnych skórzanych butach. Broni nie brano - wieziono ją na wozach, na wszelki wypadek - ale zasadniczo dzień był poświęcony gonitwom i zawodom.

W drugiej grupie, prowadzonej przez Michała Kalinowskiego, w tym roku znalazły się trzy panie, ubrane w tradycyjne amazonki, wszystkie przybyłe z miasta u boku mężów bądź braci. Pani Katarzyna nie uważała ich obecności za uzasadnioną i sarkała na dzisiejsze wychowanie.

Gdy już wymieniono nowiny i plotki, gdy się sobie przyjrzano i oceniono wygląd, stroje i ostatnie zakupy, towarzystwo wymieszało się. Ośmioro gości było gotowych do drogi. Niecierpliwili się już, nie mniej od wałęsających się po całym obejściu psów myśliwskich rozmaitych ras i maści. O siódmej goście i towarzyszący im trzej przewodnicy sfor, już w siodłach, wypili po kieliszku mocnej wódki dla kurażu. Pochód ruszył przez wieś. Jechano zrazu wolno. Gromady psów otaczały orszak myśliwych, sztywnych i wyprostowanych w siodłach, niezależnie czy były to siodła męskie, czy damskie.

Drugim rodzajem rozgrzewki przed właściwym polowaniem była droga do Małynki, ułożona według pomysłu pana Michała, nie pozbawiona trudności i niespodzianek, jakimi były płoty, rowy, linie krzaków, niespodziewane zakręty. Jeźdźcy mieli okazać sportową sprawność, dobry humor i szyk.

W gajówce Małynka obie grupy miały spotykać się około dziewiątej. Zaczynano tam od śniadania, nieco zakrapianego alkoholem, spotkań, rozmów, powitań, wymiany uprzejmości i plotek. Stawano także do zakładów o wcale wysokie stawki. Faworytem wyścigu był podpułkownik Andrej Wiktorowicz Horoszko, emerytowany od niedawna kwatermistrz stacjonującego w Białymstoku Charkowskiego Pułku Huzarów. On w roku poprzednim okazał się najlepszy.

Na polanie przed drewnianym domem gajowego rozpalano już ogień, na którym miano piec mięso. Szykowano na popołudnie bigos i wędzonkę, w piwnicy chłodzono butelki z alkoholem. Na drewnianym podeście obok domu rozstawiano stoły, aby były gotowe, gdy za kilka godzin zmęczeni myśliwi powrócą na odpoczynek.

Kilka osób ze służby, masztalerze i pomocnicy, przybyło specjalnie, by zajmować się pańskimi końmi po biegach.

Pan Michał wygłosił do wszystkich krótką przemowę, objaśniając trasę gonitwy, jej cel i miejsca, które są do pokonania. Był gotów rozpocząć zabawę, ale podpułkownik Horoszko poprosił o niedługą zwłokę.

- Wiem, że pani baronowa przybędzie na pewno - zapowiedział. - Poczekajmy jeszcze trochę, bardzo proszę. Bo cóż to za zabawa bez pani baronowej?

Prośba Horoszki wzbudziła trochę wesołych komentarzy, gdyż co najmniej kilku oficerów i ziemian potajemnie kochało się w pani von Tromm, właścicielce wielkiego majątku Jeronimowo.

Spóźniona osoba pojawiła się już po kwadransie. Na pięknym koniu siedziała kobieta w czerwonym kubraku na czarnej sukni i w butach do konnej jazdy. Na wysokim kapeluszu powiewała wstążka z czerwonego jedwabiu.

Baronową Olgę von Tromm powitały oklaski i radosne okrzyki. Kłaniała się już z daleka.

- Uff! - zawołała wpadając na podwórze. - Zdążyłam, jak widzę!

- Tylko na panią czekaliśmy - odpowiedział Kalinowski. - Obawialiśmy się, że mogą panią zatrzymać obowiązki rodzinne. Jak się czuje pan Aleksander?

- Znacznie lepiej. Sprawiłby mi zawód, gdybym z powodu jego zdrowia nie mogła wziąć udziału w tym spotkaniu.

Uprzejmie przywitała się ze wszystkimi, a pułkownikowi Horoszce, który zgrabnie zeskoczył z siodła i prawie przed nią uklęknął, łaskawie podała dłoń do pocałowania.

Ochoczo przyjęła kieliszek z mocną wódką. Wypiła jednym haustem, ściągnęła wargi, by za chwilę głośno wypuścić powietrze, pokazując przy tym piękne zęby.

- Jak zawsze znakomita - pochwaliła. - Tutejsza?

- Tutejsza, oczywiście - Michał Kalinowski skinieniem głowy wskazał wozy na skraju polany. - Kazałem przygotować kilka butelek dla pani baronowej.

- Wspaniale. Na pana Michała zawsze można liczyć.

Pani baronowa von Tromm należała do kobiet otaczanych nieustannym podziwem. Choć już przed kilkoma laty przekroczyła trzydziestkę, wzbudzała zachwyty urodą i swobodnym sposobem bycia. Na towarzyskich spotkaniach, zwłaszcza polowaniach i gonitwach, pojawiła się dopiero dwa lata temu, zdobywając ogólne uznanie odwagą i znakomitymi umiejętnościami jeździeckimi.

Podziw otoczenia wynikał zaś przede wszystkim z jej wysokiej pozycji majątkowej i społecznej. Była żoną właściciela rozległych, liczących kilka tysięcy dziesięcin, dóbr Jeronimowo. Majątek ten, założony i świetnie prowadzony przez generała Dziekońskiego, a przynoszący krociowe dochody, odziedziczyła córka jego brata, hrabina Jadwiga Olizarowa, pomnażając jego wydajność i urodę. Miała trzech mężów, ale nie doczekała się potomstwa. Pod koniec życia, właśnie przed dwoma laty, przekazała całą majętność, podzieloną na sześć folwarków, Aleksandrowi von Tromm, stryjecznemu bratu drugiego męża. Tenże baron Tromm, mąż Olgi, jakiś czas temu doznał udaru mózgu i pozostawał w łóżku. Co najmniej kilkakrotnie mówiono, że nie przeżyje.

Pan Michał sprawdzał, czy wszyscy są już gotowi do drogi i zaoferował pomoc pani von Tromm w powrocie na siodło.

- Pani baronowa pozwoli, że ruszymy?

Skinęła głową, troszeczkę podniosła suknię i wysunęła bucik, aby mógł stworzyć rękami punkt podparcia dla stopy. Z siodła już żartobliwie pogroziła palcem.

- A pan Michał niedobry - powiedziała. - Słyszałam, jak często bywa w Białymstoku, a wcale mnie nie odwiedził.

- Pani baronowa nie raczyła zawiadomić - uśmiechnął się z ukłonem.

Olga von Tromm westchnęła głośno.

- Co za ulga! - zaśmiała się. - Myślałam, że pan Michał pogniewany. Widziałam pana w mieście, prawie że zawołałam. Ale taki zamyślony szedł, koło sklepu ze srebrem Klejdanowa, że wcale nie zauważył. No, może w oczy się nie rzucam, ale jakoś mi było przykro...

Pan Kalinowski usprawiedliwił się zajęciami, jakie go tego dnia trapiły. Gdyby rozglądał się i zobaczył baronową, to oczywiście za nic nie odmówiłby sobie przyjemności spotkania i rozmowy.

- Doprawdy? - uśmiechała się pani von Tromm.

Możliwość niezauważenia baronowej nie mogła wchodzić w rachubę nawet dla kogoś mniej czułego na niewieście wdzięki. Pani Olga, choć kobieta już dojrzała, niejedną znacznie młodszą mogłaby przewyższyć urodą. Miała wielkie, wesołe oczy w ładnej, o regularnych rysach, twarzy, wydatne usta, ładne zęby. Była też kształtna i bardzo proporcjonalna, poruszała się lekko i z wdziękiem. Wspaniale jeździła konno, umiała powozić, a z dubeltówki strzelała celnie i bez strachu.

- Będę miała sprawę do pana Michała - zapowiedziała z czarującym uśmiechem. - I mam nadzieję, że mi nie odmówi.

- Nie odmówię żadnym pani rozkazom - zapewnił.

Była przyzwyczajona do takiego traktowania, ponieważ nikt nigdy niczego jej nie odmawiał. Fortuna zapewniała jej niezależność i swobodę. Studiowała w Monachium, gdzie uczyła się malarstwa. Posiadała wiele znajomości i stosunków, odbywała długie podróże tylko dla przyjemności, chętnie przyjmowana w najlepszych domach całej Europy.

Pani Katarzyna Kalinowska, matka Michała, bardzo negatywnie wypowiadała się o niewiastach w męskim ubraniu czy ziemianach trwoniących majątki za granicą.

- Cóż za utracjusze! - wzdychała. - Tylko po świecie jeżdżą i pieniądze tracą. To bardzo niepatriotyczna postawa. Jakże nisko upadła arystokracja! Pieniądze wywozić za granicę, zamiast przyczyniać się do poprawy stosunków w kraju.

- Niektórzy budują tutaj fabryki - zauważył pan Michał.

- Fabryki! - prychała starsza pani. - Też mi postęp! Dym i hałas! Mała to rzecz. Ziemia jest najważniejsza, Michale. Ziemia. Bez niej nie ma niczego.

O jednej tylko baronowej von Tromm pani Katarzyna wypowiadała się zawsze z wielkim uznaniem.

- Z niej wszyscy powinniśmy brać przykład, choć to Niemka i do tego protestantka - mówiła. - Ale ile dobrego robi w swoim majątku i w innych folwarkach. Ile pomocy niesie włościanom i ich dzieciom. Nie patrzy, katolicy czy prawosławni. To jest dopiero patriotyczna postawa!

Prawda, że majątek Jeronimowo od dziesiątków lat znajdował się na czele najlepszych gospodarstw w całym obwodzie białostockim. Niegdyś rywalizował z nim pod względem nowości technicznych, upraw i wysokości plonów chyba tylko folwark w Topolanach, zanim pan Topolański młodszy, utracjusz i pijak, nie zaczął go rozprzedawać.

Ruszyli wreszcie, początkowo wszyscy razem, luźną gromadą. Dzień był pochmurny, po deszczu z poprzedniej nocy wilgotny, drzewa ogołocone z liści, trawy szare i mokre, mgła wisiała nad polami. Ledwo widzieli przed sobą drogi, którymi prowadził pan Michał, widoczność nie przekraczała kilkudziesięciu kroków.

- Pan Michał nie odmówi mojej prośbie?

Powtórnie zadane pytanie przekonało Kalinowskiego, że sprawa, z którą zamierza zwrócić się do niego baronowa von Tromm, jest poważna. W jej spojrzeniu jednak, rzucanym spod kapelusza, błyskała wesołość.

- Nie usłyszałam odpowiedzi - rzuciła zaczepnie. - Chyba nie zamierza pan odmówić słabej kobiecie?

- Słabej? - uśmiechnął się Kalinowski. - A kto prawie wygrał ze mną wyścig w zeszłym roku?

- Prawie! - prychnęła pani Tromm. - Dobrze wiem, że dawał mi pan fory. Ale pan się chyba nie boi silnych kobiet.

- Nie boję się - potwierdził Kalinowski.

Śmiała się, a zaraz potem powróciła do przerwanego wątku.

- Chcę pomóc pewnej osobie - oznajmiła. - Bardzo mi na tym zależy. Od razu o panu pomyślałam. Och, bywam trochę roztrzepana, czasem nawet nieodpowiedzialna. Przyznam się panu, że właściwie już obiecałam. Jeśli więc pan Michał odmówi, znajdę się w bardzo niewygodnej sytuacji...

Kalinowski odpowiadał uprzejmie i z uśmiechem. Baronowa von Tromm wciąż odwoływała się do jego znanej wyrozumiałości i gotowości niesienia pomocy.

- Będę doprawdy bardzo wdzięczna - zapewniała. - Ale muszę pomóc w tej ważnej i rodzinnej sprawie.

Zaraz też opowiedziała, co ją trapi. Chciałaby, aby pan Kalinowski przyjął do majątku praktykanta. Po studiach rolniczych praktyka jest obowiązkowa. Trzeba go umieścić w gospodarstwie, gdzie nie tylko nauczy się wszystkiego praktycznie, ale też będzie miał poczucie bezpieczeństwa i wszelkie wygody.

- To osoba z rodziny, wobec której poczuwam się do pewnych obowiązków. Gdyby pan Michał się zgodził, byłabym pewna efektów.

Kalinowski zdziwił się, że nie ma miejsca dla praktykanta w sześciu folwarkach Jeronimowa. Nie widział przeszkód, aby wziąć młodego człowieka pod opiekę, naturalnie pod warunkiem, że praktykant weźmie na siebie część kosztów.

- O to nie ma obawy - zapewniła baronowa. Przekażę konieczne środki. Jest jednak pewien delikatny problem, dotyczący samego praktykanta. Otóż, panie Michale, to jest kobieta.

- Co takiego? - zdumiał się Kalinowski.

Baronowa potwierdziła z zadowoleniem. Była znana z popierania modnych ruchów walczących o równe prawa dla niewiast w całej Europie.

- Kobieta. Dokładniej, panna dwudziestoletnia, dla której jestem jakby ciotką. Skończyła studia, teraz potrzebuje praktyki w dobrym, zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Sierota bez ojca i matki.

Michał Kalinowski nie był zachwycony. Praktykant w gospodarstwie oznaczał dodatkowe ręce do pracy. Ale kobieta? W dodatku niezamężna? Co powie pani Katarzyna?

- Wiem, że to niełatwe - zapewniała z proszącym uśmiechem Olga von Tromm. - Ale pan Michał na pewno znajdzie na to radę, prawda?

- No cóż - Kalinowski szukał usprawiedliwienia. - Nie wiem, czy w takiej sytuacji...

- To pracowita, skromna i dobra dziewczyna - baronowa gotowa byłaby przysięgać. - Zapewne bardzo wiele mogłaby się od pana nauczyć. A o to jej właśnie chodzi. Są pewne widoki, by poprowadziła duży majątek w Poznańskiem, ale zanim stanie do tak odpowiedzialnego zadania, powinna mieć trochę praktyki. Pan Michał sam wiele razy powtarzał, jak ważna jest praktyka. Proszę zatem zająć się tym biednym dzieckiem i nauczyć wszystkiego...

Michał Kalinowski nie udzielił od razu wiążącej odpowiedzi.

- Moja matka może nie okazać zachwytu - zauważył. - Jej podejście do niektórych spraw jest bardzo tradycyjne.

- Wiem, że to niełatwe - pani Olga skinęła głowa. - Ale przecież jakoś powinniśmy przekonać panią Katarzynę. Na pewno, gdy wytłumaczę jej wszystko, wyrazi zgodę. To dobra dziewczyna, z porządnej polskiej rodziny. Trzeba jej pomóc. To po prostu nasz obowiązek, panie Michale.

Zaśmiała się nagle cichutko.

- Proszę się nie pogniewać, że powiem wprost. Jeśli miałabym się obawiać, to raczej o co innego. Przecież pan Michał nieżonaty...

Pan Kalinowski nie pogniewał się o takie podejrzenie.

- Ja miałbym być niebezpieczny? - zapytał spokojnie. - Niby w jaki sposób?

Olga Tromm wpadła w ton żartobliwy i nie zamierzała z niego rezygnować.

- Już pan Michał sam wie, co mam na myśli. Mówią o panu to i owo.

- Ależ skąd!

- Chyba nie będziemy udawać, że to wszystko tylko wymysły i plotki?

Nadal jechali wolno, mgła podnosiła się tylko gdzieniegdzie. Od jadących z przodu dzieliło ich dwadzieścia kroków, mogli uważać, że są sami.

- Jak będzie? - spytała pani von Tromm. - Narazi mnie pan na konieczność wymówek i tłumaczenia się przed dziewczyną?

Michał Kalinowski nie widział przeszkód, by w majątku praktykant nosił spódnicę. Pod warunkiem oczywiście, że takie rozwiązanie zaakceptuje pani Katarzyna.

- Gdy wrócimy, pomówię ze starszą panią - powiedziała baronowa. - Może ona będzie miała serce mniej nieczułe od pańskiego.

- Nie ma chyba powodu uskarżać się na moje serce - zaprotestował.

Zgoda matki była oczywiście potrzebna, ale rzecz należało tak przeprowadzić, aby baronowa von Tromm nie musiała załatwiać tego poprzez starszą panią. Kalinowski myślał, jakich argumentów użyć, aby uzyskać nie tylko jej zgodę, ale i przychylność.

- Złapała mnie pani za słowo - powiedział. - Jakże mi w takiej sytuacji odmówić, gdy odwołuje się pani a to do mojego serca, a to do honoru, a to znowu do obowiązku...

- Och! - zaśmiała się Olga Tromm. - Przecież pan Michał nie boi się kobiet, prawda? W to nikt nie uwierzy. Zatem postanowione?

- Tak - potwierdził. - Trzeba to naturalnie omówić z moją matką, ale sądzę, że ją przekonamy. Spróbuję z nią pomówić jeszcze dzisiaj. Proszę mi dać szansę na załatwienie tej sprawy. Dopiero, gdyby matka upierała się, poproszę panią, by zechciała przemówić słowo.

- Doskonale! - ucieszyła się baronowa. - Zapewniam o swojej wdzięczności. Z pana Michała to prawdziwy przyjaciel.

Kalinowski przyjął pochwałę z zadowoleniem.

- Pochwała od takiej kobiety liczy się podwójnie - zauważył.

Baronowa zatrzymała konia.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

KALINOWSCY Z KALINÓWKI

W poniedziałki państwo Kalinowscy jeździli do Zabłudowa. Z samego rana starszy parobek Szczepan Sienkiewicz zaprzęgał dwa siwe konie do dużej bryczki. Kiedy były gotowe, a siedzenie wymoszczone dodatkowymi poduszkami, drzwi dworu otwierały się i wychodziła pani Katarzyna. W czarnej sukni, w czarnym kapeluszu, z czarną laską w dłoni. Niosła czarną torbę, skórzaną, z okuciami, z którą nigdy się nie rozstawała. Za starszą panią wybiegał z domu jej syn, pomagał zająć miejsce, otulał nogi kocem.

Matka pana Michała, niewysoka, sucha, pomarszczona, zdawała się być istotą kruchą, w rzeczywistości jednak - mocna, wytrwała i odporna - od dziesiątków lat silną ręką trzymała dwór i rodzinę. Ubierała się wyłącznie na czarno, siwe włosy nosiła spięte na czubku głowy, by dodać sobie wzrostu, miała donośny głos i nie znosiła żadnego sprzeciwu. Wcześnie została wdową, sama nauczyła się zarządzać gospodarstwem i prowadziła je także wtedy, gdy jej jedyny syn dorósł i ożenił się. Michał miał już własne dzieci, potem został wdowcem, a w Kalinówce nadal zdanie pani Katarzyny liczyło się przede wszystkim. Nie było niczego, co Michał Kalinowski zrobiłby wbrew woli matki albo wbrew jej przyzwoleniu - wszyscy to wiedzieli.

W Zabłudowie, około godziny dziewiątej, witał ich w drzwiach gospody przy rynku Żyd Josek, kłaniając się i zapewniając, że wszystko jest przygotowane jak zwykle.

W poniedziałki matka pana Michała załatwiała sprawunki, jej syn interesy, ani na chwilę nie spuszczany z oka. Przebywali w gospodzie zwykle do popołudnia, tu przyjmowali interesantów, załatwiali targi, opijali transakcje, omawiali sprawy na przyszłe tygodnie i miesiące. Każdy mieszkaniec powiatu wiedział, że jeśli kto ma jaką sprawę do dziedzica Kalinówki, powinien jechać w poniedziałek do gospody Joska i przede wszystkim pokłonić się jego matce. Jej zgoda była niezbędna.

Kalinowscy regularnie bywali w Zabłudowie także w niedziele i święta, ale takie dni nie były przeznaczone na interesy i każdy wiedział, że w niedzielę nie ma nawet co zaczynać rozmowy, bo u pana Michała, ani tym bardziej u jego matki, niczego nie wskóra.

W kościele pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła mieli Kalinowscy swoją ławkę po prawej stronie ołtarza, poczerniałą ze starości, z pulpitem wyślizganym od dotknięć skórzanych i jedwabnych rękawiczek.

Nie opuszczali świąt, a ksiądz proboszcz Miodyński często właśnie do Kalinówki jeździł na świąteczne obiady. Podczas nabożeństwa wnukowie pani Kalinowskiej mieli zakaz rozglądania się po świątyni i musieli trzymać głowy nisko, żeby wszystkim dawać dobry przykład. A po powrocie do domu byli przesłuchiwani z kazania. Proboszcz miał silny głos, czasem go jeszcze podnosił i grzmiał z ambony na grzeszne zachowania parafian tak dobitnie, że ciarki chodziły po grzbiecie.

- Przeważnie wielkie grzechy - mówił ksiądz Miodyński. - Skąpstwo okropne, złe słowa, jeszcze przeważnie gorsze zachowanie. Żadnych przeważnie myśli o Panu Bogu. Chodzi taki po polu jak jaki wół, chodzi przeważnie i ryczy. Piosenki ryczy, głupie, świeckie. A przecież przeważnie kościelne pieśni powinien śpiewać, skoro chce, aby dobry przeważnie Pan Bóg pomagał mu w robocie, by ziemia przeważnie przynosiła złote plony. Przeważnie grzech i zaniedbania! I wy chcecie, wyrodne owieczki Pańskie, dostąpić łaski i przeważnie zbawienia? Nie ma mowy! Nie ma mowy, powiadam, jeśli nie zastanowicie się nad swoim postępowaniem i przeważnie nie poprawicie się w sercu swoim! Nic innego nie pomoże!

Po nabożeństwie mało kto odważył się wyjść z kościoła przed Kalinowskimi, chyba że jakiś przyjezdny. Pan Michał towarzyszył matce do drzwi, dopiero za nimi tłoczyli się pozostali wierni. Kalinowski kłaniał się sąsiadom, odpowiadał na pozdrowienia i ukłony, w końcu zajmował miejsce w bryczce obok pani Katarzyny i odjeżdżali.

Czasem zostawał chwilę pod lipami na placyku przy kościele, rozmawiał z sąsiadami, zapraszał do swojego domu albo pozwalał się zaprosić w odwiedziny. O tym, do kogo można pojechać, a do kogo nie wypada, kogo można zaprosić, a kogo nie należy, decydowała matka pana Michała. On bez dyskusji przyjmował jej postanowienia. Bywać zaś w Kalinówce oznaczało dla całej okolicy zaszczyt i przyjemność, o jakiej można było potem szeroko opowiadać. Ci, którzy mogli przybywać tam bez uprzedzenia, należeli do bardzo wąskiego grona. Ksiądz proboszcz Miodyński, rejent Apolonowicz, emerytowany podpułkownik Horoszko z Charkowskiego Pułku Huzarów, czasem pan Nowacki z Topolan albo Jan Strumiłło, profesor białostockiego gimnazjum.

Także w gospodzie Joska Kalinowscy zajmowali zawsze to samo miejsce, w kącie, gdzie siadali za stołem, twarzami do okna.

- Dobre wiadomości, wielmożny pan Kalinowski! - Josek przynosił na drewnianej tacy butelkę mocnej wódki i małe kieliszki.

Wysoki i chudy, potrafił bardzo nisko się ukłonić. Kłaniał się matce pana Michała, ale mówił do niego samego.

- Jest tu kupiec, co ma interes na ten drzewo. I drugi, od mąki. Zdanie Joska nic nie znaczy przy mądrosci pan Kalinowski, ale Josek radzi zrobić interes na ten drzewo.

Znał wszystkich kupców w powiecie, jego rady zwykle brano pod uwagę. Kontrahenci podchodzili do stołu, wymieniano ostatnie ustalenia w sprawie wcześniej omówionych interesów. Ale dopiero po akceptującym skinięciu starszej pani wypijano za transakcję, pieczętując ją uściskiem dłoni. Tylko niekiedy zapisywano ją w formie umowy, zabezpieczano wekslami albo poręczeniem świadków.

- Słowo pan Kalinowski droższe od pieniędzy - zapewniał kupiec, dostąpiwszy łaski uścisku dłoni dziedzica.

Opinii tej nikt nie ośmieliłby się zakwestionować. Pan Michał, a już zwłaszcza jego matka, nigdy nie uczynili czegoś niespodziewanego. Ona dbała o całość majątku oraz o to, by syn nie przetracił więcej, niż mu wyznaczyła na dany miesiąc. On nie pił za wiele, w karty przegrywał rozsądnie, nie czynił niepotrzebnych zakupów. Opanowany i spokojny, cieszył się opinią rzetelnego człowieka, otoczonego powszechnym szacunkiem. Choć nawet w drobnych sprawach kierował się przede wszystkim zdaniem matki, nie traktowano jego postawy jako uległości, widziano w niej raczej przejaw synowskiej miłości.

Michał Kalinowski liczył teraz lat czterdzieści i cieszył się sławą dobrego gospodarza i znakomitego myśliwego. Średni wiek nie był mu przeszkodą w uczestnictwie w zawodach jeździeckich, w których wygrywał ze znacznie młodszymi. Jako mężczyzna o regularnych rysach twarzy, gęstych włosach ledwo zaznaczonych siwizną, czarującym uśmiechu i niskim, głębokim głosie, miał też wielkie powodzenie u kobiet. O jego miłosnych podbojach opowiadano w swoim czasie z podziwem i zazdrością. W strojach wybierał wygodę i praktyczność, przekładając ubrania w typie sportowym, a do mody odnosił się nonszalancko.

Kalinówka nie była wielkim majątkiem. Liczyła nieco ponad sto osiemdziesiąt dziesięcin ziemi ornej i łąk oraz kawał lasu, ale - zarządzana sprawnie i nowocześnie - przynosiła przyzwoity dochód, szacowany na kilka tysięcy rubli rocznie. Wśród okolicznej drobnej szlachty zagrodowej i miejscowych zasobnych chłopów - gospodarzy, pan Michał mógł uchodzić za wielkiego bogacza, choć daleko mu było do właścicieli takich folwarków jak Tylwickie czy Topolany. Pan Kalinowski planował przekazać wkrótce ziemię tylko jednemu z prawie już dorosłych synów. Tak rzecz widziała pani Katarzyna, nie dopuszczająca myśli o podziale majątku, choć na razie nie rozstrzygnęła, któremu z wnuków ma przypaść dziedzictwo.

Bardziej do tej roli wydawał się sposobny osiemnastoletni Ignaś.

- Ma zamiłowanie do ziemi - mówiła starsza pani. - To najważniejsze, jeśli chcemy, aby majątek nie przeszedł w obce ręce.

Ignasiowi Kalinowskiemu już od dziecka najwięcej radości sprawiały wakacje i wszystkie te dni, kiedy mógł pracować w polu. Gospodarstwo nie miało przed nim tajemnic, nie bał się żadnej roboty, wszystkim się ciekawił, wszystkiego doglądał.

Nie cieszył się jednak dobrym zdrowiem. Męczył się szybko, łatwo przeziębiał, czasem nawet popadał w omdlenie. Lekarz z Białegostoku, zaprzyjaźniony z rodziną Kalinowskich, tłumaczył to ogólną słabością organizmu.

- Niewiele tu można zrobić. To wrodzona słabość płuc, pewnie po dziadku. Powinien mieszkać na wsi. Miejskie powietrze mu nie służy, potrzebuje otwartej przestrzeni.

Michał Kalinowski zabrał syna ze szkoły przed ukończeniem przez niego czwartej klasy gimnazjum. Planował, że potrzyma chłopaka na wsi rok czy dwa, odchucha, a potem może dzieciak powróci do szkolnej ławki. Minęło jednak kilka lat, Ignaś znacząco nie wydobrzał, a i do dalszej nauki nie zdradzał ochoty. Sprawdzał się natomiast bardzo dobrze jako pomocnik, a z czasem i zastępca ojca w większości spraw gospodarskich. Drobny i chudy, zapadał często na zdrowiu, zaś późną jesień i wczesną wiosnę zwykle spędzał w łóżku, obstawiony lekarstwami. Ale i wtedy nie zapominał o swoich obowiązkach: czytał "Gazetę Rolniczą", planował zasiewy, budowę nowej owczarni, oczyszczenie zarośniętych stawów.

Szesnastoletni Staś Kalinowski mało przypominał starszego brata. Podobny z wyglądu do ojca, był tak jak on zdrowy i niezwykle odporny, ale z charakteru, z zamiłowania do praktyczności, mało ojca przypominał. Nauka przychodziła mu nad podziw łatwo, miał jednak opinię lenia, zainteresowanego nie tym, co wykładano w szkole. Można go było często spotkać z książką w ręku, w domu, w sadzie czy na polu, ale nie były to książki, których czytania wymagano w gimnazjum.

Nie odczuwał przy tym żadnego upodobania do prac rolnych. Czasem pan Michał spodziewał się po nim pomocy i pomoc tę otrzymywał, ale Staś nie dawał jej ani z przekonaniem, ani też z zaangażowaniem. Robił tylko tyle, ile musiał. Rano ojciec wyznaczał mu zadanie i mógł spodziewać się jego wykonania, ale pod warunkiem, że wcześniej bardzo dokładnie wytłumaczył, co i jak ma być zrobione. Staś bowiem przyjmował rzecz po swojemu, nie domyślał się intencji ojca albo udawał, że ich nie odgaduje.

- Wiem, że to konieczność - odpowiadał na uwagi. - Oczywiście, może ojciec na mnie liczyć. Ale trudno mi ukryć, że praca na roli nie bardzo mi odpowiada. Ja bym wolał coś innego...

Michał Kalinowski marszczył brwi.

- Czego ty chcesz? - pytał. - Ziemia potrzebuje pracy, miłości i przywiązania. Tylko wtedy odpłaca się dobrym plonem. Nigdy nie zawiedzie. Twoja babka w koło to powtarza, ale ma rację. Nasza rodzina od pokoleń tak właśnie żyje. Przy ziemi, na ziemi i dzięki ziemi.

- Wiem, ojcze - tłumaczył Staś, zawstydzony swoją odmiennością. - Wiem to i bardzo szanuję. Ale jeśli o mnie chodzi, to marzę o innej przyszłości. Ja, ojcze, chciałbym podróżować, poznawać świat...

Michał Kalinowski pokiwał głową.

- Chwalebny zamiar. Świat jest podobno wielki i interesujący. Zobaczysz go, jak tylko zgromadzisz środki na podróżowanie. Jakże inaczej chciałbyś tego dokonać? Najpierw więc zdobądź pieniądze na podróże, potem jedź.

Nie był zagniewany na młodszego syna. Wzruszał ramionami, czasem zżymał się, ale nie okazywał gniewu. Staś miał także zalety, które stanowiły o jego przydatności w majątku. Wykazywał bowiem duże zainteresowanie mechaniką, co w gospodarstwie bardzo się przydawało. Nie miał jeszcze piętnastu lat, gdy bez niczyjej pomocy naprawiał pługi, brony, a i w młynie okazał się bardzo pomocny. Pan Wudkiewicz, który dzierżawił młyn należący do Kalinówki, nie mógł się go nachwalić. Staś zastąpił kilka elementów drewnianych żelaznymi, sam je zamontował i puścił w ruch. Wszelkie roboty z zakresu mechaniki Staś wykonywał niezwykle łatwo, jakby od niechcenia.

Kalinowski patrzył przez palce na dziwaczne zainteresowania młodszego syna. Staś był może lekkoduchem, trudnym do utrzymania w dyscyplinie, ale na pewno nie był niemądry. Jego niechęć do ziemi wynikała być może z wielokrotnie powtarzanych zastrzeżeń babki Katarzyny, że w Kalinówce nie ma miejsca dla obu braci. Problem leżał jednak także w tym, że Staś, choć nauka przychodziła mu łatwo, wcale nie chciał się uczyć i niewiele wskazywało na to, że znajdzie jakikolwiek dobrze płatny fach poza pracą w rodzinnym majątku.

Według oceny pana Michała, Staś nadmiernie interesował się sprawami odległymi od prawdziwego życia i ojciec martwił się, czy syn porzuci chłopięce marzenia, gdy stanie się doroślejszy. Chłopak naczytał się literatury podróżniczo-awanturniczej, nic dziwnego, że zawróciła mu w głowie. Gdyby czytał inną, poważniejszą, może i myślałby bardziej po dorosłemu. Tymczasem nic na to nie wskazywało. Kalinowski niejeden raz miał ochotę przywołać syna do porządku, ale wszelkie jego wysiłki napotykały na opór babki chłopca. Pani Katarzyna nie pozwalała powiedzieć o Stasiu złego słowa, zawsze tłumaczyła jego zachowanie młodością, rozbujałą wyobraźnią, artystycznym powołaniem.

- Jeszcze będą z niego ludzie - powtarzała, ukradkiem karmiąc łakociami, usprawiedliwiając i łagodząc kary za drobne przewinienia.

Ojciec wzdychał, ale nie umiał się przeciwstawić. Starsza pani zawsze potrafiła wytłumaczyć zachowanie Stasia niewłaściwym postępowaniem innych albo wrażliwą naturą chłopca. Gdy przed kilkoma tygodniami usłyszała, że relegowano go z gimnazjum, omal nie zemdlała.

- Panno Przenajświętsza! I teraz się dopiero o tym dowiaduję?! Za co tym razem?

Pani Katarzyna załamała ręce. Była przekonana, że Staś, który już wcześniej miewał kłopoty w szkole, nie mógł zaangażować się w nic niegodnego. Zawsze była tego pewna. Nawet teraz, gdy chłopca wyrzucono z gimnazjum, ani myślała słuchać o tym, że on sam może nie być bez winy.

Michał Kalinowski wzruszył ramionami.

- Niemało rubli dałem, żeby skarga nie poszła do inspektora. Jakby poszła, sąd pewny.

- Biedne dziecko! - ubolewała pani Katarzyna. - Musi być w strasznym stanie! To taki wrażliwy chłopiec! Taki oczytany, dobrze zna naszą tragiczną historię. Jest wrażliwy, nie może znieść tego kłamstwa wokół, nic dziwnego, że czasem powie coś nieodpowiedniego dla uszu urzędników szkolnych. Hołubić go powinieneś, Michale, nie karcić. To przecież w naszej rodzinie ogniwo, które w przyszłe pokolenia przeniesie nasze zasługi, powołanie, misję.

Michał Kalinowski krzywił się na takie słowa. Rozmowy o tradycji i historii nużyły go, nie dostrzegał w tym praktycznej wartości, a praktykę cenił ponad wszystko. Prawie z lekceważeniem odnosił się do dawnych zasług rodziny.

- Teraz są zupełnie inne czasy, mamo. A historia? Co z historii wynika praktycznego?

- Martwię się twoim nieczułym sercem, Michale - zasmuciła się pani Katarzyna. - Kalinowscy herbu Prawdzic zawsze wypełniali obowiązki wobec kraju, zawsze byli wierni naszej narodowej tradycji. Nie możesz lekceważyć przeszłości. To historia twojej własnej rodziny, ojców i dziadów.

- Spełniam, co należy - sprzeciwił się Kalinowski. - Jestem tylko przeciw niemądrym mrzonkom i brakowi poczucia rzeczywistości.

Starsza pani wzniosła oczy do nieba.

- Dziękuję Bogu, że choć ten wrażliwy chłopiec pamięta o innych powinnościach Kalinowskich. Przechować nasze wartości i nasze tradycje, oto jest obowiązek mój, twój i twoich dzieci. Po wieki wieków. Tak było kiedyś, tak jest teraz i tak będzie w przyszłości. Bo jeśli my o tym zapomnimy, nikt nie będzie pamiętał.

Poszła też zaraz rozmówić się z wnukiem. Staś siedział w sadzie, pod jabłonkami, z książką w ręku. Zerwał się na widok nadchodzącej babki.

- Wiem wszystko - oznajmiła pani Katarzyna. - Wszystko wiem. Bóg cię pocieszy, dziecko, w twoim strapieniu.

Chłopiec stał z niepewną miną. Ojciec zakazał mówić o powodach relegowania ze szkoły.

- Wybacz, babuniu...

Starsza pani objęła serdecznie młodego człowieka.

- Nic nie mów - pocieszyła. - Nic nie mów, ja wszystko rozumiem.

- Ale...

- Nie chcę znać szczegółów. Powiem tylko, że jestem dumna z twojej postawy. Jakże cieszyłby się z tego twój stryjeczny dziadek!

W salonie dworu wisiała makatka, a na niej stara szabla oraz niewielki portrecik szwagra pani Katarzyny. Janek Kalinowski jako szesnastolatek poszedł do powstania. Był w partii sławnego Walerego Wróblewskiego, brał udział w potyczce pod Waliłami, gdzie odniósł zaszczytną ranę. Nie wrócił do Kalinówki, umarł od owych zaszczytów. Tak mówił o swoim stryju pan Michał. Pani Katarzyna czciła pamięć bohatera z wielkim nabożeństwem, z okazji rocznicy jego urodzin zamawiała specjalną mszę w Zabłudowie, a postawę Janka wskazywała wnukom jako wzór do naśladowania.

Teraz Staś Kalinowski kręcił się w miejscu niepewnie, ponieważ nie miał powodów do dumy. Brakowało mu jednak odwagi, aby wyjaśnić babce, że to nie szczytna działalność patriotyczna spowodowała skreślenie go ze szkoły. Wraz z dwoma kolegami wybrał się do teatru, choć gimnazjaliści mieli zakaz uczęszczania do takich przybytków. Byli podochoceni wypitym ukradkowo winem, krzyczeli, klaskali, a na koniec wdali się w bójkę na ulicy. Poszkodowany, uczeń niższej klasy, doznał urazu nosa. Nie chodziło o byle kogo. Był to syn urzędnika magistratu, a ten zażyczył sobie zadośćuczynienia przed sądem. Szczęśliwie, wyrzucenie z gimnazjum i sowita łapówka wręczona ojcu poszkodowanego, załagodziły sprawę.

Staś szybko zapomniał o niebezpieczeństwie, w jakim nagle się znalazł. Był zbyt młody, żeby tracić czas na zamartwianie się niejasną przyszłością. Ta zresztą jawiła mu się jako raczej pociągająca. Miał własne tajemne plany, a termin ich realizacji zbliżał się z każdym tygodniem. Zamierzał, gdy już zdobędzie odpowiednie fundusze, ruszyć w daleki świat. Tam, dzięki swojej odwadze i przemyślności, zdobędzie sławę i pozycję. Zostanie księciem Hindusów, wodzem Indian albo generałem wojsk walczących o wolność w jakimś państwie azjatyckim czy na egzotycznej wyspie, badaczem Afryki lub Ameryki Południowej. Po cichu przygotowywał się do takiego życia. Czytał odpowiednie książki, zbierał potrzebne mapy, w kuferku gimnazjalisty miał kompas i dobrą lornetkę. Nie dysponował jeszcze niezbędnymi pieniędzmi, ale znał na pamięć nazwy wielu walut w różnych państwach i ich kurs.

- Pojadę w świat dla kraju - mówił Staś do babki. - Nie wszyscy mogą zostać tutaj. Muszą być tacy, co poświęcą swoje życie w służbie gdzieś daleko i z dala będą pomagali ojczyźnie, aby wybiła się na niepodległość. Czy Legiony we Włoszech, walka za waszą wolność i naszą, nie są wzorem do naśladowania? Ja, kochana babuniu, nie chciałbym spędzić życia przy kopcowaniu kartofli. Wiem, że będziesz mnie karcić za takie pragnienia, ale czy na pewno tak musi być?

- Nie będę cię karcić - zapewniała pani Katarzyna. - Ty jeden z naszej rodziny myślisz o jej tradycji i przechowujesz historię. Jakże ja, osoba, której szwagier padł w powstaniu, miałabym cię karcić za tak patriotyczną postawę?

Pani Katarzyna po cichu sprzyjała podróżniczym planom wnuka. Wprawdzie nie w takiej wersji, o jakiej marzył Staś, ale zasadniczo nie miała nic przeciw temu. Dawała osłonę jego ekstrawaganckim niekiedy pomysłom, dyskretnie wspomagała też jego wzrastające potrzeby, czyniąc to z radością, bo przecież nie chodziło tu o karciane długi albo niezapłacone rachunki w gospodzie.

- Jeszcze będziesz ze mnie dumna, babuniu - powtarzał Staś, całując ręce starszej pani.

Wobec tak górnolotnych planów, wyrzucenie z gimnazjum było tylko drobną dolegliwością, o której Staś zapomniał, zanim jeszcze skończyły się wakacje. Przyszła jednak pora przyznać się przed babką, dlaczego z początkiem nowego roku szkolnego nie pojechał do gimnazjum. Chciał wszystko wyjaśnić, ale Katarzyna Kalinowska nie oczekiwała tłumaczeń. Staś czuł się okropnie niezręcznie, gdy okazało się, że przez nieporozumienie starsza pani bierze jego wybryki za działalność patriotyczną. Tak była przejęta jego bohaterskimi wyczynami, taką jej one sprawiały radość, że nie miał serca prostować przekonania babki i pozbawiać ją złudzeń. Zdobył się tylko na niepewne zaprzeczenie.

- Nie zasłużyłem, babuniu. Naprawdę nie zasłużyłem...

Ale pani Katarzyna nie pozwoliła mu się wytłumaczyć.

- Wiem, że ci czasem ciężko, wnuku - odpowiedziała uroczystym tonem. - Wierz mi jednak, że żadna ofiara, jaką weźmiesz na siebie w imię wyższego dobra, nie pozostanie bez nagrody. I pamiętaj, że taka ofiara wynika czasem z obowiązku. Szlachectwo zobowiązuje.

SNY PANNY JUSTYNY

Justyna Nowacka od kilku tygodni żyła jak we śnie. Tym bardziej, że często przymykała oczy, a wtedy wyraźnie czuła, jak jej głowa opiera się na piersi Michała Kalinowskiego, widziała jego zatroskany wzrok i czuła zapach fajkowego dymu, którym było przesiąknięte jego ubranie.

Po tamtej wizycie w Kalinówce, gdy tylko wróciła do siebie, rzuciła się do roboty. Nakazała wielkie sprzątanie domu. Trzepano dywany, prano zasłony, odkurzano obrazy, czyszczono meble, myto schody i sień. Cały dom huczał pracami, do których zaangażowano nie tylko służbę, ale i wynajęte we wsi dziewczyny. Panna Justyna nadzorowała wszystko sama, nie chcąc zawracać głowy ojcu, zajętemu gospodarskimi sprawami.

- To zajęcie wymarzone dla mnie - oświadczyła. - Przyda mi się trochę ruchu, a sam się zdziwisz, papo, jak pięknie urządzimy dom.

Pan Jacek Nowacki nie tylko nie miał nic przeciwko tej nagłej aktywności, ale był bardzo zadowolony, że po tygodniach bezczynności znalazła sobie jakieś zajęcie. Po powrocie z Warszawy Justyna nieraz dawała do zrozumienia, że się nudzi na wsi, gdzie nie ma ani ciekawego dla niej zajęcia, ani odpowiedniego towarzystwa.

- Ty, papo, masz swoją ziemię - mówiła. - Ale ja skazana jestem na nudę.

Spędzała czas na spacerach, godzinami siedziała na werandzie, czytała, czasem zajmowała się typowymi kobiecymi robótkami. Wcale nie interesowała się funkcjonowaniem dworu, nawet nie wchodziła do kuchni, nie mówiąc już o pomieszczeniach gospodarskich. Wymagała za to obsługi, bardzo uciążliwej dla służby, ponieważ stale ją kontrolowała i bez ustanku wygłaszała uwagi.

- Nie z tej strony podchodzisz do stołu. Nie tak złożona serwetka. Zrób to jeszcze raz. Zupełnie nie tak powinny leżeć sztućce na stole. Zrób to jeszcze raz.

Sprawdzała nie tylko czystość fartuszków i czepków u obu panien służących, ale krytykowała czystość ich rąk i niedokładnie obcięte paznokcie. Kiedy pewnego razu znalazła w zupie włos, krzyczała przez dłuższy czas i natychmiast kazała oddalić dziewczynę.

Teraz pan Jacek był zachwycony zmianami, które nagle nastąpiły w zachowaniu córki. Z dnia na dzień zaczęła się interesować funkcjonowaniem domu i całego gospodarstwa. Wypytywała o sprawy, którymi dotąd nie zajmowała się w najmniejszym stopniu. Nawet służbie zaczęła okazywać życzliwość. Odłożyła na bok książki, a zajęła się pracami domowymi, nie uważając by uwłaczały jej pozycji płaskie pantofle i fartuch na codziennej sukni.

Jedną z pierwszych decyzji był gruntowny przegląd garderoby. W asyście służącej Justyna wyrzuciła z szaf na łóżko w swoim pokoju wszelkie suknie, palta, kapelusze, bieliznę, buty, od razu dzieląc je na trzy kupki:

- To do wyrzucenia, to zostaje, nad tym się jeszcze zastanowię.

Największy stos powstał z rzeczy przeznaczonych do wyrzucenia. Oczywiście nie chodziło o wyrzucenie do śmieci. Były to jednak ubrania, których córka pana Nowackiego nie zamierzała już zakładać i które planowała rozdać.

- Wybierz sobie, co zechcesz - powiedziała do służącej. - Resztę rozdamy dziewczynom z majątku albo może biednym...

Służąca, która w pierwszej chwili zaniemówiła z powodu tak nieoczekiwanego daru, rzuciła się do przeglądania wszystkiego i dzielenia według własnych kategorii: dla siebie, dla innych.

Wieść o nadzwyczajnej łaskawości panny rozeszła się natychmiast po folwarku, co zaowocowało także i tym, że prace we dworze i wokół domu nabrały wyraźnego przyspieszenia. Wiele dziewczyn otrzymało od pani nieużywane już suknie, bieliznę, a także rozmaite materiały - na pościel, na ubrania - które zostały uznane za zleżałe lub nieprzydatne.

Na koniec Justyna zaprosiła ojca do swojego pokoju i pokazała mocno przetrzebione szafy.

- Chyba czas na odnowienie mojej garderoby, papo - oznajmiła spokojnym głosem.

Pan Jacek przyjął plany córki ze zrozumieniem.

- Jak trzeba, to trzeba.

Musiał sięgnąć głęboko do kieszeni, gdyż potrzeby okazały się daleko większe, niż szacował. Wzdychał, ale ani słowem się nie sprzeciwiał.

- Dobrze, pojedziemy do Białegostoku - zgodził się bez wahania, gdy wyraziła taką ochotę. - Na konieczne zakupy. W granicach rozsądku, oczywiście.

Nie wyjaśnił, co to znaczy, choć podejrzewał, że córka może mieć na temat rozsądku zdanie nieco odmienne niż on. Tydzień później, gdy wracali z miasta, wioząc pełen powóz pudeł i pudełek, nie miał zbyt uradowanej miny, ale też się nie zamartwiał. Najważniejsze było szczęście Justyny. Cóż przy tym znaczy pożyczka na duży procent, zaciągnięta pod zastaw przyszłych plonów?

- Spodziewam się, że jesteś dość zadowolona - zauważył.

- Jestem - potwierdziła z wdzięcznym uśmiechem. - Bardzo dziękuję, papo. Okazujesz mi tyle dobroci.

- Mam cię przecież tylko jedną.

Wracał z pustym portfelem. Jeszcze niemało musiał pożyczyć w kantorku znajomej firmy bankowej przy ulicy Aleksandrowskiej. Nie wprowadzał córki w szczegóły takich operacji, ledwie o nich wspomniał.

- Twoich pieniędzy ruszyć nie pozwolę - zapowiedział wcześniej. - Musisz je mieć na przyszłość, na swoje potrzeby.

Większość poważnych spraw należała do niego, jako do ojca. Wybrał się więc do Banku Handlowego, sprawdził dokładnie wszystkie aktywa, część pieniędzy przeniósł, część ulokował w nowym, dobrym interesie. Martwił się trochę wzrastającymi wydatkami, ale wiadomo, że wydanie córki za mąż to przedsięwzięcie kosztowne.

- Może być kredyt dla pana dziedzica - usłyszał w banku. - Pan dziedzic zawsze dostanie ten towar u nas, póki ma ziemię, a na tej ziemi jakie rośliny. Bez rośliny, panie dziedzicu, nie uchowa się przecież nie tylko człowiek, ale i bydełko. Bydełko bez człowieka rady nie da, człowiek jeszcze by się bez niego obszedł, bo to bywa i bydełko wśród ludzkiego rodzaju. Pan czytasz filozofów? A powinien pan. Każdy ojciec, co ma córkę na wydaniu, powinien. Inaczej zwariuje od rachunków.

***

Panna Justyna spodziewała się wkrótce oficjalnych oświadczyn. Spodziewał się tego także i pan Jacek Nowacki. Wszystko przecież zostało zaaranżowane poprzez matkę przyszłego pana młodego, zostały tylko sprawy zwyczajowe. Wiadomo, że to pani Katarzyna wszystkim zarządza i wszystkim kieruje. Gdy ona powiedziała tak, nie ma siły, żeby stało się inaczej.

Oczywiście trzeba było dać panu Michałowi czas. Musi się przygotować, zanim przyjedzie. Najpierw zaś powinien przysłać kogoś w swoim imieniu. Jacek Nowacki nie uważał tego wprawdzie za konieczne, skoro sprawa została umówiona z panią Katarzyną, ale należało zostawić decyzję panu Michałowi. Może zechce przysłać do Topolan któregoś ze swoich przyjaciół. Ale nie było pośpiechu.

Pewien pośpiech wykazywała co najwyżej panna Justyna. W magazynie kupca Tołłoczko w Białymstoku zamówiła suknię ślubną. Najnowszy, bardzo drogi model, z kremowego atłasu. Mieli ją przysłać z Petersburga.

- Tylko taka suknia na ślub! - zdecydowała Justyna. - Żadna inna!

Pan Jacek nie widział wielkiej różnicy pomiędzy wymarzoną suknią a tą, która wisiała na wystawie sklepu pana Tołłoczko, ale to nie mężczyźni powinni wypowiadać się na temat damskiej mody. Jaka jest różnica pomiędzy rękawiczkami zakupionymi w Zabłudowie a tymi z Warszawy, ze sklepu Prus & Wokulski? Dla mężczyzny raczej niewielka, niewiasty potrafiłyby godzinami dyskutować o różnicach i zaletach.

***

Przed kilku laty, gdy pan Jacek spodziewał się, że córka wzorem innych panien zechce wyjść za mąż, umożliwił wizyty w swoim domu kilku rozmaitym kandydatom. Byli to młodzi, nierzadko wcale bogaci mężczyźni, dobrego pochodzenia i rozległych koneksji, ale żaden nie zdołał skupić na sobie uwagi Justyny dłużej niż przez chwilę. Pan Jacek martwił się takim skutkiem swoich starań, a gdy dużo później usłyszał od córki, że gotowa jest zostać starą panną, zmartwił się jeszcze bardziej.

Nie przypuszczał, że jego poszukiwania narzeczonego idą całkowicie w niewłaściwą stronę i nie mają szans na powodzenie. Justyna nie widziała w młodych panach partnerów dla siebie, gotowa była natomiast rozważyć małżeństwo z kimś znacznie starszym. To pani Katarzyna Kalinowska naprowadziła pana Jacka na taki trop. Zdziwił się, ale przestał się dziwić, gdy się okazało, że pani Kalinowska miała rację. Zabrał córkę do Kalinówki właśnie po to, żeby się o tym przekonać. Po jednej wizycie nie tylko uważał, że coś może wyniknąć z tej znajomości, ale był pewny sukcesu. Justyna zakochała się w dziedzicu, jego matka była przychylna takiemu związkowi. Pozostawało dogadać rzecz z panem Michałem, co nie wydawało się Nowackiemu trudne, skoro pani Kalinowska zamierzała odpowiednio wpłynąć na syna.

***

Pan Jacek Nowacki był zadowolony, że przygotowania córki mają taki poważny i zorganizowany charakter. Panna Justyna nie tylko spisała dokładnie wszystko, co zamierzała zabrać w ramach panieńskiej wyprawy - meble z pokoju, fortepian, niektóre elementy wyposażenia - ale też rodzinne drobiazgi po matce, pamiątki z czasów nauki w szkole i pobytu w Warszawie. Kolejnym etapem było obejście gospodarstwa i obejrzenie go pod takim samym kątem.

- Możesz wziąć, co tylko zechcesz - odpowiedział pan Jacek, gdy go spytała o zgodę. - Choćby i wszystko. Przecież będę do was przyjeżdżał, to posadzisz mnie na mojej dawnej kanapie lub moim dawnym krześle.

Śmiał się zadowolony, widząc przejęcie i podekscytowanie córki.

- Wszystko z twojego panieńskiego pokoju, poza łóżkiem - zauważył. - Będziesz miała tam inne, wygodniejsze...

- Ależ papo! - zaczerwieniła się panna. - Jak można tak mówić!

- Dobrze, dobrze - zamruczał pan Nowacki. - Przepraszam za niestosowne żarty, Justysiu. Chciałem tylko okazać praktyczność.

Spis panny Nowackiej był długi i stale się zmieniał, ponieważ nie było dnia, żeby nie nanoszono w nim zmian i poprawek.

- Czy powinnam wziąć mój lekki powóz, papo? - pytała. - Ten mały. Nie wiem, czy pan Michał ma coś takiego w Kalinówce, a przecież gdyby przyszło mi samej gdzie pojechać...

Pan Jacek nie potrafił rozstrzygnąć wszystkich jej wątpliwości.

- Możesz zabrać, co zechcesz - przypomniał.

- Ale nie wiem, czy tak trzeba, bo może mają co też w Kalinówce. Po co ci aż dwa powozy? Trzeba może dowiedzieć się i wtedy postanowić...

Justyna natychmiast znalazła rozwiązanie.

- Czy dowiesz się tego, kochany papo? Przecież mnie nie wypada dopytywać pana Michała albo jego matki.

Pan Jacek obiecał wywiedzieć się o wszystko i co jakiś czas, gdy spotykał się z Michałem Kalinowskim - czy to w jego domu, czy też w Zabłudowie - tak umiejętnie prowadził rozmowę, że otrzymywał kolejno odpowiedzi na dręczące córkę pytania.

- Faktycznie, lekkiego powozu nie ma - powiadał później. - Ale sań są cztery pary, w tym zupełnie małe, na jedną osobę.

Zaaferowana Justyna nanosiła na swoją listę kolejne uzupełnienia, czasem tylko coś skreślając, bo wszystko zdawało się jej potrzebne i ważne. Ojciec, choć uważał takie zachowanie za przesadne, nie gasił jej entuzjazmu.

- Powinnam chyba poćwiczyć jazdę konno - zastanawiała się, marszcząc nosek. - Jak sądzisz, papo?

Nowacki podniósł brwi zdumiony.

- Konno? Myślałem, że już nigdy nie polubisz tej rozrywki.

Panna uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

- Pan Michał lubi spacerować wierzchem, już mi proponował towarzystwo. Nie chciałabym sprawić mu zawodu.

Pan Jacek pochwalił zamiar. Córka była naprawdę zakochana, skoro ważyła się pokonać dotychczasowe uprzedzenia.

Panna Justyna nie przepadała bowiem za jazdą konną. W siodle siedziała tylko wtedy, gdy była u siebie, na wsi. Nie znajdowała w tym wielkiej przyjemności. Choć w stajni Topolan było kilka dobrze ułożonych, spokojnych wierzchowców, nader rzadko ich używała. Wolała podróże bryczką czy innym lekkim pojazdem, zwłaszcza jeśli powozili nimi inni - ojciec lub ktoś ze służby. Nie miała też upodobania w zajęciach związanych z jazdą wierzchem. Nie potrafiła osiodłać klaczy oddanej do jej wyłącznego użytku, a i samo zwierzę dotykała nie inaczej, jak poprzez rękawiczkę.

Pan Jacek zwracał uwagę, że aby poczuła się pewnie i swobodnie, konieczna jest pewnego rodzaju przyjaźń ze zwierzęciem, a przynajmniej znajomość. Córka jednak nie zamierzała stosować się do jego nauk, ograniczając jeżdżenie w siodle do sytuacji rzadkich i wyjątkowych.

- Nie lubię jeździć - powtarzała. - Jeżdżę, skoro muszę, ale trudno mi zrozumieć, jaką można mieć w tym przyjemność, nawet, jeśli to użyteczne.

Ta postawa była bardzo dobrze znana w Topolanach, więc gdy niespodziewanie panna Justyna zapowiedziała na następny dzień dłuższą przejażdżkę, wywołała ożywione komentarze służby. Rano koń był gotowy - spokojna, srokata klaczka imieniem Sonata. Justyna dosiadła ją, ubrana w szarą amazonkę. Nie powiedziała, w którą stronę zamierza się udać, ani kiedy planuje powrócić.

Już w poprzednim miesiącu podjęła taką podróż. Wejście na siodło bez niczyjej pomocy sprawiło pannie Nowackiej niejaką trudność, ale udało się po trzeciej próbie i mogła ruszyć. Pojechała w stronę Kalinówki z niejasną nadzieją, że spotka pana Michała Kalinowskiego. Powinien być w majątku i pilnować roboty, trwały przecież wykopki.

Widziała pracujących na polu - nisko pochylone chłopskie sylwetki, zbierające kartofle do wiklinowych koszy, które mężczyźni odnosili na wozy, fornalki. Na wszystkich polach w okolicy było podobnie, ludzie spieszyli się, korzystając ze sprzyjającej pogody.

Żadna z sylwetek nie była podobna do Michała Kalinowskiego, co panna Justyna stwierdziła z przykrością. Rozglądała się za nim, jeździła tu i tam polnymi drogami w pobliżu pracujących. Nie zapytała jednak o pana Michała, a nikt jej nie powiedział, gdzie podział się pan dziedzic. Zawiedziona zawróciła do domu. Z ulgą zsiadła na ziemię, obolała. Nie rozumiała, jaką przyjemność można czerpać z konnej jazdy.

W następnym tygodniu znowu jednak wybrała się na przejażdżkę.

- Kiedyś go przecież spotkam!

***

Dzień był pogodny i Ignaś Kalinowski, w grubym palcie, okutany w wełniany szal, wyszedł na spacer. Zamierzał ocenić zakres prac niezbędnych do urządzenia stawów rybnych w Kalinówce, co miało podnieść wydajność majątku.

Stawy były dwa, leżały prawie o wiorstę na wschód od dworu.

Przed laty pradziadek Ignasia kazał powiększyć dwa naturalne zagłębienia w ziemi, położone tuż przy małej rzeczułce. Rzeczka ta, Czarna, miała źródła niedaleko w kierunku północnym, biegła zaś na południe przez pola, w coraz bardziej się obniżającym terenie, by w końcu niedaleko Kaniuków wpłynąć do Narwi.

Stawy nigdy nie były wykorzystywane z zgodnie z pierwotnym założeniem. Pomysłodawca umarł wkrótce po rozpoczęciu prac, a potem nie znaleziono środków, aby je kontynuować. Zasilane wodą z Czarnej, szybko porosły trawą i zielskiem, zabagniły się. Stały się w końcu tylko błotnistymi powierzchniami, wokół których ziemia o każdej porze roku była nadmiernie wilgotna i nie służyła niczemu. Pobliskie łąki dawały natomiast dobre siano, jednak, zdaniem Ignasia, mogłyby przynosić o wiele więcej.

Tego dnia Ignaś Kalinowski wybrał się do stawów, by obejrzeć wszystko raz jeszcze, dokładnie wymierzyć, zastanowić się nad zakresem robót i ostatecznie postanowić, czy będą one opłacalne.

Od domu trzeba było przejść obok stajni, potem polami, gdzie uprawiano łubin i len, a dalej łąkami. Owce pasły się tu swobodnie, nie wychodząc poza wyznaczony obszar. Łąki od zachodu ochraniało ogrodzenie z żerdzi, od wschodu rzeczka, wątłe laski zaś od północy. Od strony dworu przekopano niewielki rów melioracyjny, zasilający łąki w wodę z Czarnej. On też stanowił granicę pastwisk.

Ignaś dotarł na miejsce zgrzany i spocony. Dzień był cieplejszy, niż mu się wydawało, gdy wychodził z domu. Teraz musiał rozpiąć palto i zdjąć szal. Powiesił je na krzakach i ochoczo wziął się do roboty. Jeszcze w drodze, w leszczynie niedaleko domu, wyciął kilka długich prętów, których teraz używał jako miary. Chodził wokół stawów, mierzył długość i szerokość, wtykał tyczki w wodę i błoto, sondując głębokość. Efekty nie wypadły szczególnie zadowalająco. Stawy okazały się płytsze, bardziej błotniste i zarośnięte, niż sobie wyobrażał. Nadto podczas badań i obliczeń dwa razy zapadł się w mokrym gruncie aż po kolana, przemoczył buty i nogi. Nareszcie wyszedł na wolną przestrzeń, suchą i osłoniętą od wiatru, przy krzakach, gdzie zostawił szalik. Owinął szyję, po czym przykucnął i studiował poczynione notatki.

Kobieta na koniu pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Nadjechała od wschodu, nie wiadomo kiedy i którędy. Wyglądała na zagubioną, rozglądała się niepewnie, szukając drogi.

Ignaś podniósł się i zawołał. Zaskoczona, zbyt gwałtownie ściągnęła wodze, koń szarpnął się i pani omal nie spadła na ziemię.

- Przepraszam - pospieszył Ignaś z wyjaśnieniem, chwytając za uzdę. - Nie zamierzałem pani przestraszyć.

Uspokoił konia, odsunął się i uchylił kapelusza.

- Jeśli wolno spytać, co pani tutaj robi?

Elegancka pani w damskim siodle, choć zaskoczona dziwnym strojem młodego mężczyzny, nie oceniła go jako niebezpiecznego.

- A pan? - odpowiedziała pytaniem.

- Jestem u siebie. To pani zapewne się zgubiła...

- Jadę do Kalinówki - wyjaśniła kobieta. - Czy to dobra droga?

- Droga? - roześmiał się Ignaś i pokazał na dół swojego ubrania. - Pani zapewne do mojego ojca?

- Ach! - domyśliła się kobieta. - Więc mam przyjemność z młodym panem Kalinowskim. Czy pan Stanisław?

Ignaś ponownie ukłonił się kapeluszem, odsunął też szalik, uświadomiwszy sobie, że pewnie wygląda dziwacznie.

- Ignaś - wyjaśnił. - To znaczy Ignacy. Stanisława starszy brat. Obawiam się, że ojca nie ma w domu. Wczoraj pojechał, ale zdaje się, że dzisiaj ma wrócić. Może nawet jest już w domu. Pozwoli pani, że odprowadzę?

- Ja właściwie do starszej pani - tłumaczyła się nieznajoma. - O, proszę wybaczyć. Jestem Justyna Nowacka.

- Z Topolan - dodał Ignaś domyślnie.

Ponownie wziął konia za wodze, aby go poprowadzić, ale panna Justyna poprosiła, żeby pozwolił jej zejść z siodła.

- Chętnie się przespaceruję - wyjaśniła.

Nie przyznała się, że długa jazda konna bardzo ją zmęczyła. Ignaś przytrzymał wodze, podając pannie dłoń, by mogła się wesprzeć.

- Obawiam się - powiedziała - że nie jestem najlepszym jeźdźcem.

- Ależ nie - zapewnił. - Pięknie pani na koniu.

Justyna Nowacka doceniła komplement oraz uprzejmość panicza Kalinowskiego. Szła obok, jedną ręką przytrzymując poły sukni. Od razu wyczuła w nim bratnią, otwartą duszę. Nic nie wiedziała o Ignacym Kalinowskim, ledwo o nim słyszała. Sposób, w jaki był ubrany, przekonał ją, że nie przywiązuje wagi do form zewnętrznych i zapewne gustuje w samotności.

- Powinnam się ubierać po męsku na takie okazje - zauważyła po chwili. - Niektóre moje znajome nie widzą w tym nic niestosownego.

- To dobry pomysł - przytaknął się Ignaś. - Ojciec z pewnością zgodziłby się z takim zdaniem. Jest wielkim zwolennikiem praktycznych rozwiązań.

Panna Justyna zapamiętała sobie tę uwagę. Koniecznie powinna ubrać się po męsku na następną przejażdżkę.

Pół godziny zajęła im droga do dworu. Ignaś Kalinowski bawił pannę Justynę opowieściami o rodzinie, polach, plonach i gospodarstwie. Patrzyła na niego kątem oka z wielkim zaciekawieniem. Mało przypominał pana Michała fizycznie, ale najwyraźniej wiele wiedział o sprawach gospodarskich.

- Ojciec zapewne ma w panu wielką pomoc - domyśliła się. - Mój niestety nie może na mnie liczyć w tym zakresie. Zupełnie nie znam się na sprawach gospodarskich. A że nie mam brata, jest skazany na brak pomocy...

- Pan Nowacki radzi sobie bardzo dobrze - pochwalił Ignaś. - Wszyscy wiedzą, jak ładnie stoją Topolany.

- Doprawdy tak mówią? - ucieszyła się Justyna.

Doszli już do stajni, dwóch długich drewnianych budynków, stojących naprzeciw siebie. Droga wiodła pomiędzy nimi. Poprzez otwarte wrota widać było ludzi pracujących wewnątrz. Ignaś zaproponował, że pokaże najlepsze konie, ale panna Justyna chciała iść dalej.

- Może innym razem. Chciałabym odwiedzić panią Katarzynę, po to tu przecież przyjechałam.

Ignaś zawołał chłopaka stajennego i przekazał mu klaczkę Justyny.

- Zadbaj o nią - polecił. - Jest nie tylko piękna, ale i wiele warta.

Poprowadził gościa dalej ku domowi, zapewniając, że starsza pani bardzo się z wizyty panny Nowackiej ucieszy.

- Niedawno wspominała o pani.

- Naprawdę? - ucieszyła się Justyna.

- Spodziewała się pani. Ale nawet gdyby tak nie było, na pewno będzie zadowolona. Czasem narzeka na brak towarzystwa pań i mówi, że będzie umierać. Ale tego nie brałbym z przesadną powagą.

Mówił to wesołym tonem i panna Justyna zrozumiała, że Ignaś jest przyzwyczajony do kaprysów babki.

- Natychmiast pocieszę starszą panią - zapewniła z uśmiechem. - Naturalnie, jeśli potrafię.

- Nie mam co do tego wątpliwości - w podobnym tonie odpowiedział Ignaś i kichnął głośno. - Proszę wybaczyć, ale powinienem się natychmiast przebrać...

- Radzę sok z malin do herbaty - podpowiedziała Nowacka. - I dziękuję panu za miłą przechadzkę.

***

Pani Katarzyna Kalinowska leżała w łóżku z bólem gardła. Nakryta kołdrą po szyję, popijała herbatę z naparem z kwiatu lipowego i narzekała, że nikt się nią nie interesuje.

- Już nikomu nie jestem potrzebna - mówiła. - Ledwie mnie zauważają. Jakbym umarła, mało by to wszystkich obeszło...

Słuchaczką jej głośnych pretensji była przede wszystkim Wacia Potocka, blisko czterdziestoletnia, trochę służąca a trochę panna do towarzystwa. Cierpliwie słuchała narzekań i opowieści o bólach pojawiających się to tu, to tam, podawała lekarstwa i rady. Rezydowała w Kalinówce od kilkunastu lat, nabyła nie tylko odporności na kaprysy starszej pani, ale i nauczyła się przeprowadzania rozmów w taki sposób, by nie wywoływać jej gniewu.

- Nikomu nie jestem potrzebna - narzekała Katarzyna Kalinowska. - Nawet jedyny syn nie ma czasu dla rodzonej matki.

- Nie wolno tak mówić - zauważyła Wacia z przejęciem. - Pan Michał zapewne coś ważnego miał do załatwienia, taki elegancki pojechał. Przecież wiadomo, jak on panią Katarzynę uważa. Niech pani Katarzyna tak nie mówi, bo jakie nieszczęście wywoła...

Wacia, wysoka i sucha, z okularkami o grubych szkłach na przydługim nosie, stanowiła typ rzadki, bo skończenie pesymistyczny. Zawsze miała pod ręką jakąś opowieść o ludzkich nieszczęściach i przy opowiadaniu nie szczędziła okrutnych i przerażających szczegółów.

- Jeden taki krawiec z Zabłudowa miał brata, a ten brat był kaleka, bez ręki się urodził. To ten starszy utrzymywał jego i całą rodzinę, a sam miał ze dwanaście dzieciaków. Jednego razu, jak poszedł na targ, to dzieci ogniem się bawiły i wybuchł wielki pożar. Paliło się okropnie, aż trzeszczało. Ten krawiec zobaczył pożar, jak na targu był i w te pędy poleciał do domu. Patrzy, a tu domu już nie ma i rodziny prawie nie ma, bo co mniejsze dzieciaki to się na skwarki spiekły. A jak stał i płakał nad tą stratą, to nadjechała straż ogniowa i koń z zaprzęgu wpadł pomiędzy te dzieciaki, co stały, i dwoje następnych na śmierć stratował... Wtedy ten krawiec...

Wacia prawie nigdy nie mogła doprowadzić historii do końca, gdyż pani Kalinowska dochodziła do konstatacji, że jej nieszczęścia są niczym w porównaniu do nieszczęść innych.

Tak było i tym razem. Pani Katarzyna nagle poczuła się nieco lepiej, a gdy dano znać, że przyjechała panna z Topolan, to już całkiem dobrze.

- To taka dobra dziewczyna! - zawołała na wiadomość starsza pani. - Ona mi dotrzyma towarzystwa.

Powitała gościa niezwykle serdecznie.

- Moja kochana, sprawiłaś mi wielką, piękną niespodziankę - zawołała na powitanie.

Justyna była bardzo zadowolona z takiego przyjęcia i bez sprzeciwu zgodziła się zostać na obiedzie. Przy stole siedział też Ignaś Kalinowski, najwyraźniej pełen podziwu dla gościa, co nie mogło ujść uwagi jego babki.

- Cóż tak patrzysz? - spytała go później, gdy byli sami.

- Domyśliłem się, że to ona, babuniu - uśmiechnął się Ignaś. - To pannę Justynę miałaś na myśli, mówiąc że ojciec zastanawia się na powtórnym ożenkiem.

Pani Katarzyna zmarszczyła brwi.

- Może tak - odpowiedziała. - Ale żebyś przy niej słowa o tym nie wspomniał. Jest delikatna i wrażliwa, trzeba z nią postępować umiejętnie.

Ignaś był pewny swoich możliwości.

- Niech babunia się nie martwi - oznajmił. - Potrafię się zachować.

Starsza pani przyglądała się wnukowi uważnie.

- Jesteś prawie dorosły - zauważyła. - To cię i nie powinno zdziwić moje pytanie.

- Nie zdziwi, babuniu.

- Co myślisz o zamiarach swojego ojca?

Ignaś, zadowolony, że go pytają o opinię, wypowiedział ją z odpowiednim namysłem.

- To miła i całkiem ładna panna - zauważył. - Wprawdzie, jak sama mówi, zupełnie nie zna się na gospodarstwie, ale poza tym wydaje mi się bardzo interesująca.

- Zatem nie będziesz uważał, że ojciec robi niedobrze?

- Oczywiście, że nie - zapewnił Ignaś. - Jeśli mnie pytasz, babuniu, nie widzę żadnych przeszkód.

Rozmowa odbyła się późnym popołudniem, gdy panna Justyna wspomniała, że powinna już ruszać w powrotną drogę.

- Wydaje mi się, babuniu, że nie powinna jechać konno - stwierdził Ignaś zatroskany. - Nie jest dobrym jeźdźcem. Sama pewnie o tym nie wspomni, ale moim zdaniem siodło nie bardzo jej służy. Czy każesz ją odwieźć?

Pani Katarzyna spojrzała na wnuka z zastanowieniem.

- Pomysł dobry, ale nie wypada posyłać jej samej. A wysłać tylko ze służącym, tym bardziej. Chyba, że ty pojedziesz... To kawałek drogi. Czy czujesz się na siłach?

- Chętnie pojadę, babuniu. Ona będzie bezpieczna przy mnie, odbędzie drogę wygodniej.

Pani Katarzyna pochwaliła takie rozwiązanie.

***

Justyna Nowacka nie doczekała się Michała Kalinowskiego. Wbrew zapowiedziom, nie powrócił do późnego wieczora. Justyna chciała wracać już wcześniej, ale pani Katarzyna, bardzo zadowolona z towarzystwa, zatrzymywała ją usilnie.

- Poczekaj jeszcze odrobinę, moja droga - przekonywała. - Powinien niedługo wrócić. Szkoda, byście się nie widzieli.

Justyna wahała się, ponieważ zbliżał się wieczór i bała się wracać po zmroku.

- Nie martw się - pocieszała gospodyni. - Każę cię odwieźć bezpiecznie do Topolan. To przecież nie na koniec świata, a i samej przecież nie puszczę po ciemku.

Była uśmiechnięta i rozpromieniona. Obecność młodej kobiety bardzo dobrze jej zrobiła.

- Widzisz, Ignasiu - uśmiechnęła się do wnuka. - Prawie jestem zdrowa. To dzięki Justysi.

Panna Nowacka przystała na propozycję starszej pani, choć wyraziła obawę, czy nie nadużywa gościnności.

- Nic podobnego - zastrzegła pani Kalinowska. - Posiedzimy jeszcze, porozmawiamy, a potem Ignaś cię odwiezie. Żaden kłopot, zapewniam cię. Zwłaszcza, że ma coś do załatwienia po drodze.

- Skoro tak to wygląda... - panna Justyna podziękowała, poruszona dobrocią starszej pani.

Ignaś Kalinowski sam zaprzągł konia do bryczki i przygotował miękkie siedzenie dla pasażerki. Wierzchowca uwiązał krótko za powozem. Przygotował też latarnię, ale nie spodziewał się, że będzie jej używał na polnej drodze. Chyba dopiero w Zabłudowie, żeby bezpiecznie przejechać przez miasto.

Pomógł pannie Justynie zająć miejsce, przejęty swoim zadaniem.

- Jesteśmy gotowi - zameldował. - Czy życzy sobie pani czegoś jeszcze?

- Dziękuję - odpowiedziała Justyna.

Była oszołomiona atmosferą domu, ciepłym przyjęciem, serdecznością, grzecznością. Pani Katarzyna Kalinowska stała w progu i żegnała ją uprzejmie.

Wcześniej wygłosiła kilka ważnych dla Justyny zdań.

- Moja droga - starsza pani rozmawiała z nią w cztery oczy. - Jestem dość doświadczona, żeby pozwolić sobie na mówienie wprost. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe.

- Będę wdzięczna za każdą uwagę i każdą radę - zapewniła dziewczyna.

Pani Katarzyna uśmiechnęła się dobrotliwie.

- Może trudno ci w to uwierzyć, drogie dziecko, ale też kiedyś byłam młoda i jeszcze trochę pamiętam, co czasami mówi dziewczęce serce. Rozumiem twój stan, zapewniam cię. Ale przyjmij radę osoby starszej i bardzo ci życzliwej. Młodość jest pospieszna, skora nie tylko do słów, ale i do czynów. Z wiekiem przychodzi rozwaga, namysł, zastanowienie. Proszę więc, byś pamiętała o tym, gdy stawiasz sobie rozmaite pytania, na które nie ma jeszcze odpowiedzi. Daj Michałowi czas na zastanowienie, na ułożenie wszystkiego w głowie, a może i na porzucenie pewnych nawyków.

- Rozumiem - uśmiechała się Justyna. - Obawiałam się, żeby nie zostać wziętą za osobę natrętną i narzucającą się.

- Nikt tak tego nie widzi - zapewniła pani Katarzyna. - Cieszę się, że tak dobrze się rozumiemy. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy miały więcej okazji do spotkań i rozmów. Niech tylko Michał, nasz Michał, dojrzeje...

MATKA I SYN

Jan Suma, stróż kamienicy pod numerem czternastym przy ulicy Mikołajewskiej w Białymstoku, miał udany dzień. Jak zwykle we czwartki, przyszedł pan Kalinowski. Wcześniej jednak niż zwykle, bo przeważnie zjawiał się dopiero wieczorem. Ale Suma był przygotowany już od rana i gdy gość zastukał do stróżówki, mógł odebrać przygotowany bukiecik kwiatów. Kwiaty kupowała w oznaczone dni żona stróża i trzymała je potem w szklanym wazoniku, żeby nie zwiędły. Pan dziedzic płacił za bukiecik aż dwadzieścia kopiejek, a następnie szedł do znajomej sobie lokatorki na pierwsze piętro.

Tego dnia Jan Suma kłaniał się bardziej uniżenie niż zwykle, ponieważ okazało się, że dostał całe pół rubla. Warto było się kłaniać. Znał dziedzica Kalinowskiego od dawna, widywał go trzy-cztery razy w miesiącu. Pan Kalinowski odwiedzał znajomą dość regularnie, często zostawał na noc, czasem przychodził bardzo późno i trzeba było otwierać bramę. Zdarzało się, że prosił o pomoc, za którą płacił dodatkowo. Węgla przynieść, w piecu napalić, przynieść co ze sklepu, naoliwić zamek w drzwiach.

Lokatorkę z pierwszego piętra stróż też oczywiście znał. Elegancka kobieta, zawsze w bardzo szerokich kapeluszach. Nazywała się Helena Mittag, nie do końca wiadomo, panna czy wdowa, dawała podobno lekcje rysunku. Rzeczywiście, kilkakrotnie przychodzili jacyś uczniowie, dziewczynki i chłopcy, prowadzeni przez matki lub służące. Ale chyba za wiele nie zarobiła, lekcje szybko się skończyły. Nie dziwił się, nie jego sprawa. Panna Mittag płaciła czynsz regularnie, ani dnia spóźnienia, więc nie miał powodu się uskarżać. Właściciel kamienicy, Abram Łapidus, co sam mieszkał przy ulicy Pocztowej, nigdy go nie prosił, by upomniał lokatorkę z pierwszego piętra.

- Jak tam sprawy? - zapytał stróża pan Kalinowski.

- Wszystko w najlepszym porządku, wielmożny panie - zapewnił Suma, chuchając na pieniądz i kłaniając się raz po raz. - Dostarczyli ten obraz, co pan dziedzic zamówił. Od razu powiesiłem.

- Doskonale, doskonale - skinął pan Michał i szybkim krokiem skierował się do oficyny.

Panna Helena Mittag, trzydziestoletnia, dość ładna kobieta o pełnych, posągowych kształtach, czekała na Michała Kalinowskiego w czwartkowe późne wieczory, gdy wracał z partyjki kart, z przygotowaną kolacją i butelką szampana.

Lubiła kolor różowy. Miała w mieszkaniu różowe tapety, różowe obicia na meblach, różową pościel. Jej jedwabny szlafrok był oczywiście różowy.

- Jak dobrze, że już jesteś! - zawołała na widok Kalinowskiego. - Nigdy się ciebie doczekać nie mogę.

Chwyciła gościa za rękę, wprost wciągnęła do mieszkania. Nie puszczając jego dłoni, szybko zamknęła drzwi i poprowadziła do wnętrza. W największym pokoju, nazywanym salonem, zasłony na oknach były różowe. Na stoliku, przykrytym białym i różowym obrusem, czekała przygotowana zastawa.

- Jak możesz pozwalać, bym usychała z tęsknoty? - żartobliwym tonem wyrzucała panna Mittag.

Michał Kalinowski pocałował ją w czubek nosa. Otworzył szampana, napełnił kieliszki.

- Co to za okazja? - zapytał. - Dopiero w zeszłym miesiącu miałaś urodziny.

Panna Mittag zmarszczyła nosek.

- Nie pamiętasz? Jak możesz nie pamiętać?! Przecież to rocznica naszego poznania!

Mężczyzna skinął głową.

- Aha.

Była zmartwiona taką reakcją.

- Czyżbyś mnie już nie kochał? - spytała, przytulając się.

- Tak szybko?

Michał Kalinowski pokręcił głową.

- Nie przywiązuję wielkiej wagi do rocznic - wyjaśnił z uśmiechem. - A co do kochania, zaraz się przekonasz.

Zachichotała rozbawiona. Odstawiła kieliszek na stolik, odeszła nieco, wyjęła z fryzury szpilkę i kilkoma ruchami głowy pozwoliła włosom rozpuścić się na ramiona.

- W co się dziś bawimy? - spytała zachęcająco.

Michał Kalinowski pokręcił głową, nie wstając z krzesła.

- Jestem dziś dość zajęty, mam tylko chwilę.

Kobieta zrobiła zawiedzioną minę.

- Och, jaka szkoda!

Skinął ku niej ręką.

- Nie traćmy czasu. Chodź do mnie.

Panna Mittag podeszła, rozpinając szlafrok.

- Znowu na krześle? - spytała zalotnie. - To nie jest najwygodniejszy sposób.

- Ale przyjemny. No chodź, mam niewiele czasu. Muszę zaraz iść na policję.

Usadowiła się na kolanach mężczyzny, miękkimi, ciepłymi wargami całowała go po oczach.

- Tak się przestraszyłam, jak mi powiedzieli o tym napadzie...

Wzruszył ramionami i delikatnie pogłaskał ją po nagich plecach.

- Nie myśl o tym - zamruczał. - Nic się przecież nie stało.

Odchylił głowę do tyłu, gdy zaczęła rozpinać mu ubranie.

- Jak miło - westchnął.

- Zawsze mówisz, że mam ciepłe rączki...

***

Rudolf Krantz siedział za wielkim, dębowym biurkiem, kciuki trzymał w kieszonkach czarnej kamizelki i patrzył przez okno na zakurzoną ulicę Bazarną, zapełnioną pojazdami i ludźmi. Gwar i turkot dobiegały do budynku nawet przez zamknięte okno.

Krantz był niewysoki, okrągły i gruby. Miał fizjonomię dobrego wujaszka, co to zawsze ma kieszenie wyładowane łakociami i częstuje nimi nie tylko swoich ulubionych kuzynów, ale wszystkie napotkane dzieciaki. Tyle, że nie był dobrym wujkiem. Starszy detektyw Rudolf Rudolfowicz Krantz był najlepszym agentem śledczym tajnej policji w tej części Cesarstwa.

Tego dnia nie był jednak w najlepszym humorze. Rudolf Krantz był świetnym policjantem, wielokrotnie chwalonym i nagradzanym przez przełożonych, ale lata pracy nie dały mu dość satysfakcji. Pracował w prowincjonalnym Białymstoku, skąd niebywale daleko do Moskwy i Petersburga, a tylko tam można było zrobić prawdziwą karierę. Ulica Fontanka 16 to adres, pod którym powinien pracować. W głównej siedzibie Ochrany w Petersburgu mógłby rozwinąć skrzydła, a tymczasem tułał się po peryferiach Rosji. Co z tego, że dorobił się opinii najlepszego agenta we wszystkich zachodnich guberniach? Cóż z tego, że dosłużył się stopnia starszego detektywa? Praca dawała mu zadowolenie, ale coraz częściej myślał, że nigdy nie zostanie doceniony tak, jak na to zasługuje. Może za kilka lat, gdy osiągnie już wiek przedemerytalny, przeniosą go do stolicy. Może nawet trafi do Wydziału Pałacowego i będzie mógł widywać Cesarską Rodzinę. To wprawdzie zaszczyt, pensja też wysoka, ale w sensie zawodowym to nuda i poczucie niespełnienia.

Latami marzył, aby skierowano go na naprawdę odpowiedzialny odcinek, najlepiej do wydziału paryskiego. Tam dopiero mógłby wykazać się inicjatywą, pomysłowością i tak chwalonym przez przełożonych instynktem agenta. Zwalczać wrogów Rosji w Paryżu - to było marzenie Krantza, a jeśli już nie tam, to chociaż w centrali w Petersburgu. Na Fontance na pewno łatwiej byłoby mu przedstawić swoje pomysły i szybciej znalazłyby one zrozumienie i poparcie.

Tymczasem zajmował się wykrywaniem drobnych oszustów, ściganiem prowincjonalnych anarchistów, a nierzadko i wariatów. Nie miał już niemal nadziei na kierowanie naprawdę dużymi operacjami. Prawdziwą karierę robili inni.

Zastukano do drzwi i Krantz zerwał się z miejsca ze zwinnością, której trudno byłoby się spodziewać po jego okrągłej, pulchnej sylwetce. Na twarzy miał uprzejmy uśmiech, dłoń wyciągniętą do powitania.

- Witam, witam pana dziedzica! Jak miło, że pan dziedzic zechciał mnie odwiedzić.

Michał Kalinowski uścisnął podaną dłoń, ale nie odpowiedział uśmiechem.

- Otrzymałem zaproszenie - zauważył. - Żandarm je przyniósł.

Rudolf Krantz udał, że nie dostrzegł ironii, uprzejmym gestem wskazał gościowi krzesło.

- Jestem zobowiązany, że pan dziedzic był łaskaw nie odkładać tej wizyty. Proszę wybaczyć, że zaproszenie posłałem tak niezręcznie. Ale sam pan rozumie, zależało mi na pośpiechu. Schwytaliśmy ludzi, którzy napadli na pana dziedzica, trzeba ich teraz przykładnie ukarać. Bezpieczeństwo, drogi panie Kalinowski, bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Na blacie biurka nie miał żadnych akt, jak gdyby rozmowa miała mieć charakter wyłącznie towarzyski. Wyciągnął w stronę rozmówcy pudełko z cygarami.

- Prawdziwe wirginijskie - zachęcił.

Kalinowski odmówił gestem, detektyw zastanowił się i także zrezygnował z palenia. Zamknął pudełko, schował je do szuflady biurka.

- Dawno chciałem już pana poznać - oświadczył z przyjacielskim uśmiechem. - Jakoś nie było okazji, a teraz okazja jest ze wszech miar przykra...

- Niby dlaczego? - spytał sucho pan Michał.

Uśmiech Krantza przygasł, ale tylko na sekundę.

- Chciałem pogratulować panu dziedzicowi postawy - oznajmił. - Dać sobie radę z miejscowymi żulikami, i to trzema naraz, nie każdy potrafi! Gdyby wszyscy obywatele zachowywali się w taki sposób, znacznie mniej mielibyśmy roboty.

Michał Kalinowski nie wykazał zrozumienia dla tej opinii.

- Niezupełnie się zgadzam - zauważył bez uśmiechu. - Po pierwsze, było ich tylko dwóch. A dalej, co pan i pańscy koledzy mieliby wtedy do roboty? Wydalibyście kolejną wojnę dzieciom?

Starszy detektyw Krantz skrzywił wargi niezadowolony. On sam również uważał to za duży błąd. Aresztowanie grupy gimnazjalistów przed kilkoma miesiącami nie przynosiło zaszczytu tajnym służbom Jego Cesarsko-Imperatorskiej Mości. To niepotrzebne śledztwo wzburzyło opinię całego miasta. Nie tylko mieszkańcy, ale zwykłe śmiecie i łajzy drwili z policji, że walczy z dzieciakami.

- Więc i pan, panie dziedzicu, żywi do nas takie uprzedzenia? - zapytał zmartwiony. - Szkoda, szkoda. Naprawdę szkoda...

Rudolf Krantz był po prostu wściekły, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. Nie lubił takich pewnych siebie, aroganckich ziemian. Nie lubił ich, a musiał udawać, że liczy się z ich zdaniem i pracuje w ich interesie. Wcale tak nie było. Ochrana nie jest od tego, żeby jakiś tam obywatel Kalinowski czuł się bezpieczny. Ochrana jest od tego, żeby państwo czuło się bezpieczne od takich obywateli.

Ale Rudolf Krantz był doświadczonym policjantem i wiedział, że musi umieć udawać. Nawet przed kimś takim jak dziedzic Kalinowski.

- Trafienie! - sztywno skłonił głowę. - Pan dziedzic ugodził mnie, że tak powiem, w samo serce. Ale á propos. Czytałem zeznania, jakie pan dziedzic złożył po napadzie. Mogę zobaczyć ten przedmiot, który służy panu do fechtunku?

Pan Michał bez słowa położył na biurku laskę. Policjant wziął ją ostrożnie do ręki, obejrzał pod światło rączkę, znalazł przycisk mechanizmu, pstryknął nim, a następnie wyjął stalowe ostrze z drewnianej obudowy.

- Ładna rzecz! - ocenił z uznaniem. - I praktyczna.

Obejrzał wszystko dokładnie, schował ostrze do pochwy, wyjął, znowu schował, a wreszcie odłożył laskę na biurko. Gdy Michał Kalinowski sięgnął po nią, Krantz przytrzymał przedmiot na blacie.

- Niestety - powiedział z przepraszającym uśmiechem. - Jestem zmuszony zatrzymać ten drobiazg.

- Po co?

- Jako dowód w sprawie.

- W jakiej sprawie, jeśli łaska?

Rudolf Krantz założył kciuki za kieszonki kamizelki.

- Chodzi o metody walki z przestępcami, panie dziedzicu. Ze złymi ludźmi, którzy napadają na innych. Nie każdy potrafi się obronić tak skutecznie jak pan. Chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich. Także więc o bezpieczeństwo pańskiej rodziny.

Michał Kalinowski wzruszył ramionami.

- Moja rodzina - oświadczył mocnym głosem - ma się całkiem dobrze i bez pańskiej pomocy.

***

Pani Katarzyna Kalinowska dbała o pomyślność Kalinówki prawie od pół wieku. Nauczyła się samodzielności już jako młoda kobieta. Ledwie po kilku latach małżeństwa została wdową i była zmuszona zająć się małym synkiem oraz całym majątkiem.

Nie należała do wyjątków, wiele kobiet zarządzało w tych czasach rodzinnymi włościami, gdy ich ojcowie, mężowie lub bracia padli w powstaniu albo poszli na zesłanie. Kobiety w roli gospodarzy dworów sprawdzały się rozmaicie, nie miały odpowiedniego wykształcenia, a nie zawsze dysponowały też wystarczającą odpornością i siłami, żeby przeciwstawić się trudnościom ze strony przyrody i złych czy leniwych ludzi.

Pani Katarzyna znajdowała się w szczególnie trudnej sytuacji. Nie miała u boku żadnego krewnego, na którego rady i pomoc mogłaby liczyć. Może to zresztą i dobrze, bo uniknęła nieuczciwych czy wręcz złodziejskich zarządców, jacy wyroili się w tamtym czasie niby pszczoły. Zmuszona do samodzielności i odpowiedzialności, znalazła w sobie dość sił i odporności, aby przetrzymać najtrudniejsze czasy.

Los dotkliwie doświadczył Kalinówkę i jej mieszkańców. W powstaniu 1863 roku poległ młodszy brat dziedzica, a on sam zmarł w kilka lat potem na piersiową chorobę w wieku lat dwudziestu ośmiu. Pani Katarzyna została sama z malutkim synkiem oraz postanowieniem, że uczyni wszystko, by zapewnić mu odpowiednie wychowanie i warunki do życia. Długo uczyła się gospodarowania w sposób praktyczny, z wielkim nakładem sił i czasu, rzetelnie i z zawziętością. Przez lata ciężkiej pracy od świtu do zmierzchu młoda, naiwna, łagodna i słaba istota stała się kobietą twardą i silną, o stalowych nerwach i stalowej woli. Odrzuciła propozycje powtórnego wyjścia za mąż i samotnie borykała się ze światem. Mało uwagi poświęcała rozrywkom, skupiając się na pracy i obronie majątku. Jej walka z ziemią, a nieraz także z urzędami, zyskała jej podziw wśród sąsiadów i uznanie dawnych poddanych. Uwłaszczenie włościan uszczupliło majątek, ale nie został on rozparcelowany i nie przeszedł w obce ręce. Gdy jedyny syn Kalinowskich osiągnął pełnoletność, pani Katarzyna mogła przekazać mu Kalinówkę zmniejszoną wprawdzie o jedną trzecią, ale wcale w dobrym stanie.

Lata samodzielnych rządów rozbudziły w pani Katarzynie nie tylko dobre cechy. Musiała być odpowiedzialna, twarda, zapomnieć o sentymentach i słabościach. Jako dojrzała kobieta stała się apodyktyczna, ponieważ nie było przy niej nikogo, z czyim zdaniem musiałaby się liczyć. Bardzo wymagająca i surowa wobec służby i pracowników, z nie mniejszą surowością traktowała jedynego syna. Nigdy nikogo nie pytała o radę, przywykła kierować się tylko swoim osądem, własną oceną spraw i ludzi.

Kiedy Kalinówka przeszła w ręce pana Michała, był od niedawna żonaty. Choć jednak został gospodarzem w ojcowskim majątku, niewiele miał w nim do powiedzenia we własnym imieniu. Przyzwyczajony od dziecka do apodyktyczności matki, przyjmował za naturalne, że to pani Katarzyna jest nadal właściwą panią, a on tylko jej przedstawicielem i zarządcą. Jak dawniej, to pani Katarzyna decydowała o wszystkim. Wyznaczała zakres i pory siewów, żniwa i wykopki, wypowiadała się o najmowaniu służby i godzeniu robotników do prac polowych. Ona decydowała o wszelkich wydatkach i zakupach, ona przyjmowała pieniądze ze sprzedaży płodów rolnych i ona rozporządzała gotówką.

Pan Michał bez zastrzeżeń odnosił się do postanowień matki, nigdy ich nie kwestionował, nigdy się nie przeciwstawiał. Uważał, że matka nie tylko chce dla niego jak najlepiej, ale i wie, co jest dla niego dobre i korzystne. Był posłuszny jako dziecko, zachował posłuszeństwo jako dorosły. Wysłała go do szkoły - uczył się. Uznała, że przyszła pora, aby się ożenił - pojął za żonę pannę, którą mu wyszukała. Zakazała mu szukać kolejnej towarzyszki życia, gdy po sześciu latach pani Anna umarła - pogodził się ze stanem wdowca. Kształtowała go na wzór zmarłego męża, o którym miała nieco wyidealizowane wyobrażenie, ale zajęta majątkiem nie mogła poświęcać zbyt wiele czasu wychowaniu jedynaka. Ten wyrósł na silnego i pięknego mężczyznę, który jednak, zachowując dla matki głęboki szacunek, potrafił nie do końca zgadzać się z jej poglądami. Niezadowolony z małżeństwa, nigdy nie wyrzucał matce niewłaściwego wyboru synowej, ale nie stronił od romansów i przygód.

Z czasem sytuacja ułożyła się w sposób, z którego oboje byli zadowoleni. Pan Michał pozwalał sobie na flirt albo cichy, przelotny związek z kobietą, pani Katarzyna zaś udawała, że nic o tym nie wie. Oby tylko nie w Kalinówce i oby dzieci były tego nieświadome.

Pani Katarzyna czasem zmieniała zdanie, ale nigdy się nie tłumaczyła ze zmiany, podobnie jak nigdy nie wyjaśniała, dlaczego uważa tak albo owak. Nie miała również zwyczaju ujawniać przed nikim jakichkolwiek zamiarów czy planów. Dopiero gdy nadchodziła właściwa chwila, ogłaszała swoje postanowienia. Miała w dyspozycji wystarczająco wiele środków i sposobów, a także dość cierpliwości, żeby przeprowadzić swoja wolę.

- Michale - oznajmiła któregoś dnia. - Pan Nowacki z Topolan przyjedzie jutro na obiad. Z córką. Pragnęłabym, żebyś zastanowił się, czy nie czas na wybranie nowej żony. To bardzo miła i ładna panna. Jestem pewna, że poświęcisz jej nieco uwagi. Wróciła niedawno z pensji, jest wykształcona i bardzo dobrze wychowana.

Pan Michał nie był zaskoczony zmianą poglądów matki na temat jego przyszłości. Od pewnego czasu starsza pani próbowała wyswatać syna, niezrażona nieudanymi próbami.

- Wróciła z pensji? - zapytał. - To chyba mało się rozumie na gospodarstwie.

Cenił praktyczne podejście do życia, sam ledwie liznął szkolnej nauki, edukowany w domu przez francuską bonę, a później także przez dwie ambitne ciotki. Nie wyłączając znajomości francuskiego, całe to dworskie nauczanie uważał za zupełnie nieprzydatne w dorosłym życiu.

- Ty się znasz wystarczająco - odparowała pani Katarzyna. - A panna Justyna nie tylko skończyła pensję w Warszawie, ale i była tam nauczycielką. Do niczego cię nie nakłaniam, ale nie zaszkodzi, żebyś się zastanowił nad przyszłością. Jeśli panna przypadnie ci do gustu, a mam taką nadzieję, majątek można byłoby znacząco powiększyć. Nie wymagam od ciebie natychmiastowych deklaracji, ale trzeba o tym myśleć, jeśli chcesz odpowiednio zaopatrzyć chłopców. Obiecaj, że zachowasz się jak należy. Bardzo cię proszę, żadnych sportsmeńskich i tym podobnych wyskoków.

- Oczywiście, mamo - zapewnił pan Michał. - Skoro mamie zależy na dobrym wrażeniu, zrobię jak najlepsze.

PROLOG

Sierpień 1909

Gaszono już gazowe latarnie na ulicach, gdy Michał Kalinowski opuszczał mieszkanie kochanki. Na ustach czuł jeszcze smak jej pocałunków, w głowie przyjemnie szumiał alkohol.

Na rogu ulicy Kościelnej i Niemieckiej dwaj młodzi mężczyźni zastąpili mu drogę. Kaszkiety mieli nasunięte nisko na czoła, w rękach sprężynowe noże.

- Wspomóż rodaków - poprosili.

Sierpniowy ranek w Białymstoku był wilgotny i chłodny, blade światło dnia dopiero nadchodziło nad budynki. Ulice były puste i ciche, kroki i słowa głucho odbijały się od ciemnych ścian kamienic i zamkniętych drewnianych żaluzji sklepów. Daleko na skraju rynku stała samotna dorożka, zesztywniały od długotrwałego czekania woźnica drzemał na koźle.

Michał Kalinowski bezradnie rozłożył ramiona.

- Nic nie mam - odpowiedział. - Wszystko wydałem na kobietę. Poproście kogoś innego.

Popatrzyli po sobie. Stali od strony ulicy, on miał za sobą wysoki mur otaczający kościół Wniebowzięcia. Nie mógł uciekać.

- Wszystko? - zapytał jeden. - A zegarek? Albo laska?

Łańcuszek od zegarka wystawał z kieszonki kamizelki. Laska miała srebrną gałkę, przedstawiającą myśliwskiego psa z długimi uszami.

- I buty ma nowe - zauważył drugi.

Kalinowski na próżno rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy. Ulice były zupełnie bezludne, bramy domów zamknięte, światła w oknach jeszcze niezapalone. Jedynie od przeciwnej strony, z dużej kamienicy gdzie mieściła się piekarnia Kamińskiego, dochodziło nieco światła. Tam już zapewne pracowano.

- Zostawcie mnie - zaproponował zatrzymany. - Albo pożałujecie.

Zaśmiali się, zakołysali nożami trzymanymi w rękach, nonszalancko, z pewnością siebie.

- Dość gadania! - powiedział jeden. - Dawaj portfel!

- I zegarek! - przypomniał drugi.

Michał Kalinowski podniósł laskę.

- To ostatnie ostrzeżenie - uprzedził.

Rozbawił ich. On, elegancki pan w średnim wieku, ze skroniami naznaczonymi siwizną. Oni młodzi, agresywni, pełni siły, pewni swoich doświadczeń w bójkach i awanturach.

- Panie starszy - powiedział jeden. - Tracimy czas.

Wyciągnął rękę i złapał za połę marynarki. Ale nie zdążył szarpnąć. Pan Michał uderzył kantem dłoni, by się uwolnić. Człowiek syknął z bólu, jego twarz poszarzała ze złości.

- Och, ty dziadu! - wrzasnął i wymierzył cios, kierując ostrze noża w pierś.

Kalinowski zareagował szybciej, niż się mogli spodziewać. Odchylił się w bok, zablokował atak przedramieniem. I sam uderzył. Wierzchem prawej dłoni, w której nadal trzymał laskę, palnął wprost w usta nieznajomego.

Drugi z napastników też nie czekał. Jego nóż zatoczył łuk i już już powinien wbić się w lewy bok Kalinowskiego. Ale i on nie zdążył. Koniec laski kolnął go w czoło, ponownie mignął przed oczami i szturchnął w szyję.

W kilka sekund zrozumieli, że nie tak łatwo sobie poradzą z kimś, kogo wzięli za łatwą do upolowania ofiarę. Dali się zwieść jej wyglądowi. Skoczyli obaj równocześnie, nożami wyciągniętymi daleko do przodu tnąc najszerzej jak mogli sięgnąć.

- Koniec z tobą! - chrypieli przez zaciśnięte zęby. - Jesteś trup!

Mężczyzna zasłonił się laską. Pierwszy cios noża zahaczył o rękaw marynarki, prześliznął się po nim bez szwanku, drugie ostrze chybiło o kilka cali. Kalinowski znalazł się nagle za nimi. Kopnął w zgięcie kolana, poprawił pięścią. Napastnik z lewej strony gwałtownie zgiął się, walnął czołem wprost w mur. Ten z prawej, choć nie mniej zaskoczony, ponawiał cios za ciosem, wściekle, bezładnie, na oślep.

Ostry świst policyjnego gwizdka przebił nagle poranną ciszę, odbił się głośnym echem od budynków, a zaraz potem dał się słyszeć tupot podkutych butów. Od strony Hotelu Niemieckiego ktoś biegł i wzywał pomocy. Najpierw jeden, potem kolejny, i następny.

Drugi z napastników fechtował tymczasem rozpaczliwie. Jeszcze trzymał nóż w garści, ale to nie był atak, a jedynie obrona. Ręka z trudem trzymała broń, ciosy cienkiej, ale niezwykle twardej laski trafiały raz po raz w nadgarstek, w kostki palców, w przedramię. Gdy na małą tylko chwilę opuścił rękę, dostał w twarz drugą stroną laski, metalową, srebrną rączką, co miała kształt psiej głowy. Złamany nos zachrzęścił, ból rozsadził czaszkę.

Żandarmi dopadli ich obu pod murem. Leżeli bez siły, bezładnie, zakrwawieni, posiniaczeni, obolali, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.

- Taki dziadek! - jęknął jeden, gdy zakładano mu kajdanki.

Był oszołomiony od ciosów, ale jeszcze więcej ze zdumienia.

- Jak to możliwe, żeby taki dziadek...

Drugi z leżących stracił przytomność. Trzeba było wezwać dorożkę, aby go odwieźć do cyrkułu. Żandarm przypiął do pojazdu pierwszego z zatrzymanych i kazał mu iść do aresztu piechotą.

- Następnym razem zastanów się, na kogo napadasz - poradził. - Nie wiesz, kogo chciałeś obrabować? Dziadek? Przecież to Michał Kalinowski, durniu! Znany sportsmen i najlepszy strzelec. Dziękuj Bogu, że ci nie odstrzelił głupiego łba!

MALWY PRZED DWOREM

Pan Jacek Nowacki przyjechał przed południem, sam powożąc dwójką ładnych koni, zaprzężonych do jednego z jego licznych powozów.

- Witajcie, witajcie! - wołał do pana Michała, z daleka machając kapeluszem.

Był dwanaście lat starszy od gospodarza i podobnie jak on owdowiały. Odwiedzał Kalinówkę przy róźnych okazjach, śmiał się głośno, wiele jadł, niemało pił, później narzekał na stan zdrowia.

Pan Jacek był średniego wzrostu, miał szeroką otwartą twarz z siwymi, zawsze podkrążonymi oczami, sumiaste wąsy i tubalny głos. Nosił niemodne już długie surduty i równie niemodne krawaty, za to jego buty z jasnej skóry, określane jako polskie, zawsze były w bardzo dobrym stanie. Poznasz pana po cholewach, mówiło przysłowie.

Pan Nowacki siedział na dużym folwarku w Topolanach, o jedenaście wiorst na wschód od Zabłudowa, przed kilku laty okazyjnie kupionym od rozrzutnego spadkobiercy jednego z pierwszych niegdyś majątków w obwodzie białostockim.

Nowacki nie był tak bogaty jak pułkownik Mikołaj Kawelin, prawosławny właściciel folwarku Majówka, albo baron von Tromm, protestant, z niedalekiego pałacu w Jeronimowie, ale stać go było prawie na wszystko, nawet na to, żeby raz w tygodniu grać w preferansa lub wista, bardzo rzadko cokolwiek wygrywając. Karciane męskie wieczory odbywały się często w jego nowym domu w Zabłudowie, jednym z siedmiu murowanych budynków w całym mieście. Słabość do kart pan Jacek równoważył hojnymi datkami na rozmaite cele dobroczynne, co było pomysłem proboszcza Miodyńskiego, zresztą stałego towarzysza przy stoliku.

- To i przyjechaliśmy! - Nowacki wygramolił się z pojazdu i witał z gospodarzem, obejmując go ramionami.

Gościowi towarzyszyła jasnowłosa panna w niebieskiej sukni i z niebieską parasolką. Wychodziła z bryczki z oczami skromnie spuszczonymi do ziemi, nie na tyle jednak, by nie zauważyć uprzejmie podanej dłoni Kalinowskiego. Pan Michał pochylił głowę w ukłonie, ręką czyniąc zapraszający gest.

- Witamy serdecznie. Ładny dzień na spotkanie.

Duży stół, nakryty białym obrusem, zastawiony i przygotowany, czekał w sadzie, pomiędzy jabłoniami. Stała przy nim dziewczyna z dużym wachlarzem i pilnowała, żeby owady nie siadały na wędlinach, białym serze, miodzie czy owocach.

- Moja córka, pamiętasz, Michale? - zapytał Nowacki. - Justysia.

Panna dygnęła grzecznie.

- Prawda, że wyrosło z niej przyjemne stworzenie? - pytał dalej Nowacki. - Nie widziałeś jej chyba z dziesięć lat.

- Prawda - przyznał Kalinowski.

Miał na myśli drugą część wypowiedzi pana Jacka. W ogóle nie pamiętał dziewczyny, jeśli nie liczyć niejasnego wspomnienia bardzo chudego podlotka, który przed laty mieszkał w Topolanach.

Justyna Nowacka nie była pięknością. Miała wprawdzie regularną twarz i duże orzechowe oczy, ale nadal była bardzo chuda. Ubranie wisiało na niej niczym worek, nie mogąc zatrzymać się na zwykłych u kobiet wypukłościach i zaokrągleniach. Miała jasne włosy o wyraźnym miedzianym połysku, co stawiało ją w gorszej sytuacji wobec innych panien w okolicy. Kolor rudy był nie tylko niemodny, ale nawet lekko podejrzany. Jej cera, blada i biała, upstrzona piegami, też raczej nie wzbudzała zachwytu młodych mężczyzn. Nic więc dziwnego, że choć panna Nowacka lat miała więcej niż dwadzieścia pięć, pozostawała w panieńskim stanie.

Pani Katarzyna, jak zawsze w czarnej sukni z aksamitu, nadeszła, gdy wszyscy siedzieli już przy stole na ławkach. Dla niej wyniesiono z domu krzesło z wysokim oparciem i poduszką. Usiadła, pozwoliła się powitać niczym księżna, a potem kazała dziewczynie usiąść obok siebie.

- Mężczyźni mają swoje sprawy - powiedziała. - Zanim je omówią, trochę się pomęczysz ze starą kobietą...

Justyna zaprzeczyła natychmiast, naturalnie i z wdziękiem, a bez uległości, co spodobało się pani Katarzynie. Uśmiechem dodała jej odwagi.

- Nie bój się, moje dziecko - przemówiła serdecznie. - Porozmawiajmy, a na pewno się polubimy.

Z zainteresowaniem wypytywała Justynę o szczegóły jej edukacji, zainteresowania, lektury, i z miejsca zdobyła serce dziewczyny. Pani Katarzyna umiała słuchać, zwłaszcza jeśli dogadzało to jej interesom. Umiała też tak pokierować rozmową, aby dowiedzieć się wszystkiego, czego pragnęła się dowiedzieć. W kilka minut nabrała przekonania o dobrym wykształceniu dziewczyny, poprawnych manierach, koniecznym szacunku dla osób starszych i dla tradycyjnych wartości. Justyna krytykowała życie w mieście, a z zachwytem mówiła o pobycie na wsi i obietnicy ojca, że już na niej zostanie.

- Wielce jestem rada, że cię poznałam, dziecko - oznajmiła starsza pani. - Czy zechciałabyś odwiedzić mnie czasem i zabawić taką miłą, pouczającą rozmową?

Justyna zapewniła, że uczyni to z radością. Zdumiewała się swoją odwagą i otwartością, ponieważ należała do osób niezbyt śmiałych i rzadko odzywała się niepytana.

- Z radością - powtórzyła. - Czuję w pani, niech mi wolno będzie to powiedzieć, życzliwość i serdeczność, jakiej nie zaznałam nigdy wcześniej. Chyba, że dawno temu od własnej matki...

Przerwała, zawstydzona nagle swoją odwagą. Pani Katarzyna serdecznie poklepała ją po ręce.

- Moja droga - powiedziała, przyciszając głos. - Sprawiasz mi przyjemność tak piękną szczerością. Czuję, że choć różnica wieku między nami jest tak duża, zostaniemy przyjaciółkami.

- Nie śmiałam o tym marzyć - szepnęła Justyna.

Była wdzięczna starszej pani nie tylko za serdeczne przyjęcie, ale i za to, że odwracała uwagę od przemożnej chęci patrzenia na drugą stronę stołu, gdzie mężczyźni rozmawiali o sprawach gospodarczych. Nie widziała ich, dobiegały ją tylko niektóre zdania i słowa.

- Trzysta pudów kartofli z jednej dziesięciny ziemi? - ciekawił się Nowacki i z podziwem kiwał głową. - Z moich wyciągam nie więcej jak dwieście siedemdziesiąt pudów.

Mężczyźni prowadzili gospodarskie rozmowy, doradzali sobie, wymieniali się doświadczeniami. A ponieważ pili przy tym wino, szybko okazało się, że gospodarz ma nieporównanie większe możliwości. Pan Jacek najwidoczniej miał dość, jego mowa stawała się coraz mniej wyraźna, a wkrótce głowa opadła mu na piersi.

Justyna spłoniła się na ten widok i zrobiła ruch, jakby chciała obudzić ojca, ale pani Katarzyna powstrzymała ją łagodnym gestem.

- Niech śpi - powiedziała przyciszonym głosem. - To wielka odpowiedzialność, taki majątek jak Topolany. Twój ojciec ma prawo czuć się zmęczony po całym tygodniu ciężkiej pracy.

- Słusznie - zgodził się Kalinowski, nieprzejęty zachowaniem gościa. - Ten majątek wymaga wiele więcej starania niż Kalinówka. Czy panie wiedzą, że...

Pani Katarzyna energicznie zamachała dłonią, w której trzymała chusteczkę.

- Dość tego! - zażądała. - Zanudzicie cały świat tymi sprawami, choć to przecież niedziela. Widzisz, nawet muchy się pospały od waszego gadania. Lepiej bądź tak uprzejmy i pokaż pannie Justynie Kalinówkę. Niech sama zobaczy, że i u nas da się żyć wygodnie i w miarę przyjemnie. Bo o tym, że praca jest podstawą, nie musisz jej przekonywać, zapewniam cię.

Panna Nowacka miała widocznie dosyć siedzenia za stołem. Energicznie podniosła się z ławki.

- Bardzo chętnie wszystko obejrzę - zapewniła.

Michał Kalinowski podszedł i podał ramię.

- Służę pani.

Justyna niepewnie zerknęła na śpiącego ojca, potem na starszą panią, ale ta uspokoiła wzrokiem: nie bój się, jesteś w dobrych rękach.

Panna Justyna położyła dłoń w niebieskiej rękawiczce na mankiecie marynarki gospodarza. Szła przy nim zmieszana, dwa razy się potknęła, czerwieniąc się wstydliwie. Pan Kalinowski tego nie zauważył albo udawał, że nie widzi.

Ledwie odeszli, wychodząc z sadu i kierując się w głąb podwórza, gdy Jacek Nowacki otworzył oczy. W spojrzeniu, jakie skierował ku starszej pani, nie było śladu alkoholu.

- Mam nadzieję, droga pani, że będzie mi wybaczony ten drobny podstęp - odezwał się zupełnie przytomnym głosem.

Pani Katarzyna odpowiedziała życzliwym uśmiechem.

- Domyśliłam się. Nie mam pretensji, sąsiedzie. Trzeba było ich oboje nieco ośmielić...

Pan Jacek wstał, ukłonił się starszej pani i zajął miejsce bliżej.

- Byłbym szczęśliwy, zapewniam - oznajmił. - Byłbym prawdziwie szczęśliwy, gdyby z tej mąki dało się upiec chleb.

Pani Kalinowska pokiwała głową z uznaniem.

- Justysia zrobiła na mnie bardzo dodatnie wrażenie - powiedziała. - Nie wątpię, że zrobiła je także na Michale. Wrażliwa panna, bardzo grzecznie wychowana. Za długo ją pan trzymałeś daleko.

Nowacki westchnął.

- Bóg wynagrodzi, szanowna pani, tak łaskawe zaproszenie - odpowiedział poważnym tonem. - I tak życzliwe zaproszenie. Justysia nie miała łatwego życia. Matka zmarła młodo, ja stale zajęty... Dobrze, że ciotka w Warszawie zechciała wziąć ją do siebie na jakiś czas. Wróciła odmieniona, naprawdę odmieniona. Może jest nazbyt afektowana, jak to panny po szkole, ale to zaiste dobre dziecko.

Pani Katarzyna potwierdziła życzliwym uśmiechem. Ten gest skłonił Jacka Nowackiego do jeszcze większej szczerości.

- Jedyne dziecko. Łaskawa pani wie, ile to nadziei i ile niepokoju. Człowiek chciałby dla jedynego dziecka jak najlepiej. Ja może nie jestem jeszcze stary, ale siły już nie te, wiadomo...

Pani Kalinowska nadal się uśmiechała.

- Mój panie - powiedziała z żartobliwą naganą. - Pomówimy o tym, gdy choć zbliżysz się do mojego wieku. Przecież ty jesteś prawie rówieśnikiem Michała.

Pan Nowacki przypomniał, że jest starszy o dwanaście lat.

- A Justysia o szesnaście lat młodsza od niego - uzupełnił.

Pani Katarzyna pogroziła palcem.

- Czternaście, panie Jacku - poprawiła. - Nie będziemy chyba udawać przed sobą, że jest inaczej, niż jest.

Nowacki zgodził się bez sprzeciwu. Pani Katarzyna podniosła laskę i zakreśliła kółko. Jej twarz spoważniała, oczy spoglądały z uwagą.

- Będziesz pan kluczyć, czy przejdziemy do rzeczy? - spytała.

- Do rzeczy, jeśli pani łaskawa - skwapliwie zgodził się pan Jacek.

Starsza pani przyjęła to z zadowoleniem.

- Skoro tak, mówmy bez ogródek. Porozmawiam z moim synem. Jeszcze dzisiaj z nim pomówię. Nie spodziewam się innej odpowiedzi, niż ta, której się spodziewam. Ale wcześniej chciałabym mieć pewność, że moje wysiłki nie pójdą na próżno...

Pan Nowacki wstał z ławki i złożył przed starszą panią głęboki ukłon.

- I ja pomówię z córką jeszcze dzisiaj - obiecał uroczystym tonem. - I zapewniam, że pana Michała nie spotka odmowa. Zapewniam najsolenniej.

Pani Katarzyna wysunęła dłoń do pocałowania na znak przypieczętowania umowy.

Pan Nowacki usiadł na powrót, po czym zaczął wyliczać:

- Pięćset pięćdziesiąt dziesięcin ziemi mam w Topolanach, w tym dwieście osiemdziesiąt ornej. Posag Justysi wyniesie trzydzieści tysięcy rubli, wyprawa do trzech tysięcy, nie licząc biżuterii po matce. Dom w Zabłudowie też gotów jestem natychmiast przepisać na nią. Jest jeszcze jedenaście tysięcy po ciotce w warszawskim Banku Handlowym, zapisanych na imię mojej córki, co daje sześćset sześćdziesiąt rubli odsetek na rok, akurat na jej własne potrzeby. Ponadto...

Katarzyna Kalinowska z zadowoleniem potakiwała głową.

- Nalej pan wina, proszę. Warto pocieszyć się tak pięknym, słonecznym dniem. I takim pełnym nadziei.

***

Michał Kalinowski prowadził Justynę Nowacką uprzejmie i z wielkim uszanowaniem. Szli wolno, zatrzymując się, gdy mężczyzna wskazywał poszczególne części gospodarstwa i o nich opowiadał.

Wskazał na dwór, parterowy, ale szeroki i pękaty, z obszernym gankiem przed wejściem, po którym od południowej strony pięło się dzikie wino, wysoko, aż po łamany dach, kryty gontem.

- Dom ma dziewięćdziesiąt lat. Mój pradziadek, także Michał, kazał go zbudować. Nie jest tak wielki jak ten w Topolanach, tylko osiem pokoi, ale wcale wygodny.

- Jest bardzo ładny - szepnęła Justyna.

Oszołomienie, jakie spadło na nią, gdy pan Kalinowski podał jej ramię, jeszcze nie minęło. Szła obok pana Michała, stawiając kroki dziwnie niepewnie, jakby poruszała się po niestałym gruncie. Nie słyszała wszystkiego, co mówił, ale nie miała odwagi o nic zapytać.

- Stajnie i owczarnia są po drugiej stronie drogi, tu zaś, za sadem, stodoły. Ta pierwsza liczy tyle lat, co dom, druga nieco nowsza. Naprzeciw ogród i warzywnik. Dalej szopa na narzędzia, drewutnia, suszarnia. W prawo obory. Tam chyba nie pójdziemy, gdyż zapewne pani pantofelki...

Opowiadał więcej i szczegółowiej o gospodarskich sukcesach i kłopotach. Ale choć Justyna starała się słuchać uważnie, była tak zdenerwowana, że niewiele do niej docierało.

- Te grusze sam szczepiłem. Znakomity owoc. Na targu w Zabłudowie mają każdego roku wielkie powodzenie. Pasieka. Naprzeciw szopa na len, dużo tego uprawiam, opłaca się. Warsztat stolarski. Kiedyś wiele uwagi poświęcałem temu zajęciu, ale teraz coraz rzadziej przychodzę, czas nie pozwala.

Justyna Nowacka szła, coraz ufniej wsparta na męskim ramieniu, choć dłoń trzymała sztywno, bojąc się poruszyć choćby palcami. Szli ścieżką wiodącą od domu wprost na pola, pomiędzy zabudowaniami rozciągniętymi w długiej linii. Wszędzie było widać porządek i staranie. Dzień był świąteczny, z czego skwapliwie korzystała służba i pracownicy. Widać było tylko niezbędnych.

- Tutaj zaczynają się nasze pola. Ten młyn po lewej też nasz, puszczony w dzierżawę, a dworska ziemia aż do lasu. Samego lasu mało, wszystkiego dwadzieścia dziesięcin, ale jest jeszcze kawałek od strony Zabłudowa.

Justyna szła i marzyła, aby droga nie skończyła się nigdy. Tymczasem doszli do rzędu młodych jarzębin, wyznaczających koniec części dworskiej, a zaczynających role. Były już prawie puste, ścierniska błyszczały w popołudniowym słońcu.

- To i wszystko - powiedział pan Kalinowski. - Reszta po drugiej stronie drogi, tam trochę...

Przerwał nagle, zmuszony podtrzymać dziewczynę. Justyna bowiem zbyt gwałtownie chciała zawrócić, zaplątała się w fałdy sukni i omal nie upadła. Chwycił ją za łokieć. Jej głowa na chwilę oparła się o pierś mężczyzny. Doleciał do niej nieznany, miły zapach. Nie wiedziała, co to jest, poznała tylko woń fajkowego tytoniu. Bliskość pana Michała oszołomiła ją. Zamknęła oczy, miała wrażenie, że za chwilę zemdleje.

- Dobrze się pani czuje? - spytał z niepokojem.

Głos dobiegał do niej z oddali, choć jego zaniepokojone spojrzenie zobaczyła tuż nad swoją twarzą. Jakie ma ładne oczy, pomyślała. Siwe, takie spokojne.

- Na pewno? - dopytywał się, nie puszczając jej łokcia. - Może trzeba ojca...

- Tak, tak - pospieszyła z odpowiedzią, odsuwając się na odległość ramienia. - To znaczy: nie, nie! Chciałam powiedzieć - dobrze się czuję, nie trzeba ojca niepokoić. Przepraszam za swoje zachowanie. Widać tutejsze powietrze działa tak silnie...

Miała poczucie, że mówi nieskładnie i nie ma w tych słowach porządku i znaczenia. Gdyby mogła, uciekłaby natychmiast. Ale nie powinna tego robić. Znajdowali się o kilkaset kroków od domu i sadu, gdzie został ojciec. Nie mogła wrócić tam sama, nie mogła tutaj zostawić pana Michała. Miała ochotę pobiec, ale wiedziała, że w żadnym wypadku nie powinna tego robić. Cóż pomyślałby ojciec o takim zachowaniu? A co pomyślałaby pani Kalinowska? Nie, trzeba zachowywać się godnie, spokojnie, w opanowany sposób.

Michał Kalinowski, jak gdyby odgadując życzenie dziewczyny, podsunął jej ramię. Skwapliwie skorzystała z zaproszenia, tym razem opierając się nieco pewniej. On zaś mówił dalej, jakby nie zaszło to dziwaczne wydarzenie, gdy omal nie upadła na ziemię.

- Reszta naszej ziemi leży po drugiej stronie drogi. Przeważnie jęczmień i gryka. I znowu trochę łąki, bardzo przyzwoitej, dwa pokosy daje. Za łąkami nieużytki, podmokłe, praktycznie bez wartości, nawet na wypas nie bardzo sposobne...

Justyna wytężyła pamięć. Jak olśnienie przypomniało się jej, co już słyszała.

- I stajnie, prawda?

- Tak. Pani ojciec ma oczywiście ładniejsze koniki, ale i moje nie takie znów marne. Gdyby pani chciała zobaczyć, oczywiście służę...

- Bardzo! - wykrzyknęła znacznie głośniej i z większą pasją, niż chciała.

Nie była najlepszym jeźdźcem. Prawdę mówiąc, trochę się obawiała koni. Wysoka i chuda, czuła się niezbyt pewnie w siodle. Starała się nie dawać tego po sobie poznać, ale tylko ona jedna wiedziała, ile to wymagało samozaparcia i uwagi.

- Doskonale! - ucieszył się Kalinowski. - Mam kilka dobrych koni pod wierzch. Jedna klaczka to chyba nada się akurat dla pani. Mała przejażdżka o tej porze byłaby zapewne dość przyjemna...

- Z rozkoszą - szepnęła Justyna. - Lecz jeśli pan się nie pogniewa, wolałabym tylko popatrzeć. Tak wiele wrażeń na ten dzień...

***

Justyna Nowacka stała przed dworem, z zachwytem przygladając się roślinom tuż pod ścianami domu. Górowały tu malwy, bardzo liczne, bardzo wysokie, różowe, czerwone, żółte, we wszystkich odmianach koloru, o kwiatach różnej wielkości i zróżnicowanych kształtów. Kwietnik wydawał się nieco zaniedbany. Zieleń rosła siłami przyrody, rośliny, nie dotykane chyba dłonią człowieka, ciągnęły ku słońcu. Mijały już okna i szły wyżej. Malwy, malwy, malwy.

Justyna stała przed kwietnikiem, wprost zauroczona pięknością, bujnością i dzikością kwiecia.

- Jakie cudne te malwy! - westchnęła z zachwytem. - Chyba najpiękniejsze na świecie!

***

Drogę powrotną do Topolan Justyna Nowacka odbywała w całkowitym oszołomieniu. Nie pamiętała, co mówiła do niej przy pożegnaniu pani Katarzyna Kalinowska, nie pamiętała, czy sama coś odpowiedziała. Oszołomiona wsiadała do bryczki i przez kilka wiorst nie mogła wrócić do siebie.

Pan Jacek mówił do córki, ale sprawiała wrażenie, że nie słyszy, jak gdyby słowa te nie były skierowane do niej. Siedziała, patrzyła na jedną stronę drogi, była jakby nieobecna. Zaniepokojony ojciec próbował skłonić ją do odezwania się, ale nie podejmowała rozmowy. Nie mógł wiedzieć, że najchętniej przez cały czas trzymałaby oczy zamknięte. Bo gdy je przymykała, widziała nad sobą zatroskaną twarz Michała, a pod palcami czuła dotyk jego ręki.

Pan Jacek, początkowo zaniepokojony stanem córki, zaczął nabierać przekonania, że ma raczej powód do radości. Uśmiechała się przecież, uśmiechała się całą drogę.

- Justysiu - zapytał. - Jesteś ukontentowana wizytą?

- O, tak!

Tyle było w tym wykrzykniku radości, że pan Nowacki pogratulował sobie w duchu.

- Bardzo się cieszę, kochanie. Miałem obawy, że będziesz się nudzić w Kalinówce...

- Ależ skąd! To wszystko takie ciekawe!

Pan Nowacki spojrzał na córkę zaskoczony. Ciekawe? A cóż tam mogła zobaczyła ciekawego? Do tej pory mało się interesowała sprawami domowego gospodarstwa. Kalinówka to wprawdzie nie najgorszy majątek i dość ładnie położony, ale szczególnie się zachwycać nie ma czym. Chyba, że córka nabrała nagle nowych zainteresowań. Jeśli tak, to stało się to za przyczyną pana Michała. Jaki to był wspaniały pomysł, aby zostawić ich samych!

- Pani Katarzyna - odezwał się - prosiła, bym cię nie powstrzymywał przed kolejnymi wizytami...

Justyna wybuchnęła płaczem, tak niespodziewanie i głośno, że pan Jacek zatrzymał konie.

- Justysiu! - zawołał z przerażeniem. - Co się stało, dziecko?!

Łzy leciały po twarzy Justyny, łkała i przez dłuższą chwilę nie mogła się odezwać. Dopiero gdy sięgnęła po chusteczkę, nieco wytarła twarz, udało się jej wyszeptać odpowiedź.

- Wybacz, papo. To... to ze szczęścia.

Pan Jacek Nowacki porzucił lejce i chwycił córkę w ramiona.

- Boże wielki! - wykrzyknął. - Naprawdę? Naprawdę?!

Nie mógł uwierzyć, że problem, który trapił go przez tyle lat, nagle, w ciągu jednej niedługiej wizyty, został rozwiązany. Ileż to nocy nie przespał, martwiąc się o los dziewczyny. Prawie się pogodził z tym, że zostanie starą panną. A tu nagle, niczym dar od losu, taka nowina. Jechał do Kalinówki z małą nadzieją, choć oczywiście wiedział, że zaproszenie od pani Katarzyny nie było przypadkowe. Obawiał się jednak, że przyjdzie mu przekonywać córkę, przywoływać do porządku, może nawet trochę przymusić.

Odszukał porzucone lejce, cmoknął na konie.

- To czego płaczesz, niemądra? - spytał szorstkim nagle głosem.

W oczach miał łzy. Justyna pocałowała ojca w ramię.

- Bóg ci zapłać, papo, za ten dzień. Bóg ci zapłać.

POMYSŁY I IDEE

Felicjan Mulak, właściciel składu towarów kolonialnych i małej herbaciarni przy nim, siedział w korytarzu gmachu przy ulicy Bazarnej w Białymstoku i patrzył na wysokie dwuskrzydłowe drzwi. Miał na sobie najlepsze ubranie, sztywny biały kołnierzyk, prawie nowy kapelusz i bambusową laskę. W drugiej ręce trzymał kraciastą chustkę i wycierał czoło co chwila, bo choć w białym budynku o grubych murach było chłodno, tego dnia pocił się okropnie.

Drzwi otworzyły się wreszcie i petent został poproszony do środka. Rudolf Krantz siedział za biurkiem, na którym nie było niczego poza lampą i jedną jedyną kopertą. Gdy Mulak podszedł, zobaczył, że to koperta listu, który wysłał kilka dni wcześniej. Długo wahał się, czy powinien napisać.

Starszy detektyw siedział bokiem do biurka i patrzył przez okno na plac targowy. Był duży i gruby, ale choć był taki, wcale się nie pocił. Felicjan Mulak zauważył to i zawstydzony schował za siebie chusteczkę, którą wycierał kark.

- Ładny mamy koniec lata w tym roku - odezwał się Rudolf Krantz. - Niektórzy ludzie w taką porę pocą się nadzwyczajnie...

Wyciągnął pulchny palec w stronę gościa.

- A wiecie, panie kupiec, że ludzie pocą się najwięcej, kiedy kłamią?

Mulak zamarł zaskoczony. Chciał zaprzeczyć, ale surowy wzrok policjanta miał dziwną siłę. Odebrał mu władzę w nogach, kazał zostać na miejscu. I słuchać.

- Pocą się - powtórzył Krantz.

Sięgnął lewą ręką po leżący na biurku papier, biorąc go koniuszkami palców.

- Obrzydliwy anonim, tyle że podpisany - powiedział z odrazą.

Mulak czuł, jak pot spływa mu po skroniach i karku, musiał użyć chusteczki.

- Żadnych form, żadnej dystynkcji - mówił tymczasem Krantz. - Same donosy, swary, kłótnie, zazdrość i zawiść. Plotek tylko nazbierałeś i zawracasz mi nimi głowę...

Mulak głośno przełknął ślinę.

- W liście jest sama prawda - wyszeptał. - Kazał pan naczelnik opisywać wszystko, więc ja z największą starannością...

- Tak? - Krantz uniósł nieco kopertę. - Mam uwierzyć w te brednie? Że szanowany obywatel ziemski znaczonymi kartami okpił innych szanowanych obywateli?

- Kiedy naprawdę okpił, panie naczelniku - potwierdził Mulak. - Tak mówili w moim sklepie. Że pan Olszewicz znaczonymi kartami musiał grać, jeśli aż osiem tysięcy wygrał. Stawiński z Dymin podobno stracił cały posag córki. A Skórnicki ze Złotnik to już mniej.

- W faraona?

- Tak, panie naczelniku. Kalinowski tylko podbijał, a potem nagle się wycofał. Śmiali się, że matka mu grać zabrania.

Krantz odłożył list na biurko i z rozmarzeniem spojrzał w okno.

- Musiała być ostra partia - westchnął. - Szkoda, że nie widziałem tej rozgrywki. Ale co robić, panowie ziemianie nie proszą drobnego urzędnika do swojego towarzystwa...

Odwrócił wzrok do okna i kciukiem lewej ręki pokazał na papier.

- Bardzo ładnie napisany list - pochwalił niespodziewanie - I pismo takie staranne. Tylko jaki cel chciałeś pan osiągnąć tym listem?

- Cel? - zdumiał się Mulak. - Jak to cel?

- Jaki cel tobie przyświecał, panie kupiec? - powtórzył Krantz. - Poza rzucaniem oskarżeń, oczywiście. Bo gdzie dowody? Choćby najmniejszy ślad dowodów? Skąd te wzięły? Czemu pan Kalinowski nagle się wycofał? Może był w zmowie z Olszewiczem?

Felicjan Mulak bezradnie rozłożył ręce.

- Tylko tyle słyszałem, wasza wielmożność.

Rudolf Krantz znowu podniósł kopertę, chwilę patrzył na nią zadumany.

- Naprawdę ładne pismo - powtórzył. - Takie wyrobione. Od razu poznać dobrą kupiecką rękę. Aż szkoda taki list wyrzucić... Nie, nie zrobię tego. List zachowam przez jakiś czas i poczekam na następny. Bo chętnie poczytam coś jeszcze tak ładnie, czytelnie napisanego.

Zachęcającym gestem pokazał krzesło.

- Siadajcie, Felicjanie Pawłowiczu, siadajcie. Porozmawiajmy o tym liście i o sposobach, jak moglibyście dowiedzieć się czegoś na przyszłość. Powinno być więcej konkretów. Rozumiecie, co innego domyślać się, a co innego wiedzieć....

***

Ignaś Kalinowski zaczynał chorować w październiku. Przypisywano to jego długotrwałym pracom na polu, a wrzesień bywał już chłodny. Ignaś tak był zajęty, tak załatany, że wkrótce zapadał na płuca i kilka tygodni spędzał w łóżku.

We dworze zajmował pokój na lewo od salonu, z oddzielnym wejściem, przy którym była także mała klitka dla służącego. To dodatkowe wejście, wykonane przed kilku laty, miało też utrudnić chorobie sięganie po innych członków rodziny. Doktor z miasta powiedział o tym wyraźnie. Trzeba chłopaka izolować, gdy jest chory, gdyż może zagrażać zdrowiu pozostałych mieszkańców. Pan Michał zgodził się na takie rozwiązanie, nawet pani Katarzyna nie była przeciwna.

- Dziś doktorzy są mądrzejsi niż kiedyś - powiedziała. - Za mojej młodości biedny Ignaś pewnie już by nie żył. A tak, dzięki Boskiej opiece i lekarstwom doktora, jest nadzieja na wyzdrowienie.

Doktor namawiał pana Michała, żeby wysłał syna w lepszy klimat na dłuższą kurację.

- Tylko ciepłe kraje, drogi panie - przekonywał. - Suche, gorące powietrze może coś pomóc. Inaczej chłopak będzie chorował całe, obawiam się niezbyt długie, życie.

Pan Kalinowski martwił się, że nie może posłać syna do Włoch, czy choćby tylko do kurortów niemieckich, jako że wiązało się to z bardzo poważnymi kosztami. Z tym może by jeszcze sobie poradził, ale Ignaś stanowczo sprzeciwił się pomysłom oddalenia się na długo z rodzinnego domu.

- Sam przecież nie pojadę - zauważył. - Jako chory nie dałbym rady się obsłużyć. Musiałby ojciec posłać ze mną chociaż służącego, a to kosztuje.

Mieszkał w niewielkim pokoju o jednym oknie, wygodnie i dobrze urządzonym. Czuł się tu bezpiecznie, nie wymagał szczególnej opieki, lubił być sam. Dodatkowe drzwi pozwalały mu swobodnie się przemieszczać, a i dawały w razie potrzeby nieskrępowany dostęp do chorego, gdy w domu bawili krewni albo znajomi.

Ignaś był młodzieńcem pogodnym i przyjmował swój los spokojnie. Wszyscy wokół wiedzieli, że jest słaby i być może nie doczeka późnego wieku. W jego obecności unikano zatem rozmów o chorobach i śmierci. Jeśli komuś wyrwało się słówko na temat umierania, zaraz patrzył na chłopaka z obawą. Ale Ignaś uśmiechał się wtedy uspokajająco.

Większość jesieni i zimy spędzał w swoim pokoju, rzadko go opuszczając. Często także do stołu nie siadał z innymi, chyba że podczas świąt. Posiłki jadał u siebie, mało przyjmował gości. Nie odwiedzał go nikt z rówieśników, nie miał kolegów z dawnych czasów szkolnych, był trochę odludkiem. Zamierał na jesień i zimę, jak niedźwiedź w jamie, mówiła babka Katarzyna. Dopiero wczesną wiosną odżywał, niby świat po zimie, opuszczał pokój i znowu było go pełno w całej Kalinówce.

Ignaś lubił rozmaite zabawy i rozrywki z młodszym bratem, ale babka patrzyła na to niechętnym wzrokiem i zimą rzadko się widywali. Pani Katarzyna po wielokroć nakazywała obu trzymać się na odległość, obawiając się, by i Staś nie zachorował.

- Wystarczy kłopotów ze zdrowiem u jednego - mówiła. - Lepiej zachowajmy ostrożność.

Uważała, że poza domem, na powietrzu, młodszy wnuk nie zarazi się od starszego i zachęcała ich do wspólnych zajęć, ale we dworze, pod jednym dachem, kazała trzymać się na dystans. Sama nie chodziła w odwiedziny do Ignasia, ale interesowała się jego sprawami przy każdej okazji, w salonie czy na podwórzu. Dbała o zachowanie pozorów i o to, by starszy wnuk nie czuł się poszkodowany czy odtrącony. I choć powszechnie uważano, że to po Stasiu spodziewa się więcej, obaj wnukowie mogli liczyć na pewien stopień jej wyrozumiałości wobec domowych żartów i szalonych pomysłów.

W okresach, kiedy czuł się lepiej, Ignaś spędzał jesienne wieczory w salonie. Wiele czytał, a pod wpływem literatury na tematy rolnicze, kreślił plany ulepszenia gospodarstwa w Kalinówce. Nie mógł narzekać na brak fachowych pism i książek, stale prosił ojca, żeby przywiózł mu coś z miasta, albo nawet zamówił z dostawą do domu. Tu pan Michał nie był już taki prędki, specjalistyczne pisma były drogie gdyż wydawano je głównie za granicą. Mało ich wychodziło w języku rosyjskim, trafiały natomiast do Kalinówki gazety niemieckie i francuskie. Pod ich wpływem Ignaś przebąkiwał nie tylko o konieczności zmian w uprawach i hodowli, ale nawet w sposobach urządzenia nowoczesnego społeczeństwa. To nie bardzo podobało się babce Kalinowskiej. Tolerowała pociąg wnuka do tekstów naukowych i technicznych, choć sama nie była ta wiedzą zainteresowana, ale nie dopuszczała do rozmów na tematy ogólniejsze, jak polepszenie sytuacji włościan albo najnowsze nurty w sztukach pięknych. W tym zakresie znacznie lepszym rozmówcą był dla Ignasia jego młodszy brat, który nie tylko ciekawił się dalekim światem, ale i okazywał pomoc praktyczną, ponieważ wykazywał zdolności do języków i nierzadko służył starszemu bratu za tłumacza nie tylko poszczególnych wyrażeń i pojęć, ale i całych artykułów.

Babka Kalinowska, nieustannie zatroskana o stan zdrowia wnuka, stale przypominała synowi, żeby mitygował Ignasia w jego nadmiernej, jak uważała, aktywności.

- On jest nadmiernie zapalony - mówiła. - To niedobrze dla zdrowia. Powinien więcej odpoczywać.

Ignaś jednak miał już dosyć wypoczynku, potrzebował ruchu i zajęcia. Dlatego wiele czasu poświęcał na planowanie tego, co zamierzał wprowadzać w życie z nastaniem wiosny. Ostatnim jego pomysłem było oczyszczenie i pogłębienie stawów dworskich, w których chciał założyć hodowlę ryb.

- Zarobimy na nich wiele pieniędzy - rozmarzył się. - A potem pomyślimy o założeniu w domu elektryczności. Babunia nie wyobraża sobie, jakie to wygodne mieć w domu takie światło.

Pani Kalinowska widziała praktyczne zastosowanie elektryczności w jednym z białostockich hoteli, ale uważała ten pomysł za niepotrzebny wydatek.

- Czemu miałoby to służyć? - spytała. - Głupie zabawki, które kosztują krocie, a nie dają żadnej konkretnej korzyści.

Nie pozwalała sobie wytłumaczyć, że na całym świecie światło elektryczne szybko zdobywa zwolenników. Już w wielu budynkach użyteczności publicznej używano prądu, a planowano oświetlić nie tylko wszystkie domy, ale nawet i ulice.

- No dobrze - godziła się. - Niech będzie, że w szpitalach, ale w domu? Po co w domu? Przecież to takie niebezpieczne! Ten prąd czy jak mu tam, zabija człowieka na miejscu.

Ignaś śmiał się z obaw babki i przypominał, że tak samo ostrzegano niegdyś przed innymi wynalazkami, przed maszyną parową, przed koleją, a niedawno przed telefonem.

- Dziś każdy korzysta z kolei, a niegdyś uważano, że pęd parowozu będzie szkodliwy dla zdrowia. Czytałem, że poważni uczeni przestrzegali przed szybkością pociągów, zwłaszcza w tunelach.

- I jest szkodliwy - upierała się pani Katarzyna. - Tylko ci wszyscy, którzy zarabiają wiele pieniędzy na wożeniu innych, nie chcą tego przyznać w obawie przed utratą ogromnych zysków.

- A maszyny? - włączył się do rozmowy Staś Kalinowski. - Pracuje ich coraz więcej, i to nie tylko w fabrykach. Niedługo będziemy mieli maszyny elektryczne na wsi, żeby praca była lżejsza i bardziej opłacalna.

- Na wsi? - pani Katarzyna była wprost oburzona. - To już czysta fantazja, mój drogi Stasiu. Czytasz stanowczo za wiele powieści Verne'a i jemu podobnych fantastów. Ziemia, moi drodzy, rodzi tylko wtedy, gdy jest karmiona wysiłkiem i potem, nie jakąś tam elektrycznością. A ziemia jest najważniejsza. Zapamiętajcie sobie to raz na zawsze. Te wszystkie wynalazki i sposoby przeminą, a ziemia zostanie. Tylko ona zostanie, moi drodzy.

***

Obiekcji wobec odwiedzin w samotni Ignasia nie miał ksiądz Miodyński, zabłudowski proboszcz. Zawsze, kiedy tylko przyjeżdżał do Kalinówki, pierwsze kroki kierował do pokoju chłopca.

- Witaj, młody człowieku! - wołał od progu. - Do kościoła nie chodzisz, to przeważnie kościół przychodzi do ciebie!

Ksiądz Miodyński zostawał na obiedzie, chętnie gawędził z domownikami, interesował się postępami prac gospodarskich. Pomysł założenia stawów hodowlanych bardzo mu się spodobał.

- Piękny projekt, panie Michale! - wołał zachwycony. - Doprawdy piękny przeważnie projekt. Wspaniałe ryby mielibyśmy na wigilię. I to przeważnie chrześcijańskiego chowu, bo jak dotąd tylko od Żydów kupujemy.

Pan Kalinowski nie uważał, żeby inicjatywa starszego syna mogła być szybko wprowadzona w życie.

- Potrzeba na to wiele pieniędzy - zauważył. - Zanim ryby znajdą się w stawach, zanim urosną i trafią na stół, niemało czasu upłynie. Przecież i samych stawów jeszcze nie ma!

Ksiądz Miodyński podniósł w górę palec.

- Porozmawiaj z synem, panie Michale - poradził. - Porozmawiaj, powiadam, a sam się przekonasz, jaki przeważnie masz skarb pod bokiem. Niemały pieniądz można by z tego wyciągnąć.

Pani Katarzyna sceptycznie podchodziła do gospodarskich pomysłów wnuka, nawet jeśli i syn uznawał je za potrzebne. Miała jednak wielkie zaufanie do zdania księdza Miodyńskiego. Jeśli proboszcz mówi z takim przekonaniem, zapewne ma rację. Natychmiast poparła ogólny jeszcze projekt.

- Nie można odrzucać wszystkich pomysłów - oświadczyła. - A nuż z tego będziemy mieli jaką korzyść?

Usłyszawszy o nagłym zainteresowaniu jego projektem, Ignaś Kalinowski gotów był natychmiast wziąć się do pracy.

- Trzeba natychmiast zrobić pomiary i wyliczenia - gorączkował się. - Czy ojciec zezwoli, żebym sam nad tym popracował?

Pan Michał wahał się z uwagi na stan zdrowia starszego syna, ale trudno mu było nie zauważyć zapału Ignasia.

- To łatwe - przekonywał chłopak. - Wystarczy, że rzucę okiem, żeby dokładniej sobie wyobrazić wszystko, a potem wykonać rysunki. Dni jeszcze ciepłe. Jeśli nie zrobimy tego teraz, trzeba będzie przekładać do wiosny.

- Prawda - zgodził się pan Michał po namyśle. - Szkoda tracić czas. Jeśli się czujesz na siłach, masz moje pełnomocnictwo. Rysuj i obliczaj. Później zastanowimy się, czy to jest możliwe.

- Z bożą pomocą wszystko jest przeważnie możliwe - zauważył ksiądz Miodyński z przekonaniem.

Pani Kalinowska, choć nie pozbawiona wątpliwości, z radością patrzyła na zaaferowane miny.

- Polacy, gdy razem występują, góry potrafią przenosić - oświadczyła z zadowoleniem.

***

Ale zadowolenie pani Katarzyny nie dotyczyło wszystkich zainteresowań panów Kalinowskich. Zaraz następnego dnia starsza pani niespodziewanie stanęła na progu pokoju młodszego wnuka. Staś zerwał się od krzesła, książka wypadła mu z ręki. Babka nigdy bez arcyważnego powodu nie przyszłaby na próg chłopięcego pokoju.

- Dzień dobry, babuniu.

Starsza pani ledwie odmruknęła odpowiedź. Miała surową minę, groźnie zastukała laską o podłogę.

- Przyjdź zaraz do salonu, wnuku. Masz coś ważnego do wyjaśnienia.

- Ale...

Zawróciła i odeszła. Staś podniósł książkę, poprawił ubranie i włosy. Poszedł do salonu, pilnie przypominając sobie wszystkie możliwe grzechy. Zapowiedź poważnej rozmowy z babką nie mogła oznaczać niczego przyjemnego.

Pani Katarzyna Kalinowska siedziała w ulubionym głębokim fotelu, w którym spędzała najwięcej czasu. Kiedy wszedł, gestem kazała mu przymknąć drzwi, a gdy to zrobił, podniosła książkę, którą miała na kolanach, i zapytała surowo:

- Co to jest?

- Moja książka - ucieszył się Staś. - Dziękuję babuni. Właśnie jej szukałem...

Pani Katarzyna z odrazą odłożyła książkę na stolik obok.

- Jak to wytłumaczysz, chłopcze? - spytała zaniepokojona. - Przecież to agitacja. Socjalistyczna agitacja!

- Ależ nie, babuniu - zapewnił Staś. - Nie ma w tym agitacji, a tylko trzeźwe spojrzenie na nasze czasy i...

Pani Katarzyna gwałtownie zastukała laską.

- Dobrze, że tego ojciec nie widzi! Stanowczo domagam się, żebyś zaprzestał czytania tego typu agitacyjnej literatury. Stanowczo! I proszę cię, nie chcę słuchać żadnych tłumaczeń na ten temat.

Staś posłusznie skinął głową.

- Będzie jak sobie życzysz, babuniu.

- Ja myślę! - podniosła głos pani Katarzyna. - Ja myślę, że się nie sprzeciwisz. Nie było nigdy czegoś podobnego w naszej rodzinie i nie będzie! I ani słowa ojcu! Ma dość własnych kłopotów.

PROŚBY I OSTRZEŻENIA

Urzędowe sprawy, które tego dnia załatwiał Michał Kalinowski, zajęły mu prawie cały dzień. Gdy wreszcie skończył, głodny i spragniony, z rozbolałą głową, zdecydował się na przechadzkę. Ulica Mikołajewska doskonale się do tego nadawała. Bulwar spacerowy biegł jej środkiem, zabezpieczony drewnianymi ogrodzeniami od brukowanych jezdni po obu stronach. Słusznie, ponieważ ulica - przez miejscowych nadal nazywana Wasilkowską, ponieważ wiodła do pobliskiego Wasilkowa i dalej do Grodna - była bardzo ruchliwa. Szalały na niej powozy, dorożki, hałasowały na drewnianych szynach konne tramwaje, ulica wiodła bowiem do dworca kolei poleskiej. Najbardziej hałaśliwi byli młodzi oficerowie kawalerii, zdążający do koszar 64. Kazańskiego Pułku, obok dworca.

Pan Michał chwilę stał niezdecydowany, gdzie się obrócić. W końcu, chcąc uciec od hałasu, skierował się do położonego tuż obok hotelu "Grand". Był środek tygodnia i restauracja hotelowa świeciła pustkami. Starszy kelner przybiegł, zanim gość zajął miejsce.

- Nereczki cielęce polecam panu dziedzicowi - zachęcił, podając menu. - Albo zraziki po myśliwsku.

Kalinowski złożył zamówienie, prosząc wcześniej o szklankę herbaty i posłanie kogoś po proszek przeciwbólowy.

- W tej chwili, panie dziedzicu - kelner natychmiast przywołał młodego pomocnika i wydał mu stosowne polecenie: - Na jednej nodze, bo gnaty porachuję!

Jeżeli pan Michał liczył na spokojny odpoczynek, to się zawiódł. Ledwo zażył przyniesione lekarstwo, gdy w przedsionku sali, dokąd prawie nie dochodził zgiełk ulicy, zabrzmiała nagle głośna i wesoła muzyka.

- To pułkownik! - rzucił z radością starszy kelner i pognał wraz z dwoma kolegami do drzwi, zapominając o dotychczasowych gościach.

Do sali wkroczyło kilku mężczyzn, za nimi zaś kapela w czarnych chałatach. Prowadził wielki i gruby mężczyzna w szarym surducie i bez nakrycia głowy. Miał potężny kark i tubalny głos, ale nie to sprawiało, że słuchano nie tylko jego poleceń, ale i gestów. Towarzyszący mu cywile i wojskowi wpatrywali się w niego jak w obraz, gotowi na skinienie wykonać każdy rozkaz, śpiewać, skakać, stanąć na rękach czy przyjąć najgłupszą pozę.

- Szampana! - wołał od progu. - Pokój na ziemi! Szampana dla wszystkich!

Był to pułkownik Mikołaj Aleksandrowicz Kawelin, dawny członek cesarskiej gwardii, teraz ziemianin, przyjaciel artystów i całego świata. Właściciel majątku Majówka był bon vivantem, sportsmenem, opiekunem sierot, artystów, włóczęgów, hojnym przyjacielem wszystkich bez względu na religię i narodową przynależność.

Mógł sobie na to pozwolić jako zięć barona Kruzensterna, jednego z najpotężniejszych ludzi w Cesarstwie Rosyjskim.

Zaliczał się też grupy osób zdecydowanie mało urodziwych. Wielka, szeroka głowa pułkownika siedziała na byczym karku prawie bez szyi. Krzywy nos, kaprawe oczy, szerokie usta, rudawe bokobrody czyniły z niego brzydala pierwszej klasy.

Towarzysze pułkownika zajmowali już kilka stolików, lokowali się przy nich, kelnerzy biegali obok w podskokach, odbierając okrycia, kapelusze, czapki i rękawiczki. Pan Kawelin miał gest, wiedziano o tym powszechnie.

- Michaił Stanisławowicz! - zawołał pułkownik, dostrzegłszy Kalinowskiego. - Ot, jak dobrze ty trafił! Trzeźwy nie wyjdziesz!

Chwycił pana Michała w ramiona, witał się z nim po rosyjsku, całując z rozmachem w usta.

- Drug! Ot, jakie szczęście trafiło się spotkać ciebie! Co ty markotny taki?

Kalinowski dotknął skroni końcami palców.

- Chory? - zdziwił się Kawelin. - Zaraz my ciebie wyleczym!

Zamaszystym ruchem ręki kazał natychmiast zabrać dotychczasową zastawę, co kelnerzy wykonali błyskawicznie, kładąc także świeże obrusy.

- Dawać kawioru i szampana! Za spotkanie wypijem!

Pułkownik był jednak na tyle przytomny, że gestem nakazał kapeli zakończyć granie.

- Poszli won! - nakazał. - Pana dziedzica głowa boli.

Rzucił im banknot, natychmiast z ukłonem podniesiony przez skrzypka. Kapela dyskretnie usunęła się, ale nie odeszła, w przekonaniu, że za chwilę może być znowu potrzebna.

Kawelin szerokimi gestami wydawał zarządzenia.

- Dawać kieliszki! Jak ma go boleć, niech od szampana boli!

Stoły zastawiono błyskawicznie wszelkim dobrem, męskie towarzystwo zabrało się do kosztowania trunków i potraw.

- Zdrowie pana pułkownika!

Kawelin zaryczał i wstał.

- Nie tak trzeba - pouczył swoim tubalnym głosem. - Najpierw zdrowie Jego Imperatorsko-Cesarskiej Mości, Mikołaja II!

Zerwali się od stołów.

- Zdrowie! - odpowiedzieli chórem.

Pułkownik wskazał gestem Kalinowskiego.

- A teraz zdrowie Michaiła Stanisławowicza, bo to on chory, nie ja.

- Zdrowie!

Pienił się szampan, trzaskały kieliszki, z rozmachem rozbijane o podłogę.

- Za armię!

Czerwieniały twarze rotmistrzów, poruczników, ziemian, wyższych urzędników.

- Za sztukę i artystów!

Dopiero za siódmym razem wznieśli toast za pomyślność pana pułkownika.

Około godziny jedenastej ktoś odstawił Michała Kalinowskiego do pokoju na piętrze. Tam dziedzic Kalinówki padł na łóżko w ubraniu i od razu zasnął. Odgłosy zabawy z restauracji wcale mu nie przeszkadzały.

***

Obudziło go natarczywe stukanie do drzwi. Z trudem otworzył oczy spojrzał na szarość dnia za oknem, następnie na zegarek. Dochodziła siódma. Szum w uszach, suchość w gardle, pieczenie pod powiekami. Odwrócił się na drugi bok. Pukanie nie ustało. Musiał w końcu wstać i podejść do drzwi.

- O co chodzi?

- Dzień dobry, panie dziedzicu. Pan pułkownik kazał prosić na śniadanie.

- O tej porze?

Niezależnie od godziny, nie odmawiało się jednak pułkownikowi Kawelinowi. Pan Michał poszedł do łazienki, aby się odświeżyć i po kilku minutach zszedł do restauracji.

W pustej sali zastał tylko Kawelina. Ten nie wyglądał na kogoś, kto balował do późnej nocy. Siedział nad zastawionym stołem i jadł, a jego apetyt był znany.

Mikołaj Kawelin zachęcająco zamachał dłonią.

- Dobry dzień, Michaile Stanisławowiczu - odezwał się, ocierając usta chusteczką. - Dalej chory?

Kalinowski ukłonił się i usiadł.

- Chory - przyznał z uśmiechem. - Ale teraz od czego innego.

Kawelin wziął do ręki butelkę wódki, napełnił z niej kieliszek do szampana. Bez słowa podsunął go Kalinowskiemu. Ten zawahał się, z namysłem wypił połowę, skrzywił się.

- Do dna! - polecił pułkownik i ze zmarszczonymi brwiami patrzył, czy jego polecenie jest dokładnie wypełnione.

Gdy pan Michał odstawił kieliszek, Kawelin zapytał:

- Prawda, lepiej?

Odłożył widelec, dłońmi pogładził wąsy i bokobrody. Chrząknął, jakby chciał uprzedzić, że zamierza mówić o czymś poważnym.

- Chciałem ja posłać kogo do Kalinówki - wyjaśnił. - Ale szczęśliwie zdarzyło się, że my się spotkali...

Mikołaj Kawelin wydawał się zupełnie trzeźwy i zupełnie zdrowy, choć zapewne całkiem niedawno zakończył pijatykę. Był znany z tego, że w piciu nie spotkał mocniejszego. Jego towarzysze od stołu będą zapewne chrapać w najlepsze jeszcze przez kilka godzin.

Pułkownik patrzył uważnie na Polaka, jakby oceniał jego możliwości zrozumienia tego, co ma do powiedzenia. Michał Kalinowski obejrzał się po pustej sali i domyślił się powodów tak wczesnej rozmowy.

- Słucham bardzo uważnie, Mikołaju Aleksandrowiczu.

Kawelin pokiwał głową. Znali się z Kalinowskim od lat. Łączyły ich pasje myśliwskie i sportowe, czasem grywali w karty, o niewielkie zresztą stawki. Pułkownik nie uważał tej rozrywki za szczególnie ciekawą, bo nie miał szczęścia do wygranych. Ale myśliwym był zawołanym i rzadko omijał sławne polowania w Kalinówce.

- Może to i, jak u was mówią, dym bez ognia... - oznajmił przyciszonym głosem. - Ale pomyślałem, że jak ciebie spotkam, to tobie o tym wspomnę, Michaile Stanisławowiczu... Bo to rozmaite rzeczy człowiek słyszy przy zielonym stoliku...

Pan Kalinowski przypuszczał, że sprawa jest poważna, ale ani się nie domyślał, czego może dotyczyć.

- Słucham z największą uwagą - zapewnił.

Pułkownik znowu rozejrzał się po sali. Nadal nie było w niej nikogo, tylko daleko, pod oknem, starszy kelner czekał w gotowości na znak.

- W gazetach wszystko dziś przeczytać można - podjął Kawelin. - Ot, na ten przykład piszą, że pan minister i oberpolicmajster gubernie objeżdża. Między nami mówiąc, on, choć generał, jest wielki świnia i pies, ale nie o moje zdanie tu chodzi. Do nas też trafi. Wiadomo, taki wielki dostojnik, to przygotować trzeba wizytę. A jak przygotowują takie wizyty w urzędach - wszystko jedno, wojskowych czy cywilnych? Ano tak, żeby na pochwałę zasłużyć. Wy, Polaki, to może nie wiecie, bo i skąd. Ale mnie się zdaje, że w policji to popłoch jest, starają się, żeby jak najwięcej połapać takich, co to za kratami powinni siedzieć. Albo i takich, co im dziecięce figle w głowie. Ale władza, Michaile Stanisławowiczu, nie bardzo zna się na żartach. Gotowi i za figle zamykać. Za gazety jakie albo za książki... Młodzież dziś samodzielna, pewna siebie. Czasem trzeba im powiedzieć, że nie zawsze dobrze się bawią. Potem, jak ten oberpolicmajster wyjedzie, to może ich i wypuszczą, ale póki co, muszą swoje odsiedzieć wszyscy, co są podejrzani albo tylko tacy, co podejrzani być mogą. Czy ja jasno się wyraził, mój drogi Michaił?

Pan Kalinowski pochylił głowę.

- Bardzo jasno, Mikołaju Aleksandrowiczu. Dziękuję, Mikołaju Aleksandrowiczu.

- Za co zaraz dziękować? - westchnął pułkownik. - Ot, przysługa. Człowiek pomoże, człowiekowi pomogą... No, Michaile Stanisławowiczu, weźmy co do jedzenia, bo samym piciem to człowiek długo nie pociągnie...

***

Więzienie okręgowe w Białymstoku od stu lat mieściło się w ponurym jednopiętrowym budynku przy końcu ulicy Mikołajewskiej.

Pokój przesłuchań był prawie pusty. Tylko metalowa szafa, kwadratowy stół i kilka krzeseł. Uzbrojony wartownik zwykle stał na zewnątrz, a jeśli czasem wchodził do pomieszczenia, zajmował miejsce pod wieszakiem w kącie. Wieszak był nieużywany, ponieważ nie było tu pieca, a od małego okna, przesłoniętego kratami, ciągnął chłód.

Teraz w pokoju znajdowało się dwóch mężczyzn.

Na krześle, ustawionym na środku pomieszczenia, siedział młody mężczyzna, ubrany tylko w koszulę. Obok stał żołnierz z długim na pół sążnia kijem. Żołnierz uderzał kijem, a młody mężczyzna krzyczał. Na jego koszuli widniały czerwone i brunatne ślady uderzeń.

- Sześćdziesiąt - oznajmił żołnierz.

Jego głos nie wyrażał żadnych emocji. Wykonywał tylko swoje zadanie, bił, liczył uderzenia, czasem robił krótką przerwę.

Starszy detektyw Rudolf Krantz stanął w progu, spojrzał, nie odezwał się. Dopiero po długiej chwili jakby się ocknął, wszedł do środka i gestem powstrzymał żołnierza.

- Wystarczy tego na razie - powiedział cichym, łagodnym głosem. - Odpocznij minutkę.

- Słucham, wasza wielmożność! - służbiście odkrzyknął tamten.

Zakrwawiony kij starannie wytarł o kawałek płótna, oba przedmioty położył na stole, a sam stanął wyprostowany obok, gotowy wypełniać następne rozkazy.

Rudolf Krantz podszedł od przodu do siedzącego człowieka i z niepokojem zajrzał mu w oczy.

- Jest pan przytomny? - zapytał. - No, gratuluję odporności.

Gestem dał znać, że chce zostać sam z więźniem. Żołnierz wyszedł i zamknął drzwi.

- Wie pan - powiedział Krantz. - Mierzi mnie to żandarmskie podejście. Oni nie znają innego sposobu rozmowy. To takie prymitywne...

Siedzący, młody, ciemnowłosy człowiek, nie patrzył na policjanta, oczy miał odwrócone w bok, usta zaciśnięte.

Krantz wyciągnął w jego stronę chusteczkę.

- Długo pan jeszcze wytrzyma? - zapytał. - Nie chcę narzucać decyzji, ale może wystarczy już tego bohaterstwa? Proponuję spokojną rozmowę. Pan coś wie, ja coś wiem. Wymieńmy się wiadomościami, dla wspólnej korzyści.

Więzień chwycił chusteczkę, kurczowo zacisnął na niej palce, a potem zaczął wycierać czoło i twarz. Po omacku, przymykał oczy, żeby nie widzieć na materiale śladów krwi.

- Był tu jeden taki, co wytrzymał prawie czterysta uderzeń - oznajmił Rudolf Krantz. - Pan chce przebić tę liczbę? Nie wiem, czy warto. Tamten mężczyzna, młody jak pan, niestety umarł. Pan wie, jak się nazywał?

Więzień pokręcił głową przecząco. W jego oczach widniała udręka i strach przed następnymi spotkaniami pałki. Między palcami prawej dłoni, plamiastymi od brudu i krwi, trzymał mokrą chusteczkę, z którą nie wiedział, co ma teraz począć.

- No właśnie - westchnął Krantz. - Nikt nie wie. I nikt nie będzie o nim pamiętał. O panu też nikt się nie dowie. Więc może niekoniecznie trzeba zostawać bohaterem? Może lepiej okazać się człowiekiem rozsądnym? Za te głupie wierszyki chce pan tak cierpieć? Przecież wiemy, że to nie pan je ułożył, a tylko przepisał.

Detektyw zapalił cygaro, dmuchnął dymem pod sufit.

- Wirginijskie - wyjaśnił. - Spróbuje pan? Ależ proszę, proszę się nie krępować, wystarczy poprosić, a wszystko może się zmienić w jednej chwili. I proszę się już przestać bać. Jest pan bezpieczny. Teraz tylko sobie porozmawiamy, po prostu porozmawiamy. Może znajdziemy wspólnych znajomych...