SNY PANNY JUSTYNY
Justyna Nowacka od kilku tygodni żyła jak we śnie. Tym bardziej, że często przymykała oczy, a wtedy wyraźnie czuła, jak jej głowa opiera się na piersi Michała Kalinowskiego, widziała jego zatroskany wzrok i czuła zapach fajkowego dymu, którym było przesiąknięte jego ubranie.
Po tamtej wizycie w Kalinówce, gdy tylko wróciła do siebie, rzuciła się do roboty. Nakazała wielkie sprzątanie domu. Trzepano dywany, prano zasłony, odkurzano obrazy, czyszczono meble, myto schody i sień. Cały dom huczał pracami, do których zaangażowano nie tylko służbę, ale i wynajęte we wsi dziewczyny. Panna Justyna nadzorowała wszystko sama, nie chcąc zawracać głowy ojcu, zajętemu gospodarskimi sprawami.
- To zajęcie wymarzone dla mnie - oświadczyła. - Przyda mi się trochę ruchu, a sam się zdziwisz, papo, jak pięknie urządzimy dom.
Pan Jacek Nowacki nie tylko nie miał nic przeciwko tej nagłej aktywności, ale był bardzo zadowolony, że po tygodniach bezczynności znalazła sobie jakieś zajęcie. Po powrocie z Warszawy Justyna nieraz dawała do zrozumienia, że się nudzi na wsi, gdzie nie ma ani ciekawego dla niej zajęcia, ani odpowiedniego towarzystwa.
- Ty, papo, masz swoją ziemię - mówiła. - Ale ja skazana jestem na nudę.
Spędzała czas na spacerach, godzinami siedziała na werandzie, czytała, czasem zajmowała się typowymi kobiecymi robótkami. Wcale nie interesowała się funkcjonowaniem dworu, nawet nie wchodziła do kuchni, nie mówiąc już o pomieszczeniach gospodarskich. Wymagała za to obsługi, bardzo uciążliwej dla służby, ponieważ stale ją kontrolowała i bez ustanku wygłaszała uwagi.
- Nie z tej strony podchodzisz do stołu. Nie tak złożona serwetka. Zrób to jeszcze raz. Zupełnie nie tak powinny leżeć sztućce na stole. Zrób to jeszcze raz.
Sprawdzała nie tylko czystość fartuszków i czepków u obu panien służących, ale krytykowała czystość ich rąk i niedokładnie obcięte paznokcie. Kiedy pewnego razu znalazła w zupie włos, krzyczała przez dłuższy czas i natychmiast kazała oddalić dziewczynę.
Teraz pan Jacek był zachwycony zmianami, które nagle nastąpiły w zachowaniu córki. Z dnia na dzień zaczęła się interesować funkcjonowaniem domu i całego gospodarstwa. Wypytywała o sprawy, którymi dotąd nie zajmowała się w najmniejszym stopniu. Nawet służbie zaczęła okazywać życzliwość. Odłożyła na bok książki, a zajęła się pracami domowymi, nie uważając by uwłaczały jej pozycji płaskie pantofle i fartuch na codziennej sukni.
Jedną z pierwszych decyzji był gruntowny przegląd garderoby. W asyście służącej Justyna wyrzuciła z szaf na łóżko w swoim pokoju wszelkie suknie, palta, kapelusze, bieliznę, buty, od razu dzieląc je na trzy kupki:
- To do wyrzucenia, to zostaje, nad tym się jeszcze zastanowię.
Największy stos powstał z rzeczy przeznaczonych do wyrzucenia. Oczywiście nie chodziło o wyrzucenie do śmieci. Były to jednak ubrania, których córka pana Nowackiego nie zamierzała już zakładać i które planowała rozdać.
- Wybierz sobie, co zechcesz - powiedziała do służącej. - Resztę rozdamy dziewczynom z majątku albo może biednym...
Służąca, która w pierwszej chwili zaniemówiła z powodu tak nieoczekiwanego daru, rzuciła się do przeglądania wszystkiego i dzielenia według własnych kategorii: dla siebie, dla innych.
Wieść o nadzwyczajnej łaskawości panny rozeszła się natychmiast po folwarku, co zaowocowało także i tym, że prace we dworze i wokół domu nabrały wyraźnego przyspieszenia. Wiele dziewczyn otrzymało od pani nieużywane już suknie, bieliznę, a także rozmaite materiały - na pościel, na ubrania - które zostały uznane za zleżałe lub nieprzydatne.
Na koniec Justyna zaprosiła ojca do swojego pokoju i pokazała mocno przetrzebione szafy.
- Chyba czas na odnowienie mojej garderoby, papo - oznajmiła spokojnym głosem.
Pan Jacek przyjął plany córki ze zrozumieniem.
- Jak trzeba, to trzeba.
Musiał sięgnąć głęboko do kieszeni, gdyż potrzeby okazały się daleko większe, niż szacował. Wzdychał, ale ani słowem się nie sprzeciwiał.
- Dobrze, pojedziemy do Białegostoku - zgodził się bez wahania, gdy wyraziła taką ochotę. - Na konieczne zakupy. W granicach rozsądku, oczywiście.
Nie wyjaśnił, co to znaczy, choć podejrzewał, że córka może mieć na temat rozsądku zdanie nieco odmienne niż on. Tydzień później, gdy wracali z miasta, wioząc pełen powóz pudeł i pudełek, nie miał zbyt uradowanej miny, ale też się nie zamartwiał. Najważniejsze było szczęście Justyny. Cóż przy tym znaczy pożyczka na duży procent, zaciągnięta pod zastaw przyszłych plonów?
- Spodziewam się, że jesteś dość zadowolona - zauważył.
- Jestem - potwierdziła z wdzięcznym uśmiechem. - Bardzo dziękuję, papo. Okazujesz mi tyle dobroci.
- Mam cię przecież tylko jedną.
Wracał z pustym portfelem. Jeszcze niemało musiał pożyczyć w kantorku znajomej firmy bankowej przy ulicy Aleksandrowskiej. Nie wprowadzał córki w szczegóły takich operacji, ledwie o nich wspomniał.
- Twoich pieniędzy ruszyć nie pozwolę - zapowiedział wcześniej. - Musisz je mieć na przyszłość, na swoje potrzeby.
Większość poważnych spraw należała do niego, jako do ojca. Wybrał się więc do Banku Handlowego, sprawdził dokładnie wszystkie aktywa, część pieniędzy przeniósł, część ulokował w nowym, dobrym interesie. Martwił się trochę wzrastającymi wydatkami, ale wiadomo, że wydanie córki za mąż to przedsięwzięcie kosztowne.
- Może być kredyt dla pana dziedzica - usłyszał w banku. - Pan dziedzic zawsze dostanie ten towar u nas, póki ma ziemię, a na tej ziemi jakie rośliny. Bez rośliny, panie dziedzicu, nie uchowa się przecież nie tylko człowiek, ale i bydełko. Bydełko bez człowieka rady nie da, człowiek jeszcze by się bez niego obszedł, bo to bywa i bydełko wśród ludzkiego rodzaju. Pan czytasz filozofów? A powinien pan. Każdy ojciec, co ma córkę na wydaniu, powinien. Inaczej zwariuje od rachunków.
***
Panna Justyna spodziewała się wkrótce oficjalnych oświadczyn. Spodziewał się tego także i pan Jacek Nowacki. Wszystko przecież zostało zaaranżowane poprzez matkę przyszłego pana młodego, zostały tylko sprawy zwyczajowe. Wiadomo, że to pani Katarzyna wszystkim zarządza i wszystkim kieruje. Gdy ona powiedziała tak, nie ma siły, żeby stało się inaczej.
Oczywiście trzeba było dać panu Michałowi czas. Musi się przygotować, zanim przyjedzie. Najpierw zaś powinien przysłać kogoś w swoim imieniu. Jacek Nowacki nie uważał tego wprawdzie za konieczne, skoro sprawa została umówiona z panią Katarzyną, ale należało zostawić decyzję panu Michałowi. Może zechce przysłać do Topolan któregoś ze swoich przyjaciół. Ale nie było pośpiechu.
Pewien pośpiech wykazywała co najwyżej panna Justyna. W magazynie kupca Tołłoczko w Białymstoku zamówiła suknię ślubną. Najnowszy, bardzo drogi model, z kremowego atłasu. Mieli ją przysłać z Petersburga.
- Tylko taka suknia na ślub! - zdecydowała Justyna. - Żadna inna!
Pan Jacek nie widział wielkiej różnicy pomiędzy wymarzoną suknią a tą, która wisiała na wystawie sklepu pana Tołłoczko, ale to nie mężczyźni powinni wypowiadać się na temat damskiej mody. Jaka jest różnica pomiędzy rękawiczkami zakupionymi w Zabłudowie a tymi z Warszawy, ze sklepu Prus & Wokulski? Dla mężczyzny raczej niewielka, niewiasty potrafiłyby godzinami dyskutować o różnicach i zaletach.
***
Przed kilku laty, gdy pan Jacek spodziewał się, że córka wzorem innych panien zechce wyjść za mąż, umożliwił wizyty w swoim domu kilku rozmaitym kandydatom. Byli to młodzi, nierzadko wcale bogaci mężczyźni, dobrego pochodzenia i rozległych koneksji, ale żaden nie zdołał skupić na sobie uwagi Justyny dłużej niż przez chwilę. Pan Jacek martwił się takim skutkiem swoich starań, a gdy dużo później usłyszał od córki, że gotowa jest zostać starą panną, zmartwił się jeszcze bardziej.
Nie przypuszczał, że jego poszukiwania narzeczonego idą całkowicie w niewłaściwą stronę i nie mają szans na powodzenie. Justyna nie widziała w młodych panach partnerów dla siebie, gotowa była natomiast rozważyć małżeństwo z kimś znacznie starszym. To pani Katarzyna Kalinowska naprowadziła pana Jacka na taki trop. Zdziwił się, ale przestał się dziwić, gdy się okazało, że pani Kalinowska miała rację. Zabrał córkę do Kalinówki właśnie po to, żeby się o tym przekonać. Po jednej wizycie nie tylko uważał, że coś może wyniknąć z tej znajomości, ale był pewny sukcesu. Justyna zakochała się w dziedzicu, jego matka była przychylna takiemu związkowi. Pozostawało dogadać rzecz z panem Michałem, co nie wydawało się Nowackiemu trudne, skoro pani Kalinowska zamierzała odpowiednio wpłynąć na syna.
***
Pan Jacek Nowacki był zadowolony, że przygotowania córki mają taki poważny i zorganizowany charakter. Panna Justyna nie tylko spisała dokładnie wszystko, co zamierzała zabrać w ramach panieńskiej wyprawy - meble z pokoju, fortepian, niektóre elementy wyposażenia - ale też rodzinne drobiazgi po matce, pamiątki z czasów nauki w szkole i pobytu w Warszawie. Kolejnym etapem było obejście gospodarstwa i obejrzenie go pod takim samym kątem.
- Możesz wziąć, co tylko zechcesz - odpowiedział pan Jacek, gdy go spytała o zgodę. - Choćby i wszystko. Przecież będę do was przyjeżdżał, to posadzisz mnie na mojej dawnej kanapie lub moim dawnym krześle.
Śmiał się zadowolony, widząc przejęcie i podekscytowanie córki.
- Wszystko z twojego panieńskiego pokoju, poza łóżkiem - zauważył. - Będziesz miała tam inne, wygodniejsze...
- Ależ papo! - zaczerwieniła się panna. - Jak można tak mówić!
- Dobrze, dobrze - zamruczał pan Nowacki. - Przepraszam za niestosowne żarty, Justysiu. Chciałem tylko okazać praktyczność.
Spis panny Nowackiej był długi i stale się zmieniał, ponieważ nie było dnia, żeby nie nanoszono w nim zmian i poprawek.
- Czy powinnam wziąć mój lekki powóz, papo? - pytała. - Ten mały. Nie wiem, czy pan Michał ma coś takiego w Kalinówce, a przecież gdyby przyszło mi samej gdzie pojechać...
Pan Jacek nie potrafił rozstrzygnąć wszystkich jej wątpliwości.
- Możesz zabrać, co zechcesz - przypomniał.
- Ale nie wiem, czy tak trzeba, bo może mają co też w Kalinówce. Po co ci aż dwa powozy? Trzeba może dowiedzieć się i wtedy postanowić...
Justyna natychmiast znalazła rozwiązanie.
- Czy dowiesz się tego, kochany papo? Przecież mnie nie wypada dopytywać pana Michała albo jego matki.
Pan Jacek obiecał wywiedzieć się o wszystko i co jakiś czas, gdy spotykał się z Michałem Kalinowskim - czy to w jego domu, czy też w Zabłudowie - tak umiejętnie prowadził rozmowę, że otrzymywał kolejno odpowiedzi na dręczące córkę pytania.
- Faktycznie, lekkiego powozu nie ma - powiadał później. - Ale sań są cztery pary, w tym zupełnie małe, na jedną osobę.
Zaaferowana Justyna nanosiła na swoją listę kolejne uzupełnienia, czasem tylko coś skreślając, bo wszystko zdawało się jej potrzebne i ważne. Ojciec, choć uważał takie zachowanie za przesadne, nie gasił jej entuzjazmu.
- Powinnam chyba poćwiczyć jazdę konno - zastanawiała się, marszcząc nosek. - Jak sądzisz, papo?
Nowacki podniósł brwi zdumiony.
- Konno? Myślałem, że już nigdy nie polubisz tej rozrywki.
Panna uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Pan Michał lubi spacerować wierzchem, już mi proponował towarzystwo. Nie chciałabym sprawić mu zawodu.
Pan Jacek pochwalił zamiar. Córka była naprawdę zakochana, skoro ważyła się pokonać dotychczasowe uprzedzenia.
Panna Justyna nie przepadała bowiem za jazdą konną. W siodle siedziała tylko wtedy, gdy była u siebie, na wsi. Nie znajdowała w tym wielkiej przyjemności. Choć w stajni Topolan było kilka dobrze ułożonych, spokojnych wierzchowców, nader rzadko ich używała. Wolała podróże bryczką czy innym lekkim pojazdem, zwłaszcza jeśli powozili nimi inni - ojciec lub ktoś ze służby. Nie miała też upodobania w zajęciach związanych z jazdą wierzchem. Nie potrafiła osiodłać klaczy oddanej do jej wyłącznego użytku, a i samo zwierzę dotykała nie inaczej, jak poprzez rękawiczkę.
Pan Jacek zwracał uwagę, że aby poczuła się pewnie i swobodnie, konieczna jest pewnego rodzaju przyjaźń ze zwierzęciem, a przynajmniej znajomość. Córka jednak nie zamierzała stosować się do jego nauk, ograniczając jeżdżenie w siodle do sytuacji rzadkich i wyjątkowych.
- Nie lubię jeździć - powtarzała. - Jeżdżę, skoro muszę, ale trudno mi zrozumieć, jaką można mieć w tym przyjemność, nawet, jeśli to użyteczne.
Ta postawa była bardzo dobrze znana w Topolanach, więc gdy niespodziewanie panna Justyna zapowiedziała na następny dzień dłuższą przejażdżkę, wywołała ożywione komentarze służby. Rano koń był gotowy - spokojna, srokata klaczka imieniem Sonata. Justyna dosiadła ją, ubrana w szarą amazonkę. Nie powiedziała, w którą stronę zamierza się udać, ani kiedy planuje powrócić.
Już w poprzednim miesiącu podjęła taką podróż. Wejście na siodło bez niczyjej pomocy sprawiło pannie Nowackiej niejaką trudność, ale udało się po trzeciej próbie i mogła ruszyć. Pojechała w stronę Kalinówki z niejasną nadzieją, że spotka pana Michała Kalinowskiego. Powinien być w majątku i pilnować roboty, trwały przecież wykopki.
Widziała pracujących na polu - nisko pochylone chłopskie sylwetki, zbierające kartofle do wiklinowych koszy, które mężczyźni odnosili na wozy, fornalki. Na wszystkich polach w okolicy było podobnie, ludzie spieszyli się, korzystając ze sprzyjającej pogody.
Żadna z sylwetek nie była podobna do Michała Kalinowskiego, co panna Justyna stwierdziła z przykrością. Rozglądała się za nim, jeździła tu i tam polnymi drogami w pobliżu pracujących. Nie zapytała jednak o pana Michała, a nikt jej nie powiedział, gdzie podział się pan dziedzic. Zawiedziona zawróciła do domu. Z ulgą zsiadła na ziemię, obolała. Nie rozumiała, jaką przyjemność można czerpać z konnej jazdy.
W następnym tygodniu znowu jednak wybrała się na przejażdżkę.
- Kiedyś go przecież spotkam!
***
Dzień był pogodny i Ignaś Kalinowski, w grubym palcie, okutany w wełniany szal, wyszedł na spacer. Zamierzał ocenić zakres prac niezbędnych do urządzenia stawów rybnych w Kalinówce, co miało podnieść wydajność majątku.
Stawy były dwa, leżały prawie o wiorstę na wschód od dworu.
Przed laty pradziadek Ignasia kazał powiększyć dwa naturalne zagłębienia w ziemi, położone tuż przy małej rzeczułce. Rzeczka ta, Czarna, miała źródła niedaleko w kierunku północnym, biegła zaś na południe przez pola, w coraz bardziej się obniżającym terenie, by w końcu niedaleko Kaniuków wpłynąć do Narwi.
Stawy nigdy nie były wykorzystywane z zgodnie z pierwotnym założeniem. Pomysłodawca umarł wkrótce po rozpoczęciu prac, a potem nie znaleziono środków, aby je kontynuować. Zasilane wodą z Czarnej, szybko porosły trawą i zielskiem, zabagniły się. Stały się w końcu tylko błotnistymi powierzchniami, wokół których ziemia o każdej porze roku była nadmiernie wilgotna i nie służyła niczemu. Pobliskie łąki dawały natomiast dobre siano, jednak, zdaniem Ignasia, mogłyby przynosić o wiele więcej.
Tego dnia Ignaś Kalinowski wybrał się do stawów, by obejrzeć wszystko raz jeszcze, dokładnie wymierzyć, zastanowić się nad zakresem robót i ostatecznie postanowić, czy będą one opłacalne.
Od domu trzeba było przejść obok stajni, potem polami, gdzie uprawiano łubin i len, a dalej łąkami. Owce pasły się tu swobodnie, nie wychodząc poza wyznaczony obszar. Łąki od zachodu ochraniało ogrodzenie z żerdzi, od wschodu rzeczka, wątłe laski zaś od północy. Od strony dworu przekopano niewielki rów melioracyjny, zasilający łąki w wodę z Czarnej. On też stanowił granicę pastwisk.
Ignaś dotarł na miejsce zgrzany i spocony. Dzień był cieplejszy, niż mu się wydawało, gdy wychodził z domu. Teraz musiał rozpiąć palto i zdjąć szal. Powiesił je na krzakach i ochoczo wziął się do roboty. Jeszcze w drodze, w leszczynie niedaleko domu, wyciął kilka długich prętów, których teraz używał jako miary. Chodził wokół stawów, mierzył długość i szerokość, wtykał tyczki w wodę i błoto, sondując głębokość. Efekty nie wypadły szczególnie zadowalająco. Stawy okazały się płytsze, bardziej błotniste i zarośnięte, niż sobie wyobrażał. Nadto podczas badań i obliczeń dwa razy zapadł się w mokrym gruncie aż po kolana, przemoczył buty i nogi. Nareszcie wyszedł na wolną przestrzeń, suchą i osłoniętą od wiatru, przy krzakach, gdzie zostawił szalik. Owinął szyję, po czym przykucnął i studiował poczynione notatki.
Kobieta na koniu pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Nadjechała od wschodu, nie wiadomo kiedy i którędy. Wyglądała na zagubioną, rozglądała się niepewnie, szukając drogi.
Ignaś podniósł się i zawołał. Zaskoczona, zbyt gwałtownie ściągnęła wodze, koń szarpnął się i pani omal nie spadła na ziemię.
- Przepraszam - pospieszył Ignaś z wyjaśnieniem, chwytając za uzdę. - Nie zamierzałem pani przestraszyć.
Uspokoił konia, odsunął się i uchylił kapelusza.
- Jeśli wolno spytać, co pani tutaj robi?
Elegancka pani w damskim siodle, choć zaskoczona dziwnym strojem młodego mężczyzny, nie oceniła go jako niebezpiecznego.
- A pan? - odpowiedziała pytaniem.
- Jestem u siebie. To pani zapewne się zgubiła...
- Jadę do Kalinówki - wyjaśniła kobieta. - Czy to dobra droga?
- Droga? - roześmiał się Ignaś i pokazał na dół swojego ubrania. - Pani zapewne do mojego ojca?
- Ach! - domyśliła się kobieta. - Więc mam przyjemność z młodym panem Kalinowskim. Czy pan Stanisław?
Ignaś ponownie ukłonił się kapeluszem, odsunął też szalik, uświadomiwszy sobie, że pewnie wygląda dziwacznie.
- Ignaś - wyjaśnił. - To znaczy Ignacy. Stanisława starszy brat. Obawiam się, że ojca nie ma w domu. Wczoraj pojechał, ale zdaje się, że dzisiaj ma wrócić. Może nawet jest już w domu. Pozwoli pani, że odprowadzę?
- Ja właściwie do starszej pani - tłumaczyła się nieznajoma. - O, proszę wybaczyć. Jestem Justyna Nowacka.
- Z Topolan - dodał Ignaś domyślnie.
Ponownie wziął konia za wodze, aby go poprowadzić, ale panna Justyna poprosiła, żeby pozwolił jej zejść z siodła.
- Chętnie się przespaceruję - wyjaśniła.
Nie przyznała się, że długa jazda konna bardzo ją zmęczyła. Ignaś przytrzymał wodze, podając pannie dłoń, by mogła się wesprzeć.
- Obawiam się - powiedziała - że nie jestem najlepszym jeźdźcem.
- Ależ nie - zapewnił. - Pięknie pani na koniu.
Justyna Nowacka doceniła komplement oraz uprzejmość panicza Kalinowskiego. Szła obok, jedną ręką przytrzymując poły sukni. Od razu wyczuła w nim bratnią, otwartą duszę. Nic nie wiedziała o Ignacym Kalinowskim, ledwo o nim słyszała. Sposób, w jaki był ubrany, przekonał ją, że nie przywiązuje wagi do form zewnętrznych i zapewne gustuje w samotności.
- Powinnam się ubierać po męsku na takie okazje - zauważyła po chwili. - Niektóre moje znajome nie widzą w tym nic niestosownego.
- To dobry pomysł - przytaknął się Ignaś. - Ojciec z pewnością zgodziłby się z takim zdaniem. Jest wielkim zwolennikiem praktycznych rozwiązań.
Panna Justyna zapamiętała sobie tę uwagę. Koniecznie powinna ubrać się po męsku na następną przejażdżkę.
Pół godziny zajęła im droga do dworu. Ignaś Kalinowski bawił pannę Justynę opowieściami o rodzinie, polach, plonach i gospodarstwie. Patrzyła na niego kątem oka z wielkim zaciekawieniem. Mało przypominał pana Michała fizycznie, ale najwyraźniej wiele wiedział o sprawach gospodarskich.
- Ojciec zapewne ma w panu wielką pomoc - domyśliła się. - Mój niestety nie może na mnie liczyć w tym zakresie. Zupełnie nie znam się na sprawach gospodarskich. A że nie mam brata, jest skazany na brak pomocy...
- Pan Nowacki radzi sobie bardzo dobrze - pochwalił Ignaś. - Wszyscy wiedzą, jak ładnie stoją Topolany.
- Doprawdy tak mówią? - ucieszyła się Justyna.
Doszli już do stajni, dwóch długich drewnianych budynków, stojących naprzeciw siebie. Droga wiodła pomiędzy nimi. Poprzez otwarte wrota widać było ludzi pracujących wewnątrz. Ignaś zaproponował, że pokaże najlepsze konie, ale panna Justyna chciała iść dalej.
- Może innym razem. Chciałabym odwiedzić panią Katarzynę, po to tu przecież przyjechałam.
Ignaś zawołał chłopaka stajennego i przekazał mu klaczkę Justyny.
- Zadbaj o nią - polecił. - Jest nie tylko piękna, ale i wiele warta.
Poprowadził gościa dalej ku domowi, zapewniając, że starsza pani bardzo się z wizyty panny Nowackiej ucieszy.
- Niedawno wspominała o pani.
- Naprawdę? - ucieszyła się Justyna.
- Spodziewała się pani. Ale nawet gdyby tak nie było, na pewno będzie zadowolona. Czasem narzeka na brak towarzystwa pań i mówi, że będzie umierać. Ale tego nie brałbym z przesadną powagą.
Mówił to wesołym tonem i panna Justyna zrozumiała, że Ignaś jest przyzwyczajony do kaprysów babki.
- Natychmiast pocieszę starszą panią - zapewniła z uśmiechem. - Naturalnie, jeśli potrafię.
- Nie mam co do tego wątpliwości - w podobnym tonie odpowiedział Ignaś i kichnął głośno. - Proszę wybaczyć, ale powinienem się natychmiast przebrać...
- Radzę sok z malin do herbaty - podpowiedziała Nowacka. - I dziękuję panu za miłą przechadzkę.
***
Pani Katarzyna Kalinowska leżała w łóżku z bólem gardła. Nakryta kołdrą po szyję, popijała herbatę z naparem z kwiatu lipowego i narzekała, że nikt się nią nie interesuje.
- Już nikomu nie jestem potrzebna - mówiła. - Ledwie mnie zauważają. Jakbym umarła, mało by to wszystkich obeszło...
Słuchaczką jej głośnych pretensji była przede wszystkim Wacia Potocka, blisko czterdziestoletnia, trochę służąca a trochę panna do towarzystwa. Cierpliwie słuchała narzekań i opowieści o bólach pojawiających się to tu, to tam, podawała lekarstwa i rady. Rezydowała w Kalinówce od kilkunastu lat, nabyła nie tylko odporności na kaprysy starszej pani, ale i nauczyła się przeprowadzania rozmów w taki sposób, by nie wywoływać jej gniewu.
- Nikomu nie jestem potrzebna - narzekała Katarzyna Kalinowska. - Nawet jedyny syn nie ma czasu dla rodzonej matki.
- Nie wolno tak mówić - zauważyła Wacia z przejęciem. - Pan Michał zapewne coś ważnego miał do załatwienia, taki elegancki pojechał. Przecież wiadomo, jak on panią Katarzynę uważa. Niech pani Katarzyna tak nie mówi, bo jakie nieszczęście wywoła...
Wacia, wysoka i sucha, z okularkami o grubych szkłach na przydługim nosie, stanowiła typ rzadki, bo skończenie pesymistyczny. Zawsze miała pod ręką jakąś opowieść o ludzkich nieszczęściach i przy opowiadaniu nie szczędziła okrutnych i przerażających szczegółów.
- Jeden taki krawiec z Zabłudowa miał brata, a ten brat był kaleka, bez ręki się urodził. To ten starszy utrzymywał jego i całą rodzinę, a sam miał ze dwanaście dzieciaków. Jednego razu, jak poszedł na targ, to dzieci ogniem się bawiły i wybuchł wielki pożar. Paliło się okropnie, aż trzeszczało. Ten krawiec zobaczył pożar, jak na targu był i w te pędy poleciał do domu. Patrzy, a tu domu już nie ma i rodziny prawie nie ma, bo co mniejsze dzieciaki to się na skwarki spiekły. A jak stał i płakał nad tą stratą, to nadjechała straż ogniowa i koń z zaprzęgu wpadł pomiędzy te dzieciaki, co stały, i dwoje następnych na śmierć stratował... Wtedy ten krawiec...
Wacia prawie nigdy nie mogła doprowadzić historii do końca, gdyż pani Kalinowska dochodziła do konstatacji, że jej nieszczęścia są niczym w porównaniu do nieszczęść innych.
Tak było i tym razem. Pani Katarzyna nagle poczuła się nieco lepiej, a gdy dano znać, że przyjechała panna z Topolan, to już całkiem dobrze.
- To taka dobra dziewczyna! - zawołała na wiadomość starsza pani. - Ona mi dotrzyma towarzystwa.
Powitała gościa niezwykle serdecznie.
- Moja kochana, sprawiłaś mi wielką, piękną niespodziankę - zawołała na powitanie.
Justyna była bardzo zadowolona z takiego przyjęcia i bez sprzeciwu zgodziła się zostać na obiedzie. Przy stole siedział też Ignaś Kalinowski, najwyraźniej pełen podziwu dla gościa, co nie mogło ujść uwagi jego babki.
- Cóż tak patrzysz? - spytała go później, gdy byli sami.
- Domyśliłem się, że to ona, babuniu - uśmiechnął się Ignaś. - To pannę Justynę miałaś na myśli, mówiąc że ojciec zastanawia się na powtórnym ożenkiem.
Pani Katarzyna zmarszczyła brwi.
- Może tak - odpowiedziała. - Ale żebyś przy niej słowa o tym nie wspomniał. Jest delikatna i wrażliwa, trzeba z nią postępować umiejętnie.
Ignaś był pewny swoich możliwości.
- Niech babunia się nie martwi - oznajmił. - Potrafię się zachować.
Starsza pani przyglądała się wnukowi uważnie.
- Jesteś prawie dorosły - zauważyła. - To cię i nie powinno zdziwić moje pytanie.
- Nie zdziwi, babuniu.
- Co myślisz o zamiarach swojego ojca?
Ignaś, zadowolony, że go pytają o opinię, wypowiedział ją z odpowiednim namysłem.
- To miła i całkiem ładna panna - zauważył. - Wprawdzie, jak sama mówi, zupełnie nie zna się na gospodarstwie, ale poza tym wydaje mi się bardzo interesująca.
- Zatem nie będziesz uważał, że ojciec robi niedobrze?
- Oczywiście, że nie - zapewnił Ignaś. - Jeśli mnie pytasz, babuniu, nie widzę żadnych przeszkód.
Rozmowa odbyła się późnym popołudniem, gdy panna Justyna wspomniała, że powinna już ruszać w powrotną drogę.
- Wydaje mi się, babuniu, że nie powinna jechać konno - stwierdził Ignaś zatroskany. - Nie jest dobrym jeźdźcem. Sama pewnie o tym nie wspomni, ale moim zdaniem siodło nie bardzo jej służy. Czy każesz ją odwieźć?
Pani Katarzyna spojrzała na wnuka z zastanowieniem.
- Pomysł dobry, ale nie wypada posyłać jej samej. A wysłać tylko ze służącym, tym bardziej. Chyba, że ty pojedziesz... To kawałek drogi. Czy czujesz się na siłach?
- Chętnie pojadę, babuniu. Ona będzie bezpieczna przy mnie, odbędzie drogę wygodniej.
Pani Katarzyna pochwaliła takie rozwiązanie.
***
Justyna Nowacka nie doczekała się Michała Kalinowskiego. Wbrew zapowiedziom, nie powrócił do późnego wieczora. Justyna chciała wracać już wcześniej, ale pani Katarzyna, bardzo zadowolona z towarzystwa, zatrzymywała ją usilnie.
- Poczekaj jeszcze odrobinę, moja droga - przekonywała. - Powinien niedługo wrócić. Szkoda, byście się nie widzieli.
Justyna wahała się, ponieważ zbliżał się wieczór i bała się wracać po zmroku.
- Nie martw się - pocieszała gospodyni. - Każę cię odwieźć bezpiecznie do Topolan. To przecież nie na koniec świata, a i samej przecież nie puszczę po ciemku.
Była uśmiechnięta i rozpromieniona. Obecność młodej kobiety bardzo dobrze jej zrobiła.
- Widzisz, Ignasiu - uśmiechnęła się do wnuka. - Prawie jestem zdrowa. To dzięki Justysi.
Panna Nowacka przystała na propozycję starszej pani, choć wyraziła obawę, czy nie nadużywa gościnności.
- Nic podobnego - zastrzegła pani Kalinowska. - Posiedzimy jeszcze, porozmawiamy, a potem Ignaś cię odwiezie. Żaden kłopot, zapewniam cię. Zwłaszcza, że ma coś do załatwienia po drodze.
- Skoro tak to wygląda... - panna Justyna podziękowała, poruszona dobrocią starszej pani.
Ignaś Kalinowski sam zaprzągł konia do bryczki i przygotował miękkie siedzenie dla pasażerki. Wierzchowca uwiązał krótko za powozem. Przygotował też latarnię, ale nie spodziewał się, że będzie jej używał na polnej drodze. Chyba dopiero w Zabłudowie, żeby bezpiecznie przejechać przez miasto.
Pomógł pannie Justynie zająć miejsce, przejęty swoim zadaniem.
- Jesteśmy gotowi - zameldował. - Czy życzy sobie pani czegoś jeszcze?
- Dziękuję - odpowiedziała Justyna.
Była oszołomiona atmosferą domu, ciepłym przyjęciem, serdecznością, grzecznością. Pani Katarzyna Kalinowska stała w progu i żegnała ją uprzejmie.
Wcześniej wygłosiła kilka ważnych dla Justyny zdań.
- Moja droga - starsza pani rozmawiała z nią w cztery oczy. - Jestem dość doświadczona, żeby pozwolić sobie na mówienie wprost. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe.
- Będę wdzięczna za każdą uwagę i każdą radę - zapewniła dziewczyna.
Pani Katarzyna uśmiechnęła się dobrotliwie.
- Może trudno ci w to uwierzyć, drogie dziecko, ale też kiedyś byłam młoda i jeszcze trochę pamiętam, co czasami mówi dziewczęce serce. Rozumiem twój stan, zapewniam cię. Ale przyjmij radę osoby starszej i bardzo ci życzliwej. Młodość jest pospieszna, skora nie tylko do słów, ale i do czynów. Z wiekiem przychodzi rozwaga, namysł, zastanowienie. Proszę więc, byś pamiętała o tym, gdy stawiasz sobie rozmaite pytania, na które nie ma jeszcze odpowiedzi. Daj Michałowi czas na zastanowienie, na ułożenie wszystkiego w głowie, a może i na porzucenie pewnych nawyków.
- Rozumiem - uśmiechała się Justyna. - Obawiałam się, żeby nie zostać wziętą za osobę natrętną i narzucającą się.
- Nikt tak tego nie widzi - zapewniła pani Katarzyna. - Cieszę się, że tak dobrze się rozumiemy. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy miały więcej okazji do spotkań i rozmów. Niech tylko Michał, nasz Michał, dojrzeje...