Dwór w Czartorowiczach - Monika Rzepiela

Kup ebooka

25.53 zł
21.70 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Rodowód

Pan­na Ewa Ja­błoń­ska obu­dzi­ła się, kie­dy cały dwór był już na no­gach. Nie mia­ła w zwy­cza­ju wy­le­gi­wać się w łóż­ku o świ­ta­niu, lecz tego dnia wy­jąt­ko­wo za­spa­ła. Za­wsty­dzo­na, bo słoń­ce sta­ło wy­so­ko, spoj­rza­ła na wi­szą­cy nad fra­mu­gą ze­gar i za­mar­ła z prze­ra­że­nia. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta, więc pora śnia­da­nio­wa daw­no mi­nę­ła, a ona, o zgro­zo, wciąż le­ża­ła w po­ście­li! Czym prę­dzej od­szu­ka­ła kap­cie i na­law­szy z bia­łe­go bla­sza­ne­go dzban­ka wody do mi­ski, któ­ra sta­ła na noc­nym sto­li­ku obok łóż­ka, po­spiesz­nie umy­ła twarz. Po­tem, wciąż w noc­nej ko­szu­li, lek­kiej i tak de­li­kat­nej, że było nie­mal wi­dać kształ­ty jej cia­ła, sta­nę­ła obok otwar­te­go okna. Spo­glą­da­jąc na kwit­ną­cy ogród, szczu­pły­mi pal­ca­mi za­czę­ła za­pla­tać war­kocz. To był jej znak szcze­gól­ny: gru­by ja­sny war­kocz się­ga­ją­cy aż po pas, iden­tycz­ny jak za mło­du no­si­ła jej uko­cha­na bab­cia Mar­cjan­na.

Upo­jo­na wo­nią barw­ne­go kwie­cia, ode­szła od pa­ra­pe­tu i otwo­rzyw­szy wie­ko sta­re­go dę­bo­we­go ku­fra - ta­kie bo­wiem z da­wien daw­na po dwo­rach dla prze­cho­wy­wa­nia odzie­ży trzy­ma­no - wy­ję­ła żół­tą pro­stą suk­nię z cien­kie­go ma­te­ria­łu, w sam raz na upal­ny dzień. Szyb­ko się ubra­ła i wy­szła z po­ko­ju.

Le­d­wie za­mknę­ła za sobą drzwi, gdy usły­sza­ła ha­łas do­bie­ga­ją­cy z kre­den­su. Nie na­my­śla­jąc się wie­le, ru­szy­ła w stro­nę zna­jo­mych gło­sów.

W po­miesz­cze­niu dla służ­by pa­no­wał ruch jak zwy­kle.

- Bę­dzie­my mie­li pięk­ny dzień - mó­wi­ła po­ko­jów­ka Kla­ra do ku­char­ki, wy­cie­ra­jąc ta­le­rze. - O, pan­na Ewa! - za­wo­ła­ła na wi­dok dziew­czy­ny. - Dłu­go dziś pa­nien­ka spa­ła. Już po śnia­da­niu. Pani Blan­ka nie chcia­ła cze­kać.

- Nie szko­dzi, Kla­ro, zjem coś w kuch­ni. Gdzie mama?

- Pani czy­ta ro­mans na gan­ku.

- A ty nie je­steś przy niej? - zdzi­wi­ła się Ewa.

- Nie, pani Blan­ka po­wie­dzia­ła, że chce zo­stać sama, to­też ja tu sprzą­tam.

Opu­ściw­szy kre­dens, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no szkło, za­sta­wy sto­ło­we, srebr­ne sztuć­ce, wazy na po­lew­ki i pół­mi­ski do so­sów wraz z far­fu­ra­mi1 - a wszyst­kie­go było na osiem­dzie­siąt osób - oraz wszel­kie do­mo­wej ro­bo­ty mik­stu­ry dla po­ra­to­wa­nia zdro­wia, Kla­ra prze­szła przez po­kój ja­dal­ny, te­raz pu­sty, bo wszy­scy do­mow­ni­cy po­roz­cho­dzi­li się do swo­ich za­jęć, i we­szła do kuch­ni. Tam sta­ra pia­stun­ka Ma­ciej­ka sie­dzia­ła na zy­dlu pod oknem ozdo­bio­nym do­nicz­ka­mi, w któ­rych kwi­tły pe­lar­go­nie, i bu­ja­ła na ko­la­nach dwu­let­nie­go Ole­sia.

- Tu-tu-tu - śpie­wa­ła ko­bie­ta, trzy­ma­jąc dziec­ko za rącz­ki - srocz­ka kasz­kę wa-rzy-ła, na pro­gu ją stu-dzi-ła, pierw­sze­mu dała na ły­żecz­kę, dru­gie­mu dała na mi­secz­kę, trze­cie­mu dała w gar-nu-szku, czwar­te­mu dała w dzba­nusz­ku, a pią­te­mu nic nie dała i fru-fru do lasu po­le­cia­ła!

Ewa się uśmiech­nę­ła. Ma­ciej­ka zaj­mo­wa­ła się Ole­siem tak, jak nie­gdyś nią i Igą. Pa­mię­ta­ła, jak sama sie­dzia­ła na jej ko­la­nach i jak bar­dzo lu­bi­ła się wtu­lać w ob­szer­ne, ko­cha­ne ra­mio­na ko­bie­ty. To sta­ra pia­stun­ka na­uczy­ła ją pierw­szych wier­szy­ków i pa­cie­rza, to ona śpie­wa­ła jej ko­ły­san­ki do snu. A te­raz znów ba­wi­ła dziec­ko, cho­ciaż jej ręce były wy­krzy­wio­ne ze sta­ro­ści, a ple­cy zgar­bio­ne.

Z szaf­ki, na któ­rej obok por­ce­la­no­wej cu­kier­ni­cy sta­ły sło­icz­ki z pie­przem, sza­fra­nem, ba­zy­lią, im­bi­rem i z goź­dzi­ka­mi, wy­ję­ła mły­nek do kawy z wy­su­wa­ną szu­flad­ką. Za­mie­rza­ła wsy­pać do nie­go brą­zo­we ziar­na, gdy na­gle do kuch­ni we­szła An­drze­jo­wa.

- Po­zwo­li pan­na, że ja to zro­bię - po­wie­dzia­ła ku­char­ka, od­bie­ra­jąc Ewie mły­nek.

Przy­zwy­cza­jo­na do tego, że w kuch­ni nie­po­dziel­nie wła­da­ła An­drze­jo­wa, Ewa usia­dła na zy­dlu koło ka­flo­we­go pie­ca i de­lek­tu­jąc się słod­ki­mi za­mor­ski­mi mig­da­ła­mi, spo­koj­nie ob­ser­wo­wa­ła po­czy­na­nia sta­rej słu­żą­cej. An­drze­jo­wa go­to­wa­ła w Czar­to­ro­wi­czach jesz­cze pod rzą­da­mi bab­ci Mar­cjan­ny i była dla wszyst­kich nie­mal jak czło­nek ro­dzi­ny.

Oleś tym­cza­sem zsu­nął się z ko­lan Ma­ciej­ki i chwie­jąc się, pod­szedł do sio­stry. Ewa, od­sta­wiw­szy pół­mi­sek z mig­da­ła­mi na stół, chwy­ci­ła bra­cisz­ka za rącz­kę i wol­nym kro­kiem za­czę­ła spa­ce­ro­wać z nim po kuch­ni.

- Kawa go­to­wa - oznaj­mi­ła ku­char­ka. - Za­nio­sę pan­nie do po­ko­ju ja­dal­ne­go.

- Dzię­ku­ję.

Dziew­czy­na od­da­ła dziec­ko Ma­ciej­ce. W ja­dal­nym, tuż obok okna, stał ogrom­ny brą­zo­wy re­gał z szy­ba­mi, za któ­ry­mi pani Blan­ka z Ha­lic­kich Ja­błoń­ska usta­wi­ła por­ce­la­no­wy ser­wis do her­ba­ty. Na­prze­ciw­ko re­ga­łu po obu stro­nach drzwi wi­sia­ły dwa por­tre­ty przed­sta­wia­ją­ce męż­czyzn w kon­tu­szach, a nad fra­mu­gą ze­gar z wiel­ki­mi wa­ga­mi i ku­kuł­ką.

Ewa po­de­szła do sto­łu i wy­su­nę­ła obi­te kre­mo­wym za­mszem krze­sło z wy­so­ki­mi brą­zo­wy­mi po­rę­cza­mi. Tym­cza­sem An­drze­jo­wa po­sta­wi­ła na bia­łym ob­ru­sie fi­li­żan­kę z kawą. Nie zdą­ży­ła dojść do drzwi, gdy dziew­czy­na dusz­kiem do­pi­ła ostat­ni łyk i wy­mi­nąw­szy kor­pu­lent­ną po­stać w sze­ro­kim pro­gu, wy­bie­gła na ga­nek.

Pani Blan­ka czy­ta­ła książ­kę, sie­dząc w fo­te­lu na bie­gu­nach. Ewa zmar­twio­na za­uwa­ży­ła, że po­licz­ki mat­ki były bla­de, a pod ocza­mi wid­nia­ły fio­le­to­we cie­nie.

- Jak się czu­je­cie, mamo? - za­py­ta­ła ci­cho, sia­da­jąc obok.

Mat­ka za­mknę­ła gru­by tom.

- Cał­kiem nie­źle - od­par­ła. - Cho­ciaż cią­gle je­stem sła­ba. Ja­dłaś już?

- Wy­pi­łam kawę. - Ewa się uśmiech­nę­ła. - Co czy­ta­cie? Mogę zo­ba­czyć?

Blan­ka prze­su­nę­ła dło­nią po stro­nie ty­tu­ło­wej.

- To Kol­lo­an­der wier­ny Le­onil­dzie - wes­tchnę­ła. - Bar­dzo sta­ry ro­mans, ale lu­bię do nie­go za­gląd­nąć. Moja mat­ka Łu­cja z Pru­skich Ha­lic­ka opo­wia­da­ła, że jej cio­tecz­na pra­pra­bab­ka go czy­ta­ła. Mia­ła na imię Wi­ry­dian­na. Po­sia­da­ła po­kaź­ny księ­go­zbiór, któ­ry prze­cho­dził w ro­dzi­nie Ra­do­liń­skich i Pru­skich z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Z tego po­wo­du za­słu­ży­ła so­bie na mia­no sa­want­ki2. Po­nad­to pi­sa­ła pa­mięt­ni­ki, jak to daw­ny­mi cza­sy po dwo­rach po­wszech­nie czy­nio­no. Nie­ste­ty więk­szość ksią­żek i rę­ko­pi­sów spło­nę­ła w po­ża­rze przed uro­dze­niem mo­jej mat­ki. Uda­ło się ura­to­wać za­le­d­wie kil­ka to­mów. Mnie z ca­łej spu­ści­zny do­sta­ły się tyl­ko Kol­lo­an­der wier­ny i Pięk­na Dia­nea3 - mó­wiąc to, przy­mknę­ła oczy. - Do­radź mi, co dziś za­rzą­dzić na obiad. Nic mi nie przy­cho­dzi do gło­wy.

Ewa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Co­kol­wiek. Na przy­kład barszcz ukra­iń­ski.

- Do­brze, po­wiem An­drze­jo­wej, żeby ugo­to­wa­ła barszcz. Oleś zje ze sma­kiem, bo lubi.

- Po­mo­gę wam - za­ofia­ro­wa­ła się, wi­dząc, że mat­ka chce wstać. - Weź­cie mnie pod ra­mię.

Obej­mu­jąc się, prze­kro­czy­ły sze­ro­ki próg dwo­ru. Po­dwój­ne wej­ścio­we drzwi z dę­bo­we­go drze­wa nie­daw­no po­ma­lo­wa­ne przez pana Ja­błoń­skie­go na bia­ło za dnia za­wsze sta­ły otwo­rem, by każ­dy, kogo los spro­wa­dzi, bez skrę­po­wa­nia mógł wejść do środ­ka we­dle sta­rej mak­sy­my, że gość w dom, to jak Bóg w dom. I tak rze­czy­wi­ście było: czy krew­ny, czy są­siad, czy też obcy, za­wsze był mile wi­dzia­ny w Czar­to­ro­wi­czach. Pań­stwo wi­ta­li go na gan­ku i pro­si­li na po­ko­je.

Tym­cza­sem w kre­den­sie, któ­ry usta­wio­ny był przy ścia­nie tuż obok drzwi wej­ścio­wych, Kla­ra z An­drze­jo­wą na­dal wy­cie­ra­ły ta­le­rze.

- Dziś na obiad przy­rządź­cie barsz­czyk ukra­iń­ski. - Pani domu zwró­ci­ła się do ku­char­ki i za­raz moc­niej ści­snę­ła cór­kę za rękę. - Ewu­niu, za­pro­wadź mnie do błę­kit­ne­go po­ko­ju.

Ta po­mo­gła mat­ce po­ło­żyć się do łóż­ka, na­stęp­nie otwo­rzy­ła okno, przy któ­rym sta­ły do­nicz­ki z fioł­ka­mi, i po­da­ła jej książ­kę.

- Zaj­rzę do bab­ci Mar­cjan­ny - po­wie­dzia­ła. - Jesz­cze jej dziś nie wi­dzia­łam.

Blan­ka po­ki­wa­ła gło­wą.

- Do­brze, idź już. Dam so­bie radę.

Do­cho­dzi­ła dzie­sią­ta.

Ewa szła nie­spiesz­nie przez ogród mię­dzy klom­ba­mi. Słoń­ce roz­świe­tla­ło jej pło­we wło­sy, któ­rych ko­smy­ki wy­my­ka­ły się z war­ko­cza. De­li­kat­ny let­ni wie­trzyk sma­gał jej twarz. Uśmiech­nę­ła się, gdy na koń­cu ogro­du uj­rza­ła syl­wet­kę bab­ci.

Mar­cjan­na z Dan­gusz­ków Ja­błoń­ska sie­dzia­ła na ław­ce pod ol­cha­mi, prze­su­wa­jąc pa­cior­ki brą­zo­we­go ró­żań­ca. Ubra­na była w czar­ną kam­lo­to­wą suk­nię i tiu­lo­wy cze­pek bez ozdób. Ten ża­łob­ny strój no­si­ła bez prze­rwy od dwu­na­stu lat, czy­li od upad­ku po­wsta­nia, w któ­rym zgi­nął jej star­szy syn Ja­nusz, a mąż za udział zo­stał ze­sła­ny na Sy­bir.

Ewa usia­dła ci­cho obok bab­ci. Mia­ła stąd do­sko­na­ły wi­dok na cały dwór, te­raz ską­pa­ny w słoń­cu i bie­le­ją­cy wśród ota­cza­ją­cej go zie­le­ni. W jego pro­gi za­pra­sza­ły sze­ro­kie ka­mien­ne scho­dy wy­dep­ta­ne sto­pa­mi ko­lej­nych po­ko­leń, pro­wa­dzą­ce na ga­nek ocie­nio­ny dwie­ma ko­lum­na­mi, wo­kół któ­rych pię­ły się ko­lo­ro­we mal­wy. Przez otwar­te pro­sto­kąt­ne okna z ma­ły­mi szyb­ka­mi, po­mię­dzy któ­ry­mi ro­sły pną­cza blusz­czu, wpa­dał na po­ko­je prze­ślicz­ny za­pach kwie­cia nie­sio­ny przez wiatr po­ru­sza­ją­cy mu­śli­no­wy­mi fi­ran­ka­mi. To był jej świat - swoj­ski, zna­ny od dzie­ciń­stwa, uko­cha­ny.

Dziew­czy­na po­pa­trzy­ła na bab­kę. Sta­rusz­ka wciąż od­ma­wia­ła mo­dli­twę.

- Bab­ciu - ode­zwa­ła się ci­cho, do­ty­ka­jąc jej ra­mie­nia. - To ja.

Sta­ra ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy i po­pa­trzy­ła na wnucz­kę.

- Ewu­nia! - za­wo­ła­ła, spla­ta­jąc ręce na po­doł­ku. - A ja my­śla­łam, że Kle­men­ty­na przy mnie usia­dła...

- Cio­ci to ja dzi­siaj nie wi­dzia­łam. Może się przej­dzie­my? Taka ład­na po­go­da.

Po­mo­gła bab­ci wstać i wol­nym kro­kiem ru­szy­ły wy­dep­ta­ną wśród klom­bów ścież­ką w kie­run­ku dwo­ru.

- Za pa­nień­skich cza­sów - za­czę­ła sta­rusz­ka, pod­pie­ra­jąc się la­ską - przy­jeż­dżał do nas na Sie­dli­ska gu­wer­ner, co go w są­sied­nim dwo­rze za­trud­ni­li do na­uki. Mło­dy był, przy­stoj­ny i do­brze mu z oczu pa­trzy­ło. Za­ko­chał się we mnie. Chciał się że­nić. Ale oj­ciec nie po­zwo­lił pójść za nie­go.

- Co się z nim sta­ło? Z tym na­uczy­cie­lem? - Ewa się uśmiech­nę­ła. Bar­dzo lu­bi­ła opo­wie­ści bab­ci.

- Nie­dłu­go po re­ku­zie4 wy­je­chał do Sza­ro­gród­ka, a mnie oj­ciec wy­dał za Ka­ro­la na Czar­to­ro­wi­czach. Mia­łam wte­dy osiem­na­ście lat.

- Pa­mię­tasz go, bab­ciu?

- A jak­że! Pa­mięć, chwa­ła Bogu, mi słu­ży. Adam mu było, bo się w sa­miu­teń­ką Wi­lię uro­dził. Czy­tał mi wier­sze i jeź­dzi­li­śmy brycz­ką. A raz, gdy po­szli­śmy do lasu na grzy­by, to mnie mu­siał z po­wro­tem na rę­kach nieść, bo ta­kam była po­ką­sa­na przez mrów­ki, że kro­ku zro­bić nie mo­głam!

- Szko­da, że te­raz nie ma żad­ne­go na­uczy­cie­la na Czar­to­ro­wi­czach. - Ewa wes­tchnę­ła, za­do­wo­lo­na, że bab­cia tak się oży­wi­ła. - Oleś jesz­cze za mały do na­uki.

- A chcia­ła­byś, wnu­siu?

- Może - po­wie­dzia­ła pa­nien­ka z bły­skiem w oku. - By­ło­by we­so­ło! Mógł­by mi czy­tać wier­sze albo pro­wa­dzić na dłu­gie spa­ce­ry.

- To nie te cza­sy, co kie­dyś... - ze smut­kiem stwier­dzi­ła bab­ka. - Te­raz już nie naj­mu­ją na­uczy­cie­li na dwo­ry. Do szkół jeż­dżą.

Ko­bie­ty we­szły na ga­nek. Sta­rusz­ka, po­sa­pu­jąc, usia­dła cięż­ko w bu­ja­nym fo­te­lu.

- Przy­nio­sę wody, ba­bu­niu - po­wie­dzia­ła wnucz­ka, zni­ka­jąc za pro­giem.

W kre­den­sie An­drze­jo­wa szy­ko­wa­ła ta­le­rze obia­do­we.

- Je­den, dwa, trzy... - li­czy­ła. - Pię­cio­ro w po­ko­ju ja­dal­nym, resz­ta w kuch­ni. Pani Kle­men­ty­na to dużo dziś nie zje, bo coś cho­ra.

- Co jej jest? - za­cie­ka­wi­ła się pan­na Ja­błoń­ska.

- Mi­gre­na i dusz­no­ści - oświad­czy­ła ku­char­ka, wy­cie­ra­jąc wazę. - Leży w łóż­ku i sole trzeź­wią­ce za­ży­wa.

- Zaj­rzę do niej póź­niej. - To po­wie­dziaw­szy, Ewa otwo­rzy­ła szkla­ne drzwicz­ki gór­nej szaf­ki i wy­ję­ła fio­le­to­wą fi­li­żan­kę, do któ­rej na­la­ła wody z dzban­ka.

Na gan­ku ostroż­nie po­da­ła ją bab­ci do rąk. Po­ca­ło­wa­ła sta­rusz­kę w po­li­czek i uda­ła się do swe­go po­ko­ju, by prze­brać się z po­ran­nej suk­ni oraz do­koń­czyć to­a­le­tę, któ­rą tego ran­ka wy­ko­na­ła zbyt po­spiesz­nie.

Sie­dzia­ła wła­śnie przed lu­strem w sa­mej tyl­ko hal­ce, gdy do po­ko­ju nie­spo­dzie­wa­nie we­szła Kla­ra.

- Mó­wi­łam, że­byś pu­ka­ła! - upo­mnia­ła ją Ewa.

- Przy­szedł list do pa­nien­ki.

Dziew­czy­na wy­cią­gnę­ła dłoń, w któ­rej trzy­ma­ła szczot­kę do wło­sów.

- Daj mi go - za­żą­da­ła.

Kla­ra po­da­ła ko­per­tę i wi­dząc, że pa­nien­ka scho­wa­ła ją do szu­fla­dy, za­mie­rza­ła, odejść.

- Przy­nieś wa­nien­kę. We­zmę ką­piel.

Po­ko­jów­ka, ukło­niw­szy się lek­ko, wy­szła i wró­ci­ła do­pie­ro po kwa­dran­sie, wno­sząc naj­pierw dzban go­rą­cej wody, a do­pie­ro póź­niej bia­łe me­ta­lo­we na­czy­nie.

- Ustaw ją na środ­ku i wlej wodę - po­le­ci­ła pan­na Ja­błoń­ska. - Mo­żesz już wró­cić do mo­jej mamy! - do­da­ła.

Gdy Kla­ra opu­ści­ła po­kój, Ewa zrzu­ci­ła hal­kę i we­szła do wa­nien­ki. Przy­mknę­ła oczy i roz­ko­szo­wa­ła się ką­pie­lą. Za­ży­wa­ła jej czę­ściej niż inni, a w le­cie nie­mal co­dzien­nie. Woda od­prę­ża­ła i ko­iła zmy­sły. Dzię­ki temu nie cier­pia­ła na żad­ne wła­ści­we płci na­dob­nej tak zwa­ne hu­mo­ry-wa­po­ry, czy­li do­le­gli­wo­ści, któ­re za­tru­wa­ły or­ga­nizm do tego stop­nia, że nie­wia­sta nie była wład­na pa­no­wać ani nad swy­mi re­ak­cja­mi, ani nad emo­cja­mi. Ciot­ka Kle­men­ty­na, któ­ra wy­bor­nie zna­ła się na owych nie­zno­śnych wa­po­rach i po za­cho­wa­niu się ko­bie­ty po­tra­fi­ła wska­zać, czy w jej or­ga­ni­zmie w da­nej chwi­li do­mi­nu­je wzbu­rzo­na krew czy­nią­ca ją raz nad­mier­nie we­so­łą, raz bez­gra­nicz­nie smut­ną, czy śluz, któ­ry do­pro­wa­dzał do wy­bu­chów hi­ste­rii, albo nie daj Boże czar­na żółć - przy­czy­na naj­głęb­szej me­lan­cho­lii - twier­dzi­ła za­wsze, że w cie­le sio­strze­ni­cy pły­ny te po­zo­sta­wa­ły w po­dzi­wu god­nej har­mo­nii.

Gdy woda w wa­nien­ce z go­rą­cej prze­mie­ni­ła się w let­nią, pa­nien­ka wsta­ła i wy­tar­ła się lnia­nym ręcz­ni­kiem, któ­ry wi­siał na po­rę­czy krze­sła. Po­tem wło­ży­ła czy­stą bie­li­znę i wy­bra­ła suk­nię na porę obia­do­wą. Tym ra­zem ze­bra­ła swe dłu­gie wło­sy w kok. Na szyi za­wie­si­ła srebr­ny wi­sio­rek, któ­ry do­sta­ła czter­na­ste­go mar­ca od ro­dzi­ców na osiem­na­ste uro­dzi­ny. Była go­to­wa, by zejść do ja­dal­ni.

Obiad w Czar­to­ro­wi­czach po­da­wa­no o trzy­na­stej. Zwy­czaj ten wpro­wa­dzi­ła nie­boszcz­ka Zo­fia Del­fi­na z Dzię­bł­łów pri­mo voto Wit­to­wa se­cun­do voto5 Ja­błoń­ska, bab­ka Ka­ro­la - męża Mar­cjan­ny z Dan­gusz­ków Ja­błoń­skiej - któ­re­go car ze­słał na Sy­bir za udział w po­wsta­niu. I tak już po­zo­sta­ło. Ko­lej­ne pa­nie domu bez pro­te­stu pod­da­ły się tej ro­dzin­nej tra­dy­cji i nikt nie wy­obra­żał so­bie, że mo­gło­by być ina­czej.

Gdy Ewa we­szła do ja­dal­ne­go po­ko­ju, nie­mal wszy­scy sie­dzie­li już za sto­łem. Bra­ko­wa­ło tyl­ko ciot­ki Kle­men­ty­ny. Tak jak ją uczo­no od dzie­ciń­stwa, pa­nien­ka po­kło­ni­ła się lek­ko i ski­nąw­szy gło­wą na znak sza­cun­ku wo­bec ojca i mat­ki, za­sia­dła na swo­im miej­scu. Roz­ło­żyw­szy na ko­la­nach bia­łą ha­fto­wa­ną ser­wet­kę, po­ło­ży­ła na nich dło­nie i cze­ka­jąc na roz­po­czę­cie obia­du, dys­kret­nie się roz­glą­da­ła. Przez uchy­lo­ne okno, po­ru­sza­jąc mu­śli­no­wą fi­ran­ką, wpa­dał po­wiew świe­że­go po­wie­trza. W szy­bach brą­zo­we­go re­ga­łu - je­dy­ne­go me­bla w po­ko­ju - za któ­ry­mi sta­ły por­ce­la­no­we fi­li­żan­ki, czaj­ni­czek oraz wazy, a mię­dzy nimi stu­let­ni dwu­li­tro­wy kie­lich do wina, kładł się głę­bo­ki cień. Me­bel ów był rów­nie sta­ry jak zdo­bią­ca go za­sta­wa i Ewa nie­raz wy­obra­ża­ła so­bie, jak wy­glą­da­ły obia­dy w Czar­to­ro­wi­czach spo­ży­wa­ne przez jej sar­mac­kich przod­ków. Naj­bar­dziej cie­ka­wi­ło i za­ra­zem dzi­wi­ło ją to, w jaki spo­sób po­tra­fi­li oni wlać w sie­bie jed­nym hau­stem całą za­war­tość ol­brzy­mie­go kie­li­cha. Ona nie zdo­ła­ła­by wy­pić na­wet czwar­tej jego czę­ści, gdyż jej żo­łą­dek zwy­czaj­nie by się zbun­to­wał. Była pew­na, że to wła­śnie dla­te­go, iż mo­gli tak wie­le po­mie­ścić w swych brzu­chach, po­wsta­ło po­wie­dze­nie, któ­re tak czę­sto sły­sza­ła: "Za kró­la Sasa jedz, pij i po­pusz­czaj pasa".

Z chwi­lą gdy umilkł głos ku­kuł­ki, w po­ko­ju po­ja­wi­ła się Kle­men­ty­na z Ha­lic­kich Bra­nic­ka, ro­dzo­na sio­stra Blan­ki, wdo­wa i re­zy­dent­ka na Czar­to­ro­wi­czach. Ski­nąw­szy wszyst­kim gło­wą, usia­dła na swo­im miej­scu.

- Mo­że­my za­czy­nać - po­wie­dzia­ła Blan­ka. - Niech An­drze­jo­wa po­da­je.

Ku­char­ka pod­nio­sła chiń­ską wazę i pod­cho­dząc do każ­de­go, na­le­wa­ła barsz­czu na ta­le­rze. Pół­mi­sek z dy­mią­cy­mi ziem­nia­ka­mi wę­dro­wał z rąk do rąk. Ewa ja­dła nie­wie­le, po­dob­nie ciot­ka wciąż bla­da po prze­by­tej mi­gre­nie.

- Mu­szę za­trud­nić go­spo­dy­nię - oznaj­mi­ła na­gle pani domu, od­kła­da­jąc łyż­kę.

- Dla­cze­go? - za­in­te­re­so­wał się jej mąż, pan An­to­ni Ja­błoń­ski, ły­sie­ją­cy już bru­net o śnia­dej twa­rzy. - Nie da­jesz so­bie rady?

- Wiesz, że po ostat­nim po­ro­dzie do­tąd nie wy­do­brza­łam. - Blan­ka spoj­rza­ła na mał­żon­ka zmę­czo­nym wzro­kiem. - Przez pół roku mia­łam ane­mię. Nie pa­mię­tasz już? Cięż­ko mi wszyst­kim za­rzą­dzać.

- Po­py­tam we dwo­rach - po­wie­dział An­to­ni, wy­cie­ra­jąc usta. - Może ko­goś po­le­cą.

- Naj­lep­sza go­spo­dy­ni bę­dzie taka, co to była och­mi­strzy­nią - ode­zwa­ła się bab­cia Mar­cjan­na. - Pa­mię­tam, że świę­tej pa­mię­ci moja mat­ka Le­on­ty­na z domu Na­ro­gat­ka taką za­trud­nia­ła. O och­mi­strzy­nię trze­ba py­tać.

- Do­brze, zaj­mę się tym. - An­to­ni wstał od sto­łu. - Kan­dy­dat­kę przy­ślę do cie­bie - zwró­cił się do żony. - Dzię­ku­ję za obiad. Wra­cam do ga­bi­ne­tu.

Ewa rów­nież odło­ży­ła srebr­ne sztuć­ce i ukło­niw­szy się, wy­szła na ga­nek. Po obie­dzie, któ­ry wy­jąt­ko­wo się prze­dłu­żył, mia­ła zwy­czaj spa­ce­ro­wać, to­też uda­ła się w stro­nę spi­żar­ni i la­mu­sa strze­żo­ne­go przez Dara i Ce­za­ra. Czuj­ne psy przy­ku­te do bud dłu­gi­mi łań­cu­cha­mi za­strzy­gły usza­mi na jej wi­dok, lecz ża­den nie za­szcze­kał na pa­nien­kę ze dwo­ru. Ufna, że nie zro­bią jej krzyw­dy, po­gła­ska­ła wier­ne zwie­rzę­ta po łbach i po­szła tam, gdzie pani Ja­błoń­ska za­ło­ży­ła ogród wa­rzyw­ny. Szła nie­spiesz­nym, wręcz le­ni­wym kro­kiem po wy­dep­ta­nej wśród tra­wy ścież­ce, a pro­mie­nie sło­necz­ne igra­ły po jej bia­łej suk­ni. Głę­bo­ko wcią­ga­ła po­wie­trze, szczę­śli­wa, że dzień jest tak pięk­ny. Wszyst­ko do­ko­ła było wspa­nia­łe.

Prze­cha­dza­ła się wśród rów­nych rzę­dów ja­rzyn, któ­re pani Blan­ka za­sia­ła na wio­snę. Pie­trusz­ka, mar­chew, jar­muż, bu­ra­ki i ka­la­re­pa wy­ro­sły gę­sto i do­rod­nie, a roz­ło­ży­ste li­ście har­bu­zów za­sła­nia­ły zie­mię. Wszyst­ko było świe­żo prze­ple­wio­ne, lecz tu i tam już wy­glą­da­ły nowe chwa­sty. Zde­cy­do­wa­ła, że przyj­dzie tu póź­niej z mo­ty­ką, żeby je wszyst­kie po­wy­ry­wać.

Nie wie­dzia­ła, ile cza­su mi­nę­ło, gdy po­sta­no­wi­ła wró­cić do dwo­ru. Mu­sia­ło być już póź­ne po­po­łu­dnie, po­nie­waż słoń­ce zni­ży­ło się na nie­bie. Tym ra­zem przy­spie­szy­ła kro­ku, za­le­ża­ło jej bo­wiem na szczu­płej fi­gu­rze. Pod tym wzglę­dem wro­dzi­ła się w mat­kę. Pani na Czar­to­ro­wi­czach od­zna­cza­ła się smu­kłą syl­wet­ką, w prze­ci­wień­stwie do swej star­szej sio­stry Kle­men­ty­ny, któ­ra na­le­ża­ła do osób oty­łych i ni­skich. Ewa mia­ła na­dzie­ję, że ni­g­dy taka nie bę­dzie.

Gdy zbli­ża­ła się do gan­ku, za­uwa­ży­ła, że Ma­ciej­ka po­da­je Ole­sio­wi le­gu­mi­nę. Nie­wie­le my­śląc, pod­nio­sła su­kien­kę i lek­ko wbie­gła na ka­mien­ne scho­dy.

- Co to? De­ser? - za­py­ta­ła we­so­ło, ca­łu­jąc bra­cisz­ka w po­li­czek.

- Je jak sta­ryj! - cmok­nę­ła pia­stun­ka z za­do­wo­le­niem. - Na­wet śpi­wać mu nie mu­sia­łam, anioł­ko­wi jed­ne­mu.

- Bar­dzo do­brze. - Sio­stra po­gła­ska­ła umo­ru­sa­ne­go chłop­ca po pło­wej głów­ce. - A jak było z obia­dem? Zjadł?

- Ot, trosz­ku po­ka­pry­sił, po­krzy­wił się, jako ono dziec­ko, alem go wy­kar­mi­ła. Barsz­czyk to on ci lubi!

Ewa po­ki­wa­ła gło­wą i uśmiech­nę­ła się do uko­cha­nej pro­sto­dusz­nej pia­stun­ki. Pa­mię­ta­ła, że w dzie­ciń­stwie też nie za­wsze chcia­ła jeść, co jej po­da­wa­no - a już zwłasz­cza tra­nu pić nie zno­si­ła - prze­waż­nie jed­nak Ma­ciej­ce uda­wa­ło się wmu­sić w nią o kil­ka ły­żek wię­cej. Sta­ra nia­nia mia­ła swo­je spo­so­by na opor­ne dzie­ci i wie­dzia­ła, jak z nimi po­stę­po­wać.

Zo­sta­wi­ła pia­stun­kę z bra­cisz­kiem na gan­ku, a sama po­szła do swe­go po­ko­ju. Na­de­szła bo­wiem od­po­wied­nia pora, by prze­czy­tać list, któ­ry przy­nio­sła jej Kla­ra.

Ewa wy­su­nę­ła szu­fla­dę, w któ­rej scho­wa­ła otrzy­ma­ną ko­re­spon­den­cję, i usia­dła w fo­te­lu pod oknem. Otwo­rzy­ła pach­ną­cą ko­per­tę i za­czę­ła czy­tać:

Ka­mie­niec Po­dol­ski, 3 lip­ca 1876 r.

Naj­droż­sza Ku­zyn­ko!

Oto do­bie­ga koń­ca mój po­byt na pen­sji u pani Rit­te­lo­wej. Wie­rzyć mi się nie chce, że spę­dzi­łam tu­taj trzy lata, ale na­resz­cie wra­cam do mego uko­cha­ne­go domu i do Cie­bie, dro­ga Ewo. Zbyt dłu­go już prze­by­wa­ły­śmy z dala od sie­bie, lecz trze­ba mi było speł­nić wolę na­szych ro­dzi­ców: ja, nie ma­jąc po­sa­gu, mu­sia­łam się uczyć, lecz Ty jako pan­na przy dwo­rze masz za­pew­nio­ne wia­no.

Ko­cha­na moja, tak bar­dzo się cie­szę, że Cię nie­dłu­go uj­rzę! Je­steś nie tyl­ko moją Ku­zyn­ką, ale i naj­droż­szą memu ser­cu Przy­ja­ciół­ką. Tu­taj w Ka­mień­cu po­zna­łam wie­lu in­te­re­su­ją­cych lu­dzi, rów­nież męż­czyzn, lecz ża­den nie wzbu­dził we mnie afek­tu. Ty zresz­tą wiesz, do kogo na­le­ży moje ser­ce.

Tu­taj chcia­ła­bym Cię za­py­tać, czy wi­dzia­łaś go. A może roz­ma­wia­łaś z nim przy ja­kiejś oka­zji? Tak bar­dzo za nim tę­sk­nię i co­dzien­nie wspo­mi­nam ten po­ra­nek Wiel­ka­noc­ny, kie­dy wi­dzia­łam go po raz ostat­ni.

Już za kil­ka dni będę z Wami w mo­ich uko­cha­nych Czar­to­ro­wi­czach. Cie­szę się, że uści­skam wszyst­kich, a zwłasz­cza Cie­bie i Cio­cię Blan­kę. Oczy­wi­ście do Mamy też na­pi­sa­łam.

Trzy­maj się moc­no, moja ko­cha­na Ewo, i cze­kaj na mnie, jak i ja wy­cze­ku­ję spo­tka­nia z Tobą.

Two­ja ku­zyn­ka

Iga Bra­nic­ka

Spo­glą­da­jąc w okno, zło­ży­ła list. Iga przy­jeż­dża! Cie­szy­ła się, że ku­zyn­ka wkrót­ce prze­kro­czy próg ro­dzin­ne­go dwo­ru. Znów będą miesz­ka­ły w jed­nym po­ko­ju tak, jak to było za dzie­cin­nych lat i póź­niej, gdy pod­ro­sły. Bra­ko­wa­ło jej to­wa­rzy­stwa, cho­ciaż przy­wy­kła do tego, że są­sied­nie łóż­ko było pu­ste, a ku­fry sta­ły za­mknię­te.

Wes­tchnę­ła i wy­ję­ła z szu­fla­dy śnież­no­bia­ły pa­pier oraz ołó­wek do ry­so­wa­nia. Du­cho­ta pa­nu­ją­ca w po­ko­ju zmu­si­ła ją do wyj­ścia na dwór, więc scho­wa­ła tecz­kę pod pa­chę i po­now­nie uda­ła się na ga­nek.

Za­sta­ła tam ciot­kę Kle­men­ty­nę, któ­ra rów­nież mu­sia­ła od­czu­wać skut­ki upa­łu, w jed­nej ręce bo­wiem trzy­ma­ła chu­s­tecz­kę, któ­rą nie­ustan­nie ocie­ra­ła po­licz­ki i czo­ło, a w dru­giej zło­żo­ną ko­per­tę.

- Iga przy­jeż­dża - po­wie­dzia­ła na wi­dok sio­strze­ni­cy. - Do­sta­łam ko­re­spon­den­cję.

- Ja rów­nież - od­par­ła Ewa, sia­da­jąc w bu­ja­nym fo­te­lu.

- Na­resz­cie bę­dzie w domu - wes­tchnę­ła ciot­ka, wy­szy­wa­jąc ser­wet­kę, któ­rą trzy­ma­ła na po­doł­ku. - Tak się wy­tę­sk­ni­łam za có­recz­ką naj­droż­szą! Tyl­ko ją jed­ną mam, od­kąd mój świę­tej pa­mię­ci mał­żo­nek po­marł i zo­sta­wił mnie samą.

- Nie jest cio­cia sama - spro­sto­wa­ła Ewa. - Ma cio­cia nas, całą dużą ro­dzi­nę.

Pulch­na ko­bie­ta po­ki­wa­ła gło­wą i przy­mru­ży­ła oczy od słoń­ca. Upał, mimo po­po­łu­dnio­wej pory, by­naj­mniej nie ze­lżał. Cho­ciaż nie była jesz­cze sta­ra, spod bia­łe­go ko­ron­ko­we­go czep­ka wy­sta­wa­ło pa­smo si­wych wło­sów. Na­gle wy­pro­sto­wa­ła się i wy­tę­ży­ła wzrok. Po żwi­ro­wej dro­dze w kie­run­ku dwo­ru je­cha­ła brycz­ka.

- A ko­góż to do nas wie­dzie? Spójrz no, Ewu­niu, masz lep­sze oczy.

Pa­nien­ka odło­ży­ła ołó­wek i ze­szła ze scho­dów.

- Nie wiem - po­wie­dzia­ła wol­no, przy­kła­da­jąc dłoń do czo­ła, by uchro­nić się przed pa­lą­cym słoń­cem. - Zda­je mi się, że to pan Świer­gieł­ło.

Po chwi­li brycz­ka za­trzy­ma­ła się przed gan­kiem. Wy­siadł z niej z ga­lan­te­rią mło­dy ja­sno­wło­sy męż­czy­zna. Na jego wi­dok ciot­ka Kle­men­ty­na wsta­ła po­spiesz­nie, cho­ciaż za­wsze była ocię­ża­ła w ru­chach.

- Wi­ta­my pana Aloj­ze­go - po­wie­dzia­ła uprzej­mie. - Cóż to pana do nas spro­wa­dza?

- Ot! - ro­ze­śmiał się przy­bysz, ca­łu­jąc pa­nią Bra­nic­ką w wy­cią­gnię­tą dłoń i za­ra­zem kła­nia­jąc się sto­ją­cej obok Ewie. - Mam spra­wę do omó­wie­nia z pa­nem dzie­dzi­cem. Za­sta­łem go?

- Tat­ko jest w ga­bi­ne­cie.

Aloj­zy ukło­nił się po­now­nie.

- W ta­kim ra­zie wy­ba­czą pa­nie, ale pój­dę do nie­go.

Ewa bez sło­wa usu­nę­ła się z dro­gi i prze­pu­ści­ła go­ścia, któ­ry bez skrę­po­wa­nia prze­kro­czył sze­ro­ki, otwar­ty dla wszyst­kich próg sta­re­go dwo­ru.

An­to­ni stał przy oknie z cy­ga­rem w ręku i spo­glą­dał na za­bu­do­wa­nia, gdy usły­szał pu­ka­nie do drzwi.

- Pro­szę wejść! - za­wo­łał grom­kim gło­sem.

Drzwi się otwo­rzy­ły i Aloj­zy Świer­gieł­ło wszedł do ga­bi­ne­tu.

- Wi­tam! - An­to­ni wy­cią­gnął dłoń. - Co pana do nas spro­wa­dza?

Przy­by­ły się ukło­nił.

- Wła­ści­wie to dwie spra­wy. Chło­pak, któ­re­go pan przy­słał do Haj­du­li­szek, oznaj­mił, że po­szu­ku­je pan go­spo­dy­ni...

- Pro­szę usiąść - prze­rwał mu dzie­dzic, pod­su­wa­jąc krze­sło. - Za­pa­li pan?

- Dzię­ku­ję, chęt­nie - od­parł Aloj­zy, czę­stu­jąc się cy­ga­rem. - Wra­ca­jąc do spra­wy... Tak się skła­da, że przed kil­ko­ma dnia­mi zmarł mąż och­mi­strzy­ni, co to był for­na­lem w moim fol­war­ku. Gdy po­wie­rzy­łem jego funk­cję in­ne­mu, wów­czas wdo­wa wy­mó­wi­ła u mnie po­sa­dę.

An­to­ni słu­chał z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Po­wo­dem był ja­kiś za­targ z żoną no­we­go for­na­la - kon­ty­nu­ował Aloj­zy, za­cią­ga­jąc się dy­mem. - Nie wni­ka­łem w szcze­gó­ły, bo spra­wa­mi do­mo­wej służ­by zaj­mu­je się moja mat­ka. Bed­nar­ska na pew­no bę­dzie szu­ka­ła miej­sca gdzie in­dziej, bo to za­rad­na ko­bie­ta. Przy­by­łem, by po­in­for­mo­wać pana o tym, jak to w do­brym są­siedz­twie.

- Je­stem za­szczy­co­ny. Dzię­ku­ję - od­parł pan na Czar­to­ro­wi­czach. - Bar­dzo so­bie ce­nię pań­ską życz­li­wość. Ode­ślę ją do mo­jej żony, sko­ro ma pana re­fe­ren­cje. A ta dru­ga spra­wa, o któ­rej pan wspo­mniał?

Aloj­zy wstał.

- Chciał­bym pań­stwa pro­sić na imie­ni­ny mo­jej mał­żon­ki, któ­re od­bę­dą się w nie­dzie­lę za dwa ty­go­dnie.

- Z przy­jem­no­ścią przyj­dzie­my - za­pew­nił An­to­ni. - Po­zwo­li pan, że przej­dzie­my te­raz do sa­lo­nu, by prze­ka­zać mał­żon­ce no­wi­ny.

Blan­ka sie­dzia­ła w ba­wial­ni, trzy­ma­jąc Ole­sia na ko­la­nach, któ­re­mu po­ka­zy­wa­ła ob­raz­ki w książ­ce. Uj­rzaw­szy, kto wszedł, uło­ży­ła dziec­ko na po­dusz­kach i za­raz po­wsta­ła z sofy.

- Jak miło pana wi­dzieć! - Uśmiech­nę­ła się. - Pro­szę. - Wska­za­ła go­ścio­wi prze­ciw­le­głą oto­ma­nę. - Po­wiem An­drze­jo­wej, by po­sta­wi­ła sa­mo­war na her­ba­tę i ukro­iła ser­ni­ka.

- Szko­da fa­ty­gi. Wła­śnie wy­cho­dzi­łem.

- Ależ musi pan zo­stać u nas na pod­wie­czor­ku! - za­opo­no­wa­ła Blan­ka. - Pro­szę mi wy­ba­czyć, pój­dę na chwi­lę do kuch­ni, tym­cza­sem mąż do­trzy­ma panu to­wa­rzy­stwa.

Do sa­lo­nu we­szła Ewa, nio­sąc na­rę­cze hor­ten­sji.

- Zo­bacz­cie, ja­kie pięk­ne! - za­wo­ła­ła ra­do­śnie. - Za­raz je wsta­wię do wa­zo­nu.

Zgrab­nie usta­wi­ła fla­kon na środ­ku okrą­głe­go sto­łu, na któ­rym po­sta­wio­no już tacę z cia­stem, i lek­ko opa­dła na oto­ma­nę.

- A cóż pan taki po­waż­ny, pa­nie Aloj­zy? - za­py­ta­ła, wi­dząc smęt­ną minę go­ścia.

Aloj­zy za­pa­trzo­ny w bia­łe kwia­ty drgnął i nie­znacz­nie uśmiech­nął się do pan­ny z Czar­to­ro­wicz.

- Po pro­stu mar­twię się o zdro­wie żony - wy­ja­śnił, czę­stu­jąc się ser­ni­kiem.

Miał krót­ko ostrzy­żo­ne blond wło­sy, któ­re cze­sał z prze­dział­kiem po­środ­ku, brą­zo­we oczy i za­dba­ne wąsy. Ubra­ny był w ja­sno­po­pie­la­ty gar­ni­tur. Pre­zen­to­wał się cał­kiem oka­za­le, więc Ewa po­my­śla­ła, że nie wy­glą­da na swo­je dwa­dzie­ścia sześć lat.

Tro­chę się zdzi­wi­ła, usły­szaw­szy, że mło­da pani Świer­gieł­ło­wa nie­do­brze się czu­je, po­nie­waż za­wsze była oka­zem zdro­wia i ni­g­dy nie na­rze­ka­ła na żad­ne do­le­gli­wo­ści czy to ner­wo­we, wy­wo­ła­ne przez drze­mią­ce w cie­le okrop­ne wa­po­ry, czy te naj­groź­niej­sze, bo po­cho­dzą­ce z sa­mej ma­ci­cy, spo­wo­do­wa­ne jej pod­no­sze­niem się albo opa­da­niem. Jeź­dzi­ła wierz­chem po oko­li­cy, cho­ciaż po­wszech­nie uwa­ża­no, że jaz­da kon­na nie przy­stoi ko­bie­cie. Co in­ne­go brycz­ka. Lecz Te­re­nia Świer­gieł­ło­wa za nic mia­ła opi­nie są­sia­dów.

Za­raz po pod­wie­czor­ku Aloj­zy wy­tarł usta ser­we­tą i pod­niósł się z sofy.

- Dzię­ku­ję za wy­śmie­ni­ty de­ser - po­wie­dział, kła­nia­jąc się. - Nie­ste­ty mu­szę już wra­cać do domu.

- My rów­nież dzię­ku­je­my, że ze­chciał pan u nas go­ścić. - Blan­ka się uśmiech­nę­ła. - Od­pro­wa­dzę pana - do­da­ła.

Znik­nę­li za pro­giem, kon­wer­su­jąc przy­jaź­nie.

W dwie go­dzi­ny po wy­jeź­dzie Aloj­ze­go do Czar­to­ro­wicz przy­by­ła nowa go­spo­dy­ni.

Blan­ka po­wi­ta­ła ją na gan­ku, a po­tem za­pro­wa­dzi­ła do po­ko­iku obok gar­de­ro­by, któ­ry od tej chwi­li stał się lo­kum och­mi­strzy­ni. An­drze­jo­wa, jako że od po­nad dzie­się­ciu lat była sa­mot­na, rów­nież mia­ła tam swój ką­cik. Wcze­śniej miesz­ka­ła z mę­żem w ob­rę­bie ma­jąt­ku, lecz kie­dy kre­den­so­wy spadł z dra­bi­ny pod­czas wy­mia­ny okien w głów­nym bu­dyn­ku i po­że­gnał się z ży­ciem, ku­char­ka prze­nio­sła się na sta­łe do dwo­ru. Obie wdo­wy były więc ska­za­ne na swo­je to­wa­rzy­stwo. Pani na Czar­to­ro­wi­czach zdo­ła­ła się już do­wie­dzieć, że przy­czy­ną wy­mó­wie­nia po­sa­dy w Haj­du­lisz­kach przez nową och­mi­strzy­nię była kłót­nia z żoną for­na­la, któ­ra na po­le­ce­nie pani Kon­stan­cji Świer­gieł­ło­wej wraz z mę­żem i dzieć­mi spro­wa­dzi­ła się do zaj­mo­wa­ne­go do­tych­czas przez Bed­nar­skich lo­kum. Zna­jąc cha­rak­ter An­drze­jo­wej, mia­ła na­dzie­ję, że ko­bie­ty przy­pad­ną so­bie do gu­stu.

Go­spo­dy­ni mia­ła na imię Ire­na, ale że jej mę­żo­wi, któ­ry do­pie­ro co zmarł w ma­jąt­ku Świer­gieł­łów, było Wła­dy­sław, to­też i na Czar­to­ro­wi­czach za­czę­li mó­wić do niej Wła­dzio­wa. A jako że na­le­ża­ła do osób nie­lu­bią­cych tra­wić cza­su na bła­host­kach, z wła­ści­wą so­bie ener­gią bez­zwłocz­nie obej­rza­ła cały dwór, spi­żar­nię oraz la­mus.

Słoń­ce już ga­sło, ma­lu­jąc nie­bo pa­sma­mi cie­płej, wró­żą­cej ko­lej­ny sło­necz­ny dzień po­ma­rań­czo­wej czer­wie­ni, kie­dy Ewa we­szła do kuch­ni. Wcze­śniej po­ma­ga­ła Ma­ciej­ce uko­ły­sać Ole­sia do snu w błę­kit­nym po­ko­ju. Tym­cza­sem w kuch­ni An­drze­jo­wa z Wła­dzio­wą w bla­sku lam­py naf­to­wej po­chy­la­ły się nad książ­ką ku­char­ską. Ewa od razu za­uwa­ży­ła, że ku­char­ce nie po­do­ba­ło się, iż obca oso­ba in­stru­uje ją, co na­za­jutrz go­to­wać. Do­tych­czas to pani Blan­ka wy­da­wa­ła dys­po­zy­cje do­ty­czą­ce po­sił­ków.

- Ju­tro na obiad bę­dzie chłod­nik - orze­kła Wła­dzio­wa, za­my­ka­jąc książ­kę. - Po­zo­sta­łe menu usta­li­my rano. Tak bę­dzie naj­le­piej. Mu­szę zo­ba­czyć wa­rzyw­nik! Chcę wie­dzieć, co­ście po­sa­dzi­li. Pani na Haj­du­lisz­kach to ma ogród jak się pa­trzy! Jest z cze­go wy­bie­rać.

- U nas też nie­zgor­szy. - An­drze­jo­wa, wy­pi­na­jąc buj­ną pierś, wzię­ła się pod boki. - Ni­cze­go nie brak­nie! A po cu­kier, kawę i inne pro­duk­ty pan dzie­dzic jeź­dzi co ty­dzień do mia­sta.

- Do­brze... - wes­tchnę­ła go­spo­dy­ni. - Te­raz to by tro­chę od­sap­nąć się zda­ło. Na­pi­ła­bym się cza­ju z pierz­gą. Kto chce żyć sto lat, nie­chaj od­sta­wi cu­kry i tym osła­dza na­po­je. To naj­zdrow­sze, co może być!

- Zro­bię her­ba­tę - za­ofia­ro­wa­ła się Ewa, się­ga­jąc po sa­mo­war. - Niech so­bie Wła­dzio­wa usią­dzie i od­pocz­nie.

An­drze­jo­wa zdję­ła far­tuch i wy­szła z kuch­ni. Jej dzień pra­cy do­biegł koń­ca.

- O taką ład­ną pa­nien­kę - za­gad­nę­ła go­spo­dy­ni, spo­glą­da­jąc na krzą­ta­ją­cą się Ewę - to się pew­nie nie­je­den ka­wa­ler sta­ra.

- Nie, nie mam ni­ko­go - od­par­ła ci­cho i lek­ko się za­ru­mie­ni­ła.

- Cho­dzą słu­chy - go­spo­dy­ni po­chy­li­ła się i ści­szy­ła po­ufa­le głos - że mło­dy pan na Ole­cho­wi­czach zjeż­dża na dniach zza gra­ni­cy.

Dziew­czy­na, nie­co za­sko­czo­na tą wia­do­mo­ścią, za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę.

- Ma Wła­dzio­wa na my­śli pana Mar­ci­na Sa­sic­kie­go?

- Ani chy­bi jego.

Ewa się ro­ze­śmia­ła co­kol­wiek za­kło­po­ta­na.

- Ostat­ni raz go wi­dzia­łam, gdy mia­łam je­de­na­ście lat. Więc już koń­czy na­ukę?

- Te za­gra­nicz­ne szko­ły to nic do­bre­go. Czło­wiek się tam tyl­ko psu­je, ot co!

- Może nie jest tak źle. My­ślę so­bie, jak by to było, gdy­bym wy­je­cha­ła za gra­ni­cę - za­my­śli­ła się. - Cho­ciaż bar­dzo ko­cham nasz dwór - do­da­ła dziew­czy­na po chwi­li.

- Nie ma pa­nien­ka za czym tę­sk­nić. - Wła­dzio­wa mach­nę­ła ręką. - Ja tam wiem, że na swo­im naj­le­piej!

Ewa po­ki­wa­ła gło­wą. Przez chwi­lę za­du­ma­ła się nad sło­wa­mi go­spo­dy­ni. Po­że­gna­ła się z nią i z za­pa­lo­ną świe­cą uda­ła się do swe­go po­ko­ju.

Po­sta­wi­ła oga­rek na skrzy­ni obok łóż­ka i za­czę­ła roz­pi­nać suk­nię. Ro­ze­braw­szy się, wło­ży­ła swą ulu­bio­ną ko­ron­ko­wą ko­szu­lę noc­ną, któ­rą otrzy­ma­ła na sie­dem­na­ste uro­dzi­ny od ciot­ki Kle­men­ty­ny, i usia­dła przy se­kre­ta­rzy­ku. Roz­cze­su­jąc wło­sy, my­śla­ła o tym, co po­wie­dzia­ła Wła­dzio­wa. Mar­cin Sa­sic­ki wła­ści­wie jej nie in­te­re­so­wał. Oj­ciec nie utrzy­my­wał sto­sun­ków z Ole­cho­wi­cza­mi, więc ni­g­dy w tym ma­jąt­ku nie była, nie roz­ma­wia­ła z dzie­dzi­cem, tym sa­mym go nie zna­ła. Wie­dzia­ła tyl­ko, że był od niej star­szy o ja­kieś pięć albo na­wet sześć lat. Ro­dzi­ce od cza­su do cza­su po­zwa­la­li so­bie w jej obec­no­ści wspo­mi­nać są­sia­dów z Ole­cho­wicz. Zda­rza­ło się nie­gdyś, że go wi­dy­wa­ła w ko­ście­le, ale było to tak daw­no temu, że czas zu­peł­nie wy­ma­zał z jej mło­dej pa­mię­ci ob­raz jego syl­wet­ki. Bar­dzo wąt­pli­we, by on ją pa­mię­tał.

Jed­no było pew­ne: oj­ciec nie ży­czył so­bie zna­jo­mo­ści z Sa­sic­ki­mi. Dla­cze­go był do nich wro­go na­sta­wio­ny, tego Ewa nie wie­dzia­ła. Wła­ści­wie nic ją to nie ob­cho­dzi­ło.

Od­mó­wiw­szy pa­cierz, zdmuch­nę­ła świe­cę i uło­ży­ła się do snu.

Od Autorki

Dwór w Czar­to­ro­wi­czach jest w ca­ło­ści wy­two­rem mo­jej wy­obraź­ni. Pi­sząc książ­kę, opie­ra­łam się jed­nak na fa­cho­wej li­te­ra­tu­rze z za­kre­su hi­sto­rii kul­tu­ry i ro­dzi­ny pol­skiej oraz na wspo­mnie­niach mo­ich za­bu­żań­skich Dziad­ków, by w spo­sób jak naj­bar­dziej wier­ny i do­kład­ny wskrze­sić pa­mięć o fa­scy­nu­ją­cym świe­cie płci nie­wie­ściej na­szych pra­pra­pra­ba­bek.

Wszyst­kie po­sta­ci oraz nie­któ­re na­zwy geo­gra­ficz­ne są fik­cyj­ne, to­też ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do osób ży­wych lub umar­łych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we.

Przy­to­czo­ne w po­wie­ści utwo­ry pol­skich po­etów oraz pie­śni lu­do­we i ko­lę­dy na­le­żą do do­me­ny pu­blicz­nej.

M. Rz.

Dramatis personae

Dom Ja­błoń­skich

Ewa Ja­błoń­ska - pan­na na Czar­to­ro­wi­czach, cór­ka Blan­ki i An­to­nie­go

Blan­ka z Ha­lic­kich Ja­błoń­ska - mat­ka Ewy, pani na Czar­to­ro­wi­czach

An­to­ni Ja­błoń­ski - oj­ciec Ewy, pan na Czar­to­ro­wi­czach

Mar­cjan­na z Dan­gusz­ków Ja­błoń­ska - bab­cia Ewy

Ka­rol Ja­błoń­ski - mąż Mar­cjan­ny

Oleś Ja­błoń­ski - syn Blan­ki i An­to­nie­go, dzie­dzic Czar­to­ro­wicz

Fra­nuś Ja­błoń­ski - brat Ole­sia i Ewy

Ja­nusz Ja­błoń­ski - star­szy brat An­to­nie­go

Ju­li­ta z To­mił­łów Ja­błoń­ska - żona Ja­nu­sza

Iga Bra­nic­ka - ku­zyn­ka Ewy

Kle­men­ty­na z Ha­lic­kich Bra­nic­ka - star­sza sio­stra Blan­ki, mat­ka Igi

Je­rzy Bra­nic­ki - mąż Kle­men­ty­ny, oj­ciec Igi

Ma­ciej­ka - pia­stun­ka

Wła­dzio­wa - och­mi­strzy­ni

An­drze­jo­wa - ku­char­ka

Teo­fi­la Ró­życ­ka - gu­wer­nant­ka

Sta­ni­sław Trę­biń­ski - re­zy­dent

Kla­ra - po­ko­jów­ka

Grze­gorz - woź­ni­ca

Dom Sa­sic­kich

Mar­cin Sa­sic­ki - syn Emi­lii i Igna­ce­go, dzie­dzic Ole­cho­wicz

Emi­lia z Dzia­łyń­skich Sa­sic­ka - mat­ka Mar­ci­na, pani na Ole­cho­wi­czach

Igna­cy Sa­sic­ki - oj­ciec Mar­ci­na, pan na Ole­cho­wi­czach

Dom Świer­gieł­łów

Aloj­zy Świer­gieł­ło - pan na Haj­du­lisz­kach

Te­re­nia z Dwo­rzyc­kich Świer­gieł­ło­wa - żona Aloj­ze­go

Kon­stan­cja z Tu­mi­da­jów Świer­gieł­ło­wa - mat­ka Aloj­ze­go, pani na Haj­du­lisz­kach

Mau­ry­cy Świer­gieł­ło - oj­ciec Aloj­ze­go

Eli­za Ma­rio­la Świer­gieł­łów­na - cór­ka Aloj­ze­go i Te­re­ni

Al­bert Dwo­rzyc­ki - szwa­gier Aloj­ze­go, re­zy­dent w Haj­du­lisz­kach

Ro­dzi­na Chru­śni­ków

Leon Chru­śnik - syn eko­no­ma w Czar­to­ro­wi­czach

Bar­tło­miej Chru­śnik - eko­nom, oj­ciec Le­ona

Fran­cisz­ka Chru­śni­ko­wa - eko­no­mo­wa

Ma­nia Wa­lu­sów­na - sy­no­wa Chru­śni­ków

Po­zo­sta­łe per­so­ny

Piotr Li­siec­ki - dok­tór

Klo­tyl­da Wa­rec­ka - ku­zyn­ka Sa­sic­kich

Mi­chał Kon­stan­ty Ha­lic­ki - brat Blan­ki i Kle­men­ty­ny

Si­grid Björns­dot­ter - żona Mi­cha­ła

Björn Mak­sy­mi­lian Ha­lic­ki - syn Mi­cha­ła i Si­grid

Ka­ta­rzy­na Obor­ska - da­le­ka krew­na Ha­lic­kich

Hen­ryk Obor­ski - syn Ka­ta­rzy­ny

Mak­sym Ko­za­kow - dru­gi mąż Ju­li­ty

Ta­de­usz Ko­za­kow - syn Ju­li­ty

Zyg­munt i Pa­weł Le­śnia­ko­wie - bra­cia cio­tecz­ni Mar­ci­na

Azi­la - Or­mian­ka, wła­ści­ciel­ka ka­mie­ni­cy

Rit­te­lo­wa - wła­ści­ciel­ka pen­sji

El­wi­ra Wa­lew­ska - zna­jo­ma pan­ny Ja­błoń­skiej

Na­ta­lia Żmi­chow­ska - zna­jo­ma pan­ny Ja­błoń­skiej

Iza­be­la Lesz­czyń­ska - druh­na Ewy Ja­błoń­skiej