Dwór na wrzosowiskach - Andrzej F. Paczkowski

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5

Pewnego dnia wyszedłem poza tereny majątku i ruszyłem w stronę skał. Porastały je trawa i mech, ale wspinaczka nie należała do moich ulubionych zajęć. Jednak lubiłem to miejsce, bo tam mogłem się ukryć przed wzrokiem innych, a jednocześnie byłem osłonięty od wiatru, jaki czasami szalał po wrzosowiskach.

Siadywałem tam w samotności. Obejmując rękami nogi i opierając na kolanach brodę, patrzyłem na falujące morze roślin, które od dziecka ukochałem. Wrzosowiska uspokajały! Kryły w sobie magiczne moce, ponieważ potrafiły sprowadzać na człowieka uczucie błogiego spełnienia i świadomość bycia we właściwym miejscu. Choć marzyły mi się podróże, oczami wyobraźni nieustannie mknąłem w poszukiwaniu przygód, to jednak nic nigdy nie sprawi, że wrzosowiska mi się znudzą i będę chciał o nich zapomnieć, czy też opuścić je na dobre. Należałem do tej krainy. Po prostu.

O czym wtedy myślałem? O domku na plaży znajdującym się jakąś godzinę drogi stąd. Domek ten należał do naszej rodziny i czasami, kiedy ojciec chciał mieć spokój, jeździł tam na parę dni, by odpocząć. Kiedyś nie rozumiałem tego i dziwiłem się, ponieważ w naszym majątku znalazłoby się sporo miejsca i każdy mógł się zaszyć w swoim kącie, nie będąc przez nikogo niepokojonym. Jednakże dopiero kiedy zacząłem tam bywać sam, dotarło do mnie, o co w tym wszystkim chodziło: panował tam wyjątkowy spokój, zakłócany jedynie szumem fal i podmuchami wiatru. Uświadomiłem sobie, że jestem bardzo podobny do ojca, ponieważ i ja pewnego dnia poczułem atmosferę tej oazy i doceniłem jej walory. Oddzielały nas bezkresne wrzosowiska i dzikość natury, ale warto było się wysilić, żeby podziwiać widok na zatokę i niemalże dziewiczą plażę.

Ojciec mówił, że pewnego razu słyszał tam jakiś dziwny śpiew, ale przypisał to wiejącemu wtedy silnemu wiatru. Czasami w domku potrafiło nieźle huczeć, ale to przecież było normalne, biorąc pod uwagę, że stał na plaży niczym nieosłonięty.

W pewnym momencie mały kamyk przeleciał tuż obok mnie i poturlał się w dół po skale.

Odwróciłem się i zobaczyłem patrzącą na mnie córkę pastora, Lydię. Była to bardzo ładna dziewczyna, zawsze uśmiechnięta, spokojna i dobrze wychowana. Rzadko kiedy rozmawialiśmy, aczkolwiek mieszkaliśmy blisko siebie, choć prawdę mówiąc, sam nie wiem, dlaczego nasze drogi dotąd się nie krzyżowały częściej. Może dlatego, że każde z nas wiodło inne życie, a ja wolny czas poświęcałem na wymyślanie historii i nieustanne studiowanie map, które mnie po prostu fascynowały. Przypomniałem sobie pannę G., która często się śmiała, mówiąc mi, że Ziemia przecież jest okrągła, więc to znaczy, iż ci, którzy mieszkają na dole, muszą chodzić do góry nogami. Lubiłem to sobie wyobrażać, a sama ta myśl wydawała mi się niezwykle śmieszna.

- Mogę się dosiąść? - zapytała Lydia.

- Tak - odpowiedziałem, robiąc jej miejsce.

Zeskoczyła z kamieni i już sadowiła się przy mnie, przyjmując tę samą pozycję.

- Często tu przychodzisz - stwierdziła po chwili.

- Skąd wiesz?

- Obserwuję cię. To moje miejsce.

- Właściwie to miejsce jest moje - poprawiłem ją.

- Znajduje się poza obrębem waszego domu, więc nie może być twoje.

- Do plebanii też nie należy, więc też nie możesz mieć do niego prawa.

- Mam prawo z racji tego, iż przychodziłam tu pierwsza.

Uśmiechnąłem się. Chciała się ze mną przekomarzać, poznałem to od razu.

Zresztą bardzo się ostatnio zmieniła, zauważyłem, że zaczyna się zmieniać w kobietę, choć nadal jeszcze była dzieckiem. Oboje dorastaliśmy.

- To może być nasze wspólne miejsce - zaproponowałem.

- Może - powiedziała zgodnie.

Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Co chwilę wiatr zmieniał siłę i kierunek, więc i wrzosowiska falowały to w jedną, to w drugą stronę.

- Mogłabym tak patrzeć na te wrzosy w nieskończoność - odezwała się cicho, jakby zamyślona. Może zapomniała przez chwilę, że siedzę obok i wyobrażała sobie, że jest sama?

- I mnie uspokaja ten widok - dołączyłem z westchnieniem.

W tym momencie byliśmy młodymi ludźmi, którzy dopiero dorastają i mają całe życie przed sobą. Wrzosy tu były, są i będą. Nawet kiedy my już przeminiemy. Szumiąc cicho, śpiewały piosenkę o uciekającym czasie. Wpatrujący się w nie człowiek musiał po prostu zrozumieć, że gości na tym świecie tylko przez chwilę...

- Wiesz, kto mieszka w domu na wrzosowiskach? - zapytała mnie nagle, czym mnie zdziwiła, ponieważ moje myśli w tym momencie również skierowały się w jego stronę.

- Nie wiem. Ale rodzina nie życzy sobie, bym tam chodził.

- Mnie też tego zabraniają - powiedziała. - Czy to nie dziwne?

- Tak. Ten dwór otacza jakaś tajemnica.

- Nie chciałbyś jej poznać?

- Oczywiście, że bym chciał. Jednakże muszę respektować prośbę rodziców. Obiecałem im, że nigdy tam nie pójdę.

- Też musiałam obiecać, choć prawdę mówiąc, wiele razy korciło mnie, żeby tam pójść mimo to.

- Wrzosowiska są zdradliwe w tamtych rejonach. Trzeba naprawdę uważać.

- W ciągu dnia chyba nic nam nie grozi?

Spojrzałem na nią uważnie. Była ładna, miała bardzo delikatne rysy twarzy i piękne, czyste oczy.

- Ojciec powiedział mi pewnego razu, że tylko ode mnie zależy, jak będę w życiu postępował. Jestem już na tyle dorosły, by wiedzieć, że nie należy łamać danego słowa. Dziecko może sobie na to pozwolić, ale młody mężczyzna już nie. To, czy złamię dane słowo, zależy od tego, jak bardzo szanuję matkę i ojca. Dlatego, tak, chciałbym poznać tę tajemnicę, lecz nie mogę tam pójść, ponieważ rodzicom by się to nie spodobało, a ja straciłbym twarz.

- Rozumiem - zgodziła się ze mną. - To ma sens. Ja też nie mogę złamać obietnicy danej rodzicom.

- Więc oboje wiemy, jak to jest. Właściwie można powiedzieć, że mamy coś wspólnego. - Roześmiałem się.

Od tego dnia dosyć często spotykaliśmy się na skałach. Zwykle główny temat naszych rozmów sprowadzał się do dworu na wrzosowisku. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo ten dom i okrywająca go tajemnica zbliżyły nas do siebie. Staliśmy się przyjaciółmi.

6

Potem nastąpiła katastrofa, która wstrząsnęła naszą rodziną.

Na dzień przed tymi wydarzeniami zauważyłem coś dziwnego. Jak zwykle wieczorem udałem się do pokoju matki, by życzyć jej dobrej nocy. Wchodziłem właśnie po schodach, gdy wpadła na mnie służąca niosąca tacę z mlekiem i grzankami. Była to Monika, kobieta około czterdziestoletnia, szczupła, o szarych oczach i gęsiej szyi. Minęła mnie, uśmiechając się, choć według mnie jakby wymuszenie. Prawda była taka, że coś mnie w jej zachowaniu zaniepokoiło. Emanował z niej chłód i podenerwowanie, ale może to mi się tylko wydawało.

- Panicz pewnie wybiera się do matki? - zagadnęła.

- Ma się rozumieć, Moniko - odpowiedziałem. - Czy jest w swoim pokoju?

Potwierdziła skinieniem głowy.

- Ale... Pomyślałam... - zawahała się. - Pomyślałam, że panicz nie powinien tam teraz iść...

- Czy coś się stało? - Przyjrzałem jej się uważniej. - Dlaczego nie powinienem tam pójść?

- Lady Minta prosiła, żeby jej nie przeszkadzano. Pomyślałam więc...

Roześmiałem się.

- Matka na mnie czeka. Jestem tego pewien.

- W takim razie życzę dobrej nocy, paniczu. - Znowu uśmiechnęła się nerwowo i odwróciła się, by odejść. Coś sprawiło, że przyjrzałem się jej jeszcze raz. Wydawała mi się nazbyt nerwowa, usłużna...

Nie, zdecydowanie zachowanie Moniki nie podobało mi się tego wieczoru.

Życzyłem jej także przyjemnego odpoczynku i kontynuowałem wspinaczkę schodami po czerwonym dywanie. Wreszcie stanąłem pod drzwiami do pokoju matki i nie pukając, wszedłem.

Siedziała na krześle przed lustrem, w dłoni trzymała zapisaną kartkę. Gdy dostrzegła mnie na progu, poderwała się, próbując ukryć list.

- Cameronie! - Jej głos był surowy, twardy, nigdy takim tonem nie zwracała się do mnie. - Ile razy już ci mówiłam, że kiedy wchodzisz do czyjegoś pokoju, najpierw należy zapukać!

Zaczęła chodzić dokoła łóżka. Jej dłonie gniotły nerwowo materiał sukni, której jeszcze nie zdążyła zdjąć.

- Przepraszam, ja... - Ucichłem. Cóż mogłem powiedzieć na swoją obronę? - Masz rację, matko, powinienem był zapukać.

- Podejdź bliżej! - Rozłożyła ramiona, a ja wpadłem w matczyne objęcia, ściskając ją mocno. Przez chwilę, gdy gładziła mnie po włosach, spostrzegłem jej drżące ręce. Byłem już wyższy od niej, ale ona zawsze traktowała mnie jak swoje małe dziecko. Lubiłem te momenty i pieszczoty, jakimi mnie jeszcze obdarzała.

- Coś się stało?

- Nie, nie. Nic. Ja tylko... widzisz... - Widocznie nie bardzo wiedziała, co ma mi powiedzieć. Jednak wzięła się w garść, a jej twarz spoważniała. - Cameronie, musisz mi coś obiecać!

Skinąłem głową. Obiecałbym jej przecież wszystko.

- Jeżeli coś się stanie... coś złego... może nawet coś ze mną...

- Dlaczego miałoby się coś stać? Nie rozumiem.

- Kochanie... - Przycisnęła mnie do siebie tak mocno, jakby nie chciała mnie wypuścić z objęć. Powstrzymywała czające się w kącikach oczu łzy.

- Obiecaj mi jedno! Wiem, że już wiele razy o tym mówiliśmy, ale to dla mnie bardzo ważne.

Kolejny raz skinąłem głową, w tej chwili nie byłem zdolny wydusić z siebie głosu.

- Tak?

- Nigdy, ale to przenigdy nie pójdziesz na wrzosowiska! - Popatrzyła, jakby chciała mnie zahipnotyzować. - Obiecujesz?

Przyznaję, iż byłem tym nieco zdziwiony, zastanawiając się jednocześnie, po cóż ona to mówi, lecz postanowiłem obiecać. Miała rację, że już wiele razy poruszaliśmy ten temat, ale dzisiaj wyraźnie jej zależało na moim zapewnieniu.

- Tak, mamo. Obiecuję - potwierdziłem. Od razu stała się spokojniejsza.

Dziwne zachowanie matki dało mi wiele do myślenia. Czyżby się czegoś obawiała? Przypatrywałem się jej, pragnąc doszukać się czegokolwiek podejrzanego, ale ona odetchnęła z ulgą i spokój zagościł na jej twarzy.

- To dobrze. To bardzo dobrze, Cameronie. Nigdy tam nie idź! Ten dwór... jest przeklęty. Nawiedzony i niebezpieczny, groźniejszy od mordercy. O Boże, co ja mówię! - Pospiesznie mnie ucałowała, z wymuszonym uśmiechem na twarzy. - No a teraz już idź.

Poszedłem do drzwi, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem ją stojącą z ręką przyłożoną do serca. Zdawało mi się, czy to łza skapnęła przed chwilą z jej policzka? Już miałem do niej podbiec, ona jednak zauważyła moje wahanie i nakazała gestem, bym już poszedł.

Zamknąłem więc drzwi, za którymi pozostawiłem matkę. Wypiłem tylko połowę szklanki ciepłego mleka, które podczas mojej nieobecności musiała przynieść Monika i położyłem się do łóżka. Pod względem upodobań żywieniowych byliśmy z mamą bardzo do siebie podobni. Mleko piliśmy i na noc, i na śniadanie, a także dolewaliśmy do herbaty.

Leżąc w łóżku, nie mogłem przestać myśleć o mamie. Zachowywała się dziwnie. Byłem pewien, że otrzymała jakiś list, choć to odbiegało od norm, ponieważ listy zwykle dostarczano przed południem. Mogła go oczywiście otrzymać z rana, ale takiej pewności nie miałem. Jakkolwiek wyglądała prawda, ta korespondencja wywarła na nią zły wpływ i spowodowała jej niezwykłe zdenerwowanie. Czego więc dotyczył? Dworu na wrzosowiskach? To dlatego znowu poruszyła ten temat i nie chciała, bym tam chodził? Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ten ponury dwór emanuje złowieszczym odium. Przez całe dzieciństwo i młodość czułem jego cień, który zakłócał normalność naszego życia. Stosunkowo bliskie sąsiedztwo nigdy nie skutkowało nawiązaniem bliższej komitywy. Wręcz przeciwnie, aura tajemniczości sprawiała, że podświadomie staraliśmy się go omijać. Nie powiem, jako dorastający młodzieniec rozpalałem wyobraźnię historiami, które snułem w zaciszu własnej sypialni, a zakazy rodziców tylko podsycały we mnie ciekawość.

Uczucie, że coś się dzieje, a ja nie mam na to wpływu, rosło we mnie i czułem się sfrustrowany. Gdyby ktoś uchylił rąbka tajemnicy lub gdybym mógł cokolwiek zrobić, może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy jednak możemy coś uczynić, kiedy wszystko sprzysięga się przeciwko nam? Z doświadczenia wiem, że na wiele spraw w życiu nie mamy wpływu. Niekiedy ktoś za nas podejmuje decyzje i zakazuje nam czegoś, a my, z różnych powodów, nie jesteśmy w stanie dokonać własnego wyboru. Dziecko bowiem, nawet szesnastoletnie, zamieniające się w młodego mężczyznę, nadal pozostaje pod wpływem rodziców i wychowania, które nakazuje mu respekt wobec dorosłych. Nie miałem ani wyboru, ani możliwości.

Tego wieczoru długo nie mogłem zmrużyć oka i zastanawiałem się, co będzie, kiedy wreszcie dorosnę i będę w stanie podjąć decyzję, nie bacząc na zdanie innych. Czy odważę się odsłonić tajemnicę dworu na wrzosowiskach? Czy uda mi się postąpić wbrew woli rodziców?

Możliwe, że tak się stanie i pewnego dnia sekret przestanie być sekretem. Jednak aby to się zdarzyło, musi upłynąć jeszcze wiele czasu, pomyślałem.

Nie wiedziałem, że los postanowił ze mnie zadrwić i tej nocy rozdał karty przeznaczenia. Ja sam zaś sięgnąłem po najgorsze z nich.

Był to bowiem ostatni raz, kiedy widziałem uśmiech matki i czułem jej opiekuńczy uścisk.

Następnego ranka już nie żyła.

7

Nocą obudził mnie jakiś nietypowy hałas. Światło bladego księżyca zaglądało nieśmiało do mojego pokoju. Leżałem przez chwilę, nasłuchując, czy powtórzy się jeszcze raz. Nie musiałem czekać długo: kolejny dźwięk poniósł się w ciemnościach, przeszywając powietrze. Dochodził od strony frontu. Moja sypialnia znajdowała się właśnie w tej części domu, dlatego go usłyszałem. Służba rozlokowana została na tyłach, rodzice spali w zachodniej części. Podniosłem się i wyjrzałem przez okno. Dziwnie kręciło mi się w głowie, byłem senny i powieki opadały mi co rusz. Obraz mi się zamazywał. Czułem się, jakby ktoś podał mi laudanum. Oparłem się o łóżko, próbując się otrząsnąć z tej niemocy. W końcu zebrałem się w sobie, wyjrzałem przez okno. W oddali dojrzałem znajomą postać. Matka! Cóż, na Boga, robiła tam w nocy? Biegła w stronę fontanny i... Tak, ktoś ją gonił! Zdziwiłem się, a zaraz załomotało mi ze strachu serce. Dlaczego ten obcy człowiek ściga moją matkę? Dopiero po chwili spostrzegłem swoją pomyłkę: to nie był mężczyzna a kobieta. Nieznajoma podniosła rękę i w jej dłoni zalśnił nóż.

Mama biegła, ale w o coś się potknęła i upadła na ziemię. Wtedy kobieta ją dopadła i zatopiła ostrze w jej ciele. Chciałem krzyknąć, pobiec tam, walić rękami o szybę, zrobić cokolwiek, ale nie mogłem. Opanował mnie dziwny bezwład. Nie byłem w stanie uczynić kroku ani nawet wydobyć z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Pogrążony w stuporze, wpatrywałem się w scenę rozgrywającą się przed moimi oczami. Morderczyni wyciągnęła nóż, by zadać kolejny cios. Potem następny.

Kobieta pochwyciła ciało matki i zaciągnęła je do fontanny. Z ogromnym wysiłkiem udało jej się wrzucić ofiarę do wody.

Niebo było zachmurzone, ale co jakiś czas wiatr rozganiał obłoki i wtedy scenę zbrodni oświetlał księżyc. Nie mogłem dojść do siebie, jakby coś przeszkadzało mi w myśleniu i podejmowaniu decyzji. Zdecydowanie byłem pod wpływem jakiegoś środka odurzającego, choć wtedy nawet o tym nie pomyślałem.

Wtedy zobaczyłem, że z głowy kobiety zsunął się kaptur, ukazując bujne, ciemne włosy. Były kręcone i długie aż do pasa. Zdenerwowana rozglądała się dokoła. Chyba przez przypadek skierowała wzrok na moje okno. Nie wiem, czy mnie dostrzegła, ale szybko poprawiła nakrycie głowy i pobiegła ścieżką prowadzącą do plebanii i znajdującego się dalej lasu. Po kilku chwilach zniknęła mi z pola widzenia.

Jak w malignie ruszyłem w stronę łóżka, po drodze potykając się o własne nogi.

Kiedy wreszcie padłem na posłanie, czułem się, jakbym przekopał pół ogrodu. Byłem tak niezdarny, że potrąciłem stolik, na którym stała szklanka z mlekiem. Przed snem wypiłem tylko połowę, więc teraz reszta się rozlała.

Pokój wirował mi przed oczami. Wmawiałem sobie, że to, co widziałem, nie zdarzyło się naprawdę. To nie moja matka została zamordowana i wrzucona do wody.

Nie pamiętam, ile czasu minęło ani jak długo leżałem, nie wiedząc, co się dzieje. Zasypiałem i budziłem się. Nie wiedziałem, co stanowiło większy koszmar: czy sen, gdzie nieznajoma kobieta zabija moją matkę, czy jawa, kiedy uświadamiałem sobie, że to prawda.

Nadal miałem kłopoty ze skupieniem i kręciło mi się w głowie. Wiedziałem, że powinienem pójść do ogrodu, sprawdzić, co się tam wydarzyło. Przecież mama nie mogła leżeć w tej zimnej wodzie. Z pewnością mnie potrzebowała.

Z ogromnym wysiłkiem udało mi się zmobilizować do działania. Wyszedłem z pokoju. Opierając się o ściany, powoli ruszyłem do wyjścia. Nie mogłem się skoncentrować i zebrać myśli. Szedłem przed siebie wiedziony instynktem.

Droga do fontanny jeszcze nigdy nie wydawała mi się tak długa jak teraz. Gdy wyszedłem z domu, owionął mnie zimny wiatr. Skuliłem się mimowolnie, osłaniając się ramionami. A może tylko mi się wydawało i wiatr ten nie był chłodny? Miałem omamy, to było pewne, bo w tym momencie wszystko wyglądało inaczej. Posuwałem się do przodu jak śmiertelnie chory człowiek. Żywopłot rosnący po obu stronach ścieżki jawił mi się niczym mur więzienia, w którym nagle wszyscy zostaliśmy zamknięci. Wokół tańczyły cienie. Wydawało mi się, że znajduję się w ciemnej sali wypełnionej gęstym dymem, z którego wyłaniają się rozmazujące mi się przed oczyma postacie.

Nie wiem, czy to sobie wymyśliłem, czy też naprawdę nad fontanną unosiły się jakieś opary. Spojrzałem w ciemną wodę. Na jej powierzchni unosiło się nieruchome ciało. Twarz wykrzywiał grymas strachu i bólu, ale szeroko otwarte oczy zionęły pustką.

- Nie! - Z moich ust wydostał się cichy jęk albo tak mi się przynajmniej wydawało. Wszedłem do wody i próbowałem wyciągnąć mamę. Księżyc nagle znowu wydostał się zza zasłony chmur. Przez chwilę zrobiło się jaśniej. Woda barwiła się krwią. Nie zdołałem jej wydostać, bo szaty nasiąknęły wodą. Zimna i blada unosiła się na tafli, kołysana podmuchami wiatru... Zupełnie martwa.

Z całego tego zdarzenia zapamiętałem jeszcze, iż udało mi się wydostać z fontanny i dotrzeć pod drzwi sypialni rodziców. Byłem mokry i zsiniały z zimna, z trudem otworzyłem masywne drzwi. Ojciec spał ciężkim snem. Zbudziłem go. Przeraził się tego, jak wyglądam. Łkając, opowiedziałem wszystko, jakbym miał sześć a nie szesnaście lat. Ale w tym momencie znowu byłem małym dzieckiem. Cały dom został postawiony na głowie. Ktoś mnie zaprowadził do pokoju. Po chwili leżałem w łóżku nakryty po czubek nosa, dygocząc ze strachu i zimna. Szlochałem i jęczałem. Zasypiałem i budziłem się. Świat wirował mi przed oczami. Robiło mi się niedobrze i może nawet zwymiotowałem, choć rankiem nie znalazłem po tym śladu. Prawda i sen zaczęły się mieszać ze sobą. Już nie wiedziałem, co należy do świata realnego, a co jest wymysłem mojej wyobraźni. Potem wreszcie zasnąłem. Na chwilę zapomniałem tych koszmarnych wydarzeniach.

*

Tej nocy dwór na wrzosowiskach skrył się w całkowitych ciemnościach. Nawet w jednym okienku nie zapaliło się światełko, o czym później poinformowała mnie Lydia.

8

Poranek wstał ponury, deszczowy i chłodny, z szalejącym wiatrem. Jakby nagle wszyscy diabli zapragnęli zabawić się kosztem ludzi i wyszli z ukrycia. Takiej pogody jeszcze nigdy nie widziałem.

Ten dzień miał pozostać na zawsze w mej pamięci. Nawet dziś, po latach, pisząc to, wydaje mi się, jakby to wydarzyło się wczoraj, a ręka drży mi ze wzruszenia.

Zapamiętałem go jako jeden z najgorszych koszmarów, które mogły mi się kiedykolwiek przyśnić.

Ale, niestety, nic nie było snem. Dopadła nas pozbawiona złudzeń rzeczywistość.

W domu pojawili się konstable. Przesłuchiwali każdego, pytali, czy nie widzieliśmy czegoś lub kogoś podejrzanego. Ja niewiele z tamtego okresu pamiętam, ponieważ popadłem w jakąś katatonię. Przestałem reagować na świat zewnętrzny. W pewnym momencie wydało mi się, że widzę ciotkę Helen, ale jej tu przecież nie było i musiałem to sobie wyobrazić.

Helen, którą lubiłem, ale która pojawiała się u nas bardzo rzadko, otaczała jakaś tajemnica. Kiedyś usłyszałem rozmowę ojca z matką. Tata mówił coś o jej moralnym upadku, ale jak tylko mnie zobaczyli, zmienili temat.

Nagle, a przynajmniej ja uważałem, że stało się to bardzo szybko, konstable przestali węszyć i zniknęli. Nie ulegało wątpliwości, że matkę ktoś zamordował. Z czasem się dowiedziałem, że śledztwo zostało umorzone z powodu braku świadków i jakichkolwiek poszlak. Nasza rodzina cieszyła się poważaniem, więc konstable bardzo się przykładali do śledztwa. Mimo to dość szybko uznano, że nie ma szans na rozwikłanie tej zagadki, więc aby nie utrudniać nam życia, sprawę zamknięto. Tylko że ja nie chciałem się z tym pogodzić.

- Widziałem, jak ją ktoś zabija! - mówiłem do ojca wzburzony. - Przecież ktoś wdarł się tutaj i ją zabił! Dlaczego konstable nic nie robią?

Ojciec jednak mi nie wierzył.

- Mówią, że morderca zbiegł z miejsca czynu. Bez naocznych świadków, którzy mogliby ich naprowadzić na jakikolwiek ślad, nic się nie da zrobić.

- Widziałem tę kobietę! Ja byłem naocznym świadkiem!

- Nic nie widziałeś! Nie potrafisz o niej nic powiedzieć, poza tym, że miała długie włosy! Co dzięki temu chcesz uzyskać? Jak znaleźć mordercę? Niemalże wszystkie kobiety we wsi mają długie włosy. To niczego jeszcze nie dowodzi.

- Przecież nikt nie zabija bez powodu!

- A jaki powód morderstwa chciałbyś tu znaleźć? Według mnie, tak zresztą uznali konstable, to była jakaś szalona kobieta.

- A co z mlekiem? To, jak się czułem? Przecież ewidentne widać, że ktoś mi dodał coś do picia! Przecież nie zachowywałem się normalnie!

- I dlatego też nikt nie może brać twoich słów na poważnie, rozumiesz? W mleku zresztą nic nie znaleziono!

Zrezygnowałem więc, aczkolwiek zdawałem sobie sprawę, że cała ta sytuacja jest bardzo podejrzana. Byłem bezsilny. Ojciec załamał się po śmierci mamy i nie był w stanie ze mną normalnie rozmawiać. Nagle dojrzałem w nim zupełnie innego człowieka: złamanego i przygniecionego nieszczęściem. Jego dawny obraz zastąpił zupełnie nowy, niestety gorszy. Nagle tata stał się starym człowiekiem. Śmierć mamy przybiła go tak bardzo, że zmienił się nie do poznania. Było mi go żal, ale sam również przeżywałem szok i żałobę, więc i ja czułem się zagubiony. Nikt nas nie przygotował na śmierć i teraz, kiedyś przyszło nam się z nią zmierzyć, obaj zostaliśmy rzuceni w ciemność własnego smutku, niezrozumienia i przerażenia.

Potem zwróciłem uwagę na bardzo istotny fakt, którym, zdawało się, nikt nie zaprzątał sobie głowy: służąca Monika zniknęła, jakby zapadła się pod ziemię.

- Monika zniknęła - poinformowałem ojca jeszcze tego samego dnia. - Czy to nie dziwne? Nigdzie nie można jej znaleźć!

- Niech się więc tą sprawą zajmie służba, nie ty! - powiedział i zauważyłem, że był pijany. Oczy mu się szkliły i ręce drżały, a na stole stała otwarta butelka jakiegoś mocnego trunku.

Poszedłem do kuchni i zapytałem Ellę, kucharkę. Ta jednak wzruszyła ramionami, cała zagoniona a jednocześnie zrozpaczona z powodu mojej matki.

- A skąd ja mam wiedzieć, gdzie się podziewa Monika?! Ja mam swojej pracy dosyć! Na zajmowanie się jakimiś dziewuchami nie mam czasu. A panicz, jak widać, nie ma co robić, tylko za służącymi się uganiać? Przecie to się nie godzi w takim czasie!

Nic na to nie powiedziałem i zostawiłem sprawę bez wyjaśnienia. I tak bym nic nie wskórał. Każdy zajęty był swoimi sprawami.

Nastąpił okres żałoby.

W domu zapadła ciemność. Cisza wydawała się wręcz przerażająca. Zdawało mi się, jakby zrobiło się zimniej i może rzeczywiście tak było, bo śmierć przynosi z sobą specyficzny chłód, którego nie da się nie czuć.

W naszym domu zagościła pustka.

1

Teraz już wiem, że szczęście i dostatnie, spokojne życie nie każdemu jest pisane. Nic nie trwa wiecznie. Czas płynie szybko i jest nieubłagany. Cierpienie, ból, tęsknota i smutek: wszystko kiedyś stanie się naszym udziałem, a ostatecznie i to przeminie. W sercu na zawsze pozostanie jakaś cząstka przeszłości, którą można wspominać. Dla jednych to dar, dla innych utrapienie. Ale i pamięć zadaje ból. Ból czasem tak wielki, że trudno go znieść i zapanować nad nim. Czy zawsze tak będzie? Czy nigdy się od tego nie uwolnię?

W wieku szesnastu lat utraciłem matkę i byłem pewien, że już nigdy uśmiech nie zagości na mojej twarzy, nigdy też nie zaznam szczęścia i radości. Kiedy mamy zabrakło, dla mnie przestało świecić słońce na niebie. To wręcz nie do pojęcia, jak z dnia na dzień życie może się zmienić. Matka była nie tylko matką czy żoną, ale też duszą domu. Bez niej wszystko zastygło w bezruchu i z każdego kąta zionął chłód...

Popadłem w melancholię. Nie mogłem przestać o niej myśleć. Tęsknota za nią zdawała się mnie zżerać, więc niemal codziennie odwiedzałem ją na cmentarzu. Nie byłem zdolny do normalnego funkcjonowania. Życie stało się udręką. Jakby nagle ktoś pozbawił świat barw.

Często nie zdajemy sobie sprawy, jak kruche jest życie i jak wiele ktoś dla nas znaczy, dopóki go nie stracimy. Przyjmujemy wszystko tak, jakby nic nigdy nie miało się skończyć czy zmienić. Żywi po prostu nie myślą o śmierci, to oczywiste i normalne. A śmierć czeka tuż obok nas i przygląda nam się z ukrycia. Czeka. I gromadzi kłosy, które dojrzały do zebrania...

Śmierć to potwór: atakuje niespodziewanie i zadaje niesamowity ból. Strata bliskiego staje się tak ogłuszająca i trudna do zrozumienia, że człowiek zastanawia się nad sensem własnego życia.

Stałem się apatyczny i cichy. Mniej jadłem i nie miałem ochoty na nic. Pobladłem i moje policzki zapadły się w sobie. Nasz wspaniały dom nagle stracił barwy, a zatoka przestała mnie cieszyć, zaś szum fal bardziej mnie denerwował, niż sprawiał radość, jak to było dotychczas.

W ciągu paru tygodni nastała zima: mroźna i ciemna jak nigdy dotąd. Tęsknota za matką, acz trudno to pojąć, powoli ustępowała. Człowiek przecież musi żyć nadal. Musi też przyjąć to, co mu ofiarował los. Nieważne, czy to było dobre, czy złe. Ważne, aby się z tym zmierzyć i zwyczajnie nie zwariować.

Woda w fontannie, skuta lodem, połyskiwała w świetle mrocznego, szarego dnia. Chodziłem po zamarzniętej skorupie, co dawało mi chwile przyjemności i dawało szansę na oderwanie od szarości dnia. Lód wydawał się gruby i pewny. Tak przynajmniej wtedy myślałem.

To była pierwsza zima... bez niej. Wszystko wokół poczerniało, niebo upodobniło się do szarości, która zapanowała na ziemi. Śnieg padał nieustannie. Patrzyłem, jak zakrywa ulubione krzewy róż matki... Na drodze do grobowca, gdzie spoczywała, utworzyły się takie zaspy, że został odcięty od Mount Edgcumbe House. Potem nastały takie mrozy, że wychodzenie z ciepłych pokoi mogło się okazać niebezpieczne.

Żyliśmy niczym pogrążeni w hibernacji. Zdawało mi się, że już nigdy się nie obudzimy. Zima i śmierć to niebezpieczna kombinacja.

Monika, o której myślałem nieustannie od tamtego momentu, kiedy spotkałem ją na schodach w dniu najbardziej dla mnie tragicznym, zniknęła na dobre. Jakby zapadła się pod ziemię.

Dom pogrążył się w ciszy, jakiej nigdy jeszcze nie doświadczyłem. Na rozkaz ojca okna zasłonięto ciężkimi kotarami. Nie rozbrzmiewał już śmiech matki, jej pokój zaś pozostał w takim stanie, w jakim go opuściła w noc swojej śmierci. Ojciec zakazał mi się do niego zbliżać, lecz on przesiadywał tam samotnie.

Czasami zachodziłem tam jednak, nie mogąc oprzeć się pokusie. Ten zapach, szal przerzucony przez fotel, na toaletce grzebienie i perfumy... Odnosiłem wrażenie, jakby nadal żyła.

Często zasypiałem na jej łóżku otulony szalem czy kocem, skrapiając dłonie jej perfumami. Bywały momenty, że kiedy zamykałem oczy, czułem jej obecność i zasypiałem w błogim przekonaniu, że nadal jest ze mną. Niestety, przebudzenie nad ranem uświadamiało mi dojmujący brak matki, a cisza w pokoju mroziła krew w żyłach.

Zaczęliśmy żyć inaczej, niemalże w odosobnieniu.

Nie schodziliśmy na wspólne śniadania i kolacje, każdy posilał się sam, we własnym pokoju. Jedynie obiady udawało nam się czasami zjeść razem, ale i to się wkrótce skończyło. Z ojcem oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Zamykał się w swoim pokoju i pił.

Kiedy czasami się na niego natknąłem, czułem woń dżinu i papierosów. Dopiero z czasem zdałem sobie sprawę, jak słaby był mój ojciec. Uzależniony od żony, po jej śmierci nie potrafił odnaleźć się w świecie, więc jedynym wyjściem była ucieczka w samotność i alkohol.

Panna G. kontynuowała lekcje, jednak nie za bardzo mnie one zajmowały. Nauczyciele również nie potrafili wzbudzić we mnie entuzjazmu. Nie potrafiłem się skoncentrować, nauka straciła dla mnie dotychczasowy urok. Myślałem tylko o matce i swoim osamotnieniu. O niesprawiedliwości losu. Stałem się nieprzyjemny i nawet chodzić zacząłem wolniej, jakbym miał lada chwila zapaść w sen zimowy.

Czasami przychodziłem na skały, gdzie spotykałem się z Lydią. Jednakże nie rozmawiałem z nią wiele, ona zresztą też, wyczuwając mój nastrój, milczała.

Niekiedy wybierałem się na przechadzkę wzdłuż brzegu zatoki, ale często nic z tych wędrówek nie pamiętałem. Byłem dzieckiem zagubionym na progu dorosłości i nie potrafiłem poradzić sobie z problemami.

Chciałem zniknąć.

1

Kiedy miałem szesnaście lat, na nasz dom spadła nieoczekiwana tragedia: moja matka, lady Minta, została zamordowana. Wtedy właśnie zakończyło się dla mnie dzieciństwo, a świat wokół stał się szary.

Wiele się o tym mówiło.

Sprawa znalazła się na ustach wszystkich mieszkańców londyńskiej śmietanki towarzyskiej, o czym dowiadywaliśmy się od znajomych lub z gazet.

Dla nas była to tragedia, ale dla innych ekscytująca rozrywka. Każdego interesowało, jak do tego doszło i jakie powody kierowały mordercą. Ludzie bawili się tymi informacjami i powstawało wiele wyssanych z palca teorii. Szeptano po kątach, pisano listy i tak nasza rodzina przez jakiś czas stała się najbardziej znaną familią w Plymouth, a nawet w dalekim Londynie.

Krążyła nawet plotka o duchu nawiedzającym nasz dom i straszącym ludzi. Nie wiem, czy duch się u nas rzeczywiście pojawił, jednak służące histeryzowały, nie chcąc nocami wychodzić ze swych pokoi i zamykając się na wszystkie zamki. Na pytanie, czy któraś widziała zjawę, odpowiadały przecząco, ale i tak żadna nie chciała ryzykować. Wszyscy w domu byli podenerwowani, dokoła zapanowała dziwna, ciężka i przytłaczająca atmosfera.

Dwór nasz nosił nazwę Mount Edgcumbe House. Położony był w południowo-zachodniej Kornwalii. Otaczał go ogromny park z triumfalnym łukiem wjazdowym, który wybudowano na pamiątkę wizyty króla Jerzego III w roku 1789. Zielona, soczysta trawa łagodziła surowość terenów. Grunty wokół domu były znacznie pofałdowane, a zdarzały się pagórki o wyjątkowo stromych zboczach. Z balkonów doskonale było widać linię brzegową oceanu. Nieopodal znajdowała się wieś Cremyll.

Mount Edgcumbe House był najwspanialszą posiadłością w całej okolicy, górował nad wszystkimi innymi domami, ja zaś byłem z tego powodu niezwykle dumny. Choć robił ogromne wrażenie, to jednak jego widok napełniał mnie ciepłem i spokojem. Prowadził do niego szeroki, długi trakt obrośnięty wiekowymi drzewami, zaś po każdej stronie rezydencji pięły się trzykondygnacyjne, ośmiościenne wieże. Przed frontem domu znajdowała się fontanna. Dalej stała oranżeria, ulubione miejsce matki, oraz kaplica.

- Kiedyś ty zostaniesz jego panem - zwykle mawiała matka. - Będziesz nim zarządzał i dbał o niego, jak robi to twój ojciec.

W dawniejszych czasach byliśmy baronami Edgcumbe, ale od 1789 hrabiami Mount Edgcumbe. To właśnie wtedy, przy okazji nadania nam tytułu, odwiedził nas król Jerzy III wraz z królową Charlottą. Sześćdziesiąt pięć lat później w progach tego domu stanęła królowa Adelajda.

Byłem wiec hrabią Cameronem Mount Edgcumbe.

Mount Edgcumbe House zbudowano na planie prostokąta. Posiadał dwie kondygnacje. Otaczały go ogrody i rozległy park, gdzie dawniej polowano na jelenie. Za nim rozciągał się las należący do rodziny, który chętnie wykorzystywaliśmy na przejażdżki konne. Lubiliśmy spacerować po parku, czy też urządzać pikniki.

Dalej, za lasem, znajdowało się miejsce pełne niebezpiecznych skał oraz ciągnące się niemal w nieskończoność przepiękne wrzosowisko. Moja guwernantka, panna Gilmore, często mnie przestrzegała, pouczana przez matkę, abym nigdy, przenigdy się tam nie zapędził. Na wrzosowiskach, jak zdołałem wyciągnąć z panny Gilmore, stał dwór, zamieszkały przez samotną kobietę. Dziwaczkę. Wiedźmę. Czarownicę najgorszego gatunku.

- Nigdy nie zapuszczaj się w tamte strony! - przestrzegała. - Bo spotka cię tylko zło. Twoja matka surowo zakazała nam tam chodzić.

Była bardzo poważna, gdy mówiła te przestrogi głosem cichym i głębokim. Zresztą panna G. - tak właśnie się do niej zwracałem, czego nie znosiła - zawsze była poważna i nigdy się nie śmiała. Pomimo tego bardzo ją lubiłem. Zastanawiałem się, czy i ja, kiedy będę w jej wieku, stanę się równie poważny, ale miałem nadzieję, że to nigdy nie nastąpi, bo uwielbiałem się śmiać.

Często bywało, że afiszowała się pierścionkiem, rodzinną pamiątką i chyba jedynym bogactwem, jakie posiadała. Rzeczywiście był piękny, z małym brylancikiem w środku, jednakże mnie takie świecidełka nie interesowały i nie rozumiałem kobiecego zafascynowania biżuterią.

Trochę dalej od dworu wiła się ścieżka w stronę małej plebanii, gdzie mieszkał pastor John wraz ze swą żoną Elzą i jedyną córką, młodszą ode mnie, Lydią. Pastor był miłym i spokojnym człowiekiem, niezwykle przystojnym, choć o bladej i szczupłej twarzy. Służące i przyjaciółki matki ciągle o nim rozprawiały, nie mogąc uwierzyć, jak mógł być tak ślepy, by pojąć za żonę kobietę, która nie posiadała w sobie nawet cienia życia. Szczupła i cicha, prawie w ogóle się nie odzywała i ogólnie odnosiło się wrażenie, że błądzi gdzieś w innym świecie. Była niczym pozostawiona w kącie marionetka, na której osiadał kurz. Małżonkowie przebywali tu od niedawna. Zajęli miejsce po rodzinie pastora Williama, który z żoną zginął w tragicznych okolicznościach. Ich łódka przewróciła się podczas burzy. Łowienie ryb było ich ulubionym zajęciem. Niestety, ta pasja nie przyniosła im szczęścia.

Jednak według mnie żona pastora była bardzo miła, ponieważ zawsze się do mnie uśmiechała i miała naprawdę dobre, łagodne oczy.

Przed naszym dworem, podobnie jak przez matczyną oranżerią, stała fontanna. Często obserwowałem kąpiące się i pijące z niej ptaki. Te pierzaste stworzonka wyglądały przy tym tak słodko i delikatnie, że nie sposób było oderwać od nich wzroku. Lubiłem te ciche momenty życia, kiedy na chwilę zastygałem w bezruchu i mogłem podziwiać otaczającą mnie naturę.

Latem korzystaliśmy z uroków oceanu i pływaliśmy łódką, która zacumowana była przy brzegu. Zaś w niewielkim oddaleniu znajdowała się zrujnowana stara wieża z widokiem na miasto Plymouth oraz na zatokę. Często przesiadywałem również w pobliżu wieży. Lubiłem bowiem obserwować okolicę.

Wokół całego domu, wszędzie jak okiem sięgnąć, pięły się krzewy różane, znajdujące się pod stałym nadzorem ogrodnika.

Wspaniałe trawniki wabiły świeżą zielenią, zajmując całą pozostałą powierzchnię otaczającego rezydencję ogrodu.

Wszystko, co dotyczyło naszego dworu, musiało być i było doskonałe. Wiodłem spokojne i uporządkowane życie.

Codziennie odbywałem lekcje w specjalnie przystosowanym do tego pokoju. Uczyli mnie dochodzący nauczyciele. Miałem szczęście, że w niewielkim oddaleniu od wioski Cremyll znajdował się dwór państwa Barrow. Byli to bogaci, ale i bogobojni ludzie. To z ich kasy zasilany był dom modlitwy, którym zajmował się pastor John. Bóg, jak sami mówili ze śmiechem, upodobał sobie ich rodzinę i niemal co dwa lata błogosławił nowym członkiem. Kiedy ja zacząłem pobierać nauki, mieli już siedmiu synów i dwie córki. Dla męskich potomków sprowadzili dwóch guwernerów, zaś dla dziewcząt guwernantkę. Skorzystałem na tym, bo moi rodzice wpadli na pomysł i za solidną opłatą nauczyciele synów państwa Barrow przyjeżdżali do nas, bym mógł się kształcić, nie porzucając domostwa.

Klasa posiadała tylko jedno okno, wychodzące wprost na przylegający las. Czerpałem wielką radość z nauki, byłem spragniony wiedzy niczym roślina łaknąca wody. Wszystko zdawało mi się interesujące, najwięcej jednak czasu i uwagi poświęcałem geografii, a co za tym idzie - podróżowaniu. Dalekie wyprawy już od małego stały się sensem mojego życia. Który chłopak nie chciałby podróżować do odległych zakątków świata, płynąć statkiem, podziwiać ogromnych mas lodu czy odwiedzić kontynent, gdzie mieszkają czarni tubylcy? W tamtym okresie moje wyobrażenia o odległym świecie wydawać się mogły nieco infantylne. Na morzach bywało niebezpiecznie z powodu piratów. Indianie prawdopodobnie mieli czerwoną skórę, a Azję zamieszkiwała żółta rasa o skośnych oczach. Czyż to wszystko nie było fascynujące? Świat miał tyle do zaoferowania, więc pomimo silnego przywiązania do rodzinnego domu, chciałem od życia czegoś więcej.

Chciałem być kowbojem na Dzikim Zachodzie. Marzyłem o morskich potworach. Poznawać niepoznane. Odkrywać nowe lądy!

Tymczasem byłem jedynie dorastającym chłopcem i musiałem zadowalać się książkami, nauką oraz wybujałą fantazją.

Pewnego razu, na tydzień przed straszną tragedią, która miała dotknąć nas wszystkich, a w szczególności mnie, przeżyłem dziwną przygodę.

Zdarzyło się to jednej nocy w naszym dworze, kiedy wszyscy domownicy wraz ze służbą udali się na zasłużony odpoczynek.

Dom pogrążył się w mroku i ciszy. Nigdy nie lubiłem tych nocnych godzin i tajemniczego, jak mi się wtedy zawsze wydawało, spokoju. Wyobraźnia potrafiła wtedy nieźle dać mi się we znaki. Najchętniej więc spędzałem ten czas przed zaśnięciem w łóżku przy świeczce i z książką w ręce lub z atlasami. Jeżdżąc palcem po mapach wymyślałem różne historie, jakie mogłyby mnie spotkać w danym kraju.

W środku nocy wyrwał mnie ze snu tajemniczy hałas. Leżałem przez chwilę, nasłuchując, lecz nic więcej się nie wydarzyło, wszędzie panowała cisza. Uznałem, że mogło mi się coś przesłyszeć. Już ponownie zasypiałem, kiedy znów do mych uszu dotarł dziwny odgłos: szelest sukni oraz lekkie kroki. Był to charakterystyczny chód mojej matki, poznałbym go wszędzie! Lecz cóż ona robiła tu o tej porze? Oddychałem powoli, nie ruszając się, aby nie wywołać najmniejszego nawet hałasu. Lubiłem sobie wyobrażać różne historie, tak też było tym razem. Może mama chce mi zrobić niespodziankę? Czy czasem nie zbliżały się moje urodziny? Nie, natychmiast sobie przypomniałem. Kiedy tak rozmyślałem, kroki ucichły, a matka zatrzymała się pod moimi drzwiami. Czekałem cierpliwie, zastanawiając się, czy postanowi wejść do środka. Jednakże nie weszła, ominęła pokój, a ja słyszałem oddalający się stukot obcasików wraz z towarzyszącym im szelestem sukni. Byłem tak zaabsorbowany tym wszystkim, że postanowiłem pójść za nią, by sprawdzić, dokąd się udaje o tak późnej porze.

Wyszedłem z pokoju, kierując się w stronę, gdzie przed chwilą słyszałem matkę. Trzeba wspomnieć, że była piękną, nadal młodą kobietą, ciągle roześmianą. Kochała kwiaty, a zwłaszcza róże, dlatego też rosły one wszędzie, jak okiem sięgnąć, choć zakwitały dosyć późno i kornwalijska pogoda czasem im nie sprzyjała. Towarzystwo mówiło o niej Różana Dama. Zawsze ubierała się zgodnie z obowiązującą modą, z elegancją układała włosy. Była miła i wyrozumiała dla służby, a w jej oczach nieustannie tlił się ognik tajemniczości połączony ze swoistym matczynym spokojem. Nigdy nie unosiła się gniewem, mówiła powoli i wyraźnie, z wielką pewnością i opanowaniem. Dlatego właśnie zarówno znajomi, jak i cała służba ją uwielbiali, wierząc w jej dobro i widząc w niej niemalże doskonałość. Moja matka była niczym anioł.

Teraz zaś skradała się gdzieś w mroku, a zapach perfum i szelest sukni informował mnie, w jakim kierunku podąża. Ostrożnie posuwałem się za nią.

Schodząc po schodach i zbliżając się do jednego z bocznych wyjść, instynkt nakazał mi się zatrzymać. Matka prowadziła z kimś rozmowę! Do mych uszu wyraźnie dochodziły słowa, jakie wypowiadała:

- ... jak zwykle. To musi się wreszcie zakończyć! Mam dosyć tego wszystkiego... Nieustannie sprowadza na nas kłopoty... - Tu zaś zniżyła głos jeszcze bardziej. - Tylko pamiętaj, nikomu ani słowa!

- Tak, proszę pani.

To był głos stajennego Edwina, poznałem od razu. Z jakiego powodu matka wymyka się o tak późnej porze ze swej sypialni i rozmawia ze stajennym? Co to oznacza?

- Wrócę, mam nadzieję, o zwykłej porze. Będziesz oczywiście mnie wyczekiwał?

- Tak, proszę pani. Jak zawsze, tak i teraz nie zawiodę.

- To wspaniale! - Westchnęła, dodając po chwili: - Cóż ja bym bez ciebie zrobiła, Ewinie?

- Jestem zawsze do usług, pani - odpowiedział.

I odeszła, znikając za drzwiami.

Pobiegłem z powrotem na górę, mijając po drodze pokrzywione przez mrok oblicza moich uwięzionych na obrazach przodków. Wślizgnąłem się do ciemnej klasy i od razu zbliżyłem do okna. Wyraźnie dostrzegłem matkę wsiadającą na Małą Damę. Była to jej ulubiona klacz, wszystkie swoje przejażdżki odbywała właśnie na niej. Lecz dlaczego dzieje się to o tej porze? Co na to ojciec? Dokąd zmierza i z jakich to powodów ukrywa swe nocne eskapady? Dlaczego nic o tym nie wiemy?

Usłyszałem głuchy tętent końskich kopyt, a następnie klaczka i dosiadająca ją amazonka zniknęły w czarnym, gęstym lesie. Wpatrywałem się niemo w mroczną okolicę. Dopiero teraz dostrzegłem to, czego nigdy wcześniej nie widziałem: na wrzosowiskach, odległym domu w jednym z małych okien paliło się migoczące światełko.

Dom na wrzosowiskach! A więc to tam zapewne udała się matka. Jedno pytanie jeszcze przemknęło mi przez głowę: jaki jest powód jej nocnej wizyty w tym odległym dworze, skoro wszyscy mieliśmy wyraźny zakaz, zresztą wydany przez nią samą, aby nigdy, ale to przenigdy nie zapuszczać się w tamte rejony?

Wrzosowiska o tej porze mogły okazać się groźne. Łatwo można było wpaść w szczeliny, które skrywała zdradziecka noc, a także same wrzosy. Koń mógł złamać nogę a wtedy katastrofa byłaby już pewna. Czy matka nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa?

Ojciec kiedyś zdradził mi w tajemnicy, gdy spacerowaliśmy po lesie, że mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiet i chyba to był właśnie ten moment, kiedy ta prawda wreszcie do mnie dotarła.

Powiedział do mnie:

- Synu, kobiety patrzą na świat zupełnie inaczej niż my i bądź pewien, że jakkolwiek się będziesz starał, nie uda ci się spojrzeć na niego ich oczami.

- Dlatego ja nie zamierzam mieć nigdy żony. Mama w zupełności mi wystarcza - powiedziałem, na co ojciec się roześmiał. Miałem wtedy może pięć lat i uważałem, że matka jest najcudowniejszą osobą na świecie.

- Pewnego dnia poznasz kobietę, która tak ci zawróci w głowie, że matka zejdzie na drugi plan. Już tak życie jest skonstruowane, że płeć przeciwna potrafi nieźle nam zamieszać w głowach.

- Nigdy! - zarzekałem się poważnie.

Do dziś pamiętam głośny i wesoły śmiech ojca rozbrzmiewający w lesie.

- Co wam tak do śmiechu? - zapytała mama, kiedy do niej wróciliśmy.

- To męskie sprawy, kochanie - odpowiedział tata. - Tajemnica.

Ojciec spojrzał na mnie i mrugnął. Miał oczywiście rację, jak niemalże każdy dorosły. I mnie miała doścignąć przyszłość i kiedyś miałem zrozumieć jego słowa.

Wracając do tej konkretnej nocy, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, że mama opuszcza w tajemnicy dom. Poszedłem do swojego pokoju, ułożyłem się w łóżku, czekając na nią, lecz oczywiście zmęczony zasnąłem i nie dowiedziałem się, kiedy wróciła.

2

Przez kilka następnych dni nocna wyprawa matki nie dawała mi spokoju. Zadawałem sobie tysiące pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi. Często podpatrywałem matkę oraz jej zachowanie. Nic się jednak nie zmieniło. Perlisty śmiech dźwięczał wkoło, suknie szeleściły charakterystycznie, nawet tak samo pachniała. Była taka sama jak zazwyczaj, pozostając w pełni sobą.

Ojciec również sprawiał wrażenie, że nic się nie dzieje, więc albo o niczym nie miał pojęcia, albo też wiedział o jej wyprawie.

Bywało, że matka pozostawała dłużej w pokoju lub wydawała się zmęczona, ale zawsze zasłaniała się swoją wyjątkową kruchością, zimnym i wilgotnym powietrzem, które nie działało na nią zbyt dobrze. Nie znosiła chłodu, bo sprawiał, że źle jej się oddychało i miewała migreny.

Tamtego konkretnego dnia, jak zauważyłem, matka wstała znacznie później. Także Edwin gdzieś przepadł rankiem, lecz nikt o niego nie pytał. Pojawił się dopiero, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi.

Parę nocy z rzędu czekałem, nie śpiąc, wsłuchując się w ciszę. Matka nie opuszczała domu.

Po południu w zielonym salonie jak zwykle piła swoją herbatę. Ten zwyczaj pamiętam od zawsze, później, sam będąc już dorosłym, praktykowałem go, wspominając mamę z przyjemnym rozmarzeniem, delektując się atmosferą pokoju oraz zapachem napoju. Nic nie działało na mnie lepiej i nie sprawiało więcej przyjemności niż angielska herbata. Obcowanie z tym napojem było dla mnie niemalże świętym obrzędem. Popołudniami matka schodziła do tej komnaty i siadała w tym samym fotelu naprzeciw okna, by bez przeszkód spoglądać w błękitne niebo.

- Lubię patrzeć na zmieniające kształty chmury. Wiesz, co mi to przypomina? - zwracała się do mnie.

- Nie. - Kręciłem przecząco głową.

- To, że nic nie jest stałe i nic nie trwa wiecznie. W życiu wszystko się zmienia. Chmury są jak wyrocznia: pokazują nam, że to, co się teraz wydaje pewne, za chwilę już takie nie jest. Niestety... - Wzdychała, upijając łyk herbaty.

Pozwalaliśmy mamie odpoczywać w tym pomieszczeniu w samotności, bo to najbardziej lubiła, jednakże pewnego dnia skierowałem do zielonego salonu swe kroki. Nie myliłem się. I tym razem siedziała z filiżanką herbaty w dłoniach, mając przymknięte oczy - odpoczywała. Podszedłem do niej.

- Mamo? - zwróciłem się do niej cicho, by jej nie przestraszyć.

Spojrzała na mnie, uśmiechając się od razu, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały.

- Tak?

Jakże kochałem ten uśmiech! W jej oczach czaiła się dobroć i miłość, czułem się kochany. Już miałem odpowiedzieć, że nic, ale jednak się powstrzymałem. Zebrałem w sobie odwagę i wyrzuciłem jednym tchem:

- Opowiedz mi, proszę, o dworze na wrzosowisku.

Przez tę krótką chwilę czułem, że znieruchomiała, uśmiech przygasł, pozostawiając bladość na twarzy. Zaraz się otrząsnęła i spojrzała na mnie pytająco.

- O dworze na wrzosowisku? - Zwróciła wzrok na niebo za oknem. Zadziwił mnie widok zaciśniętych na filiżance palców. - Niestety, ja nic nie wiem... Jak zresztą wszyscy...

- Mieszkamy tak blisko, więc pomyślałem... - zastanowiłem się przez chwilę. - Dlaczego nie możemy tam chodzić? Co takiego znajduje się w tym dworze?

Wydawała się jeszcze bardziej zakłopotana, po chwili zaś zebrała się w sobie i powiedziała:

- Dwór... Istnieje pewna legenda, nie wiem, ile w niej prawdy, w każdym razie...

- Tak?

- W każdym razie ja w to nie wierzę - powiedziała, ale niezbyt przekonująco.

- W co, mamo?

Pokręciła głową. Jej dłonie lekko drżały, czy mi się tylko wydawało?

- Nie, nie mogę ci tego powiedzieć, jesteś zbyt młody. Nie zrozumiałbyś. Ta sprawa należy do świata dorosłych i lepiej nie zaprzątaj tym sobie głowy.

- Mam już szesnaście lat!

Roześmiała się głośno.

- Cameronie - odkąd pamiętam, zwracała się do mnie pełnym imieniem - nie pragnij stać się dorosłym zbyt wcześnie. Młodość trwa krótko i kiedy przeminie, już więcej nie wróci. Pozostają jedynie wspomnienia. Jesteśmy jak rośliny, zakwitamy tylko na chwilę. Więc po co się spieszyć? Po kwitnięciu przychodzi tylko czas na więdnięcie, a to, wierz mi, nie jest moment chwały.

- Kiedy ja tak bardzo proszę! Nikt mi nie chce nic powiedzieć. Wszyscy zachowują tajemnice dla siebie. A wydaje mi się, że jednak powinienem otrzymać jakąś informację.

Patrzyłem, jak zaciska usta w linijkę. Dlatego dodałem:

- Marta odwraca się od razu, gdy ją o to pytam. Berta krzyczy, abym nie plątał się pod nogami, ojciec w ogóle nic nie mówi. Nikt nic nie wie. Panna G. tylko przestrzega i zakazuje! - To akurat nie było prawdą. - Nauczyciel patrzy na mnie spod okularów. Cóż w tym dworze jest takiego? Chcę tylko wiedzieć.

Ukryła niepewność pod płaszczem uśmiechu.

- Więc dobrze. Ale obiecaj, że więcej nie będziesz pytał o dwór na wrzosowisku.

Przytaknąłem ochoczo, bo pragnąłem usłyszeć prawdę z ust matki. W tej chwili mógłbym przysiąc na cokolwiek, byle dowiedzieć się czegoś na temat tego miejsca.

- Tak naprawdę nikt nie wie o tym, co się tam kiedyś wydarzyło. Działo się to bardzo dawno temu, wtedy, gdy nasz dom jeszcze nie istniał. Podobno dwór ten zamieszkiwał zbiegły morderca. Nikt nie wiedział, kim był. Mówi się o kobietach, które zostały tam przez niego pozbawione życia. Do dziś oczy tych nieszczęsnych kobiet śledzą przychodzących tam ludzi. Jedni słyszą jęki, krzyki. Inni płacz. Każdy, kto kiedykolwiek zabłądził w okolice dworu, już nigdy nie chciał tam wrócić. To miejsce jest przeklęte i od bardzo dawna niezamieszkane, mimo to ciągle wzbudza lęk okolicznych mieszkańców. Pewna kobieta, Rozalia się zwała, oszalała po wizycie w tym przeklętym domostwie i już nigdy nie doszła do zdrowia. Próbowano dowiedzieć się, co się stało, lecz od tamtej pory nie była zdolna do sformułowania jakiejkolwiek myśli. Dlatego o dworze niewiele się mówi, ludzie milczą, bo się boją... Bo nie chcą, aby im również przytrafiło się to samo co Rozalii...

Matka zakończyła opowieść. Miałem niewyraźne wrażenie, że czegoś jeszcze mi nie powiedziała lub powiedzieć mi nie zamierzała. Zresztą jej opowieść różniła się od tego, co mówiła panna G. o mieszkającej tam czarownicy. Już nie wiedziałem, co o tym myśleć.

- Jak widzisz, to zwykła historia, jednakże w każdej takiej opowieści jest ziarenko prawdy. Lepiej dmuchać na zimne.

- Rozumiem.

- Człowiek powinien być ostrożny.

- Będę się starał - zapewniłem ją.

Nagle chwyciła mnie mocno za rękę.

- Cameronie! Obiecaj, że nigdy nie postanie tam twoja noga.

Kiwnąłem głową.

- Obiecuję.

Zmierzwiła moją jasną czuprynę i powróciła do picia herbaty. Wiedziałem, że jej myśli uciekają poza mury naszego domu, a wzrok poszybował w niebo, które było dziś tak niebieskie jak woda oceanu. Wyszedłem więc z pokoju, ponieważ nie zamierzałem dłużej jej przeszkadzać w spokojnej kontemplacji okolicy.

W końcu dowiedziałem się czegoś nowego, aczkolwiek wyczuwałem, że matka nie powiedziała mi wszystkiego. Zastanawiałem się, co jeszcze zataiła? I czemu mówiła mi coś innego niż panna G.?

4

Dwór na wrzosowiskach nie dawał mi spokoju. Nie potrafiłem przestać o nim myśleć. Często wyglądałem z okien naszego domu już po zapadnięciu zmroku i z niecierpliwością wyczekiwałem momentu, kiedy pojawi się tam światło. A gdy już rozbłysło, ogarniało mnie niesamowite podniecenie.

Czasami, ale tylko czasami, lub może mi się to w ogóle zdawało, ponieważ odległość była zbyt wielka, wydawało mi się, że w okienku widzę cień człowieka. Zawsze wtedy przestawałem na chwilę oddychać. Choć próbowałem wyostrzać wzrok, nie potrafiłem dojrzeć nic więcej.

Bywało, bo i takie noce się zdarzały, że budziłem się po północy i nie mogłem zasnąć. Wtedy wychodziłem z łóżka, ubierałem się i cicho zakradałem do swojej kryjówki w najwyższych partiach domu, by obserwować dwór. Za pierwszym razem zdumiałem się bardzo, widząc, że w jednym z małych okien majaczy migotliwe światełko.

Potem moje nocne odwiedziny stawały się częste i niemal regularne. Światełko już mnie nie dziwiło. Ale wiem, że gdyby go zabrakło, wtedy coś musiałoby być nie tak.

Jakże tajemniczy wydawał się ten dwór! Miałem chęć zakraść się w jego pobliże. To była bardzo pociągająca myśl, jednakże wiedziałem, że aby do niego dotrzeć, należało wyjść z lasu i długi odcinek pokonać, idąc po otwartej przestrzeni. Wtedy niechybnie zostałbym przez kogoś zauważony, a tego nie chciałem. Zresztą... przecież obiecałem mamie, że nigdy tam nie pójdę!

Dojrzewałem, więc z roku na rok byłem coraz bardziej głodny nowych wrażeń. Miałem własny rozum i ten kierował mnie tam, gdzie dawne przyrzeczenia zaczynały tracić na znaczeniu.

Nic nie mogłem jednak poradzić na to, że wkrótce dwór ten stał się niemalże moją obsesją, a wszystko, co go dotyczyło, wydawało się tajemnicze, pełne sekretów, a wręcz budzące grozę. Bo w ciągu dnia, kiedy tak patrzyłem na niego z oddali, wydawał się spokojny, nijaki i zwykły. Nocami zaś zamieniał się diametralnie. Był niczym zakazany owoc, który kusił i przywoływał, jakby pragnął, bym odkrył jego sekret. Jakkolwiek by nie było, moja matka wiedziała o tym dworze najwięcej, ponieważ skrycie, pod osłoną nocy, odwiedzała jego mieszkańców, ukrywając to nawet przed ojcem.

Co ciągnęło matkę w tamte strony? Co skrywały mury z kamienia? Dlaczego czyniła to pod osłoną nocy? Czy te eskapady kryły w sobie coś zdrożnego?

Kiedyś zasłyszałem przypadkiem, że jedna ze służących miała kochanka. Czy i moja matka mogła wymykać się nocami, ponieważ tak naprawdę chodziło o mężczyznę a nie o czarownicę? Czy byłaby zdolna do zdrady? Przecież pożycie rodziców było spokojne i nie wyglądało na to, by coś między nimi zgrzytało. Odnosili się do siebie z szacunkiem i miłością. Patrzyli na siebie łagodnie i w obecności ojca mama często się śmiała. Oboje lubili spędzać z sobą czas. Więc czy w jej eskapadach mogło chodzić o mężczyznę? Sądziłem, że to mogę śmiało wykluczyć jako powód jej wypraw. Nie dawała mi spokoju myśl, że nie potrafię rozgryźć tej zagadki. Kto ukrywał się w dworze na wrzosowiskach?