1
Kiedy miałem szesnaście lat, na nasz dom spadła nieoczekiwana tragedia: moja matka, lady Minta, została zamordowana. Wtedy właśnie zakończyło się dla mnie dzieciństwo, a świat wokół stał się szary.
Wiele się o tym mówiło.
Sprawa znalazła się na ustach wszystkich mieszkańców londyńskiej śmietanki towarzyskiej, o czym dowiadywaliśmy się od znajomych lub z gazet.
Dla nas była to tragedia, ale dla innych ekscytująca rozrywka. Każdego interesowało, jak do tego doszło i jakie powody kierowały mordercą. Ludzie bawili się tymi informacjami i powstawało wiele wyssanych z palca teorii. Szeptano po kątach, pisano listy i tak nasza rodzina przez jakiś czas stała się najbardziej znaną familią w Plymouth, a nawet w dalekim Londynie.
Krążyła nawet plotka o duchu nawiedzającym nasz dom i straszącym ludzi. Nie wiem, czy duch się u nas rzeczywiście pojawił, jednak służące histeryzowały, nie chcąc nocami wychodzić ze swych pokoi i zamykając się na wszystkie zamki. Na pytanie, czy któraś widziała zjawę, odpowiadały przecząco, ale i tak żadna nie chciała ryzykować. Wszyscy w domu byli podenerwowani, dokoła zapanowała dziwna, ciężka i przytłaczająca atmosfera.
Dwór nasz nosił nazwę Mount Edgcumbe House. Położony był w południowo-zachodniej Kornwalii. Otaczał go ogromny park z triumfalnym łukiem wjazdowym, który wybudowano na pamiątkę wizyty króla Jerzego III w roku 1789. Zielona, soczysta trawa łagodziła surowość terenów. Grunty wokół domu były znacznie pofałdowane, a zdarzały się pagórki o wyjątkowo stromych zboczach. Z balkonów doskonale było widać linię brzegową oceanu. Nieopodal znajdowała się wieś Cremyll.
Mount Edgcumbe House był najwspanialszą posiadłością w całej okolicy, górował nad wszystkimi innymi domami, ja zaś byłem z tego powodu niezwykle dumny. Choć robił ogromne wrażenie, to jednak jego widok napełniał mnie ciepłem i spokojem. Prowadził do niego szeroki, długi trakt obrośnięty wiekowymi drzewami, zaś po każdej stronie rezydencji pięły się trzykondygnacyjne, ośmiościenne wieże. Przed frontem domu znajdowała się fontanna. Dalej stała oranżeria, ulubione miejsce matki, oraz kaplica.
- Kiedyś ty zostaniesz jego panem - zwykle mawiała matka. - Będziesz nim zarządzał i dbał o niego, jak robi to twój ojciec.
W dawniejszych czasach byliśmy baronami Edgcumbe, ale od 1789 hrabiami Mount Edgcumbe. To właśnie wtedy, przy okazji nadania nam tytułu, odwiedził nas król Jerzy III wraz z królową Charlottą. Sześćdziesiąt pięć lat później w progach tego domu stanęła królowa Adelajda.
Byłem wiec hrabią Cameronem Mount Edgcumbe.
Mount Edgcumbe House zbudowano na planie prostokąta. Posiadał dwie kondygnacje. Otaczały go ogrody i rozległy park, gdzie dawniej polowano na jelenie. Za nim rozciągał się las należący do rodziny, który chętnie wykorzystywaliśmy na przejażdżki konne. Lubiliśmy spacerować po parku, czy też urządzać pikniki.
Dalej, za lasem, znajdowało się miejsce pełne niebezpiecznych skał oraz ciągnące się niemal w nieskończoność przepiękne wrzosowisko. Moja guwernantka, panna Gilmore, często mnie przestrzegała, pouczana przez matkę, abym nigdy, przenigdy się tam nie zapędził. Na wrzosowiskach, jak zdołałem wyciągnąć z panny Gilmore, stał dwór, zamieszkały przez samotną kobietę. Dziwaczkę. Wiedźmę. Czarownicę najgorszego gatunku.
- Nigdy nie zapuszczaj się w tamte strony! - przestrzegała. - Bo spotka cię tylko zło. Twoja matka surowo zakazała nam tam chodzić.
Była bardzo poważna, gdy mówiła te przestrogi głosem cichym i głębokim. Zresztą panna G. - tak właśnie się do niej zwracałem, czego nie znosiła - zawsze była poważna i nigdy się nie śmiała. Pomimo tego bardzo ją lubiłem. Zastanawiałem się, czy i ja, kiedy będę w jej wieku, stanę się równie poważny, ale miałem nadzieję, że to nigdy nie nastąpi, bo uwielbiałem się śmiać.
Często bywało, że afiszowała się pierścionkiem, rodzinną pamiątką i chyba jedynym bogactwem, jakie posiadała. Rzeczywiście był piękny, z małym brylancikiem w środku, jednakże mnie takie świecidełka nie interesowały i nie rozumiałem kobiecego zafascynowania biżuterią.
Trochę dalej od dworu wiła się ścieżka w stronę małej plebanii, gdzie mieszkał pastor John wraz ze swą żoną Elzą i jedyną córką, młodszą ode mnie, Lydią. Pastor był miłym i spokojnym człowiekiem, niezwykle przystojnym, choć o bladej i szczupłej twarzy. Służące i przyjaciółki matki ciągle o nim rozprawiały, nie mogąc uwierzyć, jak mógł być tak ślepy, by pojąć za żonę kobietę, która nie posiadała w sobie nawet cienia życia. Szczupła i cicha, prawie w ogóle się nie odzywała i ogólnie odnosiło się wrażenie, że błądzi gdzieś w innym świecie. Była niczym pozostawiona w kącie marionetka, na której osiadał kurz. Małżonkowie przebywali tu od niedawna. Zajęli miejsce po rodzinie pastora Williama, który z żoną zginął w tragicznych okolicznościach. Ich łódka przewróciła się podczas burzy. Łowienie ryb było ich ulubionym zajęciem. Niestety, ta pasja nie przyniosła im szczęścia.
Jednak według mnie żona pastora była bardzo miła, ponieważ zawsze się do mnie uśmiechała i miała naprawdę dobre, łagodne oczy.
Przed naszym dworem, podobnie jak przez matczyną oranżerią, stała fontanna. Często obserwowałem kąpiące się i pijące z niej ptaki. Te pierzaste stworzonka wyglądały przy tym tak słodko i delikatnie, że nie sposób było oderwać od nich wzroku. Lubiłem te ciche momenty życia, kiedy na chwilę zastygałem w bezruchu i mogłem podziwiać otaczającą mnie naturę.
Latem korzystaliśmy z uroków oceanu i pływaliśmy łódką, która zacumowana była przy brzegu. Zaś w niewielkim oddaleniu znajdowała się zrujnowana stara wieża z widokiem na miasto Plymouth oraz na zatokę. Często przesiadywałem również w pobliżu wieży. Lubiłem bowiem obserwować okolicę.
Wokół całego domu, wszędzie jak okiem sięgnąć, pięły się krzewy różane, znajdujące się pod stałym nadzorem ogrodnika.
Wspaniałe trawniki wabiły świeżą zielenią, zajmując całą pozostałą powierzchnię otaczającego rezydencję ogrodu.
Wszystko, co dotyczyło naszego dworu, musiało być i było doskonałe. Wiodłem spokojne i uporządkowane życie.
Codziennie odbywałem lekcje w specjalnie przystosowanym do tego pokoju. Uczyli mnie dochodzący nauczyciele. Miałem szczęście, że w niewielkim oddaleniu od wioski Cremyll znajdował się dwór państwa Barrow. Byli to bogaci, ale i bogobojni ludzie. To z ich kasy zasilany był dom modlitwy, którym zajmował się pastor John. Bóg, jak sami mówili ze śmiechem, upodobał sobie ich rodzinę i niemal co dwa lata błogosławił nowym członkiem. Kiedy ja zacząłem pobierać nauki, mieli już siedmiu synów i dwie córki. Dla męskich potomków sprowadzili dwóch guwernerów, zaś dla dziewcząt guwernantkę. Skorzystałem na tym, bo moi rodzice wpadli na pomysł i za solidną opłatą nauczyciele synów państwa Barrow przyjeżdżali do nas, bym mógł się kształcić, nie porzucając domostwa.
Klasa posiadała tylko jedno okno, wychodzące wprost na przylegający las. Czerpałem wielką radość z nauki, byłem spragniony wiedzy niczym roślina łaknąca wody. Wszystko zdawało mi się interesujące, najwięcej jednak czasu i uwagi poświęcałem geografii, a co za tym idzie - podróżowaniu. Dalekie wyprawy już od małego stały się sensem mojego życia. Który chłopak nie chciałby podróżować do odległych zakątków świata, płynąć statkiem, podziwiać ogromnych mas lodu czy odwiedzić kontynent, gdzie mieszkają czarni tubylcy? W tamtym okresie moje wyobrażenia o odległym świecie wydawać się mogły nieco infantylne. Na morzach bywało niebezpiecznie z powodu piratów. Indianie prawdopodobnie mieli czerwoną skórę, a Azję zamieszkiwała żółta rasa o skośnych oczach. Czyż to wszystko nie było fascynujące? Świat miał tyle do zaoferowania, więc pomimo silnego przywiązania do rodzinnego domu, chciałem od życia czegoś więcej.
Chciałem być kowbojem na Dzikim Zachodzie. Marzyłem o morskich potworach. Poznawać niepoznane. Odkrywać nowe lądy!
Tymczasem byłem jedynie dorastającym chłopcem i musiałem zadowalać się książkami, nauką oraz wybujałą fantazją.
Pewnego razu, na tydzień przed straszną tragedią, która miała dotknąć nas wszystkich, a w szczególności mnie, przeżyłem dziwną przygodę.
Zdarzyło się to jednej nocy w naszym dworze, kiedy wszyscy domownicy wraz ze służbą udali się na zasłużony odpoczynek.
Dom pogrążył się w mroku i ciszy. Nigdy nie lubiłem tych nocnych godzin i tajemniczego, jak mi się wtedy zawsze wydawało, spokoju. Wyobraźnia potrafiła wtedy nieźle dać mi się we znaki. Najchętniej więc spędzałem ten czas przed zaśnięciem w łóżku przy świeczce i z książką w ręce lub z atlasami. Jeżdżąc palcem po mapach wymyślałem różne historie, jakie mogłyby mnie spotkać w danym kraju.
W środku nocy wyrwał mnie ze snu tajemniczy hałas. Leżałem przez chwilę, nasłuchując, lecz nic więcej się nie wydarzyło, wszędzie panowała cisza. Uznałem, że mogło mi się coś przesłyszeć. Już ponownie zasypiałem, kiedy znów do mych uszu dotarł dziwny odgłos: szelest sukni oraz lekkie kroki. Był to charakterystyczny chód mojej matki, poznałbym go wszędzie! Lecz cóż ona robiła tu o tej porze? Oddychałem powoli, nie ruszając się, aby nie wywołać najmniejszego nawet hałasu. Lubiłem sobie wyobrażać różne historie, tak też było tym razem. Może mama chce mi zrobić niespodziankę? Czy czasem nie zbliżały się moje urodziny? Nie, natychmiast sobie przypomniałem. Kiedy tak rozmyślałem, kroki ucichły, a matka zatrzymała się pod moimi drzwiami. Czekałem cierpliwie, zastanawiając się, czy postanowi wejść do środka. Jednakże nie weszła, ominęła pokój, a ja słyszałem oddalający się stukot obcasików wraz z towarzyszącym im szelestem sukni. Byłem tak zaabsorbowany tym wszystkim, że postanowiłem pójść za nią, by sprawdzić, dokąd się udaje o tak późnej porze.
Wyszedłem z pokoju, kierując się w stronę, gdzie przed chwilą słyszałem matkę. Trzeba wspomnieć, że była piękną, nadal młodą kobietą, ciągle roześmianą. Kochała kwiaty, a zwłaszcza róże, dlatego też rosły one wszędzie, jak okiem sięgnąć, choć zakwitały dosyć późno i kornwalijska pogoda czasem im nie sprzyjała. Towarzystwo mówiło o niej Różana Dama. Zawsze ubierała się zgodnie z obowiązującą modą, z elegancją układała włosy. Była miła i wyrozumiała dla służby, a w jej oczach nieustannie tlił się ognik tajemniczości połączony ze swoistym matczynym spokojem. Nigdy nie unosiła się gniewem, mówiła powoli i wyraźnie, z wielką pewnością i opanowaniem. Dlatego właśnie zarówno znajomi, jak i cała służba ją uwielbiali, wierząc w jej dobro i widząc w niej niemalże doskonałość. Moja matka była niczym anioł.
Teraz zaś skradała się gdzieś w mroku, a zapach perfum i szelest sukni informował mnie, w jakim kierunku podąża. Ostrożnie posuwałem się za nią.
Schodząc po schodach i zbliżając się do jednego z bocznych wyjść, instynkt nakazał mi się zatrzymać. Matka prowadziła z kimś rozmowę! Do mych uszu wyraźnie dochodziły słowa, jakie wypowiadała:
- ... jak zwykle. To musi się wreszcie zakończyć! Mam dosyć tego wszystkiego... Nieustannie sprowadza na nas kłopoty... - Tu zaś zniżyła głos jeszcze bardziej. - Tylko pamiętaj, nikomu ani słowa!
- Tak, proszę pani.
To był głos stajennego Edwina, poznałem od razu. Z jakiego powodu matka wymyka się o tak późnej porze ze swej sypialni i rozmawia ze stajennym? Co to oznacza?
- Wrócę, mam nadzieję, o zwykłej porze. Będziesz oczywiście mnie wyczekiwał?
- Tak, proszę pani. Jak zawsze, tak i teraz nie zawiodę.
- To wspaniale! - Westchnęła, dodając po chwili: - Cóż ja bym bez ciebie zrobiła, Ewinie?
- Jestem zawsze do usług, pani - odpowiedział.
I odeszła, znikając za drzwiami.
Pobiegłem z powrotem na górę, mijając po drodze pokrzywione przez mrok oblicza moich uwięzionych na obrazach przodków. Wślizgnąłem się do ciemnej klasy i od razu zbliżyłem do okna. Wyraźnie dostrzegłem matkę wsiadającą na Małą Damę. Była to jej ulubiona klacz, wszystkie swoje przejażdżki odbywała właśnie na niej. Lecz dlaczego dzieje się to o tej porze? Co na to ojciec? Dokąd zmierza i z jakich to powodów ukrywa swe nocne eskapady? Dlaczego nic o tym nie wiemy?
Usłyszałem głuchy tętent końskich kopyt, a następnie klaczka i dosiadająca ją amazonka zniknęły w czarnym, gęstym lesie. Wpatrywałem się niemo w mroczną okolicę. Dopiero teraz dostrzegłem to, czego nigdy wcześniej nie widziałem: na wrzosowiskach, odległym domu w jednym z małych okien paliło się migoczące światełko.
Dom na wrzosowiskach! A więc to tam zapewne udała się matka. Jedno pytanie jeszcze przemknęło mi przez głowę: jaki jest powód jej nocnej wizyty w tym odległym dworze, skoro wszyscy mieliśmy wyraźny zakaz, zresztą wydany przez nią samą, aby nigdy, ale to przenigdy nie zapuszczać się w tamte rejony?
Wrzosowiska o tej porze mogły okazać się groźne. Łatwo można było wpaść w szczeliny, które skrywała zdradziecka noc, a także same wrzosy. Koń mógł złamać nogę a wtedy katastrofa byłaby już pewna. Czy matka nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa?
Ojciec kiedyś zdradził mi w tajemnicy, gdy spacerowaliśmy po lesie, że mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiet i chyba to był właśnie ten moment, kiedy ta prawda wreszcie do mnie dotarła.
Powiedział do mnie:
- Synu, kobiety patrzą na świat zupełnie inaczej niż my i bądź pewien, że jakkolwiek się będziesz starał, nie uda ci się spojrzeć na niego ich oczami.
- Dlatego ja nie zamierzam mieć nigdy żony. Mama w zupełności mi wystarcza - powiedziałem, na co ojciec się roześmiał. Miałem wtedy może pięć lat i uważałem, że matka jest najcudowniejszą osobą na świecie.
- Pewnego dnia poznasz kobietę, która tak ci zawróci w głowie, że matka zejdzie na drugi plan. Już tak życie jest skonstruowane, że płeć przeciwna potrafi nieźle nam zamieszać w głowach.
- Nigdy! - zarzekałem się poważnie.
Do dziś pamiętam głośny i wesoły śmiech ojca rozbrzmiewający w lesie.
- Co wam tak do śmiechu? - zapytała mama, kiedy do niej wróciliśmy.
- To męskie sprawy, kochanie - odpowiedział tata. - Tajemnica.
Ojciec spojrzał na mnie i mrugnął. Miał oczywiście rację, jak niemalże każdy dorosły. I mnie miała doścignąć przyszłość i kiedyś miałem zrozumieć jego słowa.
Wracając do tej konkretnej nocy, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, że mama opuszcza w tajemnicy dom. Poszedłem do swojego pokoju, ułożyłem się w łóżku, czekając na nią, lecz oczywiście zmęczony zasnąłem i nie dowiedziałem się, kiedy wróciła.